E-book
27.3
drukowana A5
65.01
Drżenia niedojrzałości

Bezpłatny fragment - Drżenia niedojrzałości

Wydanie trzecie, zawierające Suplement


Objętość:
258 str.
ISBN:
978-83-8221-893-0
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 65.01

Wstęp

Drżenia niedojrzałości to coś najbardziej osobistego ze wszystkiego, co może wyobrazić sobie autor niniejszego tomiku poezji.

Wiersze powstawały na przestrzeni trzydziestu paru lat, jako wyraz określonych emocji, przeżyć, przemyśleń, obserwacji i komentarzy autora zapisywanych bez planu jakiegokolwiek ich katalogowania, a już na pewno wyciągania na światło dzienne z szuflady autora, dalej niż na jego biurko.

Fakt, że przeistoczyły się w niniejszy tomik poezji jest niewytłumaczalny nawet dla samego autora i może winna tu jest/pomogła mu w tym technologia, która umożliwiła wstępny elektroniczny zapis wierszy w formie zbliżonej do książkowej.

W pierwszym momencie zapis w formacie elektronicznym został sporządzony po to, by „szuflada” nabrała bardziej cywilizowanego charakteru zwłaszcza, że pojedyncze, zapisane długopisem stare kartki już się rozpadały.

Decyzja o wydaniu wierszy dojrzewała w głowie autora przez kilka lat i nadal jest dla niego nie do końca zrozumiała potwierdzając, że hołduje on zasadzie (jak ktoś trafnie zauważył): „Mam swoje zdanie, ale się z nim nie zgadzam”.

Wypuszczając w świat swoje wiersze autor ma świadomość, że dla wielu mogą być kontrowersyjne, złe, głupie, słabe, nudne, nijakie itd., ale na szczęście nikt nie ma przymusu ich czytania ani myślenia o nich.

Natomiast autor myśli o swoich wierszach, gdyż wyrażają one jego stosunek do otaczającego go świata i niezależnie od tego jakie są, na zawsze pozostaną wierszami autora, będąc równocześnie bardzo ważną częścią jego życia.

Jeśli ktokolwiek znajdzie w nich dla siebie choćby kilka wersów, które spowodują, że ten ktoś zatrzyma się na chwilę, zastanowi się nad sobą, nad światem i powie sobie: „No tak, może ten facet ma rację?” albo po przeczytaniu ktoś stwierdzi: „Nieprawda, nie zgadzam się, świat jest inny, a ten facet w ogóle go nie rozumie” — będzie to znaczyło, że było warto je pisać i pokazywać światu.

Ale jeśli ktoś wzruszy obojętnie ramionami i w milczeniu, znudzony rzuci tomik w kąt — może to oznaczać, że autor nie powinien był nigdy zbliżać się do swojej szuflady, a już na pewno jej otwierać po to, by coś z niej wyciągać.

Mogłoby to jednocześnie znaczyć, że powinna była na zawsze i bezpowrotnie skryć wszystko, co do niej wrzucił.

Jednakże przecież sam już fakt wydania niniejszego tomiku wierszy świadczy o tym, że autor bardzo liczył na to, że nie pozostanie na zawsze wyłącznym i jedynym ich czytelnikiem.

To oczywiste, że miał wielką nadzieję, iż znajdzie grono osób, które dostrzegą w poezji autora jakąś analogię do własnych przeżyć albo doszukają się inspiracji i motywacji do szukania swoich miejsc w świecie oraz radzenia sobie z jego skomplikowaną naturą.

Niemniej jednak poszukując bratnich dusz nie pisał dla gawiedzi, dla suwerena, dla disco polowego… niczego (żeby nie napisać nikogo), dla mas ani mass marketu, a tym bardziej nie dla „targetu” programów typu: „Dlaczego oni czytają i myślą?” itp.

Pisał też nie dlatego, że szukał taniej sensacji, skandalu, rozgłosu,  czy  popularności zdobywanej w oparciu o prostackie, puste rymowanki.

Szukał Homo sapiens — ludzi rozumnych, o których niestety coraz trudniej, a którzy potrafią wiele wyczytać pomiędzy wierszami i wiedzą, że życie ma sens tylko wtedy, gdy wychodzi daleko poza zwykłą wegetację, ograniczającą się wyłącznie do próżnej konsumpcji i produkcji efektów ubocznych przemiany materii.

Dlatego też autor pisze w swoich wierszach o rzeczach, które uważa za istotne, ale jednocześnie nie wyjaśnia wielu pojęć i tematów, które porusza.

Liczy bowiem na inteligencję czytelnika, który albo również je zna, albo nie znając (lub nie rozumiejąc podobnie jak autor), w oparciu o powszechnie dostępne w XXI wieku środki komunikacji — szybko i łatwo dotrze do odpowiedniego źródła, a wiedząc gdzie szukać, będzie chciał je poznać i będzie się starał je zrozumieć.

Zamieszczane przy niektórych wierszach przypisy służą autorowi jedynie do wyjaśnień kontekstów i przekazania informacji, których (poza małymi wyjątkami) w zasadzie nie można uzyskać nigdzie indziej, a które autor uważa za kluczowe dla lepszego, pełniejszego zrozumienia jego poezji.

Aczkolwiek należy mieć na uwadze, że autor oryginalnie pisał przede wszystkim po to, żeby uformować jakoś, usystematyzować i wyartykułować targające nim emocje oraz kołaczące się w jego głowie myśli, a także, by zostawić i utrwalić w sobie ślad danego momentu lub zdarzenia.

W związku z tym nie zawsze i nie dla wszystkich może być jasne i klarowne co było impulsem dla autora, popychającym go do przelania na papier właśnie takiej interpretacji rzeczywistości, w której się znalazł lub do której się odniósł.

Niniejsze wydanie zostało zatem uzupełnione i rozszerzone przez autora o Suplement, który powstał jako zapis jego niezwykle osobistych spojrzeń i przemyśleń, zawierający dokładniejsze wyjaśnienia i objaśnienia treści poszczególnych wierszy.

Jest on przeznaczony dla tych, którzy chcieliby porównać lub sprawdzić, czy ich odbiór i rozumienie „niedojrzałej” poezji autora, są w jakimś stopniu zbliżone, czy wręcz zupełnie odmienne od jego punktu widzenia.

Autor ma nadzieję, że osoby, które zagłębią się w ten tomik poezji, będą również chciały dotrzeć do źródeł, z których wypływały poszczególne wiersze, by się przekonać, czy one same znają już te okolice i wiedzą jak się po nich poruszać.

Wszystkich tych ludzi, którzy są ciekawi świata, zadają pytania, szukają nieoczywistych odpowiedzi i chcą czegoś więcej, a także mają otwarte głowy i serca, rozumieją co to jest tolerancja i szacunek dla drugiego człowieka — autor serdecznie zaprasza do odwiedzenia jego świata, do którego prowadzi zielona furtka z napisem Drżenia niedojrzałości.

Wszystkim innym autor niniejszym życzy wszystkiego najlepszego i wraz z nimi cieszy się ich beztroską i szczęściem.

Mimo wszystko autor wierzy, że wbrew pozorom, nadal ma wokół siebie więcej Homo sapiens niż „Disco polo… nicus”.

Równocześnie autor prosi, aby pamiętać, że pisał, bo, parafrazując genialnego Jerzego Stuhra, śpiewającego tekst równie genialnego Jonasza Kofty:

„Pisać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej, ale nie o to chodzi, jak co komu wychodzi. Czasami człowiek musi, inaczej się udusi, uuu”.

eLKa

Podziękowania

Szanowna Czytelniczko lub Szanowny Czytelniku!

(Proszę wybaczyć, ale nie widzę dobrze z tej odległości, a i czasy takie, że można się łatwo pomylić i kogoś obrazić lub urazić, a tego przenigdy bym nie chciał uczynić).


Nim raczysz zagłębić się w kolejne strony Drżeń niedojrzałości, pozwól autorowi na przekazanie wybranym osobom podziękowań, albowiem podziękowania te dotyczą osób niezwykle ważnych dla autora, bez których nie tylko Drżenia niedojrzałości, ale i autor nie przybraliby ostatecznie ukształtowanej formy.


Pierwsze i największe podziękowania (choć relatywnie lapidarne z powodu swojej oczywistości) pragnę złożyć moim kochanym rodzicom, których miłość, prawość, zaangażowanie i uczciwość we wszystkim co robili, pozostaną dla mnie na zawsze niedoścignionym wzorem.

Lekko parafrazując Winstona Churchilla powiem, że: „Jeszcze nigdy w dziejach zmagań w wychowywaniu ludzkości tak wielcy nie dali tak wiele tak niewielkiemu”.

Jeśli opuszczając ten padół będę mógł powiedzieć, że miałem duszę, to zdecydowanie była to wasza zasługa.


W ten sposób zbliżam się również do swego rodzaju duchowych protoplastów mojego bytu, a właściwie myśli tym bytem sterujących, takich jak Konfucjusz, Sokrates, Platon, czy Arystoteles.

Choć z wiadomych względów nie dziękuję im bezpośrednio, to podziwiając ich intelekt, jestem im równocześnie niezmiernie wdzięczny za to, że: „Byli” (przez naprawdę wielkie B) i raczyli obdarzyć ten niezrozumiały świat swoim sposobem jego percepcji.

Z tych samych powodów nie wymienię całej plejady wielkich twórców, których dzieła stanowiły zawsze wykładnię prawd asymilowanych przeze mnie i uznawanych za najistotniejsze.

Jeśli jednak w moich wierszach ktoś dopatrzy się wpływu i spojrzeń m.in. Mickiewicza, Staffa, Baczyńskiego, Miłosza, Herberta, czy de Saint-Exupery’ego — to przyznam bez wahania, że tak, oczywistą prawdą jest fakt, że zasypiałem z wieloma różnymi dziełami schowanymi pod poduszką i odczuwałem ich niezwykłą emanację.


Z osób, którym mogę i bardzo chcę podziękować nie sposób nie wymienić mojego przyjaciela Krzysztofa (zabrzmiało bardzo oficjalnie, ale po pierwsze mamy już swoje lata, a poza tym nie chciałem, żeby zaleciało „Puchatkiem”).

Stary (tu jednak wcale nie odnoszę się do wieku), wielkie dzięki za to, że przywróciłeś mi wiarę w prawdziwą męską przyjaźń, zwłaszcza po wielu moich wcześniejszych rozczarowaniach.

Ta nasza nie wymaga definicji, słów, zabiegów, deklaracji itp. Ona po prostu jest i świeci ze zdwojoną siłą właśnie wtedy, gdy najbardziej potrzeba jej światła.


Słowa szczególnego podziękowania należą się osobie, która podjęła się namalowania obrazu „Wizja”, który został zamieszczony przeze mnie na okładce i miał stanowić swego rodzaju ilustrację całego tomiku.

Pani Danuta Sałyga wbrew logice, duszy artysty i zdrowemu rozsądkowi, zgodziła się namalować coś z niczego, czyli z mojej głowy.

Dziękując za cierpliwość, przepraszam za katusze, jakie musiała Pani przechodzić podczas naszych spotkań i sporów o ostateczny kształt i wyraz obrazu.

Ogrom poświęcenia, zaangażowania i talentu pani Danuty najlepiej odda chyba streszczenie naszej pierwszej rozmowy:

Pani Danuta: „No, to co pan tak w ogóle chce, żeby namalować?”

Autor: „Nie wiem”.

Nie jestem w stanie opisać miny, jaką wtedy dostrzegłem na twarzy pani Danuty, ale wyartykułowane po dłuższej chwili: „AAAHHHAAA… A!?” to było połączenie wielkiego politowania, załamania rąk i wymuszonej próby okazania wyrozumiałości dla tak odległej od normy mojej konstrukcji umysłowej — z ostateczną rezygnacją z wiary w normalność tego świata.

Ale jednocześnie w ostatnim „A” wydało mi się, że dostrzegam, a raczej słyszę, malutką iskierkę zainteresowania mówiącego: „No, to by dopiero było wyzwanie godne Salomona”.

I chyba oboje uczepiliśmy się tej myśli, że może to być nietuzinkowe i… mimo wszystko twórcze.

Biorąc pod uwagę powyższy punkt wyjścia: chapeau bas, gdyż patrząc na obraz w jego ostatecznej wersji — widzę moje wiersze.

Choć (pozwoli Pani, że to ujawnię) w trakcie naszej współpracy mieliśmy kilkukrotnie świadomość, że balansujemy na niezwykle cienkiej linie i chodzimy po bardzo cienkim lodzie, który pękając wciągnie nas tak głęboko, że możemy oboje obudzić się któregoś dnia w odosobnieniu, zapięci w kaftany bezpieczeństwa.

Tym większa jest moja wdzięczność dla pani Danuty za włożony trud, serce i talent, które pozwoliły na powstanie obrazu, dla mnie będącego nieodłączną i integralną częścią Drżeń niedojrzałości.

Jeśli ktoś, po przeczytaniu niniejszego tomiku, patrząc już trochę inaczej na ten obraz, dostrzeże na nim nieco więcej, niż przy pierwszym na niego spojrzeniu, to będzie znaczyło, że wstąpił parę kroków w głąb mojego świata, a to już będzie naprawdę niezwykle daleko.


Swoiste podziękowania pragnę przekazać członkom grupy Pink Floyd, której muzyka, wypełniając dużą część mojej młodości, pozostawiła trwałe piętno na mojej duszy i towarzyszy mi przez całe moje życie, a jej echo, a raczej echa („Echoes”) wprowadziły mnie w świat musicalu i opery.

Przecież nawet absolutnie wybitny i znakomity (mój ukochany) „Upiór w operze” Andrew Lloyd Webbera, pokazującego, że w jego dłoniach (zapisujących kompozycje) słowo inspiracja nabiera zupełnie nowego znaczenia — stanowi dla mnie dowód, że pomimo niewątpliwego geniuszu powodującego, że się go uwielbia — w sposób oczywisty pozwala usłyszeć swoją genezę m.in. w Pink Floyd.

W moim tomiku nie mogło zatem zabraknąć moich odniesień do tego zespołu, jego muzyki i treści od niego otrzymanych, gdyż Pink Floyd jest częścią mnie i to wcale niemałą.

Jeśli ktokolwiek zechciałby poznać i zrozumieć nieco lepiej, co kłębiło się w głowie autora — to autor zaprasza serdecznie do wsłuchania się w oryginalne ich wykonania i poleca zapoznanie się z pełną dyskografią tej grupy.

I proszę pozwolić autorowi traktować dokonania Rogera Watersa i Davida Gilmoura, a także Nicka Masona i nieżyjącego już Richarda Wrighta, jako nierozerwalną całość, niezależnie od tego, czy ich muzyka była tworzona pod szyldem Pink Floyd, czy nie.

Nie wymieniłem jeszcze, również nieżyjącego już, Syda Barretta, ale w zasadzie jedyne co wypadałoby tu napisać, to tylko powtórzyć za pozostałymi członkami zespołu: „Wish you were here”.

Konsekwencjami obcowania z Pink Floyd jest to, że autor ma przez to określone spojrzenie na świat, które sprawia, że cegła w murze nie będzie już nigdy jedynie bezimiennym fragmentem np. barbakanu (nawet, gdyby był zbudowany z wielu milionów cegieł), a będzie bardzo ważną, nieanonimową częścią ściany („The Wall”) z całą jej znaczeniową zawiłością.

Zrozumienie i zaakceptowanie tego jest kluczowe dla ewentualnego próbowania zrozumienia tego wszystkiego, co chciał przekazać autor pisząc i oddając w… dobre ręce swoje Drżenia niedojrzałości.

I na koniec pozostawiłem sobie tutaj miejsce na złożenie jeszcze jednych podziękowań osobie, która jest niezwykła, niepowtarzalna, niezrównana, jedyna w swoim rodzaju i sprawiła, że moje życie zaczęło mieć większy sens.

Dlatego też należą się Jej podziękowania absolutnie specjalne, ale by je wyrazić potrzebuję nieco więcej przestrzeni i kolejnego rozdziału.


eLKa

Podziękowania specjalne

Mój tomik poezji jest wyrazem mojej nieustającej walki ze sobą samym i otaczającym mnie światem, przejawem mojej niedojrzałości do tego, aby w nim funkcjonować, żeby się z nim zgodzić i zaakceptować go takim, jaki jest.

Niniejszym chciałbym bardzo podziękować mojej żonie Agnieszce za to, że postanowiła uwierzyć w to, że mimo wszystko potrafię kiedyś dojrzeć.

Jestem wdzięczny również za to, że każdego dnia uczy mnie dojrzałości, pokazuje co to jest prawdziwa miłość, odpowiedzialność i jak należy akceptować otaczający nas świat, w sposób pozwalający na przekonanie, że potrafimy w nim pozostać sobą.

Wydając ten tomik poezji liczę na to, że może komuś pomóc szybciej zrozumieć siebie samego i moment swojego życia, w którym się aktualnie znajduje, co może pozwoli mu na szybsze i pełniejsze dojrzewanie, które jest warunkiem szczęścia zarówno jego samego, jak i osób mu najbliższych.

Jeśli ktoś odnajdzie w moich wierszach choćby cząstkę siebie i swoich rozterek — głowa do góry, jest nadzieja, można dojrzeć. Trzeba tylko mieć przy sobie taką osobę, jaką ja miałem szczęście spotkać na swojej drodze.

Jak ją spotkać? Nie podpowiem, choć mnie się udało, ale to każdy sam odpowiada za drogi, po których się porusza i za to, kogo potrafi dojrzeć na swojej drodze oraz jak potrafi pokazać to, co inni powinni w nim zobaczyć.

Wszystkim życzę takiego szczęścia jakie mnie spotkało, takiej miłości i takiej… dojrzałości, nawet jeśli one nie przychodzą ani od razu, ani szybko, ani łatwo.

Aga — moja cudowna, absolutnie wyjątkowa, wspaniała żono — dziękuję i kocham Cię za wszystko:

Mojej żonie

Szukam dojrzałych drżeń

I dni niezwykle jasnych,

Radosnych losu tchnień,

Z zagubień wyjścia jaskiń.


Przez życie płynę wartkie

Z falami stając w szranki,

Ciemnością się nie martwię —

Gdy z Tobą są poranki.


Borykam się ze sobą,

Zrozumieć chciałbym więcej.

Pojmuję już, że z Tobą —

To dużo jest łatwiejsze.


Zdobywam szczyty trudne

I ścieżki proste mylę,

Ścigając wizje złudne —

Doceniam z Tobą chwile.


Doznaję wielu klęsk,

Zwycięstwa radość miewam.

Upadam, wstaję, wiem,

Że z Tobą — sięgnę nieba.


I wierząc w gwiazdę Twoją,

Co lśni na moim niebie,

Niczego się nie bojąc —

Obawiam się, że nie wiesz:


Że kocham Cię za wszystko,

Za razem dni tak wiele.

Ja kocham Cię, bo jesteś —

Najlepszym przyjacielem,


Kochanką, muzą, sędzią,

Oparciem, kumplem, bratem.

I wiarą, i nadzieją —

Wyśnionym marzeń światem.


Gdy patrzę w oczy Twoje

I trzymam Cię za ręce

Wśród synów naszych stojąc —

Niczego już nie pragnę więcej.


Znalazłem to najlepsze,

Co ludziom przeznaczono —

Mam miłość, przyjaźń, szczęście…

Mam Ciebie — moja żono.


eLKa

Motto

„A gdy ktoś dumny chce

Na życie swe móc kiedyś spojrzeć,

Niech wie, że liczy się

To tylko, czy potrafił dojrzeć.

Już wiem, tę prawdę znam,

Jak mocy trzymać jasną stronę:

By chcieć wciąż lepszym być —

Trza mieć cojones”.


Leszek Krasicki


(Może to zabrzmieć co najmniej bezczelnie,

ale mottem niniejszego tomiku poezji jest fragment

wiersza „Zobowiązanie”… tworzącego ten tomik.

Jest on jednak niezwykle ważnym manifestem

wykrzyczanym przez autora i równocześnie

absolutną kwintesencją „Drżeń niedojrzałości”).

eLKa

Zaproszenie


A może poczekać

A może jeszcze nie mówić

Słów nowych, z emocji gorących?

I nie dać się sercu obudzić,

Odwrócić się tyłem do słońca?


Znów schować się w sobie głęboko

I trwać tak w niemym letargu.

Nie dając nic dojrzeć oczom

Wyschnięte przygryzać wciąż wargi.


I z chłodną nieludzko w ideał wiarą,

Rozstając się z życia własnego połową

Odcinać je zimno pustymi dniami.


Choć młodość spod stóp coraz szybciej ucieka

Nadal przyglądać się jej z opuszczoną głową,

Bo może jeszcze należy poczekać?


Alternatywa?

Czy kwiat, który nagle zakwita

Tysiącem mieniąc się kolorów,

Przeczuwa, że może zachwycać,

Choć zwiędnie z nadejściem wieczoru?


Czy jest w tym jakieś uczucie?

A może — chęć tylko pustej zabawy?

Czy jednak wieńcząc swe życie

Chciał pięknem coś swoim przekazać?


Bo wszak to natury jest sprawą,

Że śmierć poprzedzona tak cudnie

Bardziej okrutną się zdaje!

Lecz czyż to nie jest zbyt złudne?


Czy chwile piękna i blasku

Warte są kresu istnienia?

Czy ceną za to, że jesteś

Musi być życie w milczeniu?


Awaiting

When I am walking

With the sunshine on my shoulder,

When I am looking for a friend

Who has gone away —


I just see you

Running behind the border,

That is splitting us

For another lonely day.


But I hope I’ll meet you

In the evening.

And we’ll walk together

Along the sandy beach.


Where I will tell you:

„All that I’ve been dreaming of

Has just happened

Making me so rich”.


Bezradność

Spoglądasz za siebie —

Niczego nie widzisz.

Przed tobą mrok

I życia gęsta dżungla.


Utknąwszy na moście

Nie możesz zawrócić,

A nowy zrobić krok

Będzie coraz trudniej.


Iść trzeba, lecz dokąd?

Wciąż pytasz sam siebie.

Iść trzeba, lecz po co?

I tego też nie wiesz.


A jednak wnet pójdziesz,

Bo pójść musisz przecież:

Nie da się zawrócić,

A most się rozleci.


Bluźnierstwo

Poznałem kiedyś Boga waszego,

Jak stał obojętny,

Z rękami w kieszeni,

Gdy jego świat na krzyżu umierał.

Nawet nie raczył spojrzeć na niego,

Zupełnie się tym nie przejął

I nie zrobił nic,

By to zmienić.


Pozwalał przeróżnym łotrom i hienom,

Autokratom, kanaliom, złodziejom, tyranom

Bezczelnie i krwawo imperia budować.

Pomimo że rosły na ludzkiej udręce —

Za wolną wolą

Wygodnie się chował

I szybko jak Piłat

Umywał ręce.


Wasz Bóg w kosmosie zaginął gdzieś potem.

Zapewne zadania miał ważne ogromnie,

Kolejne zawzięcie kreował tam światy.

Ja wierzę…

Że wie jak do nas trafić z powrotem,

Choć o prototypie próbuje zapomnieć,

I że te nowe, na Boga,

Urządził zupełnie inaczej.


A mój Bóg

Jest moją najtrwalszą opoką,

Nie stoi znudzony bezczynnie z boku —


Pamięta,

Że ja też jestem jego synem.

Ochrania mnie i krzywdy nie daje mi zrobić.

Nawet na moment nie odwraca wzroku,

Jest ze mną zawsze i w każdej godzinie.


Mój Bóg nie jest wszechwładnym satrapą,

Nie żąda kościołów, darowizn, odwiertów

Ani biznes planów.

Jego największą świątynią jest człowiek.

Nie powołuje małych piernikowych kapo,

By siłą trzymać stado swych wiernych owiec

Pod chytrym nadzorem

Prawdziwie fałszywych kapłanów.


Dziwnym, wasz Bóg, światem nas obdarzył —

W nim nieludzcy ludzie nadludzi udają,

A upadłe człowieczeństwo

Bezwzględnością straszy.

Inny — dobry i szczęśliwy — wszechświat mi się marzył,

W którym Bóg i Człowiek razem podążają.

Mój jest ze mną i dlatego

Mojego mam Boga przed waszym.


Wasz Bóg może mnie… zesłać do piekła

(Przecież na Ziemi już jedno mi stworzył),

Bym cierpiał latami za moje marzenia.

Myślę, że wcale nie będzie tam gorzej

Niż tu,

Gdzie homo-sapiąca nienawiść zaciekła

I wredna zachłanność

Jedynym są celem istnienia.


Za moment opuszczę ten świat tak perfidny

I wreszcie niewiele już będzie mnie smucić,

Na wieki w parszywym zalegnę gdzieś grobie.


Mnie, co najwyżej,

Tylko diabli wezmą…

Na widły,


A wasz Bóg

Kiedyś będzie musiał tu wrócić,

Głowę posypać popiołem…


I w końcu

Posprzątać

To wszystko

Po sobie.


Cel

Z wielkim mozołem,

Sapiąc i charcząc,

Wdrapałem się wreszcie

Na tę wielką górę.


Spostrzegłem dopiero

Jak wysoko jestem bardzo,

Gdy w dół spojrzałem

W dolinę ponurą.


Pośród nadziei,

Strachu

I stu innych wrażeń


Pojąłem, że jestem

U szczytu

Swych marzeń.


Chwila

Słów twoich erotyzm całym ciałem słyszę

I tonę w twych oczu głębokim błękicie.

W półmroku szeptem tak uciszasz ciszę,

Że w niej dudni z hukiem serca mego bicie.


Dotyk twoich dłoni wnet na sobie czuję,

Słodką warg pieszczotą, żarem nasyconą,

Sprawiasz, że nieziemską rozkosz odnajduję;

Coitus pragnąc chwili wtulam się w twe łono.


Dopełniając siebie: twoje, moje ciało —

W jedność już splatamy w namiętności szale.

Cudownych uniesień mając ciągle mało,

Żądz nieokiełznanych ujeżdżamy fale.


Gdy już drżę radośnie, drżę też równocześnie:

Czy zostaniesz ze mną i… czy chwili nie śnię?


Chwile

Uwielbiam istnieć w twoich oczach:

Ten czar i blask chwil nieuchwytnych,

Półsen wtulony w jasne włosy,

Wśród pieszczot zapach róż błękitnych.


Dłoni splecionych szept gorący,

Oddech szukaniem ust przerywany,

Powolny spacer w letnim słońcu,

Ciał jedność w miarowym kołysaniu.


Mijają jednak dni słoneczne.

Czuję, że wszystko znowu tracę

I płacz bezsilny wstrząsa mną.


Uczucia nasze nie są wieczne.

Nie może wszakże być inaczej,

Gdy uczucia nasze wietrzne są.


Constans

Stoimy przed wami nadzy aż do granic,

Żebrzący łaski na przedmieściach świata.

Zgiętymi kolanami dysponując ledwie,

Jak zawsze mali — krzyczymy najgłośniej!


Logikę zdarzeń mając ciągle za nic,

W twardej skorupie spędzamy wszystkie lata,

Starając się rację naszą policzyć za dwie,

Gdy liczenie za jedną jest już dość wyniosłe.


Gdzież rozum się podział miliony wyklęte

Przez własną pychę? Tej pychy ofiary.

Wizjami raju wciąż dusze pochłonięte

Mamy, lecz mamy znów tylko zamiary.


Dlaczego, gdy świat woła: my zawsze inaczej?

Próżnością stale gubieni my, dumni Polacy…


                                 ***

Przypis autora:

W pierwszej wersji wiersz miał zupełnie inne brzmienie, ale po bardzo, bardzo długim namyśle autor postanowił całkowicie go zmienić, po czym zmienił w nim… jedną literę.

Autor, choć jest gorącym patriotą, a może właśnie dlatego — uważa z żalem, że obie wersje (a zwłaszcza ta pierwotna) są niestety prawdziwe.


Credo

Trwaj chwilo szczęśliwa, lecz jakże niedługa,

Zwijana mozolnie w pamięci pergamin

Z maleńkich karteczek zbieranych latami —

Bo jesteś jedyna i nie przyjdzie druga.


Dłonie swe oglądam wstając szybko z kolan,

Licznych bruzd badając kształt i kręte tory.

Odczytywać pragnę z mojej własnej Tory

Swoją Biblię Świętą i mój życia Koran.


Wszelkich wiar bogowie! Są gdzieś wasze światy?

Ludzie niezbyt pewni co też z nimi będzie

Do was modły wznosząc… i ogarki palą wszędzie.

Aby wieczność kupić wszystkim noszą kwiaty.


Wciąż nie znając miejsca swych kolejnych stacji

Omijają bliskie i dostępne farmy

Poszukując nowej, dużo lepszej, karmy

Przekonani święcie o reinkarnacji.


Bu(d)dzę się po nocy, dniem się nowym cieszę.

Zrozumiałem wreszcie wstając dzisiaj rano,

Że bez przerwy i bez sensu ja się tam, gdzieś śpieszę:

Gdy las, rzeka, góry w słońcu — moją są nirwaną.


                                 ***

Przypis autora:

„Buddzenie” — buddyzm (budda — przebudzony ze snu niewiedzy) — nowe spojrzenie na siebie, świat, cel i sens swojego życia.


Czekam wciąż

Wciąż bólem jestem tylko i dreszczem,

Zagubionym i nagim spojrzeniem.

Czy moim aniołem, czy szatanem jesteś?

Straconym, choć ciągłym jeszcze pragnieniem?


W oczach mych zawsze istniejesz

Zalęknionym szczęśliwości oczekiwaniem.

I pewnie nawet o tym nic nie wiesz,

Że me spragnione wargi westchnieniem zwilżałaś.


A ja, pozostając kapryśnym dzieckiem,

Przyzwyczajony do tego, że wygodnie stoję z boku

I własnemu życiu przyglądam się obojętnie,

Gdy ciężkie chmury deszczu serce me ranią głęboko —


Czekam,

Aż przyjdzie czas

Magnolii.

I wreszcie spełni się


Sen,

Że miłość

Spłynie na nas powoli

Lepszym dniem.


Człowiek

Stąpa po słowach bosymi stopami,

Odległym uśmiechem skrywając uczucia.


W blask zapatrzony swoich złudnych marzeń

Na później odkłada zwykłe oddychanie,

Bo jest zajęty większymi sprawami.


Mijając bezmyślnie gapiów liczne twarze,

Nie umie dostrzec odrobiny życia

Tlącej się skrycie w ich duszach nieznanych.


Bez słowa patrzy na świata konanie

Wtopiony w ramy ciągle martwych dni.


Już nawet nie walczy, choćby o to, by

Przetrwać — odchodzi w niepamięć.


Czubek

Coś dziwnego niebywale jest w zdarzeniu,

Które właśnie przed oczyma mi się jawi,

Że w sytuacji ogromnego zagrożenia

Ja zwyczajnie, nieustannie chcę się bawić.


I choć widzę dosyć jasno i przejrzyście

Damoklesa jakiś bardzo znany przedmiot,

Który tuż nad moją głową wisząc,

W każdej chwili może: „tylko wisieć” — przestać;


To, wszelkiego strachu pozbawiony,

Pcham się stale w różnych przeżyć galimatias,

Co radości mi dostarcza ciągle nowych.


I igrając z niebezpieczeństw wielką siłą,

Których wokół coraz więcej się pojawia,

Sprawę staram się uważać za… niebyłą.


Dlaczego tak?

Ty, który na rękach nosiłeś mnie swoich,

Gdy jeszcze, by chodzić, byłam zbyt mała,

Dlaczego i dzisiaj przy mnie nie stoisz?

Dziś ja swoje ramię bym ci podała.


Ty, co przez wszystkie te lata

Byłeś jedynym dla serca oparciem,

Czemu nie pełnisz roli ojca i brata,

Radości nie dajesz już łez otarciem?


Gdzie twoje słowa tak pełne otuchy

I dotyk twoich bezpiecznych dłoni?

Dlaczego dzisiaj jest tu tak pusto,

A świat czarnym kirem oczy zasłonił?


Czas straszną prawdę w świadomość wpaja:

Odszedłeś, nie żyjesz, nie ma cię…


A ja?


Dotrwać

Drżący dźwięk skrytego saksofonu

Drąży wysokiej ściany biel,

A za tym zimnym murem rozciągają się

Przyjazne twojej Ameryki dłonie.


Wy. wszystkie dzieci samotne,

Porzucone przez rodziców niestałych,

Wierzcie, że kiedyś będą nadejść musiały

Dni, w których serca zabiją im mocniej.


I wy, łykający łzy nieustannie

Jak więźniowie w pasiakach błękitnych:

Wkrótce poczujecie czyjegoś serca bicie,

Chociaż teraz jesteście sami i bezradni.


Drzewo

A dzisiaj w parku drzewo widziałem,

Co rosło samotnie na skraju alei.

Drzewo to było chyba dość stare,

Wygięte konary sięgały do ziemi.


Lekko zgarbione, zmęczone przez lata,

Bo spory bagaż czasu dźwigało,

Miało na pniu swym czarnej dziupli łatę,

Przez którą się światu wokół przyglądało.


A ja w spojrzeniu tym coś dojrzałem.

I nie wiem, czy radość, czy też jakiś smutek.

Myślę, że ono powiedzieć coś chciało,

Nie usłyszałem, lecz pójdę tam jutro.


Może usłyszę i może zrozumiem

Co takie drzewo gnębi i boli.

Wszak co ja o takim drzewie wiem w sumie

Poza tym jednym, że w parku stoi?


I ty przechodniu, kiedy w parku ciszy

Zapragniesz się ukryć przed życia hałasem,

Przystań na chwilę, a może usłyszysz

O czym wciąż szumią i parki, i lasy…


Dusza i ciało

Przychodzą nagle, czasami przypadkiem,

Nawet zrządzeniem losu niechcianym,

Stanowiąc razem twór pomieszany,

Który zrozumieć wcale nie jest łatwo.


Niekiedy potem współgrają pięknie

W harmonii tonów niezrównanej,

By wspólnie sięgnąć ideału,

Tworząc tym samym największe szczęście.


Lecz często walki są ciągłej podłożem

I stałych zmagań z sobą przyczyną.

Gdy wygra arywizm — to ona ginie.


Chyba do wiary, Panie, mam korektę małą!

Na ziemi bez duszy może istnieć ciało,

Zaś dusza bez ciała tu istnieć nie może.


                           ***

Przypis autora:

Szanując inteligencję i czas Czytelnika autor użył pojęcia: „arywizm”, żeby nie pisać: karierowiczostwo, konformizm, lawiranctwo, koniunkturalizm, żądza posiadania, oportunizm, materializm, dążenie do uznania i władzy przy braku skrupułów i zasad moralnych, cynizm, perfidia, faryzeizm, fałsz, obłuda, podłość, wyrachowanie itp., bo znając siebie, to mógłby zapisać tak kilka stron, a co więcej szybko przejść do nazwisk i konkretnych osób.

Autor puszcza zatem oko do Czytelnika i sugeruje, żeby przychodzące mu na myśl pasujące nazwiska i osoby Szanowny Czytelnik sam sobie dopowiedział.

Doświadczenie podpowiada autorowi, że będzie z kogo wybierać.


Wiersz jest moją interpretacją

„TWO SUNS IN THE SUNSET”

z płyty „THE FINAL CUT”

grupy PINK FLOYD.

Dwa słońca o zachodzie

                  W moim lusterku wstecznym

                  Leniwie się słońce dopala,

                  Wsiąkając w nitkę asfaltu

                  Tonie za mostem w oddali.


                  Patrząc na nie rozmyślam

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 65.01