E-book
9.56
drukowana A5
41.12
drukowana A5
kolorowa
69.09
Dzieci psychiatryka - dalsze losy

Bezpłatny fragment - Dzieci psychiatryka - dalsze losy

Dalsze losy


5
Objętość:
265 str.
ISBN:
978-83-8155-570-8
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 41.12
drukowana A5
kolorowa
za 69.09

I. Za bramą

Młody człowiek staje się pełnoletni, gdy ukończy osiemnaście lat. Wówczas jego status się zmienia. Nabiera on praw do decydowania o sobie: Bez zgody sądu może zawrzeć związek małżeński. Może podjąć praktycznie każdą pracę, jeśli ma odpowiednie kwalifikacje. Ma prawo wziąć udział w wyborach prezydenckich, do sejmu, senatu oraz uczestniczyć w referendach. Jako osoba pełnoletnia może również nabywać alkohol i papierosy. Możliwości stają się nieograniczone i wyrusza na podbój świata. Ale czy pełnoletniość jest tożsama z dorosłością? Niestety, nie. Dorosły to znaczy dojrzały biologicznie lub psychicznie — w tym względzie zachodzą rozbieżności.

Pobyt na oddziale psychiatrycznym (od kilkumiesięcznego do kilkuletniego) zmienia młodego człowieka. Jest on oderwany od życia w społeczeństwie, funkcjonując na zasadzie automatyzmu i szablonu. Każdy dzień pobytu na oddziale jest podobny do dnia poprzedniego. Po porannej toalecie należy sprzątać pokoje i zarazem przygotowywać się do zejścia na śniadanie. Potem wizyta lekarska i wymarsz do szkoły, obiad, szkoła, zajęcia z wychowawcami, czas wolny i tak dalej. Z czasem staje się to nudną rutyną.

Oczywiście bywają dni, które chociaż odrobinę zmieniają znane schematy — święta, uroczystości szkolne lub bardzo wyjątkowe okazje, jak na przykład Dzień Dziecka. Wówczas odbywają się przygotowania do przedstawień, inscenizacji: Wybrane dzieci mają wyznaczone role i uczą się swoich kwestii. Inne biorą udział w tworzeniu dekoracji, a jeszcze inne pomagają podczas wystroju. Dzieci uzdolnione plastycznie mogą prezentować swoje prace na różnego rodzaju kiermaszach, w czym pomagają nauczyciele, wychowawcy i terapeuci zajęciowi. W kiermaszach uczestniczą osoby, które mogą opuszczać oddział. To sąd i lekarz odpowiadają za udzielenie przepustki na kilkugodzinny pobyt poza szpitalem — w praktyce dotyczy to wyjazdów w nagrodę za dobre sprawowanie i czynione postępy w resocjalizacji oraz terapii (dają one możliwość wycieczek, udania się do kina czy na basen). Pozostałe uroczystości odbywają się jednak na terenie szpitala, a w owym przypadku wszyscy pacjenci mogą uczestniczyć w zorganizowanej gali (do tego celu wykorzystywane są pomieszczenia szkoły bądź sala teatralna). Niestety, wyjątki rzadko miały miejsce w utartym schemacie codzienności, a młodzi pacjenci potrafili sami sobie urozmaicić szarzyznę dnia…

Nieraz robili sobie krzywdę tylko po to, żeby zawieziono ich do innego lekarza niż opiekujący się nimi na co dzień psychiatra. Samookaleczenia były opatrywane na miejscu, ale inne sytuacje wymagały interwencji specjalisty.

Swego czasu wychowawcy umożliwiali dzieciakom wykonywanie pięknych bransoletek ze sznurka i koralików. Chętnych nie brakowało, a tworzyli całkiem zgrabną biżuterię. Zajmowali się tym i chłopcy, i dziewczynki, następnie obdarowywali swoimi pracami bliskich — sympatie, a nawet rodziny. Prześcigali się w opracowywaniu coraz to nowych wzorów. Pod okiem wychowawców uczyli się cierpliwości, estetyki i zdobywali nowe umiejętności. Niestety, zakończyło to pewne zdarzenie. Nasz pomysłowy chłopiec o imieniu Kacper (wydarzenie wspomniane w książce Dzieci psychiatryka. Historie z ich życia) włożył sobie do ucha dość spory koralik i przyznał się dopiero po kilku godzinach. Wydobycie go bez udziału specjalisty okazało się niemożliwe, a do tego zaczynał się ból i obrzęk. Trzeba go było wysłać na ostry dyżur laryngologiczny.

Przygotowania do takiego transportu to niebagatelna sprawa — zawiadamia się opiekuna prawnego i policję, która musi czuwać nad bezpieczeństwem małoletniego lub małoletniej. Opiekun prawny podpisuje stosowne dokumenty. Kierowca karetki zajmuje się transportem, a nad samym dzieckiem czuwają pielęgniarka i sanitariusz, policjanci zaś są obecni podczas jego pobytu poza oddziałem. To wyprawa dla kilku osób.

Kilka godzin nieobecności stanowiło nie lada gratkę dla małego pacjenta, który przez swój wyczyn stał się swoistym bohaterem. Zachowania dzieci potrafią być zaskakujące… Następnego dnia połowa grupy chłopców także miała koraliki wciśnięte do uszu. Znaleźli sie tacy, którzy w związku z tym planowali ucieczkę. Sądzili, że zostaną zawiezieni wszyscy razem i może im się udać. Cóż, zostali zawiezieni do laryngologa, ale każdy z osobna…

Historia ta zakończyła się całkowitym zakazem robienia bransoletek. Zakaz stanowił najłatwiejsze rozwiązanie, choć karał wszystkie dzieci, włącznie z dziewczętami. Niestety, nie otrzymały niczego w zamian. Ordynator uznał, że muszą nabrać dystansu do swoich wyczynów, jakby nie można było poszukać czegoś mniej kontrowersyjnego i bezpiecznego. Przez jakiś czas królowała nuda, a dziewczyny odgrywały się na chłopcach przy każdej nadarzającej się okazji, wyzywając ich od debili i robiąc drobne złośliwości.

Inne dzieci wykorzystywały swój spryt, wymyślając przeróżne dolegliwości, by również skorzystać z chwilowego wyrwania się na wolność. Tu przeważały dziewczyny. Standardem były wizyty u ginekologa — to żaden problem podrażnić tak delikatny narząd jak wagina. Wystarczy, że włożyły tam brudny ołówek czy kredkę, i już powstawał stan zapalny. Lekarz nie utrudniał im konsultacji ginekologicznych, nawet gdy zmyślały dolegliwości, bo w razie odwlekania wizyty skarżyły się rzeczniczce.

Dzieci tęskniły za wolnością, za bliskimi i znajomymi, za trybem życia, który prowadziły. Kiedy zbliżał się czas ukończenia tych upragnionych osiemnastu lat, cieszyły się, że będą wolne — musiały opuścić dotychczasowe miejsce pobytu, nawet gdy oczekiwania odnośnie resocjalizacji nie zostały spełnione. Cieszyły się bardzo, ale równie mocno bały się opuszczenia znanej im placówki. W niektórych przypadkach strach był większy od radości. Nauczyciele i wychowawcy starali się pomagać i choć częściowo przygotowywać młodych ludzi do nowej rzeczywistości. Uczyli, jak napisać podanie o pracę, jakie dokumenty przygotować do nowej szkoły, jakie korzyści płyną z kontynuowania nauki i pozostania w domu dziecka. Z perspektywy przygotowań wyglądało to nieźle, ale dzieci nie zawsze były szczere — co innego mówiły, a co innego myślały. Nie wszystkie opanowały swoje emocje do tego stopnia, żeby sobie radzić — bywało, że tuż za bramą dawały im upust, prezentując niedojrzałą postawę i wykrzykując obelżywe słowa w stronę murów i personelu. Opuszczały oddział pod opieką rodziny lub opiekunów, a także samodzielnie.

Wiele dzieci nie mogło zasnąć w nocy, już na kilka tygodni przed wyjściem wracając wspomnieniami do swojej przeszłości i dręczących demonów. Zdarzało się, że budziły się z krzykiem, całe zlane potem, nie mogąc się uspokoić. Leki nie załatwiały sprawy, wolały z kimś porozmawiać i pytać wielokrotnie o to samo — aż do znudzenia i zmęczenia materiału, jakim byli pracownicy średniego szczebla. Nie miały nic przeciwko temu, żeby wciąż słuchać zapewnień, że wszystko się ułoży i sobie poradzą — chciały tego niczym bajki opowiadanej maluchowi, która nigdy mu się nie nudzi. Zdarzały się sytuacje, że prawie pełnoletnie osoby moczyły się w nocy. Były to przypadki sporadyczne, ale wskazywało to na ogrom przeżywanego stresu. Pomimo długiej izolacji, terapii, zapewnień, że już nie są od nikogo zależne i mogą kierować własnym życiem, jakby zatrzymały się w punkcie wyjścia. Na zmianę towarzyszyła im apatia z niepohamowaną agresją. Nie wszystkie jednak uzewnętrzniały swoje emocje — część z nich tłumiła je w sobie, nie szukając rozmowy czy zapewnień.

Czego tak naprawdę doświadczyły, że ich koszmary wciąż wracały?

Pobyt w szpitalu psychiatrycznym można przyrównać do pobytu w więzieniu — najpierw nienawidzisz tego miejsca, a potem nie umiesz bez niego żyć. Po tak długiej izolacji dzieciaki będą musiały uczyć się zwyczajnego, codziennego życia. Zyskają szansę na normalne życie, jeśli będzie przy nich ktoś życzliwy, kto je wesprze w trudnych chwilach i stanie się koordynatorem ich działań. Musi jednak powstać nić porozumienia i zaufania, inaczej wrócą do tego, co już dobrze znały. Wrócą do dawnego życia z narkotykami, alkoholem i destrukcją.

Nasuwa się tylko jedno pytanie: po co były te wszystkie lata wysiłków, opieki, rozmów, uczenia i napominania?

Dla wielu był to czas stracony. Nie wszystkich można uratować, ale trzeba próbować. Niektórzy za tą bramą sięgną prawdziwego dna, uda im się jednak od niego odbić i wyjść na prostą. Inni tafią do więzienia, jeszcze inni z powrotem do szpitali psychiatrycznych, ale na oddziały dla dorosłych, choć tak naprawdę wciąż są dziećmi. Pozostali dalej będą wykorzystywani przez swoich pseudobliskich. Wielu zostanie skazanych na samotność, bo nie będą w stanie nawiązać dłuższych i bliższych relacji z drugą osobą. Znajdą się też tacy, którzy po którejś próbie samobójczej osiągną cel, powiększając niechlubne statystyki. Pozostałym do końca życia pozostanie uraz psychiczny, z którego nie będą umieli się wyzwolić. Jakiś niewielki procent zacznie życie od nowa, poszukując własnej tożsamości.

Załatwienie formalności, odebranie swoich rzeczy, pożegnania, uściski, łzy i czas za bramę. Sygnał otwieranej elektromagnesem bramki i ostatnie spojrzenie na budynek, siatkę z drutami kolczastymi i przed siebie.

A dalej dokąd?

Aleksandra Siemińska

II. Dalsze losy

Dominika

Dominika jeszcze w trakcie pobytu na oddziale w Bolanowie zadeklarowała, że jest lesbijką. Nawet ordynator nie robił z tego problemu, twierdząc szyderczo, że przynajmniej dzieci z takiego związku nie będzie. Związała się blisko z Arletą. Teraz dowiemy się szczegółów na temat, jak toczyło się życie Dominiki u boku Arlety i co zniszczyło ich związek.

Po odebraniu dziewczyny ze szpitala Arleta zawiozła ją do siebie. Zamieszkały razem, jednak po staremu nie potrafiły się porozumieć. Dominika zawsze chciała czegoś więcej, była bardzo inteligentna, Arleta zaś bardzo przeciętna, uwielbiała też alkohol i hazard. W małej mieścinie trudno o kasyno, ale automatów do gry nie brakowało. Obie pracowały w podrzędnym pubie, wyposażonym w atuty zapewniające uciechę ciału i duszy. Arleta nie bardzo przykładała się do pracy, za to nadrabiała Dominika.

Stylizacja i uroda wskazywały, że Arleta jest w tym związku facetem. Miała owalną twarz, krótkie włosy koloru pociemniałej słomy, krępą budowę ciała bez charakterystycznych kobiecych wcięć, chód i ruchy ociężałego mężczyzny. Poza tym potrafiła być wybuchowa i zaborcza, a przede wszystkim diabelnie zazdrosna. Dominika natomiast była piękną dziewczyną. Miała kruczoczarne, lekko kręcone włosy, sięgające do ramion, jasną i gładką cerę oraz szczególne oczy — czarne, świdrujące człowieka na wylot. Przy tym dysponowała zgrabną figurą, podkreślaną gustownymi, choć niekoniecznie drogimi ubraniami. Niejeden męski wzrok wędrował za Dominiką i niejeden komplement dało się słyszeć pod jej adresem. To tak wkurzało Arletę, że czasami urządzała awantury na wyrost. Na początku niewinna niczemu dziewczyna łagodziła sytuacje i uspokajała wściekłą partnerkę. Przecież to nie jej wina, że była ładna i zwracała uwagę. Lecz awantury zdarzały się coraz częściej, i to w różnych miejscach… W domu były na porządku dziennym, potem na ulicy i coraz częściej w pracy. Arleta odreagowywała swoją frustrację przy automacie do gry, trwoniąc coraz więcej pieniędzy, a Dominika zaczęła brać narkotyki. Nie mogły już razem pracować, bo było coraz gorzej. Właściciel nie był do końca zorientowany, co tak naprawdę się dzieje, i postanowił dać im ostatnią szansę. Pracowały teraz na innych zmianach, czasami się mijając i coraz bardziej się od siebie oddalając. We wspólnym gospodarstwie zaczęło dziać się bardzo źle. Było brudno, a lodówka świeciła pustkami.

Dominice coraz częściej dotrzymywał towarzystwa przystojny młodzieniec — kolega kuzyna Arlety. Był zaskoczony, że taka dziewczyna zwróciła uwagę na takiego przeciętniaka, gdyż — oprócz urody i ciężkiego dowcipu — tak naprawdę nie miał zbyt wiele do zaoferowania. Może narkotyki częściowo stępiły jej zmysły i dlatego wybór padł na niego, a może była to chęć zrobienia na złość zazdrosnej dziewczynie. Poznała jednak przyjemność seksu z mężczyzną.

Skończyło się bardzo trywialnie. Któregoś dnia Arleta wróciła z pracy wcześniej. Mocno pijana, wściekła jak zawsze, nakryła parę w łóżku. Wywiązała się straszliwa awantura, a Dominice dodawały animuszu wciągnięte wcześniej białe kreski. W ruch poszły niebezpieczne przedmioty. Kiedyś zależało im na sobie, a teraz obrzucały się wymyślnymi i obelżywymi wyzwiskami. Na koniec kłótni Arleta została ugodzona nożem. Tak naprawdę to miała wiele szczęścia, bo rana okazała się niegroźna — została przecięta skóra na lewym boku i założono jej kilka szwów. Dominikę natomiast zabrano do znajomego szpitala psychiatrycznego w Bolanowie, ale na oddział dla dorosłych. Arleta nie miała żalu do Dominiki i nie chciała, żeby miała kłopoty. Niestety, policja wniosła sprawę z urzędu i dziewczyna otrzymała wyrok pół roku więzienia w zawieszeniu na dwa lata. Po tym zdarzeniu już do siebie nie wróciły.

Dominika trafiła do Bolanowa. W szpitalu przebywała ponad dwa miesiące. Okazało się, że jest w ciąży. Mimo skarg na ból brzucha i dolegliwości nikt nie potraktował ich poważnie, w rezultacie czuła się coraz gorzej i poroniła. W końcu stamtąd uciekła. Nie miała się gdzie podziać i zamieszkała z kuzynem Arlety. Nie miała pieniędzy i nie chciała płacić za mieszkanie ciałem, a on wkrótce ją wyrzucił — wystawił jej rzeczy przed drzwi i kazał spierdalać. Postanowiła więc poprosić o pomoc babcię. Babka wprawdzie nigdy nie interesowała się jej losem, ale w przypływie dobrego humoru zezwoliła u siebie mieszkać, zaznaczając, że na krótko. No i było „na krótko”. Babka była uzależniona od alkoholu i nie miała zamiaru utrzymywać pasożyta, zatem kazała jej się wynosić — i w taki oto sposób Dominika stała się bezdomna.

Dziewczyna żałowała, że tak prędko chciała być dorosła i nie została w domu dziecka. Nikt jej nie przygotował na bycie bezdomną. Spała na klatkach schodowych, a jak było cieplej, to w altankach ogrodów działkowych. Kradła i handlowała kradzionym towarem, żeby mieć za co kupować narkotyki. Nie miała nikogo i bardzo dokuczała jej samotność. Siadała w jakimś kącie i płakała nad swoim losem. Babcia nienawidziła Dominiki, bo była podobna do matki, chociaż sama nie świeciła przykładem, będąc alkoholiczką. Dziewczyna tęskniła za matką, mimo że wiedziała, iż miałaby ciężkie życie, gdyby tamta żyła. Znów byłaby gwałcona, bita i poniżana… ale miałaby dach nad głową i gdzie wrócić. Czuła się niechciana i bezużyteczna.

Ludzie, widząc ją na ulicy, omijali szerokim łukiem, czasami klnąc i wyzywając od ćpunek i kurw. Pewien starszy mężczyzna nawet splunął w jej kierunku. Po narkotykach choć przez chwilę czuła się pełna nadziei i nowych planów. Potem wracało zło i dążyła już tylko do samounicestwienia.

Był środek lata. Na ulicy spotkała drugiego kolegę kuzyna Arlety. Miał on wielu kolegów, ale ten był inny. Rzadziej się spotykali. Tak, to był Marcin. Był zawodowym kierowcą, jeździł tirem po całej Europie i zabrał ją ze sobą. Można powiedzieć, że się nią zaopiekował. Pierwszy raz w życiu ktoś potraktował ją inaczej. Zabrał ją w podróż i pokazał morze. Była zachwycona i szczęśliwa. Mężczyzna był inteligentny, przystojny i opiekuńczy, ale zawsze jest jakieś „ale”… Oboje lubili narkotyki.

Karolina Barabach

Przez całe lato podróżowała ze swoim nowym chłopakiem, kradnąc, żeby finansowo dokładać się do wydatków, ale też żeby kupować lepszy towar. To był czas jej upadku. Dobry towar i dobra zabawa kosztuje. Marcin wpadł w długi, a Dominika staczała się coraz niżej. Pewnego dnia, będąc na głodzie i odczuwając beznadziejność swojej sytuacji, pocięła sobie ręce w jego samochodzie. Zawiózł ją do szpitala, a tam, w trakcie opatrywania, dostała takiego szału, że znów trafiła do Bolanowa. W tym czasie Marcin szukał dla niej odwyku, ale bez powodzenia.

Gdy wyszła ze szpitala, chłopak dał jej trochę pieniędzy i pojechał zarabiać. Jak miała kasę, to mogła mieszkać u babci. Zatrzymała się tam na miesiąc, a w międzyczasie poprawiła swój wizerunek, by móc szukać pracy. Udało jej się znaleźć pracę w kasynie jako hostessa. Cóż, nie musiała tam szukać narkotyków, to one znalazły ją. Było wielu, którzy częstowali, a ona nie odmawiała. Przed Bożym Narodzeniem przyjechał po nią jej ukochany w towarzystwie zaprzyjaźnionej pary i wszyscy razem pojechali na wycieczkę do Niemiec. Po powrocie była spłukana, a babcia nie przygarniała golców — masz kasę, to mieszkasz, nie masz, to na ulicę. Przez jakiś czas mieszkała u nowo poznanej dziewczyny, czyli koleżanki Marcina. Wzięła nawet kredyt w lichwiarskiej firmie i całą kwotę wydała na narkotyki. Wszystko się kiedyś kończy i ponownie musiała zmienić lokum, a że po raz kolejny stała się bezdomna, chłopak zabierał ją ze sobą w trasy. Kiedy miał przestój, mieszkała w jego samochodzie pod jego domem. Rodzina Marcina wiedziała o Dominice tylko tyle, ile on sam im opowiedział. Domyślali się zapewne więcej, niż sądził, i szczerze jej nienawidzili. Nikt nigdy z nią nie porozmawiał otwarcie, ale zdarzało się, że słyszała, jak jego matka wykrzykuje z podwórka okropne rzeczy pod jej adresem, klnąc przy tym okrutnie. Dziewczyna czuła się jak śmieć, którego tylko się kopie. Nie umiała sobie pomóc. W przypływie rozgoryczenia i beznadziei brała więcej — z tą myślą, że już nikomu nie będzie przeszkadzać i zwyczajnie umrze. Utraciła całkowicie poczucie sensu życia — znikąd pomocy, tylko więcej narkotyków.

Pod koniec lata coś się zmieniło. Może Marcin poznał kogoś innego, może matka postawiła mu ultimatum, a może sam dostrzegł, że i on sięga dna? Kolejny raz usłyszała, że ma wypierdalać. Tym razem z jego życia. Oskarżał ją, że zniszczyła mu życie. Czuła, że częściowo ma rację, ale przecież nie był dzieckiem i wiedział, jakie będą konsekwencje zabawy z używkami. Nie wiedziała, co ma począć. Była nieporadna, zagubiona, zdruzgotana i tak naprawdę stale samotna. Uczuciowo była związana bardziej z narkotykami niż z ludźmi. Zbliżał się wieczór. Doszła do wniosku, że nie może dalej tak żyć. Da sobie ostatnią szansę: albo życie, albo śmierć. Zadzwoniła do Arlety, prosząc o pomoc.

Dawna przyjaciółka jej nie odtrąciła, a nawet pomogła załatwić pracę. Chwilowo zamieszkała u brata Arlety, a za kilka dni miała jechać do Niemiec, aby opiekować się kimś chorym. Niestety, ćpała jak dawniej. Nie rezygnując z nałogu, dotarła na miejsce, nie potrafiła jednak utrzymać pracy dłużej niż dwa tygodnie. Regularnie ją zwalniano, ale dzięki nowym znajomościom przeniosła się do Holandii. Tam pracowała przy produkcji warzyw. Wyniszczony i osłabiony organizm łatwo się poddał. Zachorowała na zapalenie płuc. Nie mogła pracować, lecz na szczęście miała gdzie mieszkać. Tym razem Dominiką zaopiekował się kierowca, który woził pracowników do pracy. Kupił jej lekarstwa, jedzenie i nie oczekiwał niczego w zamian. Wrócił on jednak do kraju, ona zaś zamieniła narkotyki na alkohol. Destrukcja trwała dalej, ale jakoś udawało jej się utrzymać swoją dotychczasową pracę. Ktoś jednakże wpłynął na jej życie…

Przemek przyjechał jako zastępstwo poprzedniego kierowcy. Nie był szczególnie przystojny, ale miał w sobie to coś, co przykuło jej uwagę. Krótkie rozmowy i spojrzenia powodowały ten niekontrolowany dreszczyk, którego tak naprawdę nigdy przedtem nie czuła. Zawsze broniła się przed prawdziwym uczuciem i wyznawanie miłości nie przychodziło jej łatwo. Czasami mówiła „kocham”, ale zwyczajnie udawała.

Obecne Dominika dzieliła lokum z wieloma mieszkańcami. W piątkowy wieczór tradycyjnie należało się wyluzować po tygodniu ciężkiej pracy i niejedna kłótnia wymykała się wtedy spod kontroli. Jak co tydzień wybuchła więc awantura. Tam, gdzie alkohol, różnica zdań i wybuchowy temperament, tam też i rękoczyny. Chciała stać się bohaterką w oczach nowo poznanego chłopaka i zażegnać konflikt między rosłymi mężczyznami. To jednak nie był najlepszy pomysł. Zanim się zorientowała, co się stało, przefrunęła przez pokój wraz z wieloma przedmiotami. Ważyła zaledwie trzydzieści dziewięć kilogramów i impet uderzenia na chwilę ją zamroczył. Przemek jednak w porę zorientował się w sytuacji i zabrał ją do siebie. Była roztrzęsiona, a z jej wargi sączyła się krew. Chłopak opatrzył ranę i mocno ją przytulił. Delikatnie pocałował skaleczenie i położył do łóżka. Rano przygotował śniadanie, a potem zaprosił na cudowny spacer. Nie mogła uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Byli długo poza domem i nawet nie zauważyli, jak zmieniła się pogoda. Obfity deszcz zmusił ich do powrotu. W domu Przemek pomagał jej zdejmować mokre ubranie. W pewnym momencie zaczęli się całować. Był delikatny i czuły. Pocałunki przestały Dominice wystarczać i zapragnęła zbliżenia. On również, ale nie chciał, aby poczuła się wykorzystana. To ona przejęła inicjatywę — czuła się inaczej, pragnęła go całą sobą, on jednak tonował jej zapędy. Nie chciał się spieszyć, tulił ją i całował, szeptał miłe słowa, że jest taka piękna i cudowna. Wplatał dłonie w jej włosy, opuszkami palców delikatnie gładził jej ciało, muskając wargami nagie piersi. Pragnął jej, ale odsuwał moment ich połączenia. Potem kochali się namiętnie, jakby świat przestał istnieć, a czas się zatrzymał.

Rano Dominika obudziła się, stwierdzając fakt, że to nie był tylko sen. Pierwszy raz w życiu usłyszała najpiękniejsze słowa: „Dzień dobry, księżniczko”. Może to i banalne, ale nie dla niej. Ta noc odmieniła jej życie na zawsze. Zostali parą. Dominika jeszcze kilkakrotnie traciła pracę, lecz tylko dlatego, że fizycznie nie dawała sobie rady. Przemek pomagał jej we wszystkim. Trwał przy niej, kiedy brakowało jej narkotyków, nie pozwolił, żeby znów stała się bezdomna, gdy wyrzucali ją z mieszkania (nie świadczysz pracy, to wynocha). Mogła na nim polegać w każdej sytuacji.

Los jej dopomógł odmienić swoje życie i otrzymała nową propozycję pracy — miała opiekować się starszymi osobami. Do tej pory nie potrafiła zadbać nawet o siebie, a tu czekało ją pomaganie innym… Miała jednak prawdziwą motywację, a Przemek stał się sensem jej życia. Zaczęła sobie nieźle radzić. Wytrwała bez narkotyków i nadszedł dzień prawdziwej próby…

Związek stał się na tyle poważny, że chłopak zapragnął przedstawić ją swojej rodzinie. Dziewczyna bała się kolejnej próby i kolejnego odrzucenia. Chciała zrobić jak najlepsze wrażenie. Wrócili do kraju przed świętami Bożego Narodzenia. Dominika bała się spotkania z rodzicami Przemka, ale musiała dać sobie szansę. Wiele razy próbowała zmieniać plany, szukając pretekstów do odwlekania wizyty, chłopak jednak nie dawał za wygraną, zapewniając, że wszystko jakoś się ułoży. Przytakiwała, ale wciąż nachodziły ją wątpliwości. Nadeszła oczekiwana chwila i w momencie przekraczania progu mieszkania rodziców Przemka o mało nie zemdlała. Zrobiło jej się słabo, lecz matka chłopaka stanęła na wysokości zadania: zatroszczyła się o Dominikę i niczym mistrzyni gry rozładowała sytuację, domyślając się powodu zasłabnięcia. Rodzice byli przygotowani i dobrze wiedzieli, kto będzie ich gościem. Po kilku godzinach napięcie zostało rozładowane do tego stopnia, że Dominika czuła się jak w rodzinie. Przeżyła najwspanialsze święta w życiu, a matka Przemka okazała się wyjątkową osobą. Nie była wścibska ani ciekawska. Rozmawiali na różne tematy, a dziewczyna opowiadała o sobie tylko tyle, ile sama chciała opowiedzieć. Spotkała się z wyjątkowym zrozumieniem i szacunkiem. Ojciec może potrzebował nieco więcej czasu na oswojenie się z nową sytuacją, ale zachowywał się nienagannie i taktownie. Czas spędzony w kraju minął bardzo szybko. Wrócili do pracy na obczyźnie, ale szczęśliwi i zakochani.

Dominika już nie wróciła do używek, lecz bywają dni, kiedy chętnie by coś wciągnęła… Ma jednak Przemka, który nad nią czuwa i wie, kiedy jest gorzej, nie pozwala jej pić alkoholu, a nawet mówić o używkach. Odzyskała kontakt z młodszym bratem i jest z tego powodu bardzo szczęśliwa, gdyż zawsze brakowało jej rodziny. Niedawno coś jeszcze zmieniło się w jej życiu: Przemek poprosił ją o rękę. Została najprawdziwszą narzeczoną, bo powiedziała „Tak”. Chciała podzielić się swoim szczęściem z całym światem i pokazała swój zaręczynowy pierścionek na Facebooku. Jest piękny, a Dominika promienieje szczęściem.


Rozmowa autorki z Dominiką
Sara: Dominiko, jak oceniasz swój pobyt w Bolanowie?

Dominika: W Bolanowie przebywałam ponad dwa lata. Raziła mnie niesprawiedliwość personelu. Bywało, że dla świętego spokoju personel przynosił domowe jedzenie albo słodycze i rozdawał wybranym pacjentom. Była to forma przekupstwa. Nie każdy nadawał się tam do pracy. Z całym szacunkiem — ktoś, kto większość życia przepracował w rolnictwie albo jako złota rączka, niekoniecznie nadawał się do pracy w szpitalu psychiatrycznym, a do tego z dziećmi. Zbyt często słyszałam narzekania pracowników na niskie pensje, pewnie dlatego pracowali ludzie z przypadku.

S.: Co do tego jedzenia i słodyczy — masz na myśli czas świąt?

D.: Święta to inna historia. Wiele osób przynosiło coś od siebie. Myślę, że intencją personelu w święta było stworzenie namiastki normalności. Mnie chodziło o zwykłe dni, o codzienność.

S.: Czy pomagała ci terapia?

D.: I tak, i nie. Mówiłam prawdę o swoim życiu. A czasami mówiłam to, co chcieliby usłyszeć. Nie zawsze ufałam psychologom. Nie zawsze byłam gotowa na rozmowę. Nie było możliwości rozmowy z psychologiem popołudniami, bo ich zwyczajnie nie było. W czasie dnia zdarzały się różne sytuacje i wówczas pomocna byłaby rozmowa z kimś zaufanym. Pozostały personel nie zawsze miał czas.

S.: Co chciałabyś poradzić młodym ludziom z takimi problemami, jakie ty miałaś?

D.: Cóż, rozum przychodzi dużo później. Najpierw są emocje. Może to zabrzmi zbyt zwyczajnie, ale żeby dzieciaki radziły sobie bez alkoholu i narkotyków. Żeby szukały pomocy w instytucjach, jak szkoła, opieka społeczna, by umiały komuś zaufać, nawet przyjaznej sąsiadce. Oby nigdy nie trafiały do takich miejsc jak Bolanowo. Tam nie wyleczy się duszy, tam się tylko pomieszka.

S.: Czy będziesz chciała mieć dzieci?

D.: W przyszłości pewnie tak, ale to jeszcze odległa przyszłość.

S.: Dziękuję za szczerość i rozmowę

Arleta

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 41.12
drukowana A5
kolorowa
za 69.09