E-book
31.5
drukowana A5
50.55
DRAPIEŻNIK

Bezpłatny fragment - DRAPIEŻNIK


Objętość:
180 str.
ISBN:
978-83-8440-611-3
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 50.55

Prolog

zima

Śnieg prószył leniwie za szybą okna, przez które wyglądałam. W zasięgu mojego wzroku tylko las, niekończąca się łąka i kilka owocowych drzewek. Miałam sąsiadów. Oczywiście, że tak, ale domek mojej ciotki był ostatnim na tej wsi. Kawa już dawno temu wystygła, podobnie jak wszystkie moje myśli.

Wiatr zahulał między drzewami, poruszając gałęziami, z których spadło trochę śniegu.

Prychnęłam pod nosem.

„Jak to możliwe, że znalazłaś się w takiej dupie świata?” — zapytalibyście, bo faktycznie, to nie było moje naturalne środowisko.

Próbowałam usiąść do tej historii przez długi czas, ale buntowało się we mnie wszystko — moje serce, które nie mogło znieść nadmiaru emocji, mój rozum, który podpowiadał mi, iż nie powinnam tego rozdrapywać, każda komórka mojego ciała, bo przecież pamiętała twój dotyk, nawet moje oczy się buntowały, bo wciąż widziały twój uśmiech i mój nos też się buntował, bo pamiętał twój zapach.

Myślałam, że zapomnę. Przecież to był romans jak każdy inny.

Zaśmiałam się gorzko.

Taki ludzi, jak ty się nie zapomina. Nosi się ich pod skórą przez co najmniej pięć lat, próbując pozbierać się do kupy, mimo niepowodzeń. Zawsze znajdzie się jakiś mały szczegół, który będzie o nich przypominał. Nieważne, jak daleko uciekniesz. Nieważne, z kim później się zadasz.

Prawdę mówiąc, to ja sama postawiłam krzyżyk na swoim wrocławskim życiu. Sama doprowadziłam do finału, którego nikt się nie spodziewał. Ja początkowo też się nie spodziewałam.

Czułam, że to wszystko skończy się katastrofą, odkąd los postawił cię na mojej drodze. Spodziewałam się pożaru, ale nie sądziłam, że strawisz wszystko, co trzymało mnie w pionie.

Brawo. Nie jestem pewna, czy ktokolwiek tego dokonał. Nikt chyba nie był nawet tak blisko.

Nikt nie wyciągnął ze mnie takich emocji i nikt nie dotykał najczulszych miejsc mojej duszy z taką precyzją — punkt po punkcie, jakby wodził palcem po mapie miejsca, które właśnie zdobywa.

To był piękny upadek, który zaliczyłam, patrząc mu w oczy.

I dopiero teraz, po kilku tygodniach, jestem w stanie o tym mówić.

Dopiero teraz jestem w stanie napisać coś na ten temat, bez emocji.


jesień

Wyjęłam papierosa z nowej paczki. Wyszłam na balkon, zapalniczka kliknęła, w moich dłoniach. Zaciągnęłam się, a potem wypuściłam dym z ust.

Na patio ogrodnik przycinał trawę przed zimą, plac zabaw straszył ciszą, a jesienne liście opadały na chodnik. W pionie naprzeciwko, który został niedawno oddany nowym mieszkańcom, dostrzegłam rząd nowiusieńkich balkonów. Na jednym z nich jakiś facet — pewnie o całą dekadę starszy ode mnie. Nie sądziłam, że te lofty, wielkości mojej garderoby, tak szybko znajdą właścicieli. Czego to się nie robi dla prestiżu, co nie? Zresztą sama nie byłam lepsza, przecież żyłam na kurewsko drogim i eleganckim osiedlu. Przynajmniej z nazwy.

Cóż, moje życie wcale nie było takie eleganckie. Ale to już wiecie.

Często zastanawiałam się, co ja właściwie robię w takim miejscu, bo raczej tutaj nie pasowałam. Nie pasowały tutaj też moje skłonności samobójcze, ani maniakalna euforia.

Co ja, kurwa, zrobiłam nie tak? Nigdy nie dostanę odpowiedzi na to pytanie, które prześladuje mnie odkąd pamiętam. Skala karalności za moje występki skończyła się kilka tygodni temu. Przebiłam wszystko.

Wrzuciłam niedopałek do słoika i wróciłam do mieszkania. Nastawiłam wodę na kawę, poskładałam w międzyczasie wycinki z materiału i schowałam je do papierowej torby.

Przecież dostałam dokładnie to, czego chciałam.

Skończyłam pierwszy rok studiów z najlepszymi ocenami, otworzyłam własną, małą pracownię krawiecką, nadal brałam pojedyncze zmiany u Anity. No i byłam po prostu sobą. Tego akurat nie mogłam się wyprzeć.

Za tydzień miałam wrócić na uczelnię, ale miałam wrażenie, że moje życie jest w totalnym proszku. Nic nowego. Naprawdę.

Pierwsza kolekcja moich ubrań — sukienki i T-shirty — przyjęła się nad wyraz dobrze. Właśnie pracowałam nad kolejną, biegając między szwalnią, a hurtownią materiałów. Owszem, to było coś, w czym się spełniałam i chciałam to robić. Na uczelni szło mi wyśmienicie. Znowu byłam kandydatką do stypendium, której buzia się nie zamyka. Kolejny tomik poezji na koncie. Rozkręcony instagram.

Od tego rachunku mogłam odjąć kilka osób, które zniknęły z mojego życia. Spieprzony związek z Nikodemem, bo mój zakuty łeb nie chciał miłości. Nie i chuj. Nie umiałam tego logicznie wytłumaczyć. A Nikodem był jednak zbyt dobry, by wciągać go w moje pochrzanione fazy.

O ile zawodowo szło mi genialnie… To życiowo jak zwykle nie.

Klucz w zamku się przekręcił i do mieszkania weszła Julka. Moja nowa współlokatorka. To mieszkanie zrobiło się ciche i puste po zniknięciu Nikodema. Od czasu do czasu wpadał do mnie Jo wraz z Carterem i Michaelem, ale to było chwilowe towarzystwo. A Juls… Była ode mnie młodsza siedem lat. Jednak nie przeszkadzało nam to w trzymaniu sztamy. Studiowała i pracowała u Anity.

Zresztą ktoś musiał zostać moją najlepszą psiapsi, zaraz po tym, jak Krycha również wyparowała.

Właśnie skończyła swoją zmianę.

— Kurwa — warknęła. — Boże, muszę napisać dwa sprawozdania, więc robię kawę i siadam do nauki.

— Woda dopiero się gotowała — oznajmiłam. — Jak w pracy?

Wzruszyła ramionami, podchodząc do wyspy.

— Nudy — powiedziała. — Ty jutro jesteś?

Pokiwałam głową.

— Jesteśmy razem w takim razie. — uśmiechnęła się.

— O, czyli moja ulubiona zmiana. — też się uśmiechnęłam.

— Pogramy w statki. Kompletnie nic się nie dzieje. — stwierdziła.

— Jestem za! — zawołałam za nią, gdy z kubkiem kawy szła do swojego pokoju.

W mieszkaniu znowu zapadła cisza.


Hunter

Była już noc.

Ten typ nocy, w której powietrze klei się do skóry, a cisza brzmi jak najgłośniejszy dźwięk świata.

Siedziałem przy otwartym oknie z papierosem w dłoni. Czwarty tego wieczoru. Może piąty.

Nie spałem. Oczywiście, że nie.

Usłyszałem muzykę. Cichą, chociaż niosła się echem wśród budynków. Ktoś grał coś, co przypominało starą piosenkę Cohena. A zaraz potem — jej głos. Śpiewała. Nie perfekcyjnie, ale z takim rodzajem szczerości, który rozrywał ciszę na pół. Wstałem, zanim zdążyłem to przemyśleć. Otworzyłem drzwi. Stała na balkonie. Ciemna noc, jej sypialnia w półmroku w tle. Miała na sobie szarą koszulę i związane włosy, ale wyglądała… tak inaczej. Naturalnie. Patrzyłem na nią jak idiota. Na ruchy jej bioder, na te kształtne usta. Jakby nagle cały świat ucichł. To była tylko ona. Aż ona. Zgasiła papierosa, zamknęła drzwi balkonowe i zniknęła. Świat znowu zrobił się głośny. Ktoś darł mordę z okna w akademiku. Miejska wrzawa znowu się podniosła.

Nie znałem jej imienia, historii i intencji.

Zostałem sam. Ze świadomością, że właśnie wpadłem w coś, z czego nie będę umiał się wyplątać.

Rozdział 1

jesień

Bycie pisarką powinno nauczyć mnie jednej bardzo ważnej rzeczy — nawet jeśli sądzisz, iż twoja historia staje się już tak dobra, by ją zakończyć i nic nie wskazuje na dodatkowe komplikacje, nigdy nie możesz być pewna tego, że „ten epilog” będzie ostatnim. Bo jeśli taka myśl kiełkuje w twojej głowie… To masz prawie sto procent szans na to, iż będzie całkowicie inaczej.

Jak to było? Kobieta, która pewnego dnia postanowiła po prostu nie umrzeć? Pisane kiedy? Ach, zaledwie kilka tygodni temu, gdy moje życie jeszcze udawało eleganckie.

Jak widać, nie zaznam spokoju. To jest po prostu awykonalne, gdy jest się mną i mogę z tym walczyć do utraty tchu — i tak nie wygram. Więc może najwyższa pora, by się do tego przyzwyczaić.

— Taka to pożyje — zaśmiała się Lu. — Dużo pracy?

— Nauki — sprostowałam, ziewając. Była zaledwie siódma, a ja zeszłam do osiedlowego sklepu Anity po kawę. — Mam przejebane.

— Ta, Nikodem też ciągle w książkach — oznajmiła Anita. — Tak właśnie robią młodzi ludzie, mądrzejsi od nas. Siedzą w książkach.

Prychnęłam pod nosem.

— Ane, co ty wygadujesz — burknęłam. — Sama byłaś prymuską na ekonomii.

— Trzydzieści lat temu. Dawno i nieprawda. — odpowiedziała.

Był poniedziałek, a za półtorej godziny zaczynałam zajęcia na uczelni. Żeby była jasność — studiowałam na jednym roku i w jednej grupie z Nikodemem. Pozostawaliśmy w przyjacielskich stosunkach, chociaż gryzło mnie sumienie. Milczałam jednak na ten temat, bo moje słowa i tak na nic by się nie zdały. Ale widziałam jego zawieszone spojrzenie na swojej twarzy i robiło mi się słabo. Złamałam mu serce. Jakbym kiedykolwiek była lepsza w czymkolwiek innym, niż łamanie serc moim bliskim…

Mogłam pozwolić sobie na studiowanie w trybie dziennym, bo jechałam na resztkach hajsu za Centrum. Owszem, próbowałam ogarnąć sobie jakąś normalną robotę, ale jakoś mi się z tym nie spieszyło. Pracownia krawiecka i zmiany u Anity też były dla mnie okay. Poza tym, gdzie miałam iść? Do korporacji? Z moimi żelaznymi, biznesowymi zasadami i wyszczekaną mordą? Wytrzymałabym tam tydzień. Może dwa. A potem bym odeszła. Albo została zwolniona. Jak kto woli.

Niezbyt optymistyczne myślenie w moim wieku. W maju skończyłam trzydzieści lat. Nie byłam do końca pewna, co ja mam z tym zrobić. Gdzie uciekła mi ostatnia dekada życia? Gdzie mnie to wszystko prowadziło? Wzdychałam ciężko, a potem wracałam do swoich obowiązków.

Dobra, wiem. Nie powinnam narzekać, bo częściowo miałam farta. Najpierw przez pięć lat tworzyłam jeden z najbardziej prestiżowych domów mody w Polsce. Dorobiłam się. Nie każdy miał takie możliwości jak ja w tym wieku. Nie każdy mógł nie pracować i jeszcze robić, co chce. Spełniać marzenia. Choćby po trochu.

Ale im dłużej o tym myślałam, tym bardziej wydawało mi się, że to wszystko… To nie jest życie, jakiego chcę. A nie robiłam z tym nic, bo — co wyda się głupie, gdy mówimy o mnie — zwyczajnie bałam się zmian. Taka była prawda. Ciągle coś mnie hamowało. Mój własny łeb mnie hamował. No bo jednak tkwienie w znajomym gównie jest lepsze niż nowe gówno. Znajome jest przynajmniej stabilne, co nie?

Na początku próbowałam jeszcze jakoś forsować te myśli. Przecież byłam w stanie coś wymyślić. Jakikolwiek kierunek, w którym pójdę, jeśli chodzi o moją oficjalną karierę. Ale im więcej o tym myślałam, tym bardziej się wściekałam. Jakby w mojej głowie ktoś zgasił światło na wieki. Dosłownie żaden pomysł nie wpadał mi do głowy. Ciemność totalna. Potem odpuściłam. Trudno. Najwyżej do końca życia będę szyła szmaty i sprzedawała wódkę menelom w sklepie. Kogo to w ogóle obchodzi?

Ale zjadała mnie myśl o zmarnowanym potencjale. Bo tak było. Byłam zmarnowanym potencjałem. Na chuj była mi potrzebna ta cała inteligencja, jak nie byłam w stanie nic z nią zrobić? Problem był jednak nieco bardziej złożony, a ja… Starałam się w to nie wgryzać, bo skończyłoby się nocnym wyciem w poduszkę, a ja ze wszystkich sił próbowałam znowu nie znaleźć się na dnie.

Tylko że to, przed czym uciekasz, zawsze cię dopadnie. Bez znaczenia, jak długo będziesz biegł… Chuj wie gdzie i jak długo w sumie.

Wiedziałam o tym. Ale ignorowałam to. Jak zwykle. Całe moje pierdolone życie wszystko wypierałam i uciekałam przed tym, co najbardziej bolesne, a jednak najprawdziwsze.

Gdybym z tej dyscypliny miała brać udział w jakichś zawodach — nie schodziłabym z podium.

Co z tego, że byłam prymuską na studiach, skoro kosztowało mnie to wiele? Ślęczałam nad książkami. Skąd ja w ogóle wzięłam pomysł na naukę norweskiego? Postradałam zmysły. Och, jakżeż wkurwiały mnie te zajęcia. Nie były nudne, co to to nie. Ale norweski był twardym językiem, a ja miałam talent do tych miękkich. Dlatego turecki wszedł mi tak gładko, podobnie jak hiszpański. A tutaj łamałam sobie jęzor i… Nie wiem, jak to możliwe, że miałam tak dobre oceny. Może to zasługa Nikodema, który ślęczał nad książkami razem ze mną. Ja ogarniałam teorię i notatki, on był od nauki wymowy. Męczył mnie długo… Dopóki nie mówiłam poprawnie. I byłam mu za to wdzięczna, a z drugiej strony szlag mnie trafiał. Teraz nareszcie mieliśmy zaczynać specjalizację. „Język norweski w środowisku biznesowym” — o tym miałam do powiedzenia jednak o wiele więcej.

Prawda była taka, że to wszystko nie zmierzało w dobrą stronę i ja już to czułam. Zawsze to czuję. Po latach z dwubiegunówką doszłam do perfekcji w wyłapywaniu sygnałów. A te były ostatnio coraz bardziej wyraziste, choć też starałam się je ignorować. No ale jednak nie jesteś w stanie olać tego, co będzie z tobą do końca życia i tak prędzej, czy później cię dopadnie.

Robiłam jednak dobrą minę do złej gry — właściwie po raz pierwszy od usłyszenia diagnozy — i liczyłam na to, że tym razem nie będzie aż tak źle. A jak wszyscy wiemy… To najgorszy tok myślenia o tej chorobie, jaki można przyjąć. Bo jeśli idzie się tą drogą — upadek jest zwykle jakieś trzysta razy boleśniejszy.


Był początek października. Zerkałam na zegarek. Jeszcze godzina do końca mojej zmiany. Układanie paczek z orzechami na półce uznałam za nad wyraz fascynujące i robiłam to z przesadną precyzją. Byleby minęło kilka minut. Czas jakby stanął w miejscu, a mnie prześladowała od kilku dni myśl o drganiu, którego od samego rana było zbyt odczuwalne.

— Chryste — Julka ziewnęła. — Zasnę za moment.

Popatrzyłam na nią. Opierała się o blat, patrząc za okno.

Zimny wiatr targał przechodniami. Zza chmur wychodziło słońce. Nie mogłam doczekać się, aż wyjdę z pracy i poczuję ten szczypiący powiew na policzkach.

Drzwi niespodziewanie się otworzyły, a mnie przeszedł prąd. Naprawdę, poczułam się tak, jakby ktoś podpiął mnie do gniazdka. Mimochodem spojrzałam w kierunku człowieka, który właśnie zawitał w progach naszego osiedlowego sklepiku.

— Dzień dobry! — rzuciła Julka z optymizmem i uśmiechem, który zaraz zgasł.

Uniosłam brew. Nasz przybysz nie odpowiedział. Miał słuchawki w uszach, totalnie znudzone spojrzenie. Uniosłam swoją dupę i ruszyłam za kasę. Cóż za arogancki typ. Uwielbiałam takich klientów, dosyć szybko sprowadzałam ich na ziemię i uczyłam, czym jest coś tak prozaicznego, jak kultura. A kultura to odpowiadanie na cholerne „Dzień dobry!” — czy im się to podobało, czy nie.

Chyba mam coś z masochistki w sobie. Zadziwia mnie to, jak bardzo muszę samej siebie nienawidzić, skoro wciąż i wciąż pakuję się w pracę, która opiera się na wzmożonych kontaktach z ludźmi. Ha tfu, z chodzącymi idiotami. Choć spokojne było to miejsce, nadal zdarzało się, że jakiś pajac wprowadził mnie z równowagi. A ja nie miałam zamiaru w żadnym stopniu się hamować. Nawet kosztem dram. Dram, które przecież tak uwielbiam.

— Ale buc… — mruknęła Julka. — Też mi wysiłek, przywitać się. — prychnęła.

Czasami wciąż zaskakiwał mnie jej optymizm i wiara w to, iż ludzie są z natury dobrzy. Była dla nich przesadnie miła, chociaż ten zapał zaczynał powoli topnieć.

— Zostaw go mi — poprosiłam cicho. — Gwarantuję ci, że więcej nie będzie się tak zachowywał.

Odsunęła się od blatu i oparła się o szafkę ze zlewem, jakieś dwa metry dalej.

Obserwowałam go z ukosa. Piękna buźka, bo jakby inaczej. Puste spojrzenie. Och, nienawidził ludzi tak, jak ja. Byłam tego pewna. Trzydniowy zarost. Postawna sylwetka, koszula, skórzana kurtka. Ładne perfumy. Piżmo? Jakaś inna, korzenna nuta? Strzeliłam palcami.

— Rozjadę go czołgiem. — burknęłam, ciesząc się na nadchodzącą rozrywkę.

— Zoya, ja zupełnie nie wiem, jak ty to robisz… — Julka się żachnęła.

Wziął Red Bulla i skierował się w naszą stronę.

— Dostanę zawału — jęczała moja nowa psiapsi. — Czy ty czujesz, jaką on ma energię? — szepnęła cichutko.

Czułam. Oczywiście, że czułam. Naelektryzował się, jakby miał za chwilę walczyć. Postawił puszkę na ladzie, nadal milcząc i wyciągając kartę z kieszeni.

Och, próbował nam pokazać, jak bardzo czuje się od nas lepszy? Wszystko na to wskazywało, skoro nie odezwał się słowem, nawet na nas nie spojrzał. Krew zaczęła mi płonąć. Nienawidziłam takiej ignorancji ze strony klientów i z chęcią skoczyłabym mu do gardła, ale postanowiłam rozegrać to w sposób pełen klasy. Nie wiesz, z kim zaczynasz, chłopie.

Myślał, że pójdzie gładko i być może byłby już za drzwiami, ale ja ostentacyjnie uniosłam lewą dłoń i zaczęłam przyglądać się swoim długim, czarnym paznokciom. Skoro nasz Pan Arogant nie potrafi wysilić się i odpowiedzieć na przywitanie, ja nie miałam zamiaru spieszyć się z obsługą. Może chociaż to sprawi, iż nie wrzuci nas do worka „tępych i nic nieznaczących kasjerek”. A, no i nadepnął na odcisk Julce, a jak wiecie — ja za swoich bliskich gryzę do krwi.

Ocknął się. Och, więc dwie sekundy opóźnienia poskutkowały.

— Do diabła — wymruczał. — Tobie płacą za interesowanie się manicurem?

— A tobie płacą za bycie bucem? — odbiłam piłeczkę.

Spojrzał mi w oczy. Mam cię, pajacu. Ale jego wzrok rozłożył mnie na łopatki. To stąd to drganie, zwiastujące kłopoty. Poczułam, jak krew zaczyna szybciej krążyć w moich żyłach. Spiorunował mnie wzrokiem, ale widziałam, że jest zaskoczony. Oczy mu rozbłysły.

Zerknął na mój identyfikator, przypięty do wielkiego, męskiego T-shirtu z napisem „Fuck you very much”. Och, nie mówcie, że to jeden z tych, którzy smarują negatywne opinie na Google. Byłabym rozczarowana.

Nienawidził ludzi… Widziałam to w jego zgaszonym spojrzeniu, które teraz stało się nad wyraz intensywne.

— Siedem pięćdziesiąt. — oznajmiłam lekko, utrzymując mój bitch face.

Miałam ochotę się roześmiać, bo oto wyłożył się na tak banalnej gadce, ale zostawiłam to na później. Graj dalej tą zimną, Zoycia.

Zapłacił. Wyszedł bez słowa.

— O kurwa. — Julka roześmiała się pierwsza.

Ja też odetchnęłam i zaczęłam się śmiać. Ale to był nerwowy śmiech. Ten koleś miał energię psychola. Czułam to. Może i był z pozoru arogancki, ale jego spojrzenie zdradziło mi wiele. Miał uczucia, zakopane gdzieś głęboko, pod tą ignorancką postawą. Miał też taki… Taki vibe, który był mi znajomy, ale nie umiałam w tamtym momencie zlokalizować źródła. Skądś to znałam, docierały do mnie jakieś zamglone wspomnienia…

Już miałam wyrzucić paragon do kosza, ale zerknęłam na potwierdzenie transakcji. Kanada. Huh, czyli mój ulubiony typ klienta — „Siedzę za granicą, mam walizki z pieniędzmi, a ty mi usługuj, kretynko!”. Nie polubimy się, jeśli zostanie tutaj na dłużej.

— To jakiś psychol, zdecydowanie — nadawała Julka nad moim uchem. — Ale ty… Kurwa mać, Zoya, ja naprawdę nie wiem, jak ty to robisz. Miał takie spojrzenie, że ja bym spłonęła ze wstydu i wpadła pod tę ladę.

Wzruszyłam ramionami.

Ja się nie bałam. Czego miałabym się bać? Coś mi podpowiadało, że jego postawa to tylko gra. W środku był miękki. Nie zrobiłby mi krzywdy.

Zaintrygował mnie. A to, jak wiemy, nigdy nie kończy się dobrze.

Początek (roboczo, bo jeszcze za wcześnie na patos)

Poznałam go

w okolicznościach zupełnie niepoetyckich.

Był zbyt pewny siebie,

ja zbyt świadoma tego, że powinnam uciekać.


On mówił mało,

ale każde zdanie brzmiało jak zarzut.

Ja mówiłam za dużo,

jakby ilość słów mogła mnie uratować przed treścią.


Nazwaliśmy to rozmową.

To było raczej przeciąganie liny

między ego a ciekawością.

Przegrałam pierwsza.


(oczywiście udawałam, że to był wybór)


Miał w oczach ten rodzaj chłodu,

który ludzie mylą z inteligencją.

Ja miałam w sobie chaos,

który inteligencję udaje całkiem nieźle.


Powiedział, że jestem „interesująca”.

Jakby oceniał książkę,

której jeszcze nie zamierzał czytać do końca.

Uśmiechnęłam się,

jakby to był komplement, a nie ostrzeżenie.


Zaczęło się od spojrzeń,

które trwały sekundę za długo

i od myśli,

których nie powinno się kończyć na głos.


Nie zakochałam się.

Nie od razu.

Najpierw chciałam go rozebrać z tajemnic.

Potem z arogancji.

Potem z iluzji, że ktokolwiek z nas wyjdzie z tego czysty.


To nie była historia o przeznaczeniu.

To była historia o dwóch osobach,

które uznały, że są zbyt świadome,

żeby popełnić ten sam błąd.


Jak zwykle miały rację.

I jak zwykle się myliły.

Rozdział 2

jesień

Nie spałam najlepiej ostatniej nocy, ale z kawą w papierowym kubku pędziłam na zajęcia. Nowy semestr, nowe przedmioty i ja, głodna wiedzy.

Spaliłam pospiesznie papierosa, poprawiłam szminkę na ustach i weszłam do Instytutu Języków Skandynawskich. W tym semestrze mieliśmy zacząć rozprawiać o strategiach biznesowych, a jak wiadomo — to był mój konik. Miałam lata doświadczenia na koncie, więc mogłam wymiatać. Zresztą jak zwykle. Nawet bez doświadczenia miałabym wiele do powiedzenia, bo moja łepetynka, przykryta falą blond włosów, skrywała w środku mózg, którego wielu mogło mi pozazdrościć.

Wpadłam do sali trzy minuty przed startem zajęć, wyjęłam notatnik z grubą, różową oprawą, usiadłam na swoim miejscu w przedostatnim rzędzie, witając się ze znajomymi z roku.

Część z nich miała zdezorientowane miny, ich słowa urywały się w połowie zdania, więc skrzywiłam się i zaczęłam się zastanawiać, o co chodzi. Nie dostrzegłam żadnych, większych zmian. Tośka dorobiła się grzywki, Nikodem chyba urządził sobie wagary, bo nie przyszedł, Kacper znowu się nie wyspał, ale kto mógł być wyspany w piątek o ósmej rano, gdy na dworze szalała jesień, a każdy z nas miał za sobą tydzień ciężkiej pracy?

Nasz ulubiony profesor — Pan Makarewicz — wszedł do sali.

— Och, jak dobrze jest widzieć wasze twarze, głodne wiedzy — uśmiechnął się, siadając przy biurku. — Jak wakacje? Nie będę pytał, czy odpoczęliście, bo widzę, że nie — zerknął na listę studentów, a na jego czole pojawiła się mała zmarszczka. — Skład niemal ten sam. Z jednym wyjątkiem — uniósł spojrzenie, które powędrowało do ostatniej ławki. — Hunter Gauthier. Witamy w gronie studentów. Od razu poproszę, by został pan po zajęciach.

Nie odpowiedział. Co jest grane, do diabła ciężkiego?

Skrzywiłam się i kierując się ciekawością, odwróciłam się i spojrzałam na ostatnią ławkę po swojej prawej.

Chyba sobie, kurwa, żartujecie.

Poczułam, jak robi mi się słabo. Pan Arogant w całej okazałości. Ściskający czarne pióro ze złotą końcówką i patrzący na mnie z krzywym uśmieszkiem.

Wróciłam spojrzeniem do Makarewicza, opadając na oparcie krzesełka. Serio, kurwa? Naprawdę? Moje życie właśnie takie było. Zwroty akcji, których się nie spodziewałam. Zawsze i wszędzie. Bez tygodnia wytchnienia.

— Pani Staszewska — uśmiechnął się Makarewicz. — Mam nadzieję, że w tym semestrze również będzie pani chętna do zażartych dyskusji. — zwrócił się do mnie.

— Pani Zoya Staszewska na ogół lubi dyskutować. — odezwał się Hunter, nieproszony.

Tośka spojrzała na mnie pytająco.

— W przeciwieństwie do pana, panie Gauthier — odwarknęłam. — Aż dziw bierze, że się pan odezwał. Zwykle ma pan z tym problem. — ciągnęłam podburzona.

— Milczenie jest złotem. — odpowiedział.

— A arogancja grzechem. — odwinęłam się.

Prychnął pod nosem.

— To jakiś twój ex? — zapytała Tośka cicho.

— Po moim trupie. — syknęłam.

Los robił sobie ze mnie żarty, przysięgam na wszystko, co mam.

— No dobrze, skoro ta dyskusja się skończyła, może przejdźmy do sylabusa. — oznajmił rozbawiony Makarewicz, a ja otworzyłam swój notatnik.

Chciałam się skupić, ale czułam na sobie wzrok Huntera i już wiedziałam — oto los ma dla mnie nowy test. I to taki, który zmiecie mnie z planszy.


Makarewicz pożegnał się z nami. Piętnastominutowa przerwa, podczas której wyszłam zapalić, próbując zignorować to dziwne uczucie między szóstym, a siódmym żebrem, które tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że mam przejebane. Do cholery. Ten człowiek miał ciężkie i elektryzujące spojrzenie, a ja nie miałam siły nawet udawać, iż mnie to nie intryguje. Skąd się wziąłeś, Hunter? Dlaczego twoja obecność była taka tajemnicza i ciężka?

Tośka spierała się o coś z Kacprem, gdy wróciłam.

— Jesteś jakaś dziwnie cicha, Zo. — zaśmiał się Kacper.

Też nie miałbyś wiele do powiedzenia, gdyby ktoś wiercił ci dziurę w karku.

— Źle spałam. — skłamałam, chociaż nie do końca było to kłamstwo.

Pogrążyłam się w swoich myślach. Dlaczego wciąż miałam wrażenie, że vibe Huntera jest mi dziwnie znajomy? Skąd ja go znałam? Oby to nie był kolejny z moich maniakalnych wybryków sprzed lat, bo tego nie zniosę.

Pewnie rozważałabym to dalej, ale nagle tuż obok mnie pojawił się ten człowiek. Nachylił się nade mną, obejmując swobodnie oparcie mojego krzesełka. Jego zapach… Korzenne nuty… Uderzył mnie zdecydowanie zbyt mocno.

Co za bezczelność. Prawą dłonią przewrócił kilka stron w moim notatniku. Dlaczego nie odezwałam się ani słowem? Siedziałam jak sparaliżowana. Otumanił mnie tą niespodziewaną bliskością.

— Imponujące — usłyszałam nad uchem. — Wzorowa studentka. Liczę na to, że podzielisz się ze mną swoją wiedzą z pierwszego roku.

Skręcało mnie od tego zapachu.

— Liczyć sobie możesz — wycedziłam. — Najlepiej na siebie. Trzeba było się nie opierdalać i zacząć studia razem z nami.

— Miałem inne sprawy na głowie. — wymruczał poważnie.

— Ta. Wcale w to nie wątpię. Na przykład to, jak uprzykrzyć życie biednym kasjerkom, co nie? — palnęłam.

Zaśmiał się dźwięcznie.

No dalej, Zoycia, nie poddawaj się.

— To nie była prośba. To był rozkaz. — odpowiedział.

Tym razem to ja się roześmiałam, ale zakiełkowała we mnie zupełnie nowa myśl.

— Rozkazywać to sobie możesz swoim wytresowanym sukom — warknęłam. — A ja… Ja nie jestem wytresowana.

— Wiem — przyznał rozbrajająco szczerze. — Wiem i naprawdę mnie to zastanawia, Staszewska.

Uniosłam spojrzenie. Jego twarz, tak blisko mojej i błysk w jego oczach. Znowu zrobiło mi się niedobrze. Przecież ten skurwiel jest kurewsko inteligentny. Wiesz to, Zoya.

A inteligencja kręci cię bardziej niż cokolwiek innego.

— Skoro o tym wiesz… Z jakiego powodu zaczynasz gierki, których nie wygrasz? — zapytałam bezczelnie.

Ciężko było mi utrzymać swój standardowy bitch face. Nie, gdy był tak blisko.

— Zaskoczyłaś mnie — oznajmił. — A wierz mi, to jest naprawdę coś niesamowitego w dzisiejszych czasach.

Nie wiem, czy powinnam uznać to za komplement. Takie słowa z usta kogoś takiego, jak Hunter, mogły być też obelgą.

Skanował moją twarz, więc naprawdę musiałam się postarać, by nie zdradzić, że wszystko w moim wnętrzu płonie. Jakby próbował wyłapać choćby cień wątpliwości, zapisać to na później, a potem upokorzyć mnie za pomocą maleńkiego potknięcia. Twardy zawodnik. Uwielbiałam takich.

— Widzisz, Hunter — obruszyłam się. — Nie wszystko jest takie, jakie wydaje się w twoich oczach. Tobie ta postawa najeżonego skurwiela także nie służy. Ale nie martw się, nie zdradzę nikomu twojego sekretu. — uśmiechnęłam się, a jemu mina nieco zrzedła.

Cofnął się i wrócił na swoje miejsce.

Do końca zajęć nie odezwał się ani słowem. Gapił się, ale milczał. Doprowadzało mnie to do szału i miałam ochotę podejść do niego, potrząsnąć nim i wykrzyczeć mu w twarz, by przestał to robić, ale z trudem skoncentrowałam się na słowach wykładowców.

Los rzucił mi naprawdę mocne wyzwanie. Takie, które każdy z nas powinien przeżyć w życiu chociaż raz.


Tamten dzień był już do końca spieprzony. Czułam się, jak rozlazłe gówno. Snułam się po mieszkaniu, parząc herbatę za herbatą, paląc papierosa za papierosem, a i tak miałam wrażenie, że coś ciężkiego i męczącego usiadło mi na klatce piersiowej. Bez kitu, nie mogłam uwierzyć w to, że z wszystkich uczelni w tym mieście i wszystkich kierunków, Hunter pojawił się właśnie tam, gdzie ja. Takie zagrywki od losu uważałam za celowe. To nie mógł być przypadek. To będzie kolejna lekcja, która rozpierdoli mnie na siedem milionów małych kawałków.

Westchnęłam.

Dlaczego jak zwykle, kurwa, ja? Naprawdę mało jeszcze mnie w życiu pokarało? Po co mi to wszystko? Tak wiele pytań, a tak mało odpowiedzi. Przynajmniej takich, jakie miałam dostać.

Rozdział 3

jesień

— Jadę do szwalni — rzuciłam w słuchawkę telefonu. — Mogę ci to ogarnąć po południu, ale do diabła — wyszłam z windy. — Moja druga kolekcja wychodzi zimą, Jo. Mam przejebane, za dużo roboty. — wyszłam na zewnątrz budynku.

Mroźne powietrze od razu poczułam na policzkach. Poprawiłam kołnierz swojego jedwabnego płaszcza w kratkę.

— Tylko plakat — jęknął. — I poprawki na głównej.

Wywróciłam oczami.

— Dobra, wyślij mi potrzebne elementy, a ja ogarnę to później. Idę po kawę, pa. — rozłączyłam się i wrzuciłam telefon do torebki, a potem poszłam prosto do sklepiku Anity.

— Jest i ona — zaśmiała się Luiza. — Królowa zamieszania.

— Do diabła — mruknęłam. — Jestem spóźniona — dodałam. — Marlboro Goldy w twardym i kawę, bo bez tego nie zacznę dnia.

— Już się robi, prze pani — ciągnęła rozbawiona. — Trzydzieści pięć osiemdziesiąt.

Cmoknęłam powietrze.

— Życie w luksusie kosztuje — skomentowałam, a Luiza podała mi duży, papierowy kubek. — Kartą. — zapłaciłam i podeszłam do ekspresu.

— Jak kolekcja? — zapytała.

— Daj spokój, robiłam to tyle razy w Centrum — machnęłam ręką. — A czuję się jak zagubione dziecko we mgle. Od chuja roboty. Jadę właśnie do szwalni. — oznajmiłam.

Wcisnęłam przycisk na panelu ekspresu, podstawiając kubek. Maszyna zawarczała złowrogo, wypuściła parę i zaczęła mielić ziarna.

Owiał mnie chłód, który nie miał źródła jedynie w otwartych drzwiach. Oto i on — Hunter w najczystszej postaci.

— Zoya Staszewska. — mruknął, jakby mówił coś niewiarygodnie prostego, a jednak znaczącego.

— Hunter Gauthier — odpowiedziałam krótko, unosząc brew i odwracając się w jego stronę. — Co cię tutaj sprowadza? Wydaje mi się, że rozumu nie kupisz na wagę.

Uśmiechnął się i pokręcił głową z niedowierzaniem. Mam cię, złotko.

Luiza się skrzywiła.

— Wygląda na to, że masz tutaj swoje terytorium — przeskanował moją sylwetkę. Może zdziwko go wzięło, bo dzisiaj wyglądałam tak, jak powinnam wyglądać zawsze. Płaszcz, włosy związane w wysoki kucyk, na blacie Iphone i kluczyki od auta, makijaż. — Bylebyś nie uznała mnie za intruza.

Obrzuciłam go powątpiewającym spojrzeniem.

— Przestań deptać mi po piętach, jakbyś myślał, że możesz mnie dogonić. — burknęłam tylko.

Kawa prawie gotowa, więc sięgnęłam po mieszadełko.

— Już dawno temu cię dogoniłem, Zoya. — odpowiedział.

Zaśmiałam się krótko, ale tylko po to, by zaraz spoważnieć.

— Brzmisz jak ktoś, kto właśnie przyznał się do tego, że mnie śledzi. — ciągnęłam.

Stał za blisko. Zdecydowanie za blisko.

Znowu te cholerne, korzenne perfumy.

— Śledzę? — powtórzył z udawaną niewinnością. — Ja? Nie… Tylko obserwuję.

— To praktycznie to samo.

— Różnica jest subtelna, Zoya — nachylił się nieco. — Śledzi się z obsesji, obserwuje z ciekawości.

Wywróciłam oczami, pociągnęłam łyk kawy, a potem nałożyłam wieczko na kubek.

— Camele żółte poproszę. — zwrócił się do Luizy.

— Nie może być — prychnęłam. — Hunter nauczył się kultury. Dostaniesz za to talon na cukierka i balon.

— Przyjmę, jeśli będzie od ciebie. — uśmiechnął się cwaniacko.

— Wiesz, co jest zabawne? — ciągnęłam. — Są ludzie, którzy przez całe życie próbują być interesujący, a i tak im nie wychodzi. Potem pojawiasz się ty, mówisz jedno zdanie i wszystkim odbija.

— Komplement? — zapytał z tym swoim chorym spokojem.

— Obelga — uśmiechnęłam się sztucznie, zgarnęłam swoje rzeczy. — Miłego dnia, Lu. Wpadnę później. — wyszłam.

Oczywiście, że poszedł zaraz za mną. Zdjęłam rękawiczki, wyjęłam papierosa z nowej paczki i od razu go podpaliłam.

— To zawiera się w tym samym spektrum — odpowiedział. — To tylko kwestia intonacji.

Przystanął obok, jakby to było naturalne, że dzielimy razem przestrzeń.

— Powiedz mi coś — zaczęłam. — Co cię bardziej rusza? Wkurwianie mnie, czy patrzenie, jak próbuję udawać, że mnie to nie kręci?

Jego uśmiech rozszerzył się leniwie, a mnie przeszły ciarki po plecach. Wypuściłam dym.

— A kto powiedział, że muszę wybierać? — zapytał z błyskiem w oczach.

Zaciągnęłam się mocniej. Ta gra jest dla mnie niebezpieczna. Ale już wiem, że i tak będę w nią grać.


Przeglądałam pierwsze prototypy swoich nowych własnych ubrań w ciszy. Zwykle moja gęba się nie zamykała i podsuwałam kierowniczce szwalni sugestie poprawek, ale dzisiaj… Nie byłam w stanie się skupić. Moje wnętrze płonęło, a w głowie siedział mi Hunter.

Do kurwy nędzy, dlaczego zawsze się nabieram? Na mojej orbicie pojawia się facet, który jest przypadkiem specjalnym. Takim, którego jeszcze nie spotkałam, a ja mimo swojej niechęci już czuję, że tym razem nie uda mi się go zignorować i będę musiała się poddać.

Albo że będę chciała się poddać, jedno z dwóch.

— Te są idealne. — wydusiłam wreszcie, patrząc na T-shirty z haftem na piersi.

— Czyli zostawiamy?

Skinęłam głową. Rozmasowałam kciukami pulsujące skronie.

Naprawdę nigdy wcześniej nie spotkałam się z taką energią, jaką miał Hunter, a przecież na mojej drodze stawali różni ludzie. Zachowywał się, jakby serio myślał, że jest ponad wszystkimi. Jakby nie lubił ludzi. Patrzył na nich z góry i z powątpiewaniem. Kamienna twarz albo arogancki uśmieszek… Zamyślone spojrzenie. No, chyba że akurat patrzył na mnie, to co innego. Oczy mu wtedy jaśniały i widziałam w nich niespodziewany błysk. Naprawdę, z całych swoich sił starałam się utrzymywać bitch face, ale ciężko mi to szło, gdy widziałam jego uśmiech.

Westchnęłam ciężko.

Czas na sukienki. Trzy kroje, raczej klasyczne. Tylko jedna z ekstrawaganckim rękawem z falbaną. Mała czarna, która nieco przypominała moją ulubioną sukienkę na cienkich ramiączkach, którą zakładałam zdecydowanie zbyt często. Przypominała mi o Zoi, młodszej i głupszej. Ale ciężko było skłamać — wyglądałam w niej jak chodzący seks, więc może dlatego tak ją lubiłam.

Po kolejnej godzinie miałam ustalone już wszystkie szczegóły. Jedne z ostatnich poprawek, zanim internetowy sklep ruszy na nowo. Kilka basic fasonów. Być może to jest coś, co powinnam kontynuować, ku uciesze Cypriana, który zapewne oglądał mnie z góry i był dumny. Jak zwykle.

Co ja w ogóle wyprawiam? W zaledwie miesiąc moje życie się posypało, a ja wciąż udawałam, że wcale tak się nie wydarzyło. Uciekałam od palących myśli w pracę, starym zwyczajem.

Usiadłam za kierownicą, ale zanim ruszyłam z parkingu, musiałam ochłonąć. Zebrała się we mnie wściekłość i bezsilność, z którą nie umiałam walczyć.

Mogłam myśleć o Nikodemie w kontekście miłości mojego życia, ale czy to mogła być prawda, skoro się rozstaliśmy? Była to nasza wspólna decyzja, bo każde z nas chyba chce czegoś innego od życia i nawet rozmawialiśmy, ślęcząc nad podręcznikami.

— Zawsze będziesz dla mnie ważna. — powiedział raz.

Prychnęłam na wspomnienie tych słów. Nie mogło tak być, skoro zjebałam najważniejszą relację w swoim życiu. Mógł się starać do woli, ale mój zakuty łeb ubzdurał sobie, że nie potrzebuje miłości. Czemu widziałam w tym scenariusz utraty kontroli? Nie chciałam, by ktoś miał jakąkolwiek władzę nade mną. Kiedy zrobiłam się taka buntownicza?

A teraz los zesłał mi Huntera. Nie wiem, gdzie to prowadzi.

Możesz się oszukiwać do woli, ale przecież jest między wami przyciąganie. Dwa, równe sobie mózgi. Wiesz o tym, Zoycia. Przestań się oszukiwać. Ten człowiek to dla ciebie zagadka, a ty już jesteś na tyle zafascynowana, że nie poprzestaniesz, dopóki jej nie rozwiążesz. Czułam, że jest w cholerę inteligentny. Patrzyłam tępo przez przednią szybę. Kurde, ja już wiem! On mi przypomina Michaela!

Serce zabiło mi mocniej, a potem szybko przeanalizowałam zachowanie Huntera.

— Nie — powiedziałam do samej siebie. — To nie może być prawda.

Takie cechy charakteru… I takie zachowanie przejawia duży odsetek byłych żołnierzy. I to tych, którzy brali udział w najcięższych, zbrojnych konfliktach na świecie. Ten psycho vibe, którego nie da się z niczym innym pomylić. Wszyscy się go bali, ale nie ja. Ja byłam wystarczająco popierdolona, by wejść w to bez wątpliwości.

Olśniona swoim odkryciem, odpaliłam silnik i ruszyłam w drogę do domu.


Dopiero co wygrzebałam się z kurewsko silnego poczucia winy po zerwaniu z Nikodemem, a moje głupie serce ciągnęło w kierunku… Sama nie wiem jakim.

Wiesz. Doskonale wiesz.

Zamknij się.

Wychyliłam się przez barierkę na balkonie. Było już naprawdę zimno, ale nie przeszkadzało mi to w notorycznym paleniu fajek. To była ta część mnie, które nigdy się nie pozbędę. Co ja sobie w ogóle wyobrażam? Oleję go. Oleję go, jak każdego faceta, przez którego prędzej, niż później mogę wpaść w kłopoty. Aleś ty głupia, Zo. Naprawdę sądzisz, że kogoś takiego, jak on, można zignorować?

Czy nie mam lepszych rzeczy do roboty? Na przykład stosu notatek do ogarnięcia? Cóż, czysto teoretycznie była niedziela, a ja przecież wczorajszy dzień poświęciłam na naukę. Dzisiaj znowu snułam się po mieszkaniu, jakbym miała zgagę, tylko na umyśle, bo to właśnie tam Hunter powoli rozlewał się swoją obecnością. Czy serio mógł być tak bardzo inteligentny, że człowieka od tego wykręca? Dlaczego, do diabła, tak bardzo mnie to interesowało? Nie mogłam dać się złamać.

Tacy, jak on mogą być tylko przeciwnikami w słownych potyczkach. Stymulują mój mózg, ale nic poza tym, prawda? Kurwa mać. Jeszcze ta jego energia. Jakby patrzył na mnie, tym swoim zimnym spojrzeniem, skanował moją twarz, a potem… Jakby miał mi tym rzucić, jak się rzuca kostkami, by tylko dobić.

Bez znaczenia. I tak mam przejebane.

Bo problem nie polegał na tym, że pojawił się w nieodpowiednim momencie. Problem polegał na tym, że pojawił się dokładnie wtedy, gdy byłam najsłabsza, a jednocześnie najbardziej czujna. Gdy winy było we mnie za dużo, a kontroli za mało.

Nie znałam go. Nie wiedziałam, kim jest ani czego chce. Wiedziałam tylko, że coś we mnie reaguje szybciej, niż powinnam na to pozwolić. Że każde jego zdanie zostaje we mnie na dłużej, niż wypada. Że nie chodzi o pożądanie — przynajmniej jeszcze nie — tylko o to chore, niebezpieczne uczucie, gdy ktoś widzi cię wyraźniej, niż byś chciała.

Przeczuwałam, że to nie będzie historia o wyborze.

To będzie historia o konsekwencjach.


Nie widziałam go przez cały tydzień. Dopiero w poniedziałek, gdy znowu pojawiłam się na uczelni, dostrzegłam jego twarz w ostatniej ławce. Chcesz się bawić, to tylko na moich zasadach, Gauthier.

Z drżącym sercem zajęłam miejsce po jego lewej. Uśmiechnął się zadowolony, niczym kot, który właśnie został pomiziany za uchem.

Wyjęłam z torebki notatnik, a także wymaganą na dzisiejsze zajęcia lekturę. Zaraz obok mnie usiadł Nikodem.

— Kurwa — syknął cicho. — Mała, zapomniałem tych zadań z gramatyki.

— Gramatyka jest dopiero w południe. Dam ci swoje notatki. — odpowiedziałam.

— Dzięki ci, Boże! — rzucił, a potem opadł na oparcie krzesełka.

Hunter uniósł brew, zerkając na mnie z ukosa.

— Jesteś jedyną osobą w tej sali, która przeczytała całość — powiedział nagle. — Poza mną, oczywiście.

— Chcesz się pochwalić? — zapytałam kpiąco.

— Szanowni państwo — Makarewicz wstał ze swojego miejsca z markerem w dłoni. — Dzisiaj porozmawiamy sobie o sposobach poznania potencjalnego klienta — zapisał temat dyskusji na białej tablicy. — W oparciu o lekturę. Ale zaczniemy od burzy mózgów. Jakieś pomysły? — popatrzył na nas wszystkich.

Chwila ciszy.

— Ankiety — powiedziałam. — Badania rynkowe na temat potrzeb poszczególnych grup społecznych. Wywiad poznawczy.

— Pani Staszewska, jak zawsze w punkt — uśmiechnął się Makarewicz. — Może wyjaśnisz nam pokrótce, dlaczego jest to ważne?

— Cóż — westchnęłam. — Skłania to potencjalnego klienta do chwili namysłu nad sobą i daje nam fundamenty strategii.

— Owszem — zapisał na tablicy słowo „ankiety”. — Czy ktokolwiek z was ma pojęcie na temat tworzenia ankiet? Robiliście kiedyś jakieś?

Kurwa, no nie mogę być jedyną, która ma coś do powiedzenia na ten temat, prawda? Nikodem też zapewne miał wiele do zaoferowania w tej dyskusji, ale siedział cicho i patrzył tępo gdzieś w podłogę.

Westchnęłam raz jeszcze.

Wygląda na to, że jednak muszę się odezwać.

— Proste i klarowne pytania. Niezbyt skomplikowane, bo potencjalny klient się zniechęci. Zawsze zalecam maksymalnie dwadzieścia pytań, na różne tematy, by przeprowadzić wywiad, ale uzyskać odpowiedzi w kwestiach, które interesują mnie, jako sprzedawcę i przedsiębiorcę. Prawda jest taka — przerwałam. — Dzisiaj ciężko jest skupić uwagę klienta na dłużej niż dwie minuty. Jesteśmy przebodźcowani. Zbyt wiele szczegółów zwraca naszą uwagę w jednym momencie. Dlatego ważne jest, by skonstruować precyzyjną ankietę z pytaniami, które nikogo nie znudzą.

Makarewicz się uśmiechnął.

— Niesamowite! — pochwalił. — Jestem pod wrażeniem. Naprawdę możesz nas jeszcze wielu rzeczy nauczyć. Nie wiem, czy państwo sobie zdają sprawę, ale Zoya działa w biznesie od wielu lat. Ma na koncie wiele sukcesów, działa w branży fashion. Bardzo cieszę się, że jesteś tutaj z nami, takie doświadczenie bardzo doceniam. — oznajmił.

— Dziękuję. — uśmiechnęłam się.

Hunter patrzył na mnie zamyślony.

— Ale czy ankiety nie wkładają potencjalnych klientów do szufladek? — Hunter nagle zaatakował, wciąż obserwując mnie odległym spojrzeniem.

— Trafne pytanie. — wtrącił Makarewicz.

Westchnęłam.

— O to właśnie chodzi — odpowiedziałam, patrząc na niego zrezygnowana. — Jako przedsiębiorca mam pewne cele i potrzeby do spełnienia. Muszę znaleźć określoną grupę, która jest w stanie to osiągnąć. Nie mogę balansować na granicy niedopowiedzeń, ponieważ wszystkie zasoby, które w to włożyłam, pójdą na marne, a raczej nikt nie robi czegoś tylko po to, by to stracić. — stwierdziłam.

Nie chciałam przyjmować postawy nadętej suki, naprawdę, dlatego spuściłam z tonu. To nie był dobry znak. To… oznaczało mniej więcej tyle, że zaczynam mu ulegać, a ja nie mogłam sobie na to pozwolić.

Wszystkie moje obietnice, złożone podczas wielu minionych nocy, traciły na znaczeniu. Miałam dać sobie spokój z ganianiem za facetami, czyż nie? Jaką to teraz miało wartość, skoro czułam Huntera za swoimi plecami, jakby próbował być moim cieniem? Uderzyła mnie nagła myśl o tym, że tak naprawdę jestem błąkającą się duszą — od jednego faceta, do drugiego — i żaden z nich nigdy nie był mój. Przygarniali mnie na chwilę, a potem to wszystko się rozsypywało, zostawiało mnie pustą. Jakby ciągle, nawet podświadomie, goniła za króliczkiem, którego nie złapię. Nigdy nie będę należała do kogoś. Nie, żebym chciała, ale jednak świadomość tego, iż masz na świecie osobę, do której spokojnie możesz należeć w tysiącach procentów, była… po prostu miła.

Chociaż bałam się utraty kontroli (a czy przypadkiem nie straciłaś jej dawno temu?), nie chciałam, by się zbliżał. Bo jeśli się zbliży, a potem oddali, zostawi we mnie sam popiół.

I popiół nie jara cię, gdy masz trzydzieści lat, wierzcie mi.


Dochodziła siedemnasta, ale postanowiłam zajrzeć jeszcze do czytelni, by zerknąć na fragmenty z książki, o której mówił Makarewicz. Nie było to nic ważnego, ale zaintrygowało mnie na tyle, bym chociaż zrobiła ukradkiem zdjęcia poszczególnych stron. Nikodem spasował i wrócił do domu. Poza tym moja obecność przy kimś takim, jak Hunter i Nikodem jednocześnie prosiła się o katastrofę.

Było późno. Większość studentów już dawno zniknęła, a w czytelni zostali tylko desperaci przed kolokwium i ja. Lubiłam tę ciszę — stukot klawiatur, szelest kartek, zapach kawy w kubkach, które dawno powinny zostać wyrzucone.

Przerzucałam notatki, starając się ignorować dziwne pulsowanie pod skórą. Jakie miałam szanse, że on się tu pojawi? Zerowe, prawda?

Gówno prawda.

Hunter wszedł tak, jakby był u siebie. Bezszelestnie, spokojnie, z tą swoją niepokojącą aurą. Nawet nie próbował szukać miejsca — podszedł prosto do mojego stołu i zatrzymał się obok.

— Wzorowa studentka jak zawsze — mruknął, patrząc na rozłożone notatki.

— A ty co? Zgubiłeś się? — burknęłam, nie odrywając wzroku od książki.

— Nie — odparł. — Przyszedłem po coś.

Zanim zdążyłam zapytać po co, sięgnął po mój długopis, ten ulubiony, i obrócił go w palcach.

— Oddaj. — wyciągnęłam rękę.

— Chcesz? — nachylił się nagle, zbyt blisko. — To weź.

Zamarłam. Jego twarz dzieliły ode mnie centymetry, zapach korzennych perfum wbijał się w mój układ nerwowy jak trucizna. Sięgnęłam po długopis — ale zamiast go oddać, on przytrzymał.

Nasze dłonie zetknęły się na ułamek sekundy.

Za długo.

— Co ty wyprawiasz? — wysyczałam.

— Testuję — odpowiedział cicho. — Chcę sprawdzić, ile wytrzymasz, zanim pękniesz.

Szarpnęłam długopis, wyrwałam mu go i wbiłam wzrok w notatki, choć litery rozmywały mi się przed oczami.

— Źle trafiłeś — wycedziłam. — Ja się nie łamię.

Nachylił się jeszcze bardziej, prawie muskając ustami moje ucho.

— Wszyscy się łamią, Staszewska. Pytanie tylko: kiedy.

I odszedł. Spokojnie. Tak jak przyszedł.

A ja siedziałam tam z sercem walącym jak młot. Zatłukę go. Naprawdę, jeszcze raz wyprowadzi mnie z równowagi, to go zatłukę. Uśmiechnęłam się pod nosem. Ale musiałam coś w nim poruszyć, skoro depcze mi po piętach, prawda? Z tą myślą dokończyłam swoje zadanie w czytelni, a potem wróciłam do domu.

Rozdział 4

jesień

Siedziałam z nogami podkulonymi na wysokim krzesełku przy wyspie kuchennej, a na blacie stał kubek z zimną już kawą. Ten spokojny poranek przerwała wiadomość od Nikodema. Wysłał mi TikToka, w którym przedstawiony był następujący dialog:

— Mam zamiar skrzywdzić kilka osób — mówił jakiś facet. — Zrobimy to, a potem nigdy więcej mnie o to nie zapytasz.

— Okay, czyje auto bierzemy? — odpowiedział ten drugi.

Nikodem dopisał do tego słowa „Jesteś osobą, na którą mógłbym zawsze liczyć, nawet w tak absurdalnej sytuacji. Skojarzyło mi się z Tobą, więc wysyłam.”, a ja uśmiechnęłam się blado i zapytałam, czy ma zamiar kogoś skrzywdzić, a jeśli tak — to kiedy?

Czasami żałowałam, że to nie wyszło. Przecież Niko był dla mnie idealny, ale jak widać… Nawet coś takiego umiem spierdolić.

Miałam wrażenie, że z dawnej mnie niewiele już pozostało. Jakbym nagle stała się kimś innym. Jakbym nagle musiała budować samą siebie od nowa, bo stara Zoya przestała istnieć.

A ostatnim elementem, który ją pogrzebał, był koniec przyjaźni z Krychą.

Nie ruszyło mnie to aż tak bardzo, jakby mogło po piętnastu latach razem. Od dłuższego czasu czułam, że się od siebie oddalamy. Ona pochłonięta galerią, ja swoimi sprawami.

Zapalnikiem było jej rozstanie z Wiktorem. Ciężko to zniosła, ale wspierałam ją, jak tylko mogłam. Chyba nam wszystkim miłość po prostu nie wychodziła. Krycha miała jeszcze jednego pocieszyciela, a mianowicie mojego brata. Pewnego wieczoru wpadł do mnie, zgaszony jak diabli. Nie musiał wiele mówić, po prostu czułam, że coś jest nie tak. Zjadł późny obiad, a potem, gdy siedzieliśmy na balkonie, paląc papierosy, wreszcie to z siebie wydusił.

— Nie wiem, ona była taka smutna, że to się po prostu stało — wycedził. — Jestem takim idiotą… Przecież to była wyrachowana zagrywka z jej strony.

Nie od razu skumałam o co chodzi, ale potem coś mnie zakuło w sercu. Ach, więc Joachim się z nią przespał. Westchnęłam ciężko. Ale byłam daleka od oceniania, zresztą — kto, jak kto, ale ja nie miałam do tego prawa. Robiłam o wiele gorsze rzeczy, będąc w manii, prawda?

Wyciągnęłam z niego tylko tyle, że dla niego znaczyło to coś więcej. A dla niej była to po prostu przygoda. Do diabła. Wkurzyłam się, a potem byłam na granicy wybuchu, gdy z rana czekałam, aż Anita mi otworzy i zobaczyłam, że Antek idzie do pracy. Wtedy jeszcze grzał posadkę na siłowni. Towarzyszyła mu Krycha i… trzymali się za ręce. Poczułam, jak zalewa mnie fala gorąca.

— Ja pierdolę. — warknęłam pod nosem.

Ach, więc to tak. Najpierw zaliczyłaś mojego brata, a potem wzięłaś się za naszego przyjaciela. Pięknie, Krycha. Widziała, że widzę ich pod siłownią. Widziała moje spojrzenie. Antek chyba miał wyrzuty sumienia, bo zerknął na mnie ze smutkiem w oczach. Poczułam się tak, jakby ktoś wsadził mi nóż między żebra i jeszcze ze dwa razy nim zakręcił. Nie zareagowałam.

To ona do mnie przylazła, mając zimny ton głosu. Jakbym jej coś zrobiła, a przecież nigdy tak nie było. Rozkładałam palety z Kamilem i Piotrkiem, gdy do mnie zagadała.

— Po prostu — wycedziła. — Zawsze to ty byłaś dla wszystkich na pierwszym miejscu. Cokolwiek się nie działo, wszyscy musieli stawać na rzęsach, by ci dogodzić. Ile można to znosić? — burczała.

Zabolało mnie to. Ale na swoją obronę powiem, że wcale tak nie było. Ona doskonale to wiedziała, tylko szukała wymówki. Nigdy nie prosiłam o pomoc. Przyjmowałam jej wsparcie, ale NIGDY nie prosiłam o to jasno i wyraźnie.

Może myślała, że mi dojebie na odchodne.

— Okay. — powiedziałam tylko, podając kartony z chipsami Kamilowi.

Czego się spodziewałaś? Że będę błagać cię na kolanach, byś została?

Zaskoczyła ją moja odpowiedź. Może faktycznie myślała, że zacznę bić pianę i robić dramę. Ale szczerze mówiąc, nie zależało mi na tym. Mogła iść w cholerę, skoro czuła się wykorzystywana, nie miałam zamiaru jej zatrzymywać.

Chyba zgubiła wątek i jej butna postawa w trzy sekundy zniknęła. Huh, ona naprawdę myślała, że się wkurwię.

Wkurwiłam się, ale zdecydowałam, iż jej tego nie pokażę. Nie dam jej tej satysfakcji.

Odeszła bez słowa, nieco zszokowana. Czasami widywałam ją pod siłownią, jak czekała na Antka, ale on porzucił pracę marzeń dla niej i zniknęli z pola mojego widzenia.

To uświadomiło mi, że naprawdę niczego nie można już w życiu brać za pewnik. Moja przyjaciółka… Piętnaście lat razem. Tyle problemów i gówna, przez które przepłynęłyśmy razem, wszystko na nic. Ale nie rozpaczałam. Może w głębi ducha czułam, że to się w końcu wydarzy, więc zdążyłam się z tym oswoić i pogodzić.

Nasza konwersacja grupowa na Messengerze zniknęła. Antek wypisał się z niej, podobnie jak Krycha. Skończyło się wspólne ciśnięcie beki, wysyłanie memów i opowiadanie o minionym dniu. Zabolało mnie to. Wygląda na to, że nie mam już żadnych przyjaciół. Mam znajomych, ale nie takich, którzy znaliby mnie naprawdę. Mogłabym ich policzyć na palcach jednej ręki, a i tak wszyscy ograniczali się do Turków, mieszkających na naszym osiedlu.

Potem poznałam Julkę i choć jeszcze nie nazwałabym jej przyjaciółką od serca, miała w sobie niepohamowany spokój i nutę szaleństwa. Nie zadawała pytań. Wiedziała, że jestem wywrotowcem, ale była obok. Dzieliło nas sześć lat, ale była naprawdę mądrą osobą, która jako jedna z niewielu znosiła moje poczucie humoru, a potem robiła makaron z sosem brokułowym i śmiała się ze mną z ludzi. Miała do nich optymistyczne podejście, które powoli zaczynało zanikać, ale to chyba kwestia pracy w handlu. Każdy przez to przechodzi, jeśli stoi za ladą odpowiednio długo.

No i Ege. Mój codzienny dostawca dobrej energii. Był chaotyczny, jak ja, ale mieliśmy jakiś taki swój vibe. Chodziłam na siłownię czasami, a on zawsze mówił rzeczy w stylu:

— Oooo nareszcie, moja Miśka postanowiła mnie odwiedzić. — i upewniał się, że każdy go słyszał.

Także nie zadawał pytań, ale z nieznanych mi przyczyn, trwał obok. Powierzałam mu sekrety, a on robił to samo. To było tak naturalne, nikt z nas o nic nie pytał, po prostu wiedzieliśmy pewne rzeczy.

Niewielu ludzi było obok mnie, ale zostali tylko ci, którzy byli naprawdę sprawdzeni. I jakoś żyło mi się z tym spokojniej i łatwiej. Chociaż czasami tęskniłam za tymi, którzy już nie krążyli po mojej orbicie.

Dopiłam kawę i poszłam do sypialni, by trochę popracować. Nie chciałam bawić się w żadne pokazy mody. Mała kolekcja, sklep internetowy, dopiero potem studio, w którym mogę coś sprzedawać stacjonarnie. Kampania marketingowa już ruszyła, internet obleciały banery i reklamy, dodawałam też coś na TikToka i firmowego Instagrama. Może uda się coś z tego wykuć.

Strona internetowa ze sklepem niemal gotowa na ponowne otwarcie. Zasługa Nikodema, Cartera i Michaela, którzy mi ją zrobili. Kim byłabym bez fachowców, którzy mnie otaczali?

Joachim rozwinął swój biznes i pracował nad nową aplikacją, ale miał już mniejszy zespół. I nauczył się lepiej rekrutować ludzi, po wtopie z Kacprem. Wzdrygnęłam się na myśl o tym człowieku. Nigdy więcej kogoś takiego na mojej drodze.

I jakoś to wszystko się toczyło. Wydałam nową książkę. Pracowałam nad trzecim tomikiem poezji. Odsłoniłam swoją duszę… i przelewałam to wszystko na papier, tworząc zupełnie nowe zlepki słów. I choć to wszystko z pozoru wydawało się takim, jakie sobie wymarzyłam… To momenty, w których czułam kompletną pustkę, chociaż to był chaos w chaosie, nadal było wiele. I uderzały mnie z kompletnie nową, nieznaną mi siłą.


— Tutaj niemiłosiernie pizga. — Anita zatarła ręce.

Właśnie kończyłyśmy poranną zmianę. Julka szykowała się już do domu, podobnie jak ja. Chłopcy mieli zostać na popołudnie, więc przyszli już i w sklepie zrobiło się gwarno.

— Tobie nawet w futrze byłoby zimno. — zaśmiał się Piotrek.

— Ha ha ha — przedrzeźniła go Anita. — Jak będziesz w moim wieku, to zrozumiesz.

— Co ty — Piotrek spojrzał na nią z politowaniem. — Jak ja nawet tyle nie dożyję, ty masz dwieście lat.

Tak właśnie wyglądały nasze codzienne przekomarzanki.

Robiłam sobie i Julce kawę w papierowych kubkach. Musiałam dzisiaj podłubać przy plakatach do kampanii marketingowej, więc nie mogłam zasnąć po pracy.

Jak zwykle, gdy byłam bliska pójścia do domu, Hunter zawitał w naszych sklepowych progach. Jego obecność tak cholernie mi ciążyła. Od razu zrobiło mi się gorąco i zastanawiałam się, co takiego Julka jeszcze robi na zapleczu, skoro jeszcze nie wyszła.

Hunter przystanął i popatrzył na mnie, chociaż ja uparcie gapiłam się na chłopaków. Czułam, po prostu czułam, jak skanuje moją twarz i moje ciało. Jakby wahał się, czy czymś mi dowalić. Najeżyłam się, oczekując ataku. Ten człowiek także wprowadzał chaos w moim chaosie. Ile to już minęło, odkąd to robi? Miesiąc? Zaczynała męczyć mnie ta zabawa. Był przeciwnikiem, godnym intelektualnej walki, ale… Nie na tyle, by mnie to dłużej interesowało. Poza tym bądźmy szczerzy — on z reguły niewiele się odzywał. Raczej się gapił, a ja bez końca zastanawiałam się, o co mu, do licha, chodzi.

Schowałam się za kołnierzem swojej kurtki. Sytuację uratował nieco Ege, który także przyszedł po fajki.

— Miśka — dał mi buziaka w czoło. — Gdzieś ty była? Nienawidzę tutaj przychodzić, jak ciebie nie ma.

Zaśmiałam się.

— No cóż, nie jestem tutaj na pełen etat, tylko pomagam — oznajmiłam. — Za niecałe dwa miesiące wychodzi moja nowa kolekcja, naprawdę mam wiele do zrobienia.

— Czas na prywatne konsultacje, chodź zapalić. — otworzył drzwi.

— Julka, czekam na zewnątrz — zawołałam, biorąc swój kubek. — Masz kawę na blacie.

Wyszłam, wyciągając fajkę z paczki. Pogadaliśmy trochę o życiu, Hunter wyszedł.

— Przychodzi do nas na siłkę — szepnął Ege. — Ale cię obczaja. Kurwa, Zoya, ten koleś sto procent na ciebie leci.

Skrzywiłam się.

— Daj spokój — zaśmiałam się. — Nie umawiam się z klientami.

— O tak, to bardzo dobra zasada — uniósł palec wskazujący w górę. — Ale czy zasady nie są po to, by je łamać? — zapytał cwaniacko.

— Nawet nie podsyłaj mi tego pomysłu. — burknęłam.

— Przecież ty masz szaleństwo we krwi, więc po co się oszukujesz? — zapytał.

Westchnęłam. I co by mi to dało? Romans? Czy ja w ogóle byłam na to gotowa?

Może nie byłam, ale bardzo tego chciałam. A to oznaczało tylko tyle, że zaraz odpierdolę jakiś szajs, którego będę długo żałowała. Ale czy ja na ogół nie żałuję większości swoich decyzji? No i co z tego, przecież dzięki temu żyję.

Rozdział 5

jesień

Nienawidziłam tego. Momentu, w którym dolatywało do mnie, że ktoś mi się podoba, a ja nie mogę nic z tym zrobić, tylko czekać chuj wie na co. Ten człowiek budził we mnie coś, czego nie znałam. To nie była zwykła fascynacja, paliło mnie wszystko w środku i tak bardzo chciałam wiedzieć, co się kryje pod maską tego skurwiela. Czy moje podejrzenia o tym, że jest byłym żołnierzem, były prawdziwe? Jaki miał powód do tego, by nie lubić ludzi?

Siedziałam na parapecie w sypialni, w za dużym T-shircie, mojej własnej produkcji, z jednym z moich wierszy, wyhaftowanymi na przodzie — „Świat uczynił mnie potworem, a potem dał mi pióro. ZOYA’S POETRY (2021)” — dochodziła już północ, a ja nie mogłam spać i czułam, jak mnie nosi. Do diabła, serio, z wszystkich ludzi, dlaczego akurat Hunter? Nie widziałam go od trzech dni. Zniknął, bo zapewne ma dosyć luźne podejście do nauki na naszej uczelni. Poza tym nie był głupi, więc pewnie ogarniał materiał na własną rękę. Nie znalazłam go na Facebooku, ale byłam na to gotowa. To nie jest człowiek, który pokazuje swoje życie w sieci. Niemniej jednak poczułam się rozczarowana. Chciałam tak wiele o nim wiedzieć, a nie miałam możliwości i zaczynało mnie to irytować.

Chyba muszę się przewietrzyć. Połowa listopada. Założyłam na tyłek dres, na plecy za dużą bluzę, która o dziwo, należała do Nikodema i kurtkę. Wzięłam fajki i telefon i wyszłam z mieszkania. Grube skarpety okazały się niewygodne, ale dobra, trochę pizga.

Zjechałam windą i wyszłam z budynku. Środek tygodnia, cisza na dworze. Mroźny wiatr, kilka osób na siłowni, wyciskające siódme poty. To osiedle było bogate, ale te wszystkie ściany, podświetlane korytarze zdradzały, iż mieszkają tutaj bardzo samotni ludzie, którzy utopili siebie w pogoni za pieniędzmi. Przeszłam kawałek, by dostać się do kieszonkowego parku za blokiem. Kilka ławek i latarni. Z kosza wysypywały się śmieci, ostatnie ślady po sobotniej imprezie. Tak, czasami ktoś łoił tutaj szybkiego browara. Ogromny dąb, na piaskowej alejce żołędzie, strzelające pod podeszwą moich vansów. W głębi, wśród krzewów kolejna ławka, a niej siedząca jakaś postać. Kurwa, coś mnie tutaj specjalnie wołało. Hunter. Miał kaptur na głowie, a mi zrobiło się gorąco. Siedział tyłem do mnie. Okay, chyba jednak się wycofam, zanim zobaczę za dużo.

I już miałam się odwrócić na pięcie, ale odezwał się nagle.

— Nie musisz uciekać — powiedział stanowczo. — Chociaż możesz.

Serce zabiło mi mocniej. Nie chciałam z nim walczyć, naprawdę. Ton jego głosu też był jakiś inny, niż zazwyczaj. Jakby opuścił gardę i po raz pierwszy nie chciał się ze mną przekomarzać.

Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam w jego stronę. Chuj, i tak bardziej nie jestem w stanie się skompromitować. Podeszłam do niego, chociaż każdy krok ciążył mi podwójnie. Patrzył na mnie ciemnymi oczami, pełnymi zmęczenia.

— Dlaczego nie śpisz? — zapytał, siląc się na lekki ton.

Westchnęłam.

— Nie mogłam zasnąć, więc pomyślałam, że spacer dobrze mi zrobi — przyznałam od niechcenia. — A ty? Raczej nikt nie siedzi tutaj o północy, w taką pogodę.

Po raz pierwszy to była normalna wymiana zdań między nami. Zero sarkastycznej walki.

— Jakoś nie mam nastroju na spanie. — odpowiedział szczerze, co mnie zaskoczyło.

Usiadłam obok niego, starym zwyczajem podkulając nogi i wyciągając papierosa z paczki.

Włosy zwykle miałam rozpuszczone, ale z pasm grzywki formowałam na czubku głowy małego koczka. Popatrzył na mnie.

— Życie ci spuściło srogi wpierdol, co nie, Staszewska? — zapytał nagle.

Moje serce zadrżało. Może czytał o mnie w Google? Do diabła. Może znalazł mojego bloga, a w takim wypadku to robi się nieco wstydliwe i skomplikowane.

— Cóż, pewne sprawy wyobrażałam sobie inaczej. — mruknęłam, zaciągając się dymem.

Już na bank wiedział o mojej chorobie. Poczułam się jak mała dziewczynka, z której uleciało życie.

— To w sumie zabawne, jak nasze oczekiwania rozmywają się z czasem. — skomentował.

— Przyzwyczaiłam się — stwierdziłam. — Do tego, by ich nie mieć.

Pokręcił głową. Obracał w palcach zapalniczkę, ale zaraz też odpalił papierosa.

— Długo zastanawiałem się — zaczął nagle. — Dlaczego akurat ty. Dlaczego akurat ty wlazłaś mi do głowy i siedzisz sobie tam, jakbyś próbowała zbudować w niej swoje królestwo.

Uniosłam brew, czując, jak moja krew zaczyna buzować. Ege miał rację. O dziwo, mimo zaskoczenia, nawet mnie to ucieszyło.

— Pomyślałem sobie — mówił. — Że nie jestem w stanie cię złapać. Ty masz jakiś swój dziwny świat, tkwisz w pracy, która… Nie zasługujesz na to. Na to, by ci ludzie tak cię lekceważyli. Czy to oznaka tego, że jest ci już wszystko obojętne? Gdzie straciłaś ten płomień, kto go zgasił? — patrzył na mnie stanowczo.

Wzruszyłam ramionami.

— Nie będę próbowała go znowu rozniecać — mruknęłam zrezygnowana. — Wszystkie próby na nic. Po co dłużej w tym grzebać?

— Ach, więc się poddałaś — mruknął. — Niemożliwe. Tacy ludzie jak ja i ty nigdy się nie poddają.

Prychnęłam.

— Tak, i właśnie dlatego siedzisz tutaj w środku nocy, myśląc o mnie. — burknęłam.

Uśmiechnął się.

— Przyznaję — odpowiedział szczerze. — Nie wiem, co mam z tym zrobić. Do tej pory nikt nie wszedł tak daleko. Jesteś pierwsza.

Powietrze między nami drgało od niewypowiedzianych słów. Czułam, że to pierwszy krok do zrozumienia człowieka, który zdawał się nie dopuszczać nikogo do siebie… Nikogo, oprócz mnie.

— Wiele z nich próbowało, ale kurwa, ci ludzie są tacy głupi — pokręcił głową znowu. — Żadna nie miała takiego spojrzenia, jak ty. Żadna nie patrzyła na mnie tymi swoimi pięknymi oczami w taki sposób. Jakbyś widziała coś więcej, jakbyś czuła, że coś ukrywam. Ciąży mi twoje spojrzenie, Staszewska. Jakbyś widziała we mnie człowieka. — mówił bez składnie.

Kurwa mać, czułam, jak moje serce mocno bije. Po raz pierwszy odzywał się do mnie w tak szczery sposób.

— Mam pewną teorię — zaczęłam. — Ale to tylko teoria.

— Och, czyli musiałaś o mnie myśleć, skoro wpadłaś na jakąś — uśmiechnął się. — Słucham. Zobaczymy, czy umiesz czytać ludzi tak, jak zakładałem.

Poczułam się zawstydzona, ale westchnęłam tylko. Muszę dobrze dobrać słowa, bo inaczej się wystraszy i ucieknie. Balansowałam na cienkiej granicy, ale przecież to moja specjalność.

— Jesteś byłym żołnierzem, który walczył w kanadyjskiej armii w najgorszych konfliktach zbrojnych, jakie wydarzyły się i jakie nadal dzieją się we współczesnym świecie. — wypaliłam.

Chuj, najwyżej mnie wyśmieje. Mogłam to znieść.

Milczał. Patrzył na mnie zaciekawiony. Do cholery, odpowiedz coś. Mam rację. Mam, kurwa, rację, jak zwykle.

Dostrzegłam w jego spojrzeniu pewną oznakę rozpaczy.

— Afganistan i Irak. — poszłam za ciosem.

Pokręcił głową z niedowierzaniem, odwracając spojrzenie. Widziałam jego spięte mięśnie na twarzy i szyi. Jakby poczuł coś, czego nie powinien. Jakbym obudziła coś, co dawno temu zasnęło.

Spojrzał mi w oczy po raz kolejny. Wzrokiem pełnym bólu.

Zabolało mnie serce. Miałam rację…

— Ty naprawdę niczego się nie boisz — wycedził zafascynowany. — Zwłaszcza tego, by mówić to, co myślisz.

— Boję się tylko rachunków i podatków, cała reszta mnie nie rusza. — rzuciłam na rozluźnienie atmosfery.

Poskutkowało, bo uśmiechnął się lekko.

— Kabul, Kandahar — powiedział nagle, patrząc na mnie. — Widziałem rzeczy, których nikt nie powinien widzieć. Robiłem rzeczy, których nikt nie powinien robić. To zupełnie inna rzeczywistość. Coś, czego nikt nie powinien doświadczać. A wokół mnie byli ludzie, którzy… Albo myśleli racjonalnie, albo ginęli. — wyrzucił z siebie.

Chwila ciszy. Moje bijące głośno serce.

— Byłem kimś, kto szybciej nauczył się zabijać, niż ufać. — dodał gorzko.

— I żyjesz z tym? — zapytałam.

Przeszedł mnie dreszcz. Nie wiem, czy z fascynacji, czy z lęku.

Nie mogłam się oprzeć, widziałam jego oczy, pełne bólu w świetle księżyca. Wyciągnęłam prawą dłoń i ostrożnie dotknęłam jego policzka. Bałam się, że to za dużo dla niego, ale nie uciekł.

— Nie żyję. Próbuję przetrwać, a to dwie, różne rzeczy. — stwierdził gorzko.

— To nauczyło cię, by nie przywiązywać się do ludzi, prawda? Tak, bo — przerwałam. — Nie chciałbyś ich ranić, na wypadek twojej śmierci. Zdystansowałeś się. — pokręciłam głową.

— Owszem — dotknął mojej dłoni, która nadal spoczywała na jego policzku. — Rozgryzłaś mnie w pięć minut, Staszewska. A dla mnie rozgryzienie ciebie to wyzwanie. Moje ulubione wyzwanie. — uśmiechnął się.

Miał taką ciepłą dłoń. Znowu przeszedł mnie dreszcz.

— To nie było zbytnio skomplikowane — mruknęłam. — Mój brat ma kumpli, którzy także byli zawodowymi żołnierzami. Oboje są skurwielami z piekła. Może właśnie dzięki nim nauczyłam się, by nie dać się tak łatwo złamać. — palnęłam bez sensu.

Przecież wcale nie było tak łatwo mnie złamać, co nie?

— Ty — zaczął. — Ty nie masz pojęcia, co ze mną robisz. Wyciągasz ze mnie coś, czego już dawno nie pokazywałem światu. Właściwie to nie jestem pewien, czy kiedykolwiek komuś to pokazałem. Nigdy wcześniej sobie na coś takiego nie pozwoliłem. — powiedział tak cicho, że przez chwilę nie byłam pewna, czy naprawdę to usłyszałam.

Zjechałam dłonią na jego szczękę. Wstrzymał oddech.

— Nie wiesz, o co mnie prosisz. — wymruczał.

— Myślę, że wiem doskonale. — burknęłam.

— Chodź, napijemy się herbaty — powiedział nagle. — Nie bój się, nie jestem psychopatą. — wstał z miejsca i wyciągnął do mnie rękę.

— No nie wiem, czy powinnam wierzyć w te słowa. W końcu padły z ust byłego żołnierza. — zaśmiałam się krótko, ale ujęłam jego dłoń i także wstałam z miejsca.

No i chuj. Tak właśnie wyglądają moje własne obietnice, składane samej sobie nad ranem — jak ja, idąca u jego boku, wprost do jego mieszkania.


Nasz blok był pełen loftów. Małych loftów. Weszłam do mieszkania, w którym panował półmrok. Drzwi do sypialni, szeroko otwarte, naprzeciwko wejścia głównego. Na lewo łazienka, a dalej aneks kuchenny, przechodzący w przytulny salon. Kanapa, wielkie okna z metalowymi ościeżnicami. Stół pod ścianą, trzy krzesła. Jakieś regał z książkami i pustymi ramkami na zdjęcia. Ściany ceglane, bez wykończenia. Gniazdko drapieżnika. Widziałam z okna park, w którym przed chwilą siedzieliśmy.

Beżowe zasłony. Och, do diabła, czy ten człowiek słyszał o roletach?

Zdjęłam buty i kurtkę, którą odwiesił na haczyk w hollu.

— Mam malinową. — oznajmił wstawiając wodę.

Spiorunowałam go wzrokiem.

— Nie tylko ty znasz moje sekrety — uśmiechnął się. — Ja też znam część twoich.

— Och, czyli nie próżnowałeś — mruknęłam, siadając na kanapie, dostrzegając przy ścianie od sypialni stojące pianino. — Już znalazłeś mojego bloga, prawda?

— Ciężko nie znaleźć, gdy widzi się stare plakaty na starych kamienicach, mówiące o twojej najnowszej książce. — wyjął dwa kubki z szafki nad zlewem.

Westchnęłam. Żenada, ale chyba już bardziej się nie skompromituję, co nie?

— Masz naprawdę twarde poglądy, patrząc na to, jak miękka jesteś w środku. — powiedział nagle.

Nieco się zawstydziłam, ale nie na tyle, by umierać.

— Hunter, ja jestem tylko diablicą, która niszczy wszystko na swojej drodze. — burknęłam.

— Nie jesteś w stanie zniszczyć mnie. — odpowiedział pewnie.

— Ta, wiem. Bo nie da się zniszczyć tego, co już jest zniszczone. — mruknęłam cicho, ale i tak usłyszał.

— Nie da się wiecznie ukrywać wszystkich uczuć, bo to i tak kiedyś wypłynie na wierzch. — odpowiedział, patrząc na mnie.

— Czasami nie ma się innego wyjścia, jak dusić wszystko w sobie. — wzruszyłam ramionami.

Uśmiechnął się.

— Mówiłem, że życie spuściło ci srogi wpierdol, Staszewska. Tak srogi, że postanowiłaś pokazywać wszystkim swoją twarz suki — stwierdził. — Prawie się nabrałem. Dobra w tym jesteś.

— Lata praktyki. — nie powinnam być z tego dumna, ale trochę byłam.

No jasne, że będzie teraz próbował wyciągnąć ze mnie więcej. Chyba wpadłam w pułapkę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 50.55