E-book
2.73
drukowana A5
39.59
drukowana A5
Kolorowa
67.34
Długi dystans

Bezpłatny fragment - Długi dystans

mój punkt widzenia

Objętość:
251 str.
ISBN:
978-83-8126-526-3
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 39.59
drukowana A5
Kolorowa
za 67.34

„Cieszę się, że moja życiowa pasja — bieganie może być tak kojącym towarzyszem życia codziennego. Cieszę się, że pomaga Radkowi w zachowaniu równowagi. Radkowi, od którego mam wiele wsparcia na moim długim dystansie.”

Mariusz Giżyński (Wicemistrz Polski w Maratonie A.D. 2009)

Zamiast wstępu

Biegi długodystansowe (gr. dólichós), obok kolarstwa i pływania, są najtrudniejszą dyscypliną sportu na świecie. Oprócz siły fizycznej do pokonania tras potrzebna jest mocna głowa.

Wywodzą się od instytucji szybkich posłańców w Grecji Antycznej przenoszących ważne wiadomości. Wedle wielu legend w ciągu dnia przemierzali oni ponad 100 kilometrów. Byli wytrwali fizycznie i psychicznie, ponieważ wielokrotnie pokonywali górskie tereny, by dotrzeć do wyznaczonego celu. A ich biegom zazwyczaj towarzyszyło słońce i wysoka temperatura. Ta formuła biegów po raz pierwszy pojawiła się na Igrzyskach Olimpijskich w 720 roku przed naszą erą. Podczas XV Olimpiady biegi długie rozgrywano na stadionie olimpijskim. Biegacze pokonywali od 7 do 24 długości stadionu, która wynosiła 192,28 metrów. Według przesłanek podczas zawodów w Olimpii biegacze pokonali od 3,84 do 4,61 km. Tak narodziła się dyscyplina olimpijska — Dólichós.

Długodystansowcy ocierają się często o stany wycieńczenia fizycznego i psychicznego — z uporem podążają ku linii mety. Podczas przemierzania tras długich biegów zapada wiele decyzji ważnych dla człowieka, dla każdego z nas, dla biegacza i nie tylko. Nie inaczej było w 490 r. p.n.e. kiedy to Filippides przebiegł dystans z Maratonu do Aten, przekazując Grekom informację o zwycięstwie nad Persami w bitwie pod Maratonem. Właśnie od tego wydarzenia Międzynarodowy Komitet Olimpijski pod przewodnictwem francuskiego barona Pierre’a de Coubertina zaczerpnął nazwę najdłuższego biegu wchodzącego w skład dyscyplin olimpijskich. Długość trasy z Maratonu do Aten to około 37 kilometrów. W Atenach w 1896 roku, podczas pierwszych Igrzysk Olimpijskich trasa biegu maratońskiego wynosiła 40 000 metrów. W czasie IO w Londynie (1908r.) bieg maratoński wydłużono o 2195 metrów. Taka była różnica między oryginalną długością a metą przewidzianą pod siedzibą brytyjskiego Króla Edwarda VII.

Podczas pierwszych nowożytnych Igrzysk Olimpijskich do zwycięstwa w biegu maratońskim wystarczył czas 2:55:20. A był to dystans krótszy od obecnego regulaminowego dystansu maratonu o 2,195 km. Początkowo na tym dystansie biegali tylko mężczyźni. Panie niechętnie były dopuszczane do dyscyplin sportowych wymagających tak dużego nakładu energetycznego. Pierwszą kobietą, która pokonała dystans maratonu, była greczynka Stamata Revithi. Przebiegła z Maratonu do Aten. Uczyniła to z czasem około 5:30. Niestety jej wyniku nikt nie uznał. W tym czasie najbardziej wytrzymałym sportowcem globu uznano Spirydona „Spyros” Luisa. Ten wytrzymały grecki biegacz triumfował na mecie maratonu zlokalizowanej na Panathinaiko Stadio (arenie ówczesnych Igrzysk Olimpijskich). Pierwszą zawodniczką, która została oficjalnie dopuszczona do startu w biegu maratońskim, była francuska biegaczka Marie-Louise Ledru. Było to podczas biegu maratońskiego w Paryżu w 1918 roku. Ukończyła go z czasem 5:40.

Wynik uzyskany przez pierwszego mistrza olimpijskiego w biegu maratońskim leży obecnie w zasięgu wielu amatorskich biegaczy. Ale też pierwsze Igrzyska Olimpijskie były dostępne właśnie jedynie dla amatorów. Nie mógł w nich startować żaden sportowiec, który wcześniej walczył o nagrody dużej wartości. Zakaz ten dotknął między innymi Carlo Airoldiego, biegacza z północnych Włoch. Zasłynął on z tego, że aby móc wystartować w biegu z Maratonu do Aten, postanowił przebyć biegiem drogę z Włoch, przez Bałkany, aż do samej greckiej stolicy. Niestety, gdy w trakcie wyprawy skończyły mu się fundusze, wziął udział w lokalnym biegu i wygrał nagrodę pieniężną. Wieść o tym dotarła do Greków, którzy obawiając się, że włoski wytrzymałościowiec może zwyciężyć w „najbardziej greckiej konkurencji sportowej”. Wykorzystali tę wiadomość jako pretekst i wykluczyli go z zawodów. Historia Airoldiego pokazuje, jak ważną dyscypliną jest dla zawodników bieg na maratońskim dystansie.

W dzisiejszych czasach w Igrzyskach Olimpijskich startują zawodowcy. Sportowcy utrzymujący się z uprawiania sportu, który często jest jednocześnie ich pasją i jedynym zawodem. Aktualny rekord świata w biegu maratońskim mężczyzn został ustanowiony przez kenijskiego biegacza Dennisa Kimmetto. Ukończył on Maraton Berliński z czasem 2:02:57. Wśród Pań najlepszy wynik uzyskała Brytyjka, Paula Radcliffe. W 2003 roku przebiegła maraton w Londynie w czasie 2:15:25. W igrzyskach olimpijskich kobiety startują od roku 1984, od olimpiady rozgrywanej w Los Angeles. Wygrała wtedy amerykańska maratonka Joan Benoit, uzyskując czas 2:24:52.

Rekordy w lekkoatletyce przypisywane są na oficjalnych imprezach. Należą do nich Igrzyska Olimpijskie, Mistrzostwa Świata, Mistrzostwa Kontynentów oraz atestowane imprezy komercyjne. Wszędzie tam zawodnik może ustanowić rekord świata w biegu maratońskim. Inną imprezą są Igrzyska Olimpijskie, gdzie sportowcy dodatkowo mogą ustanowić rekord igrzysk olimpijskich. Jako że maratony wchodzące w skład dyscyplin olimpijskich są rozgrywane latem, w wielu przypadkach w ciężkich warunkach pogodowych, to wyniki uzyskiwane na nich są słabsze od rekordów świata. Rekord olimpijski wśród mężczyzn — Samuela Wanjiru z Kenii (2008, Pekin) wynosi 2:06:32, a wśród kobiet należy on do Tiki Gelana z Etiopii (2012, Londyn — 2:23:07). W naszych czasach nastąpiła wielka komercjalizacja imprez sportowych, które w wielu przypadkach są organizowane przez globalne korporacje. Trend ten na szczęście ominął poniekąd Igrzyska Olimpijskie.

Pierwszym maratonem na polskich ziemiach, rozegranym 6 lat po odzyskaniu przez nasz kraj niepodległości, był bieg z Rembertowa do Zegrza. Było to w 1924 roku. Wygrał warszawiak Stefan Szelestowski z czasem 3:13:10. Ten polski olimpijczyk ukończył ten bieg ponad godzinę przed drugim uczestnikiem. Biorąc pod uwagę deszczową i wietrzną pogodę tego dnia, był to nie lada wyczyn, a sam bieg ukończyło zaledwie osiem osób. W naszej epoce w biegach maratońskich startuje nawet po 50 tysięcy osób, jak miało to miejsce w maratonie Nowojorskim. W Polskich maratonach nie spotyka się tak wielu startujących zawodników. W Polsce największą frekwencją może pochwalić się Maraton Warszawski. W 2013 roku bieg ten ukończyło 8509 biegaczy.

Stefan Szelestowski dzierżył w swoich rękach rekordy Polski w biegach na 2 000, 10 000, 20 000, 30 000 metrów, oraz w maratonie. Oprócz dokonań na trasach biegowych był trzykrotnym Mistrzem Polski w pięcioboju nowoczesnym. Pięciobój składa się z rywalizacji indywidualnej w pięciu dyscyplinach sportowych takich jak: szermierka, pływanie, jeździectwo, bieg przełajowy, strzelanie z pistoletu. Wystąpił dwukrotnie na Igrzyskach Olimpijskich. Za pierwszym razem obrał konkurencje biegowe (m.in. 5000 metrów). Miało to miejsce w 1924 roku podczas Olimpiady w Paryżu. Za drugim razem obrał na cel pięciobój nowoczesny. Było to w 1928 roku w Amsterdamie. Suma zdobytych punktów pozwoliła mu zająć zaledwie 26 miejsce w stawce zawodników startujących. Jednak klasę pokazał, wygrywając jedną z konkurencji w swojej dyscyplinie — bieg przełajowy na 3000 metrów. Warszawski lekkoatleta, pierwszy zwycięzca maratonu w Polsce, zmarł 7.10.1987 roku w Gniewie. W mieście, w którym się wychowałem.

Obecnie trwa wyścig zbrojeń koncernów sportowych, by dokonać niemożliwego. Celem jest złamanie dwóch godzin na dystansie maratonu — coś, co kiedyś nawet nie było w sferze marzeń wielkich sportowców.

Tak ogromny postęp czasowy w tabelach wyników, począwszy od pierwszego maratonu, a skończywszy na obecnej chwili, był możliwy dzięki technologii, zaawansowaniu treningowemu, oraz przede wszystkim — dzięki oddaniu się swojej pasji wielu biegaczy startującym na tym pięknym dystansie. Mam tu na myśli zarówno elitę biegową, jak też każdego amatora biegania, który upodobał sobie ten dystans.

W zamierzchłych czasach biegów maratońskich było jak na lekarstwo. Obecnie z roku na rok jest ich coraz więcej. Niektórzy biegacze od masowych biegów wolą samotnie przemierzać nieznane tereny i nabijać kilometry na biegowych licznikach. Jednak „królewski dystans” był, jest i będzie wyzwaniem dla każdego amatora biegania.

Kto raz przebiegnie maraton, staje się maratończykiem. Pierwszy maraton bywa jak chrzest. Jest wydarzeniem, po którym dużo się zmienia w życiu człowieka. Na biegacza, który ukończył bieg maratoński, bliscy patrzą z podziwem. Taki dystans daje także zastrzyk pozytywnej energii, bo często trzeba pokonać własne słabości, by ukończyć bieg. Dzięki temu wielu biegaczy podbudowuje się psychicznie.

Niekiedy biegacze są zmuszeni zejść z trasy. Niekiedy nie mogą wystartować, chociaż bardzo tego chcą. Często na trasach biegów długich są łzy, ogromna rozpacz. Jednak każdy kto finiszuje czuje radość, a jego twarz pokrywa szeroki od ucha do ucha uśmiech. Radość dotyczy samej istoty ruchu oraz zadowolenia z ukończenia biegu.

W tych kilku słowach chciałem Was zaprosić do odbycia wspólnej podróży. Podróży retrospektywnej po maratonach, przeżyciach i emocjach. Podróży, która mnie ukształtowała takim jakim jestem. Pozwoliła pokonać własne słabości i przezwyciężyć demona siedzącego w mojej głowie. Zapraszam Was na podróż opisującą blisko piętnaście lat mojego kontaktu z bieganiem. Jest to dla mnie powodem do dumy. Bieganie stało się pasją, bez której obecnie nie wyobrażam sobie życia. Jest to dla mnie powodem do dumy, bo kiedy zaczynałem, nienawidziłem go.

Początki

Odkąd sięgam pamięcią, zawsze wszystko traciłem. Sytuacja w domu — ojciec zdradzający matkę, rodzina w rozsypce. Na podwórku każdy trzymał się ode mnie na dystans. Prawdopodobnie spowodowane było to kilkoma znaczącymi dla mnie, wówczas dziecka, przeprowadzkami. Nie ocenię tego dzisiaj. Jednak wiem, że to było trudne dla chłopca. Dorastanie bez ojca, w świecie pełnym dziwactw. Człowiek w takich sytuacjach szuka ucieczki. To normalne dla naszego gatunku. Mały Radek był zamkniętym w sobie chłopcem. Zamknięty w swoim małym świecie, nieśmiały, lękliwie spoglądający na zewnątrz. Moją zaletą było posiadanie pasji. Wielu rówieśników zatraciło tę rzecz lub nie wykreowało jej w sobie w ogóle. Przyznam szczerze, że zawsze mnie to zadziwiało.

Dobrze pamiętam, że już jako pięciolatek zafascynowałem się szachami. Zasad tej wspaniałej gry, gdy jeszcze byłem dzieckiem, nauczył mnie ojciec. Gry królewskiej, wyrabiającej szybkie reakcje i strategiczne myślenie. Szachy pomagają nabrać pokory oraz cierpliwości. Pasję szachową kształtowałem do około czternastego roku życia. W międzyczasie pojawił się futbol. Pamiętam, był rok 1992. Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie i wspaniały występ Polski w piłce nożnej. W składzie biało-czerwonych brylowali wówczas Wojtek Kowalczyk z Andrzejem Juskowiakiem. Trudno było oderwać małego Radka od telewizora podczas transmisji z meczów. Była to piękna impreza dla naszej kadry. W 1994 roku śledziłem rozgrywany w USA mundial. Każdy chciał być Bebeto lub Romario. Moim idolem był Włoch Roberto Baggio, uznany potem za największego przegranego tych mistrzostw. Zresztą na każdej dużej imprezie piłkarskiej kibicuję reprezentacji Włoch, pomimo że zazwyczaj grają defensywnie, przez co niezbyt widowiskowo. Jednak cierpliwie dążą do swojego celu, którym jest wygrana, a to — jako kibic — lubię najbardziej.

Jeżeli chodzi o piłkę w moim wykonaniu — jak to trafnie ujął mój pierwszy trener z Mewy Gniew, pan Grzegorz Mazurowski — „Selke jest rzemieślnikiem ciężko pracującym nad warsztatem…”. Trudno się z tym nie zgodzić, bo w przeciwieństwie do swoich rówieśników potrafiłem godzinami biegać po boisku, a poza nim wciąż dyskutować o piłce nożnej. Pomimo tego, że uważam futbol za cudowny sport, to z biegiem lat stał się zbyt medialną dyscypliną. Ja natomiast wolę uciekać od zgiełku i rozgłosu. Około 2002 roku, wraz z kolegą Markiem i innymi osobami, założyłem drużynę Ciociosan Warszawa, jednak sam opuściłem jej szeregi. Powód odejścia? Nie lubię się afiszować, nie lubię błyszczeć. Uwielbiam natomiast zespołowość. Prawdziwa zespołowość nie jest toksyczna. Drużyna musi być jak rodzina. Mottem przewodnim tej rodziny powinno być: „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Nawet jeżeli upadek zbliża się wielkimi krokami.

Między 1985 rokiem a chwilą obecną minęły blisko 33 lata. W tym czasie mieszkałem w pięciu różnych miastach. Nie jest to sytuacja sprzyjająca budowaniu więzi z rówieśnikami czy też wspomnianej zespołowości. Nie wpływa to dobrze na młodego człowieka. Owszem, ktoś może podać argument, że dla chcącego nie ma nic trudnego, a wszechobecna globalizacja sprawia, że świat jest bez granic. Możliwe, że ma rację. Jednak jako młody człowiek mogłem liczyć tylko na siebie i na swoich bliskich. Matkę, która pokazuje mi do dzisiaj, jak żyć godnie i wytrwale znosić trudności dnia codziennego. Siostrę, dzięki której poszerzyłem swój światopogląd, ponieważ pokazała mi wiele innych dróg. Niestety mój ojciec zawiódł. By zrekompensować sobie tę stratę, podświadomie odrzuciłem pewne obrazy z dzieciństwa, a inne niekiedy idealizujałem. Natomiast złe emocje często skupiałem na sobie. Niejednokrotnie karciłem się za nic. Powrócę do tego w dalszej części moich wspomnień.

Do moich pasji zaliczała się również muzyka. Uwrażliwiła mnie na nią siostra oraz dwóch znajomych z podwórka, którzy namiętnie puszczali ostre riffy w piwnicy przerobionej na kanciapę. Byłem wówczas zbyt młody na to, aby odważyć się z nimi porozmawiać. Podsłuchiwałem namiętnie tych mocnych dźwięków siedząc ukradkiem na ławce przy oknie ich kryjówki. Mieściła się ona w bloku naprzeciwko mojego. Imponował mi ich styl i ich wyjątkowość. Mieli swoje zdanie i nie bali się go wyrażać. Wyróżniali się z otoczenia, pozostając przy tym po prostu sobą. eTego mi wówczas brakowało — wyrażenia siebie i mojej osobowośći. Cała wioska nazywała ich „dziwolągami”, a nawet „satanistami”. Nic bardziej mylnego. Nawet gdyby w tych plotkach było trochę prawdy, nie przeszkadzałoby mi to. Niestety ludzie czasem potrafią patrzeć jedynie na ogół, tracąc szczegóły. Szkoda, bo to właśnie różnorodność daje piękny obraz naszego świata. Pamiętam, jak będąc w grupie nastoletnich rówieśników wstydziłem się, że wolę słuchać mocnego grania. Na wsi prym wiodła inna muzyka. Muzyka, która często ograniczała. Dwóch wspomnianych przeze mnie znajomych nie miało ograniczeń. W późniejszym czasie, gdy byłem już nastolatkiem, przeszła mi przez głowę myśl, by tworzyć własną muzykę. Na szczęście szybko z tego zrezygnowałem. Doszedłem do wniosku, że w moim wypadku lepiej chłonąć piękno muzyki, a nie niszczyć ją. Jako dorastający chłopiec byłem zbyt nieśmiały, by walczyć o swoje. Miałem trzy odskocznie. Szachy, futbol i muzykę. Pasje, które trudno było pogodzić i wykonywać razem. Nie można jednocześnie grać w piłkę, słuchać muzyki i rozmyślać o strategii obranej przez Kasparowa. Niestety. Wszystkie te czynności z osobna nie satysfakcjonują mnie w stu procentach. Bywają mdłe lub też dają pozorne uczucie pozbycia się negatywnych emocji.

Jako człowiek jestem stworzony do życia w stadzie. Jednak duża część mnie to typowy samotnik. Wiosną 2003 roku, chwilę po tym jak schudłem ponad 30 kg, (maksymalnie ważyłem 115 kg), znalazłem odskocznię od problemów dnia codziennego. Odkryłem moją samotnię — pierwszy raz poszedłem pobiegać. Bieganie połączyłem z ulubioną muzyką. Wielokrotnie pozwoliło mi to wyrzucić negatywne emocje i przeżycia. Prawie tak jak koncert ulubionych kapel (Motorhead, Iron Maiden, Metallica, Slayer czy Overkill). Jednak o wiele skuteczniej.

Nie miałem wtedy pojęcia o bieganiu, o treningach, o odległościach czy tempie. Byłem bardzo słabym, próbującym biegać człowiekiem. Potrafiłem pokonać 100 metrów i usiąść z wycieńczenia. Nie biegałem systematycznie. Po prostu biegałem od czasu do czasu. Było to bardzo dawno temu. Nie miałem odpowiedniego obuwia. Jak się okaże kilka lat później, moje pierwsze biegówki zakupiłem dopiero po wielu setkach przebytych kilometrów.

Tej samej wiosny wraz z Markiem oraz innymi kolegami z drużyny Ciociosan Warszawa zaczęliśmy biegać. Przyznam, że ówcześnie trening w grupie nie dawał mi żadnej satysfakcji. Wręcz przeciwnie, nawet męczył. Brakowało mi mojej samotni. Niezbyt często wyruszaliśmy w trasę wspólnie. Egoistycznie przyznam, że potrafiłem skłamać mówiąc: „nie mogę dzisiaj”, po czym zakładałem najbardziej amatorski strój oraz słuchawki na uszy i szedłem biegać. Miałem 18 lat. Nie zarabiałem, dlatego mój biegowy strój składał się ze zwykłych dresów oraz butów typu halówki do piłki nożnej. Ktoś może określić mnie mianem prymitywa lub ignoranta. Coś w tym jest, jednak wówczas nie dbałem o szczegóły. Bieganie było dla mnie oczyszczeniem, a nie rewią mody czy technologii sportowej. Pomagało mi utrzymać odpowiednią kondycję i formę organizmu.

Opracowałem pierwszą biegową trasę. Była to pętla w Ogrodzie Saskim, około 700 metrów (jej długość sprawdziłem wiele lat później dzięki Google Earth). Uwielbiałem ten park. Spotkanie innego biegacza wieczorami w tamtym rejonie, w tym czasie porównywalne było z wygraną na loterii. Nie było jeszcze boomu biegowego, który ma miejsce obecnie. Na ulicach Warszawy, w której po raz pierwszy pomyślałem o tej aktywności ruchowej, biegacze stanowili znikomy odsetek. Pamiętam sytuację z późnej jesieni 2003 roku, gdy jeden z nielicznych razy pokonałem dłuższą trasę (10,08 km), ludzie patrzyli na mnie z lekkim zdziwieniem. Byli też tacy, którzy bez zahamowania wyjmowali aparat i pstrykali fotkę. Wyglądali jak japońska wycieczka podziwiająca posągi.

Pierwsza dłuższa trasa, o której mowa, wiodła z mojego mieszkania przy Ogrodowej, poprzez aleje Solidarności, do metra Ratusz Arsenał. Stąd zmierzałem ku ulicy Świętojerskiej, mijając po drodze budynek Sądu Najwyższego. Na Świętojerskiej znajdowało się Studium Medyczne, do którego rok później zacząłem uczęszczać, i które ukształtowało mnie pod względem zawodowym. Od tego miejsca trasa biegła dalej: były podbiegi na Mostowej i Brzozowej, mijałem Kolumnę Zygmunta, stąd prosto, poprzez Krakowskie Przedmieście i Nowy Świat, do ronda De Gaulle’a. Palma na rondzie stała dopiero kilka miesięcy. Mówiąc szczerze i tak nie zwracałam na nią uwagi. Nie było wtedy krzyża przy Pałacu Prezydenckim, a Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście wyglądały zupełnie inaczej. Dalej biegłem do centrum, gdzie odbijałem do ulicy Żurawiej. Na tej wysokości przebiegałem na drugą stronę Marszałkowskiej i prosto wzdłuż Alei Jerozolimskich do Dworca Centralnego. Tam robiłem nawrotkę na skrzyżowaniu Chałubińskiego i Koszykowej, po czym biegłem przy stacji Śródmieście WKD do Żelaznej. Na tym krótkim odcinku mijałem budynek Collegium Anatomicum, gdzie później w latach 2007–2010 będę studiował. Ulicą Żelazną podążałem do domu przy Ogrodowej. Pętlę tę pierwszy raz przebyłem w pierwszym półroczu mojego biegania. Zawsze powtarzam, że czas nie jest istotny, ale jej pokonanie zajęło mi około 1,5h.

Pamiętam, cieszyłem się jak dziecko, gdy pierwszy raz przebiegłem tak długi dystans. Z racji tego, że przez dłuższy czas byłem na diecie, pozwoliłem sobie uraczyć podniebienie kostką czekolady. W 2003 roku nie posiadałem jeszcze internetu, nie mogłem więc porównać mojego wyczynu z nikim innym, czy jakimikolwiek tabelami. Może to i lepiej? Uważam, że obecnie w dobie wszędobylskich portali początkujący biegacz może się zdołować, spoglądając na wyniki innych. Należy zaznaczyć, że niezależnie od naszej chwilowej dyspozycji, zawsze znajdzie się lepszy, bardziej zaawansowany biegacz. Toteż zawsze wychodzę z założenia, że nie powinniśmy walczyć z tłumem biegaczy, a jedynie z własnym stoperem.

Kiedy zaczynałem przygodę z bieganiem, nie było wielu aplikacji ułatwiających treningi. Nie kojarzę z tamtego okresu szeroko dostępnych nawigacji czy metromierzy dla biegaczy. Nawet teraz nie orientuję się w tym temacie. Jednak z moich wieloletnich obserwacji wynika, że pomiar tempa i czasu niektórym biegaczom szkodzi. Próbując dać z siebie więcej, amator „spala się” wewnętrznie. Jak się okaże, podobny problem kilka lat później spotka również i mnie. Miałem w tamtym okresie dużo więcej wolnego czasu, dlatego potrafiłem więcej biegać. Jednak faktem jest, że moja ówczesna forma nie pozwalała na pokonywanie zbyt dużych odległości.

Do Warszawy przeprowadziłem się w grudniu 2000 roku. Przyznam szczerze, że bałem się tej ogromnej metropolii. Zgiełku, ludzi. Początkowo nie mogłem się tutaj odnaleźć. Jako przyjezdny nie byłem lubiany w szkole. Traktowano mnie jak kogoś gorszego. Cóż, czasami tak bywa. Nie znałem stolicy. Jakby mi ktoś kazał iść na Nowy Świat, nie trafiłbym tam. Chociaż to tak blisko od miejsca, gdzie mieszkałem wraz z siostrą i mamą. Typowy obraz przestraszonego chłopca. Dodatkowy powód docinków ze strony kolegów stanowiła moja tusza. Jedyną odskocznią była piłka nożna na lekcjach wychowania fizycznego. Kiedy grałem, wkładałem w to całe serce. Wtedy wśród rówieśników w liceum byłem traktowany przyzwoicie. Poza boiskiem bywało różnie. Inną cechą, którą rówieśnicy odbierali we mnie jako złą, były dobre stopnie. Uczyłem się dość dobrze. Niektóre osoby z klasy miały z tym problem i był to dla nich kolejny pretekst, by niekiedy mi dokuczać. Sam wychodzę z założenia, że gdyby moi rówieśnicy zaczęli trochę czytać, nauka szła by im równie łatwo, lecz, nie mnie to analizować.

Od późnej jesieni 2003 roku bieganie zaczęło służyć mi za sposób na zwiedzanie miasta. Trasę mojej pierwszej wielkiej pętli dookoła „mojego centrum Warszawy” przemierzam od czasu do czasu nawet dziś. Robię to z wielkiego szacunku i miłości do biegania oraz do mojej Warszawy. Jest jednak ogromna różnica pomiędzy tym, jak pokonałem tę trasę po raz pierwszy, a jak czynię to teraz. Tą różnicą jest czas. Obecnie zajmuje mi to około 45 minut, na pełnym luzie. Tak oto, łącząc moją wielką pętlę z bieganiem po Ogrodzie Saskim, upłynął około rok. Rok później miałem kilkumiesięczną przerwę w bieganiu. Dziwny był to okres w moim życiu. Matura, stres związany z egzaminami na studia. W tym czasie wraz z Markiem z licealnej ławki założyliśmy amatorski klub piłkarski. Klub, który jednoczył w sile około dziesięciu chłopaków, znajomych z naszej dzielnicy. Jego pierwszą nazwą było Śródmieście Warszawa. Piłka nożna przynosiła mi również sporo pozytywnych emocji i radości. Nie było w niej jednak muzyki. Trudno jest grać w piłkę w słuchawkach. Uprawiając bieganie, można rozkoszować się każdą nutą. Jako że w tamtym czasie mój gust muzyczny tak naprawdę dopiero się kształtował, odkryłem wiele bliskich dziś mojemu sercu gitarowych brzmień. Była to jeszcze era kaset audio, przez co biegałem z dużym, jak na obecne warunki, walkmanem. Nie było łatwo, jednak czego się nie zrobi dla swojej pasji. Biegając w ten sposób, mogłem podziwiać dwie bardzo ważne w moim życiu rzeczy. Pierwszą z nich było miejsce, gdzie mieszkałem, a które tak naprawdę dopiero poznawałem. Drugim była muzyka. Wymyślałem nowsze trasy, modyfikowałem stare. Były coraz lepsze i bardziej skomplikowane.

W 2004 roku pierwszy raz biegałem w Łazienkach Królewskich. Muszę przyznać, że zanim wyruszyłem, wielokrotnie spoglądałem na mapę, by się nie zgubić w trakcie biegu. Samej mapy nigdy nie zabrałem ze sobą. Była papierowa, a przez to niewygodna w aktywnym użyciu.

Z perspektywy czasu widzę, że powinienem był poszukać i znaleźć wtedy jakiś klub z sekcją biegową. Dzięki temu mógłbym obecnie wykręcać lepsze czasy w maratonach. Jednak nie ma co żałować. Moim zdaniem i tak nie jest źle.

Minął kolejny rok. Nie dostałem się na medycynę. W „obronie” przed wojskiem zacząłem naukę w Studium Medycznym na kierunku protetyka słuchu. Ten wycinek audiologii okazał się moją wielką pasją, której oddaję się po dziś dzień. Jedną z osób, którą poznałem, chodząc na wykłady z protetyki słuchu, był Wojtek. Pomimo wielu nieporozumień na samym początku, z dumą mogę powiedzieć, że Wojtek jest moim przyjacielem. Jednak na początku niechęć była obopólna. Gdy po raz pierwszy się zobaczyliśmy obu nam przyszła do głowy jedna myśl. Myśl bardzo trywialna i prosta. Brzmiała: „Boże! Co za ludzie tutaj chodzą?!”. Nasz przypadek tylko dowodzi, że nigdy nie można z góry czegoś założyć, bo los lubi się odmienić. Wojtek kilkakrotnie ze mną biegał. Często nie nadążał, zwłaszcza gdy robiłem trening na mojej pętelce w Ogrodzie Saskim. Pomimo to świetnie się bawiliśmy.

Wojtek, podobnie jak ja, był przyjezdny. Pochodzi z Gorzowa Wielkopolskiego. Myślę, że ta okoliczność zbliżyła nas do siebie. To człowiek, który przyczynił się do mojego „otwarcia się” na ludzi. Przyznaję, byłem bardzo zamknięty w sobie, ale przy Wojtku nikt nie może być w złym nastroju. Wojtek nie jest biegaczem. Trening biegowy był dla niego uzupełnieniem siłowni. Stąd też biegał ze mną, co w pewnym momencie stało się naszym rytuałem. Podobnie jak zwiedzanie miasta czy przejażdżki metrem. W tym czasie metro było bardzo krótkie. Prowadziło od Kabat do placu Bankowego (Metro Ratusz Arsenał). Obecnie mamy już nawet drugą linię metra, łączącą wschodnią część stolicy z zachodnią.

W październiku 2005 roku pokrzepiony tym, że biegam już nieco ponad dwa lata, postanowiłem zapisać się na bieg. Jako że biegaczy było już coraz więcej, to firma Nike zorganizowała krótki bieg po ulicach Warszawy. Nazwa tego biegu to Run Warsaw. Stanowiło to część większej akcji, ponieważ biegi o podobnej nazwie w tym czasie były już organizowane w wielu stolicach krajów zachodnich. Trasa liczyła zaledwie 5 kilometrów. Prowadziła od Krakowskiego Przedmieścia do Teatru Wielkiego.

Zupełnie zraziłem się do biegów. Nie do biegania, do masowych biegów. Tak jak wspomniałem, nie miałem wtedy pojęcia o bieganiu. Koncern Nike obdarował każdego biegacza grubą koszulką. Jeżeli chodzi o ten rodzaj materiału i wykonania, jestem na nie. To był mój pierwszy argument przeciwko zapisywaniu się do masowych biegów. Drugim była liczba uczestników. Na starcie, jak i w trakcie biegu czułem się ściśnięty wraz z innymi biegaczami jak sardynki w puszce. Dodatkowym czynnikiem, który przyczynił się do mojego niezadowolenia było mocno świecące słońce i dosyć wysoka temperatura. Przez tamten bieg, powiedziałem „nie” startom w masówkach. W trakcie tego biegu poznałem starszego biegacza, który namawiał mnie na Bieg Niepodległości, rozgrywany na historycznej już trasie. Obecnie ten bieg to 10 km na alei Jana Pawła II z nawrotką po piątym kilometrze. Stara trasa tego biegu wiodła do Wilanowa. Jednak zrezygnowałem. Do mojej niechęci przyczynił się właśnie Run Warsaw 2005. Gdybym wiedział wtedy o Grand Prix Warszawy na Kabatach, to bym tak łatwo nie odpuścił. Cóż, czasu już nie cofnę. Od pierwszego Run Warsaw koncern Nike organizował już niezliczoną ilość biegów, zmodyfikował trasę i dystans. Mimo to w żadnym z tych biegów już nie wystartowałem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 39.59
drukowana A5
Kolorowa
za 67.34