E-book
6.83
drukowana A5
14.66
Druga młodość Marka Haro

Bezpłatny fragment - Druga młodość Marka Haro

z cyklu: "Trzydzieści krótkich opowiadań o miłości"


Objętość:
25 str.
ISBN:
978-83-8126-928-5
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 14.66

— 1 —

Marka Haro — nobliwego pana w sile wieku — koledzy z korporacji i przyjaciele z netu nazywali dobrą duszą. Wiele ku temu dawał sposobności. A to za sprawą swych zawsze życzliwych relacji z rozmówcami, a to przez swój dar i nieustającą gotowość do jednania zwaśnionych stron, a to wreszcie przez dobre słowo, którego szlachetny kolega Marek nie szczędził nigdy nikomu.

Ale pan Marek Haro — prywatnie: miłośnik Beatlesów, programu TVP Kultura i niebywały wręcz fan gwiazdy filmowej Joanny Moro — ma i swe drugie, mniej znane dla niewtajemniczonych oblicze. Dobrze o nim wiedzą tylko współpracownicy, u których zasłużył na ksywkę „Żelazny Paragraf”. Dlaczego Paragraf? I czemu Żelazny? Gdyż jako prawnik mecenas Haro zawsze z żelazną konsekwencją i skrupulatnością feruje prawnicze wyroki. Aby lepiej zrozumieć tę pedanterię, trzeba w takich chwilach zaobserwować jego pozbawioną uśmiechu facjatę: odnosi się wrażenie, iż zastyga na niej maska skrzętnego, bezlitosnego formalisty. Jego cichy przekonujący głos staje się na ten moment jeszcze bardziej cichym i despotycznym, a jego chłodno skalkulowana opinia — natychmiast staje się najwłaściwsza, niepodważalna, nieomylna. I zwykle taką ostaje do końca.

Domowi sąsiedzi Marka Hary, spotykając go na ulicy, z daleka pierwsi się kłaniają. Także ci, którzy są od niego trochę starsi. Marek Haro bowiem — nawet i tu, i dla nich — był i jest szanowanym sąsiadem, autorytetem moralnym i niekwestionowanym wzorem rodzinnych cnót.

W domu Marka Hary wszystko przebiega wedle ustalonego porządku i w ciszy. Jego żona — Zosia, wesoła i kochająca zabawę niewiasta z pysznymi dołeczkami na policzkach, w obecności męża zmienia się w dwunożnego robotka, z dobrze zdefiniowanym zakresem obowiązków i powinności. Od wielu lat godzi się być milczącym uzupełnieniem do licznych urządzeń domowych: gotujących, piorących, prasujących, wycierających kurz z mebli, myjących podłogi i odkurzających. Krótko mówiąc: jest wzorową panią domu na usługach swego męża — dobroczyńcy i władcy.

Poza znajomymi z „Kuriera Szamańskiego” (i Facebooka) pan Marek Haro niewiele więcej posiada regularnych przyjaciół. Państwo Haro praktycznie nie składają u nikogo wizyt i nikogo u siebie nie przyjmują. Dlatego z ich domu muchy, z nudów, zazwyczaj uciekają za okna, i najlepiej do sąsiadów.

— 2 —

Ale oto pewnego dnia zdarzyło się coś, co — jak się okazało — raz na zawsze zdemontowało ten dobrze naoliwiony domowy mechanizm. A wszystko rozpoczęło się jeszcze w godzinach rannych, w pracy, gdy Marka Haro wezwano do pana prezesa. Pryncypał miał dla niego propozycję objęcia stanowiska wiodącego prawnika korporacji. Po krótkim, choć intensywnym namyśle, mecenas Haro postanowił podjąć się nowych służbowych obowiązków. I jeszcze tego samego dnia wprowadził się do gabinetu swego poprzednika.

W zawodowym życiu Marka Hary rozpoczęła się nowa epoka. Już wkrótce miało się okazać — nie tylko w zawodowym. Ale o tym, za chwilę…

Pod koniec pracy złożyli mecenasowi Haro wizytę jego najbliżsi koledzy z firmy: Slawko Sułek i Tadesz. Była też razem z nimi Monika Aleksandryjska-Kozioł, wieloletnia partnerka w interesach biznesowych pana mecenasa, a jednocześnie dyrektorka pobliskiego Centrum Widowiskowo-Prasowego. Skądinąd instytucji, w której od lat swą siedzibę miał także kultowy „Kurier”, ten sam, w którym Marek Haro poznał wielu swych aktualnych wirtualnych przyjaciół.

Cała trójka pogratulowała awansu, wypili razem butelkę przyniesionego szampana, krótko pobiesiadowali. Aleksandryjska-Kozioł zaprosiła mecenasa do odwiedzenia jej Centrum, „które przecież mieści się o rzut beretem od korporacji”.

— Dziś wieczorem, drogi Marku, mamy konferencję prasową z pisarzem Babickim — informowała z nieskrywaną ekscytacją. — Zapowiedziały się już wszystkie najważniejsze stacje telewizyjne i radiowe. Będą też zagraniczni korespondenci. Byłoby mi bardzo miło, gdybyś w to ważkie wydarzenie medialne zaszczycił Centrum swą obecnością, przyjacielu…

Żelazny Paragraf zasępił się. Odmówienie bliskiej przyjaciółce, do której od wielu lat żywił szczerą i odwzajemnioną sympatię, byłoby z jego strony i niefortunne, i w pewnym stopniu niegrzeczne. On, Marek Haro, ma jednak zasady, które muszą być ponad wszelkimi osobistymi układami i zobowiązaniami. Chce być im wierny i będzie im wierny. Bez względu na konsekwencje i konwenanse.

— Moniko, wybacz… Spieszę się dziś trochę do domu, do żony. Chyba rozumiesz… — rozpoczął przepraszającym tonem. — Chciałbym jak najszybciej podzielić się z nią moim dzisiejszym sukcesem… — bez skromności formułował wyjaśnienia.

— Oczywiście, Mareczku. Rozumiem. Nie nalegam — odparła tonem, w którym dało się dosłyszeć nutkę zawodu. — Mówi się trudno, kocha się dalej — zażartowała. — Pozdrów, proszę, Zosię i zapraszam przy kolejnej, najbliższej sposobności! Ufam, że już wkrótce…

— Ufam i ja, Moniko… Choć kiedy — nie wiem. Od dziś będę miewał o wiele mniej czasu niż do tej pory… — ze szczerym zmartwieniem podsumował.

— 3 —

Po wyjściu z pracy, nieco otumaniony najświeższymi wydarzeniami — a może raczej wciąż pobudzony przepitymi bąbelkami — nieoczekiwanie dla samego siebie postanowił jednak zahaczyć o pobliskie Centrum, a może nawet i zerknąć na imprezę z bliska? Było to przecież nieopodal. Ledwie cztery przecznice dalej.

„Dodatkowy spacer dobrze mi dzisiaj zrobi. Może troszeczkę ochłonę”. I niewiele myśląc, skierował swe kroki w kierunku hałaśliwej dzielnicy.

Już z dala dojrzał panujący w pobliżu Centrum tumult, usłyszał wszechobecny zgiełk i rozgardiasz. Policjanci dwoili się i troili na zakorkowanych skrzyżowaniach, kierując lawiną nadjeżdżających zewsząd samochodów; limuzyny na sygnałach przeciskały się przez spiętrzone, kilometrowe korki, ludzki potok drzwiami i oknami walił w przypałacowe rewiry. Wszyscy w rozentuzjazmowanym tłumie żywiołowo dyskutowali, przekrzykiwali się, wiwatowali, nieśli propagandowe plakaty.

Jeden z nich wydał się Markowi Harze wyjątkowo głupiutki: „Myśmy jego kibice, myśmy jego kibicki, bo naszym idolem pan Janusz Babicki!”.

— A ja myślałem, że idolom się nie kibicuje. Idoli się ma… — ze zniesmaczeniem mruknął do siebie. I już mniej pewnym krokiem podążał za wszystkimi do Pałacu Wielkiej Hali.

Gdy po jakimś czasie zauważył, że idąc z napierającym tłumem, staje się mimowolnie jego częścią, gdy ktoś przy okazji próbował wręczyć mu szturmówkę, wciągnąć do szeregu, a ktoś inny zaagitować do wspólnych śpiewów i skandowania haseł — tego było mu już za wiele. Zdecydowanie zatrzymał się, odwrócił na pięcie i próbował przebijać się w przeciwnym kierunku. Niestety! Za późno. Okazało się to już niemożliwe. Tłum był jak ciężka ogromna ruchoma ściana — nie do pokonania. Popychała go w przód, kierowała, spychała… Jedyną szansą ewakuacji mogło być przemieszczenie się do bocznych szeregów, skąd przy najbliższym skrzyżowaniu można było spróbować odskoczyć w przecznicę. Plan okazał się genialny. Gdy mijali jakąś narożną knajpkę o wdzięcznej nazwie „Zielony Kogucik” — energicznie naparł na boczne oskrzydlenie, wyrwał się, wskoczył w jej podwoje. Tłum poszedł dalej. On — ostał się na werandzie. „Uff, ocalony!”.

— 4 —

W „Zielonym Koguciku” było wesoło, dźwięczała muzyka i rzeką lało się wino. Miał szczęście — właśnie zwolniły się miejsca, z których młodzi ludzie przed chwilą wstali. Młodzieńcy ci ochoczo dołączyli do wiwatujących na ulicy. Marek Haro usiadł ostrożnie przy opustoszałym stoliku w kącie sali. Przez otwarte okna wciąż obserwował idących w szykach ludzi, z zewnątrz nadal dochodziły odgłosy napierającego tłumu, więc uznał, że najbezpieczniej będzie przesiedzieć tu i zaczekać na sposobność do spokojnego powrotu do domu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 14.66