O książce
Gdy rozproszenie staje się formą…
Wkraczając w osobliwy mikrokosmos Dzbanka rozbitych myśli, stajemy przed pytaniem fundamentalnym, czy ta poezja karmi się kruchym pyłem materii, czy też wyrasta z bezdennej studni czystej egzystencji? Prawdziwy magnetyzm tych tekstów kryje się w balansowaniu na krawędzi. Podmiot liryczny zamieszkuje tu równię pochyłą, a mimo to, wbrew wszelkim prawom duchowej grawitacji, zyskuje paradoksalną stabilność, bytując jednocześnie w tym, co dotykalne, i w tym, co niewyrażalne. Twórczość Stefana Bajera to intymne laboratorium myśli, głęboko filozoficzny traktat rozpisany na głosy, w którym między linijkami pulsuje gęste, niepokojące tchnienie, przeczucie metafizyki, która nieustannie wymyka się słowom.
Tomik poezji to ceramiczna mozaika, ulepiona z okruchów egzystencji, która pękła pod naporem czasu, ale wciąż trzyma fason dzięki niespotykanej sile intelektu. Autor, stając na progu dziewiątej dekady życia, nie oferuje nam wygładzonych, lukrowanych strof, lecz serwuje „kawę smolistą”, po której opada mgła, odsłaniając surowy krajobraz przemijania. Kompozycja zbioru to majstersztyk konceptualny. Zamiast klasycznego, linearnego podziału tomiku, poeta proponuje nam architekturę płynnej tożsamości. Dzbanek to klasyczny archetyp naczynia. To zbiór zbliżający się do tekstu-procesu alchemicznego lub psychologicznego traktatu o przemijaniu. W sensie poetyckim dzbanek to ludzki umysł, pamięć lub samo życie. Fakt, że jest on „rozbity”, sugeruje, że pod wpływem czasu ta wewnętrzna integralność człowieka pęka. Myśli i wspomnienia nie stanowią już bezpiecznej, jednolitej całości, wylały się lub rozsypały...
W tak naszkicowanej atmosferze poeta rzuca czytelnika na głęboką wodę niesformatowanej-rozlanej refleksji. Myśl jawi się jako ciężar. Próba wtłoczenia żywego natchnienia w ramy sztywnej logiki kończy się katastrofą. To kompozycyjny punkt zwrotny. Poeta uświadamia nam, że nadmierna refleksja niszczy czystą egzystencję. Zbiór liryków jest formą paraboli. Rejestruje proces niszczenia, który paradoksalnie czyni nas (i wiersze) bardziej ludzkimi. Pęknięte naczynie staje się bezcenne, bo zostaje wypełnione esencją życia minionego/mijającego. Choć poranieni-pęknięci, stajemy się „jacyś” dopiero wtedy, gdy mamy historię, a wspomnienia uszczelniają pęknięcia, dają masę i grawitację.
Tytułowy dzbanek „przecieka czasem”. Czas ucieka z dzbanka jak woda. Poeta dochodzi do wniosku, że istniejemy tylko przez to, co tracimy. „Przeciekanie” to nie wada fabryczna, to definicja życia. Czas, który wycieka z dzbanka, wraca do uniwersum, stając się na powrót „rozlanymi myślami” świata. Jeśli spojrzymy na tę kompozycję jako na metaforę samego aktu twórczego, otrzymujemy fascynującą instrukcję obsługi poezji.
Gdy Bajer pisze o „uciekaniu czasu spod stóp” czy o „liczeniu czarnej owcy setny raz” pośród bezsennej nocy, wchodzi w bezpośredni, intymny dialog z barańczakowskim ujęciem czasu, zwłaszcza z jego słynnymi wierszami z tomu Chirurgiczna precyzja, gdzie zegarek na ręku staje się tykającym wyrokiem śmierci (Zegar): „Rezygnując z pogoni czasu/ zaoszczędzony” otwiera modus operandi psychicznej konstrukcji świata. Podmiot odczuwa siebie jako „niedopasowany” w systemowości klocków lego, nieprzystający do rzeczywistości, niespójny.
Na tym jednak Bajer nie poprzestaje. Poeta pokazuje dramat człowieka, który próbuje uporządkować swoje życie (nanizać koraliki, posklejać dzbanek), ale orientuje się, że elementy układanki do siebie nie pasują. Przeszłość nie przystaje do teraźniejszości, a dawne wyobrażenia o sobie kłócą się z tym, kim podmiot jest dziś. Chronologiczne następowanie po sobie dni (koralików) nie tworzy pięknego, harmonijnego naszyjnika, a jedynie przypadkowy zbiór. Poeta zmusza jednak czytelnika do zadania pytania, czy przypadek jest zwykłym przypadkiem, a może mieści się w tym definicja nieuchronności? O czym przekonuje w dalszej części zbioru: „Dorastam do zrozumienia mutacji genów”. Poeta zaczyna rozumieć działanie przypadku, zaczyna pojmować, co go otacza i osacza.
Zatem czas płynie linearnie, ale ludzkie myśli i wspomnienia są poszarpane, niespójne i „niedopasowane” do ramy, w jaką próbuje je wtłoczyć rzeczywistość. W Ciszy 2 „czas mija człowieka”, a poeta nieco po leśmianowsku, szuka ciszy „co sugeruje pojęcie niebytu”. Artysta rozumie, że ten czas okala człowieka. Stanowi on nieprzeniknione i nieogarnięte, jest zagadką mijania i trwania jednocześnie, skutkiem i przyczyną, momentem i rozległością. W nim trwa cisza niespoista. A kwadrans w dzbanku istnienia oznacza w rezultacie wieczność. Dlatego tak zastanawiająca jest symboliczna współistność, niegasnąca dobitność ciszy, której pokonać nie można. Czas w świadomości poety wygląda jak nakładające się na siebie warstwy:
„Czasem splątane w fałdy
Miejscami starte
Jak płaszczowiny
Pozbawione ciągłości
Stratygraficzne struktury czasu”.
Jest to idealna metafora tego, jak pamiętamy. Wielkie bloki ludzkiego życia zostają brutalnie przesunięte w głąb pamięci. Są „starte”, brakuje w nich szczegółów, są dziurawe jak zwietrzała skała. Pamiętamy zapach powietrza z wakacji sprzed lat, ale nie pamiętamy tego, co działo się tydzień później. Został tylko ostaniec, świadek dawnej epoki, sprzężony z biograficznym doświadczeniem poety.
W ujęciu artysty „świadomi samobójcy bez prawa odwrotu” nie wykonują gwałtownego gestu przeciwko życiu. Z pełną, bolesną klarownością rejestrują swój własny bieg ku nicości, wiedząc, że mechanizm egzystencji zatrzaskuje się za nimi z każdym uderzeniem zegara. W lirykach Bajera czas nie płynie łagodnie. On się zapętla, fałduje i zapada niczym tektoniczne płyty, nie oferując żadnej taryfy ulgowej, żadnego powrotu do punktu wyjścia.
Podobnie Jesienne myśli to poruszające studium ludzkiego zagubienia w czasie. Rozpoczyna się od ślepego pędu ku nieokreślonemu celowi, w którym gubimy teraźniejszość, by przez odkrycie popękanych i sfałdowanych struktur rzeczywistości doprowadzić czytelnika do chłodnej decyzji o wycofaniu się z ról narzuconych przez świat. Wśród opadających liści i niemych krzyży złość ustępuje miejsca dojrzałej akceptacji przemijania, gdzie gwałtowny bunt zamienia się w cichy „smuteczek wspomnień”, a rozrzucone ślady dawnych uniesień pokrywa zapach jesieni życia.
Upływ czasu wyznaczają zatem koraliki, które są nanizywanie na sznurek (Nanizane na sznurek). Znamienne jest, jak głęboko zakorzeniona w tej twórczości refleksja hessowska staje się jej fundamentalnym, konstrukcyjnym filarem. Bajerowskie koraliki to alternatywny różaniec, koronka i kolia. Ale to także mojry, boginki przeznaczania. Koraliki to przecież najlepszy „patent urządzenia do utrwalania istot po kres istnienia kosmosu”. Pogubione w kawie, rozpuszczone w wieczności, trwające jednak tu i teraz okazują się metaforą człowieka. „Koraliki dni” mają w lirykach Bajera znaczenie metafizyczne, zderzające się z codziennością. To pozwala w większej mierze spoglądać w ponadbyt, ale i życie, które tę ponadfizyczność determinuje.
Żartobliwy stosunek do świata, rozumiany z pewnością po bakowsku, i ogromny dystans do samego siebie zmuszają do zadania pytania o rolę ludzkiej egzystencji. Tak oto widzi ją Bajer:
„jestem piłką w grze choroby
doskonałość — dla ozdoby
potem leczysz się jak z kaca
SOR, dwanaście godzin… wracasz”.
Te cztery wersy mają w sobie więcej życia i prawdy niż całe tomy wydumanej poezji. To jest właśnie zaprzeczenie „truchła”, gdyż istnienie staje się tutaj autentycznym, pulsującym nerwem.
Typowe dla jego wypowiedzi lirycznej są zabawy w umieranie: „Stary człowiek i może” (Na marginesie Hemingwaya). Poeta bardzo mocno zapatruje się w śmierć, rozpatrując ją jako wariant życia. Mówi z drwiną, „nie bądź truchło”. Jest to rzucone prosto w twarz, bezpardonowe wezwanie do jawnej egzystencji. Wiersz Modus operandi – pisanie wierszy to z kolei ironiczna parafraza łacińskiego sposobu działania. Przekształcenie tego w modus desperandi oznacza „tryb rozpaczy”. To definicja sztuki, która rodzi się z braku, bólu i niemożności dopasowania do świata. Absolutne zaprzeczenie bycia truchłem, to ból tak silny, że aż paruje w słowach.
Z kolei utwór Stanąłem na górze to zapis radykalnego uproszczenia egzystencjalnego. Artysta posługuje się klasycznym motywem wstępowania na górę, ale odwraca jego tradycyjne znaczenie, aby zderzyć sacrum z nowoczesną nauką. Góra w tym wierszu nie jest przestrzenią religijną, lecz egzystencjalną próżnią. Poeta odrzuca „zniewalające legendy”, które zamiast wyzwalać, formatują ludzki umysł i nakładają na niego filtry. Szczyt staje się miejscem czystego, odartego z mitów istnienia. Zamiast mistycznego uniesienia, typowego dla romantyków, poeta wprowadza pojęcia z pogranicza cybernezy i neuronauki: „resetuję zapisy życia w zwojach neuronów/odpoczywam”. Podmiot liryczny nie dostępuje oświecenia duchowego, on dokonuje defragmentacji dysku i czyszczenia pamięci swojego mózgu. Jego pióro niesie rzeka słów płynąca „bez interpunkcji zastanowienia” (Niesamowite), w której przegląda się świadek ostateczny, samotny „ostaniec po kataklizmach istnienia”. Ostaniec to człowiek, który patrzy w lustro i widzi kogoś, kto jest poobijany, wyszczerbiony, ale nadal tkwi w miejscu.
Wobec tego jak nazwać wiersze, które dotykają problemu śmierci niedokonanej? Czy nie są to funeralityki (Obłok popiołów)? Poeta tworzy melancholijny hymn, w którym pokazuje, że zostajemy wpisani w strukturę wszechświata, stając się częścią jego wiecznej geometrii. W niektórych jego utworach „czarne dziury” pożerają kulturę. Tutaj czarna dziura, paradoksalnie, „ratuje” istnienie, bezpiecznie je pakując. Wobec tego to, co w tym zbiorze najwartościowsze, to bezlitosna, niemal anatomiczna szczerość w opisywaniu „zmęczenia materii”. Bajer nie ucieka przed biologią. Jego wiersze to zapisy z pola bitwy, gdzie przeciwnikiem jest rytm choroby, udary i „czarne dziury w miejscu wyobraźni”. Najbardziej poruszająca jest metafora wywłaszczającego się mózgu, gdzie myśli wypadają z rozkładu jazdy. To niezwykle plastyczny, a zarazem bolesny obraz demontażu jaźni, który autor kontruje upartym: „Myślę, że jestem”.
Ponadto w wierszach z tomu mamy do czynienia z ‘chceniomyśleniem’. W utworze Stan ducha widzimy rozpaczliwą próbę pochwycenia własnej świadomości. To krzyk człowieka, który próbuje utrzymać się na powierzchni, choć pisze: „Tak mnie smętek przygasza”. Emocje, ale i myślenie, racjonalne ustosunkowanie się do świata okazują się podglebiem jego liryków. „Ktokolwiek myśli, stoi po stronie dociekania”, pisze poeta, mocno inspirując się nowofalową refleksją R. Krynickiego. Cytat ten to pochwała krytycznego umysłu. Mówi nam, że wartość człowieka nie mierzy się tym, ile gotowych odpowiedzi potrafi bezrefleksyjnie powtórzyć, ale tym, czy ma w sobie odwagę, by pytać ‘dlaczego?’ i ‘jak jest naprawdę?’. Stawać po stronie dociekania to wybrać wolność intelektualną kosztem świętego spokoju. A że Bajerowi ze spokojem nie zawsze po drodze… (Stoję po stronie myślenia), poeta bawi się w „zagadki lingwistyczne”, które stanowią równie trafne nawiązania kulturowe.
Istotnym fundamentem tej twórczości jest dualizm pejzażu, z jednej strony jawi się czarny, sielski, a zarazem industrialny Śląsk z dymiącymi kominami i zapachem koksowni, z drugiej zaś spokojna, jeziorna toń dzisiejszej codzienności. Autor wydobywa z przeszłości obrazy „nanizane na sznurek koraliki dni”, które choć pękają, zostawiają po sobie trwały ślad w „przetrwalniku jaźni”. Wartością nadrzędną jest tu etyka dociekania. Artysta deklaruje, że „stoi po stronie myślenia”, odrzucając gotowe dogmaty na rzecz samotnej góry poznania. Wiersze Bajera to w zasadzie antynomie, stawianie diagnozy i proces leczenia, być może ucieczka na czarodziejską, mannowską górę, gdzie trzeba odnaleźć na nowo siebie.
Co tym bardziej intrygujące, ulubiona czynność poety to liczenie baranów. Symbolizuje ona stan zawieszenia między jawą a snem: „rogaliki nie barany/ liczę dziś nasennie”. Jest to również metafora rzemiosła i rytmu. Takie użycie motywu uzasadnia sposób racjonalizacji poetyki wierszy. Dla poety „barany” mogą symbolizować sylaby, stopy akcentowe lub rymy, które układa w głowie. Liczy je i porządkuje, aby stworzyć idealną strukturę wiersza. Każdy wyskakujący płotem baran to kolejne słowo trafiające na swoje miejsce w wersie. Dalej natrafiamy na kolejne etapy: „liczenie baranów fikcyjnych i prawdziwych”, by w jednym z ostatnich wierszy przeczytać: „pogubiłem liczone barany”.
Bajer stawia tu radykalne pytania o legitymizację własnego głosu, o to, kto właściwie daje prawo, by mienić się poetą? Wiersz Poezja? wyrasta dzięki temu na genialny manifest artystycznej niepewności. Autor bezlitośnie obnaża prawdę, że najtrudniejsza walka twórcy nie toczy się wcale z nieuchronnym upływem czasu czy niesprawiedliwością świata, ale z własnym ego, sam na sam z paraliżującą bielą czystej kartki. Dlatego ów podmiot, patrząc w lustro, decyduje się wycofać „rakiem”, ale odchodząc, rzuca ostatnie żądanie. To anarchistyczny gest, wzorowany na Bursie:
„niech Pan nie
odnawia głupcom
licencji na bycie”
Nie jest to zwykły bunt, to partyzantka semantyczna. Być może nawet jest to robienie rzeczy na opak tylko po to, by zepsuć mechanizm rzeczywistości. Skoro czas uciekał nam spod stóp, a struktury były zablokowane, jedynym wyjściem jest zacząć poruszać się według własnych, absurdalnych reguł:
„Odwrotnie, przewrotnie
By ten stary nie mógł już powrotnie
Wciskać nam dobroci ze swych zapętlonych sfer”.
W świecie, gdzie „zasypało nam drogę do siebie”, poeta staje się kronikarzem współczesnej alienacji, wzajemnego znieczulenia i tragicznego nieuobecnienia. W tej lodowatej pustce jego twórczość staje się jednak rozpaczliwym poszukiwaniem drugiego człowieka, który mógłby objawić się jako ocalająca epifania. Świadomość, jak blisko siebie leżą ludzkie szczęście i śmierć, rodzi w nim bolesny „dysonans zestawu pojęć”, pęknięcie, którego nie da się łatwo zaleczyć. Wobec tego egzystencjalnego rozdarcia gest ewakuacji („Wycofuję się rakiem z życia...”) nie jest zwykłą kapitulacją. To wielowymiarowy akt oporu, głęboki bunt przeciwko samemu sobie, metafizyczny protest wobec surowego porządku istnienia, a przede wszystkim oskarżenie rzucone światu, który sami tak bezwzględnie urządziliśmy.
Dzbanek rozbitych myśli to zatem lektura o odważnym umieraniu i jeszcze odważniejszym życiu. To poezja desperandi, która zamiast kapitulacji wybiera „szukanie śpiewu ptaków w cieniu zieleni” i nakazuje „trzymać dziś za ogon srokę”, dopóki ostatnia kropla myśli nie wycieknie przez szczelinę czasu...
Anna Łozowska-Patynowska