Stwierdzenia zawarte w tym przewodniku reprezentują profesjonalne opinie autorki, która poświęciła tej pracy ponad 50 lat swojego życia Książka jest zapisem wieloletnich badań naukowych i praktycznych autorki, mających na celu zrozumienie funkcjonowania własnego organizmu oraz innych, w tym wielu swoich klientów przez lata, aby wykorzystać informacje do celów edukacyjnych dla tworzenia „modelu edukacji dla przyszłości”, aby po pierwsze nie szkodzić”.
Wprowadzenie
Długie lata spędziłam w medycynie, czując wewnętrzną pasję zrozumienia człowieka i jego problemów zdrowotnych. Wtedy jeszcze nie uświadamiałam sobie, że poszukuję odpowiedzi na dręczące mnie pytanie: dlaczego choruję od najwcześniejszego dzieciństwa, czy jest to coś, co przyniosłam ze sobą, żyjąc w łonie matki, czy może tkwi w tym jakaś inna zagadka, w rozwiązaniu której pomóc mi może właśnie medycyna?. Dlatego, dziwnym trafem trafiłam do organizującego się dopiero na Wydziale Farmacji w Warszawie Zakładu Diagnostyki Klinicznej (nazwanego początkowo Zakładem Analityki Klinicznej), gdzie rozpoczęłam specjalizację I stopnia i wraz z nią współtworzyłam pierwszy program dla kierunku o tej nazwie.
W międzyczasie, będąc w ciąży, a potem na urlopie macierzyńskim, zaczęłam przygotowywać pracę doktorską z immunologii, stawiając sobie pytania o miejscową ochronę błon śluzowych przewodu pokarmowego (wydzielniczą immunoglobulinę IgA, zwaną w nauce sIgA), która, czerpana z siary i mleka matki chroni od najwcześniejszego okresu noworodka i niemowlę przed wszelkimi pierwszymi problemami zakażeń pokarmowych, a jednocześnie stymuluje tworzenie mechanizmów ochronnych w błonie śluzowej przewodu pokarmowego. Użyłam do swych badań własnej siary i mleka, gdyż przez jakiś czas nie mogłam karmić dziecka, będąc leczona antybiotykami po porodzie.
Moje badania i ich wyniki uświadomiły mi po pewnym czasie, że szukałam odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie o problemy z błoną śluzową żołądka i dwunastnicy od wczesnych lat mego życia. Zrozumiałam, że wszystko w fizjologii jest i był w porządku, jedynym problemem były moje przeżycia emocjonalne, które rozpoczęły się od 2 roku życia, a związane były z ojcem oraz tego konsekwencjami na życie rodziny oraz moje zdrowie. Ta fascynująca podróż w głąb siebie była więc zaczęta w nauce, aby potem przejść na poziom lokalny, a raczej indywidualny, mój własny, obserwując już wtedy bardziej świadomie skutki stosowanych na mnie terapii medycznych.
Nie miałam jednak pojęcia, że ta rozpoczęta w nauce droga, nie będzie miała uwieńczenia w jej głównym nurcie medycznym, lecz musi wyjść poza nią, w inne sfery, zupełnie wtedy nauce nieznane i niezrozumiane. One były fundamentalne do funkcjonowania człowieka w wielu jego dziedzinach życia, a szczególnie dotyczących jego wychowania w domu, edukacji szkolnej, także wyboru zawodu i podążania drogą realizacji siebie w świecie, używając swoich talentów i pasji.
Odkryłam to dopiero po kolejnych latach, gdy z braku satysfakcji zarówno w leczeniu jak i poszukiwaniach badawczych, opuściłam naukę (medycynę), aby pójść do pracy w przemyśle. I znowu, zastanawiając się nad istotnym znaczeniem tego posunięcia, uświadomiłam sobie, że był to zasadniczy krok do praktyki — tak jak przemysł (farmaceutyczny) produkuje leki dla leczenia chorób. Moje wejście w tę przestrzeń było jednak symboliczne, gdyż znowu stałam się tam pionierką, tworząc kolejny rejon do pracy (i nowy dział w fabryce). Niemniej ten fakt był mniej istotny w porównaniu do tego, że dzięki mojemu pomysłowi tworzenia czegoś nowego, (będąc kierowniczką działu), stałam się jednocześnie podmiotem samodzielnym, w tym także do dalszego szkolenia, które zaistniało niebawem, dzięki rezygnacji jednego z dyrektorów, któremu podlegałam. Tak więc wkrótce znalazłam się za mojego szefa na zajęciach dla managerów w Centrum Kreowania Liderów (CKL), gdzie uświadomiłam sobie, że od tej chwili mam „zacząć zarządzać sobą”.
Zajęcia były oparte na technikach Psychosyntezy i prowadzone przez emerytowanego profesora UCLU z Kalifornii, twórcę programu MBA psychosyntezy managerskiej i organizacyjnej, wprowadzonej na tymże uniwersytecie w połowie lat 70-tych XX w.
Tak więc, znalazłszy się w CKL, mogłam zarówno tam, jak i potem, kontynuować studiowanie psychologii, a szczególnie zgłębić psychosyntezę i po raz kolejny stałam się pionierką tego podejścia w Polsce.
Wkrótce stworzyłam sama programy autorskie, wprowadzając je jako uzupełniające do edukacji nauczycieli, począwszy od przedszkola, jak i szkoląc różne środowiska, stając się członkiem Towarzystwa Edukacji Psychosomatycznej w Krakowie, uczestnicząc ponad 15 lat w Sympozjach organizowanych przez nie, podobnie jak będąc zapraszaną na Sympozja Polskiej i Światowej Akademii Medycyny im. Alberta Schweitzera przez jej twórcę — Profesora Kazimierza Imielińskiego. W tym czasie uczestniczyłam w dziesiątkach różnorodnych konferencji naukowych, organizowanych przez liczne uczelnie, zarówno publiczne jak i prywatne, prezentując swoje całościowe (systemowe) podejście w nauce do zdrowia i rozwoju człowieka. Z tego okresu wywodzi się blisko 60 moich publikacji.
Okres, o którym wspominam, był jednocześnie czasem intensywnej pracy nad sobą, nad zrozumieniem mechanizmów zaistnienia problemów zdrowotnych, jak również budowaniem drogi do ich odkodowania i uwolnienia, podobnie jak do tworzenia „modelu edukacji dla przyszłości”, aby potem nie trzeba było terapii. Opis ten znajdzie Czytelnik w treści tej książki, jak również w szeregu innych książek, a wśród nich w następujących:
— Psychosynteza w edukacji. Wzrastanie samoświadomości człowieka
— Zrównoważony rozwój dziecka w świetle nowych wyzwań
— Człowiek kwantowy. Zintegrowane podejście do zdrowia i rozwoju
— Psychosomatyczne, emocjonalne i duchowe aspekty chorób ze stresu (choroby z autoimmunoagresji)
— Edukacja zdrowotna w praktyce
— Słowo jako energia czyli co niesie słowo (Psychoenergetyka słowa)
— O sensie życia
Zachęcam więc do studiowania tej książki, pokazującej moje zrozumienie korzeni chorób cywilizacyjnych — wzorców emocjonalnych, będących depozytami ze spóźnionym zapłonem bomb energetycznych, które eksplodują w różnym czasie i miejscach w ciele po latach, nie będąc zrozumiałymi przez lekarzy, zajmujących się jedynie objawami i ich likwidowaniem.
Dedykuje tę książkę dla potomnych, zarówno wywodzących się z nauki, jak i młodego pokolenia, dla zrozumienia, że nic w nas nie ginie, jest tylko odłożone w czasie. To podejście pozwoli na promocję zdrowia (aby zdrowo żyć, nie mając na względzie jakiejkolwiek choroby, tylko myśląc z perspektywy JAK BYĆ ZDROWYM), profilaktykę (gdy choroba jest w środowisku jako zagrożenie) oraz terapię (gdy jest już za późno i choroba zaistniała w nas) i zrozumienie, że wiele dróg prowadzi do zdrowia (u-zdrowienia). Dzięki temu jesteśmy w stanie uświadomć sobie, że zdrowie nie jest tylko na poziomie fizycznym, ale na wielu innych i aby powrócić do zdrowia należy podejść do niego systemowo (całościowo), nie redukując go jedynie do objawu i choroby (co wzmacnia chorobę, a nie zdrowie).
Jak powstawała książka?
Książka wyrosła z blogu, który przyszedł do mnie, kiedy zaczęłam moją kampanię promocyjną dotyczącą publikacji książki w języku angielskim „Pokonanie fibromyalgii. Prezentacja historii sukcesu”. Postanowiłem pokazać przyczyny i skutki chorób przed przeczytaniem przez czytelnika mojej książki.
Jako naukowiec w dziedzinie medycyny, nie wyobrażam sobie, że stałam się naukowcem w dziedzinie JA — MOJEGO JA, aby pokazać drogę do najgłębszego rdzenia tożsamości, jego uszkodzenia we wczesnym dzieciństwie z powodu warunków środowiskowych… ale również sposób powrotu, dzięki zrozumieniu korzeni problemów zdrowotnych i chorób, ciągnących się przez lata i przywrócić moją prawdziwą naturę.
Jestem Polką, więc moim językiem ojczystym jest polski, nie angielski. Blog pojawił się już w połowie lata 2013 roku w języku angielskim (i miał ponad 160 odcinków) i był pisany spontanicznie, czasem w języku polskim (i tłumaczony przeze mnie), czasami tylko w języku angielskim. To była moja głęboka potrzeba wyrażenia siebie najlepiej, jak tylko potrafię. Ale wiem, że wypowiedzi w języku angielskim nie zawsze oddają to, co chcę wyrazić, stąd wymaga on ciągle naprawy.
Ale praca z tłumaczem nad Pokonaniem fibromialgii, który był rodowitym Anglikiem i nie znał zupełnie polskiego, uświadomiła mi, jak język niewerbalny przekazu jest istotny, aby uchwycić to, co jest zawarte pod słowami, a co w procesie zdrowienia i rozumienia siebie jest fundamentalne. Oddaje on bowiem całą głębię nas, naszej jaźni (duszy) i pomaga zrozumieć jej wołanie z centrum naszej istoty.
Gdy napisałam już kilkadziesiąt odcinków blogu w języku angielskim, zdecydowałam rozpocząć go w języku polskim. Podobnie jak kilka z moich książek, jego zawartość jest bezcenna dla tych, którzy chcą poznać siebie, odkodować swoje zdrowotne problemy, a przede wszystkim zrozumieć ich korzenie, a stąd nie dopuścić do kolejnych chorób. Od najwcześniejszego dzieciństwa kodujemy bowiem wzorce zachowań, a w konsekwencji choroby i tylko od nas zależy wybór zdrowia czy choroby w dorosłym życiu. Zrozumiawszy ich przyczyny, możemy zapobiec nieprawidłowościom, gdyż jak obecnie wiadomo ponad 90 % chorób ma podłoże psychosomatyczne, stąd w naszych mocach jest ich pielęgnowanie lub odwołanie. Wybór należy do każdego.
Życzę wszelkiej pomyślności w tej podróży ze mną i będę bardzo wdzięczna, jeśli podzielicie się swymi pozytywnymi refleksjami, które będą budzić się w miarę czytania, a są związane z PRAWDĄ głęboko zakorzenioną w każdym z nas. To, o czym piszę jest bowiem żywym przykładem tego, że wszystko w życiu ma głębokie korzenie oraz sens i warto temu poświęcać każdego dnia trochę czasu. Dzięki przyglądaniu się życiu innego człowieka, można korygować swoją własną historię w miarę zrozumienia swojego życia i jego lekcji. O tych lekcjach będę tu pisać często, podobnie jak znajdziesz o nich wiele w innych moich książkach.
Zacznę od początku
Cierpiałam na różnorodne dolegliwości bólowe od najwcześniejszego dzieciństwa, które nigdy nie wiązano z niczym, co wydarzyło się w moim życiu, a co od samego początku leczono środkami farmakologicznymi. Teraz, gdy patrzę na to po latach, widzę, jak życie jest sterowane skądś, jakby z góry, określając jego głębszy sens. Wtedy jeszcze tego tak nie rozumiałam, choć podążyłam za moimi głębokimi potrzebami znalezienia „leku” na zdrowotne problemy. Dlatego też dedykowałam się medycynie, a szczególnie badaniom naukowym, pogłębiając immunologię (z której obroniłam pracę doktorską) i diagnostykę kliniczną. Już wtedy, a były to lata 70—80 XX w. powoli stawałam się pionierką, wprowadzając pewne kierunki myślenia w leczeniu.
Prawie 25 lat poświęciłam poszukiwaniom odpowiedzi dla pytania dotyczące kondycji człowieka i jego zaburzeń zdrowotnych. Początkowo były to badania kliniczne, bardziej związane z diagnostyką czy naukowym zrozumieniem procesów w ciele, a może bardziej precyzyjnie — mechanizmów biochemicznych. W tym czasie nauczyłam się wielu różnych teorii i wierzyłam w nie, podobnie jak w lekarzy, którzy stale mieli co robić przy mnie, starając się pomóc mi w problemach zdrowotnych. Ale pewna część mojego życia była nieustannie zakryta, zarówno przede mną, jak i przed nimi, gdyż nikt nigdy nie pytał (od najwcześniejszego dzieciństwa) o moje przeżycia, ciągnące się od tego okresu.
Moja historia jako fundament
Przez wiele lat mego życia nieustannie pamiętałam moje dzieciństwo pełne stresu po aresztowaniu ojca, jako więźnia politycznego po II wojnie światowej i wiele lat poczucie nieustannego zagrożenia o życie, nie tylko zdrowie. Przypomniałam sobie moje życie pełne strachu i rozpaczy, oraz matkę i brata i konsekwencje tych przeżyć w życiu dzień za dniem na każde z nas. Wtedy, dawno temu, nie wyobrażałam sobie, że wszystko to jest na ten sam temat. Również moi lekarze, zarówno w okresie dzieciństwa, jak i w wieku dorosłym (już wtedy, gdy pracowałam naukowo w Akademii Medycznej i Centrum Medycznym Kształcenia Podyplomowego), nigdy nie zebrali tego wszystkiego razem w jedną całość, aby mi pomóc odzyskać zdrowie. Nikomu nie przychodziło do głowy (także wtedy mnie), aby przyglądać się mojej historii i czytać wszelkie problemy — jak z książki. Oni zajmowali się pojedynczym objawem, potem już wieloma, każdy w swojej specjalności, niezależnie od siebie, a ja w międzyczasie zbierałam wciąż nowe diagnozy — jak ordery na piersiach, zaliczając kolejne szpitale i biorąc coraz to nowe leki, działające dorywczo, a na dłuższą metę — bez powodzenia.
Przez lata byłam zaangażowana również w cierpienia mojej matki, konsekwencje nie przeleżanych przeziębień i gryp, nieustanne punkcje zatok, (które zaowocowały po pewnym czasie operacją z wstawieniem sztucznej przegrody nosowej); nawracające zapalenia pęcherza i nerek, a w końcu wadliwego rozpoznania raka narządów rodnych (nie operowano) i zastosowania naświetlań radem i kobaltem, które spowodowały nieodwracalne szkody w jej ciele po zastosowanej terapii. To przyniosło wkrótce nieprawdopodobne bóle jelit i konieczność dokonania operacji w środku nocy — ze względów życiowych (na skutek sklejenia esicy), wprowadzając sztuczny odbyt (prawie na środku brzucha). Kilka lat później, rozsadzające bóle pęcherza (kilka kropli moczu nie mogło zmieścić się w pęcherzu, który tymczasem zamieniał się w depozyt kryształów) — wymusiły wykonanie kolejnej drastycznej operacji. Ta ostatnia była jeszcze bardziej dewastująca, gdyż po obu bokach ciała wykonano 4 dziury, aby wyprowadzić przez nie dreny do odprowadzania moczu. Sam widok tych oprzyrządowań, przyprawiał o łzy współczucia, nie wspominając o cierpieniu matki, która odtąd nie mogła już spać na żadnym boku, a do tego dreny musiano usuwać (podobnie jak przyszywać, aby nie wypadły) co sześć kolejnych tygodni. Bywało jednak, że te wszystkie zabiegi musiały być powtórzone wcześniej, gdyż zdarzało się, że dren wypadł w nocy i trzeba było natychmiast jechać do szpitala.
Pojawiały mi się w pamięci comiesięczne dojazdy do szpitala, gdzie zostawały wyciągane dreny, bardzo często bez znieczulenia (opieka medyczna w tym momencie nie miała pieniędzy na pokrycie kosztów chociażby zastrzyków znieczulających) i wszystko odbywało się „na żywca”. Pamiętam, gdy oddział urologiczny został przeniesiony pod Warszawę i mama musiała tam dojeżdżać, spotykając się z uwłaczającym godności człowieka traktowaniem przez tę samą osobę, która wykonała jej operację kilka lat wcześniej (z tytułem profesorskim).
Mama żyła tak okaleczona prawie 18 lat, nie mając żadnych innych objawów raka.
Pamiętam, kiedy moja matka czekała w szpitalu na jedną z jej operacji i lekarz zapytał ją, czy bierze pigułki od pielęgniarki (były to leki psychotropowe na uspokojenie pacjentki przed zabiegiem) — a moja mama odpowiedziała: " Biorę to, ale nie łykam”. Zostawiała je codziennie w szufladzie nocnej szafki.
To zapamiętane powiedzenie po latach uświadomiło mi kierunek w poszukiwaniu rozwiązań dla moich problemów zdrowotnych, inne opcje leczenia, poza lekami i inwazyjnymi, okaleczającymi ciało metodami.
Zanim jednak do tego doszłam, wierzyłam, że tak być musi przez lata, nie lepiej ale gorzej, mimo stosowania leczenia farmakologicznego czy operacyjnego. Po dziesiątkach lat odkryłam jednak, że może być inaczej. Było to po śmierci mojej matki, po 18 latach uczestnictwa w jej niewyobrażalnym cierpieniu każdego dnia, gdy wspominała, że była zawsze wysportowana, zdrowa, a potem została okaleczona i doprowadzona do inwalidztwa i niepełnosprawności w codziennych czynnościach. Już jednak wtedy, prawie osiem lat wcześniej, odkryłam system psychosyntezy, wysłana na zajęcia dla menadżerów w Centrum Kreowania Liderów, aby uczyć się zarządzania innymi. Nie przyszło mi jednak na myśl, że mogę wziąć odpowiedzialność za swoje zdrowie w swoje ręce i zacząć krok po kroku odkodować przyczyny, aby wrócić do początku, do” psycho — syntezy życia " … zrozumieć moje traumatyczne dzieciństwo.
Musiałam sama osiągnąć dno, aby pojąć, że muszę zacząć zarządzać sobą. Tak więc przyszły najgorsze cierpienia, bóle we wszystkich częściach ciała, depresja i objawy ciągłego zmęczenia. Nieustannie leczyłam objawy i choć trafiałam do najlepszych w tym specjalistów, staczałam się po równi pochyłej. Nie mogłam spać, wykonać podstawowych życiowych czynności, a najmniejszy ruch powodował nieopisany ból i cierpienie. Wtedy już wiedziałam: diagnoza mi postawiona jest inna. Ona brzmiała: Fibromialgia jako ewidentny przykład chorób ze stresu i autoimmunoagresji, a moje objawy weszły w pełne spektrum jej (ich) bogactwa.
Byłam ofiarą okoliczności
Czy wierzysz w przypadki? Czy wierzysz w przeznaczenie? Dlaczego życie toczy się tak jak wskazują to okoliczności, a nie inaczej? Czy mamy wpływ na okoliczności? Czy mamy jakikolwiek wpływ na cokolwiek?
Wtedy nie miałam wpływu na nic. Byłam dzieckiem wychowanym w poczuciu nieustannego zagrożenia, z brakiem poczucia bezpieczeństwa, a właściwie żyjącym w nieustannym zagrożeniu życia i zdrowia. Wokół mnie było zagrożenie. Jedna z moich późniejszych książek: O SENSIE ŻYCIA opisuje w szczegółach moją codzienność. Nigdzie nie było bezpiecznie dla małej dziewczynki, ani w domu, ani poza nim. Wszędzie było strasznie przebywać samotnie, a samotność towarzyszyła mi nieustannie. Dotąd łapię się na kiwaniu do przodu i do tyłu. To syndrom „choroby sierocej”, która nie opuszczała mnie przez lata, weszła mi w nawyk.
Wszystko i wszyscy byli zagrożeniem. Nie było bezpiecznego miejsca dla małej dziewczynki, aby mogła się ukryć i być sobą. Wszędzie pojawiał się paniczny strach, także przed ludźmi, którzy nieśli wszelkiego rodzaju zagrożenia. Oni stali ciągle pod drzwiami, pukali, przynosili jakieś papiery, po których mama dostawała bólu serca. Nikt mnie nie potrzebował. Nikt mnie nie kochał, nie przytulał. Zawadzałam po drodze. Matka była nieustannie zdenerwowana i krzyczała lub dotkliwie mnie biła. Często była chora i wtedy był paniczny strach o jej życie. Ludzie wokół nas bali się z nami kontaktować, aby się nie narazić, bo myśmy byli „niebezpieczni” — bo ojciec był „polityczny”.
Pamiętam tylko strach
Pamiętam tylko strach, paniczny strach przez całe lata. Gdy wreszcie zaczęłam chodzić do szkoły, tylko nauka pozwalała mi czasem o nim zapomnieć. Ale potem przychodził wieczór, noc i samotność, także spacery po ulicy i oglądanie z daleka, a może gdzieś z oddali pojawi się on…, ten upragniony, ten, co będzie kochał to osierocone dziecko… mój ojciec.
Po latach on wrócił, ale nie ten z marzeń. Był mizerny, wycieńczony fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie, obcy człowiek w domu. Nie było wcale rodziny, tylko dziwny przybysz, który rzadko się odzywał i zwykle miał różne wymagania — często nie do spełnienia.
Od tego pierwszego dnia, gdy go zabrano stale byłam na coś chora. Był to przede wszystkim paraliżujący ból brzucha. Na porządku dziennym byli lekarze i szpitale, a potem nieustannie leki. Ale pomagały tylko ręce — moje własne dziecinne dłonie, przykładane każdego wieczoru przed snem na żołądek. One koiły ból i po jakimś czasie pozwalały wreszcie usnąć.
Mijały lata, ale strach pozostał, także przewlekły ból w okolicach żołądka i te okropne leki. Nie było temu końca. Ale była szkoła i nauka i to było napędem do przodu, do osiągania, wychodzenia z zaklętego kręgu strachu i wiecznych chorób.
Zarówno dzieci jak dorośli byli dla mnie niebezpieczni w bliższych kontaktach. Dzieci — dlatego, że były okrutne, naśmiewały się, ciągle pytały gdzie jest mój ojciec, a ja przecież nie mogłam im opowiedzieć prawdy, bo jej i tak by nie zrozumiały. A dorośli — to oni byli największym zagrożeniem. Oni przecież zabrali mego ojca, a potem nieustannie nachodzili nas w domu i coś zabierali, także stali pod drzwiami i łomotali w nie, aby im je otworzyć. To powodowało, że zachowywałam dystans w stosunku do nich. Stawałam się osobą bardziej wewnętrzną niż zewnętrzną, tworząc swój świat i zainteresowania, które nabierały bogactwa swych odcieni. Było to zwykle miejsce, gdzie mogłam się schować i być bezpieczną. Z tego miejsca przychodziła jednak ciekawość, aby wiedzieć więcej, poszukiwać więcej, myśleć więcej, także o zewnętrznym świecie.
Z tego miejsca też przyszła moja pasja uczenia się.
Moja samotność i opuszczenie wiodły mnie głębiej do zrozumienia poczucia braku miłości, do nieustannej potrzeby jej spełnienia. Stawałam się perfekcjonistką. Wymagało to często wielkiego wysiłku, aby to uzyskać, ponieważ byłam nieśmiała, wycofana do środka, pełna strachu.
Wiele sytuacji wymagało ode mnie przekraczanie granic, pokazanie mej dedykacji i intencji. Największe wysiłki robiłam, aby zaskarbić miłość mych rodziców, szczególnie matki. Odkryłam po latach, że ona mnie nie kochała, ponieważ spowodowałam jej ból w czasie mych narodzin, gdy ojciec chciał, abym urodziła sie w domu, a nie w szpitalu. Ona tego nie mogła zapomnieć, stąd mnie odrzuciła, traktując bardziej jak rzecz niż ludzką istotę.
Byłam także perfekcyjną uczennicą w szkole, co także łączyło się w dużym wysiłkiem, ze względu na moją nieśmiałość i strach przed ludźmi.
Będąc odrzuconą i nie kochaną, nie miałam szans wyrażania też swego strachu, samotności, rozpaczy, smutku, także złości i poczucia wstydu. To ostatnie było szczególnie silne w związku z osobą ojca, zarówno, gdy go nie było i musiałam wstydzić się, że jest on w więzieniu, podczas, gdy później jego reakcje na mnie i zachowania wywoływały we mnie poczucie wstydu.
Kolejnym problemem w relacjach był dla mnie brat. Jako starsze dziecko w domu (o 2 lata), był pupilem matki, a jednocześnie wyrastającym despotą, który musi skupiać na sobie uwagę. Gdy ona była zaburzona (nie skierowana na niego), wyrażał swoją złość w postaci agresji i przemocy, skierowanej w moim kierunku. Powodów było przecież mnóstwo — także jego strach i złość na istniejącą wokół nas rzeczywistość, a stąd natychmiast wyrażał agresję, bijąc mnie dotkliwie. Traktował mnie także przedmiotowo, używając na posługi, gdy mama np. wysyłała go po zakupy, on na mnie wymuszał, abym je robiła. Wiele razy też skarżył na mnie o cokolwiek, aby ochronić siebie przed karą. Z tego powodu, to ja dostawałam bicie od matki, a on był zawsze niewinny — ona jemu wierzyła, a nie mnie.
Kiedyś, gdy już byłam w liceum, pamiętam dokładnie taką sytuację, gdy brat w złości sięgnął po warząchew gorącego rosołu, gotującego się na węglowej kuchni i chlusnął mi w twarz. Miałam szczęście (ochronę z góry!), że skończyło się tylko na zalaniu czoła, które natychmiast zaczerwieniło się boleśnie. Ponieważ nosiłam grzywkę, więc dzięki niej ochroniłam oczy, podobnie jak mogłam nosić włosy spuszczone na czoło przez kolejne dni i miesiące, gdy rana goiła się pod spodem.
Ta zewnętrzna rzeczywistość tworzyła moje wewnętrzne cechy osobowości, podobnie jak mój wewnętrzny, bardzo bogaty świat.
Warunki pod zaistnienie chorób są budowane od najwcześniejszego dzieciństwa. Wymagają tylko ich kultywowania, nieustannego bycia w nich, tych samych reakcji emocjonalnych, nawykowego sposobu myślenia. To wszystko było już zakodowane także u mnie w ciele, przez powtarzające się reakcje. One wzrastały powoli, pokazując kolejne etapy występowania postępujących objawów, określanych w medycynie „o nieznanej etiologii”. Ona była znana, ale nigdy nie wysłuchana i nie rozumiana przez tych, którzy zajmowali się leczeniem.
Nie jesteś wystarczająco dobra
Czy znasz ten komunikat? Czy słyszałeś go czasami, a może często? Kiedy? Gdzie? Dlaczego? Po co?
Odpowiem na początku na ostatnie pytanie: wiem po co! Ten komunikat miał służyć memu rozwojowi, doskonaleniu, nieustannemu poprawianiu się, dorównywaniu… Ale do czego? Do kogo? Do jakiegoś wzorca, bliżej nie określonego? Do kogoś czegoś, kto istnieje, lub może jakiegoś idealnego człowieka, osoby, abym taką się stała?
Ja słyszałam ten komunikat bardzo często i to zarówno w domu jak i w szkole. Ciągle nie byłam wystarczająco dobra, aby… Aby co? I to było dla mnie najbardziej trudne… Abym zasłużyła na akceptację np. w szkole. Ktoś był stale lepszy. Porównywano mnie z innymi. Nie mogłam być inna, nie mogłam być taka, jaka jestem. Miałam być taka, jak inni, a nawet lepsza niż oni. To była nieustanna rywalizacja, wymuszana pośrednio i bezpośrednio. Ciągle musiałam osiągać, wspinać się po drabinie. Porównywano mnie z innymi. Szybciej, lepiej… Dlaczego nie nadążasz? Dlaczego odstajesz? Dlaczego jesteś inna?
A ja byłam inna: wycofana, żyjąca w nieustannym strachu, we własnym świecie, aby przetrwać, aby ten paniczny strach przed tymi, co czekali za drzwiami jakoś oswoić. I jednocześnie przekroczyć strach, aby osiągać, bo inaczej…
Właśnie… bo inaczej … nie będę akceptowana przez matkę. Tak wtedy o tym myślałam. Muszę jej pokazać, że umiem, potrafię, jestem lepsza od innych w szkole. Wtedy ona mnie będzie kochała, przytuli mnie, wysłucha, zrozumie mój nieustanny strach przed tymi pod drzwiami. I tymi na ulicy, także przed nauczycielami, którzy ciągle chcą, abym była lepsza… I obdarzy mnie miłością.
Muszę zasłużyć na miłość! To było najbardziej istotne i głębokie przesłanie na kolejne lata życia.
Nie jestem wystarczająco dobra, aby mnie kochano!
Pamiętam krzyki i nerwowe reakcje mojej matki, także złość wyrażaną w biciu mnie bardzo dotkliwie. Pamiętam także ciosy mego brata, jeszcze bardziej bolesne. Pamiętam także deprywację seksualną mego ojca, gdy powrócił do domu. Nie pamiętałam jednak przez dziesiątki lat emocji związanych z tymi incydentami. Minęło dobrych kilka dziesiątek lat, kiedy wydarzył sie pewien epizod z moim znajomym, który przywrócił mi pamięć tych zdarzeń. Mój partner nagle odjechał, zostawiając mnie zupełnie samą w obcym kraju. Gdy opuścił mnie, zdarzyło się coś co zabrało mi wszelkie siły. Zdawało mi się, że umieram. Była to chwila zupełnej pustki i braku świadomości, jak bycie w nicości, gdzie nie ma mnie, mego ciała. Było tylko to, co na zewnątrz, ale nie było mnie. Trwało to krótką chwilę, po której powoli zaczęła wracać mi świadomość, także wgląd w to wydarzenie. Poczułam, że już mogę oddychać głęboko. Powoli powracałam do życia. Tak, odzyskałam świadomość incydentu, ale z ojcem i tego, że mnie wtedy opuścił, gdy byłam mała i nigdy mnie nie kochał prawdziwie jak swoje dziecko.
Słowa niosą energię
Najbardziej dotykały mnie słowa, które były wypowiadane przez osoby, które coś mówiły do mnie na tzw. odczepnego, pod którymi nie kryła się żadna postawa czy działanie. Np. ktoś coś obiecywał, a potem nie dotrzymywał słowa. Dla mnie słowo było święte — gdy coś obiecywałam, byłam zobowiązana tego dotrzymać. Brałam odpowiedzialność za wypowiadane przeze mnie wyrażenia. Dlatego tak mnie bolało, gdy wierzyłam słowu innej osoby, a ona go nie dotrzymała, nie miała zamiaru tego robić. W danej chwili coś obiecała, a potem natychmiast o tym zapominała. Ja tymczasem czekałam na coś, na zrealizowanie obietnicy zawartej w słowach, a osoba nie miała zamiaru tego spełnić.
Tego rodzaju postępowanie wywoływało we mnie ogromny ból. Nie mogłam zrozumieć i uwierzyć, jak można coś powiedzieć, obiecać i tego nie dotrzymać. Nie mieściło mi się to w głowie. Ten wzorzec reakcji emocjonalnej — bólu, miałam zakodowany przez wiele lat życia. Gdy spotykałam takie osoby, wywoływało to we mnie głęboki żal. Dotyczyło to zwykle czegoś, na czym mi zależało, co było dla mnie bardzo cenne. np. spotkanie kogoś, kogo obdarzyłam uczuciem, a ta osoba nie miała zwyczaju dotrzymywać słowa i nie zastanawiała się że może ranić swym postępowaniem, nie spełniając tego, co obiecała.
W tym czasie, kiedy zaczęłam to odczuwać bardzo boleśnie w dorosłym życiu, skorzystałam z kilku seminariów poświęconych znaczeniu słowa, prowadzonych przez osobę zajmującą się duchowym rozwojem. Uświadomiłam sobie wiele sposobów moich reakcji na słowa, także tego, co było pod spodem — moich oczekiwań, że ktoś mnie będzie kochał, stąd jeśli wyraża to słowem, to znaczy, że tego dotrzyma. Była to moja głęboko skrywana potrzeba kochania mnie jako dziecka przez rodziców, czego nie doświadczyłam w dzieciństwie.
Kilka lat potem, gdy powołałam Stowarzyszenie i prowadziłam zajęcia dla nauczycieli i rodziców, te wcześniej uzyskane informacje stały się kanwą do tworzenia warsztatów, a potem książek-poradników edukacji siebie. Zrozumiałam też prawa psychodynamiki, jak również poziomy znaczenia słowa (odczuwanie i głębokie przezywanie słów), oddziaływanie słów na zmysły, wagę słowa, słowa jako odpowiedzialności, słowa jako dźwięku, jako emocji czy informacji. To wszystko opisałam w formie indywidualnych zajęć dla dorosłych, aby poprzez ich włączenie w przeżywanie, mogli sami doświadczyć na sobie, co znaczą te pojęcia i zrozumieć, co to czyni w drugim człowieku, a szczególnie dziecku. Jest to bezcenna wiedza, gdyż słowa mogą leczyć, ale także mogą ranić — na życie…
Byłam osiągającą i perfekcjonistką
Wiele okoliczności, takich jak ciągłe inwigilacje rodziny, nachodzenie domu przez obcych lub podsłuchiwanie pod drzwiami, wymuszało, abym zachowywała się cicho, jakbym była nieobecna w domu.
Dziecko nie może być jednak pod ciągłą presją. Jego energia musi być w jakiś sposób ukierunkowana, nie może zastygnąć lub być schowana do środka. Ona musi krążyć. Mój organizm domagał się czegoś innego, aby nie eksplodować. Moim sposobem, aby przetrwać stało się osiąganie i stawanie się perfekcjonistką. Było to dla mnie dosyć trudne ze względu na obezwładniający mnie strach i nieśmiałość.
To nieustanne wspinanie, bycie więcej, robienie więcej, zdobywanie wiedzy stało się moim nawykiem. To zajmowało czas, absorbowało energię, odciągało od myślenia o strachu czy konieczności przeżycia. Był cel do osiągnięcia, stale nowa wiedza, odrabianie szkolnych lekcji, czytanie nowych książek. To mnie pochłaniało, dawało pewną satysfakcję, także w szkolnych stopniach. Ale przede wszystkim udowadniałam sobie, że potrafię, że umiem pokonać strach. Wykazywałam też matce, że potrafię, że jestem lepsza od brata, że mam lepsze oceny w szkole. Ale to było za mało, abym zasłużyła na jej miłość. Pamiętam, że byłam już dorosła, miałam rodzinę i zaprosiłam matkę na obronę mojej pracy doktorskiej, która była nowatorska i otrzymała znakomite recenzje. Matka powiedziała coś zdawkowego, a potem zaczęła wychwalać mego brata, choć jego osiągnięcia były zaledwie drobnymi sukcesami w pracy nauczyciela podstawówki po studium nauczycielskim, którym był w tym czasie.
W domu także byłam perfekcjonistką — utrzymywałam dom w czystości i porządku. Chciałam być dostrzeżona, zasłużyć na miłość. Allice Miller przez lata opisywała biografie różnych sławnych ludzi, m.in. Marcela Prousta. Cytuje ona w jednej ze swych książek fragment listu Prousta do matki.
Mówić, lecz nie powiedzieć
Bo wolę już mieć napady duszności
I być takim, jak ci się podoba,
Niż nie podobać się tobie i nie cierpieć…
Ja wolałam także cierpieć, bo wydawało mi się, że zachowam lub zyskam miłość najbliższej mi osoby.
Nie mam prawa
Będąc małym dzieckiem, moje zachowania były ograniczone do pewnych reguł. Nie było możliwym ich przekroczyć, gdyż one obowiązywały nieugięcie w świecie ustalonym przez dorosłych. Słyszałam stale takie powiedzenie: dzieci i ryby głosu nie mają. Te regulacje nakładały na dzieci obowiązek bycia cicho. Jak już pisałam wcześniej, nie miałam też możliwości wyrażania strachu, także gniewu czy złości. Wiele okazji przywoływało również poczucie wstydu. Ukuto powiedzenie: wstydziłabyś się…
Oczywiście na porządku dziennym było słowo „nie wolno, bo..” i to zarówno w domu, w szkole jak i we wszelkich środowiskach opieki nad dzieckiem (świetlicach szkolnych, ogniskach). Czasem były to tylko słowa: „nie wolno”, lecz zdarzały się komunikaty: nie wolno, bo… i tutaj zakres tych ograniczeń był wyjątkowo szeroki. Obejmował opisy grozy typu:
— bo złamiesz rękę
— bo spadniesz i zabijesz się
— bo cię złapie zły pan
— bo cię oddam temu strasznemu panu
— bo cię zabierze ta okropna pani
i tysiące innych.
Te komunikaty wzbudzały oczywiście ogromny strach, a szczególnie w dziecku takim jak ja, które było nieustannie narażone na stresujące sytuacje. Tym bardziej wywoływało wrażliwość emocjonalną.
Tego rodzaju komunikaty miały służyć dyscyplinowaniu dziecka, poprzez wzbudzanie w nim nieustannego lęku. Oczywiście w tych powojennych czasach, w których przebiegało moje dzieciństwo, na dzieci czekało wiele zagrożeń. Wszędzie bowiem były zburzone domy oraz niebezpieczeństwo znalezienia tzw. niewybuchów, czyli bomb, które nie wybuchły. Niemniej jako dzieci byliśmy nieustraszone. Chodziliśmy po rowach, kopanych przez żołnierzy do obrony, znajdowaliśmy opuszczone domy, które służyły nam za kryjówki do zabaw, wspinaliśmy się po drzewach, budowaliśmy szałasy i paliliśmy ogniska w pobliżu domów. Wszystko to było w sferze zakazów, stąd wiele razy przekraczaliśmy „nie wolno”, podobnie jak wiele naszych strachów, wyobrażonych przez dorosłych lub już w nas zakodowanych. To były nieświadome mechanizmy ciała, aby przekraczać własne ograniczenia.
Gdy wiele lat później, wychowując własne dzieci, zaczęłam się łapać na podobnych komunikatach „nie wolno”, przypomniałam sobie moje dziecinne strachy i ich przekraczanie.
Mimo iż te doświadczenia wzbudziły jednak nieco odporności, przez wiele lat swego życia bałam się ogromnie wielu sytuacji. Ale te przeżycia dzieciństwa spowodowały to, że zaczęłam tworzyć programy edukacji dla przyszłości, wyłapując zarówno ze swego słownictwa, jak i otaczających mnie ludzi komunikaty, które prowokują w dziecku strach. Ta moja dziecinna wrażliwość znalazła więc tu swe zastosowanie. Te komunikaty były nadal w świadomości ludzi, tak jakby nic się nie zmieniło przez pół wieku w wychowaniu kolejnego pokolenia, wywoływania strachu w dziecku.
Wychowanie przez zakazy i wzbudzanie strachu nadal funkcjonuje w społecznej świadomości, a to prowadzi dziecko do poczucia niepewności, wycofywania się, chowania za innymi (uzależnienia od rodziców), odbiera mu odwagę lub wprost przeciwnie, wywołuje w nim bunt, złość, a w niedalekiej przyszłości agresję. Podłożem takich zachowań staje się bowiem implantowanie w dzieciństwie zakazów i zagrożeń, które procentują w dorosłym życiu zachowaniami konformistycznymi, asekuracji, separatyzmu, brakiem odpowiedzialności za siebie i innych, także nieustannym żądaniem (postawy roszczeniowe) od innych tego, czego nie dostało się w okresie dzieciństwa, a powinno.
Twoja mapa ciała. Ono jest bankiem depozytów energetycznych
Wiele światła na zablokowane w moim ciele emocje rzuciły książki dotyczące dzieci Alice Miller, jak np.: Bunt ciała, Mury milczenia: cena wyparcia urazów dzieciństwa; Zniewolone dzieciństwo: ukryte źródła tyranii; Pamięć wyzwolona: jak przerwać łańcuch toksycznego dziedzictwa i in. Te i inne jej książki przybliżyły mi zrozumienie istotnych, fundamentalnych doświadczeń, najczęściej wczesnego dzieciństwa, będących początkiem ciągu narastania gromadzonych depozytów energetycznych. Są to negatywne odczucia złości, strachu, wściekłości, które powstały jako reakcje ciała, nie wyrażone ze względu na specyficzne okoliczności tamtego okresu i zostały wyparte ze świadomości, zepchnięte do podświadomości, a następnie zapisane w ciele człowieka jako jego nieuświadomiona historia (wspomnienia czy niezrealizowane potrzeby).
Te zdeponowane emocje wywołują po latach konkretne objawy fizycznych chorób jako konsekwencje zaparcia i zablokowania ekspresji tego, co dziecko czuło w tym momencie. Poczucie posłuszeństwa i strachu przed rodzicami lub jednym z nich wywołało wyparcie tego, co wyrażało ciało, zaparcie się emocji i ich zatrzymanie. A. Miller uważa, że ciało na skutek lekceważenia jego potrzeb, deprecjonowania jego historii, reaguje chorobą, ponieważ tworzy się konflikt między tym, co czuje i pamięta, a tym, co nakazują przyjęte rygory czy wpajane normy w dzieciństwie (nakazy bezwzględnego posłuszeństwa rodzicom), a to zablokowało wyrażenie emocji, które czuło dziecko.
Ciało jest źródłem wszelkich informacji o sobie, o wszystkich zdarzeniach z życia, które zawarte są w jego „pamięci” komórkowej oraz mądrości, które nam chce przekazać. Blokowanie emocji, których dziecko nie może wyrazić, nie uwalnia ich z ciała, a wprost przeciwnie, gromadzi je w nim, stąd zawsze każda emocja ma swoją przyczynę.
Najbardziej podstawową potrzebą dziecka jest miłość. Gdy jej nie otrzymywało zbyt wiele lub była dawana jak przysłowiowe lekarstwo “za coś” [moja książka Świadome rodzicielstwo], dziecko wszelkimi sposobami starało się zasłużyć na nią, nawet kosztem zapierania się siebie, swoich uczuć, emocji czy potrzeb [Zrównoważony rozwój dziecka w świetle nowych wyzwań; Miłość wiele ma imion; O sensie życia]. Ten nieodparty głód tkwi w nim z reguły do dorosłości, jako tęsknota za zaspokojeniem go wszelkimi sposobami, stając się priorytetową potrzebą przeżycia. Tłumienie emocji wywołuje objawy zmęczenia, a ono jest charakterystyczne dla wielu dolegliwości, opisanych niżej, w tym depresji, gdy zostają zignorowane wspomnienia.
Objawy fizyczne pojawiają się jako ochrona zablokowanych uczuć/emocji przed ujawnieniem się do świadomości, poprzez odwrócenie uwagi z rzeczywistych emocji do fizycznych objawów. Jest to strategia unikania (unieważniania) emocji przed gwałtownym emocjonalnym wybuchem. Tak więc napięcie emocjonalne, jako odpowiedź na problemy egzystencjalne czy niewłaściwe zbudowane więzi z rodzicami (szczególnie z matką, choć także mogą dotyczyć ojca, w postaci okrucieństwa, nadmiernej dyscypliny i wymagań) pozwala zrozumieć nie tylko objawy bólu, ale całą gamę chorób o podłożu psychosomatycznym.
Emocje, które nie są akceptowane przez otoczenie stają się zablokowane. Ponieważ te zatrzymane emocje domagają się wyrażenia, umysł musi coś z nimi zrobić, aby nie dopuścić ich do pojawienia się w świadomości, zamaskować je i dokonuje tego poprzez fizyczny ból. Ten ostatni można więc tłumaczyć jako reakcję na nieświadome odczucia tego, co jest dobre a co złe, jak można się zachować, aby nie stracić czegoś (miłości), ochronić się przed czymś.
Opisano w wielu publikacjach, że traumatyczne doświadczenia niemowlęctwa czy późniejszego dzieciństwa są odpowiedzialne za objawy związane z nadużyciami o podłożu psychologicznym czy nawet seksualnym, lub wychowaniem traktowanym jako musztra (dzieci nie słyszane tylko widziane). Tworzą się wtedy „depozyty” nie ujawnionych emocji w ciele, takich jak: przestrach, przerażenie (jako skutek długotrwałego zastraszania), paniczny strach, wstyd, samotność i opuszczenie, żal, smutek, wreszcie zablokowany gniew i furia. Kiedy osiągają one poziom graniczny i mogą wylać się do świadomości, umysł tworzy ból lub inne fizyczne objawy jako odciągnięcie uwagi dla ochrony przed gwałtownym wybuchem emocjonalnym.
Dzieci, które doświadczyły tego rodzaju traktowania jako presji psychicznej lub traumatycznych innych doświadczeń, których konsekwencją było zablokowanie niepożądanych emocji, mają przymus przypodobania się, bycia grzecznymi, miłymi, unikają konfrontacji, wolą spokój, mają potrzebę bycia lubianymi, jak i poświęcającymi się dla innych.
Zablokowane emocje mają 3 zasadnicze źródła:
1. Pochodzą z okresu niemowlęctwa lub wczesnego dzieciństwie.
2. Wynikają z nacisku, presji, wymuszania, co w konsekwencji tworzy pewne cechy osobowości np. perfekcjonistów.
3. Są reakcją na prawdziwe napięcia (presję codziennego dnia).
Oprócz perfekcjonizmu pojawiają się takie cechy jak: pracowitość, sumienność, odpowiedzialność, zatroskanie, potrzeba osiągnięć i zorientowanie na sukces. Oczywiście te cechy nie są niewłaściwe, niemniej stają się one wyolbrzymione, kosztem innych cech niezbędnych do harmonijnego rozwoju i zdrowia.
Ciało dobrze wie, czego mu brakuje, jakie są jego potrzeby, co jest dla niego dobre. Ono choruje i cierpi za zmuszanie go do posłuszeństwa, wywieranie na nie presji fizycznej, a szczególnie psychicznej. Ono potrzebuje wyrazić swoje potrzeby, swoją wewnętrzną prawdę. Jest ona zwykle bolesna, gdyż zawiera pokłady żalu, złości, wściekłości, jak również współczucia dla siebie. Niemniej wyrażenie ich jako urazowego doświadczenia trwa zaledwie chwilę, a przynosi nieprawdopodobne uwolnienie zablokowanej energii, która wybucha ze zwielokrotnioną siłą, niosąc “pod spodem” radość i spełnienie, a te są satysfakcją uzdrowienia dzieciństwa.
Doświadczenia traumatyczne wyzwolone w trakcie terapii mają nieprawdopodobny wpływ na pozbycie się nieustannego powtarzania zakodowanego wzorca zachowań, który spowodował ich zaistnienie, przynosząc jednocześnie odnalezione poczucie szacunku oraz godności siebie, odbudowanie własnej tożsamości.
Dziecko, które doznało traumy, poprzez odrzucenie czy nieustanną potrzebę żebrania o miłość, zasłużenia na nią dla przetrwania, nadało inny sens swym doświadczeniom, poprzez zaparcie się tego, co przeżywało.
Stłumione emocje wściekłości i oburzenia zwykle dziecko, a następnie dorosły nieświadomie kieruje przeciw sobie. Ludzie maltretowani w dzieciństwie fizycznie czy psychicznie z reguły zapadają na ciężkie choroby znacznie częściej. Tego rodzaju zachowania są typowe dla ludzi, którzy zapadają na choroby z autoimmunoagresji, ponieważ kierują wszelkie swe niewyrażone emocje do środka, niszcząc komórki i organy własnego ciała.
W książkach A. Miller wielokrotnie przebija obraz wybitnych postaci: pisarzy, filozofów, malarzy, takich jak Dostojewski, Kafka, Nietzche, Schiller, Proust, którzy przypłacili zdrowiem swe wadliwe kontakty w dzieciństwie z jednym z rodziców (bezsenność, kurcze nóg, astma, depresja, gruźlica, padaczka, rak).
Tkwiące w dorosłym skrzywdzone dziecko nie otrzymuje zwykle wsparcia nie tylko od rodziców, ale i od społeczeństwa, które nakazuje ślepe posłuszeństwo opiekunom. Niemniej bez świadomości prawdy o własnym dzieciństwie i odblokowania traumy, stąd zatrzymanej energii, dorosły będzie ją w sposób nieświadomy powielał na swej rodzinie. Będzie on także, trzymając energię, wywoływał własną destrukcję od poziomu komórkowego, gdyż kieruje nim przymus nieświadomego powtarzania destrukcyjnych wzorców zależności i posłuszeństwa w nadziei, że w przyszłości otrzyma od rodziców lub innych osób (partnerów) to, czego mu zabrakło we własnym dzieciństwie. Nie może stworzyć więc zdrowej rodziny i wychować dzieci bez traum i budować autentycznych związków, opartych o bezwarunkową miłość.
Zdaniem A. Miller istnieją dwa mechanizmy nieświadomego odreagowania rozczarowania, smutku, żalu, wściekłości i agresji, wywołanej stłumieniem własnych uczuć, zablokowaniem wyrażania własnej prawdy w dzieciństwie i nadużyć popełnionych przez nieświadomych konsekwencji na życie dziecka w dorosłości. Pierwszy z nich to odreagowanie na ludzkości, co opisała w biografiach przywódców totalitarnych systemów, a drugi — to przeciw sobie, w postaci karania siebie i wpędzenia się w różnorodne choroby.
Ciało żąda uświadomienia sobie zaistniałych emocji, tkwiących w jego pamięci: strachu, wściekłości, oburzenia, przerażenia oraz odkrycia ich przyczyny dla uzdrowienia cierpienia dziecka, którego nie kochano, nie wysłuchano, nie szanowano, którego godność została zdeptana, a potrzeby nie zaspokojone. Jeśli dorosły uświadomi sobie swe pragnienia, jest w stanie zadbać o nie sam, a nie oczekiwać ich zaspokojenia przez tych, którzy tego nie zrobili. Dziecko zmuszało się bowiem do zachowań, wobec których buntowało się jego ciało, poddawało się przymusowi, wpadając w poczucie winy, a tymczasem ciało cierpiało. Aby przetrwać stłumiło naturalne potrzeby (np. kochania), wyparło się ich, płacąc cenę zdrowia na całe życie, czasem cierpiąc już na różne dolegliwości od wczesnego dzieciństwa (jak w moim przypadku).
Ciało jednak zachowuje nieustannie swoją mądrość, nie dając się oszukać żadnymi nakazami. Ono się buntuje, gdyż tłumione emocje wywołują coraz silniejsze napięcia mięśni. Staje się tym samym ofiarą samego siebie, tłumiąc bunt, także strach przed otoczeniem, spychając złość w głąb nieświadomości, potęgując go jeszcze bardziej, niejasno wyczuwając niespójność tego, co na zewnątrz z tym co wewnątrz. Ta energia żyje wewnątrz jako odszczepiona od konkretnego przeżycia, niemniej jako negatywna, wpływa na całe ciało, jego wewnętrzną strukturę na poziomie pojedynczej komórki.
Ten dziecinny strach nie pozwala uświadomić swojej niewypowiedzianej prawdy, która tymczasem drąży jak rzeka wewnętrzny świat uczuć i doznań i domaga się ujawnienia jej na zewnątrz.
Jestem nikim
W okolicy, w której mieszkam obecnie, wśród dobrze utrzymanych domów stoi budka trakcyjna na urządzenia elektryczne. Budka jest cała metalowa i jest zamknięta, niemniej na jej przednich drzwiach jakieś dziecko nieudolnie napisało po angielsku (mogło przecież po polsku, gdzie mieszka): jestem nikim. Widać tak czuje, choć mieszka w zamożnym otoczeniu.
Kilka lat temu prowadziłam warsztaty w szkole podstawowej, używając teatru wewnętrznego dla dzieci — bardzo pięknej techniki, stworzonej przez amerykańską psychosyntetyczkę dr Vivian King. Gdy poprosiłam o narysowanie sceny i występujących aktorów na scenie, jedna z dziewczynek (klasa IV) narysowała siebie schowaną gdzieś z boku, a na scenie mamę. Gdy zapytałam co przedstawia jej obrazek, ona odpowiedziała, że ona żyje dla mamy i wszystko jest jej podporządkowane, inaczej nie widzi sensu. Dla innych jest nikim. W innej grupie dzieci (młodszych), chłopiec narysował jakiś cień na scenie. Gdy poprosiłam o wyjaśnienie, on nie bardzo chciał to powiedzieć. Zapytałam, czy będzie chciał mi to wyjaśnić osobno, poza grupą, a on zgodził się. Wtedy opowiedział, że czuje się samotny, bo najbliższym mu człowiekiem był dziadek, który go rozumiał, ale już rok temu umarł. Teraz nie ma nikogo.
Gdy przedstawiałam w Urzędzie gminy swoje warsztaty, aby zachęcić urzędników do ich dofinansowania, prowadząc wtedy programy autorskie w Stowarzyszeniu „Edukacja dla Przyszłości”, jedna z uczestniczek odpowiedziała, że wie, o czym mówię. Nadmieniła, że trzeba słuchać dzieci, co mają nam do powiedzenia, oprócz tego co dotyczy lekcji. Miała taką sytuację, gdy chłopiec nie przychodził kilka dni do szkoły. Inni nauczyciele skarżyli na niego do dyrektora, wzywali rodziców, ale nikt nie przyszedł. Sytuacja powtarzała się. Ta pani poprosiła chłopca, aby opowiedział o sobie. Wtedy okazało sie, że właśnie stracił drugiego rodzica i teraz jest sam. Wymagało to natychmiastowej pomocy dziecku, a nie obarczanie go winą, że nie przychodzi do szkoły.
Gdy wiele lat temu jedna z uczestniczek moich warsztatów zaczęła płakać, przypominając sobie szkołę, zapytałam, co spowodowało, że płacze. Opowiedziała o nauczycielu matematyki, który kiedyś powiedział jej, że jest dla niego zerem, ponieważ nie rozumie tego przedmiotu. Od tego momentu zawsze cyfry były dla niej problemem. Kojarzą się jej z bolesnym wspomnieniem sytuacji, a ona do tej pory, będąc już 30-kilkuletnią osobą uważa się za nieudolną osobę, która niczego nie potrafi.
Takich przykładów mogłabym opowiadać tysiące, pracując z ludźmi, którzy doświadczyli nadużyć psychicznych od swych najbliższych czy nauczycieli. Gdy czasem czekałam w pokoju nauczycielskim w czasie przerwy, wiele razy byłam świadkiem odezwań typu, „te wstrętne bachory”, lub „już mam dosyć tych szczeniaków” (w negatywnej wersji, odnoszących się do dzieci).
Te wszystkie przykłady przypominają moje długoletnie zmagania z poczuciem niskiej wartości. Wprasowany we mnie wzorzec nieważności w rodzinie i bywało, w szkole, procentował tym, że stawiałam sobie stale wysokie wymagania, a osiągając je, nie byłam usatysfakcjonowana, porównując siebie z innymi i deprecjonując swoją wartość. Niedocenianie mnie w domu, także w szkole (dobre oceny były okupione wielkim wysiłkiem, bo widziano tylko te dzieci, których rodzice mieli nieustanny kontakt z nauczycielami) powodowały, że moje poczucie wartości było niskie. Ciągle musiałam zasłużyć na coś, stale robiłam za mało, aby dostać to, czego oczekiwałam — czy była to miłość, czy nagrody, satysfakcja.
To nie jest obwinianie kogokolwiek. To jest refleksja, co czuje drugi człowiek, z powodu tego, co robię, jak mówię, jak się odnoszę do niego. Ponieważ wszystko ma oddźwięk w żywym organizmie. Nic nie dzieje się z niczego. Wszystko jest ze sobą połączone!
Dotyczyło to także innych relacji — za wszystko płaciłam najwyższą cenę, czując, że otrzymuję nie to, co mogłam osiągnąć, na co zasługiwałam, co dawałam.
To poczucie niskiej wartości, niedoceniania mnie jako dziecka i mój własny niedowartościowany obraz mnie powodował, że czułam się odrzucona przez innych. Moje ciało było pełne bólu. Momentami miałam wrażenie, jakby nie należało do mnie, jakby było mi obce. Ja i moje ciało stanowiły odrębne części.
Gdy zaczęłam pracować z ciałem, zauważyłam, że niektóre jego części są martwe. Przy bliższym oglądzie i głębokiej pracy, uświadomiłam sobie, że te części zostały odrzucone i ja nie czuję w nich życia, Były to szczególnie ramiona i barki, jak też górna część pleców oraz klatka piersiowa. Miałam też problemy z głębokim oddychaniem, jakby zaleganiem czegoś w płucach. To typowe objawy dla odrzuconych, nie kochanych dzieci. Te części ciała są zwykle obejmowane przez matki. Ja pamiętałam tylko wychowawczynię z przedszkola, która mnie wtedy przytulała i trzymała na kolanach. Nikt inny tego potem nie robił.
Zauważyłam też, po pewnych dramatycznych doświadczeniach w dorosłym życiu, że także moje części kobiece są martwe. Każde przypominanie sobie sytuacji czy skupienie się na nich nieświadome, powodowało ogromny ból i cierpienie. Podobnie było z mymi dłońmi.
Wszystkie te części potrzebowałam “uwłaszczyć” na nowo, zaakceptować jako moje, przyjąć je z powrotem do całości.
Pracując potem z kobietami wiele razy miałam okazję dostrzec coś podobnego. Szczególnie były to kobiety, które doświadczyły odrzucenia emocjonalnego lub seksualnego wykorzystania. Musiały odnaleźć w sobie miłość i pokochać siebie w całości. Ja także musiałam to zrobić, aby odzyskać całą siebie.
Nie ma drogi na skróty. Nie ma nieświadomych działań kogoś, za kogoś. Człowiek jest całością i jego samoświadomość ma obejmować całego siebie. Każda osoba musi poskładać się w całość, znaleźć siebie. Nikt tego za nią nie zrobi. Można jej tylko to pokazać — jak ma to zrobić. Nikt nie uwolni z nikogo jego przeszłości, negatywnych emocji zlokalizowanych w ciele. Musi świadomie tę przeszłość zaakceptować i uzdrowić.
Wybaczenie innym a przede wszystkim sobie jest drogą do oczyszczenia z żalu, obwiniania kogoś za coś. Przebacz im, bo nie wiedzą co czynią. Przebacz sobie, za to, że dręczyłaś siebie przez lata powtarzaniem otrzymanego wzorca, od tych, którzy byli nieświadomi, co on powoduje.
Bałam się nieustannie
Czy wiesz, co to znaczy bać się nieustannie? Ja to poznałam na sobie.
Każdego dnia towarzyszył mi strach. Zdenerwowanie matki, jej strach o przeżycie swoje i dzieci udzielał się mnie. Żyłam w strachu, otoczona strachem. Każdy dzień przynosił strach: ludzie stojący pod drzwiami, listonosz przynoszący kolejne zawiadomienia czy wyroki — to były sytuacje, które wzbudzały strach, a nawet panikę. Strach matki, że nie dostanie pracy i nie będzie za co żyć był kolejnym powodem, który wywoływał strach. Nawet otwarcie drzwi i nasłuchiwanie czy nie ma nikogo na klatce schodowej — to były kolejne powody do strachu. Strach pojawiał się z powodu nieobecności matki, gdy wreszcie dostała pracę i długo musiała w niej zostawać. Strach wywoływała też organizacja życia i konieczność radzenia sobie z problemami dorosłych. One były za duże dla małego dziecka. One przerastały małą dziewczynkę.
Strach towarzyszył mi jako nieustanne poczucie zagrożenia przed karą, na którą nie zasłużyłam. To był także strach przed zachowaniami brata i jego ciosami.
Tak więc strach był dokoła mnie — w mym otoczeniu: matce i bracie.
Ten strach zasiedlił się we mnie. On znalazł najbardziej sprzyjające miejsce w okolicach żołądka. On tam nieustannie dawał znać o sobie, poprzez drżenie, które czułam najsilniej, a następnie ból. Ten ból mnie nie opuszczał. Towarzyszył mi w dzień i w nocy. Nie było dnia, aby go nie było. On wzrastał wraz ze mną, ponieważ w miarę upływu lat on narastał także, znajdował powody, aby rosnąć, powiększać się, wreszcie mnie zdominować. On był moim panem. Ja byłam jego służbą.
Lekarze niczego nie rozumieli i nie chcieli słuchać. Oni usiłowali walczyć z objawem. Czasem to pomagało na chwilę. Ciągle coś piłam, łykałam. Już do tego nawykłam. Nie miałam wyboru. Strach był ze mną- a przeciw niemu były pigułki lub syrop. Były też jakieś sporadyczne badania. Potem byłam cały miesiąc w szpitalu. Usiłowano coś znaleźć, postawić diagnozę. Na sześciu stronach kartek, jak z zeszytu, mam do tej pory ten opis. Pamiętam te codzienne badania, wstrzykiwane dożylnie kontrasty do rentgena. Z tego powstał nawet opis, który wskazywał, że rzekomo mam trzecią nerkę i należy się tym zająć, a może nawet ją wyciąć. Po latach zrozumiałam, że być może nałożyły się kontrasty rentgenowskie, użyte do badania, gdyż każdego dnia stawiano mnie pod rentgen lub szpikowano jakimiś zastrzykami, a stąd podwójny obraz na zdjęciu.
Było to ponad 50 lat temu. Nigdy potem tej dodatkowej nerki nie znalo. Ale pozostał, podobnie jak i ból w okolicach żołądka, a nie nerek. Postawiono jednak pierwszą diagnozę, z braku innych pomysłów: nerwica wegetatywna.
Lekarze, u których potem byłam leczona, traktowali tę diagnozę lekko: to taki tytuł, taka uroda. My leczymy konkretny objaw — ból żołądka. I tak już zostało na lata. Ból był ze mną, podobnie jak i strach. Towarzyszył mi przez lata, aż do czasów, gdy postawiłam sama diagnozę, a lekarze ją potwierdzili (po wcześniejszym zaprzeczeniu) Opisałam to w Fibromialgia. A jeśli istnieje nadzieja na wyzdrowienie?, a potem w Psychosomatyczne, emocjonalne i duchowe aspekty chorób ze stresu. Wtedy spotkałam się ze strachem oko w oko i rozpoczęłam z nim dialog i negocjacje, aby mnie opuścił.
To było naprawdę niesamowite spotkanie, pełne także zabawy: ja i strach, dwoje w jednym ciele. Nauczyłam sie tego z jednej z amerykańskich książek medycznych. Opisałam całą procedurę we wspominanej wcześniej: Psychosomatyczne, emocjonalne i duchowe aspekty chorób ze stresu. Opisałam to też w innej książce w szerszym kontekście tej dolegliwości. Wreszcie poznaliśmy się po tylu latach ze strachem. On stale był ze mną, był mym towarzyszem życia. Po co? Dlaczego? Dlaczego go nosiłam? Co chciałam zyskać? Co straciłam? Co dostałam w zamian? czego się nauczyłam? Dlaczego tego nie uczono nigdy, nigdzie, aby sobie z nim radzić? Jak się rozstaliśmy, czy się rozstaliśmy? Tak długo byliśmy razem! Żyliśmy razem! To przyzwyczajenie? To nawyk!?
To są ważne pytania. To są fundamentalne pytania o jakość życia i zdrowia, także choroby, jej długotrwałości i powodów, zaistnienia i jej kolekcjonowania, a nie wyleczenia!
Nikt nigdy go nie szukał. Żaden lekarz nie szukał we mnie strachu. Nikt niczego nie rozumiał. Wymyślano teorie, półśrodki, zredukowane, nierealne podejście do problemu, z którym skonfrontowany jest pacjent. Nie pytano pacjenta, nie szukano w pacjencie tego, co w nim schowane głęboko. Tego, co nie wychodzi na zdjęciach rentgenowskich, bo jest niematerialne, nierealne dla lekarza, a stanowi życie pacjenta, jego codzienną rzeczywistość, nienamacalną z zewnątrz. Nikt mnie nigdy nie słuchał. Żaden lekarz nie pokusił się o wysłuchanie mnie, mojej historii — jako pacjentki.
Musiałam to zrobić sama dla siebie, także dla innych, wielu cierpiących, którym wmówiono, że nie ma bólu, bo strachu nie widać. I że można wyleczyć objaw, poprzez pigułkę czy jakieś mechaniczne środki, a nie poprzez konfrontację ze sobą, ze swoją historią! Dzięki ich błądzeniu i nie znalezieniu, ja zaczęłam tego szukać, łączyć wszystko w jedną całość: przyczyny i skutki. A przede wszystkim spotkałam w sobie powód. On tam był przez lata.
Agresja i przemoc wobec dzieci
To, co opisałam w blogu, a teraz publikuję w książce, jest zbieraniem poszczególnych kawałków w jedną całość, po to, aby zobaczyć cały obraz chorób prowadzących m.in. do autoimmunoagresji, a więc działania przeciw sobie, do wielu chorób cywilizacyjnych, także do zagrożeń zewnętrznych — dla społeczeństw i świata.
Wiele lat moich zmagań z różnego rodzaju dolegliwościami i zacięcie naukowe, doprowadziło mnie do zrozumienia jednej z przyczyn (być może jest ich wiele) fibromialgii oraz innych cywilizacyjnych problemów dotyczących Ja — swej tożsamości. W tym i kolejnym rozdziale rozwinę ten wątek, aby przybliżyć czytelnikom dlaczego wyciągnęłam tego rodzaju wnioski, bazując na psychosyntezie.
Psychosynteza jest całościowym podejściem do człowieka, wszystkich jego wymiarów wzrastania, włączając duchową naturę (duszę).
Mój tytuł bloga w języku angielskim “Fibromyalgia and Self Disorders” pokazuje pewne aspekty rozwoju, które wymagają odzyskania, a które zostały stracone (są jednak do odzyskania!!!). Mówię tu o Self (przez duże S), a które wskazuje Wyższe Ja (Higher Self) w psychosyntezie, czyli duszę. Zarówno książki A. Miller, jak i U. Anderson (Immunology of the Soul oraz The Psalms of Children) są opisem konkretnych życiowych przypadków i sytuacji badanych dzieci w praktyce terapeutycznej. Dr Anderson jest znanym w środowisku międzynarodowym lekarzem (profesorem) ze swych pionierskich badań i publikacji w Paediatrics, Mental Health, Preventive Medicine i Public Health. Jest absolwentką Uniwersytetu Yale, Medical School, USA, The Royal Colleges of Physicians and Surgeons, oraz London i Liverpool University. Była także konsultantką WHO. Rozwinęła unikalną koncepcję korzeni i międzypokoleniowej natury agresji i dostarcza przekonujących argumentów, jak obecna pandemia przemocy może w ciągu zaledwie jednego pokolenia być moderowana. Jak określił to recenzent jednej z książek U. Anderson — Dr J. A. Loftus, S.J. (Uniwersytet Waterloo, Ontario, Kanada) jest to synteza nowej biologii i medycyny. Uważa on, że jest to najbardziej poruszające, całościowe myślenie na temat szaleństwa kulturowego, które doprowadziło do lamentu dzieci, i ten płacz musi być usłyszany nawet przez niesłyszących. Zdaniem autora tej recenzji, w tym „usłyszeniu” leży nadzieja dla cywilizacji oraz przeżycia nowego pokolenia.
Moje doświadczenia dzieciństwa, odkodowane sukcesywnie w miarę zrozumienia siebie samej, uwalniając napięcia w ciele, wpasowały się akuratnie w opisane przez autorki dylematy współczesnych dzieci i nastolatków. Dzięki temu otwierają szeroką przestrzeń problemów spotykanych we współczesnym świecie, nie tylko w czasach, kiedy ja byłam dzieckiem. To naprowadza i nakazuje myśleć, co powoduje, że dzieci, żyjąc w zupełnie innych czasach mają podobne, lub może jeszcze gorsze problemy. Mój wniosek, potwierdzony został zresztą w badaniach polskich naukowców, ofiar obozów i politycznych więzień w czasie i po wojnie, a szczególnie Prof. Z. Rynna, że traumy psychiczne (PTSD) przechodzą na 3—4 kolejne pokolenia (może więcej). To były badania z lat 60-70-tych XX w. To utwierdza nas w przekonaniu, że agresja i przemoc (zarówno fizyczna jak i psychiczna) powoduje zranienia duszy zarówno wzrastającego już dziecka, a tym bardziej płodu, także dorosłego.
Dziecko od najwcześniejszego dzieciństwa jest niezmiernie delikatne. Jego psychika jest jak pajęczyna, która dotknięta jedynie palcem rozrywa się lub traci zupełnie swą strukturę. Zaledwie jeden dotyk wywołuje już więc absolutną zmianę i ona już nie powraca do normalnego stanu.
Wyjątkową wrażliwość wyzwoliło we mnie moje najwcześniejsze dzieciństwo, o czym pisałam już wcześniej. Dopiero po latach, pracując z psychosyntezą, uświadomiłam sobie także, że moje narodzenie i odrzucenie przez matkę z powodu bólu, który jej zadałam w trakcie porodu w domu wywołał największą we mnie traumę.
Przez lata, jak wspominałam, fizyczne karanie i psychiczna przemoc (niemożność wyrażania siebie, w tym strachu) towarzyszyły mi co dzień, a przede wszystkim brak poczucia bezpieczeństwa. Po latach także, pracując z terapeutką- psychosyntetyczką, odkryłam, że w mojej psychice jest wyrwa — puste miejsce, spowodowane brakiem ojca. To była zupełnie pusta przestrzeń, ponieważ był aresztowany, gdy miałam dwa lata, a potem odbierałam go jako obcego, a nawet tego, który rani i zawstydza. Musiałam zapełnić tę lukę.
Dziecko, podobnie jak dorosły, a może i szczególnie, jest wrażliwe na swoje poczucie godności. Ono potrzebuje być zarówno kochane, jak i szanowane. Nie może być traktowane jak zabawka, a tym bardziej rzecz, z którą można zrobić co się chce.. Dziecko ma swoją godność — ludzką godność i wymaga, aby ona była dostrzeżona i doceniona.
Presja psychiczna czy okrucieństwo, podobnie jak traktowanie dziecka bez godności to najgorsze sposoby robiące spustoszenie (jak w pajęczynie) w duszy dziecka.
Gdy zajęłam się psychosyntezą, zaczęłam odzyskiwać siebie samą, moją duszę, która została brutalnie skopana i poniżona. Ja ją spotkałam, zrozumiałam, że ona jest moją integralną częścią i potrzebuje być nie tylko dostrzeżona, ale włączona we mnie — ponownie uwłaszczona. Już wtedy odkryłam, że moja dusza została przez okrucieństwo głęboko uduszona we mnie, zakneblowana, aby nie mówiła. Otoczenie nie pozwoliło jej żyć, nie obdarzyło jej szacunkiem, nie dano jej praw — praw dziecka, ale i praw człowieka. Ona musiała przemówić. Ona jest mną. Ona ma ciało, które wymaga także szacunku.
Teraz, gdy zaczęłam odkopywać warstwy za warstwą mej osobowości, prawdziwej natury, mej tożsamości, dusza prowadzi mnie przez życie, pokazując drogi i to wszystko, co zrozumiałam przez życie. Ja się tym dzielę z innymi, drogą do odnalezienia mojej duszy i jej uzdrowienia.
Niech ta podróż w głąb siebie da nadzieję, że dusza czeka, aby ją odkryć i aby zaczęła mówić swoim głosem.
Psychologiczne opuszczenie w dzieciństwie
W poprzednim odcinku pisałam o wyrwie w psychice (pustym miejscu), związanej z nieobecnością przez lata mego ojca i powstałej luce emocjonalnej. O tej wyrwie będę pisać w szerszym kontekście także w następnym odcinku. Dzisiaj skupię się na emocjonalnym opuszczeniu.
Dziecko, które nie dostało wystarczająco miłości w dzieciństwie jest jak wątłe drzewo na grząskim gruncie, które każdy wiatr może złamać. Ono nie ma silnych korzeni, które procentują w życiu mocną podstawą i ugruntowaniem. Takie dziecko stale potrzebuje podpory lub zatapia się w sobie samym, zamykając się w swym świecie ciemności i zwątpienia. Jego związek z życiem jest nikły, jego poczucie bezpieczeństwa znikome, a korzenie jakby nie istniały i w każdej chwili mogą być wyrwane.
Takie dziecko może popadać w zmienne nastroje i depresję, wątpiąc w jakikolwiek sens swojej egzystencji. Zdaje się, jakby było pogrążone w ciemności. Powracający strach przed brakiem zaspokojenia miłości i bezpieczeństwa może wywoływać w nim poczucie grozy, zjawy nocne lub sny na jawie, które przynoszą powtarzający się jeden obraz koszmaru.
Pamiętam przez lata dzieciństwa powracający sen, który nie dawał mi spokoju, powtarzając się przez wiele lat. Był to koszmar, jakbym była przyciskana do ściany, za którą już nie ma dokąd uciec, podczas gdy zagrożenie życia stale narastało. Nie miałam czym oddychać, było tylko zagrożenie.
To emocjonalne opuszczenie było czasem tak silne, że kiwałam się często w tył i przód lub pogrążałam w siebie samą, tak jakbym tam szukała schronienia i oparcia, nie znajdując go na zewnątrz.
Dzieci emocjonalnie opuszczone zachowują się podobnie jak sieroty w sierocińcach. Często opisywano małe dzieci w domach dziecka, które siedziały w łóżeczkach i bujały się do przodu i tyłu, trzymając się siatki w łóżku. One potrzebowały oparcia, a bujanie stawało sie namiastką opieki i troski o dziecko, namiastki miłości.
Agresja wobec dziecka a utrata tożsamości
Pracując nad swymi doświadczeniami z dzieciństwa, łatwo mi było zrozumieć głębokość traumatycznego doświadczenia. Dlatego w tym dzisiejszym odcinku poszerzę punkt widzenia psychosyntezy, pokazując pewne aspekty, pomijane w innych podejściach. Właśnie psychosynteza pozwoliła mi zrozumieć moje doświadczenia i zacząć je stopniowo uwalniać. Będę opierać się na fragmentach mojej książki zatytułowanej “Psychosomatyczne, emocjonalne i duchowe aspekty chorób ze stresu”.
Dziecko, które doznało traumy, poprzez odrzucenie czy nieustanną potrzebę żebrania o miłość, zasłużenia na nią dla przetrwania, nadało inny sens swym doświadczeniom, poprzez zaparcie się tego, co przeżywało. Stłumione emocje wściekłości i oburzenia zwykle dziecko, a następnie dorosły nieświadomie kieruje przeciw sobie.
O. James uważa, że nie geny, a doświadczenia urazowe i błędy wychowawcze (wykorzystywanie, upokarzanie) mają najczęstszy wpływ na rozwój różnych chorób, w tym o podłożu psychologicznym.
Dla dziecka, które przeżywało traumę, niezbędnym jest radzenie sobie z piętnem, które wywarły te doświadczenia na całe życie. Zdaniem B.D. Perry, A.R. Damasio czy J. Le-Doux silne emocje z dzieciństwa można przywrócić do świadomości, ponieważ zachowane są w pamięci ciała, zamiast odreagowywać na najbliższym otoczeniu, czy skierować przeciw sobie, prowadząc do autodestrukcji. Przywołanie ich, przetransformowanie na uczucia, mające sens i znaczenie, pozwala uwolnić je z ciała, przestać oszukiwać siebie i włączyć je w całość swego doświadczenia.
Gdyby w przeszłości nauczono dzieci zawierzać swym emocjom i pomóc im je odreagować w zdrowy, nie niszczący sposób, a nie je zwalczać lub “zamykać” w sobie, potrafilibyśmy, zdaniem A. Miller lepiej odbierać przesłania ciała, które niestrudzenie wiodą do naszej prawdy.
Podobnego rodzaju odczucia przeżywa dziecko, któremu zabroniono okazywać złość, gniew, ból czy lęk, ponieważ za to groziła kara. To jest dla niego nieprawdopodobne cierpienie, gdy zabrania mu się reagowania w odpowiedni do sytuacji sposób, co uniemożliwia mu poznanie własnych autentycznych emocji, obawy przed nimi, tłumienie, a nie nauczenie się zarządzania nimi.
Ogromną traumę odczuwa dziecko, odrzucone przez któreś z rodziców, np. matkę. Ono odbiera to jak utratę życia, brak tlenu, co objawia się zwykle dolegliwościami wewnętrznymi (ból w klatce piersiowej, trudności w oddychaniu, astma). Podobnie okrucieństwo wobec dziecka i to w różnej formie może prowadzić do depresji. Obciążenie dla życia i zdrowia dziecka z tych powodów, stanowi traumatyczne doświadczenie dzieciństwa, które niesie ono w sobie jak przeogromny sekret, trudny do udźwignięcia, zamykając mu, bywa, że bezpowrotnie jego możliwości, stygmatyzując jego życie przeogromnym piętnem, jakie wycisnęło na nim, bywa, że na następnych pokoleniach, gdy skrzywdzone zostało jego “wewnętrzne Ja”, a ono nie potrafi jako dorosły z tym sobie radzić. (moje książki: O sensie życia czy Zrównoważony rozwój dziecka w świetle nowych wyzwań)
Dziecko, które doświadczyło traumy różnego rodzaju przeżywa rozczarowanie, smutek, wściekłość, oburzenie, przerażenie z powodu nadużycia, popełnionego przez najbliższe otoczenie, a przede wszystkim stłumienie własnych emocji i uczuć. Ciało żąda prawdy, uświadomienia sobie emocji tkwiących głęboko w dziecku, odkrycia ich przyczyny, aby uwolnić się od stygmatyzacji, noszonego piętna.
Cierpienie małego dziecka, które nigdy nie było kochane, szanowane, wysłuchane, a w zamian odrzucone i wykorzystane nie ma granic. Zmuszane do zachowań, wobec których buntowało się jego ciało, do tłumienia własnych potrzeb, czucia, ignorowania emocji i uczuć, wpędzane jednocześnie w poczucie winy, wytwarzać zaczyna mechanizmy przetrwania, a w kolejności płaci najwyższą cenę — chorobą lub chorobami, których istoty nie jest w stanie zrozumieć medycyna, zdiagnozować, ani wyleczyć, a które zwalczane lekami jest skazane u progu na niepowodzenie.
„Zasłużenie na miłość” — to w mniemaniu dziecka, zaprzeć się swojej historii, oszukać siebie, swe symptomy tkwiące głęboko w sobie, „zakopać je”, aby nikomu nie robić problemu, tylko sobie, ponieważ tego nie widać. Stłumione emocje powodują blokadę mięśni.
Więcej o tożsamości i ranach dzieciństwa
W książce Zrównoważony rozwój dziecka w świetle nowych wyzwań, podobnie jak w kolejnej p.t. Człowiek kwantowy, wspominam o podejściu R. Assagiolego do traum dziecięcych. R. Assagioli zauważył, że zaistniałe w trakcie dzieciństwa traumatyczne doświadczenia nie są „stracone” w poszczególnych okresach życia aż do dorosłości. Każdy etap rozwoju, poszczególne jego jakości stworzyły różne aspekty całej osobowości. Assagioli nazwał ten proces tworzenia osobowości na poszczególnych etapach rozwoju „psychosyntezą wieku”. W ten sposób powstaje rozwojowy model, który jest koncentrycznym okręgiem złożonym z wielu okręgów, odpowiadającym poszczególnym etapom rozwoju: od noworodka aż do dorosłego, przypominając roczne przyrosty w drzewie. Te sekwencje wskazują, jakimi jesteśmy, a to, co się wydarzyło, jest obecnie naszą teraźniejszością.
Każdy z okręgów jest efektem natury i kształtowania jednoczącego centrum, zarówno w wyniku zewnętrznych oddziaływań (rodziców, rówieśników, społeczności) jak i wewnętrznej konsolidacji (wierzeń, celu, wartości, widzenia świata). Jeśli w jakimś momencie nastąpiło „uszkodzenie” najgłębszej struktury ja, (odpowiednik „fission”) np. potraktowanie kogoś, jako przedmiotu, a nie jako istoty ludzkiej, zamiast doświadczenia istnienia pojawia się doświadczenie nieistnienia, nie empatycznej odpowiedzi świata, relacja „to”. Według psychosyntezy [J. Firman, A. Russell, Opening to the Inner Child. Recovering Authentic Personality.] tego rodzaju doświadczenie wskazuje na uszkodzenie tworzenia się jednoczącego centrum (głębokiego ja), jego powiązania ze swoją wyższą naturą, światem w którym żyje, ze Źródłem Życia jako całości oraz utworzenie poczucia nieistnienia, objawiającego się niepokojem, brakiem sensu, izolacją, opuszczeniem, pustką, desperacją, wstydem i poczuciem winy. W obrazie kręgów pojawia się jakby pusta przestrzeń, przerwanie łączności, rozszczepienie („fission”), a w odczuciach dziecka czy dorosłego izolacja, fragmentacja i cierpienie, oraz konieczność wytworzenia postawy przeżycia. Narasta poczucie, że jest się „fałszywym ja”, które z biegiem czasu staje się zwyczajem, a w końcu nałogiem. Tego rodzaju osobowość prowokuje obronne zachowania dla ochrony przed ponownym zranieniem. Zaczynają one być niekontrolowane i powodować destrukcję siebie lub innych, ucieczkę przed wspomnieniami z przeszłości, aby nie odsłonić korzeni, które bolą. Taka osoba wpaść może też w uzależnienia, izolować się od życia lub przywiązywać do jakiejś osoby, jako namiastki potrzeby miłości, na którą musi zasłużyć.
Zdaniem A. Brodziaka ukrywana rozpacz, upokorzenie, odebrana wolność i nadzieja, brak akceptacji, skrywany gniew i nienawiść, czy zamaskowane przygnębienie sprzyja chorobom i prowadzi do nich krok po kroku. Większość ludzi, stopniowo sama lub z pomocą innych umieszcza siebie w klatce lub pozwala się do niej wprowadzić, blokując ujawnianie swej wewnętrznej prawdy, która nie wyrażona tworzy objawy chorób psychosomatycznych. Nie mogą oni lub im zabroniono w dzieciństwie odpowiedzieć na krytyczne uwagi, powiedzieć co myślą o czyimś postępowaniu. Wychowano ich w karności nie wypowiadania rzeczy przykrych dla innych. E. Berne uważa, że dla większości ludzi intymność jest niedostępna i grają w różne gry, aby przetrwać [W co grają ludzie? Psychologia stosunków międzyludzkich]. Intymność to jego zdaniem, oprócz chęci pełnego kontaktu z drugim człowiekiem, także możność powiedzenia tego, co akurat chcemy powiedzieć bez zawstydzenia i bez lęku odrzucenia. Do gier życiowych zalicza on: dłużnika, kopnij mnie, patrz, co przez ciebie robię i wiele innych. Choroby stają się narzędziami samounicestwienia.
Zranienia we wczesnym dzieciństwie, zdaniem Whitfielda Ch., mogą być przyczyną powstawania także chorób związanych z pożywieniem (anorexia, bulimia) i budowaniem wadliwych relacji. {Whitfield, Co-dependence. Healing the Human Condition. Health Communications, Dearfield Beach, Florida 1991;
Według J. Firman i A. Gila [J. Firman, A. Gila, The Primal Wound. A Transpersonal view of trauma, addiction, and growth. State University of New York Press 1997] wiele cierpień i to zarówno dorosłych jak i dzieci pochodzi z pierwotnej rany (do głębi naszej istoty), zadanej najgłębszemu człowieczeństwu (odpowiednik fission). Ta rana może być odczuwana jako wewnętrzny niepokój, sens oziębłości, fałszu, brak znaczenia życia. Osoba może ją także odczuwać jako lęk przed intymnością, zaangażowania w relacje. Ta rana jest zwykle zakryta. Pojawia się w trakcie zjaw sennych w nocy, nastroju depresji i kryzysu osobistego.
Ta pierwotna rana jest wynikiem różnego rodzaju gwałtu, zadanego w dzieciństwie, z powodu którego osoba przestała czuć się jak indywidualność, unikalna jednostka, ale potraktowana jako przedmiot. Zdawałoby się wspierające środowisko — niezależnie od tego czy byli to rodzice, opiekunowie, rówieśnicy, instytucje (szkoła), społeczność, nie dostrzegło w niej tego, kim jest, lecz wymuszało bycie obiektem, przedmiotem ich własnych celów. Według M. Bubera taka osoba została wtedy potraktowana jako „to”, nie mające myśli, uczuć, bezduszne stworzenie. Wewnętrzny, autentyczny sens „ja” był zepchnięty do doświadczenia unicestwienia i niebytu (może to odpowiadać obrazowo zdeptaniu orzecha, zniszczeniu jego struktury wewnętrznej).
Swoje pierwotne rany bywa, że ludzie otrzymują będąc dzieckiem nadużywanym i krzywdzonym, w środowisku kultury nastawionej na konsumpcję, seks i rasizm, będąc przywiązanym do raniących rodziców. Ale przyczyn tego rodzaju zranienia jest dużo więcej, np. chociażby emocjonalna przemoc w rodzinie, której „nie widać” na zewnątrz, a która robi spustoszenie wewnątrz, „do spodu”.
Te pierwotne rany tworzą lukę w sieci wzajemnych relacji, w których żyjemy jako ludzie. Fundamentalne zaufanie i powiązania z Wszechświatem zostają unicestwione i stajemy się obcy sami sobie i innym, poszukując dróg przeżycia w wyalienowanym świecie. W terminologii psychologicznej połączenie z głębokim ja jest zranione. W religii czy filozofii mówi się, że nasze połączenie z Nieskończoną Rzeczywistością i Źródłem Życia lub Boskością jest złamane.
Niezależnie od tego, jak to nazwiemy, można określić, że tego rodzaju zranienia, spowodowane przez nienaturalne doświadczenia, odcinają od najgłębszych korzeni bytu, a fundamentalne relacje z innymi, światem i Źródłem Życia są pogwałcone. Ból i chaos ludzkiej egzystencji płynie wtedy z podstawowego zranienia istnienia, z poharatanego ja, dając sens pustki i izolacji, niszcząc dogłębnie zdrowie i życie.
Odkrycie świadomości ciała odsłania nieświadomy, bazujący na emocjach wzorzec reakcji, związany z fizycznymi objawami oraz korzenie tego, dlaczego jesteśmy niezdolni wyzdrowieć — jeśli jest to przewlekły objaw. Miejsce bólu nie jest nigdy jego źródłem.
Za przemoc fizyczną, słowną czy emocjonalną lub seksualną, zastraszanie, terroryzowanie, obwinianie lub karanie, czy zakaz zadawania niewygodnych pytań dzieci, a następnie dorośli płacą zdrowiem na całe życie, robiąc co im się nakazuje. „Łykają” własną prawdę i niewyrażone emocje, uruchamiają subtelne mechanizmy zaprzeczania siebie.
Poznanie prawdy o sobie, swoich bolesnych doświadczeń wyzwala ze strachów i lęków, których doświadczaliśmy jako dzieci, przynosząc niezmierną ulgę i uwolnienie głęboko skrywanego napięcia w ciele. Tym samym „prawda nas wyzwala”.
Jeśli przemoc, powodując zniszczenia, zaczyna się w dzieciństwie, realizacja i życie jako takie krąży wokół natury i skutków dziecięcego zranienia. Ch. Meriam uważa, że każdy z nas był kiedyś w jakiś sposób głęboko zraniony w dzieciństwie (Meriam 1994). Może to być także jedną z przyczyn coraz większej obcości ludzi między sobą, nawet w najbliższych rodzinach i sąsiedztwie. Powtarzające się krzywdzenie dziecka [R.A. Hass, http://intuitivementoring.com/articles/healingFrom SoulAbuse.html] prowadzi już od zarania życia do samokrytycyzmu i poczucia niskiej wartości, sabotowania siebie.
Wielu terapeutów transpersonalnych uważa, że patologie różnego rodzaju są funkcją traumatycznych doświadczeń i uwolnienie ich z ciała i umysłu jest fundamentem do uzdrowienia. Niezależnie od tego jakiego rodzaju jest to traumatyczne doświadczenie (nie dostrzeganie dziecka i niezrozumienie czy różne formy nadużyć emocjonalnych czy seksualnych), jeśli nie jest ono wyeliminowane z systemu (uzdrowione), dochodzi do dysfunkcjonalnych zachowań w zewnętrznym świecie, lub znacznie częściej do autodestrukcji.
Fibromialgia to ból duszy
Fibromialgia, a więc ból duszy, to wołanie o uwolnienie ładunku negatywnej energii nagromadzonej w ciele, zarówno przez lata jak i pokoleniowej. O tym pisałam w poprzednim rozdziale — o energii z przeszłości. To cierpienie duszy przełożone jest na fizyczne objawy, na zwrócenie uwagi na nie, na zrozumienie jej drogi — drogi duszy.
Jakiś czas temu jeden z czytelników przysłał mi linkę do swego blogu, a stamtąd trafiłam na film, który mną wstrząsnął. Pokazany jest w nim ośrodek psychiatryczny dla młodzieży, wymieniony z nazwy miejscowości, w centrum Europy. To, co szczególnie zwróciło moją uwagę, to przede wszystkim sposób traktowania nastolatków i młodzieży przez personel ośrodka. Część z tych młodych cierpiała na ADHD, kilka osób na bulimię, a kilka miało dodatkowo zdiagnozowaną fibromialgię, a więc cierpiała wędrujące bole w różnych częściach ciała. Dla mnie jest to traktowanie jak zwierzęta, wywieranie na nich presji dla uspokojenia zachowań, które dorosłym wydają się niestosowne, aby je uspokoić. Pokazano tam wiązanie i powalanie na ziemię młodych ludzi, używanie brutalności i siły.
To, o czym pisałam wcześniej, a więc o przemocy fizycznej i psychicznej wobec dzieci, daje konkretne skutki w fizycznym zdrowiu na lata życia! Na kolejne lata życia. Kumuluje depozyty energetyczne w ciele, które potem dają ból fizyczny o nieznanej etiologii.
Przyjrzenie się chociażby tego rodzaju zachowaniom pokazuje wyraźnie jego pochodzenie…, aby potem, po latach zobaczyć skutki! Pisałam wcześniej o godności dziecka, a takie traktowanie jest przeciw godności każdej osoby — czy to jest maleńkie dziecko, czy nastolatek czy młodzież! Zachowanie dorosłych, rzekomo mądrych i zdrowych, jest przeciw godności duszy, tego, co ona przeżywa i jakich środków używa, aby zawołać o siebie. Tego rodzaju postępowanie pogłębia stan depresji pacjenta, chowając go jeszcze głębiej.
Dusza i tak znajdzie drogę, aby się wyzwolić. Ona będzie pukała, aż się jej otworzy — samemu! Godni współczucia są ci młodzi ludzie pokazani na filmie, ponieważ społeczeństwo, podobnie jak ich rodzice niczego nie zrozumieli. Zamiast dać im stosowną pomoc psychologiczną dla uleczenia duszy, dla zintegrowania duszy z ciałem — uzdrowienia duszy, stosuje leki, które tłumią wołanie duszy lub brutalne metody poniżania godności człowieka. Takie metody poniżania godności człowieka stosowano po II wojnie światowej względem mego ojca — więźnia politycznego wyzwolonej Polski. Za to, że walczył o Polskę! Trzeba go było ukarać, pozbawiać go codziennie godności, traktując jak zwierzę w klatce!!
Niedawno zetknęłam się z przypadkiem młodej osoby, której psychiatrzy i psycholodzy wmówili chorobę psychiczną, traktując ją zarówno lekami jak i terapią, która rozłożyła ją na kawałki, zamiast poskładać razem. Ta osoba dokładnie opisała swój stan, który tu zaprezentowałam: rozłożenie na czynniki pierwsze jej psychiki! Nie ma winnych tej sytuacji. Uważa się, że to ta osoba jest chora! Tymczasem w wywiadzie dla tych osób leczony dokładnie określił patologie rodziny: brutalność i przemoc środowiska, lęki od najwcześniejszego dzieciństwa, zaprzeczanie temu, co czuje i myśli. Ta młoda osoba nie ma pracy, nie ma odwagi pójść na studia, gdyż dostała dokumenty, które jej to uniemożliwiają. Jest przy tym osobą genialną. Od najwcześniejszego dzieciństwa miała tzw. wglądy, które pozwalały jej pisać tak jak pisze współczesna fizyka kwantowa. A ona tymczasem została „powalona na łopatki” przez ludzi, którzy mieli jej pomóc. Żyje w niestannym strachu, ponieważ w pracy stosowano wobec niej mobbing i tu także nie ma winnych! Ona nie ma jak się odwołać. Nikt jej nie broni. Wszyscy są przeciwko!
Powstaje pytanie: kto jest chory we współczesnym świecie? Czy chorzy są ci młodzi ludzie, którzy usiłują coś wyrazić, a przez to cierpią, bo nikt nie pokazał im drogi!? Tymczasem specjaliści, zamiast otoczyć ich opieką i troską, stosują wobec nich fizyczną przemoc i obezwładniające środki lub metody rozkładające na czynniki pierwsze, nie składając ich razem?
Przemoc zawsze rodzi przemoc i to zarówno do siebie, jak i otoczenia. Stąd np. anorexia i bulimia są właśnie taką przemocą wobec siebie, bo nie ma możliwości znaleźć ujścia i transformowania zablokowanej energii, która nie może zostać wyrażona w otoczeniu.
Kto tu się zgubił? Gdzie i kiedy wylano dziecko z kąpielą? Jaki jest ten współczesny świat, że zamiast pomagać młodym w rozwoju, w ich drodze duszy, deprecjonuje się ją, odrzuca, gnębi, otępia lub brutalnie kopie i wiąże, aby nie zakłócała porządku stworzonego przez tych, co rzekomo myślą normalnie! Kto tu jest normalny?
Ból duszy to wołanie duszy o uwagę, o coś, co powinno być dostrzeżone, zrozumiane, docenione, a nie deprecjonowane i skopane, aby nie mogło się wyrazić.
Cierpienie duszy jest wołąniem o uwagę i uwolnienie
Moja dusza cierpiała przez długie lata. Ona cierpiała w ciszy. Nie mogłam tego wyrazić. Wierzyłam, że tak musi być, że takie jest moje życie. Jedni są zdrowi i radośni, inni ponuracy i pełni bólu. Ja odpowiadałam temu drugiemu opisowi. Miałam cierpieć, więc cierpiałam.
Ale cierpienie wołało do mnie. Ono wołało o uwagę. Ja słuchałam innych, tych co mi mieli przynieść rozwiązania: nauka, doktorzy, leki. Tak mnie nauczono: od wszystkiego są inni, każdy do czegoś innego. Nawet do mego cierpienia byli inni, aby mi to wyjaśniać, nie ja sama. Ja słuchałam ich przez lata i brałam ich środki na uśmierzenie mego bólu, nie ich bólu. Oni nie mogli przecież czuć jak ja czułam swój ból.
Tak więc przez lata ból mnie wołał, wzywał moją uwagę. Ja ciągle wierzyłam w innych, w tych co rzekomo byli przygotowani, aby mi pomóc. Ale to przez lata mi nie pomagało. Byłam coraz bardziej chora i cierpiąca. Ale miałam swoje zalety: byłam perfekcjonistką, dobrą uczennicą, stale zajętą, pracowitą. Te wszystkie cechy pozwalały mi na skupienie się na poszukiwaniach w dziedzinach, gdzie pracowałam. Powierzchowne rozwiązania mnie nie satysfakcjonowały. Ja musiałam je zweryfikować na sobie.
Robiłam to odtąd nieustannie. Stale też zadawałam sobie pytania i czekałam na odpowiedzi. Gdy przychodziły, zadawałam kolejne lub czułam wewnętrznie, że to jest odpowiedź, która mnie satysfakcjonuje. Ale nie kończyłam na tym, drążyłam dalej. To była pasja badacza, odkrywcy. Im dalej w las — tym więcej drzew. Im więcej odpowiedzi, tym więcej pytań. To nadawało sens mojemu życiu. Rozumiałam siebie samą coraz bardziej, widziałam przy tym ludzi i ich problemy, rozumiałam je coraz głębiej. Odkrywając swoje rozwiązania, widziałam je w szerszej, społecznej perspektywie, jako społeczne dylematy i cierpienie, problemy ogółu.
Miliony ludzi cierpi na liczne zdrowotne dolegliwości. Ludzie stale poszukują rozwiązań, szukając szczęścia i zdrowia dla siebie — gdzieś na zewnątrz. Nikt ich nigdy nie uczył, że mają szukać wewnątrz. Cała edukacja i cywilizacja jest skupiona na rozwiązaniach poza człowiekiem, na szukaniu gdzieś i czegoś, co nie ma związku z nim samym, bo nie łączy jego z rozwiązaniem, nie dopasowuje rozwiązania do jego osobistego problemu.
Lekarz obecnie nie ma czasu na zgłębianie indywidualnego problemu pacjenta. On mu daje ogólne rozwiązania: likwidację bólu na zewnątrz, a nie wewnętrznego bólu. Lek najczęściej go likwiduje okresowo lub go dzieli na drobne części. A potem ból znowu powraca. Dlaczego? Czy to nie ten ból? Czy to nie to lekarstwo? Dlaczego jedno do drugiego nie jest dopasowane? Kto ma to dopasować? Kto ma zrozumieć mój ból, moje cierpienie? Kto może mi pomóc?
Jedno ze społecznych forum zagranicznych poddało pod dyskusje temat: Kiedy młodzi na całej ziemi są zdiagnozowani na ADD i inne umysłowe choroby, to może jest czas, aby zastanowić się …… To bardzo ważny temat z powodu narastającej plagi ADHD, ADD i innych podobnych problemów nadmiernej reaktywności ruchowej. Warto jednak spojrzeć na ten problem z zupełnie odmiennej perspektywy.
A może warto zastanowić się nad podstawowym faktem — czy te problemy zostały właściwie zdiagnozowane? Może coś jest nie w porządku w narzędziach diagnostycznych, a może w zrozumieniu cywilizacyjnej zmiany? Wielu osobom przypisuje się choroby psychiczne, a tymczasem w duszach, bardzo kreatywnych i inteligentnych, można zauważyć wyjątkową nadwrażliwość na istniejące warunki, na nieustannie zmieniające się warunki.
Wiadomo przecież, że świadomość człowieka jest wielowymiarowa, odkrywająca poziomy duchowe, istnienie w innych wymiarach czasu i przestrzeni niż fizyczność osoby.
Wojny, brutalność przekraczająca wszelkie granice i przemoc w stosunku do drugiego człowieka pokazuje dokładnie kierunek. Warto poczytać blogi weteranów wojennych z Afganistanu czy Wietnamu na zagranicznych forach. A może to klucz do rozwiązania wielu cywilizacyjnych chorób?
Omalże 100 lat temu dr Roberto Assagioli, twórca psychosyntezy napisał, że wielkim nieporozumieniem jest diagnozować wszystkie osoby, które miały jakieś problemy psychiczne, jako chorych psychicznie. Trzeba odróżnić choroby od duchowego wzrastania oraz wspierać człowieka w jego duchowej drodze duszy. Na przestrzeni wielu lat od tamtego okresu można przeczytać wiele artykułów na ten temat. Uważał on, że od najwcześniejszego dzieciństwa należy w edukacji wprowadzać techniki zrozumienia siebie, refleksji nad sobą, uważności na to, co w nas woła o uwagę. Tymczasem tego rodzaju edukacja jest zaniedbana od wielu pokoleń, wspierając jedynie mentalny aspekt, zapominając o emocjonalnym, intuicji, woli, a przede wszystkim o duchowym wzrastaniu. Assagioli napisał wiele prac na ten temat, podobnie jak inni psychosyntetycy, które mogą być źródłem inspiracji dla „edukacji dla przyszłości”, jak i zaistnienia wielu problemów zdrowotnych z powodu zablokowania duchowego rozwoju.
Wiele lat temu miałam okazję spotkać na jednej z konferencji edukacyjnych dr Johna Breeding, autora książki „True Nature and Great Misunderstandings. How we care for our children according to our understanding” (co w wolnym tłumaczeniu znaczy: Prawdziwa natura i wielkie niezrozumienie. Wychowujemy dzieci zgodnie z naszym zrozumieniem). Recenzenci książki napisał: … „Musimy chronić nasze dzieci od kultury, która utraciła poczucie siebie” (Chris Mercogliano). Jest to silny głos (autora), aby stało się jasne dla rodziców i wychowawców, że nasze dzieci zasługują, aby być akceptowane i cenione za swoje wspaniałe cechy, a nie oceniane. (Jan Hunt). J. Breedeing podaje w swej książce dowody dla wyjaśnienia, że to, co jest określane przez psychiatrii jako „Symptomy” jest po prostu wyjątkową osobowością i potrzebą, które muszą być spełnione z miłością i podziwem gdyż dzieci zasługują, aby być szanowane. Autor zwrócił się psychiatrów, aby zaprzestali stosowania dzieciom z ADHD Ritalinu, gdyż powoduje on skutki uboczne w postaci zwiększenia ich aktywności po krótkiej chwili jej zmniejszenia (zjawisko feedback). Zdaniem autora niszczenie małych rzeczy prowadzi do wielkich.
We współczesnych czasach wielu ludzi cierpi z powodu przemocy i to zarówno domowej, opieki psychiatrycznej, jak i w trakcie wojen. Internet stworzył wielką szansę na rozpowszechnianie tego rodzaju informacji, poprzez audycje czy filmy, dotyczące tego rodzaju zagadnień. Można więc znaleźć szczegółowe opisy zarówno reporterskie (BBC Panorama) jak i rodzin żołnierzy z Wietnamu czy Afganistanu, cierpiących na PTSD, mających częstokroć objawy fibromialgii (blogi). Ludzie ci w desperacki sposób poszukują pomocy dla odkodowania problemów wynikłych z powodu ekspozycji na brutalność i agresję.
Kto się nimi opiekuje? Dlaczego tak się dzieje? W jakim celu? Jakie są tego konsekwencje dla ofiar czy społeczeństwa? O czym to świadczy? Jak to świadczy o ludziach, którzy opiekują się pacjentami? Do czego prowadzi ekspozycja przemocy w mediach, wojny i narastające cierpienia ofiar przemocy w różnych środowiskach?