E-book
16.38
drukowana A5
43.33
Dlaczego zostałem księdzem?

Bezpłatny fragment - Dlaczego zostałem księdzem?

Odpowiedzi księży diecezjalnych i zakonnych z krajów anglo-amerykańskich. Tom pierwszy


Objętość:
217 str.
ISBN:
978-83-8104-966-5
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 43.33

Od tłumacza

Książka ukazuje się „w samą porę”… Katolicy w Polsce przeżywają duszpasterski program podany przez nasz Episkopat pod tytułem „Kościół niosący Ewangelię nadziei”. Ten ogólny temat obejmuje lata 2005 — 2010 i niesie oczywiście bardzo szeroki wachlarz problemów. W kolejnych latach: „Przywracajmy nadzieję ubogim”, „Przypatrzmy się powołaniu naszemu”, „Bądźmy uczniami Chrystusa”, „Otoczmy troską życie” i „Bądźmy świadkami miłości”.

Jest niemożliwe bliższe wniknięcie w każde zagadnienie, lecz w ogólnym ujęciu kryje się w nich idea powołania do kapłaństwa…, tak wynikającego z Sakramentu Chrztu Świętego, jak i Sakramentu Kapłaństwa; za urzeczywistnianie każdej wskazówki tego dokumentu jest odpowiedzialna kapłanka i kapłan Kościoła Domowego, ale pośrednio lub bezpośrednio… kapłan-ksiądz…

Tę ogromną pracę i zadanie mają wykonywać wszyscy katolicy na zasadzie „powołania” do życia, do świętej wiary, poszczególnych stanów i zawodów Polek i Polaków, do pracy, modlitwy, cierpienia (przy tej okazji: do rangi wielkiego symbolu wyrasta wypowiedź św. Maksymiliana M. Kolbego: „Choroba — to inny rodzaj pracy”) i odpoczynku. Jesteśmy w stanie czynić to wszystko dzięki temu, że zostaliśmy również powołani do uczestniczenia w kapłaństwie Jezusa Chrystusa. Ze swej strony On także został powołany do swego kapłaństwa — jedynego.

„Powołanie” w istocie rzeczy sprowadza się do „wołania”. Na pewno Ktoś „woła”, ktoś słyszy — lub nie, słucha — nie… Niewątpliwie Bóg woła, powołuje każdego nie tylko do istnienia, do życia, do obecności we wszechświecie i wobec Niego samego oraz… ludzi, ale i do bycia człowiekiem — do człowieczeństwa… Można je określić mianem pierwszego wielkiego powołania; drugim wielkim powołaniem jest powołanie do miłości. Oczywiście obydwa zawierają niezmiernie głęboką, bogatą i obszerną treść.

„Powołanego” do życia i do człowieczeństwa, które jest równoznaczne z powołaniem do szlachetności, jest równocześnie powołaniem do osiągnięcia zbawienia, czyli do świętości, a więc do zdobycia przynajmniej jej najniższego stopnia, czyli osobistej wolności od grzechu ciężkiego. A więc tym samym Bóg powołuje do bycia człowiekiem religijnym/wierzącym. Próbując ująć dokładniej tę sprawę, trzeba powiedzieć, że Bóg powołuje każdego człowieka do Kościoła Rzymsko-Katolickiego, a konsekwentnie do Ewangelizacji całego świata…

W przypadku poszczególnych powołań — można je umownie nazwać małymi — chodzi o to, by odkryć-usłyszeć, posłuchać-okazać posłuszeństwo, pójść za głosem powołującym i kształtować swe życie według wymogów każdego powołania stanowego lub zawodowego.

Prawdopodobnie trafniejszym określeniem „powołania” jest zaproszenie lub posłannictwo; pierwsze — wskazuje na delikatność Pana Boga, uszanowanie wolnej woli zapraszanego, a drugie zawiera w sobie głębszy sens tej rzeczywistości, mianowicie ukazanie zadania, stojącego przed człowiekiem — zazwyczaj młodym, co nie wyklucza „powołania” kogoś w późniejszym wieku jego życia; może chodzić o korektę dotychczasowego wyboru…

Historia każdego człowieka, jak niedawno przypomniał Ojciec Święty Benedykt XVI, jest prowadzona przez Boga. Jest wiele przypadków, kiedy człowiek sam usiłuje pisać własną historię i wówczas zdarzają się błędy czasem mimowolne i nieświadome, a czasem uparte. Dowodów na to mamy aż nadmiar. Najgorsze jest to, że mimo interwencji Pana Boga czasem sytuacja się nie zmienia. Są jednakowoż — na szczęście wielu — korekty…, zwłaszcza, jeżeli uświadomi sobie każdy ksiądz czy kandydat na księdza ze względu na KOGO wybrał czy decyduje się na wybranie kapłańskiej drogi swego życia. Bóg mówi i pisze przez człowieka; chociaż człowiek jest niedoskonałym narzędziem, On zawsze pisze pięknie.


W tej publikacji problem powołania jest bardzo zawężony i obejmuje aspekt powołania do stanu kapłańskiego — diecezjalnego lub zakonnego. Przekazuje ona świadectwa kapłanów, opisujących z pasją to, co przeżyli osobiście.

Można zaryzykować stwierdzenie, że głos Boga jest ustawicznie taki sam — chociaż jakoś „zależny” od czasu, miejsca czy nawet wieku powoływanego; natomiast poszczególne osoby słyszą go na swój sposób, zgodnie ze stanem ich cielesno-duchowej rzeczywistości i zewnętrznymi okolicznościami.


Ks. J. Rohdain w swej Przedmowie do tej książki napisał, że ona przedstawia nam drogi amerykańskich księży. Przedstawia nam także — w całej prostocie — „dramat” powołania kapłańskiego. Oto widzimy na mapie świata, który idzie „ku nowemu”, prawdziwe powołanie kapłańskie, widzimy drogę, nieraz niezauważaną przez nas. Tym lepiej! Szukajmy na tych kartach nowych obrazów, dołączmy się do tych niby niepozornych wędrówek, aby stać się ręką Najwyższego Kapłana, który pisze czasem bardzo pięknie, czasem bardzo ‘niezgrabnym’ pismem, ale zawsze pisze historię nową, współczesną: historię Kościoła Jezusa Chrystusa.


Autorzy tej książki, księża diecezjalni i zakonni, próbują opisać wydarzenia i siły, które skierowały ich życie ku kapłaństwu. Młody katolik będzie mógł znaleźć tutaj opis wątpliwości, których, być może on sam doznaje, pokus, zniechęceń, które „znaczą” jego duszę… I to zwycięstwo, które, być może, pewnego dnia będzie jego zwycięstwem i triumfem!


W tej książce podano 26 wypowiedzi różnych autorów. Każda wypowiedź jest odrębnym rozdziałem. Podaje osobiste przeżycia każdego z piszących. Tytułem przykładu, warto podać niektóre nazwiska: kardynał N. Gilroy, sławny pisarz Tomasz Merton, biskup F.J. Sheen, którego książki cieszą się niebywałym sukcesem zarówno we Francji jak i Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. Równocześnie reprezentowane są różne zakony: Jezuici, Misjonarze, Kapucyni, Redemptoryści, Pasjoniści, Dominikanie, Benedyktyni itd.


Ich sylwetki różnią się oczywiście od sylwetek księży „bohaterów wielu powieści” — pozytywnych lub negatywnych, wokół których tak wiele szumu obecnie nie tylko w Polsce. Na tym właśnie

polega istotna wartość i zaciekawienie, jakie budzi ta książka! Przekazuje fakty, a przeciw faktom nie ma argumentów.


Jan Paweł II w Adhortacji „Ecclesia in Europa” napisał: „Człowiek współczesny chętniej słucha świadków aniżeli nauczycieli; a jeżeli słucha nauczycieli to dlatego, że są świadkami. […]. Potrzeba wyrazistych, osobistych i wspólnotowych świadectw nowego życia w Chrystusie”. Ta książka w doskonały sposób spełnia — moim zdaniem — wspaniałe ujęcie zagadnień zawartych w powyższych słowach Ojca Świętego. Ukazuje nauczycieli i świadków w jednej osobie, zawiera wyraziste i osobiste, a także — w pewnym sensie — wspólnotowe świadectwa „nowego życia w Chrystusie”.

A u t e n t y z m nauczycieli, będących świadkami (a o nich mówi nasza publikacja), ma zawsze swoją niezastąpioną wymowę.

Ośmielam się twierdzić, że i w Polsce może ona rzucić bardzo wiele światła nie tylko ludziom młodym, zmagającym się z podjęciem decyzji zostania czy nie zostania kapłanem, ale również klerykom w seminariach diecezjalnych i zakonnych, a nawet kapłanom — młodszym i starszym…

Tłumacz

Przedmowa do wydania angielskiego

Nasz wiek jest osaczony pragnieniem zrozumienia wszystkiego. Filozofowie i uczeni bez przerwy prowadzą prace badawcze, celem rozwiązania zagadek natury; uczeni pytają: „Jak”? Filozofowie zaś: „Dlaczego”? Każdy chce wytłumaczyć tajemnice, łącznie z tajemnicami nadnaturalnymi. Do tych ostatnich należy właśnie tajemnica życia kapłańskiego.

Ksiądz — postać zagadkowa… Poświęca się „służbie ołtarza” z tą świadomością i przekonaniem, że został do tego powołany przez samego Boga. Codziennie głosi i sprawuje Boże Tajemnice. Podczas służby Bożej ubrany jest w święte szaty; na ulicy jego ubiór odróżnia go od innych. Często można go zobaczyć pogrążonego w lekturze stosunkowo dużej, tajemniczej książki napisanej w języku łacińskim.

Ksiądz dobrowolnie wyrzeka się „świata” i wielu rzeczy tak drogich ludzkiemu sercu. Rezygnuje z radości związanych z życiem rodzinnym — składa ślub czystości, zobowiązując się do życia w celibacie. Składa uroczysty ślub posłuszeństwa swoim duchownym przełożonym. Natura jego powołania z konieczności ogranicza pole jego działalności, a jego życie — to praca, nauka, modlitwa. Zupełnie dobrowolnie wybrał „służebną postawę życia”.

Dlaczego więc pozwolił wyświęcić się na księdza? Pytanie postawione przez „światowego człowieka”, który zatracił poczucie wartości duchowych; wyrzeczenia związane z życiem księdza są dla niego niezrozumiałe. Pytanie postawione przez sceptyka, dla którego religijne wartości nie mają znaczenia: wydaje mu się, że ksiądz, to czysty szaleniec. Książka ta nie została napisana dla „człowieka światowego” ani dla sceptyka…

Ale to samo pytanie stawiane jest przez młodego katolika, który znajduje się wobec najtrudniejszego problemu, jakim jest odkrycie wytyczonej mu przez Boga drogi jego życia. To właśnie dla niego została napisana ta książka, chociaż sceptyk i światowiec mógłby także odnieść korzyść po jej przeczytaniu.

Oczywiście, jak to zauważył kardynał Gilroy, pytanie to nie może nigdy otrzymać pełnej i wyczerpującej odpowiedzi. Człowiek zna tylko jedną część czynników, a sam tylko Pan Bóg drugą. Jednakowoż, ponieważ Bóg działa przy pomocy naturalnych przyczyn i ludzkich środków, różne „siły i doświadczenia” kierowane przez Opatrzność Bożą, mają swój udział w powołaniu kapłańskim, i dlatego mogą dostarczać „pewnych elementów” potrzebnych do odpowiedzi.

Autorzy następnych rozdziałów spróbowali opisać „siły i doświadczenia” z ich własnego życia, mając nadzieję, że rzucą trochę światła na drogę kogoś innego. Katolik będzie mógł tutaj znaleźć opis wątpliwości, które dręczyły ich ducha, pokusy, zniechęcenia, które atakowały ich dusze i wizje chwały, które przepełniały ich wyobraźnię, i tego Z W Y C I Ę S T W A, które, być może, pewnego dnia stanie się jego zwycięstwem.

Antigonish, N.S., 11.08.1952 r.

Jerzy L. Kane

(J.L. Kane jest dyrektorem Dzieła Powołań i Wych. Religij. w diecezji Antigonish, N.J.)

Przedmowa do wydania francuskiego

Paryż, Święto Objawienia Pańskiego, 1954

Zachowuję w pamięci niezatarte wspomnienia ze spotkania z księżmi amerykańskimi. Tak w Chicago jak i w Nowym Jorku, tak w Bostonie jak i Waszyngtonie, tak w rezydencjach księży biskupów jak i na plebaniach; bardzo serdecznie gościli mnie ci atleci prawi, szczerzy, uprzejmi, grzeczni, mocni i śmiali.

To jest świeżość młodego Kościoła, przepełnionego witaminami i „uczynkowymi łaskami Boga”, wspaniałomyślnego, świeżego i prostolinijnego. Nasuwa się pytanie, jak wyglądały drogi, które prowadziły tych Bożych pionierów od kołyski aż do ołtarza ich pierwszej Mszy Świętej.

I oto książka, która przedstawia nam właśnie te drogi amerykańskich księży. Pozwala nam także — w swej prostocie — zobaczyć „dramat” powołania kapłańskiego.


* * *


Ten dramat powołania kapłańskiego Francuz będzie oceniał zawsze z większym niepokojem. Być może, nawet z pewną trwogą. Ale nasz temperament latyński, skłonny do nadmiernej analizy trudności, jest tego rodzaju, że nawet najmłodszy ksiądz katecheta, z jakiegoś tam przedmieścia, bez przerwy, aż do śmierci, duma nad przepastnymi wymiarami kapłaństwa.


Postawiony między Bogiem a człowiekiem, kapłan od pierwszych kroków do ołtarza, staje się straszliwą… Tajemnicą, do której się włącza.

Po latach pracy i posługi kapłańskiej, wystarczy mu tylko jeden dzień skupiającej ciszy, aby osiągną w tym świecie „bez tajemnicy” szczyt zrozumienia kapłańskiej rzeczywistości — tej, którą daje to, co jest Święte.

Fala filmu czy powieści dobrze przedstawi sto powierzchownych obrazów; z kolei przypływ i odpływ publicznych opinii pięknie będzie się pasjonował takim lub innym określeniem aktualnego kapłana, pragnienie najbardziej bezinteresownego apostolatu będzie mogło zebrać pod swoim tytułem wszystkie możliwe do przyjęcia przymiotniki przywiązania do misji lub zupełnie dobrze do świata robotników, lecz w końcu pozostaje tylko jedna rzeczywistość, jedna nieusuwalna cecha: on jest „kapłanem”. Całkiem krótko — kapłan. I to jedno słowo mówi wszystko, i mówi to przerażająco.

Sposoby bycia się zmieniają. Wobec ruchliwie zmiennej historii, tylko samo Odkupienie pozostaje jedyną Historią. A w Odkupieniu, ktoś jeden jest obarczony obowiązkiem głoszenia niezmiennej prawdy, ktoś jeden jest wyznaczony do składania Ofiary, ktoś jeden do łączenia Boga z ludźmi: to jest kapłan!

Niektórzy mają trudności w utrzymywaniu więzi z ludźmi. Ale, ostatecznie, tylko wiarygodny i prawdziwy kapłan, wie bardzo dobrze, że więzią trudną do znalezienia i utrzymania jest właśnie więź Bogiem.

Proboszcz z Ars ją znalazł i tym samym, bez jakichś sztucznych zabiegów czy specjalnej umiejętności, miał kontakt z ludźmi należącymi do wszystkich klas społecznych. Stary, wiejski proboszcz, który umiera prawie w samotności, promieniuje w końcu w tak niepojęty sposób, jak i kapłan w Tamanrasset sam odprawiający Mszę Świętą, są kapłanami tylko przez swoje kapłaństwo — bez jakichkolwiek dodatków.

Katechizacja dzieci, obecność przy umierającym, ostatni dialog z konającym jest o wiele trudniejszy, aniżeli dyskusja naukowa.

Msza Święta i Sakramenty Święte, które nie są niczym innym, jak tylko promieniowaniem Mszy Świętej, napełniają kapłana mocą, której jedna godzina kontemplacji prowadzi na szczyt.

Osamotnieniem, które zostało ujawnione nam w Chrystusie o trzeciej godzinie w pierwszy Wielki Piątek, jest w rzeczywistości przepełniona cała ludzkość. W tym momencie totalnego osamotnienia, Ten Najwyższy Kapłan dotyka, łączy i przenika każdego z tych miliardów ludzi specjalnym węzłem, którego nie będzie można wyobrazić sobie w porównaniu z żadnym fizycznym. Tak, w tym momencie całkowitego opuszczenia cała ludzkość jest dotknięta inaczej, aniżeli rzesza ludzi zgromadzona na Górze Błogosławieństw czy ci, którzy spotykają się z Nim w warsztacie stolarskim w Nazarecie. Gdyby ktoś, bodaj na moment, miał jakieś wątpliwości dotyczące tej podstawowej tajemnicy, wówczas trzeba byłoby zamienić seminaria tylko na małe szkółki podstawowe dla doskonałych żołnierzy. Lecz to jest właśnie promieniowanie tego porządku Boskiej Tajemnicy, w której ma udział — nawet w pustym kościele — codzienna konsekracja chleba i wina. I biedny człowiek, który jest przeznaczony do tej mocy i chwały, do tej samotności i tego promieniowania, będzie zawsze „podzielony na cztery części” między tym chlebem, który konsekruje i tym ogniem, którym płonie wobec tego dosłownie zgłodniałego tłumu, tak mu bliskiego, a równocześnie tak oddalonego.

W wędrówce, w bolesnej wędrówce ludzkości, to wstawiennictwo jest bezcenne. Począwszy od krzyku św. Pawła w Liście do Hebrajczyków, aż do ostatniego słowa w Księdze Objawienia św. Jana, Kościół będzie kierował wszystkich do tajemnicy ołtarza porannej Ofiary. I ten naród, który chce i szuka przede wszystkim „Kapłana” nie oszukuje siebie.


* * *


Chcielibyśmy w każdym kraju zbyt szybko dać naszym kapłanom zewnętrzną sylwetkę sfabrykowaną przez nasze narodowe obyczaje. Oto na tej mapie świata, który „balansuje” ku nowej osi, obraz prawdziwych powołań kapłańskich, dróg nie jeden raz nieprzewidywalnych dla nas. Tym lepiej! Szukajmy w tych nowych pejzażach, w tych pozornie zwykłych wędrówkach odkrycia ręki Najwyższego Kapłana, który czasem posługuje się pięknymi pismami, czasem bardzo niezgrabnymi literami, aby zawsze pisać młodą historię: tę Kościoła Chrystusa. Jego Ofiara jest Jego naprawdę młodzieńczą świeżością.

Przystąpię do ołtarza Bożego,

do Boga, który jest radością mojej młodości.

Ks. Jan Rodhan

Prałat Jego Świątobliwości

Sekretarz Generalny Pomocy Katolickiej

Zamiast przedmowy do wydania polskiego

Wybór tekstów ks. Jana Twardowskiego

TAJEMNICA POWOŁANIA


Kto wezwał? Kto przywołał?

Skąd sny, co tu przygnały?

Przed własną tajemnicą

przyklękam taki mały…

         (z wiersza Różaniec)

Jestem księdzem i na pewno było to moją decyzją. Wytrwałem w seminarium. Kiedy jednak patrzę po latach na swoje życie, widzę, jak Bóg mnie do tego przygotowywał, chociaż wcale nie zdawałem sobie z tego sprawy.

Przed wojną Kościół wydawał mi się ciasny. Raziła mnie, miedzy innymi, nietolerancja w stosunku do niektórych mniejszości narodowych. Później, w czasie okupacji, w tych kręgach, w których się obracałem, spotkałem się z księżmi, którzy byli przerażeni losem Żydów i chcieli im pomagać. W czasie wojny zbliżyłem się do Kościoła. Czułem się wtedy cały czas tak, jakbym stał w obliczu śmierci. Kilku moich kolegów ze studiów zginęło. Cały czas Niemcy kogoś łapali, deportowali lub rozstrzeliwali. To było ciągłe obcowanie ze śmiercią. Miałem poczucie kataklizmu w swoim życiu. Myśl o śmierci rozbudziła mnie duchowo, a równocześnie oddaliła od chęci zakładania domu. Poza tym byłem nieśmiały, trochę wystraszony w obecności kobiet. Nie nadawałem się do małżeństwa.

Byłem stale zakochany bez wzajemności. Zawsze mi się podobały kobiety, ich urok. A one nawet mnie lubiły, były ze mną szczere. Myślałem, że może były we mnie zakochane, ale nie, zawsze w kimś innym. Byłem raczej ich powiernikiem, zwierzały mi się z uczuć do innych mężczyzn. Widocznie miałem takie właśnie powołanie, charyzmat. Chciałem pomagać ludziom, służyć, być użyteczny. To nie była myśl o sobie, tylko o tym, aby żyć dla kogoś. Miałem wrażenie, że Niewidzialny prowadzi mnie do kapłaństwa.

Początek mojego kapłaństwa jest dla mnie tajemnicą. Skąd się wzięło moje powołanie? Kiedy je odkryłem i zrozumiałem? Jak doszło do tego, że jestem księdzem?

Odpowiedź wcale nie jest prosta. Moja droga do kapłaństwa jest inna, niż na ogół to się zdarza. Tajemnica powołania jest bardzo trudna do wytłumaczenia.

Jako dziecko chciałem być podróżnikiem i jeździć po całym świecie. Lub przyrodnikiem. Nigdy bym nie przypuszczał, że zostanę księdzem…

Kiedy zacząłem studiować filologię polską w 1935 roku, nie myślałem o kapłaństwie. Moje powołanie zrodziło się w czasie wojny, było głęboką refleksją nad sensem życia i śmierci w obliczu zgonu wielu bliskich i znajomych… Na mój wybór wpływa miała na pewno wojna. Bliskość śmierci.

Pewnej nocy, 1943 roku, nagle obudziłem się i chodziłem jak czapla po podłodze. Łaziłem z kąta w kąt po pokoju. Przyszła mi do głowy nieoczekiwana myśl, żeby zostać księdzem. Nie mogłem zrozumieć, jak to się stało. Później miałem bardzo dziwną przygodę. Od czasu do czasu odwiedzałem Jerzego K., administratora wysokiego gmachu PASTA, gdzie mieściła się poczta. Był razem z żoną w konspiracji AK-owskiej i w tym gmachu się ukrywali. Raz na trzy tygodnie urządzali przyjęcia pół literackie i pół towarzyskie. Odbywały się po południu, tak żeby można było zdążyć do domu przed dwudziestą, czyli przed godziną policyjną. Państwo K. Byli polonistami, pięknie czytali. Te wieczory literackie w trudnym okresie były bardzo przyjemne. Różni ludzie przychodzili. Raz, w lecie 1943 roku, przyszła młoda przyjaciółka państwa K. Mówiono, że potrafi dobrze wróżyć z ręki. Więc podszedłem do niej: „Proszę, niech mi pani powróży”. Poszliśmy do pokoju obok, gdzie byliśmy sami. Popatrzyła na moją rękę i powiedziała, żebym pomyślał o jakiejś dziewczynie. Pomyślałem o mojej znajomej uczennicy szkoły średniej Wandzie Z[ieleńczykównej], nazywanej Dziula. Nagle wróżka zbladła i zaczęła mówić: „Widzę… przychodzą gestapowcy. Wchodzą… wchodzą do jej mieszkania. Widzę cień. Jest w niebezpieczeństwie. Zginie!” — i zemdlała. Wyszedłem zdenerwowany z pokoju. Nie wiedziałem, czy przypadkiem to nie jest wariatka. Przez ciekawość, po upływie kilku dni, poszedłem do niej. Mieszkała koło Solca. Wróżyła mi dalej. Mówiła rzeczy bardzo banalne, które każdemu można mówić: o moich zdolnościach, że byłem zakochany itd. Dla mnie to były bzdury. Zapomniałem o wszystkim. Trochę później, wracając do domu, znalazłem list od niej. Napisała mi: „Będziesz księdzem”.

Wkrótce dowiedziałem się, że gestapo aresztowało Dziulę razem z rodzicami. Wysłano ich do obozu, w którym później zginęli. Ojciec Dziuli, Adam, był profesorem we Wszechnicy — był to prywatny uniwersytet w Warszawie — a także w gimnazjum im. Batorego. Był znany jako tłumacz R. Euckena. Jego siostra była matką poety, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Okazało się, że rodzina Z[ieleńczyków] ukrywała u siebie w mieszkaniu Żyda i że ten człowiek popełnił samobójstwo. Wydało się wtedy, że udzielili mu schronienia. Rodzina Z[ieleńczków] była sama pochodzenia żydowskiego, ale gestapo o tym nie wiedziało.

Czułem, że pcha mnie w kierunku kapłaństwa jakaś niewidzialna siła. Tak jakby to samo szło. Byłem nieświadomy tego, co robię — po tej nocy 1943 roku, kiedy po raz pierwszy przyszła mi do głowy myśl o kapłaństwie.

Dużym dla mnie wydarzeniem było pojawienie się w moim życiu Jana Skajskiego, młodszego kolegi, którego matka wyciągnęła na siłę z seminarium duchownego, bo chciała go mieć tylko dla siebie. Nieoczekiwanie przyjechał z Krakowa. Opowiadał mi o kapłaństwie, seminarium, wykładach, modlitwach. Opowiadał mi o swoim życiu w seminarium z wielkim zapałem i wzruszeniem. Żałował, że wystąpił. To były piękne wspomnienia. Przywołał mi myśl o kapłaństwie. Ja sam nigdy nie wpadłbym na pomysł, żeby do seminarium wstąpić. Nie wiedziałem, że w ogóle są jakieś seminaria. Janek zainteresował mnie, wzbudził we mnie tęsknotę za kapłaństwem. Bardzo polubiłem Janka. Był przyjacielem naszego domu.

Potem niespodziewanie spotkałem Stanisława Rostkowskiego, matematyka i psychologa, wierzącego, ale zupełnie niepraktykującego.

Stanisław Rostkowski był spokrewniony z rodziną świętego Stanisława Kostki z Rostkowa. Niezwykły człowiek w moim życiu. Uczył mnie tolerancji i wybaczania.

Zaczęliśmy rozmawiać o kapłaństwie i o tym, że powinienem być księdzem. Miałem do niego duże zaufanie.

Myśl o kapłaństwie powracała na Powązkach przy grobie Bolesława Prusa. Dzisiaj kojarzę to sobie z wpływem mojego szkolnego kolegi. Z chwilą, gdy wstąpiłem do seminarium duchownego, niespodziewanie umarł on w czasie wycieczki do Szwecji. Myślę, że spełnił swoje zadanie przekazane od Boga. Sam umarł, a mnie doprowadził do seminarium. Gdyby nie on, nie zostałbym księdzem. I w tym miejscu mogę powtórzyć, że nie ma przypadkowych spotkań. Ktoś pojawia się niespodziewanie na naszej drodze, a potem okazuje się, że miał w naszym życiu odegrać ważną rolę.

Na moją decyzję wstąpienia do seminarium — jak już wspomniałem — duży wpływ miało Powstanie Warszawskie. Zginęli w nim wszyscy moi bliscy koledzy, miałem wyrzuty sumienia, że nie zginąłem razem z nimi. Były to okoliczności sprzyjające innemu spojrzeniu na życie i swoją w nim rolę, ułatwiały otwarcie na taką decyzję, na usłyszenie głosu Boga. Miałem taką potrzebę życia duchowego. Poza tym była wojna, okupacja.

Co ciekawe: kiedy znalazłem się po Powstaniu Warszawskim w pobliżu Gór Świętokrzyskich, Świętokrzyskich miejscowości Końskie, całkiem nieoczekiwanie spotkałem znów profesora Rostkowskiego. Cud jakiś. Dostał się tam nie wiadomo skąd. Dotykałem go jak sennego zjawiska. Sprawdzałem, czy mi się śni, czy nie. Profesor powiedział mi: „Jedź jak najszybciej do seminarium, bo inaczej nie będziesz księdzem”. Takie dziwne spotkanie… Przejąłem się tym bardzo i od razu zacząłem szukać kontaktu. Pojechałem do Czubina koło Błonia, gdzie odradzało się po wojnie seminarium. Nie miałem żadnych dokumentów. Wszystkie się spaliły. Nie przyjmowano wtedy takich ludzi, bo się bano. Prefektem seminarium był mój dawny znajomy, ksiądz Bogdan Jankowski, który zaczął pełnić tę funkcję w drugim roku kapłaństwa. Od razu mnie przyjął, bez dokumentów poświadczeń. Wprowadził mnie w kapłaństwo. Zaufał mi i przyjął. Mimo że „Kuźnia Młodych” była lewicująca, a ja byłem po trzydziestce. Między mną a moim kolegami była duża różnica wieku. [… — S. K.].

O mojej ostatecznej decyzji wstąpienia do seminarium napisałem nawet w liście do Jana Bolesława Ożoga: „Dziękuję za list nadesłany. Przywędrował do mnie z Radomia, z którym wiążą mnie wspomnienia. W tym mieście, potkawszy się przypadkowo z Rodzicami, powziąłem ostateczną decyzję kapłaństwa, tu spowiadałem się uroczyście w barwnym kościele Bernardynów, tu włóczyłem się po cmentarzu, przed wyjazdem do seminarium, które po latach wyrzuciło mnie księdzem”.

Stąd — z Radomia — wysłałem podanie do seminarium:


„DO KSIĘDZA REKTORA SEMINARIUM DUCHOWNEGO

     Uprzejmie proszę o zaliczenie mnie w poczet słuchaczy Seminarium Duchownego. Moje dotychczasowe studia średnie i wyższe nie dają mnie [sic!] wewnętrznego zadowolenia. Przed wojną powzięte już pragnienie zostania księdzem nie daje mi spokoju, pozwalam sobie więc złożyć swoją nieśmiałą prośbę na ręce Przewielebnego księdza Rektora w nadziei, że zostanie łaskawie przyjęta. Życiorys swój dołączam do podania. Jan Twardowski”.

Rodzie byli bardzo zdziwieni, siostry nie dowierzały.

„Nie wiem, jaka była reakcja mamy na decyzję syna, gdy po wojnie wstąpił do Seminarium Duchownego — wspomina moja siostra Halina. — Mieszkałam wówczas w Chorzowie, a o decyzji Janka oznajmiła mi siostra. To było zaskoczenie dla całej rodziny bliższej i dalszej. Może mama czegoś się domyślała, na pewno była zadowolona”.

Mój ojciec dożył chwili, kiedy podjąłem taką decyzję. Moja siostra uważa, że „ojciec związany z Kościołem, tradycją, zwyczajami, a przede wszystkim niezachwianą głęboką wiarą, pogodził się wreszcie z faktem, że jedyny jego syn, po skończeniu gimnazjum matematycznego, nie podjął studiów technicznych na politechnice. Ojciec zmarł wkrótce, nie dożył radosnej chwili, by błogosławić syna i służyć mu do Mszy Prymicyjnej. Jestem tego najzupełniej pewna, służył przecież do rzymskiej Mszy świętej, na której ślub brała córka Lucyna z Czesławem Knichowieckim w Warszawie 3 sierpnia 1941 roku — nie odmówiłby synowi”.

Niestety, ojciec umarł na tyfus, tuż po wojnie. Na jego pogrzebie byłem już jako kleryk.

Pamiętam, kiedy umarł mi ojciec, nie mogłem zupełnie uwierzyć w to, że mój ojciec leży w trumnie, że mego ojca wiozą na cmentarz i zakopują do ziemi. To wszystko było jakieś nieprawdopodobne! Po prostu zrozumiałem, że odszedł, że nie mogę nawiązać z nim kontaktu, że nie odpowiada na pytania. Ale to, co było w trumnie, nie było moim ojcem! Było martwym przedmiotem, tym, co się zdarło z mojego ojca…[… S. K.].

Wstąpiłem do stanu duchownego w okresie bardzo niesprzyjającym powołaniu kapłańskiemu. Był to czas, kiedy nie wiadomo było, co stanie się z Kościołem. Niepewny był też los warszawskiego seminarium duchownego: w każdej chwili mogło być przecież zamknięte. Nie był to również czas łaskawy dla poezji. A już na pewno nie było nadziei na drukowanie wierszy. Pewne przeżycia wewnętrzne, okupacyjne — bliskość ze śmiercią sprawiły, że poszedłem tą drogą. A poza tym tajemnica powołania, której nie można zrozumieć i przełożyć na język pojęć dostępnych człowiekowi.

Nie zostałem wybrany dlatego, że jestem lepszy od innych ani nie jestem mądrzejszy. Ludzie piszą doktoraty, są bardzo wykształceni, gdzie mi do tego wszystkiego. Ale powołanie przychodzi spoza mnie, Łaska jest darmo dana. Podobnie jak miłość; prawdziwa miłość nie jest za coś.

Gdybym powiedział, że sam sobie taką drogę wybrałem, gdybym potem doszedł do wniosku, że jeśli się nie nadaję, to mogę wystąpić, ale to Bóg mnie powołał, a ja spełniam tylko rolę służebnicy Pańskiej, wypełniam to, czego Pan Bóg ode mnie chce.

To są dzieje łaski, tak mi się wydaje. Nie da się tego do końca wytłumaczyć. Nie było wtedy żadnych konkretnych korzyści z takiej decyzji, wyglądało na to, że Kościół może być przez komunistów prześladowany.

Zaufałem drodze — takiej, na jakiej mnie Pan Bóg postawił. Sam się na niej nie postawiłem.

W każdym razie w marcu 1945 roku wstąpiłem do warszawskiego seminarium duchownego.


W SEMINARIUM

      Matko Karmelitańska z Warszawy
w kościele z herbem Radziwiłłów
pod trzema trąbami
módl się za klerykami

                              (z Polskiej litanii)

Gdy wstąpiłem do seminarium, to było tam chyba tylko ośmiu kleryków — w całym seminarium. Akurat wtedy nikt nie wstępował, bo wszystko się waliło. Byłem tam w domowych warunkach, uczyłem się jak na kompletach. To było i dobre, i złe.

Klasztor Karmelitów Bosych na Krakowskim Przedmieściu, gdzie mieściło się seminarium, był zburzony w czasie wojny. [… S. K.].

W mojej klasie było nas w sumie pięciu uczniów, mieszkających w nie najlepszych warunkach. Miałem wspaniałych profesorów i kolegów. Kolegów było niewielu, bo wtedy mało kto myślał o studiach teologicznych. Odstraszał komunizm. [… — S. K.]. Dziwiono się, że ktoś chce być księdzem. Tymczasem mnie właśnie to się podobało. To, że Kościół był słaby, zagrożony, bez żadnego triumfalizmu [sic! — S. K.]. Ten Kościół był mi bardzo bliski. Nie myślałem o perspektywach, o mojej przyszłości. Gdybym o tym myślał, tobym [j. w.] się rozmyślił.

Wpływ na moje trwanie i dojrzewanie do kapłaństwa mieli ludzie, których spotkałem na seminaryjnej drodze. Myślę tu o księdzu rektorze — Julianie Chrościckim, o ojcu duchownym — Pawle Dembińskim, misjonarzu ze znanego Zgromadzenia Księży Misjonarzy, i o księdzu prefekcie Bogdanie Jankowski [… — S. K.].

Ksiądz Julian Chrościckim od pierwszego wejrzenia robił wrażenie świętego. Zaraz po wojnie, u początków nowej władzy, powrócił z więzienia. Szczuto go tam psami, miał jeszcze świeże rany na ciele. Ten święty człowiek przyjął mnie do seminarium bez żadnych poręczeń, chociaż były wymagane. Nie miałem ich i trudno byłoby mi je zdobyć. Mój prefekt umarł w czasie wojny, rodzina się rozproszyła. Wspominam księdza Chrościckiego z wielką wdzięcznością.

Niezwykłym dla mnie człowiekiem był ojciec Paweł Dembński. Sam jego wygląd był przejmujący. Oddziaływał swoją osobowością i niezwykła powagą kapłańską — mądry, prosty, dobry bez goryczy, surowy i pobłażliwy, natchniony i najbliższy. Był ojcem, do którego się powraca, który pozostaje w pamięci. [… — S. K.].

Byłem jeszcze w seminarium duchownym, gdy pewnego razu odwiedził mnie mój przyjaciel z „Kuźni Młodych”, Wojciech Żukrowski. W czasie wojny pracował razem z Karolem Wojtyłą w kamieniołomach. Teraz przyjechał już z księdzem Wojtyłą do Warszawy i przyszli do mnie. Byłem wówczas świadkiem Mszy świętej, którą ksiądz Karol Wojtyłą odprawił w kaplicy. [… — S. K.].

*

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 43.33