Kontynuacja książek: „Kryptonim Mirza” i „Operacja kukułka”.
Wszelkie podobieństwa do prawdziwych postaci i zdarzeń są przypadkowe.
Paczkomat. Skrzynka na listy. Serwer Minecrafta. Tablica z rozkazem, która znika po trzydziestu sekundach. Jacek Wróbel nie wie, dla kogo pracuje. Nie wie, co przewozi. Wie tylko, że za każde zadanie dostaje pieniądze, a za nieposłuszeństwo — karę. Gdzieś w Moskwie ktoś planuje coś dużego. Gdzieś w Warszawie kontrwywiad szuka igły w stogu siana. A Jacek jest tą igłą — tylko że igła o tym nie wie. Trzeci tom przygód Eryka Grynia.
Rozdział 1 Opricznik
Łódź, 13 stycznia 2024 r.
Parking centrum M1 ciągnął się w każdą stronę jak betonowe pole -setki samochodów ustawionych w równych rzędach, między którymi kluczyli ludzie z torbami, wózkami, dziećmi na rękach. Gryń zerknął na zegarek -czternasta jedenaście.
Siedział w szarym Oplu Insignia, silnik wyłączony, szyba lekko opuszczona. Pięćdziesiąt metrów przed nim stał paczkomat InPostu, żółty prostokąt na tle szklanej fasady centrum handlowego na ulicy Brzezińskiej. Ludzie przechodzili obok, nikt nie zwracał na automat uwagi, nikt nie zwracał uwagi na nic -w sobotę w centrum handlowym każdy jest zajęty sobą.
Gryń czekał.
Kobieta pojawiła się od strony wejścia głównego. Wysoka, szczupła, w ciasnych getrach, które opinały jej biodra i pośladki z chirurgiczną precyzją. Gryń przestał myśleć o akcji. Na dwie, może trzy sekundy przestał myśleć o czymkolwiek. Patrzył na pośladki. Wyżej -krótka kurtka, sięgająca ledwie nad biodra, a na kurtce długi ogon blond włosów, gęstych, prostych, kołyszących się z każdym krokiem. Jeszcze wyżej -bejsbolówka naciągnięta nisko na głowę, daszek skierowany do przodu.
Widział ją od tyłu. Tylko od tyłu.
Kobieta szła w stronę wejścia do centrum, ale nagle skręciła. Zmieniła kurs bez wahania, jakby dopiero teraz przypomniała sobie o czymś ważnym, i podeszła do paczkomatu. W ręce trzymała smartfon. Palcem stuknęła w ekran, skrytka otworzyła się z kliknięciem. Pochyliła się -Gryń nadal widział ją od tyłu, nadal widział getry -i wyjęła paczkę. Jak pudełko z butami owinięte białą folią.
Obróciła się na pięcie. Cały czas patrzyła w dół, w ekran telefonu, daszek bejsbolówki zasłaniał jej twarz jak przyłbica. Ruszyła w stronę parkingu.
Za nią, w odległości kilku metrów, szli Tomasz Wysocki i Piotr Leski. Obaj w dżinsach i kurtkach puchowych, Wysocki z plecakiem przewieszonym przez jedno ramię, Leski z łysą głową odkrytą mimo styczniowego chłodu -wyglądali jak dwóch studentów wracających z wykładu, może z imprezy, może znikąd. Kilka kroków za nimi człapał Jarek Niklewski -w roboczych butach, w kurtce, która widziała lepsze czasy, barczysty, niski, z brzuchem wypiętym do przodu i z miną człowieka, który właśnie skończył zmianę na budowie i szuka swojego samochodu.
Gryń wyłączył myślenie o getrach. Wyłączył wszystko oprócz tego, co było przed nim.
Wysiadł z Opla. Zamknął drzwi bez trzaskania. Ruszył spokojnym krokiem, ręce w kieszeniach, uśmiech przyklejony do twarzy -ten stały, domyślny, niezmienny uśmiech, który nie był ani fałszywy, ani szczery, po prostu był.
Kobieta otworzyła drzwi swojego samochodu. Mazda 3, nowy model, w kolorze tak jaskrawie czerwonym, że auto wyglądało jak zabawka na tle szarych i srebrnych pojazdów wokół. Wsunęła paczkę na siedzenie pasażera. Chciała wsiąść.
Wysocki i Leski stanęli przed maską mazdy. Spokojnie. Bez słowa. Po prostu stanęli, jak dwaj ludzie, którzy akurat w tym miejscu postanowili sprawdzić coś w telefonach.
Niklewski pojawił się przy otwartych drzwiach od strony kierowcy. Nie zamknął ich. Nie dotknął kobiety. Stał. Jego masywna sylwetka wypełniała całą przestrzeń między drzwiami a słupkiem.
Gryń doszedł od strony pasażera. Stanął tak, że kobieta zobaczyła go dopiero, gdy odwróciła głowę.
Teraz widział jej twarz.
Usta -wielkie, sztucznie napompowane, wypukłe jak dwie śliwki, połyskujące od błyszczyku. Makijaż gruby, precyzyjny -czarne kreski, sztuczne rzęsy, brwi narysowane z geometryczną dokładnością. Pod tym wszystkim twarz młoda, może dwadzieścia pięć lat, może mniej, trudno było powiedzieć pod tymi warstwami.
Oczy miała szeroko otwarte. Przerażone.
— Szczo wy wid mene choczete? -powiedziała cienko, szybko, cofając się o pół kroku w głąb samochodu.
***
Najpierw był koń.
Jurij widział go tak wyraźnie, jak widzi się własne dłonie -czarnego ogiera, nieruchomego, masywnego, o sierści tak ciemnej, że światło szarego świtu nie odbijało się od niej, lecz ginęło, wsiąkało w nią jak w smołę. Z nozdrzy zwierzęcia buchała para. Kopyta wrośnięte w ubity śnieg. Ogier stał jak rzeźba odlana z żeliwa, a Jurij -nie wiedząc jeszcze, że śni -zbliżał się do niego powoli, ostrożnie, bo tak nakazywało mu ciało, choć rozum nie pracował, bo we śnie rozum milczy.
Na grzbiecie konia siedział człowiek.
Jurij zobaczył go nie od razu -dopiero po chwili postać wyłoniła się z mroku jak wypalone piętno na siatkówce. Oficer opriczniny. Cały w czerni, w kaftanie z grubego sukna podbitego ciemnym futrem, sztywnym od mrozu i brudu. Na głowie futrzana czapka, niska, nasunięta na czoło. Postawa w siodle pewna, wyniosła -nie żołnierza, nie rycerza -kata. Broda gęsta, zaniedbana, twarz jak wyciosana siekierą, a oczy -Jurij jeszcze ich nie widział, jeszcze nie dotarł wzrokiem tak daleko.
Zobaczył za to resztę.
U boku jeźdźca, w pochwie ze zgrubiałej skóry, spoczywała krzywa szabla. Za plecami, przypięty rzemieniami, kołysał się berdysz -ciężka, długa siekiera o szerokim ostrzu, broń przeznaczona nie do walki, lecz do ścięć. W prawej dłoni nagajka z ołowianym ciężarkiem na końcu, owinięta wokół nadgarstka jak różaniec. A przy siodle, tuż obok uda oficera, dwa przedmioty, które Jurij rozpoznał z opóźnieniem kilku uderzeń serca: łeb psa, ścięty tuż za krtanią, z otwartą paszczą i wywalonymi, zastygłymi ślepiami -i brzozowa miotła, prosta, związana sznurem, z gałązkami pożółkłymi od mrozu.
Pies i miotła. Gryźć i wymiatać.
Jurij podszedł bliżej. Śnieg chrzęścił pod jego butami, choć nie czuł zimna, nie czuł nic -tak bywa we śnie, gdy ciało jest gdzie indziej, a umysł wędruje sam.
Nowogród Wielki. Styczeń. Rok pański 1570.
Wiedział to, choć nikt mu tego nie powiedział. Wiedział, jak się wie rzeczy we śnie -bezpodstawnie, ale z absolutną pewnością. Nad miastem wisiało niebo koloru popiołu. Domy gdzieś w tle, ciemne, przycupnięte, jakby chciały wcisnąć się pod ziemię i zniknąć. Cisza. Nawet wiatr milczał.
Oficer na koniu nie poruszył się. Jurij stał teraz kilka kroków od niego. Podniósł wzrok na twarz jeźdźca.
Broda. Czoło. Nos. Oczy.
Jego oczy. Jego nos. Jego twarz.
Opricznik miał twarz Jurija Mielnikowa.
Patrzył na siebie samego -siedzącego na czarnym koniu, z nagajką w dłoni, z psim łbem u siodła -i nie czuł zdziwienia. Sen nie pozwalał na zdziwienie. Sen pozwalał tylko patrzeć.
I wtedy zobaczył to, na co patrzył tamten -ten na koniu, ten z jego twarzą.
Rzeka.
Wołchow płynął tuż za brzegiem, szeroki, leniwy, częściowo zakuty w lód, który pękał i kruszył się przy krawędziach jak stare szkło. Woda miała kolor, którego woda mieć nie powinna. Gęsta, ciemna czerwień, jakby ktoś wylał do koryta setki beczek wina albo -Jurij wiedział, że nie wina.
W rzece, po pas, stały cztery postacie.
Kobieta. Mężczyzna. Dwoje dzieci.
Związani razem sznurem -ciasno, byle jak, jak snopek siana rzucony na wóz -stali w lodowatej wodzie, a ich ciała trzęsły się tak gwałtownie, że drżenie to było widoczne nawet z brzegu. Kobieta trzymała jedno z dzieci nad powierzchnią. Drugie dziecko zanurzało się i wynurzało, zanurzało i wynurzało, usta otwarte, żadnego dźwięku.
Po obu stronach snopka ludzkiego ciała stali dwaj opricznicy w czarnych kaftanach. Trzymali piki. Długie, drewniane drzewca zakończone stalowymi grotami, które opierali o ramiona i głowy związanych. Raz na kilka sekund naciskali. Spokojnie, bez pośpiechu, bez złości. Rutynowo. Jak rzemieślnicy wykonujący powtarzalną czynność.
Głowy znikały pod czerwoną wodą. Wynurzały się. Znikały znowu.
Jurij chciał krzyknąć, ale sen nie dał mu głosu.
***
Obudził się z rozdziawionymi ustami i gardłem tak ściśniętym, jakby ktoś trzymał go za krtań. Leżał na plecach. Pościel przesiąknięta potem, mokra jak po deszczu. Koszulę nocną miał przyklejoną do klatki piersiowej, do brzucha, do ramion -cienki bawełniany materiał nasiąknął tak, że stał się przezroczysty.
Usiadł. Serce biło mu w skroniach, w gardle, w nadgarstkach -wszędzie naraz.
Ściągnął koszulę przez głowę jednym ruchem, zwinął ją w kulę i wytarł nią twarz, kark, klatkę piersiową. Materiał był ciepły i obrzydliwie wilgotny. Rzucił go na podłogę.
Siedział tak przez dłuższą chwilę, łypiąc w ciemność, z gołym mokrym torsem, z oddechem, który nie chciał się uspokoić.
***
Oddech uspokoił się po kilku minutach. Pot wysychał na skórze, zostawiając chłód i zapach, którego Jurij nie lubił -kwaśny, zwierzęcy, zapach strachu.
Sen był znakiem.
Jurij Mielnikow nie wierzył w Boga, nie wierzył w przeznaczenie, nie wierzył w żadną siłę wyższą -ale wierzył w znaki, bo znaki były językiem podświadomości, a podświadomość wiedziała więcej niż rozum. Podświadomość przetwarzała dane, których świadomy umysł nie chciał przyjąć do wiadomości. Podświadomość nie kłamała.
Opricznik na koniu. Rzeka koloru krwi. Ludzie wpychani pod wodę pikami -kobieta, mężczyzna, dwoje dzieci, związani jak snopek.
Cywile.
W grudniu Smotr stracił terminal do łączności z satelitą Rodnik. Smotr miał sześćdziesiąt kilka lat, dwadzieścia pięć lat w terenie, i właśnie dlatego był niebezpieczny -bo ludzie po dwudziestu pięciu latach w terenie zaczynają wierzyć we własną nieomylność. Terminal był stracony. Łączność z Centrum trzeba było przeorganizować. To była pierwsza wpadka.
Teraz, w styczniu, druga. Kurierka -ta Ukrainka — Oksana Krupko, głupia dziewczyna z napompowanymi ustami -wpadła z elementem ładunku w Łodzi. Nie z całym ładunkiem, nie z kompletem, ale z wkładką miedzianą i rurą. Wystarczająco, żeby polski kontrwywiad wiedział, co budują. Wystarczająco, żeby zaczęli szukać.
Dwie wpadki w sześć tygodni. To nie był pech. To był wzorzec.
Jurij leżał w ciemności i patrzył w sufit, którego nie widział.
Cel miał być cywilny. Instalacja gazowa w wieżowcu na Śląsku -konkretny budynek, konkretne piętro, konkretna rura gazowa biegnąca przez pion techniczny. Ładunek kumulacyjny przebija ścianę pionu, rozrywa rurę, gaz wypełnia klatkę schodową i pięć, może sześć mieszkań. Wystarczy iskra -włącznik światła, lodówka, zapalniczka. Eksplozja, pożar, zawalenie się co najmniej dwóch kondygnacji. Dwadzieścia, trzydzieści ofiar. Może więcej. Polska prasa pisze o wybuchu gazu, bo w Polsce zawsze pisze się o wybuchu gazu. Nikt nie szuka bomby. Nikt nie wie, że to bomba. Operacja czysta i efektowna.
Tak to wyglądało jeszcze tydzień temu.
Teraz Jurij patrzył na ten plan inaczej. Polacy mieli wkładkę. Mieli rurę. Mieli kurierkę, która mogła powiedzieć -niewiele, ale coś. A przede wszystkim mieli powód, żeby szukać. Bomba rurowa z ładunkiem kumulacyjnym to nie petarda sylwestrowa. To broń. Kontrwywiad będzie drążył. Będzie szedł wstecz -od kurierki do nadawcy, od nadawcy do zleceniodawcy, od paczkomatu w Białymstoku do paczkomatu w Chorzowie. Może nic nie znajdą. Prawdopodobnie nic nie znajdą. Ale „prawdopodobnie” to nie jest słowo, na którym buduje się operację.
Opricznik na koniu patrzył na cywilów topionych w rzece. I Jurij, śniąc jego twarzą, patrzył razem z nim.
Nie.
Nie cywile.
Cel wojskowy, quasi-wojskowy. Coś, co uderzy mocniej, ale co jednocześnie zmieni profil śledztwa. Cel cywilny -to wewnętrzna sprawa polska. Policja, prokuratura, biegli od instalacji gazowych. Cel wojskowy -to NATO, to kontrwywiad, to międzynarodowy kryzys, ale paradoksalnie -mniejsze ryzyko namierzenia, bo wojskowi chronią informacje, klasyfikują, zamykają obieg. Cywilne śledztwo jest otwarte, niekontrolowane, nieprzewidywalne. Wojskowe -zamknięte, sztywne, powolne.
Tylko jaki cel?
Jurij zamknął oczy. Nie żeby zasnąć -żeby myśleć. Gdzieś za ścianą kapał kran. Miarowo, monotonnie, jak metronom.
Jaki cel.
Rozdział 2 Ładunek kumulacyjny
13 stycznia 2024, godzina 23:00. Warszawa, ulica Grochowska. Mieszkanie Eryka Grynia.
Kanapa była za krótka i Gryń siedział na niej z nogami wysuniętymi daleko do przodu, z piętami opartymi o podłogę, a protokół oględzin trzymał obiema rękami na wysokości klatki piersiowej, bo lampa za jego plecami dawała jedyne światło w pokoju.
Pozycja pierwsza. Rura stalowa, średnica sto osiemdziesiąt milimetrów. Z jednej strony gwint zewnętrzny, z drugiej wewnętrzny. Gryń widział tę rurę dziś rano na stole laboratoryjnym, jeszcze zanim technicy ją rozłożyli -zwykły odcinek rury hydraulicznej, mógłby leżeć w każdym składzie budowlanym w kraju, w każdej piwnicy, niczym niewyróżniający się kawałek stali. Ale gwint po obu stronach -zewnętrzny i wewnętrzny -nie miał nic wspólnego z hydrauliką. Rura była kadłubem. Korpusem ładunku.
Pozycja druga. Miedziany blok owalny, stożkowy w środku, nagwintowany od zewnątrz. Wkładka kumulacyjna. Gryń przesunął palcem po wydrukowanym opisie. Czysta miedź -miękka, plastyczna, idealna do tego celu. Po detonacji ładunku głównego stożek wewnętrzny imploduje, formując cienki strumień roztopionego metalu pędzący z prędkością kilku kilometrów na sekundę. Taki strumień przebija pancerz. Przebija stal. Przebija wszystko, co stanie mu na drodze, bo fizyka jest bezstronna.
Pozycja trzecia. Obejma stalowa, średnica sto osiemdziesiąt milimetrów.
Pozycja czwarta. Płytka PCB z przylutowanym malutkim telefonem komórkowym.
Gryń odłożył protokół na kanapę obok siebie. Cztery elementy. Cztery pozycje na kartce. Brakowało tylko ładunku wybuchowego i zapalnika. Zmieściłoby się to w pudełku po butach. A efekt -dziura o średnicy pięści w pancerzu wozu bojowego, lub w drzwiach samochodu osobowego, lub w ścianie budynku, lub w klatce piersiowej człowieka stojącego po drugiej stronie.
Wziął do ręki drugi protokół. Ten znał na pamięć, bo sam go wypełniał siedem godzin wcześniej, w pokoju przesłuchań naprzeciwko kobiety z napompowanymi ustami i tuszem rozmazanym pod oczami.
Przebiegł wzrokiem po zeznaniach.
*Jestem z zawodu modelką. Mieszkam w Polsce od roku. Ja nie jestem uchodźcą, ja tu pracuję, nagrywam reklamy. Jutro mam samolot do Dubaju.*
Gryń pominął kolejne dwa akapity -tłumaczenia, zapewnienia, powtórzenia tego samego innymi słowami. Przeskoczył do końca.
*Tę paczkę miałam odebrać dla koleżanki. Ona jest naukowcem, mieszka na Śląsku. Tam miał być termos.*
*Pytanie: Nazwisko koleżanki?*
*Odpowiedź: Irina ma na imię. Nazwiska zapomniałam.*
*Pytanie: Adres?*
*Odpowiedź: Na Śląsku. Ja mam kod QR. Ja miałam tę paczkę odesłać. Nie pamiętam gdzie dokładnie.*
*Pytanie: Gdzie jest ten kod QR?*
*Odpowiedź: Na moim telefonie.*
*Pytanie: Kto pani kazał paczkę odebrać, kto ją nadał?*
*Odpowiedź: No kolega, Stefan z Tarnopola. Napisał mi SMS, że nadał do mnie, bo nie pamiętał adresu. Kolega Iriny miał mi dać jej adres, a ja miałam przesłać paczkę dalej.*
Gryń odłożył protokół na kupkę obok pierwszego. Sięgnął po piwo stojące na podłodze przy nodze kanapy. Puszka była lekka -dwa łyki. Przechylił ją, wypił resztkę w dwóch szybkich ruchach gardła, odstawił pustą puszkę na to samo miejsce.
Wstał. Wszedł na balkon.
Styczeń w Warszawie pachniał spalinami, mokrym betonem i czymś metalicznym, co mogło być śniegiem albo mogło nie być niczym. Gryń wyciągnął z kieszeni paczkę niebieskich LM-ów, wytrząsnął jednego, wsadził między wargi, kliknął zapalniczką. Wypuścił dym nosem, patrząc w dół na ulicę Grochowską -pustą o tej porze, tylko latarnie i jedno migające światło sygnalizacji na skrzyżowaniu.
Stał i palił, i myślał o rurze stalowej o średnicy sto osiemdziesięciu milimetrów.
***
18 stycznia 2024. Warszawa, ulica Żwirki i Wigury. Siedziba SKW. Gabinet pułkownika Stępnia
Stępień siedział za biurkiem. Gryń i Wysocki naprzeciwko, na krzesłach, które w tym gabinecie stały zawsze w tym samym miejscu -dwa metry od biurka, lekko skosem do siebie, tak że siedzący na nich musieli patrzeć albo na szefa, albo na siebie, ale nie na obu jednocześnie.
— Kim jest ta Ukrainka -powiedział Stępień. Nie zapytał. Stwierdził, że chce wiedzieć. -I jak na nią wyszliście.
Wysocki odezwał się pierwszy.
— Meldunek z jednostki wojskowej w Białobrzegach. Monitorowali Telegram. Ta Ukrainka tam się udzielała, dość aktywnie. Nasi zastosowali prowokację. Odpowiedziała na ogłoszenie.
— Jakie ogłoszenie.
— Takie jak zamieszcza GRU dla „jednorazowych agentów”, tylko to było nasze. Wie szef, oni szukają ludzi, którzy chcą szybko zarobić. Pięćdziesiąt euro za zdjęcie obiektu wojskowego, sto za dostarczenie paczki, dwieście za coś poważniejszego. Później jest test podatności -czy kandydat się nie wycofa, czy nie pójdzie na policję, czy da się sterować. Ruscy mają do tego boty i sztuczną inteligencję.
— My też mamy -wtrącił Gryń. -Ona wysłała naszemu botowi zdjęcie swojego paszportu. I selfie. Tak po prostu, bez ociągania, bez pytań, gdy odpowiedziała na pierwsze pytania czy chce zarobić. Nasz bot zaproponował jej sto euro i standardowe zadanie sprawdzające dla agenta jednorazowego. Odebrać paczkę, przesłać dalej. Od tego momentu ją obserwowaliśmy.
— To znaczy nie my -poprawił Wysocki -tylko jednostka w Rzeszowie, bo tam ta Ukrainka się zaczepiła. Stamtąd jeździła do Dubaju, stamtąd wracała, stamtąd się logowała.
Stępień podniósł rękę. Gest, który oznaczał: dalej, szybciej, do sedna.
— To prostytutka, nie modelka -powiedział Gryń. -Faktycznie, tak jak zeznała, jeździ do Dubaju, czasem do klientów. Wciąga kokę, stąd to parcie na pieniądze. Każde dodatkowe sto euro jest dobre.
— Do rzeczy. Co to za paczka, kto ją nadał, do kogo.
Gryń splótł ręce na kolanach.
— I tu niestety trop się urwał.
Stępień patrzył na niego bez wyrazu. Czekał.
— Paczkę nadał pewnie jakiś jednorazowy agent -powiedział Wysocki. -Z paczkomatu mamy tylko nagranie. Człowiek w czapeczce bejsbolowej, twarz niewidoczna. Paczka nadana w Białymstoku. I tu jest ciekawostka -specjalnie wybrali paczkomat, który jest rzadko opróżniany. Przeleżała w nim prawie dwa dni. Później ktoś ją w Łodzi odebrał. Znowu brak widocznej twarzy. Tutaj pewnie dołożyli ten zapalnik z telefonem. Paczki nie nadali tylko włożyli do paczkomatu. Ta Ukrainka miała ją puścić dalej.
— Po tym nadawcy żadnego śladu. Monitoringu żadnego nie udało się zabezpieczyć, tam nie ma w pobliżu żadnych kamer -podjął Gryń. -Odbiorcy też nie mamy. Paczka miała iść na Śląsk, do Chorzowa, ale do innego paczkomatu. Od razu w Łodzi nadaliśmy nową paczkę z tym samym kodem QR, jaki ta Ukrainka miała na telefonie. Wysłaliśmy na ten sam adres w Chorzowie.
— I co?
— Nic, szefie. Nikt jej nie odebrał. Musiał być jakiś dodatkowy sygnał. Może wtedy na M1 w Łodzi ktoś nas obserwował. Może ktoś zobaczył naszych chłopaków przy paczkomacie na Śląsku. Nie wiemy.
Cisza trwała kilka sekund. Stępień przesunął długopis na biurku z lewej strony na prawą. Nie patrzył na długopis. Patrzył na Grynia.
— Ale to jest gruba sprawa -odezwał się Wysocki, pochylając się lekko do przodu. -To była bomba rurowa z ładunkiem kumulacyjnym. Ta wkładka miedziana ze stożkiem w środku, wkręcana w stalową tubę. Brakowało tylko uzbrojenia ładunkiem i dodania zapalnika. Dziurę w stali pancernej by to zrobiło.
Stępień nie zmienił wyrazu twarzy.
— Czy są wyniki z laboratorium? Badanie tych elementów?
— Nie -powiedział Gryń. -Ale pewnie nic nam to nie da. Ta karta SIM w telefonie wyzwalającym zapalnik, kupiona na jakiegoś menela w Łodzi rok temu. Ślepy ślad. Żadnej aktywności od zarejestrowania.
Stępień odsunął się od biurka. Oparł się o fotel.
— I tak jest sukces -powiedział. -Udaremniliście zamach. Ruscy czegoś nie wysadzą.
Gryń kiwnął głową. Wysocki też.
Ale żaden z nich nie wyglądał na zadowolonego. Paczka, która leżała nieodebrana w paczkomacie w Chorzowie, oznaczała jedno -ktoś po drugiej stronie wiedział.
Rozdział 3 Jacek
Jaworzyna Śląska, maj 2023. Kilka miesięcy wcześniej.
Jacek Wróbel miał trzydzieści trzy lata, metr siedemdziesiąt dwa wzrostu i coraz rzadsze mysie włosy, które co rano próbował ułożyć w coś przypominającego fryzurę -bezskutecznie, bo włosy te dawno podjęły własną decyzję i trzymały się czaszki niechętnie, jakby rozważając emigrację. Twarz okrągła, policzki blade, a oczy -oczy człowieka, który budzi się zmęczony i kładzie się zmęczony, i pomiędzy tymi dwoma stanami nie zachodzi żadna istotna zmiana.
Budzik o siódmej. Kawa rozpuszczalna, dwie łyżki, za mało wody. Pociąg o 7:42 do Świdnicy -zawsze ten sam wagon, zawsze te same twarze pochylone nad telefonami, nikt na nikogo nie patrzy, nikt z nikim nie rozmawia. Kancelaria komornicza. Osiem godzin przy biurku, przy ekranie, przy papierach, które cuchnęły cudzym nieszczęściem -zaległe alimenty, niespłacone raty, egzekucje z kont, licytacje mieszkań. I powrót. Pociąg. Jaworzyna. Poddasze w domu dziadka Andrzeja.
Jaworzyna Śląska była miasteczkiem, w którym nic się nie działo. Plac z fontanną nieczynną od dekady. Sklep spożywczy „U Bartka”, gdzie asortyment nie zmienił się od dwudziestu lat -te same słoiki, te same parówki, ta sama ekspedientka o imieniu Bożena, która znała każdego klienta po nazwisku i każdemu klientowi potrafiła wygarnąć, co o nim myśli. Ludzie się tu rodzili, starzeli i umierali, a pomiędzy tymi wydarzeniami plotkowali w kolejkach i czekali na wtorkowy targ.
Poddasze. Niski skos sufitu, o który Jacek uderzał głową przy wstawaniu -nie codziennie, ale wystarczająco często, żeby na czole miał stały siniak w różnych stadiach gojenia. Biurko pod oknem, na nim laptop z 2020 roku, wolny jak Jacek. Parapet zastawiony butelkami po Porterze Bałtyckim -ciemnym, gęstym piwie, jedynym, które uznawał za warte picia. Kupował je w Lidlu pod marką Argus, produkowane w łódzkim browarze. Tanie i dobre. Nie był alkoholikiem. Po prostu co wieczór otwierał jedno piwo, które stawało się dwoma, a potem trzema, czasem czterema, i gdzieś przy czwartym zasypiał w ubraniu na kanapie albo na łóżku -zależnie od tego, dokąd dotarł.
Dziadek Andrzej mieszkał na parterze. Osiemdziesiąt dwa lata, cukrzyca, kolano operowane dwukrotnie, słuch coraz gorszy. Był jedyną rodziną, jaka Jackowi została.
Matka -Ewa -wyjechała do Niemiec, gdy Jacek miał trzynaście lat. Na chwilę. Pomóc finansowo. Na rok, najwyżej dwa. Pierwszy miesiąc dzwoniła co tydzień. Drugi -co dwa. Trzeci -przysłała pięćset marek i krótki SMS: „Wszystko dobrze, tęsknię”. Potem cisza. Trzy miesiące ciszy. Pieniądze też się skończyły. Na piętnaste urodziny Jacka przyszła kartka -różowa, z balonami, jakby miał pięć lat. *Kochany synku, ciepło się ubieraj. U mnie ciężko, ale daję radę. Całuję, Mama.*
Od tamtej pory kartki przychodziły regularnie. Na urodziny i na Boże Narodzenie. Schemat był niezmienny: jedno zdanie o Jacku -*mam nadzieję, że się dobrze uczysz*, *pamiętaj o ciepłym szaliku*, *bądź grzeczny dla dziadka* -a potem dwie strony o niej. O kręgosłupie, o pogodzie w Hanowerze, o nieuczciwym szefie, o sąsiadce Jensenowej, która się na nią uwzięła. Nigdy nie zapytała, jak mu w szkole. Czy ma kolegów. Czy jest mu smutno. Jacek był dla niej jak podpaska — przedmiot, który wchłonie każdy żal, każdą skargę, każde narzekanie, i nic nie odpowie.
Ostatni raz rozmawiał z matką przez telefon, gdy miał dziewiętnaście lat. Właśnie zdał na studia.
— Mamo, dostałem się! Na administrację publiczną!
— O, to dobrze, synku. -Westchnienie. Długie, ciężkie, przygotowujące grunt pod to, co naprawdę chciała powiedzieć. -A u mnie wiesz, znowu te stawy. Lekarz mówi, że muszę jeść mniej soli, ale wiesz, jak to jest. I jeszcze ta sąsiadka, ta Jensenowa, wyobraź sobie, że…
Słuchał dwadzieścia minut. Powiedział „dobranoc” i się rozłączył. Nie zadzwonił już nigdy. Ona też nie.
***
Kobiet w życiu Jacka nie było. Ostatnia -Magda, kasjerka w Biedronce -odeszła dwa lata wcześniej. Powiedziała mu wtedy kilka zdań, które zapamiętał słowo w słowo, bo nie rozumiał żadnego z nich: *Potrzebuję kogoś z ambicjami. Kogoś, kto ma to coś. Przy tobie się duszę. Czuję pustkę, gdy jestem z tobą.* Stał wtedy w korytarzu jej mieszkania, w kurtce, którą właśnie założył, i patrzył, jak zamyka za nim drzwi. Pustka. Czuła pustkę. On też ją czuł -tyle że nie wiedział, czy to jest ta sama pustka, czy jakaś inna, czy pustka w ogóle ma odmiany.
Po Magdzie założył konto na portalu randkowym. Wypełnił formularz. Zawód: urzędnik. Zainteresowania: filmy, książki. Dodał zdjęcie z wycieczki nad morze -zdjęcie, na którym wyglądał jak każdy inny mężczyzna zbliżający się do progu średniego wieku: niegroźny, niewyraźny, wymienialny. Siedemnaście kobiet obejrzało jego profil w ciągu pierwszego miesiąca. Żadna nie napisała. Algorytm portalu randkowego działał tak samo jak każdy algorytm rynkowy -eliminował produkty, na które nie było popytu.
Jacek nie nienawidził kobiet. Nienawiść wymagałaby wysiłku, którego nie posiadał. Po prostu im nie ufał. Każda, która pojawiła się w jego życiu, okazywała się wariantem matki. Magda nigdy nie zapytała, czego potrzebuje. Nie interesowało jej to. Oceniła go -niedostatecznie atrakcyjny, niedostatecznie dochodowy -i poszła szukać lepszej oferty.
***
Wszystko zmieniło się w maju 2023 roku, kiedy do kancelarii przyjechał informatyk z firmy zewnętrznej.
Bartek. Dwadzieścia sześć lat, broda przystrzyżona według aktualnych standardów estetycznych, koszulka z pingwinem w kapeluszu. Przyjechał spiąć system PESEL-Źródło z programem Curenda, którego kancelaria używała do obsługi spraw komorniczych.
Po jego wyjeździe przed Jackiem otworzył się świat, o którego istnieniu nie miał pojęcia.
Wpisywał nazwisko i imię. System odpowiadał natychmiast. PESEL. Adres zameldowania. Historyczne adresy -gdzie mieszkał pięć lat temu, dziesięć, piętnaście. Miejsce urodzenia. Z kim i kiedy zawarł związek małżeński. Dane pełne, precyzyjne, uporządkowane -cyfrowy szkielet człowieka, pozbawiony mięsa i skóry, ale zawierający wszystko, co potrzebne, żeby tego człowieka znaleźć.
Formalnie Jacek mógł wpisywać tylko dane dłużników. Tylko w sprawach, które prowadził. Komornik widział każde zapytanie -kto pytał, o kogo, kiedy, po co.
A potem Bartek przyjechał ponownie. Awaria serwera, dwa dni naprawy, znowu kawa z automatu, znowu rozmowy na korytarzu. Usunął usterkę. Ale łącznie z usterką zniknęło coś jeszcze -w Curendzie przestał się zapisywać dziennik zapytań wykonywanych z konta Jacka Wróbla.
Jacek odkrył to przypadkiem. Sprawdził raz, sprawdził drugi. Wpisał nazwisko, które nie miało związku z żadną sprawą komorniczą. Żadnego śladu w rejestrze. Wpisał kolejne. Nic. System przyjmował zapytania, odpowiadał na nie posłusznie i natychmiast o nich zapominał.
A może by na tym zarobić? Myśl pojawiła się szybko i szybko zniknęła.
Rozdział 4 Wujek Zbyszek
Euforia minęła po czterech dniach. Jacek siedział w swoim pokoju na poddaszu, zastanawiając się nad tym wszystkim, i po raz setny doszedł do tego samego wniosku: nie miał pojęcia, co z tym zrobić.
Problem nie polegał na braku pomysłowości. Problem polegał na braku kontaktów, wiedzy, doświadczenia w działaniu poza systemem. Jacek był urzędnikiem -człowiekiem, który całe życie funkcjonował w ramach procedur, formularzy, pieczęci. Nie znał się na półświatku. Nie wiedział, jak się sprzedaje nielegalne informacje.
Włączył CDA i zaczął oglądać Breaking Bad -serial, który zaczynał oglądać już kilka razy, ale nigdy nie skończył. Tym razem włączył trzeci odcinek pierwszego sezonu, bo tylko tego jeszcze nie skasowali. Walter White stał w pustynnym krajobrazie Nowego Meksyku, z furgonetką pełną mety, i kompletnie nie wiedział, co dalej. Miał produkt. Miał wiedzę chemiczną. Ale nie miał kontaktów. Nie znał zasad gry. Był nauczycielem, nie gangsterem. Dokładnie jak ja, pomyślał Jacek. Walter potrzebował Jessego Pinkmana -kogoś, kto znał ulicę. Jacek nie znał nikogo takiego. Wyłączył serial i zgasił laptopa.
Wieczorami przeglądał Instagrama i patrzył na życie innych ludzi -kolegów ze studiów, którzy mieli partnerów, dzieci, domy, wyjazdy. Wszyscy gdzieś doszli. On został w tym samym miejscu co dziesięć lat temu. Czasem myślał o systemie PESEL-Źródło. O danych, do których miał dostęp. Ale bez planu, bez kontaktów -był to abstrakcyjny potencjał i nic więcej.
Przyszedł piątek. Dziadek Andrzej wszedł na poddasze bez pukania.
— Jacuś, pakuj się -powiedział stanowczo.
Jacek oderwał wzrok od laptopa.
— Co?
— Wesele ciotki Haliny. W Koszalinie. Zapomniałeś?
Jacek zapomniał. Ciotka Halina -siostra babci, której nie było od dziesięciu lat -wychodziła za mąż po raz trzeci. Miała siedemdziesiąt dwa lata.
— Dziadku, ja naprawdę nie muszę jechać…
— Musisz. Rodzina to rodzina. W sobotę o dziesiątej w kościele. Jedź się spakować.
Nie było dyskusji z Andrzejem.
***
Sala weselna na obrzeżach Koszalina -brokatowe zasłony, dyskotekowe kule i parkiet, który pamiętał czasy pierwszych przebojów Zenka z Akcentu. Jacek siedział przy stole numer siedem, pomiędzy kuzynem, którego nie widział od piętnastu lat, a sąsiadką dziadka, która opowiadała o swojej chorobie tarczycy.
Po pierwszej wódce lekko się rozluźnił. Po drugiej przestał słuchać opowieści o tarczycy. Po trzeciej sala wydała mu się mniej przytłaczająca -muzyka głośniejsza, światła bardziej kolorowe, twarze mniej obce.
Wtedy ją zauważył.
Siedziała po drugiej stronie sali, przy stole numer jedenaście. Czerwona sukienka, blond włosy ułożone w loki, starannie nałożony makijaż. W półmroku jej wiek był nieokreślony -może trzydzieści, a może pięćdziesiąt. Uśmiechnęła się do niego przez salę.
Jacek nie miał pojęcia, kim była. Uśmiechnął się z powrotem. Po czwartej wódce podeszła do niego. Jednak bliżej pięćdziesiątki niż trzydziestki.
— Tańczysz? -zapytała.
Głos niski, trochę zachrypnięty. Jacek wstał niepewnie i pozwolił się poprowadzić na parkiet. Grała jakaś wolna piosenka -disco polo w wersji romantycznej. Położyła mu ręce na ramionach. On ostrożnie objął ją w talii.
Z bliska wyglądała inaczej. Zmarszczki wokół oczu, szyja luźniejsza, dłonie pokryte piegami starości. Ale w półmroku, w blasku dyskotekowych świateł, z alkoholem krążącym w żyłach -wszystko to zlewało się w obraz kobiety, która była po prostu zainteresowana nim.
— Jestem Asia -powiedziała. -Znajoma panny młodej.
— Jacek.
— Wiem. Widziałam cię przy stole. Siedzisz sam?
— Z dziadkiem.
— A dziewczyna?
— Nie mam.
Uśmiechnęła się szerzej.
— To dobrze.
Tańczyli przez kolejne trzy piosenki. Asia przysuwała się coraz bliżej. W pewnym momencie położyła głowę na jego ramieniu. Jacek czuł zapach jej perfum -ciężkich, słodkich, staromodnych.
Po piątej wódce wrócili do jej stolika. Asia nalała mu kolejną. Mówiła dużo -o rozwodzie, dorosłych dzieciach, pracy w przedszkolu. Jacek kiwał głową, chociaż słowa zlewały mu się w jedną masę.
W pewnym momencie położyła dłoń na jego nodze.
— Jesteś słodki -powiedziała.
Jego mózg pracował wolno, przez mgłę alkoholu. Ale gdzieś w głębi czuł coś, czego nie czuł od lat -fizyczne pożądanie. Nieintensywne, nieodparte, ale obecne. Asia pochyliła się bliżej. Jej twarz tuż przy jego twarzy. Usta pokryte jaskrawoczerwonym szminką, rozchylone lekko.
Wtedy żołądek Jacka wykonał gwałtowny skurcz. Przez sekundę próbował to powstrzymać. Zamknął usta, przełknął ślinę, wziął głęboki oddech. Organizm miał własne plany. Zwymiotował prosto na czerwoną sukienkę Asi.
Trzask krzesła. Krzyk. Ludzie odskakujący od stolika. Asia stała nieruchomo, patrząc w dół na sukienkę pokrytą masą wódki, bigosu i czegoś, co kiedyś było sałatką jarzynową.
— Ty… ty… -zaczęła, ale nie dokończyła.
Z ust Jacka wyszedł kolejny strumień -tym razem na dywan.
Ktoś złapał go za ramię. Głos dziadka Andrzeja, ostry:
— Jacuś, co ty, kurwa, nabroiłeś…
Grażyna -jakaś dalsza kuzynka -zaprowadziła Asię do łazienki. Ktoś inny zadzwonił po wujka Zbyszka, który mieszkał najbliżej. Dwóch mężczyzn zaniosło Jacka do samochodu i zawiozło do domu Zbyszka -małego domku jednorodzinnego dziesięć minut od sali.
Położyli go na kanapie, przykryli kocem i zostawili otwarte okno. Ostatnią rzeczą, którą Jacek zobaczył przed zaśnięciem, był wzrok dziadka Andrzeja.
***
Obudził się o szóstej rano z głową jak po eksplozji. Przez moment nie wiedział, gdzie jest. Poduszki z haftem „Love”, obraz z jeleniem na ścianie. U wujka Zbyszka. Pamięć wracała fragmentami -taniec, Asia, jej ręka na jego nodze, wymioty.
Wstał ostrożnie i poszedł do kuchni.
Przy stole siedział wujek Zbyszek -przysadzisty mężczyzna po sześćdziesiątce, łysina, siwe wąsy, mały tatuaż orła na przedramieniu -i pił kawę z kubka z napisem „Prawdziwy Driver”.
— Ożyłeś -powiedział z uśmiechem. -Kawa?
— Poproszę -wychrypiał Jacek.
Zbyszek nalał mu gęstej, czarnej kawy.
— Nieźle się wczoraj urwałeś, synku.
— Przepraszam…
— Nic nie szkodzi. Wesele to wesele. -Zbyszek uśmiechnął się szerzej. -Chociaż Asia chyba na ciebie nie poleci. Musiała wyrzucić sukienkę. Zresztą masz szczęście, bo to stary pasztet -zaśmiał się.
Jacek zakrył twarz dłońmi.
— Nie pamiętam dokładnie…
— Lepiej tak. -Zbyszek zapalił papierosa.
Jacek upił łyk kawy. Mocna.
— Wujek dalej jeździ tirami?
— No pewnie. Dwadzieścia osiem lat za kółkiem. Całą Europę znam. Co się napatrzyłem, to moje. Tylu dziwaków widziałem, że wy młodzi w tych internetach nigdy nie zobaczycie.
Zbyszek jak zaczynał, to nigdy nie mógł przestać. Mógł godzinami rozprawiać o problemach z wjazdem do portu w Hamburgu -z czego jest tam nawierzchnia, ile bram po drodze i gdzie nie można się minąć. Teraz zaczynał opowieść o dziwnych ludziach. Tak przynajmniej wynikało z pierwszych słów. Jacka głowa nawalała, słuchał jednym uchem. Zbyszek tego nie widział. Oparł się o krzesło i zaciągnął papierosem.
— Wiesz, raz miałem taką nietypową, he he, sytuację… -zaczął. -Rok temu, może dwa. Jechałem z Niemiec do Polski, ładunek płytek ceramicznych. Zatrzymuję się na stacji pod Frankfurtem. I stoi tam facet, młody, plecak, wygląda przyzwoicie. Prosi o podwózkę.
Jacek słuchał.
— No to mówię: dobra, wsiadaj. Gadamy po drodze, normalka. Jedzie ze mną godzinę, dwie. Nagle mówi: „Słuchaj, mam do ciebie prośbę. Potrzebuję zrobić zdjęcie wnętrza jednej hali magazynowej”.
Jacek uniósł wzrok.
— Zdjęcie?
— No właśnie. Mówię: po co? A on na to, że prowadzi firmę transportową, miał klienta, który zamówił towar, odebrał, a potem stwierdził, że towar był wadliwy i odmówił płatności. Teraz ten klient zniknął -podał fałszywe dane, fałszywą firmę, fałszywy adres. Ale facet wie, że ten gość ma magazyn pod Poznaniem, bo kiedyś tam jeździł. I chce sprawdzić, czy tam jest ten towar -żeby mieć dowód, że go nie upłynnił, że jest co odzyskać.
Zbyszek zaciągnął się papierosem.
— No i mówi, że zapłaci mi sto euro, jak zrobię zdjęcie tego magazynu od środka. Ja mówię: sto euro za jedno zdjęcie? Dobra, czemu nie. Daje mi adres hali, opis towaru -jakieś palety z elektroniką. Mówi, żebym zrobił zdjęcie dyskretnie, bo właściciel magazynu może być wrogo nastawiony. Dał mi numer telefonu i namiary na swojego Instagrama, że niby zdjęcia muszą być w dobrej jakości, więc tam mam przesłać.
— I wujek zrobił?
— No zrobiłem. Dwa dni później miałem rozładunek w tej okolicy. Wjechałem do hali, zrobiłem kilka zdjęć telefonem, wysłałem mu na Instagrama. On mi przelał kasę. Sto euro w złotówkach na Blika.
Jacek milczał.
— A potem jeszcze raz się odezwał -ciągnął Zbyszek. -Miesiąc później. Znowu potrzebował zdjęcia, tym razem z innego magazynu. Ta sama historia -klient znikł, towar gdzieś jest. Znowu stówa. W sumie zarobiłem dwieście euro na dwóch zdjęciach.
— I to wszystko?
— No nie wszystko, bo tu zaczyna się ciekawie robić. Zadzwoniłem do niego i pogadałem jak człowiek z człowiekiem. Byłem ciekaw, czy mu pomogłem. Jakoś gadać nie chciał o tych swoich problemach z kontrahentem, ale mówi mi, że ma dla mnie inną pracę, żebym mu przewiózł paczkę do Holandii. Jak się, kurcze, zacząłem śmiać, to przestać nie mogłem. Mówię: koleś, nie ze mną takie numery. Kurierem sobie prześlij. Mówię mu, że znam takich co paczkę wzięli, a później w Billwerder kiblowali. Już mam mówić do niego „synek, wypchaj się”, a ten się pierwszy rozłącza. Ale kasę dostałem, uczciwie. Mówię ci, Jacek, zarobić a się nie narobić i w gówno nie wdepnąć -to jest najważniejsze. Dziwni ludzie na tym świecie.
— Jak się nazywał ten facet?
Zbyszek wzruszył ramionami.
— Na Instagramie miał nick lukasz-transport-coś tam. Ale w prywatnych wiadomościach przedstawił się inaczej. Czekaj, zaraz ci pokażę.
Wyciągnął telefon i przeszukał wiadomości.
— O, tu jest. Mateusz Borkowski. Profil na Instagramie: lukasz_transport_24. Prywatny, kilka zdjęć publicznych -ciężarówki, magazyny, jedno selfie w okularach przeciwsłonecznych.
Jacek zapamiętał nazwę profilu.
— Ciekawe -mruknął, oddając telefon.
Zbyszek zgasił papierosa.
— Świat jest dziwny, synku. Ludzie za wszystko płacą. Za zdjęcia, za informacje, za usługi. Trzeba tylko wiedzieć, czego potrzebują. No i wiedzieć, z kim robić interesy, a kogo omijać z daleka.
Jacek dopił kawę.
***
Poprawiny odbyły się wieczorem -mniejsze, bardziej rodzinne, ale równie obfite w alkohol. Jacek starał się pić wolniej. Po trzech wódkach usnął na krześle. Asia nie przyszła. Dziadek Andrzej obudził go o północy.
— Chodź, synku. Wracamy do domu.
Jechali w milczeniu przez ciemną, pustą drogę. Dziadek słuchał radia. Jacek gapił się w czarną szybę. Myślał o wujku Zbyszku. O tym gościu z Instagrama. O Asi i jej czerwonej sukience. O systemie PESEL-Źródło, w którym nikt nie widział jego zapytań.
Gość szukał kogoś, kto podał fałszywe dane. Płacił za informacje. Jacek mógł te informacje znaleźć.
Rozdział 5: Trzy stówki
Jaworzyna Śląska -Świdnica, lipiec 2023.
Poniedziałek rozpoczął się jak każdy inny poniedziałek. Jacek obudził się o siódmej, napił się wody, wsiadł do pociągu o 7:42 i dotarł do kancelarii o ósmej piętnaście. Szare ściany, wilgotne korytarze, zapach biura. Grażyna i Bożena siedziały już przy swoich biurkach, przeglądając poranną pocztę. Pani Natalia zamknęła się w gabinecie i rozmawiała przez telefon -jej głos przebijał się przez ścianę jak syrena alarmowa. Jacek usiadł przy komputerze, zalogował się do systemu i zaczął przeglądać listę wniosków. Sześć odpisów aktu urodzenia, pięć aktów małżeństwa, jeden zgonu. Zwykły dzień.
Pani Natalia -Natalia Dudek, kierowniczka sekretariatu -miała kredyt we frankach. Wzięła go w 2008 roku, gdy frank kosztował dwa złote, a banki reklamowały niską ratę bez wspominania o ryzyku walutowym. W 2015 roku, gdy frank poszybował do czterech złotych, jej rata wzrosła o siedemdziesiąt procent. Natalia przestała spać. Przychodziła do pracy z podkrążonymi oczami, sprawdzając kurs franka co godzinę na telefonie. Każdy wzrost o grosz oznaczał kilkadziesiąt złotych więcej do spłaty. W te dni krzyczała na wszystkich, szukała pretekstów do nagan, trzaskała drzwiami.
Bożena i Grażyna też miały kredyty frankowe, ale ich sytuacja była inna. Bożena wzięła kredyt w 2006 roku i prawie go spłaciła, gdy frank zaczął rosnąć. W 2022 roku, po wyrokach TSUE, wygrała sprawę z bankiem -sąd unieważnił umowę, bank musiał zwrócić nadpłacone odsetki. Wyszła na plus. Grażyna miała podobną historię -jej brat pracował w kancelarii prawnej i pomógł przygotować pozew. Też wygrała.
Natalia nie wygrała. W 2019 roku, przestraszona rosnącymi ratami i perspektywą lat sądowych batalii, podpisała ugodę z bankiem. Przewalutowała kredyt na złotówki -po niekorzystnym kursie, z wysokimi opłatami. Myślała, że robi mądrze. Potem przyszły wyroki TSUE, a Bożena i Grażyna zaczęły chwalić się swoimi wygranymi. Natalia zrozumiała, że gdyby poczekała, też by wygrała. Że straciła dziesiątki tysięcy złotych przez własny strach.
Od tamtej pory nienawidziła Bożeny i Grażyny. Ale nie mogła im nic zrobić. Grażyna miała brata, który był kolegą Komornika. Natalia bała się Grażyny. Bożena stosowała inną taktykę -gdy Natalia zaczynała ją dręczyć, szła na zwolnienie lekarskie. Tydzień, dwa, czasem miesiąc. A jej pracę musiała wykonywać Natalia. Bo tak działał system.
Jacek nie miał żadnej ochrony. Żadnych powiązań. Nie miał nigdzie ważnego brata, a na zwolnienia lekarskie był za młody. Natalia wyładowywała na nim wszystko, czego nie mogła wyładować na Bożenie i Grażynie. Każdą frustrację, każdy żal, każdą złość na własne porażki.
Przez prawie dziesięć lat Jacek był jej workiem treningowym. Ale Jacek też miał swoje worki. Petentów.
Ludzie, którzy przychodzili do kancelarii, byli jedynymi osobami, nad którymi miał jakąkolwiek władzę. I używał jej. Nie w sposób dramatyczny, nie w sposób, który można by nazwać przestępstwem. Drobne złośliwości. Drobiazgi.
— Wniosek egzekucyjny jest źle wypełniony -mówił, oddając formularz przez okienko. -Proszę przepisać na nowy druk.
Wniosek nie był źle wypełniony. Może brakowało kropki przy inicjale. Może data była napisana „3.05” zamiast „03.05”. Rzeczy, które można było poprawić długopisem w trzy sekundy. Ale Jacek kazał przepisywać. Patrzył, jak petent idzie do stolika, siada, przepisuje wszystko od nowa, drżącą ręką, bo przecież urząd jest stresujący, bo przecież urzędnik to autorytet, bo przecież on wie lepiej.
Później petent wracał do okienka i Jacek mówił:
— Dziękuję. Teraz jest dobrze.
***
Myśl o systemie Źródło, o danych, o wujku Zbyszku i Mateuszu Borkowskim -wszystko to wydawało się teraz odległe, jak sen po przebudzeniu. W trzeźwym świetle dnia, w szarości urzędowej rutyny, cały pomysł wydawał się absurdalny.
Sto euro za zdjęcie? Może wujek przesadził. Może to była jednorazowa sytuacja. A nawet jeśli nie -ryzyko jest za duże. Dwieście euro to nawet nie tysiąc trzysta złotych. Za ile mógłby pójść siedzieć? Na ile lat? Nieuprawniony dostęp do danych osobowych, naruszenie tajemnicy zawodowej, sprzedaż informacji prawnie chronionych -to był w najlepszym razie wyrok w zawiasach i utrata pracy. A co Jacek potrafił poza tym, co robił? Gdzie by znalazł pracę?
***
Wieczorem, gdy dopijał trzecie piwo, otworzył laptopa i wszedł na Instagrama. Wpisał w wyszukiwarkę: lukasz_transport_24. Profil prywatny, ale publiczne zdjęcia pokazywały to samo co tydzień temu -ciężarówki, magazyny, selfie w okularach. Facet w okularach przeciwsłonecznych pozujący przed BMW, które prawdopodobnie nie było jego. Jacek kliknął „Wyślij wiadomość”. Przez dziesięć minut siedział, gapiąc się w pusty ekran. W końcu wystukał: