E-book
15.75 14
drukowana A5
44.66
drukowana A5
Kolorowa
68.32
Dzbanek rozbitych myśli
10%zniżka

Bezpłatny fragment - Dzbanek rozbitych myśli

Myśli ubrane w wersy

Objętość:
154 str.
ISBN:
978-83-8467-002-6
E-book
za 15.75 14
drukowana A5
za 44.66
drukowana A5
Kolorowa
za 68.32

Dzbanek rozbitych myśli

Dzbanek rozbitych myśli

Kubek zsiadłego mleka.

Na kartce ktoś coś kreśli,


rozbiegana ucieka.


Biegną czasu godziny,

Chwila za chwilą goni,

Któreż to urodziny?

Los dni twoje tak trwoni.


Stoi kawa smolista,

Wypijesz — opadnie mgła.

Rośnie aura kulista,

Będzie za tobą szła.


Podąży za tobą wszędzie,

W dni pochmurne, dni jasne,

Których ubywać będzie

Mimo, że twoje są, własne.

Cisza 2

nie szukam czasu

czas bowiem mnie mija

przemijanie tłumi

wszechobecny szum

ja szukam ciszy

cisza się przewija

przez bajty myśli

dźwięki pięciolinii

uformowane pomiędzy nutkami

zapisanymi jak słowa bezdźwięcznie


ja szukam ciszy

ciszy aksamitu

uformowanej niby kłąb śniegowy

w puszystej głębi zastygłej lawiny


ciszy

co sugeruje

pojęcie niebytu

gdzie znaleźć ciszę

gdzieś w nieskończoności


ciszy nie znajdę w świątyni

w kosmosie

nie znajdę 

ciszy w natury chaosie

cisza jest we mnie

tam ją znaleźć mogę

tam wpleciona

w zaplątane myśl

w emocje wtłoczona

w dźwiękach zagubiona

niewidoczna

niedostępna czeka

by eksplodować w umyśle człowieka


usiądę

uspokoję myśli

odrzucę zbędne słowa

złość

nienawiść

zazdrość

zamknę oczy

cisza uwolniona


zobaczę ciszę


w aurze znalezionej ciszy

umysł w spokoju i ciszę usłyszy

i myśl uwolni

i wraz z ciszą słowa

* * *

otworzyłem okno

wiatr wywiał wszystkie myśli

jasne i ciemne

wszystkie skreślił

tabula rasa

dziad przemówił do obraza


dziad jestem

obraz czarny

jak szkolna tablica

pusty jak kosmos

a kto miał przemówić do dziada

no kto

czarna dziura

no nie

to jest samotność

* * *

nanizane na sznurek

koraliki dni

ułożone

w pokaźny naszyjnik

miesięcy i lat

z uśmiechów złożony

niedoszłych tragedii

w kolorach radości i traumy

nie wytrzymał upływu czasu

jakiś sznurek pękł

zerwał się drugi i trzeci

pewnie w miejscu niedoszłych tragedii


szukałem tych miejsc

nie znalazłem

paciorki były w kawie

w nadzieniu tortu

sznurki cieniutkie

zaznaczone jeno zgrubieniami blizn

skręcone trudami trwania

nie znalazłem pęknięć

nie odnalazłem koralików

kolorowych

malutkich ośmiościanów

wielkości kryształków cukru

zmieniły smak kawy i deseru

aromatem ubiegłych lat

odżałowałem

dodałem paciorki nowych dni

i nowych lat

w kolorze bieli

zanurzyłem całość

w roztworze myśli

utrwalonych grafenem


sprawy i przeżycia

radości i smutki

miłość i ekstaza

w przetrwalniku jaźni


patent urządzenia do utrwalania istot

po kres istnienia kosmosu

Czas

Płynie, chodzi, ucieka,

Dzwoni w uszach człowieka.

Człowiek biegnie, szaleje,

Kroczy dostojnie, kuleje.


To czas dopadł człowieka.


Człowiek już nie ucieka.

Siada gdziekolwiek i dyszy.

Nawet już tego nie słyszy.


Czas?


Zadyszki czas nie dostaje.

Liczy miarowo i z taktem.

Odmierza życia staje,

A Ty pogódź się z faktem.

Zwolnij, pomyśl, odpocznij.

Zobacz ile zostało.

Mało. O wiele za mało,

Za mało,

Za mało, za mało…

Czas II

mija

ucieka

dopada

człowieka


chwila

cząstka czasu

przyjemna

rozpaczy

przemija a znaczy


względność czasu

fizyczna

psychiczna

emocji

liryczna

Zegar

idę przed siebie

zegar pół kroku przede mną

przyspieszam

podejrzewając spóźnienie


kiedy go mijam

słyszę

pośpiech nie skróci drogi

zmęczy

zgubi

ukradnie czas

niczego nie zyskasz


wracam

rezygnuję z pogoni czasu

zaoszczędzony

zamieniam na spokój

to tylko myśli

czyny im stale przeczą

Niewiele

niewiele mnie zostało

tylko niejasne znaki

tropy nieoczywiste

nie zdołałem

wygładzić ścieżek

umożliwiających

odwzorowanie jaźni


nie było mnie

gdy świat zmieniał kolory

rozdzielał miejsca

nowych klocków lego

jestem niedopasowany

wypadam z calizny

ułożonych klocków


niesterowalny

ciągle z uporem

zaprzeczam względności prawdy

względności uczuć

istnieniu względnych wartości

szafowanych maluczkim


w interesie władzy

w interesie boga

przez reprezentantów

samozwańców

pomazańców

interes własny

mających na względzie


nie widzę szansy

na odwrócenie biegu zdarzeń

tak zawsze było

tak jest

i tak już będzie

Zakrzywiona przez łzę

świat widziany przez łzy

jest zdeformowany

świat oglądany przez zaciśnięte powieki

widać ostro przy niewielkim zasięgu


kiedy oczy zamykasz

by nie widzieć zła

nie widzisz nic

i tak dochodzisz do ściany


myśli koncentrujesz na swoich obsesjach

nie zobaczysz dobra ni radości

istniejących poza ich zasięgiem

realnych a nieosiągalnych

w ciemności

mentalnej niemocy


otwórz oczy

obetrzyj łzy

spójrz poza widnokrąg

zobacz poświatę wschodzącego słońca

spójrz za horyzont nocą

zobacz skrzące gwiazdami niebo


spojrzyj wstecz

co było zamknij pamięcią

spójrz w głąb

zobacz siebie


uśmiechnij się

świat sprzyja optymistom

Nanizane koraliki

nanizane koraliki

rozdwojonych myśli

pod poduszką rogaliki

wyobraźnia kreśli

rogaliki nie barany

liczę dziś nasennie

te zmieniają się w warany

choć liczę solennie

straszą zamiast mi ukoić

potargane zwoje

sen przywrócić

uspokoić

zgasić senne roje

Deszczowy smutek

Spopielało za oknem niebo

Spłakane przepływa dzień po dniu

Łzami tłucze o szyby

Rozmywa horyzont myśli

Rozbija resztki zieleni

Liście spłukuje z drzew


Wychodzę w strugi deszczu

Wyczuwam wiatru śpiew

Smyczkiem gałęzi coś gra

Myśli me składa zmoknięte

Utytłane w kałuży


Tak mnie smętek przygasza

Tak się tęsknota dłuży

Może dojrzeje radość

W rytmicznym plusku kropel deszczu

A może wznieci zachwyt

W drżeniu strun wiatrowych

Może przeniknie szczelinami chmur

Promień złotego słońca

Może zaświeci…

* * *

depczę dywan kolorowy

w parkowej alei

rytm wybijam fałszywy

nie po kolei


kasztany rytmicznie

spadają na bruk

a ja powłóczyście —

stuk puk

stuk puk


myśli swoje

mgliście zawijam

wzrokiem ogarniam

faliste zawoje


ile jeszcze widzę ile słyszę

tajemnice moje

długości fal okrojone

prędkości opóźnione


materia według emcekwadrat

zamieniana w upływ czasu

już nie daje energii

szkoda ambarasu

***

w ogrodzie życia,

na jego cienistym obrzeżu,

niedosyt słów i myśli —

niedosyt samego życia.


na skraju bytu

myśli wzmożone

czas już niedługo

— być może

brutalnie skreśli

Dorastam

dorastam do zrozumienia

mutacji genów

otrząsam się ze świadomości

ich samopowielania


dobre wiadomości

strząsają z mojej podświadomości

strach


to już chyba po raz enty

opadają powoli emocje

napęczniałe oczekiwaniem

po dobrej

zawsze zbyt późnej wiadomości


mięśnie luzują napięcie

serce zwalnia

myślowy luz

Namawiam

sam siebie namawiam

do refleksji

by wyrwać myśli

z apatii


próby nieskuteczne

krótkotrwałe

pogłębiają stan

bez efektywnych zmian

Pienista piana

pienista piana

jeśli się nie zmieni

jeśli jej gęstość

otoczy neurony

pozbawi rozum

zdolności prognozy


odbierze resztki

myślowej ochrony

odbierze zdolność

rzeczowej diagnozy


co będzie


nie dajcie jej pola

niechaj się ujawni

nasza wolna wola

Horyzont czasu

Dobijam do brzegu


Nic lub prawie nic

Nie dzieje się już

Z moim udziałem

Wiosła wypadły mi z ręki

Horyzont mgła zasnuwa

Ubywa dźwięków w eterze

Znikają za horyzontem znajome mi twarze

Bledną emocje

Miłość zazdrość nienawiść

Wyblakłe byliny czasu

Nie zakwitną czerwienią

Już się nie zazielenią…


Przesadzasz przyjacielu

Powiadasz dobry duchu

A jakże tak stać nad brzegiem

W otępiającym bezruchu

Myśli w jeziornej toni

Pomarszczony płaszcz błękitu

Rozbita kroplami bieli przestrzeń zmyślonego

horyzontu

Postrzępione myśli we mgle niebytu

Zaorana nieobecność w czasie

Nieobecność chwili


Wiem jesteś

Po tamtej stronie linii bytu

Złamanej w płaszczyźnie ołowianego bezkresu


Ile jeszcze kropel beznadziei

Musi wypłynąć

Z czeluści krwawej duszy

Bym osiadł na spokojnych wodach

Kołysany w zatoce ciszy

Spokojnej wszechwiedzy świadomości

Nieuchronności wieczystej

Zmiany bytu w niebyt

Przeszliśmy zenit

przeszliśmy zenit ma się ku zachodowi

przed nami piękno wieczornych

wielu szczęśliwych zachodów słońca

w kolorach radosnej purpury


nie pozwól by słońce o wieczornej porze

na horyzoncie zostawiwszy zorze

skłóciło księżyc bledziutki z natury

z impetem gwiazdy biegnącej po niebie


.

by tylko ślad zostawiwszy świetlisty

zapomniawszy lunę pognała przed siebie

ni wspomnienia ni dobrego słowa

a i ten ślad co pozostał chowasz


a ja oczami widząc „pięknoducha”

myślałem skoro tak wybucha

to pozostanie już z nami na wieki

może nie miłość choć przyjaźń dojrzała


by z nami była i tak już została

aż byśmy kiedyś na łąkach wieczności

dostrzegli ile w tym było radości

a teraz smutny smuteczkiem jesieni

nie żegnam choć to nie wiele już zmieni


czekam wciąż czekam może coś roznieci

to piękno które między nami było


było i pękło

zostało we mnie lecz już nie jest w Tobie

i wmówić muszę tę prawdę sobie

Stoję po stronie myślenia

tak czy owak

jestem przeciwko wyznawaniu

czegokolwiek

co podają nam

w dobrej lub w złej wierze

zaborcy jedynie słusznych

idei

metod

czynów

z głowy guru

wywodzący

pochodzenie

ukorzenione

być może

w błocie

potrzeby

gromadzenia władzy

i dóbr wszelakich

które ona daje


stoję po nie tej stronie

ktokolwiek myśli

stoi po stronie

dociekania

nie głoszenia jedynej prawdy

ograniczenia władzy

jej namaszczania


ktokolwiek jesteś

i myślisz że myśląc

stawiasz opór

wyznającym jedyne

nieistniejące

jesteś z nami

jesteśmy razem

nie sami

nie sami

nie sami

Stanąłem na górze

nie nie tej Oliwnej

z chrześcijańskiej tragedii

i nie na Synaju

z hebrajskiej podróży do źródeł istnienia

nawet nie na Olimpie

górze wszystkich bogów

na samotnej górze

wśród mlecznej mgły stanąłem

jak ona samotny

wpatrzony w mglistość rzeczywistości

i zasłuchany w ciszy absolutnej

wolny od zgiełku

wolny od zniewalających legend

nadmiar wrażeń

nadmiar emocji

nadmiar migotliwych kolorowych kształtów

nadmiar kłamstw opakowanych w powoje słów

zostawiłem w dolinie pod zasłoną mgły

resetuję zapisy życia w zwojach neuronów

odpoczywam

Bywa taki czas

bywa taki czas

taki moment

bez jakiejkolwiek chęci

do postrzegania ruchów na orbicie życia


świat wiruje

według fizycznych zasad determinacji

bez uwzględniania filozofii mentalności


nic nie jesteś w stanie zmienić

nie masz sprawczej mocy

nie zawrócisz rozpędzonej

masy nawet spadającej

w głębinę przepaści bezdennej głupoty

dopóki nie skupi krytycznej masy

niezbędnej do wybuchu supernowej


kosztem oszalałej

materii zdesperowanej fizyką natury


niechaj pędzi

niech się rozwala

dodajmy jej paliwa

sprawmy by nie ostygł zapał

samozagłady głupoty

***

Myślę, że jestem.

Jestem bo myślę.


O czym tu myśleć

Nad kanionem życia

Kiedy ciekawość jak Niagara spada,

Roztrzaskuje swój nurt

W miazmatyczny, pylisty chaos myśli.


Kiedy miłość jest już tylko echem

Czułość wspominasz zadumy uśmiechem.

Gdy coraz trudniej przywołać wspomnienia,

A coraz częstsza łatwość zapomnienia.


A jednak myślę, że ciągle jestem.

Myślę, że myślą wstrzymuję spadanie,

Że jest możliwa ciekawość, kochanie,

Że czas jest względną wartością istnienia

Gdy nie pozwolę by w swym nurcie bycia

Zabierał z sobą cząstki mego życia.

Potrzeba słuchania

wieczór pustawy

noc właściwie

pada śnieg

przed domem

jeszcze kwitną kwiaty

duchy do siebie

poczęły gadać

zamglonym głosem

dobrotliwie

zadziwione ciszą wokolutką

samotność im doskwiera

może to nuda

a może człowieczeństwa

zakręcone smugi

czas je rozsupłać

pomyśleć ciszą

może rozum

spokojnie przeliczy

algorytmy roztrwanianej ciszy

może ktoś kogoś usłyszy w tej ciszy

zamiast odgłosów własnego stąpania

usłyszy w ciszy potrzebę słuchania

Ile mam lat?

Chyba osiemdziesiąt.

Czy to coś zmienia?

Nic.

Chodzę zbyt szybko,

Jak zawsze.

Pisuję wiersze,

Jak zwykle.

Czasu mam ciągle za mało…

To tylko zmiana daty,

Nic się takiego nie stało.

Zmęczenie materii

Jazda w dwie strony —

miało być w jedną,

lecz życie pomieszało szyki,

skołowało biedną zmęczenie.


Po drodze bociany i wrony,

gromada saren,

pani doktor

na końcu drogi

i przepis na spanie.


A drogi —

oj, drogi…

* * *

naturalne odruchy

dobieram ruch ręki

ukształtowanie dłoni

do kształtu ciała

do uformowania myśli

do pragnień

z rozwagą

ale i z wyobraźnią

formuję wokół przestrzeń

odpowiednio dla komfortu bytu

* * *

Równie ważne pytanie —

dlaczego nie piszę?


Pustka w głowie,

zmniejszyła się ilość zwojów

nie funkcjonują jakieś synapsy

po ostatnim udarze.


Czarne dziury

w miejscu wyobraźni.


I tak już pozostanie.

Ważniejsze jest przetrwanie.

* * *

Jesteśmy sobie bliscy —

tym bliżsi, im dalej od siebie,

a im bliżej w przestrzeni,

tym bardziej się oddalamy.


Taka to mentalność

i nic jej nie zmieni


Genetycznie niewiele nas różni —

ta sama zachłanność,

podobne pragnienia.


A droga do siebie — kosmiczna.

I nic się nie zmienia.


Przepaści jest wiele,

choćby genetyczne,

inny kolor skóry,


Religie i narody,

stworzyliśmy sami —

zarzewie niezgody,

tkwiące między nami

na wieki i tysiąclecia.


Skok cywilizacji.


Atawizm drapieżcy,

wciąż się z nas wyłania,

jak kość ogonowa —

na nic zaklinania.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75 14
drukowana A5
za 44.66
drukowana A5
Kolorowa
za 68.32