E-book
2.93
drukowana A5
39.59
drukowana A5
kolorowa
67.34
Długi dystans

Bezpłatny fragment - Długi dystans

mój punkt widzenia

Objętość:
251 str.
ISBN:
978-83-8126-526-3
E-book
za 2.93
drukowana A5
za 39.59
drukowana A5
kolorowa
za 67.34

„Cieszę się, że moja życiowa pasja — bieganie może być tak kojącym towarzyszem życia codziennego. Cieszę się, że pomaga Radkowi w zachowaniu równowagi. Radkowi, od którego mam wiele wsparcia na moim długim dystansie.”

Mariusz Giżyński (Wicemistrz Polski w Maratonie A.D. 2009)

Zamiast wstępu

Biegi długodystansowe (gr. dólichós), obok kolarstwa i pływania, są najtrudniejszą dyscypliną sportu na świecie. Oprócz siły fizycznej do pokonania tras potrzebna jest mocna głowa.

Wywodzą się od instytucji szybkich posłańców w Grecji Antycznej przenoszących ważne wiadomości. Wedle wielu legend w ciągu dnia przemierzali oni ponad 100 kilometrów. Byli wytrwali fizycznie i psychicznie, ponieważ wielokrotnie pokonywali górskie tereny, by dotrzeć do wyznaczonego celu. A ich biegom zazwyczaj towarzyszyło słońce i wysoka temperatura. Ta formuła biegów po raz pierwszy pojawiła się na Igrzyskach Olimpijskich w 720 roku przed naszą erą. Podczas XV Olimpiady biegi długie rozgrywano na stadionie olimpijskim. Biegacze pokonywali od 7 do 24 długości stadionu, która wynosiła 192,28 metrów. Według przesłanek podczas zawodów w Olimpii biegacze pokonali od 3,84 do 4,61 km. Tak narodziła się dyscyplina olimpijska — Dólichós.

Długodystansowcy ocierają się często o stany wycieńczenia fizycznego i psychicznego — z uporem podążają ku linii mety. Podczas przemierzania tras długich biegów zapada wiele decyzji ważnych dla człowieka, dla każdego z nas, dla biegacza i nie tylko. Nie inaczej było w 490 r. p.n.e. kiedy to Filippides przebiegł dystans z Maratonu do Aten, przekazując Grekom informację o zwycięstwie nad Persami w bitwie pod Maratonem. Właśnie od tego wydarzenia Międzynarodowy Komitet Olimpijski pod przewodnictwem francuskiego barona Pierre’a de Coubertina zaczerpnął nazwę najdłuższego biegu wchodzącego w skład dyscyplin olimpijskich. Długość trasy z Maratonu do Aten to około 37 kilometrów. W Atenach w 1896 roku, podczas pierwszych Igrzysk Olimpijskich trasa biegu maratońskiego wynosiła 40 000 metrów. W czasie IO w Londynie (1908r.) bieg maratoński wydłużono o 2195 metrów. Taka była różnica między oryginalną długością a metą przewidzianą pod siedzibą brytyjskiego Króla Edwarda VII.

Podczas pierwszych nowożytnych Igrzysk Olimpijskich do zwycięstwa w biegu maratońskim wystarczył czas 2:55:20. A był to dystans krótszy od obecnego regulaminowego dystansu maratonu o 2,195 km. Początkowo na tym dystansie biegali tylko mężczyźni. Panie niechętnie były dopuszczane do dyscyplin sportowych wymagających tak dużego nakładu energetycznego. Pierwszą kobietą, która pokonała dystans maratonu, była greczynka Stamata Revithi. Przebiegła z Maratonu do Aten. Uczyniła to z czasem około 5:30. Niestety jej wyniku nikt nie uznał. W tym czasie najbardziej wytrzymałym sportowcem globu uznano Spirydona „Spyros” Luisa. Ten wytrzymały grecki biegacz triumfował na mecie maratonu zlokalizowanej na Panathinaiko Stadio (arenie ówczesnych Igrzysk Olimpijskich). Pierwszą zawodniczką, która została oficjalnie dopuszczona do startu w biegu maratońskim, była francuska biegaczka Marie-Louise Ledru. Było to podczas biegu maratońskiego w Paryżu w 1918 roku. Ukończyła go z czasem 5:40.

Wynik uzyskany przez pierwszego mistrza olimpijskiego w biegu maratońskim leży obecnie w zasięgu wielu amatorskich biegaczy. Ale też pierwsze Igrzyska Olimpijskie były dostępne właśnie jedynie dla amatorów. Nie mógł w nich startować żaden sportowiec, który wcześniej walczył o nagrody dużej wartości. Zakaz ten dotknął między innymi Carlo Airoldiego, biegacza z północnych Włoch. Zasłynął on z tego, że aby móc wystartować w biegu z Maratonu do Aten, postanowił przebyć biegiem drogę z Włoch, przez Bałkany, aż do samej greckiej stolicy. Niestety, gdy w trakcie wyprawy skończyły mu się fundusze, wziął udział w lokalnym biegu i wygrał nagrodę pieniężną. Wieść o tym dotarła do Greków, którzy obawiając się, że włoski wytrzymałościowiec może zwyciężyć w „najbardziej greckiej konkurencji sportowej”. Wykorzystali tę wiadomość jako pretekst i wykluczyli go z zawodów. Historia Airoldiego pokazuje, jak ważną dyscypliną jest dla zawodników bieg na maratońskim dystansie.

W dzisiejszych czasach w Igrzyskach Olimpijskich startują zawodowcy. Sportowcy utrzymujący się z uprawiania sportu, który często jest jednocześnie ich pasją i jedynym zawodem. Aktualny rekord świata w biegu maratońskim mężczyzn został ustanowiony przez kenijskiego biegacza Dennisa Kimmetto. Ukończył on Maraton Berliński z czasem 2:02:57. Wśród Pań najlepszy wynik uzyskała Brytyjka, Paula Radcliffe. W 2003 roku przebiegła maraton w Londynie w czasie 2:15:25. W igrzyskach olimpijskich kobiety startują od roku 1984, od olimpiady rozgrywanej w Los Angeles. Wygrała wtedy amerykańska maratonka Joan Benoit, uzyskując czas 2:24:52.

Rekordy w lekkoatletyce przypisywane są na oficjalnych imprezach. Należą do nich Igrzyska Olimpijskie, Mistrzostwa Świata, Mistrzostwa Kontynentów oraz atestowane imprezy komercyjne. Wszędzie tam zawodnik może ustanowić rekord świata w biegu maratońskim. Inną imprezą są Igrzyska Olimpijskie, gdzie sportowcy dodatkowo mogą ustanowić rekord igrzysk olimpijskich. Jako że maratony wchodzące w skład dyscyplin olimpijskich są rozgrywane latem, w wielu przypadkach w ciężkich warunkach pogodowych, to wyniki uzyskiwane na nich są słabsze od rekordów świata. Rekord olimpijski wśród mężczyzn — Samuela Wanjiru z Kenii (2008, Pekin) wynosi 2:06:32, a wśród kobiet należy on do Tiki Gelana z Etiopii (2012, Londyn — 2:23:07). W naszych czasach nastąpiła wielka komercjalizacja imprez sportowych, które w wielu przypadkach są organizowane przez globalne korporacje. Trend ten na szczęście ominął poniekąd Igrzyska Olimpijskie.

Pierwszym maratonem na polskich ziemiach, rozegranym 6 lat po odzyskaniu przez nasz kraj niepodległości, był bieg z Rembertowa do Zegrza. Było to w 1924 roku. Wygrał warszawiak Stefan Szelestowski z czasem 3:13:10. Ten polski olimpijczyk ukończył ten bieg ponad godzinę przed drugim uczestnikiem. Biorąc pod uwagę deszczową i wietrzną pogodę tego dnia, był to nie lada wyczyn, a sam bieg ukończyło zaledwie osiem osób. W naszej epoce w biegach maratońskich startuje nawet po 50 tysięcy osób, jak miało to miejsce w maratonie Nowojorskim. W Polskich maratonach nie spotyka się tak wielu startujących zawodników. W Polsce największą frekwencją może pochwalić się Maraton Warszawski. W 2013 roku bieg ten ukończyło 8509 biegaczy.

Stefan Szelestowski dzierżył w swoich rękach rekordy Polski w biegach na 2 000, 10 000, 20 000, 30 000 metrów, oraz w maratonie. Oprócz dokonań na trasach biegowych był trzykrotnym Mistrzem Polski w pięcioboju nowoczesnym. Pięciobój składa się z rywalizacji indywidualnej w pięciu dyscyplinach sportowych takich jak: szermierka, pływanie, jeździectwo, bieg przełajowy, strzelanie z pistoletu. Wystąpił dwukrotnie na Igrzyskach Olimpijskich. Za pierwszym razem obrał konkurencje biegowe (m.in. 5000 metrów). Miało to miejsce w 1924 roku podczas Olimpiady w Paryżu. Za drugim razem obrał na cel pięciobój nowoczesny. Było to w 1928 roku w Amsterdamie. Suma zdobytych punktów pozwoliła mu zająć zaledwie 26 miejsce w stawce zawodników startujących. Jednak klasę pokazał, wygrywając jedną z konkurencji w swojej dyscyplinie — bieg przełajowy na 3000 metrów. Warszawski lekkoatleta, pierwszy zwycięzca maratonu w Polsce, zmarł 7.10.1987 roku w Gniewie. W mieście, w którym się wychowałem.

Obecnie trwa wyścig zbrojeń koncernów sportowych, by dokonać niemożliwego. Celem jest złamanie dwóch godzin na dystansie maratonu — coś, co kiedyś nawet nie było w sferze marzeń wielkich sportowców.

Tak ogromny postęp czasowy w tabelach wyników, począwszy od pierwszego maratonu, a skończywszy na obecnej chwili, był możliwy dzięki technologii, zaawansowaniu treningowemu, oraz przede wszystkim — dzięki oddaniu się swojej pasji wielu biegaczy startującym na tym pięknym dystansie. Mam tu na myśli zarówno elitę biegową, jak też każdego amatora biegania, który upodobał sobie ten dystans.

W zamierzchłych czasach biegów maratońskich było jak na lekarstwo. Obecnie z roku na rok jest ich coraz więcej. Niektórzy biegacze od masowych biegów wolą samotnie przemierzać nieznane tereny i nabijać kilometry na biegowych licznikach. Jednak „królewski dystans” był, jest i będzie wyzwaniem dla każdego amatora biegania.

Kto raz przebiegnie maraton, staje się maratończykiem. Pierwszy maraton bywa jak chrzest. Jest wydarzeniem, po którym dużo się zmienia w życiu człowieka. Na biegacza, który ukończył bieg maratoński, bliscy patrzą z podziwem. Taki dystans daje także zastrzyk pozytywnej energii, bo często trzeba pokonać własne słabości, by ukończyć bieg. Dzięki temu wielu biegaczy podbudowuje się psychicznie.

Niekiedy biegacze są zmuszeni zejść z trasy. Niekiedy nie mogą wystartować, chociaż bardzo tego chcą. Często na trasach biegów długich są łzy, ogromna rozpacz. Jednak każdy kto finiszuje czuje radość, a jego twarz pokrywa szeroki od ucha do ucha uśmiech. Radość dotyczy samej istoty ruchu oraz zadowolenia z ukończenia biegu.

W tych kilku słowach chciałem Was zaprosić do odbycia wspólnej podróży. Podróży retrospektywnej po maratonach, przeżyciach i emocjach. Podróży, która mnie ukształtowała takim jakim jestem. Pozwoliła pokonać własne słabości i przezwyciężyć demona siedzącego w mojej głowie. Zapraszam Was na podróż opisującą blisko piętnaście lat mojego kontaktu z bieganiem. Jest to dla mnie powodem do dumy. Bieganie stało się pasją, bez której obecnie nie wyobrażam sobie życia. Jest to dla mnie powodem do dumy, bo kiedy zaczynałem, nienawidziłem go.

Początki

Odkąd sięgam pamięcią, zawsze wszystko traciłem. Sytuacja w domu — ojciec zdradzający matkę, rodzina w rozsypce. Na podwórku każdy trzymał się ode mnie na dystans. Prawdopodobnie spowodowane było to kilkoma znaczącymi dla mnie, wówczas dziecka, przeprowadzkami. Nie ocenię tego dzisiaj. Jednak wiem, że to było trudne dla chłopca. Dorastanie bez ojca, w świecie pełnym dziwactw. Człowiek w takich sytuacjach szuka ucieczki. To normalne dla naszego gatunku. Mały Radek był zamkniętym w sobie chłopcem. Zamknięty w swoim małym świecie, nieśmiały, lękliwie spoglądający na zewnątrz. Moją zaletą było posiadanie pasji. Wielu rówieśników zatraciło tę rzecz lub nie wykreowało jej w sobie w ogóle. Przyznam szczerze, że zawsze mnie to zadziwiało.

Dobrze pamiętam, że już jako pięciolatek zafascynowałem się szachami. Zasad tej wspaniałej gry, gdy jeszcze byłem dzieckiem, nauczył mnie ojciec. Gry królewskiej, wyrabiającej szybkie reakcje i strategiczne myślenie. Szachy pomagają nabrać pokory oraz cierpliwości. Pasję szachową kształtowałem do około czternastego roku życia. W międzyczasie pojawił się futbol. Pamiętam, był rok 1992. Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie i wspaniały występ Polski w piłce nożnej. W składzie biało-czerwonych brylowali wówczas Wojtek Kowalczyk z Andrzejem Juskowiakiem. Trudno było oderwać małego Radka od telewizora podczas transmisji z meczów. Była to piękna impreza dla naszej kadry. W 1994 roku śledziłem rozgrywany w USA mundial. Każdy chciał być Bebeto lub Romario. Moim idolem był Włoch Roberto Baggio, uznany potem za największego przegranego tych mistrzostw. Zresztą na każdej dużej imprezie piłkarskiej kibicuję reprezentacji Włoch, pomimo że zazwyczaj grają defensywnie, przez co niezbyt widowiskowo. Jednak cierpliwie dążą do swojego celu, którym jest wygrana, a to — jako kibic — lubię najbardziej.

Jeżeli chodzi o piłkę w moim wykonaniu — jak to trafnie ujął mój pierwszy trener z Mewy Gniew, pan Grzegorz Mazurowski — „Selke jest rzemieślnikiem ciężko pracującym nad warsztatem…”. Trudno się z tym nie zgodzić, bo w przeciwieństwie do swoich rówieśników potrafiłem godzinami biegać po boisku, a poza nim wciąż dyskutować o piłce nożnej. Pomimo tego, że uważam futbol za cudowny sport, to z biegiem lat stał się zbyt medialną dyscypliną. Ja natomiast wolę uciekać od zgiełku i rozgłosu. Około 2002 roku, wraz z kolegą Markiem i innymi osobami, założyłem drużynę Ciociosan Warszawa, jednak sam opuściłem jej szeregi. Powód odejścia? Nie lubię się afiszować, nie lubię błyszczeć. Uwielbiam natomiast zespołowość. Prawdziwa zespołowość nie jest toksyczna. Drużyna musi być jak rodzina. Mottem przewodnim tej rodziny powinno być: „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Nawet jeżeli upadek zbliża się wielkimi krokami.

Między 1985 rokiem a chwilą obecną minęły blisko 33 lata. W tym czasie mieszkałem w pięciu różnych miastach. Nie jest to sytuacja sprzyjająca budowaniu więzi z rówieśnikami czy też wspomnianej zespołowości. Nie wpływa to dobrze na młodego człowieka. Owszem, ktoś może podać argument, że dla chcącego nie ma nic trudnego, a wszechobecna globalizacja sprawia, że świat jest bez granic. Możliwe, że ma rację. Jednak jako młody człowiek mogłem liczyć tylko na siebie i na swoich bliskich. Matkę, która pokazuje mi do dzisiaj, jak żyć godnie i wytrwale znosić trudności dnia codziennego. Siostrę, dzięki której poszerzyłem swój światopogląd, ponieważ pokazała mi wiele innych dróg. Niestety mój ojciec zawiódł. By zrekompensować sobie tę stratę, podświadomie odrzuciłem pewne obrazy z dzieciństwa, a inne niekiedy idealizujałem. Natomiast złe emocje często skupiałem na sobie. Niejednokrotnie karciłem się za nic. Powrócę do tego w dalszej części moich wspomnień.

Do moich pasji zaliczała się również muzyka. Uwrażliwiła mnie na nią siostra oraz dwóch znajomych z podwórka, którzy namiętnie puszczali ostre riffy w piwnicy przerobionej na kanciapę. Byłem wówczas zbyt młody na to, aby odważyć się z nimi porozmawiać. Podsłuchiwałem namiętnie tych mocnych dźwięków siedząc ukradkiem na ławce przy oknie ich kryjówki. Mieściła się ona w bloku naprzeciwko mojego. Imponował mi ich styl i ich wyjątkowość. Mieli swoje zdanie i nie bali się go wyrażać. Wyróżniali się z otoczenia, pozostając przy tym po prostu sobą. eTego mi wówczas brakowało — wyrażenia siebie i mojej osobowośći. Cała wioska nazywała ich „dziwolągami”, a nawet „satanistami”. Nic bardziej mylnego. Nawet gdyby w tych plotkach było trochę prawdy, nie przeszkadzałoby mi to. Niestety ludzie czasem potrafią patrzeć jedynie na ogół, tracąc szczegóły. Szkoda, bo to właśnie różnorodność daje piękny obraz naszego świata. Pamiętam, jak będąc w grupie nastoletnich rówieśników wstydziłem się, że wolę słuchać mocnego grania. Na wsi prym wiodła inna muzyka. Muzyka, która często ograniczała. Dwóch wspomnianych przeze mnie znajomych nie miało ograniczeń. W późniejszym czasie, gdy byłem już nastolatkiem, przeszła mi przez głowę myśl, by tworzyć własną muzykę. Na szczęście szybko z tego zrezygnowałem. Doszedłem do wniosku, że w moim wypadku lepiej chłonąć piękno muzyki, a nie niszczyć ją. Jako dorastający chłopiec byłem zbyt nieśmiały, by walczyć o swoje. Miałem trzy odskocznie. Szachy, futbol i muzykę. Pasje, które trudno było pogodzić i wykonywać razem. Nie można jednocześnie grać w piłkę, słuchać muzyki i rozmyślać o strategii obranej przez Kasparowa. Niestety. Wszystkie te czynności z osobna nie satysfakcjonują mnie w stu procentach. Bywają mdłe lub też dają pozorne uczucie pozbycia się negatywnych emocji.

Jako człowiek jestem stworzony do życia w stadzie. Jednak duża część mnie to typowy samotnik. Wiosną 2003 roku, chwilę po tym jak schudłem ponad 30 kg, (maksymalnie ważyłem 115 kg), znalazłem odskocznię od problemów dnia codziennego. Odkryłem moją samotnię — pierwszy raz poszedłem pobiegać. Bieganie połączyłem z ulubioną muzyką. Wielokrotnie pozwoliło mi to wyrzucić negatywne emocje i przeżycia. Prawie tak jak koncert ulubionych kapel (Motorhead, Iron Maiden, Metallica, Slayer czy Overkill). Jednak o wiele skuteczniej.

Nie miałem wtedy pojęcia o bieganiu, o treningach, o odległościach czy tempie. Byłem bardzo słabym, próbującym biegać człowiekiem. Potrafiłem pokonać 100 metrów i usiąść z wycieńczenia. Nie biegałem systematycznie. Po prostu biegałem od czasu do czasu. Było to bardzo dawno temu. Nie miałem odpowiedniego obuwia. Jak się okaże kilka lat później, moje pierwsze biegówki zakupiłem dopiero po wielu setkach przebytych kilometrów.

Tej samej wiosny wraz z Markiem oraz innymi kolegami z drużyny Ciociosan Warszawa zaczęliśmy biegać. Przyznam, że ówcześnie trening w grupie nie dawał mi żadnej satysfakcji. Wręcz przeciwnie, nawet męczył. Brakowało mi mojej samotni. Niezbyt często wyruszaliśmy w trasę wspólnie. Egoistycznie przyznam, że potrafiłem skłamać mówiąc: „nie mogę dzisiaj”, po czym zakładałem najbardziej amatorski strój oraz słuchawki na uszy i szedłem biegać. Miałem 18 lat. Nie zarabiałem, dlatego mój biegowy strój składał się ze zwykłych dresów oraz butów typu halówki do piłki nożnej. Ktoś może określić mnie mianem prymitywa lub ignoranta. Coś w tym jest, jednak wówczas nie dbałem o szczegóły. Bieganie było dla mnie oczyszczeniem, a nie rewią mody czy technologii sportowej. Pomagało mi utrzymać odpowiednią kondycję i formę organizmu.

Opracowałem pierwszą biegową trasę. Była to pętla w Ogrodzie Saskim, około 700 metrów (jej długość sprawdziłem wiele lat później dzięki Google Earth). Uwielbiałem ten park. Spotkanie innego biegacza wieczorami w tamtym rejonie, w tym czasie porównywalne było z wygraną na loterii. Nie było jeszcze boomu biegowego, który ma miejsce obecnie. Na ulicach Warszawy, w której po raz pierwszy pomyślałem o tej aktywności ruchowej, biegacze stanowili znikomy odsetek. Pamiętam sytuację z późnej jesieni 2003 roku, gdy jeden z nielicznych razy pokonałem dłuższą trasę (10,08 km), ludzie patrzyli na mnie z lekkim zdziwieniem. Byli też tacy, którzy bez zahamowania wyjmowali aparat i pstrykali fotkę. Wyglądali jak japońska wycieczka podziwiająca posągi.

Pierwsza dłuższa trasa, o której mowa, wiodła z mojego mieszkania przy Ogrodowej, poprzez aleje Solidarności, do metra Ratusz Arsenał. Stąd zmierzałem ku ulicy Świętojerskiej, mijając po drodze budynek Sądu Najwyższego. Na Świętojerskiej znajdowało się Studium Medyczne, do którego rok później zacząłem uczęszczać, i które ukształtowało mnie pod względem zawodowym. Od tego miejsca trasa biegła dalej: były podbiegi na Mostowej i Brzozowej, mijałem Kolumnę Zygmunta, stąd prosto, poprzez Krakowskie Przedmieście i Nowy Świat, do ronda De Gaulle’a. Palma na rondzie stała dopiero kilka miesięcy. Mówiąc szczerze i tak nie zwracałam na nią uwagi. Nie było wtedy krzyża przy Pałacu Prezydenckim, a Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście wyglądały zupełnie inaczej. Dalej biegłem do centrum, gdzie odbijałem do ulicy Żurawiej. Na tej wysokości przebiegałem na drugą stronę Marszałkowskiej i prosto wzdłuż Alei Jerozolimskich do Dworca Centralnego. Tam robiłem nawrotkę na skrzyżowaniu Chałubińskiego i Koszykowej, po czym biegłem przy stacji Śródmieście WKD do Żelaznej. Na tym krótkim odcinku mijałem budynek Collegium Anatomicum, gdzie później w latach 2007–2010 będę studiował. Ulicą Żelazną podążałem do domu przy Ogrodowej. Pętlę tę pierwszy raz przebyłem w pierwszym półroczu mojego biegania. Zawsze powtarzam, że czas nie jest istotny, ale jej pokonanie zajęło mi około 1,5h.

Pamiętam, cieszyłem się jak dziecko, gdy pierwszy raz przebiegłem tak długi dystans. Z racji tego, że przez dłuższy czas byłem na diecie, pozwoliłem sobie uraczyć podniebienie kostką czekolady. W 2003 roku nie posiadałem jeszcze internetu, nie mogłem więc porównać mojego wyczynu z nikim innym, czy jakimikolwiek tabelami. Może to i lepiej? Uważam, że obecnie w dobie wszędobylskich portali początkujący biegacz może się zdołować, spoglądając na wyniki innych. Należy zaznaczyć, że niezależnie od naszej chwilowej dyspozycji, zawsze znajdzie się lepszy, bardziej zaawansowany biegacz. Toteż zawsze wychodzę z założenia, że nie powinniśmy walczyć z tłumem biegaczy, a jedynie z własnym stoperem.

Kiedy zaczynałem przygodę z bieganiem, nie było wielu aplikacji ułatwiających treningi. Nie kojarzę z tamtego okresu szeroko dostępnych nawigacji czy metromierzy dla biegaczy. Nawet teraz nie orientuję się w tym temacie. Jednak z moich wieloletnich obserwacji wynika, że pomiar tempa i czasu niektórym biegaczom szkodzi. Próbując dać z siebie więcej, amator „spala się” wewnętrznie. Jak się okaże, podobny problem kilka lat później spotka również i mnie. Miałem w tamtym okresie dużo więcej wolnego czasu, dlatego potrafiłem więcej biegać. Jednak faktem jest, że moja ówczesna forma nie pozwalała na pokonywanie zbyt dużych odległości.

Do Warszawy przeprowadziłem się w grudniu 2000 roku. Przyznam szczerze, że bałem się tej ogromnej metropolii. Zgiełku, ludzi. Początkowo nie mogłem się tutaj odnaleźć. Jako przyjezdny nie byłem lubiany w szkole. Traktowano mnie jak kogoś gorszego. Cóż, czasami tak bywa. Nie znałem stolicy. Jakby mi ktoś kazał iść na Nowy Świat, nie trafiłbym tam. Chociaż to tak blisko od miejsca, gdzie mieszkałem wraz z siostrą i mamą. Typowy obraz przestraszonego chłopca. Dodatkowy powód docinków ze strony kolegów stanowiła moja tusza. Jedyną odskocznią była piłka nożna na lekcjach wychowania fizycznego. Kiedy grałem, wkładałem w to całe serce. Wtedy wśród rówieśników w liceum byłem traktowany przyzwoicie. Poza boiskiem bywało różnie. Inną cechą, którą rówieśnicy odbierali we mnie jako złą, były dobre stopnie. Uczyłem się dość dobrze. Niektóre osoby z klasy miały z tym problem i był to dla nich kolejny pretekst, by niekiedy mi dokuczać. Sam wychodzę z założenia, że gdyby moi rówieśnicy zaczęli trochę czytać, nauka szła by im równie łatwo, lecz, nie mnie to analizować.

Od późnej jesieni 2003 roku bieganie zaczęło służyć mi za sposób na zwiedzanie miasta. Trasę mojej pierwszej wielkiej pętli dookoła „mojego centrum Warszawy” przemierzam od czasu do czasu nawet dziś. Robię to z wielkiego szacunku i miłości do biegania oraz do mojej Warszawy. Jest jednak ogromna różnica pomiędzy tym, jak pokonałem tę trasę po raz pierwszy, a jak czynię to teraz. Tą różnicą jest czas. Obecnie zajmuje mi to około 45 minut, na pełnym luzie. Tak oto, łącząc moją wielką pętlę z bieganiem po Ogrodzie Saskim, upłynął około rok. Rok później miałem kilkumiesięczną przerwę w bieganiu. Dziwny był to okres w moim życiu. Matura, stres związany z egzaminami na studia. W tym czasie wraz z Markiem z licealnej ławki założyliśmy amatorski klub piłkarski. Klub, który jednoczył w sile około dziesięciu chłopaków, znajomych z naszej dzielnicy. Jego pierwszą nazwą było Śródmieście Warszawa. Piłka nożna przynosiła mi również sporo pozytywnych emocji i radości. Nie było w niej jednak muzyki. Trudno jest grać w piłkę w słuchawkach. Uprawiając bieganie, można rozkoszować się każdą nutą. Jako że w tamtym czasie mój gust muzyczny tak naprawdę dopiero się kształtował, odkryłem wiele bliskich dziś mojemu sercu gitarowych brzmień. Była to jeszcze era kaset audio, przez co biegałem z dużym, jak na obecne warunki, walkmanem. Nie było łatwo, jednak czego się nie zrobi dla swojej pasji. Biegając w ten sposób, mogłem podziwiać dwie bardzo ważne w moim życiu rzeczy. Pierwszą z nich było miejsce, gdzie mieszkałem, a które tak naprawdę dopiero poznawałem. Drugim była muzyka. Wymyślałem nowsze trasy, modyfikowałem stare. Były coraz lepsze i bardziej skomplikowane.

W 2004 roku pierwszy raz biegałem w Łazienkach Królewskich. Muszę przyznać, że zanim wyruszyłem, wielokrotnie spoglądałem na mapę, by się nie zgubić w trakcie biegu. Samej mapy nigdy nie zabrałem ze sobą. Była papierowa, a przez to niewygodna w aktywnym użyciu.

Z perspektywy czasu widzę, że powinienem był poszukać i znaleźć wtedy jakiś klub z sekcją biegową. Dzięki temu mógłbym obecnie wykręcać lepsze czasy w maratonach. Jednak nie ma co żałować. Moim zdaniem i tak nie jest źle.

Minął kolejny rok. Nie dostałem się na medycynę. W „obronie” przed wojskiem zacząłem naukę w Studium Medycznym na kierunku protetyka słuchu. Ten wycinek audiologii okazał się moją wielką pasją, której oddaję się po dziś dzień. Jedną z osób, którą poznałem, chodząc na wykłady z protetyki słuchu, był Wojtek. Pomimo wielu nieporozumień na samym początku, z dumą mogę powiedzieć, że Wojtek jest moim przyjacielem. Jednak na początku niechęć była obopólna. Gdy po raz pierwszy się zobaczyliśmy obu nam przyszła do głowy jedna myśl. Myśl bardzo trywialna i prosta. Brzmiała: „Boże! Co za ludzie tutaj chodzą?!”. Nasz przypadek tylko dowodzi, że nigdy nie można z góry czegoś założyć, bo los lubi się odmienić. Wojtek kilkakrotnie ze mną biegał. Często nie nadążał, zwłaszcza gdy robiłem trening na mojej pętelce w Ogrodzie Saskim. Pomimo to świetnie się bawiliśmy.

Wojtek, podobnie jak ja, był przyjezdny. Pochodzi z Gorzowa Wielkopolskiego. Myślę, że ta okoliczność zbliżyła nas do siebie. To człowiek, który przyczynił się do mojego „otwarcia się” na ludzi. Przyznaję, byłem bardzo zamknięty w sobie, ale przy Wojtku nikt nie może być w złym nastroju. Wojtek nie jest biegaczem. Trening biegowy był dla niego uzupełnieniem siłowni. Stąd też biegał ze mną, co w pewnym momencie stało się naszym rytuałem. Podobnie jak zwiedzanie miasta czy przejażdżki metrem. W tym czasie metro było bardzo krótkie. Prowadziło od Kabat do placu Bankowego (Metro Ratusz Arsenał). Obecnie mamy już nawet drugą linię metra, łączącą wschodnią część stolicy z zachodnią.

W październiku 2005 roku pokrzepiony tym, że biegam już nieco ponad dwa lata, postanowiłem zapisać się na bieg. Jako że biegaczy było już coraz więcej, to firma Nike zorganizowała krótki bieg po ulicach Warszawy. Nazwa tego biegu to Run Warsaw. Stanowiło to część większej akcji, ponieważ biegi o podobnej nazwie w tym czasie były już organizowane w wielu stolicach krajów zachodnich. Trasa liczyła zaledwie 5 kilometrów. Prowadziła od Krakowskiego Przedmieścia do Teatru Wielkiego.

Zupełnie zraziłem się do biegów. Nie do biegania, do masowych biegów. Tak jak wspomniałem, nie miałem wtedy pojęcia o bieganiu. Koncern Nike obdarował każdego biegacza grubą koszulką. Jeżeli chodzi o ten rodzaj materiału i wykonania, jestem na nie. To był mój pierwszy argument przeciwko zapisywaniu się do masowych biegów. Drugim była liczba uczestników. Na starcie, jak i w trakcie biegu czułem się ściśnięty wraz z innymi biegaczami jak sardynki w puszce. Dodatkowym czynnikiem, który przyczynił się do mojego niezadowolenia było mocno świecące słońce i dosyć wysoka temperatura. Przez tamten bieg, powiedziałem „nie” startom w masówkach. W trakcie tego biegu poznałem starszego biegacza, który namawiał mnie na Bieg Niepodległości, rozgrywany na historycznej już trasie. Obecnie ten bieg to 10 km na alei Jana Pawła II z nawrotką po piątym kilometrze. Stara trasa tego biegu wiodła do Wilanowa. Jednak zrezygnowałem. Do mojej niechęci przyczynił się właśnie Run Warsaw 2005. Gdybym wiedział wtedy o Grand Prix Warszawy na Kabatach, to bym tak łatwo nie odpuścił. Cóż, czasu już nie cofnę. Od pierwszego Run Warsaw koncern Nike organizował już niezliczoną ilość biegów, zmodyfikował trasę i dystans. Mimo to w żadnym z tych biegów już nie wystartowałem.

W 2006 roku systematycznie zwiększyłem ilość tras i przemierzonych kilometrów. Pierwszy raz w życiu przebyłem 21 097 km. Było to w Elblągu podczas moich wakacji u ojca. Cieszyłem się jak dziecko, że udało mi się przemierzyć tyle kilometrów. Nie miałem z kim tej radości dzielić. Mój ojciec zawiódł, kiedy mu o tym powiedziałem, nie uwierzył. Może i to przyczyniło się do tego, że biegam długie dystanse i ten fragment mojej osobowości pozwala mi cieszyć się brakiem towarzystwa. Sam na sam. Jest to jak partia szachów, którą rozgrywam sam ze sobą. Jak już wspomniałem wcześniej, jakaś część mnie dąży do samotności. Z kolei inna chce być doceniana, chce być w centrum uwagi, chce żyć. Przekonałem się o tym, gdy w grudniu 2007 roku poznałem pewną osobę płci przeciwnej, przez którą mój czas przypadający na lata studiów (od 2007 do 2010) trochę zawirował. Nie zawsze w dobrym tego słowa znaczeniu. Na imię miała Agnieszka. Pierwszy raz kochałem i czułem się nawet spełniony. Jednak Agnieszka miała mocny charakter. Z perspektywy czasu cenię ją za to. Wtedy bolało mnie, gdy chciała spędzić czas wieczorem na przysłowiowym „nic nierobieniu”. Wielokrotnie kwestia ta była przyczyną sprzeczek. Trochę mniej biegałem, a więcej jeździłem na rowerze. Do mojego świata dotarła cywilizacja — miałem w domu Internet. Wiadomo, uczelnia, inni, nowo poznani ludzie, pierwsze poważniejsze prace, moje podejście do wielu spraw trochę ewoluowało. Coraz bardziej się otwierałem. Z zamkniętego nastolatka przeistoczyłem się w bardziej wyluzowanego osobnika. Podczas wielu rozłąk z Agnieszką albo biegałem, albo jeździłem na mojej szosówce. Najwięcej tego typu akcji zaistniało pod koniec tego burzliwego związku, w 2010 roku. Nauczyłem się być wtedy w mojej samotni, w mojej aktywnej, biegowo-rowerowej samotni.

Po raz wtóry zwiększyłem kilometraż jednokrotnych treningów. Standardowo było to od 19 do 36 kilometrów. Miałem dwie ulubione trasy. Pierwsza po Warszawie: od domu, poprzez Pole Mokotowskie, starówkę, Łazienki i Centrum. Druga wiodła spod domu do Pruszkowa i z powrotem. Jakiś czas później z przyjemnością ją wydłużyłem aż do Otrębus. Ktoś nazwie mnie wariatem, ale robiłem to co 2–3 dni. Nie zwracałem uwagi na tempo treningu. W dalszym ciągu nie zapisywałem się do biegów. Nabijałem kilometraż jak w przygotowaniach do ultramaratonu. Nic z tych rzeczy. Uwielbiam tak robić nawet obecnie. Bliskie są mi słowa pisarza Murakamiego: „Kiedy biegnie mi się lekko, biegnę dalej…”. I pomyśleć, że to dzięki Agnieszce, uciekałem do mojej samotni. Jestem przekonany, że obojgu nam wyszło to na zdrowie. Ja rozbudowałem treningi, wyzbyłem się obaw i frustracji, a ona, sądząc po kilku naszych rozmowach od tamtych czasów, także się rozwinęła. Chwała losowi za to.

W 2010 roku skończyłem studia. Zostałem audiofonologiem. We wrześniu, gdy pracowałem w Enel-Med, poznałem Leszka. Ten mężczyzna w kwiecie wieku był moim pacjentem. Leszek poniekąd wskazał mi biegową drogę. Pokazał Grand Prix Warszawy na Kabatach oraz zachęcił do zapisywania się do biegów długich. Leszek okazał się być zaawansowanym maratończykiem. Postacią otwartą, szalenie pomocną, o wielkim entuzjaźmie. Wiele mi opowiadał o maratońskim bieganiu i warszawskich biegach. Powiedziałem mu, że kilka lat wcześniej zraziłem się do tłumów. Leszek zasugerował mi Grand Prix Warszawy, Bieg Wedla bądź Biegi w Falenicy. Pamiętam, trochę z niedowierzaniem słuchałem rad doświadczonego biegacza, że na Kabatach nie ma tłumów, jest świetna atmosfera.

W pewien piękny wrześniowy dzień wraz z siostrą i jej chłopakiem poszliśmy na giełdę rowerową na Warszawskim Powiślu. Była to niedziela przypadająca na Maraton Warszawski. Z wysokości Mostu Poniatowskiego, podziwiałem maratończyków startujących w biegu maratońskim. Obserwując czołówkę biegu, wówczas jeszcze nie wiedziałem, że spoglądałem na Tomasza Bladosa — wyśmienitego biegacza-amatora. Wystarczy dodać, że był najlepszym polakiem startującym w 32. Maratonie Warszawskim. Na widok chmary biegaczy przeszedł mnie dreszcz. To był piękny widok. To było to, co wiedziałem, że chcę robić. Nie było tam ścisku. Była czysta i piękna sportowa rywalizacja połączona z wzajemnym szacunkiem. Po tym wydarzeniu jeszcze lepiej zacząłem trenować. Jako biegacz-amator dodam, że nie mam na myśli intensywności, a systematyczność. Wtedy wychodziłem z założenia, że tylko regularnie biegając można dojść do odpowiedniej formy. Zacząłem śledzić strony „www” o tematyce biegania, które tak bardzo polecał mi Leszek.

W 2011 roku wystartowałem w swoim pierwszym cyklu biegowym. Było to Grand Prix Warszawy rozgrywane na dystansie 10 km w Lesie Kabackim. Muszę zauważyć, że do tego czasu włącznie biegałem w halówkach. Przez 8 lat mojego biegania biegałem tylko i wyłącznie w nich. Ktoś powie, że jestem niemądry. Możliwe, nie zwracałem na to uwagi. W moim pierwszym występie w GPW osiągnąłem słaby czas 45:25, ale wtedy się cieszyłem. Warunki biegu były okropne. Śnieg, lód, kałuże, błoto. „Dałem radę” — pomyślałem i pognałem dalej. Z pierwszego biegu tego cyklu mam moje pierwsze biegowe zdjęcie — mój finisz. Kilka sekund wcześniej bieg ukończył mój bardzo dobry kompan biegowy Tomasz Kwiatek. Wtedy jeszcze byliśmy sobie obcy. Następnego dnia kupiłem moje pierwsze biegowe buty. Wyrób nie był rewelacyjny, ale o niebo lepszy od halówek. Było to obuwie firmy Kalenji. Tym oto sposobem dokonałem kroku naprzód. Od tamtej pory nie kończę treningów po 30 kilometrach z bólem i krwawiącymi piętami. Za namową Leszka, dnia 27.03.2011 roku w Warszawie przebiegłem pierwszy oficjalny półmaraton. Trasę przebiegłem przed samym biegiem trzy razy treningowo. Po biegu czułem lekki niedosyt. Ukończyłem z czasem 1:35, na 18. kilometrze łapiąc kontuzję prawego śródstopia.

Wiosną rozpoczął się dla mnie, wydawałoby się, fascynujący okres w życiu. Związałem się ze swoją licealną, platoniczną miłością — z Gniewu. Napełniony pozytywną energią, miałem siłę na rozwój biegania. Jeszcze dokładniej je usystematyzowałem. Zacząłem się nim cieszyć w sposób czysty i otwarty. Wówczas otworzyłem się na ludzi jeszcze mocniej. Jeździłem na okoliczne biegi, a moja partnerka jeździła ze mną.

W czerwcu 2011 roku poznałem Cezarego, wtedy jeszcze nie tak napędzanego kebabem. Z Cezarym po raz pierwszy spotkałem się na Biegu im. Jana Kusocińskiego w Ożarowie, gdzie ustanowiłem nową życiówkę na 10 km. Ukończyłem bieg z czasem 39:09. Cezary to dusza towarzystwa, dużo mówił o bieganiu, a najwięcej o maratonach. Planował w sierpniu przebiec swój pierwszy maraton. Za cel wyznaczył sobie maraton w Gdańsku. Dużo z nim w tamtym okresie esemesowałem. To właśnie Cezary namówił mnie bezpośrednio do startu w maratonie.

(2011-08-15) Maraton Solidarności

Zanim wystartowałem w maratonie, wielokrotnie rozmyślałem nad sensem przebiegnięcia tego dystansu. Pamiętam słowa Cezarego: „Nic nie stracisz, najwyżej zejdziesz z trasy…”.

W okresie przed Maratonem Solidarności spędziłem w Gdańsku trzy tygodnie u mojej partnerki. Kiedy ona wychodziła do pracy, ja wychodziłem na trening. Co drugi dzień robiłem około 20 km. Poznawałem w ten sposób urokliwe Trójmiasto. Raz nawet trasa powiodła mnie przez całe Trójmiasto. Od mieszkania na Szadółkach, przez centrum Gdańska, aż na Stogi, stamtąd do Gdyni. W Gdyni kończyłem trening, kąpiąc się w zatoce. Ogólnie rzecz biorąc, będąc w Trójmieście, każdy trening kończyłem w morzu. Wpływało to wspaniale na organizm, mięśnie i ich fizjologię. Mój umysł w tamtym okresie doznawał rozkoszy w towarzystwie mojej sympatii. Trzy tygodnie urlopu i treningu w Trójmieście minęły bardzo szybko. Wiadomo, wszystko, co dobre, szybko się kończy. Tak też było w tym przypadku. Z małą różnicą. Na koniec tego czasu zaplanowałem swój maratoński debiut.

15.08.2011 roku pogoda sprzyjała bieganiu długich dystansów. Było pochmurno i trochę deszczowo. Z tego, co się orientuję, temperatura powietrza wynosiła 18 st. C. Na starcie stanęło około 600 biegaczy, w tym Cezary, który również debiutował na królewskim dystansie. Wśród uczestników pojawił się także poznany przed miesiącem młody biegacz ze Sztumu — Marcin z LKS Zantyr Sztum. Wtedy był on młodym, perspektywicznym zawodnikiem. Poparty dobrą radą trenerską miał szansę na bardzo dobre wyniki. Cała nasza trójka chciała po prostu ukończyć bieg i dobiec do mety zlokalizowanej na gdańskiej starówce. Ten maraton, podobnie jak cztery kolejne, biegłem z odtwarzaczem mp3 i słuchawkami w uszach. Pamiętam, jak połowa dystansu minęła mi jak z bicza strzelił. Wsłuchiwałem się w rytmy Metalliki. Rozmyślałem o mojej sytuacji życiowej, o moich związkach, obecnym i minionym. Połowa Maratonu Solidarności to „wrota” Gdańska. Stoi tam słynny z czasów kształtowania się „Solidarności” polskiej budynek o potocznej nazwie „zieleniak”, gdzie skręcało się w stronę gdańskiej starówki. Z tej wysokości widać Górę Gradową. Pamiętam, myślałem w tamtym momencie o mojej kobiecie. Krótko po tym, jak wystartowaliśmy, ona pojechała opiekować się swoją przyjaciółką, która była świeżo po wypadku. Spoglądając na Górę Gradową i forty wojenne, widziałem nas. Niejednokrotnie byliśmy tam i podziwialiśmy panoramę Gdańska ze stocznią w tle, którą ona uwielbiała. Każdego roku, gdy rozgrywany jest ten maraton, trasa prowadzi przez Jarmark Dominikański, gdzie zawsze jest pełno ludzi. W rejonie gdańskiej starówki robiło się pętelkę. Na tym odcinku każdy zawodnik był na styku z publicznością. Co niektórzy przybijają sobie piątki, uśmiechają się, rozmawiają. Widok ten przywodzi na myśl obrazy z Tour de France, gdzie bywa tak, że tłum niesie kolarzy. Niekiedy im również przeszkadza. Taka jest już tradycja biegów, że publiczność podziwia uczestników, ci zaś czerpią od niej mega pozytywną energię i wędrują dalej. Pamiętam, że z oddali zobaczyłem jakieś małe dziecko stojące wraz z rodzicami. Mocno dopingowało biegaczy. Klaskało, cieszyło się widokiem zawodów sportowych. Kiedy mijałem to dziecko, dałem mu banana, którego zgarnąłem na jednym z punktów odżywczych. Wręczając tego banana, powiedziałem „na zdrówko”, po tym się do mnie uśmiechnęło. Była to mała dziewczynka. Jej uśmiech był jak paliwo dla silnika. Momentalnie przyspieszyłem. Jeszcze bardziej zacząłem cieszyć się biegiem.

Ze starówki trasa prowadziła przez Stogi do Westerplatte, gdzie następowała nawrotka. Stąd biegło się do mety zlokalizowanej na starówce, usytuowanej przy Zielonej Bramie. Około piętnastokilometrowy odcinek Gdańsk–Westerplatte–Gdańsk był typową samotnią. To prosty fragment wiodący przez pola i łąki, gdzie niczego nie ma. Przez całą jego długość byłem sam na trasie, w dodatku za wiaduktem na Stogach zaczął padać deszcz. Z oddali zauważyłem wracających już z Westerplatte biegaczy z Kenii. Wykręcili czas około 2:12. Nic specjalnego, patrząc na ówczesne dokonania Henryka Szosta czy Mariusza Giżyńskiego. Jestem fanem Mariusza. Jego zdjęcie wraz z dedykacją zawisło w moim mieszkaniu. Gdańska samotnia — jak ją ochrzciłem — dała mi się we znaki. Pamiętam 35. kilometr. Śpiewałem wtedy, ponieważ nie było do kogo się odezwać. Myślałem wtedy nawet o Agnieszce. O tym, że to ona nauczyła mnie cieszyć się moją samotnią. Jak w piosence Iron Maiden — The Loneliness of the Long Distance Runner, pognałem do przodu, by witać moją ówczesną sympatię z Gniewu na mecie. Kiedy docierałem do gdańskiej starówki, w słuchawkach słyszałem Loverman Nicka Cave’a. Tym razem był to cover grany przez Metallicę. Jakieś 2000 metrów przed końcem w moim odtwarzaczu poleciał utwór Paradise City (Guns&Roses), której tekst: „Zabierz mnie do miasta, gdzie trawa jest zielona, a kobiety śliczne” poniósł mnie na metę.

Tego dnia debiutowałem w maratonie z czasem 3:18:23 (śr. tempo 4:42/km), co mnie bardzo ucieszyło, bo ja naprawdę nie wiedziałem, jaką taktykę obrać na ten bieg. Wraz z Cezarym, który uzyskał czas 3:31 oraz z Marcinem ze Sztumu (3:26) spisaliśmy się na medal. Wspólnie powiedzieliśmy sobie, że chcemy więcej.

Po maratońskim debiucie postanowiłem się nagrodzić. Po każdym ukończonym maratonie spożywam największą z możliwych pizz i piję piwo, którego odmawiam sobie w cyklu treningowym.

Według doniesień lekarza, który wykonywał USG ciąży kilka miesięcy później, mój syn — Kornel — został poczęty dnia 15.08.2011 roku. Jak tu nie zostać biegaczem? Byle był zdrowy, a piętnasty dzień sierpnia po wszelkie czasy będzie przyprawiał mnie o dreszcze z nim związane.

(2011-09-25) XXXIII Maraton Warszawski

Pomiędzy moim maratońskim debiutem a kolejnym zaplanowanym startem na królewskim dystansie minęło zaledwie 41 dni. W teorii biegania istnieje wiele koncepcji mówiących o tym, by nie startować w dwóch biegach długodystansowych w tak krótkim odstępie czasu. Cóż, nie było to rozsądne, ale w wielu aspektach mojego życia kroczę jak kot swoimi drogami. Ta cecha odnosi się także do biegania. W czasie między dwoma maratonami zająłem się ważnymi dla mnie rzeczami. Po pierwsze, podjąłem próbę odbudowania moich relacji z ojcem. Byłem w gazie, pojechałem do niego dzień po debiucie w maratonie. Po drugie, w pierwszym dniu września dowiedzieliśmy się z mamą Kornela o szczęśliwej dla nas nowinie. Za dziewięć miesięcy mieliśmy zostać rodzicami. Byłem ogromnie zadowolony z tego powodu. Naprawdę tego chcieliśmy. Udało się. Niestety jak to w życiu bywa, było kilka niewiadomych. Jak się okazało później, wszystko miało się niebawem rozwiązać.

Przygotowania do startu w 33. Maratonie Warszawskim rozpocząłem po blisko trzytygodniowej przerwie. Byłem zdania, podobnie jak mówiły poradniki, że po dobrym i mocnym jak na amatora debiucie, można i należy zrobić sobie przerwę od biegania. Tradycyjnie już Maraton Warszawski odbywał się we wrześniową niedzielę. Tego dnia pogoda nas nie rozpieszczała. Na starcie przy placu na Rozdrożu słońce już wczesnym rankiem dawało się we znaki startującym. Pamiętam, umówiłem się z Cezarym i Leszkiem przy depozycie, by dodać sobie wzajemnie otuchy i motywacji. Niestety przez ogromny tłum biegaczy nie spotkałem ani jednego, ani drugiego. Na starcie zobaczyłem Tomasza Kwiatka. Ten dobry obecnie biegacz-amator dopiero wędrował ku wybitnej formie. W tamtym czasie zbytnio się nie znaliśmy, toteż wymieniliśmy tylko zwyczajowe „cześć”.

Od placu na Rozdrożu było tylko około 500 metrów do mieszkania mojej siostry i Jacka. Niestety moja ówczesna sympatia ze względu na studia nie mogła mi towarzyszyć tego dnia. Trochę posmutniałem, ale cieszyła mnie obecność siostry. Przed startem biegowego peletonu bardzo słabo się rozgrzałem. Kilka skipów, skłonów, było to za mało.

Równo o 9:00 starter oznajmił początek zawodów. Biegacze podążali ulicami starej Warszawy, rytmicznie uderzając stopami o asfalt. Z mojej perspektywy ten maraton totalnie zawaliłem. Dobre tempo trzymałem jedynie do 30. kilometra. Po przekroczeniu trzydziestego kilometra poczułem ostry, kłujący ból w prawym kolanie. Już wtedy wiedziałem, że będzie to słaby start. W chwilach bezsilności fizycznej w długodystansowym bieganiu do głosu dochodzi mózg — wewnętrzne ja, które mówi, by nie szarżować, gdy wola chce. No i cały schemat na ten bieg padł. Od około 32. kilometra poczułem psychiczną niemoc, rodzaj psychicznej „ściany”. Intensywnie zacząłem snuć rozważania o życiu. Pojawiły się myśli wynikające z mojej lekkiej zazdrości o mamę mojego nienarodzonego wówczas syna. Skończyło się na tym, że od 32. do 39. kilometra nawet nie truchtałem, miejscami szedłem. Kiedy minął mnie pace-maker z balonikiem 3:15 wiedziałem, że już jest po zawodach. Na 36. kilometrze minął mnie — idący jak burza w tym biegu — Tomasz Kwiatek. Jeszcze wtedy, podobnie jak ja, biegający z muzyką. Obecnie nie sposób spotkać nas na trasie biegu ze słuchawkami w uszach. Wtedy to było moje katharsis. W okolicach 39. kilometra dosłownie puknąłem się w głowę i sam do siebie w myślach powiedziałem: „Biegnij! Nie obijaj się, po biegu odpoczniesz!…”. Po tej kwestii mocno przyspieszyłem, wyprzedzając całą masę biegaczy. Kiedy dobiegłem do mety zlokalizowanej w okolicy stadionu Agrykola na Myśliwieckiej, szczerze przyznaję, nie czułem zmęczenia. Czułem się, jakbym był wypoczęty. Wielu znajomych biegaczy mówi: „gdy po ukończonym maratonie czujesz się pełnym sił, to wiedz, że spieprzyło się sprawę…”. Wiem o tym, że zepsułem ten bieg.

Pierwszy raz w życiu postanowiłem powalczyć o czas i dobre tempo. Nic z tego nie wyszło. Skończyło się na tym, że linię mety minąłem z czasem 3:33:22 (śr. tempo 5:02/km). Gdybym nie zaliczył udanego debiutu w Gdańsku, to wynik z Warszawy wziąłbym w ciemno. Na mecie, dosyć niespodziewanie, czekała na mnie siostra ze swoim włoskim kolegą. Około 10 minut przede mną bieg ukończył Tomasz. Na mecie wyczekiwała go Ola. Podobnie jak czekająca na Cezarego jego kobieta. Niestety do mojej kobiety nawet się nie dodzwoniłem. Kilka minut po biegu spotkałem Czarka. Czarek przez większość biegu borykał się z kontuzją kolana. Nasza trójka była zadowolona z kolejnego udziału w maratonie. Chociaż liczyłem na lepszy rezultat, postanowiłem zrobić sobie przyjemność i zamówić pizzę i piwo.

Pamiętam, nie chciałem wracać w to upalne popołudnie do domu i moją nagrodą delektowałem się w Ogrodzie Krasińskich. Ucztowałem z moją przyjaciółką — Pauliną z Puławskiej. Była ona moją bratnią duszą. Moim damskim odpowiednikiem, która zawsze służyła przyjacielską radą i wsparciem. Wiedziała kiedy pochwalić, ale i zanegować, gdy robiłem coś głupiego. Pamiętam nasze „szlajanie się” z aparatem i robienie fotek temu pięknemu miastu. Z aparatem w dłoni czy też słuchając muzyki, potrafiliśmy spędzać niekiedy całe dnie aż do nocy. Tymczasem moja trójmiejska sympatia się nie odzywała. Nie rozmawialiśmy kilka dni. Ja tutaj w Warszawie, ona w Gdańsku. Sytuacja była patowa. Jednak szkoda, że my ludzie niekiedy nie czytamy między wersami. Dzięki czemu można by było uniknąć wielu nieporozumień.

Jesienią tego roku, tydzień po starcie w Maratonie Warszawskim wystartowało Grand Prix Warszawy. Osiągnąłem sukces, byłem drugi w swojej kategorii wiekowej, zaraz za Tomaszem Bladosem, który tak dzielnie walczył w Maratonie Warszawskim rok wcześniej. Jak już wspomniałem, Tomasz Blados to elita amatorskiego biegania. Prywatnie to bardzo skromna osoba, która z bieganiem i lekkoatletyką jest związana od wielu lat. Przyznaję, że później będę miał tę niebywałą przyjemność poznać Tomasza lepiej na gruncie pozasportowym i wiem, że jest to bardzo ciekawy człowiek. Aż szkoda, że on nie napisze swoich biegowych wspomnień. Kilka razy mu to w przyszłości jeszcze powiem. Wracając do jesieni roku 2011, dzień po Grand Prix Warszawy pojechałem do rodzinnego Elbląga. W Elblągu odbywał się II Półmaraton Elbląski „Elbażant”. Bieg był rozgrywany na pagórkowatym terenie w Bażantarni. 21 097 kilometrów zostało podzielone na trzy pętle. Suma podbiegów wynosiła około 300 metrów. Byłem w dobrej formie fizycznej, toteż nie bałem się startować tydzień po tygodniu. Dodatkowym bodźcem przemawiającym za startem w Elblągu była możliwość spotkania się z ojcem. W ten weekend moja luba poznała moją rodzinę. Był to pozytywny wyjazd. Wszyscy ją dobrze przyjęli, a ponadto zrobiłem satysfakcjonujący mnie wynik w półmaratonie przełajowym, typu cross. Bieg ukończyłem z wynikiem 1:33:28 (śr. tempo 4:25/km). Wygrał doświadczony biegacz z LKS Zantyr Sztum — Bartosz Mazerski.

W dniu Półmaratonu Elbląskiego po raz ostatni spotkałem się z ojcem. Nie dogadaliśmy się w pewnej znaczącej dla nas kwestii. Pomimo niepowodzenia w próbie odbudowania naszych relacji, przyznaję, nigdy wcześniej nie byłem tak blisko z ojcem. Nigdy wcześniej nie osiągnęliśmy takiego poziomu szczerości między sobą jak w tym czasie.

(2011-10-16) XII Poznań Maraton im. M. Frankiewicza

Od poprzedniego startu minęło 21 dni. W tym czasie wydarzyło się wiele. Kolejne USG dziecka i ogólna radość. Sytuacja z ojcem zaburzyła troszeczkę radosny stan mojego ducha. Do Poznania pojechałem sam. Do stolicy Wielkopolski udałem się dzień wcześniej. Z samego rana wsiadłem w Polski Bus. W tym czasie zasłuchiwałem się w twórczości zespołu My Riot. W szczególności upodobałem sobie utwory: „Sen”, „Sam przeciwko wszystkim”„Ból przemija”. Podczas tej poznańskiej wyprawy szczególny nacisk położyłem na drugi z trzech wymienionych przeze mnie utworów. Lider grupy My Riot (Glaca) stworzył go z Peją — poznańskim raperem.

Autobus, którym jechałem do Poznania, był przepełniony biegaczami zmierzającymi na 12. Poznań Maraton. Zauważyłem grupkę osób spod szyldu „Polska Biega”. Byli oni najbardziej oflagowani. Pozostałe ekipy biegowe, a jechało ich tym samym autobusem kilka, nie zaznaczały tak bardzo swojej odrębności. Jadąc do Poznania, poznałem dwóch biegaczy-pasjonatów. Biegaczy, którym bieganie dawało radość, niezależnie od innych czynników. Byli to Zbyszek z Tarchomina i Robert pochodzący z Parczewa. W tym mieście urodził się również Tomasz Kwiatek. Zbyszek to z kolei warszawiak, który przez całe swoje życie mieszkał na warszawskiej Woli. Obydwaj panowie w późniejszym okresie znacząco wpłyną na moje bieganie.

Biuro zawodów mieściło się w Poznańskiej Hali Targowej Arena. Wówczas Poznań szykował się do Euro i był niemalże cały w przebudowie. Dzięki pomocy Zbyszka, który — jak się okazało — jest ambasadorem Festiwalu Biegowego, nie zgubiłem się. Znał on Poznań bardzo dobrze.

Przed maratonem miałem zarezerwowany nocleg w hali sportowej. Wraz z grupą pozostałych maratończyków spaliśmy przy ulicy Maratońskiej. Znamienna nazwa. Sam obiekt powstał zapewne w zamierzchłych latach. Podczas tego noclegu poczułem w 100 % atmosferę biegu. Nocowali tam zaawansowani biegacze, a także debiutanci. Można było wymieniać się doświadczeniami i uwagami. Było wspaniale pod wieloma względami. Brakowało mi jednak mojej sympatii, która była u siebie w Gdańsku. Podczas noclegu i pobytu w Poznaniu dużo rozmyślałem, m.in. o ojcu i o tym, co się wydarzyło. Wszystko było niepewne. Nie mogłem okazać słabości i obaw kobiecie, która spodziewała się dziecka. Na ówczesną chwilę, w drugim miesiącu ciąży, nie mieliśmy nic. Nic prócz uczucia i wielkich chęci. „Człowiek jest w stanie przejść do owocnego działania w każdej chwili”. Jak się wkrótce miało okazać, ta sentencja będzie mi wielokrotnie towarzyszyć podczas moich startów.

W wyprawie biegowej na Poznań Maraton towarzyszyła mi muzyka. W odtwarzacz wgrałem twórczość zespołów takich jak Motörhead, My Riot, Metallica, Iron Maiden, Sanctity, Molesta Ewenement, Eldo i innych. Wśród noclegowiczów hali POSiR poznałem pewnego biegacza mającego właśnie zadebiutować na królewskim dystansie. Tym debiutantem był Rysiek z Wrocławia. Ten lekko zaokrąglony biegacz-amator przed swoim debiutem przebiegł w sumie około 60 kilometrów. Ktoś powie, że nie powinien biec w maratonie, że to trochę niemądrze. Jednak trzeba pamiętać, że jeżeli w grę wchodzą emocje po stracie bliskiej osoby, nic i nikt nie powstrzyma człowieka zdeterminowanego. A takim właśnie był Rysiek. Ten przeszło 40-letni mężczyzna miał jeszcze inną zaletę. Podobnie jak ja słuchał mocnej, gitarowej muzyki. Po hali POSiR wędrował w koszulce z koncertu Metalliki w Berlinie „Magnetic Party” z 09.09.2008 roku, na którym byłem jeszcze z Agnieszką. Kiedy zobaczyłem tę białą koszulkę na jego torsie, od razu podszedłem i zagadałem. Powiedział mi, że debiutuje i ma zamiar biec bez muzyki. Jako bardziej doświadczony biegacz doradziłem mu, by wziął ze sobą odtwarzacz na start — jak nie na początku, to później się przyda. Pomoże mu to zabić ból i pokonać ścianę. Ja również biegałem z muzyką, co dawało mi wtedy bardzo wiele. Do końca życia będę powtarzał, że początkującym biegaczom-amatorom słuchanie przyjemnych dla uszu bodźców dźwiękowych pomaga pokonać wszelkie granice. Granice zmęczenia, dystansu i zwątpienia.

Nazajutrz o poranku niektórzy noclegowicze jeszcze próbowali dospać co nieco. Inni wręcz przeciwnie, na nogach byli dużo wcześniej. Po porannej toalecie i lekkim śniadaniu spakowaliśmy się. Wraz z Ryśkiem i pozostałymi biegaczami udałem się do autobusów, które miały nas zawieźć na start zlokalizowany na poznańskiej Malcie. Trasa biegu składała się z dwóch pętli po 21 097 km. Zahaczała ona m.in. o starówkę. Od depozytów do linii startu było około 1500 metrów. Pozwoliło to przeprowadzić dobrą rozgrzewkę. Jeszcze przed oddaniem telefonu do depozytu zatelefonowałem do mojej kobiety. Mocno za nią tęskniłem. Obudziłem ją. Powiedzieliśmy sobie „kocham” i obiecałem odezwać się po biegu. Zapytała, jaki czas zamierzam zrobić. 3:30 — odpowiedziałem. Tego dnia maraton startował o 9:00. Było zimno. Postanowiłem biec lekko i przyjemnie, tak jak zawsze tłumaczyli mi znajomi maratończycy, a o czym pisał Murakami. Tak też zrobiłem. Trzymałem stałe tempo. Podczas biegu za wiele nie rozmyślałem, by nie powtórzyć sytuacji z Warszawy. Postanowiłem biec i tyle.

Od 35. kilometra biegłem z moim dobrym znajomym Jakubem triathlonistą. Jakub jest byłym wojskowym, mającym za sobą starty w imprezach z cyklu Iron Man. Tego wysportowanego biegacza-amatora, na którym dobrze dopasowana koszulka zaznaczała świetną, lekkoatletyczną sylwetkę, poznałem na biegu w Ożarowie Mazowieckim w czerwcu 2011. Ja w tym biegu zrobiłem 39:09, on wykręcił około 37 minut. Wyprzedził mnie o kilka dobrych minut. Nic dziwnego, to bardzo dobry biegacz.

Na trasie tego maratonu poznałem również biegnącego z wózkiem Daniela. Wiózł swojego syna, Patryka. Widziałem radość tego mężczyzny pomimo ogromnego wysiłku. Zamieniliśmy kilka zdań, po czym minął mnie z niebywałą lekkością. A wózek z synem ważył około 20 kilogramów.

Jak się później okaże, wszyscy moi towarzysze z Poznań Maraton, będą mieli duży wpływ na moje bieganie. Sam maraton ukończyłem z czasem 3:29:59 (śr. tempo 4:58/km). Idealnie wpasowałem się w czas, który zakładałem. Wyprawę Poznań Maraton 2011 ukoronowałem wraz z Robertem wspólnym piwem i pizzą. Późnym wieczorem ja, Zbyszek z Tarchomina i Robert wróciliśmy Polskim Busem do Warszawy.

(2012-04-15) XXXIX Dębno Maraton

Od ostatniego maratonu minęło pół roku. W tym czasie wydarzyło się wiele bardzo istotnych rzeczy w moim życiu. Jako przyszli rodzice wstępnie poznaliśmy termin porodu Kornela. Oszacowany przez specjalistów na połowę maja 2012 roku. Zamieszkaliśmy na Tarchominie. Na Tarchominie, na którym wiele lat wcześniej osiedlił się Zbyszek. Szczęśliwy zbieg okoliczności, niekiedy trenowaliśmy razem późnym wieczorem.

Początki wspólnego mieszkania były trudne, musieliśmy się dotrzeć. Tak to już bywa między ludźmi. Aby osiągnąć cel i dobrze współpracować, trzeba się poznać. Jeżeli chodzi o aspekt czysto sportowy, to przeprowadzka na Tarchomin znacząco wpłynęła na mój trening biegowy. Musiałem wytyczyć nowe trasy biegowe. Oszacować odległości i znaleźć skalę trudności oraz odnieść to do ulubionych tras z mojego ukochanego centrum Warszawy. Zajęło trochę czasu, zanim doprowadziłem ten mechanizm do końca.

Przygotowania do startu w 39. Maratonie w Dębnie rozpocząłem od startów w Grand Prix Warszawy oraz w cyklu Zimowych Biegów Górskich w Falenicy. W Falenicy w tym sezonie debiutowałem, toteż z przekory wystartowałem na dystansie dwóch pętli, czyli 6,66 km. Wygrałem swoją kategorię wiekową. W międzyczasie zaliczyłem dwa udane starty w warszawskich atestowanych biegach ulicznych. W Biegu Chomiczówki (15km) w styczniu 2011 uzyskałem wynik 1:02:30 (śr. tempo 4:10/km). W Półmaratonie Warszawskim padła nowa życiówka, uzyskałem wynik 1:28:48 (śr. tempo 4:12/km). Czułem się mocny. Ostatnim elementem przygotowań było dobranie odpowiednich „startówek”. Postanowiłem zakupić Adidas Climacool. Te lekkie buty, chociaż oparte na technologii naturalnego biegania, miały mnie ponieść daleko i szybko.

Tydzień przed maratonem w Dębnie zrobiłem próbę generalną na tym dystansie. Próbę przeprowadziłem, będąc w Gniewie. Tempo było mocne, a czas wyszedł 3:16 (śr. tempo 4:38/km) — byłem gotowy.

W trakcie tych sześciu miesięcy wraz z Michałem Muzyką, Olą Dziewulską i Tomaszem Kwiatkiem założyliśmy Amatorski Klub Biegowy MORT! Nazwa intrygująca wiele osób, którzy się z nią zetknęli. Powstała od pierwszych liter naszych imion. Nasz debiut klubowy przypadł na Bieg Mikołajkowy na Kabatach (sobota, 02.12.2011 roku). Fakt ten cieszył mnie jak dziecko. Wszystkich nas mobilizował. W styczniu 2012 roku dołączył do naszej ekipy Cezary, a także Robert Kaczmarski oraz Rysiek z Wrocławia, których spotkałem w Poznaniu. W lutym poprzez sklep Ergo poznałem Karolinę, mocną fighterkę. Zgodziła się dołączyć do naszego skromnego grona. Coraz mocniejsi przystąpiliśmy do rywalizacji drużyn w Półmaratonie Warszawskim. Do udziału zaprosiliśmy przyjaciela Roberta Kaczmarskiego — Roberta J. Tak zmontowaną ekipą wraz z Tadkiem — kolegą Michała, który dołączył w lutym na udział w Grand Prix Warszawy, wystartowaliśmy w rywalizacji drużyn w Półmaratonie Warszawskim. Zajęliśmy wysokie 18. miejsce. Można to nazwać pierwszym sukcesem zespołu. To wszystko dawało zapas energii i mocno nas wszystkich mobilizowało.

Ze stolicy Polski do „Stolicy Polskiego Maratonu” (bo taki przydomek nosi Dębno) jest około 550 kilometrów. Ten maraton jest najstarszym maratonem w naszym kraju. Do tego maleńkiego miasteczka wybrałem się ekipą, którą zorganizował Robert Kaczmarski. W dużym samochodzie było pięć osób. Wśród nich Robert, Cezary, Darek i Ewa. Podróż trwa niemiłosiernie długo, przez co wielu biegaczy często rezygnuje z tej wyprawy. Ja nie mogłem i nie chciałem. Obiecałem sobie zdobyć Koronę Maratonów Polskich w jeden rok. Może ją zdobyć każdy biegacz, który w ciągu dwóch lat ukończy pięć największych polskich maratonów. Do tej magicznej piątki należą: Dębno, Kraków, Wrocław, Warszawa, Poznań. Moim celem na Dębno było zrobienie nowej życiówki.

Całe miasteczko żyło maratonem. Ulice były przystrojone jak na święta. Wszędzie powiewały flagi narodowe i symbole maratonu oraz PZLA (Polskiego Związku Lekkiej Atletyki). Nocleg w hali sportowej jednej ze szkół podstawowych miałem zapewniony przez organizatora. Wraz z Cezarym byliśmy jednymi z pierwszych biegaczy, którzy zjawili się na noclegu. Pozwoliło to nam bezproblemowo zdobyć materace do spania. Oprócz tego szybsze dotarcie do biura zawodów i strefy noclegowej umożliwiło nam zajęcie lepszych miejsc w hali i wytworzenie niejako strefy MORT! Nasza strefa, zaledwie dwuosobowa, zlokalizowana była w bramce do piłki nożnej. Mogliśmy tam wywiesić koszulki klubowe. Nie mieliśmy wtedy jeszcze flagi. Pozostali towarzysze wyprawy do Dębna nocowali w prywatnych kwaterach.

Sobota stała pod znakiem wycieczki krajoznawczej po Stolicy Maratonu Polskiego. Jest to niewielka mieścina, ale niezwykle urokliwa. W centrum miasteczka znajduje się staw, gdzie zachód słońca wygląda naprawdę zdumiewająco. Jest tam też cała masa starych kamienic i uliczek. Jest tam stary dworzec, prawdopodobnie już nieużywany. W centrum tego pięknego miasteczka znajduje się kamienica z wielkim malunkiem na jednej ze ścian. Przedstawia on biegnących zawodników, a nad nimi rozciąga się napis „Dębno — Stolica Polskiego Maratonu”. Z Dębna jest blisko do Gorzowa Wielkopolskiego, skąd pochodzi Wojtek.

Tego samego popołudnia, gdy wraz z Cezarym zwiedzaliśmy Dębno, szukaliśmy sklepu, by zakupić prowiant. Tu ujawniła się nasza „dużomiasteczkowość”. Dębno różniło się tym od Warszawy, że sklepy w weekendy zamykano około 16:00.

Pod koniec dnia z Czarkiem udaliśmy się na Pasta-Party. Powiem szczerze, to było niewiarygodne, wręcz fantastyczne uczucie patrzeć, jak Cezary, dusza towarzystwa, konsumował kolejną miskę spaghetti. A poza tym znał całą masę biegaczy i z każdym łapie wyśmienity klimat z charakterystycznym dla siebie uśmiechem na ustach. Uśmiechem od ucha do ucha. Trzeba wiedzieć, że Cezary ceni w biegaczach brak przygnębienia oraz otwartość. Jak sam twierdzi, jeżdżąc na maratony, ładuje akumulatory, bo tutaj nie ma smutku i zawziętości. Między innymi za to lubię tego faceta.

Po powrocie do hali wraz z Cezarym graliśmy w „Świnki”. Dawno się tak nie uśmiałem. Nie jest to trudna gra, pozwala się odprężyć i zapanować nad stresem. Wieczór minął szybko, w wesołym nastroju. Dzięki interpersonalnym zdolnościom Czarka można było zapomnieć o czekającym nas zadaniu. Chwilę przed snem rozmawiałem z mamą Kornela. Tęskniłem za nią szalenie. Myśli o niej i Małym w brzuchu nie dawały mi spokoju. Chciałem mieć ich przy sobie.

Około godziny 22:00 na hali zgasły światła. Nieliczni biegacze dopiero schodzili się na nocleg. Przez ciemności, które zapanowały, mieli sporą trudność, by swobodnie przemieszczać się po hali. Obudziłem się rano, około 7:00. Mój towarzysz z MORT! pospał jeszcze trochę. Jak powiedział: „Maraton nie ucieknie…”. Odnośnie Czarka należy dodać, że przez większość 2012 roku zmagał się z kontuzjami. Wysiadły mu oba stawy kolanowe, co trochę utrudniało mu bieganie. Ten długowłosy biegacz, podobnie jak ja, za cel postawił sobie zdobyć Koronę Maratonów Polskich w rok. On również nie mógł odpuścić startu w Dębnie. Istnieje przesąd wśród wielu biegaczy-amatorów głoszący, że jak się nie pojedzie do Dębna na początku wspinaczki po Koronę, to już się nigdy tam nie pojedzie. Coś w tym jest, ponieważ gdybym miał rozłożyć zdobywanie Korony na dwa lata, to w 2013 trudno byłoby mi się tam wybrać.

Start maratonu zaplanowano na godzinę 11:00. Przed biegiem „na dzień dobry” skontaktowałem się z moją ówczesną sympatią. Byłem ciekaw co u niej i jak się czuje. O poranku 15 kwietnia wszystko było w porządku. Nic nie zapowiadało przykrych wydarzeń, które miały nadejść wkrótce.

Poszliśmy z Czarkiem do depozytu, mijając po drodze strefę startu. Zadziwiające, to miasto było udekorowane na tę okoliczność jak na jakąś uroczystość państwową. To miasteczko, cały ten region żyje maratonem. Nie jest tak jak w dużych miastach, gdzie maraton ginie w tle. W depozycie spotkaliśmy ekipę z samochodu. Darek, Robert, Ewa rozgrzewali się. Dzień wcześniej Ewa zrobiła rundkę biegową po mieście i — podobnie jak my — zachwalała sobie jego uroki.

O 11:00 biegacze ruszyli ze startu wspólnego wraz z elitą zawodów, do której należał Yared Shegumo. Były to również Mistrzostwa Polski Mężczyzn w Maratonie.

Tego samego dnia w Rotterdamie Mariusz Giżyński walczył o kwalifikację olimpijską w maratonie. Mariusz uzyskał znakomity wynik 2:11:20. Niestety wygórowane minimum PZLA nie pozwoliło mu pojechać. Ówczesny zarząd PKOL (Polskiego Komitetu Olimpijskiego) był nieugięty. Moim zdaniem popełnili drastyczny błąd pozostawiając Mariusza w kraju. Nie piszę tego tylko jako uważny obserwator kariery Mariusza. Chodzi mi o zgrany kolektyw i relatywnie mocną ekipę, a taką można było stworzyć, gdyby Mariusz wszedł w jej skład.

Maraton w Dębnie składał się z trzech pętli między Dębnem a Dargomyślem. Pętla miała długość nieco ponad 14 kilometrów. Pierwsza — zleciała mi błyskawicznie, druga — podobnie szybko. Gdy kończyłem drugą pętlę, akurat byłem świadkiem finiszu Yareda Shegumo. Yared zdobył tytuł Mistrza Polski w maratonie A.D. 2012. Biega tak lekko, jakby frunął. Tego samego dnia co Dębno Maraton odbywał się inny maraton, w Łodzi. Startował w nim Leszek i Zbyszek z Tarchomina.

W Dębnie wystartowałem z muzyką, trochę bojąc się jeszcze tego królewskiego dystansu. Z pokorą pokonywałem każdy kilometr. Popełniłem jeden istotny błąd. Do dziewiętnastego kilometra nie spożyłem nawet mililitra płynu. Błąd, bardzo głupi, bo zawsze piję co pięć kilometrów. Przyznam szczerze, nie wiem, dlaczego tak postąpiłem.

Do trzydziestego kilometra biegłem z grupą biegaczy na 3:08:00. Po minięciu 30. kilometra poczułem mocne kłucie w okolicy nadbrzusza i dreszcze na ciele. Zatrzymałem się. Wielu biegaczy pytało, co się dzieje. Wielu z nich znało mnie i się zdziwili, widząc pauzę u mnie. Ból był silniejszy od wszystkiego. Jakby ogromny skurcz rozrywał mi żołądek. Po krótkim postoju postanowiłem ruszyć dalej. Po przebiegnięciu około 500 metrów padłem. Musiałem usiąść. Przesiedziałem parę minut na poboczu. Ktoś rzucił miło: „trzymaj się tam…”. Po pewnym czasie zauważyłem mijającego mnie Roberta. Powiedział: „Wstawaj, nie zatrzymuj się!”, posłuchałem się. Miałem dobre chęci, jednak nie dałem rady. To był koniec ścigania się. Moje ciało odmówiło. Ból głowy i żołądka wygrał, położyłem się na poboczu. Jakiś nieznany mi biegacz powiedział, bym się nie ruszał, leżał i czekał na pomoc. Wezwał karetkę. Leżąc na poboczu czekałem na służby medyczne. W tym czasie minął mnie Cezary. Miał dwa małe bidony z napojem energetycznym. Jeden, jeszcze pełny, wręczył mi. Podał mi dłoń i życzył powodzenia, sprzedając szczery uśmiech. Chociaż pamiętam to wydarzenie jak przez mgłę, wiem, że ten człowiek prawdopodobnie uratował mi życie. Choćby nie wiem co, nie zapomnę mu tego. Szczerze mu dziękuję przy każdej możliwej okazji. Sam fakt, że Czarek zatrzymał się i stracił na mnie około 5 minut, świadczy o wielkości tego człowieka. Nie każdy na drodze do celu potrafiłby wyzbyć się ego i pomóc innemu. Wszyscy biegacze wiedzą jak trudno jest ruszyć w momencie, gdy przerwie się bieg. Tym ciężej po trzydziestym kilometrze. Jestem mu za to wdzięczny. Kilka dobrych minut minęło do przyjazdu karetki. Gdy dotarli do mnie ratownicy z noszami, byłem już owinięty w folię cieplną przez jednego z wolontariuszy. W tym czasie powoli przełykałem energetyk z bidonu Cezarego. W mojej głowie krążyły słowa tego wspaniałego chłopaka z Białej Podlaskiej brzmiące: „Trzymaj ten bidon na zdrowie. Oddasz czy nie oddasz, dotrwaj chłopie…”. W tamtej chwili był niczym anioł, który sprawował nade mną pieczę. Przyznam, że nie pamiętam momentu, kiedy znalazłem się w karetce. Pamiętam kroplówkę z glukozą i smak spijanego izotoniku od Czarka. Był słodki, mocno stawiał na nogi. Po paru minutach zacząłem dochodzić do siebie. Zacząłem normalnie rozmawiać. Trafiłem na przyjazny personel medyczny. Sprawdzili tętno, niskie, około 60. uderzeń/minutę. Ciśnienie w normie — 115/79 mmHg i temperatura w normie. Nalegali bym przerwał bieg. Powiedziałem: „nie!”. Tłumaczyłem to tym, że obiecałem zdobyć Koronę Maratonów Polskich dla syna, który urodzi się w maju. Zapytano mnie o imię, nazwisko — powiedziałem. Zapytano o PESEL — powiedziałem. Zapytano o datę urodzenia — powiedziałem. Podałem im nawet NIP. Byłem skoncentrowany na tym, by ukończyć ten bieg i osiągnąć cel. Wiedziałem, że jak zwątpię, to nic z tego nie będzie. Musiałem być twardy. Oznajmiłem, że chcę biec na własną odpowiedzialność. Zgodzili się. Sumując cały czas spędzony na poboczu — już dawno miałem być na mecie. Po około 50 minutach przerwy opuściłem karetkę. Zacząłem biec. Myślałem o małym, nienarodzonym jeszcze Kornelu. Wiedziałem, że te ostatnie 12,195 kilometrów biegu to może być męka, a moim celem — byle dobiec.

Z ostatniego fragmentu biegu mało pamiętam. Trudno było mi podłączyć się do jakiejkolwiek biegnącej rytmicznie grupy. Musiałem wyglądać jak wolny elektron podążający własnym torem. Słuchałem muzyki. Medytowałem w biegu. Intensywnie skupiałem się na Kornelu, którego znałem z USG. Uświadomiłem sobie, że go kocham, a jeszcze się nie urodził. Jest on częścią mnie, bo powstał ze mnie. Dlatego m.in. poprzez zdobycie Korony chciałem mu pokazać, że nie ma rzeczy niemożliwych, wystarczy coś bardzo chcieć i w to wierzyć, by to osiągnąć. Oczywiście nie za wszelką cenę. Należy „iść swoją drogą, i nie dać satysfakcji wrogom…”, jak głosi pieśń.

Tymczasem na tyłach peletonu biegowego rozgrywała się bitwa o złapanie kilku sekund. Dotyczyło to każdego z nas. Ja skupiłem się na złapaniu i utrzymaniu równego tempa. Wynosiło ono wtedy między 5:00, a 5:20/km. Na końcówce trasy znajoma Cezarego dała mi kostkę cukru. Tego mi wtedy brakowało. W ręku ściskałem bidon Czarka. Obiecałem mu oddać go na mecie. Kiedy dobiegłem do mety, moi znajomi już dawno ukończyli bieg. Ewa zdobyła drugie miejsce w kategorii wiekowej. Wracała do Warszawy z wielkim pucharem. Robert oraz Czarek już dawno wzięli prysznic. Darek ściskał izotonik, który każdy z nas w butelce dostawał na mecie. Wszyscy czekali na mnie. Tego, który jechał po życiówkę.

Kilka godzin po biegu odczytywałem SMSy. Było ich pełno. Tomasz Kwiatek i Michał Muzyka pytali, co się stało, że nie było mnie na kolejnych punktach kontrolnych. Wysyłali te SMSy w trakcie biegu, śledząc transmisję w sieci. Rodzicielka mojego syna wysłała mi wiadomość, że się martwi. Maraton ukończyłem z wynikiem 4:06. Słaby? Wiem. Jednak cieszy mnie fakt, że się nie poddałem i co najważniejsze, nie zwątpiłem. Podążałem na 3:08 (śr. tempo 4:27/km), a skończyłem 4:06 (śr. tempo 5:49/km). Od 3:08 do 4:06 — dobry tytuł na książkę. W gruncie rzeczy byłem zadowolony. Maraton uczy pokory i wiem, że tym razem Dębno wygrało. Jednak obiecałem sobie, że kiedyś tutaj wrócę. Kiedy? Planowałem w 2014 roku. Na mecie spotkałem Cezarego. Uściskałem go, podziękowałem i oddałem bidon. Po maratonie zjadłem obfity obiad. Organizatorzy nie oszczędzali na tym. Pochłonąłem chyba ze trzy zestawy. Kilkanaście minut później, gdy doprowadziłem się do normalności, zatelefonowałem do domu. Nic nie powiedziałem o tym, co się wydarzyło. Nie chciałem nikogo denerwować.

Na pytanie, co poszło nie tak, odpowiedziałem, że nie mój dzień. Kiedy wracaliśmy do Warszawy, dostałem SMS z informacją, że mama Kornela źle się czuje.

Bardzo się zmartwiłem tą wiadomością. Gdy wróciłem do domu, była godzina 23:00. Mama Kornela leżała na łóżku, zwijając się z bólu. Trzymała się za brzuch. Był to ósmy miesiąc ciąży do tej chwili wzorowej. Około północy przyjechała karetka. Zabrali ją na oddział ginekologii do Szpitala Bródnowskiego. Poczułem nieprzyjemne dreszcze i lęk jak nigdy dotąd. Kiedy zobaczyłem ją następnego dnia około 15:00, bardzo się bałem. Diagnoza lekarska okazała się mniej niepokojąca, niż można było myśleć. Była to kolka nerkowa.

(2012-04-22) XI Cracovia Marathon

Od mojego poprzedniego startu minęło zaledwie siedem dni. Start w Krakowie wiązał się ze sporym ryzykiem. Ryzykiem związanym ze zdrowiem moim i mojej ciężarnej. Niepewnością, czy mój organizm wytrzyma obciążenie. Jeszcze w sobotę poprzedzającą start rodzicielka Kornela była w kiepskim stanie. Leżała na oddziale patologii ciąży w szpitalu na Solcu. Nie mogłem pojechać z resztą ekipy MORT! z samego rana, poprosiłem więc Czarka o to, by odebrał mój pakiet startowy. Miałem dojechać wieczorem. Miałem, o ile stan zdrowia na to pozwoli. Kolka nerkowa dawała się we znaki. Jeszcze rano zostaliśmy przetransportowani do szpitala im. Orłowskiego na konsultację urologiczną. Lekarz rozważał inwazyjną metodę leczenia poprzez drenaż nerki, ponieważ następowało cofanie się moczu z moczowodu do nerki. Przyczyną był nacisk. Powodował go mały, który blokował rączką moczowód. Doprowadzało to do stanu zapalnego. Antybiotyki, środki przeciwbólowe i inne specyfiki nie pomagały. Temperatura rosła, ból i wymioty się nasilały. Podjęto wiele prób. Jakakolwiek ingerencja niosła ryzyko przyspieszenia porodu, a podawanie dużych dawek leków mogło skutkować zatruciem dziecka. Matka dziecka praktycznie nie kontaktowała. Było źle. Około 10:00 zjawił się świetny w swoim fachu urolog. Był naprawdę skuteczny, czego nie można powiedzieć o jego kolegach, którzy z nim współpracowali. Znalazł metodę. Nie wiem do dzisiaj, jak to zrobił, ale okazał się na tyle kompetentny, że objawy zaczęły ustępować. Około południa leki na dobre zaczęły działać. Ból i wymioty ustępowały. Pamiętam treść SMSa, który wysłałem do Ryśka, Tomka i Czarka:

— „Jeżeli ból minie, jadę do Krakowa PKP i biegnę za zdrowie moich…”,

— „Biegnij dla syna!” — tej treści SMS dostałem w odpowiedzi.

Matka Kornela była pod stałą opieką w szpitalu. Około 13.00 ból, temperatura i wymioty całkowicie ustąpiły. Lekarz powiedział, że dziecku ani chorej nic nie zagraża. Powiedziała mi, bym wsiadł w pociąg i jechał do Krakowa. Może wiele osób odbierze to jako nieludzki gest z mojej strony, ale zrobiłem to. Długo nie chciałem tam jechać. Martwiłem się. Jednak widzenia w szpitalu były do 15:00. Praktycznie cały dzień i tak bym nie był przy niej. Nie umiałbym wysiedzieć, nic nie robiąc.

O 14:25 miałem pośpieszny pociąg do dawnej stolicy Polski. Około 18:00 byłem na miejscu, gdzie — zgodnie z obietnicą — wyczekiwał mnie Cezary. Ten wysoki, długowłosy brunet z bujną brodą tryskał pozytywną energią i uśmiechem na ustach. Pojechaliśmy na nocleg, gdzie Cezary był już wcześniej, by zająć miejsca. Po drodze spotkaliśmy się z Ryśkiem. Tej nocy spaliśmy w hali TS Wisła przy Rejmonta w Krakowie. Nasze legowiska były odizolowane od reszty. Można było wypocząć i wyspać się przed biegiem. Tego wieczora humory nam dopisywały. Stworzyliśmy swoistą „lożę szyderców”, żartując i rozluźniając się do woli. Było pozytywnie. Tymczasem Tomasz Kwiatek z Olą nocowali gdzieś pod Krakowem, u rodziny Oli. Z Tomkiem umówiłem się na jutrzejszy bieg. Do połowy obiecałem go prowadzić. Tomasz zamierzał walczyć o życiówkę. Plan był taki, by po 21. kilometrze zrobić dobry timing dla niego i potem biec bez pośpiechu taktyką „byle dobiec”.

Przed snem próbowałem się skontaktować z moją kobietą. Po kilku nieudanych próbach zadzwoniłem do jej lekarza. Powiedział mi, że wszystko jest w porządku. Była osłabiona, jednak wszystko zmierzało ku lepszemu. Wyczerpana poprzednim stanem spała praktycznie cały czas. Wiem, że kolka nerkowa może trochę osłabić organizm. To podstępna choroba. Ten maraton zamierzałem biec za zdrowie Kornela i jego mamy.

Jak to zazwyczaj bywa przed maratonami, podobnie i w Krakowie w niedzielny poranek obudziłem się około 7:00. Nie wyspałem się, moje myśli krążyły wokół sytuacji ze szpitala. Bałem się, że pomimo zapewnień lekarza coś może wydarzyć. A tego bym sobie nie wybaczył.

Przed startem ustaliłem z Tomkiem taktykę na bieg. Tempo miało być zrównoważone i w miarę możliwości równe. Półmaraton mieliśmy zrobić z czasem około 1:30. Biegnąc do swojej strefy, po drodze uścisnąłem dłoń Cezaremu. „Nie szarżuj!” — powiedział, mając na uwadze okoliczności poprzedniego biegu. W Krakowie zauważyłem również Ewę, znajomą Leszka, która jechała z nami do Dębna.

Kilka chwil po starcie wiedziałem, że jest to ostatni maraton, który biegłem z muzyką na uszach. Od lutego 2012 roku muzykę z bieganiem łączę tylko na treningach. Wyjątkiem były maratony. Taki stan rzeczy musiał się kiedyś zakończyć. Musiałem odciąć czynnik, który w ostatnim czasie wielokrotnie mnie rozpraszał. W tym wypadku była to muzyka. Wcześniej było to nie do pomyślenia. Jednak zauważyłem, że zamiast na bieganiu skupiałem się niekiedy na muzyce. Często zwalniałem przez to lub biegłem w jej rytmie, niekiedy o wiele za szybko. Wtedy siły rozkładałem nierównomiernie na całą długość biegu. Dobitnie przekonałem się o tym w Krakowie. Uwierały mnie te słuchawki i cały osprzęt. Transportowałem odtwarzacz w pasie do biegania, który albo spadał, albo się przekręcał. Było to bardzo niewygodne. Męczyłem się, a muzyki praktycznie nie słuchałem. Miałem ochotę to wszystko wyrzucić już na 3. kilometrze. XI Cracovia Maraton był dla mnie przełomowy. To właśnie tutaj podjąłem decyzję, że maratony, podobnie jak inne biegi, będę biegał bez muzyki. Muzyka przeszkadza w zdobywaniu dobrych wyników. A o takie zamierzałem się starać w niedalekiej przyszłości.

Pierwsze kilometry biegliśmy z Tomkiem bardzo rozważnie, trzymając odpowiednie tempo. Około 10. kilometra Tomasz musiał wstąpić do toalety. Obiecałem zwolnić, by Tomek utrzymując nasze tempo mógł mnie dogonić. Tak też się stało. Tomek dobił do mnie koło 14. kilometra. Mogliśmy wspólnie szlifować czas. Półmetek osiągnęliśmy zgodnie z założeniem (1:30). Była to dobra prognoza. Zgodnie z planem od połówki odpuściłem. Podaliśmy sobie dłonie i życzyłem mu życiówki.

Ten 29-letni wówczas mieszkaniec Pruszkowa pognał dalej. Już wcześniej wiedziałem, że osiągnie coś wielkiego. Pomimo, że nie ma świetnych warunków fizycznych do uprawiania tego sportu, które już w antycznej Grecji predysponowały do uprawiania tego sportu. Wysoki wzrost, długie nogi, piękna biegowa sylwetka. Tomasz, jak i ja jesteśmy przeciwnościami ideału antycznego biegacza. Pomimo to wiedziałem, że to dopiero początek jego wędrówki ku dobrym wynikom. Charakteryzuje go wielka siła woli, ducha i samozaparcie. Jest jak jeden z tych niezłomnych bohaterów powstań, w których się nie wierzy. Oni natomiast walczą i osiągają swój cel.

Tomek błyszczał formą. Jest typowym amatorem. Wówczas jego najlepszy wynik na 10 kilometrów wynosił około 39 minut. Obecnie jest to grubo poniżej 37 minut. Mógłbym się od niego uczuć cierpliwości i samozaparcia. Dla mnie ten biegacz jest po prostu wielki, pomimo swojego niewielkiego wzrostu. Tym bardziej cieszę się, że razem tworzymy Amatorski Klub Biegowy MORT!. Tomasz ukończył krakowski maraton z czasem 3:12 (śr. tempo 4:33/km). Było to tylko preludium do tego, co pokaże w drugiej części sezonu. Kiedy dobiegłem do mety, ujrzałem Tomka swobodnie stojącego. Powiedział mi swój wynik i rzuciłem mu się do butów. Zacząłem je czyścić, by oddać szacunek. Bo na to chłopak zasłużył. Jakieś 100 metrów dalej zobaczyłem mojego sympatycznego znajomego z Inowrocławia. Jakub triatlonista, bo o nim mowa, prężył się w promieniach słonecznych przy stadionie Wisły Kraków. Był przeszczęśliwy. Ukończył maraton z czasem 2:57 (śr. tempo 4:11/km). Zacząłem klaskać i gratulować. On i Tomek dokonali rzeczy wielkiej. Ręce same składały się do oklasków.

XI Cracovia Maraton ukończyłem ze średnim czasem — 3:38:48 (śr. tempo 5:11/km). Odetchnąłem z ulgą, że te dwa maratony już są za mną. Po biegu od razu zatelefonowałem do szpitala. Mama Kornela czuła się lepiej. Na tą wiadomość łzy same napłynęły mi do oczu. Tęskniłem za nią. Cieszyłem się z poprawy. Z czystym sumieniem mogłem wracać. Do Warszawy wraz z dwoma pozostałymi zawodnikami MORT! jechałem autobusem. Odjazd zaplanowany był na godzinę 15:00, toteż musieliśmy się spieszyć.

Do Warszawy wróciłem około 22:00. Mieszkanie na Tarchominie było puste. Dziwnie było w nim bez mamy Kornela. Nazajutrz rano pracowałem, więc poszedłem spać.

(2012-08-15) Maraton Solidarności w Trójmieście

Cztery miesiące od startu w Krakowie postanowiłem drugi raz w życiu przebiec maraton w Trójmieście. Te cztery miesiące były dla mnie owocnym czasem. 21 maja 2012 roku o godzinie 11.08 w Szpitalu Ginekologiczno-Położniczym w Warszawie przy ul. Inflanckiej urodził się Kornel Sokrates Selke. Jak się okazało, te 3500 gram w momencie narodzin całkowicie zmieniło nasz świat. Zresztą, nie tylko nasz. Życie jego dziadków również stanęło na głowie.

Kornel postanowił pojawić się dwa tygodnie po terminie. Najważniejsze, że kolka nerkowa, która wystąpiła w ostatnim miesiącu ciąży, nie przyniosła żadnych negatywnych skutków. Mogła jedynie wzmocnić mamę mojego syna. Jak sama twierdzi: „Bóle porodowe przy kolce nerkowe, to żadne bóle…”. Według mnie ciąża jest jak bieg ultra dystansowy z ogromną ścianą na samym końcu. Ścianą, którą są akcje porodowe. Nie wyobrażam sobie rodzić. Prawdopodobnie nie zniósłbym bólu, jaki kobiety odczuwają. Jako uczestnikowi i obserwatorowi porodu nasuwa mi się jeden wniosek — nie ma tak mocnego biegu, tak ciężkiego, który mógłby równać się z porodem. Zawsze będę tego zdania.

W weekend poprzedzający poniedziałek, kiedy to urodził się mój upragniony syn, Tomasz z MORT! ukończył bieg na 100 kilometrów. Tomek to człowiek o mocnym charakterze. Ukazał to chociażby ten bieg rozgrywany na stadionie z bieżnią szutrową. Biegacze mieli do pokonania 250 okrążeń. Zawody odbywały się w Grójcu. Tomasz zajął w nich drugie miejsce. Ta wiadomość mnie uskrzydliła. Również miałem wziąć udział w tym biegu. Jednak ze względu na duże prawdopodobieństwo porodu wolałem odpuścić, by nie przegapić tej ważnej chwili. W tym okresie mama Kornela dłuższy czas leżała w szpitalu przy Inflanckiej na oddziale patologii ciąży. Przychodziłem do niej każdego dnia po pracy. Wielokrotnie słuchałem pulsu dziecka. Niepozorne badanie, jakim jest KTG, daje tyle radości i zastrzyk pozytywnej energii. W czasie okołoporodowym niewiele biegałem. Wprowadziłem trening zastępczy. Zamiast biegania dużo jeździłem rowerem. Z pracy do szpitala i w wiele innych miejsc jeździłem szosówką. Dziennie wychodziło około 100 kilometrów. Szczerze powiem, odpocząłem od biegania. W samym maju 2012 roku przebiegłem zaledwie 110 kilometrów. Wracając do 21 maja, urodziny dziecka to wspaniałe wydarzenie, z którym wiąże się wiele cudownych uczuć. Nic tego nie zastąpi. Chociaż poród do przyjemnych czynności nie należy, wiedziałem, że mój udział w nim zbliży nas oraz da początek więzi z Kornelem.

Przygotowania do Maratonu Solidarności rozpocząłem w połowie czerwca. W tym czasie drużynę MORT! zasilił bardzo zaangażowany zawodnik. Dodam, że szalenie perspektywiczny. Na imię miał Sylwek i był znajomym Michała Muzyki. W Grand Prix radził sobie okazale. Sylwek to pasjonat biegania w dobrym stylu, opartym na mądrze przygotowanym treningu. Sylwka poznałem czwartego dnia sierpnia podczas biegu o Puchar Maratonu Warszawskiego na dystansie 20 kilometrów. Biegliśmy razem na tempo 4:24. Super mi się z nim biegło. Później kilkakrotnie powtarzaliśmy tego typu treningi. A Sylwek pomimo młodego wieku (jest młodszy ode mnie o cztery lata), bardzo dobrze daje sobie radę w roli instruktora biegowego. Wiedzę w tym temacie ma ogromną.

W lipcu 2012 roku po raz pierwszy odważyłem się pójść na otwarty, grupowy trening Klubu Biegowego Ergo. Przyznam się, że już wcześniej chciałem się tam wybrać, jednak nie miałem śmiałości. To właśnie Centrum Biegowe Ergo wiele razy promowało Mariusza Giżyńskiego, który przez zbyt wygórowane minimum olimpijskie PKOL nie pojechał na Igrzyska Olimpijskie do Londynu. Mariusz uzyskał 2:11:20 — co jest światowym wynikiem. Jak już wspominałem, brak Mariusza w kadrze na Igrzyskach Olimpijskich w 2012 roku, moim zdaniem był ogromnym błędem związku.

Mój pierwszy trening Ergo odbył się w Ogrodzie Krasińskich. Zapoznałem się wtedy ze ścieżką zdrowia Wojtka Staszewskiego. Zajęcia prowadził Janek. Wybitna jednostka o dużej ilości pozytywnego przesłania. Podobało mi się do tego stopnia, że od tamtego momentu chodziłem na treningi Ergo praktycznie co tydzień (w każdy wtorek o 19.15). Tam poznałem Olę Kulis, wtedy jeszcze Dąbrowską. Ta o rok młodsza ode mnie pielęgniarka, pracująca wtedy w Szpitalu Bielańskim, cechowała się pozytywnym nastawieniem do mocnego biegania. Zwłaszcza gdy zmęczenie dawało się we znaki wszystkim, nawet zaawansowanym biegaczom. Była wytrwała i konsekwentna, co dawało się za każdym razem łatwo zauważyć. Pamiętam moment, gdy wraz z Cezarym pomyśleliśmy równocześnie: „Ola musi być w MORT!”. Postanowiliśmy zorganizować trening drużyny A.K.B. MORT! Trening się odbył, lecz niestety Ola nie mogła przyjść. Szkoda, bo na treningu była nasza Karolina. Karolina, mocna jak zwykle, wymęczyła nas przyspieszeniem w interwałach. Obecność Karoli zachęciłaby Olę jeszcze bardziej do przyłączenia się do nas.

Systematycznymi treningami zbudowałem formę na maraton w Trójmieście. Niepokój budził często pojawiający się ból w okolicy prawego kolana. Próbowałem coś z tym zrobić, jakoś temu zaradzić. Stosowanie maści i leków przeciwzapalnych nieco łagodziło ból.

W tygodniu poprzedzającym XVIII Maraton Solidarności pojechaliśmy do Gniewu. Mieszkają tam dziadkowie Kornela. To niewielkie miasteczko mniej więcej 60 kilometrów od Gdańska. Gniew uzyskał prawa miejskie około 750 lat temu. Liczba mieszkańców sięga około 4000. Upada w nim wiele przedsięwzięć, a rządzący nie dają dobrych rokowań na rozwój tej mieściny. Miasto leży na wzgórzu, z którego widoczny jest zamek pokrzyżacki. W XVII wieku starostą był tu Jan III Sobieski. Tutaj też w 2000 roku poznałem pewną dziewczynę o blond włosach. Mieszkałem w Nicponi (wioska oddalona o 1,5 km od Gniewu). Niegdyś byłem trochę inny, wyalienowany. Pomimo platonicznego zadurzenia, nie miałem odwagi podjąć dłuższej rozmowy z dziewczyną. Na szczęście ludzie zmieniają się wraz z upływem czasu, co obserwuję sam w sobie.

Kiedy spędzałem czas w Gniewie, bezpośrednio przed startem przeprowadziłem trzy mocne treningi siły biegowej. Pokonałem dużą ilość podbiegów. Biegałem na świeżości. Ostatni trening miał miejsce dwa dni przed startem maratonu. Czułem, że byłem w formie. Biegało mi się naprawdę lekko. Dodatkowo byłem naładowany pozytywnymi uczuciami. Wszystkie te czynniki sprawiły, że we wtorek 14 sierpnia 2012 roku jechałem do biura zawodów bardzo pewny siebie i spokojny o najmniejszy szczegół. W Gdańsku obiecałem wyjść po Tomka i jego Olę. W końcu startować miałem w Trójmieście, które przebiegłem już wzdłuż i wszerz. W tych rejonach także mam swoje ulubione trasy biegowe. W Maratonie Solidarności wystąpić miał Czarek, który ze względu na kontuzję obu kolan całkowicie odpuścił walkę o dobry czas. Z kolei Tomasz chciał powtórzyć wynik z Krakowa. Noc przed startem spędziłem w Gniewie. Mały spał wyjątkowo spokojnie. Rano w dniu maratonu miałem pobudkę o 4:30. Parę minut po lekkostrawnym posiłku siedziałem już w busie zmierzającym do Tczewa. Na dworcu PKP w Tczewie termometr wskazywał 17 stopni Celsjusza. Było pochmurnie i duszno. Zapowiadał się ciężki dla biegaczy dzień. Kiedy wsiadłem do Szybkiej Kolei Miejskiej relacji Malbork–Gdynia, gdzie było miejsce startu, ujrzałem biegaczy z Grupy Biegowej Malbork. Niektóre twarze znałem z poprzedniej edycji biegu. Między innymi tym biegaczom zawdzięczam dobry wynik debiucie. Podłączyłem się wtedy pod nich. Tempo mieli wspaniałe. Gdy się z nimi witałem, obdarzyli mnie szczerymi uśmiechami. Postanowiłem usiąść trochę dalej od nich. Słuchając muzyki, lekko drzemiąc, skupiałem się i regenerowałem przed wysiłkiem. Czułem się gotowy do startu i dobrze przygotowany. Co najmniej poziom lepiej niż przed rokiem.

Profil tego maratonu pozwalał na ściganie się i uzyskiwanie dobrych rezultatów. Duża część trasy prowadzi przez spadek, ponieważ względem morza, Gdynia leży wyżej niż Gdańsk.

Po przyjeździe na miejsce zająłem się przygotowaniem do startu. Oczekiwałem na przybycie Cezarego oraz Tomka ze swoimi dziewczynami. Start zaplanowano na godzinę 9:30, chwilę przed nimi odbyło się uroczyste złożenie kwiatów pod pomnikiem stoczniowców. Kiedy starter oznajmiał początek biegu, byłem poza trasą, jeszcze piłem wodę. Całkowicie straciłem kontakt z Tomkiem i Czarkiem. Tylko w oddali widziałem czerwoną koszulkę, którą nosił Tomasz. W początkowym etapie maratonu biegło mi się wyjątkowo dobrze. Nawet nie spostrzegłem, kiedy zleciało 21 kilometrów. W tym miejscu mieści się „Gdański Zieleniak”. Tutaj zobaczyłem dziewczynę Cezarego. Natomiast w oddali widziałem czerwoną koszulkę. Tego dnia nie było dużej ilości gapiów na Targu Świętego Dominika. Zupełnie inaczej niż rok wcześniej. Specyficzna sytuacja zaistniała w punktach żywieniowych. Zazwyczaj są jakieś banany lub jakiś cytrus. Niekiedy nawet czekolada lub cukier. Tutaj była tylko woda. Całe szczęście, że mój organizm jest przyzwyczajony do tego typu, ekstremalnych dla niektórych biegaczy, warunków. Wiedziałem, że cała masa maratończyków ucierpi przez ten ruch organizatora. Wiele osób nie jest w stanie biec maratonu bez przyjmowania kalorii. Toteż górą byli biegacze zaopatrzeni w żele.

25. kilometr trasy mijał na wysokości gdańskiej dzielnicy Stogi. W tym czasie wciąż widziałem czerwoną koszulkę około 300 metrów przede mną. Następny odcinek trasy to znana z moich wcześniejszych opowiadań „Gdańska Samotnia”, czyli droga na Westerplatte i z powrotem. W okolicy Westerplatte dogoniłem czerwoną koszulkę. Okazało się, że to nie był Tomasz z MORT!. Jak się okazało, Tomek był około 2 km za mną. Trochę mnie to zaniepokoiło, bo wiedziałem, iż Tomasz chciał powalczyć o dobry czas. Kiedy mijałem grupę biegaczy ze Śląska, zapytałem ich o tempo chwilowe, jakie wskazują ich pomiary. „4:35” — rzucił jeden z nich. Bardzo mnie ta odpowiedź ucieszyła. Postanowiłem trzymać je do końca. W międzyczasie mijał mnie pewien mężczyzna z Sandomierza. Z rozmowy z nim dowiedziałem się, że w dniu maratonu kończył 50 lat i biegł swój pięćdziesiąty maraton. A jego najlepszy wynik to 2:47 w wieku 45 lat. Piękny czas. Maraton w Gdańsku zaliczał treningowo. Miał zamiar zbliżyć się do 3:15. Zrobił 3:05.

Tymczasem na 35. kilometrze minąłem mojego dobrego znajomego z Inowrocławia. Jakub również biegł treningowo, prowadząc swojego znajomego na czas 3:30.

Około 41. kilometra poczułem spadek sił. Pomimo to postanowiłem przyspieszyć. Udało się. Na mecie zameldowałem się jako 55. zawodnik spośród 670 startujących. Zyskałem nową życiówkę. Wynik to 3:14:58 (śr. tempo 4:37/km). Od samego początku czułem, że będzie dobrze. Byłem jednak przeraźliwie głodny. Moim zdaniem ten maraton był najgorzej przygotowanym biegiem długodystansowym, w którym brałem udział. Banany tak dużo nie kosztują. Marzyłem tylko o tuńczyku i bułkach, które miałem schowane w rzeczach w depozycie. Po prysznicu i lekkiej regeneracji spotkałem ekipę z MORT!. Cezary był zadowolony z faktu, że ukończył bieg. Tomasz wręcz przeciwnie. Na mecie miał czas 3:30. A według mnie i wielu obserwatorów mógłby złamać trójkę. Tomasz jest jednym z tych biegaczy, którzy potrzebują zastrzyku energii kalorycznej w trakcie biegu. Podobna rzecz tyczy się Czarka, lecz na półmetku dostał banana od swojej dziewczyny. Jak sam mówił — miał szczęście.

Każdy ze znajomych biegaczy, którzy uczestniczyli w biegu, mówi o tragicznej organizacji, wskazując na brak przekąsek w punktach żywieniowych.

Na potwierdzenie nonszalancji organizatora w tym zakresie z pełną świadomością wskazuję sytuację z bufetu, już po biegu. Tam jeden z doświadczonych długodystansowców wpadł w stan niedocukrzenia. Zemdlał, a upadając na ziemię, rozciął sobie głowę. Nie wymaga to nawet komentarza, bo — moim zdaniem — wina leży całkowicie po stronie organizatora. Ludzie, wnosząc opłaty startowe, powinni mieć zapewnione bezpieczeństwo.

Do Gniewu wróciłem bardzo zadowolony. Było już dosyć późno. Wtuliłem się w Kornela, który spał przy mamie. Był to dla mnie męczący, ale piękny dzień.

Kilka dni po tym maratonie posypały się na niego gromy. Biegacze z całego kraju wystawili mu złe noty za przygotowania. Minusem nie były tylko słabe punkty odżywcze na trasie. Okrojono również pakiet startowy. Każdy z biegnących dostał zeszłoroczną koszulkę z brzydkim logo sponsora. Jakby próbowano zaoszczędzić. Wiele osób widziało wolontariuszy zajadających na trasie banany i popijających je izotonikami.

(2012-09-16) XXX Hasco-Lek Wrocław Maraton

trzeci weekend września 2012 roku biegacze z całego kraju i państw sąsiednich zjechali się do Wrocławia. To miasto po raz 30. w historii organizowało bieg maratoński. Około 5000 ludzi zamierzało rywalizować z dystansem, z własnymi słabościami, z czasem lub samym sobą. Wśród całej tej masy biegaczy byliśmy my — MORT! -owcy. Wystąpiliśmy w składzie: ja, Cezary, Tomasz i będący gospodarzem — Rysiek.

Moim celem było spokojne ukończenie biegu. Celem Tomka walka o złamanie trzech godzin. Cezary, jak zwykle naładowany pozytywną energią, chciał po prostu dobrze się bawić. Rysiek miał zamiar oddać cześć swojemu miastu. Doskonale go rozumiem. Mam tak za każdym razem, kiedy startuję w Warszawie.

W tygodniu poprzedzającym ten bieg miało miejsce szczególne wydarzenie dla drużyny MORT!. Do składu oficjalnie dołączyła Ola, którą poznałem w Ergo. Stało się to na wspólnym treningu większej liczby osób, który odbyliśmy na stadionie Skry. Ćwiczyliśmy wtedy interwały i przyspieszenia. Wszystkim nam biegło się lekko. Toteż z nadziejami jechaliśmy kilka dni później do Wrocławia.

30. Hasco-Lek Maraton miał być imprezą biegową przeprowadzoną z wielką pompą. Z racji jubileuszu biegu każdy startujący, który miał 30 lat, płacił zaledwie 30 zł za maraton. Patrząc na obecne stawki, to bardzo niska cena. Mieszkańcy również mieli spory upust. Płacili podobną cenę. Miły gest ze strony organizatorów, a także dobry chwyt marketingowy, który promował ten rodzaj aktywności fizycznej w mieście i regionie. Tomek, z racji ukończenia 30 lat, też skorzystał z upustu.

Jak już wspomniałem, jego celem było zbliżenie się do bariery trzech godzin. Podróż do Wrocławia z Warszawy niemiłosiernie mi się dłużyła. Nie czułem się najlepiej. Złapał mnie jakiś wirus. Nie zapowiadało się dobrze. Lekko wyczerpany dotarłem do Wrocławia. Zaraz po przyjeździe wraz z całą grupą (Cezary z dziewczyną oraz Tomasz z Olą) udaliśmy się do biura zawodów oraz na nocleg, który znajdował się nieopodal Stadionu Olimpijskiego we Wrocławiu. Jako że mieliśmy wolny wieczór, to po dotarciu na miejsce noclegu i uprzednim odbiorze pakietów wraz z Czarkiem i jego wybranką postanowiliśmy poszukać „dobrego jedzenia na mieście“. Kontynuując naszą ówczesną tradycję, dużo chodziliśmy po Wrocławiu zwiedzając. Troszkę się dodatkowo przy tym zmęczyliśmy. Szybkim i raźnym krokiem nasza trójka zrobiła około 20 kilometrów.

Nazajutrz o poranku, kilka godzin przed startem maratonu, było trochę chłodno. Przyznam szczerze, nie pamiętam, ile wskazywały termometry, ale było przenikliwie zimno. Po śniadaniu raczyłem się gorącą herbatą, którą częstowali panowie z ochrony obiektu, w którym spaliśmy.

Start maratonu zlokalizowany był około 2 kilometrów od miejsca noclegu, na terenie Stadionu Olimpijskiego. Trasa wiodła dookoła całego miasta, miała kształt pętli, a jej meta ulokowana została jakieś 250 metrów od miejsca startu. Wrocław w czasie drugiej wojny światowej nie został zniszczony, jak to uczyniono z moją ukochaną Warszawą, więc pod względem zabudowań, architektury jest piękniejszym miastem od stolicy Polski.

Na starcie przywitałem się z Ryśkiem. Pamiętam, że rozmawialiśmy o naszej muzycznej miłości — Metallice. Po krótkiej pogawędce pognałem do swojej strefy startowej. Tradycyjnie rozpoczęcie większych biegów masowych poprzedzone jest przemówieniami VIP-ów i organizatorów. Po części oficjalnej wraz z chłopakami (Tomkiem oraz Czarkiem) życzyliśmy sobie udanego biegu. Tego dnia zauważyłem błysk w oku Tomka. To coś na kilka chwil przed startem jakby mnie zahipnotyzowało. Tomasz powiedział: „Biegnij ze mną, by zbliżyć się do trójki, by ją złamać!”. Odpowiedziałem mu, że nie jestem gotów jeszcze na to, ale przez jakiś czas z przyjemnością mu potowarzyszę. Podczas biegu trzymałem się Tomka i jego grupy biegnącej z pacemakerem na 3:00 do 12. kilometra. Na 12 kilometrze biegacze biegli ze średnim tempem 4:07 min/km. Życzyłem Kwiatkowi powodzenia i odłączyłem się od grupy, trochę zwalniając. Biegłem lekko, podziwiając Wrocław. Zauroczyłem się stadionem Śląska Wrocław wybudowanym specjalnie na Euro 2012. Jest to piękny obiekt. Szkoda tylko, że poza samą imprezą Mistrzostw Europy w 2012 roku oraz ligowymi i pucharowymi meczami Śląska praktycznie niewykorzystywany. Zresztą cała architektura Wrocławia jest urzekająca. Wszyscy znają i podziwiają Wyspy Odrzańskie, ja każdemu polecam również ładne obrzeża miasta. Do mety na terenie Stadionu Olimpijskiego, gdzie było miasteczko biegowe z festynem dla widzów, postanowiłem dobiec tyłem. Tak zrobiłem, pokonując ostatnie 200 metrów. Bieg tyłem to była moja dedykacja dla Ergo, gdzie na każdym treningu pokonywaliśmy podobny dystans, biegnąc dla zabawy tyłem.

Mój czas był przeciętny, bo 3:26:22 (śr. tempo 4:53/km). W stawce 4000 biegaczy zająłem 377. miejsce. Byłem jednak zadowolony, bo biegłem lekko, bez większego napinania się. Będąc już w depozycie po zakończonym biegu, spotkałem uśmiechniętą od ucha do ucha Olę Tomka. Nie chciała mi powiedzieć czasu, jaki Tomek uzyskał. Po pięciu minutach przybył Tomasz i powiedział swój wynik. 3:02:56 (śr. tempo 4:20/km) — chociaż nie było to złamanie magicznej bariery trzech godzin, to dla mnie było to fantastyczny wynik. Wówczas był to najlepszy wynik w grupie biegowej MORT!. Cezary również otarł się o życiówkę.

Po maratonie całą piątką wracaliśmy Polskim Busem do Warszawy. W autobusie dołączyła do nas Ewa — znajoma Leszka, z którą jechaliśmy do Dębna. Ewa w tamtym roku również kompletowała Koronę Maratonów Polskich. Oprócz Korony Maratonów Polskich Ewa w swoim biegowym portfolio miała starty w biegach ultra, w tym całkiem dla mnie abstrakcyjny bieg, jakim jest wyścig od oceanu do oceanu w Cape Down (RPA). Jest bardzo doświadczonym biegaczem, toteż z pozostałymi uczestnikami podróży do Wrocławia bardzo uważnie słuchaliśmy jej opowieści.

Po powrocie do domu mogłem ponownie wtulić się w spokojnie śpiącego Kornela. Po zdobyciu Wrocławia do pełnej jednorocznej Korony Maratonów Polskich pozostały mi dwa biegi. Pierwszym z nich był 34. Maraton Warszawski.

(2012-09-30) XXXIV Maraton Warszawski

Można powiedzieć, że przed startem w Maratonie Warszawskim byłem w gazie. Tydzień po wyprawie do Wrocławia pojechaliśmy do Łowicza. Co roku na jesieni odbywa się tam Półmaraton Jesieni o Puchar Burmistrza. Mała impreza z tradycją. Swego czasu jeździłem na nią każdego roku. Robiłem w Łowiczu cztery i pół pętli dookoła centralnej części miasta. Sam Łowicz poznałem będąc jeszcze z Agnieszką. Mieszkała tutaj jej babcia. Dlatego kilka miesięcy po naszym rozstaniu niewiele myśląc, od razu się zapisałem. Z perspektywy tych paru lat bardziej realistycznie patrzę na to miejsce. Obecnie już nie startuję tam tak często. Natomiast samo miasteczko jest urocze. Pośrodku jest wielki plac, gdzie każdego roku można podziwiać wystawy sztuki łowickiej. Piękne tereny wzdłuż rzeki Bzury mogą stanowić dobre trasy treningowe. Nieopodal Łowicza rozciągają się wspaniałe krajobrazy. Zarówno Arkadię, jak i Śródborów zwiedziliśmy wtedy z czteromiesięcznym Kornelem. To był sympatyczny dzień pomimo naszych fatalnych nastrojów. Między mną a mamą Kornela coś pękło. Nie było już tak samo. Częste kłótnie, nieporozumienia prowadziły do awantur. Punktem kulminacyjnym tej „łowickiej“ wyprawy była jedna sprzeczka z powodu fatalnego hostelu, w którym nocowaliśmy w noc poprzedzającą start półmaratonu. Czy osoby, które się naprawdę kochały, mogłyby się aż tak pokłócić z powodu dwóch głośnych lokatorów w hostelu? Moim zdaniem nie. Sam wyjazd, jeżeli chodzi o relacje między mną a rodzicielką mojego syna, nie pomógł. Wręcz przeciwnie, był oznaką czegoś, co nadejść miało w najbliższej przyszłości. Start w XXXI Półmaratonie Jesieni był dla mnie wówczas powodem do optymizmu przed Maratonem Warszawskim. Ukończyłem go z czasem 1:30:08 (śr. tempo 4:16/km). Byłem gotowy, by zostać „Bohaterem Narodowym” — jak reklamowany był 34. Maraton Warszawski.

Start wyznaczony był między rondem Waszyngtona a mostem Poniatowskiego. Pan Marek Tronina wraz z Fundacją Maratonu Warszawskiego wyznaczył metę na płycie Stadionu Narodowego, który został wybudowany z okazji Euro 2012. Koncepcja była następująca — publiczność, w tym bliscy biegaczy, gromadziła się na koronie stadionu. Mieli oni dopingować i mobilizować biegaczy na ostatnich 200 metrach. Tak też się stało. Wielu z nas od tego momentu mogło pochwalić się nową życiówką.

Drużyna MORT! w 34. Maratonie Warszawskim wystartowała w składzie: Cezary, Michał Muzyka, Tadek, Sylwester, Robert z Parczewa oraz jego przyjaciel.

Michał Muzyka w tym czasie był pełen pozytywnej energii. Jemu również pod koniec maja urodził się synek. Michał jest bardziej doświadczonym ojcem aniżeli ja. Ten filigranowy, często uśmiechnięty biegacz ma już czwórkę dzieci. Zawsze go podziwiałem za tę energię, którą emanuje. Energię powiązaną ze spokojem. Wychowanie dzieci to długi i mozolny proces. Jest to sprawa najwyższej wagi, bo rozchodzi się o małego człowieczka. Człowieczka zależnego w pełni od nas — od rodziców. Człowieczka, któremu należy się ciepło i zrozumienie. Ważne jest zarówno wsparcie jak i dyscyplina. Aby być dobrym rodzicem i wychowawcą, potrzeba dużo miłości, chęci oraz wytrwałości, bo chwil zwątpienia jest i będzie niekiedy bardzo wiele. Rodzic nie może pozwolić sobie na okazanie przy dziecku niemocy czy lęku. Zabawne, ale czy w bieganiu na długim dystansie nie jest podobnie? Czy każdy z nas nie przeżywał wielokrotnie zwątpienia, czy nie brakowało nam sił? Po rozmowach z wieloma biegaczami jestem tego pewien. Sądzę, że mój klubowy kompan wyśmienicie sobie z tym radzi.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.93
drukowana A5
za 39.59
drukowana A5
kolorowa
za 67.34