Dzbanek rozbitych myśli
Dzbanek rozbitych myśli
Kubek zsiadłego mleka.
Na kartce ktoś coś kreśli,
rozbiegana ucieka.
Biegną czasu godziny,
Chwila za chwilą goni,
Któreż to urodziny?
Los dni twoje tak trwoni.
Stoi kawa smolista,
Wypijesz — opadnie mgła.
Rośnie aura kulista,
Będzie za tobą szła.
Podąży za tobą wszędzie,
W dni pochmurne, dni jasne,
Których ubywać będzie
Mimo, że twoje są, własne.
Cisza 2
nie szukam czasu
czas bowiem mnie mija
przemijanie tłumi
wszechobecny szum
ja szukam ciszy
cisza się przewija
przez bajty myśli
dźwięki pięciolinii
uformowane pomiędzy nutkami
zapisanymi jak słowa bezdźwięcznie
ja szukam ciszy
ciszy aksamitu
uformowanej niby kłąb śniegowy
w puszystej głębi zastygłej lawiny
ciszy
co sugeruje
pojęcie niebytu
gdzie znaleźć ciszę
gdzieś w nieskończoności
ciszy nie znajdę w świątyni
w kosmosie
nie znajdę
ciszy w natury chaosie
cisza jest we mnie
tam ją znaleźć mogę
tam wpleciona
w zaplątane myśl
w emocje wtłoczona
w dźwiękach zagubiona
niewidoczna
niedostępna czeka
by eksplodować w umyśle człowieka
usiądę
uspokoję myśli
odrzucę zbędne słowa
złość
nienawiść
zazdrość
zamknę oczy
cisza uwolniona
zobaczę ciszę
w aurze znalezionej ciszy
umysł w spokoju i ciszę usłyszy
i myśl uwolni
i wraz z ciszą słowa
* * *
otworzyłem okno
wiatr wywiał wszystkie myśli
jasne i ciemne
wszystkie skreślił
tabula rasa
dziad przemówił do obraza
dziad jestem
obraz czarny
jak szkolna tablica
pusty jak kosmos
a kto miał przemówić do dziada
no kto
czarna dziura
no nie
to jest samotność
* * *
nanizane na sznurek
koraliki dni
ułożone
w pokaźny naszyjnik
miesięcy i lat
z uśmiechów złożony
niedoszłych tragedii
w kolorach radości i traumy
nie wytrzymał upływu czasu
jakiś sznurek pękł
zerwał się drugi i trzeci
pewnie w miejscu niedoszłych tragedii
szukałem tych miejsc
nie znalazłem
paciorki były w kawie
w nadzieniu tortu
sznurki cieniutkie
zaznaczone jeno zgrubieniami blizn
skręcone trudami trwania
nie znalazłem pęknięć
nie odnalazłem koralików
kolorowych
malutkich ośmiościanów
wielkości kryształków cukru
zmieniły smak kawy i deseru
aromatem ubiegłych lat
odżałowałem
dodałem paciorki nowych dni
i nowych lat
w kolorze bieli
zanurzyłem całość
w roztworze myśli
utrwalonych grafenem
sprawy i przeżycia
radości i smutki
miłość i ekstaza
w przetrwalniku jaźni
patent urządzenia do utrwalania istot
po kres istnienia kosmosu
Czas
Płynie, chodzi, ucieka,
Dzwoni w uszach człowieka.
Człowiek biegnie, szaleje,
Kroczy dostojnie, kuleje.
To czas dopadł człowieka.
Człowiek już nie ucieka.
Siada gdziekolwiek i dyszy.
Nawet już tego nie słyszy.
Czas?
Zadyszki czas nie dostaje.
Liczy miarowo i z taktem.
Odmierza życia staje,
A Ty pogódź się z faktem.
Zwolnij, pomyśl, odpocznij.
Zobacz ile zostało.
Mało. O wiele za mało,
Za mało,
Za mało, za mało…
Czas II
mija
ucieka
dopada
człowieka
chwila
cząstka czasu
przyjemna
rozpaczy
przemija a znaczy
względność czasu
fizyczna
psychiczna
emocji
liryczna
Zegar
idę przed siebie
zegar pół kroku przede mną
przyspieszam
podejrzewając spóźnienie
kiedy go mijam
słyszę
pośpiech nie skróci drogi
zmęczy
zgubi
ukradnie czas
niczego nie zyskasz
wracam
rezygnuję z pogoni czasu
zaoszczędzony
zamieniam na spokój
to tylko myśli
czyny im stale przeczą
Niewiele
niewiele mnie zostało
tylko niejasne znaki
tropy nieoczywiste
nie zdołałem
wygładzić ścieżek
umożliwiających
odwzorowanie jaźni
nie było mnie
gdy świat zmieniał kolory
rozdzielał miejsca
nowych klocków lego
jestem niedopasowany
wypadam z calizny
ułożonych klocków
niesterowalny
ciągle z uporem
zaprzeczam względności prawdy
względności uczuć
istnieniu względnych wartości
szafowanych maluczkim
w interesie władzy
w interesie boga
przez reprezentantów
samozwańców
pomazańców
interes własny
mających na względzie
nie widzę szansy
na odwrócenie biegu zdarzeń
tak zawsze było
tak jest
i tak już będzie
Zakrzywiona przez łzę
świat widziany przez łzy
jest zdeformowany
świat oglądany przez zaciśnięte powieki
widać ostro przy niewielkim zasięgu
kiedy oczy zamykasz
by nie widzieć zła
nie widzisz nic
i tak dochodzisz do ściany
myśli koncentrujesz na swoich obsesjach
nie zobaczysz dobra ni radości
istniejących poza ich zasięgiem
realnych a nieosiągalnych
w ciemności
mentalnej niemocy
otwórz oczy
obetrzyj łzy
spójrz poza widnokrąg
zobacz poświatę wschodzącego słońca
spójrz za horyzont nocą
zobacz skrzące gwiazdami niebo
spojrzyj wstecz
co było zamknij pamięcią
spójrz w głąb
zobacz siebie
uśmiechnij się
świat sprzyja optymistom
Nanizane koraliki
nanizane koraliki
rozdwojonych myśli
pod poduszką rogaliki
wyobraźnia kreśli
rogaliki nie barany
liczę dziś nasennie
te zmieniają się w warany
choć liczę solennie
straszą zamiast mi ukoić
potargane zwoje
sen przywrócić
uspokoić
zgasić senne roje
Deszczowy smutek
Spopielało za oknem niebo
Spłakane przepływa dzień po dniu
Łzami tłucze o szyby
Rozmywa horyzont myśli
Rozbija resztki zieleni
Liście spłukuje z drzew
Wychodzę w strugi deszczu
Wyczuwam wiatru śpiew
Smyczkiem gałęzi coś gra
Myśli me składa zmoknięte
Utytłane w kałuży
Tak mnie smętek przygasza
Tak się tęsknota dłuży
Może dojrzeje radość
W rytmicznym plusku kropel deszczu
A może wznieci zachwyt
W drżeniu strun wiatrowych
Może przeniknie szczelinami chmur
Promień złotego słońca
Może zaświeci…
* * *
depczę dywan kolorowy
w parkowej alei
rytm wybijam fałszywy
nie po kolei
kasztany rytmicznie
spadają na bruk
a ja powłóczyście —
stuk puk
stuk puk
myśli swoje
mgliście zawijam
wzrokiem ogarniam
faliste zawoje
ile jeszcze widzę ile słyszę
tajemnice moje
długości fal okrojone
prędkości opóźnione
materia według emcekwadrat
zamieniana w upływ czasu
już nie daje energii
szkoda ambarasu
***
w ogrodzie życia,
na jego cienistym obrzeżu,
niedosyt słów i myśli —
niedosyt samego życia.
na skraju bytu
myśli wzmożone
czas już niedługo
— być może
brutalnie skreśli
Dorastam
dorastam do zrozumienia
mutacji genów
otrząsam się ze świadomości
ich samopowielania
dobre wiadomości
strząsają z mojej podświadomości
strach
to już chyba po raz enty
opadają powoli emocje
napęczniałe oczekiwaniem
po dobrej
zawsze zbyt późnej wiadomości
mięśnie luzują napięcie
serce zwalnia
myślowy luz
Namawiam
sam siebie namawiam
do refleksji
by wyrwać myśli
z apatii
próby nieskuteczne
krótkotrwałe
pogłębiają stan
bez efektywnych zmian
Pienista piana
pienista piana
jeśli się nie zmieni
jeśli jej gęstość
otoczy neurony
pozbawi rozum
zdolności prognozy
odbierze resztki
myślowej ochrony
odbierze zdolność
rzeczowej diagnozy
co będzie
nie dajcie jej pola
niechaj się ujawni
nasza wolna wola
Horyzont czasu
Dobijam do brzegu
Nic lub prawie nic
Nie dzieje się już
Z moim udziałem
Wiosła wypadły mi z ręki
Horyzont mgła zasnuwa
Ubywa dźwięków w eterze
Znikają za horyzontem znajome mi twarze
Bledną emocje
Miłość zazdrość nienawiść
Wyblakłe byliny czasu
Nie zakwitną czerwienią
Już się nie zazielenią…
Przesadzasz przyjacielu
Powiadasz dobry duchu
A jakże tak stać nad brzegiem
W otępiającym bezruchu
Myśli w jeziornej toni
Pomarszczony płaszcz błękitu
Rozbita kroplami bieli przestrzeń zmyślonego
horyzontu
Postrzępione myśli we mgle niebytu
Zaorana nieobecność w czasie
Nieobecność chwili
Wiem jesteś
Po tamtej stronie linii bytu
Złamanej w płaszczyźnie ołowianego bezkresu
Ile jeszcze kropel beznadziei
Musi wypłynąć
Z czeluści krwawej duszy
Bym osiadł na spokojnych wodach
Kołysany w zatoce ciszy
Spokojnej wszechwiedzy świadomości
Nieuchronności wieczystej
Zmiany bytu w niebyt
Przeszliśmy zenit
przeszliśmy zenit ma się ku zachodowi
przed nami piękno wieczornych
wielu szczęśliwych zachodów słońca
w kolorach radosnej purpury
nie pozwól by słońce o wieczornej porze
na horyzoncie zostawiwszy zorze
skłóciło księżyc bledziutki z natury
z impetem gwiazdy biegnącej po niebie
.
by tylko ślad zostawiwszy świetlisty
zapomniawszy lunę pognała przed siebie
ni wspomnienia ni dobrego słowa
a i ten ślad co pozostał chowasz
a ja oczami widząc „pięknoducha”
myślałem skoro tak wybucha
to pozostanie już z nami na wieki
może nie miłość choć przyjaźń dojrzała
by z nami była i tak już została
aż byśmy kiedyś na łąkach wieczności
dostrzegli ile w tym było radości
a teraz smutny smuteczkiem jesieni
nie żegnam choć to nie wiele już zmieni
czekam wciąż czekam może coś roznieci
to piękno które między nami było
było i pękło
zostało we mnie lecz już nie jest w Tobie
i wmówić muszę tę prawdę sobie
Stoję po stronie myślenia
tak czy owak
jestem przeciwko wyznawaniu
czegokolwiek
co podają nam
w dobrej lub w złej wierze
zaborcy jedynie słusznych
idei
metod
czynów
z głowy guru
wywodzący
pochodzenie
ukorzenione
być może
w błocie
potrzeby
gromadzenia władzy
i dóbr wszelakich
które ona daje
stoję po nie tej stronie
ktokolwiek myśli
stoi po stronie
dociekania
nie głoszenia jedynej prawdy
ograniczenia władzy
jej namaszczania
ktokolwiek jesteś
i myślisz że myśląc
stawiasz opór
wyznającym jedyne
nieistniejące
jesteś z nami
jesteśmy razem
nie sami
nie sami
nie sami
Stanąłem na górze
nie nie tej Oliwnej
z chrześcijańskiej tragedii
i nie na Synaju
z hebrajskiej podróży do źródeł istnienia
nawet nie na Olimpie
górze wszystkich bogów
na samotnej górze
wśród mlecznej mgły stanąłem
jak ona samotny
wpatrzony w mglistość rzeczywistości
i zasłuchany w ciszy absolutnej
wolny od zgiełku
wolny od zniewalających legend
nadmiar wrażeń
nadmiar emocji
nadmiar migotliwych kolorowych kształtów
nadmiar kłamstw opakowanych w powoje słów
zostawiłem w dolinie pod zasłoną mgły
resetuję zapisy życia w zwojach neuronów
odpoczywam
Bywa taki czas
bywa taki czas
taki moment
bez jakiejkolwiek chęci
do postrzegania ruchów na orbicie życia
świat wiruje
według fizycznych zasad determinacji
bez uwzględniania filozofii mentalności
nic nie jesteś w stanie zmienić
nie masz sprawczej mocy
nie zawrócisz rozpędzonej
masy nawet spadającej
w głębinę przepaści bezdennej głupoty
dopóki nie skupi krytycznej masy
niezbędnej do wybuchu supernowej
kosztem oszalałej
materii zdesperowanej fizyką natury
niechaj pędzi
niech się rozwala
dodajmy jej paliwa
sprawmy by nie ostygł zapał
samozagłady głupoty
***
Myślę, że jestem.
Jestem bo myślę.
O czym tu myśleć
Nad kanionem życia
Kiedy ciekawość jak Niagara spada,
Roztrzaskuje swój nurt
W miazmatyczny, pylisty chaos myśli.
Kiedy miłość jest już tylko echem
Czułość wspominasz zadumy uśmiechem.
Gdy coraz trudniej przywołać wspomnienia,
A coraz częstsza łatwość zapomnienia.
A jednak myślę, że ciągle jestem.
Myślę, że myślą wstrzymuję spadanie,
Że jest możliwa ciekawość, kochanie,
Że czas jest względną wartością istnienia
Gdy nie pozwolę by w swym nurcie bycia
Zabierał z sobą cząstki mego życia.
Potrzeba słuchania
wieczór pustawy
noc właściwie
pada śnieg
przed domem
jeszcze kwitną kwiaty
duchy do siebie
poczęły gadać
zamglonym głosem
dobrotliwie
zadziwione ciszą wokolutką
samotność im doskwiera
może to nuda
a może człowieczeństwa
zakręcone smugi
czas je rozsupłać
pomyśleć ciszą
może rozum
spokojnie przeliczy
algorytmy roztrwanianej ciszy
może ktoś kogoś usłyszy w tej ciszy
zamiast odgłosów własnego stąpania
usłyszy w ciszy potrzebę słuchania
Ile mam lat?
Chyba osiemdziesiąt.
Czy to coś zmienia?
Nic.
Chodzę zbyt szybko,
Jak zawsze.
Pisuję wiersze,
Jak zwykle.
Czasu mam ciągle za mało…
To tylko zmiana daty,
Nic się takiego nie stało.
Zmęczenie materii
Jazda w dwie strony —
miało być w jedną,
lecz życie pomieszało szyki,
skołowało biedną zmęczenie.
Po drodze bociany i wrony,
gromada saren,
pani doktor
na końcu drogi
i przepis na spanie.
A drogi —
oj, drogi…
* * *
naturalne odruchy
dobieram ruch ręki
ukształtowanie dłoni
do kształtu ciała
do uformowania myśli
do pragnień
z rozwagą
ale i z wyobraźnią
formuję wokół przestrzeń
odpowiednio dla komfortu bytu
* * *
Równie ważne pytanie —
dlaczego nie piszę?
Pustka w głowie,
zmniejszyła się ilość zwojów
nie funkcjonują jakieś synapsy
po ostatnim udarze.
Czarne dziury
w miejscu wyobraźni.
I tak już pozostanie.
Ważniejsze jest przetrwanie.
* * *
Jesteśmy sobie bliscy —
tym bliżsi, im dalej od siebie,
a im bliżej w przestrzeni,
tym bardziej się oddalamy.
Taka to mentalność
i nic jej nie zmieni
Genetycznie niewiele nas różni —
ta sama zachłanność,
podobne pragnienia.
A droga do siebie — kosmiczna.
I nic się nie zmienia.
Przepaści jest wiele,
choćby genetyczne,
inny kolor skóry,
Religie i narody,
stworzyliśmy sami —
zarzewie niezgody,
tkwiące między nami
na wieki i tysiąclecia.
Skok cywilizacji.
Atawizm drapieżcy,
wciąż się z nas wyłania,
jak kość ogonowa —
na nic zaklinania.