Gabinet Djagnosty
Zegar szafkowy odmierzał sekundy ciężkim, metalicznym pogłosem. Tik. Tak. Pauza. Potem znów: tik. Tak.
Powietrze śmierdziało karbolem, woskiem do podłóg i starym tytoniem. Zapach wisiał nieruchomo, jakby ktoś zamknął go w pokoju razem z pacjentem.
Mężczyzna otworzył oczy. Najpierw zobaczył sufit: brudnoszary, popękany, z plamą wilgoci nad samą lampą. Potem poczuł żelazną ramę łóżka pod plecami. Nie było kabiny ciężarówki. Nie było białego rozbłysku. Nie było huku.
Spróbował poruszyć ręką. Skóra odpowiedziała natychmiastowym bólem. Grube pasy unieruchamiały nadgarstki, klatkę piersiową i kostki, dociskając ciało do ramy z pedantyczną, niemal chirurgiczną precyzją. Przez kilka sekund patrzył w sufit i oddychał równo. Potem napiął palce. Pasy odpowiedziały skrzypnięciem skóry i chłodem mosiężnych sprzączek. Tomasz przekręcił nadgarstek o milimetr, sprawdził opór, po czym uśmiechnął się krzywo.
— Mózg to jednak potężna maszyna… — mruknął. — Opór pasów. Zapach. Szorstkość materaca. Nawet ból ma właściwą amplitudę. Bardzo dobra symulacja.
Mężczyzna siedzący przy masywnym biurku z czarnego dębu przestał pisać. Odłożył wieczne pióro, najpierw strzepując atrament do kałamarza. Miał wełniany tużurek zapięty pod szyję i sztywny, celuloidowy kołnierzyk. Przez druciane binokle obserwował pacjenta chłodem człowieka, który dawno przestał mylić cierpienie z tajemnicą.
— Widzę, iż powróciła panu świadomość — powiedział suchym, żwirowym głosem. — Czy ataki melancholii i letargu ustąpiły na tyle, byśmy mogli podjąć rozmowę?
Tomasz rozluźnił mięśnie i pozwolił ciału opaść na materac. Przekręcił głowę w stronę lekarza. W jego oczach nie było paniki. Była ciekawość człowieka, który ogląda działający mechanizm.
— Znowu ten sam sen. Tylko rozdzielczość lepsza. — Poruszył brodą w stronę lampy spirytusowej. — Ogień w szkle, skóra na nadgarstkach, pański kołnierzyk udający narzędzie tortur epoki. Naprawdę niezła robota, doktorze Projekcja.
Lekarz złączył dłonie opuszkami palców. — Zapewniam pana, jako ordynator tego zakładu, iż znajdujemy się w twardej jawie. Cierpi pan na fugę dysocjacyjną spotęgowaną neurastenią. Pański umysł, nie mogąc znieść rzeczywistości, ucieka w konstrukcję obronną.
Tomasz parsknął śmiechem, na ile pozwolił mu pas na piersi. — Konstrukcję? Panie doktorze, ja zaraz usłyszę budzik, wstanę i pójdę do roboty. Tam jest moja rzeczywistość. Piastowska, blok cztery. Wczoraj naprawiałem kran, bo uszczelka puściła. Rano biorę termos z kawą i jadę na bazę. To tutaj jest wygaszacz ekranu. Ładny, przyznaję. Ale nadal tylko wygaszacz.
Lekarz nie odpowiedział od razu. Atrament kapał z końcówki pióra na papier. Jedna czarna kropla rozlała się w nierówną plamę. Tomasz nawet nie próbował się wyrwać. Patrzył na lekarza spokojnie, jak człowiek, który wie, że za chwilę obudzi się w innym pokoju. Lekarz przesunął palcem po krawędzi notesu. Na jego twarzy po raz pierwszy pojawiło się coś więcej niż zawodowa cierpliwość.
— Piastowska… blok cztery… — powtórzył lekarz. Stalówka zaskrobała po papierze. — Brom, izolacja, zimne okłady. Wszystko odbija się od pańskiej konstrukcji jak od szkła. Pański umysł nie tyle choruje, ile wykonuje obejście.
Lekarz wstał, obszedł łóżko i podszedł do okna. Za ciężką kotarą deszcz rozmazywał brukowaną ulicę.
— Sam nie znajdę klucza do tej aberracji — powiedział, nie odwracając głowy. — Jest jednak człowiek od przypadków beznadziejnych. Od umysłów zatrzaśniętych poza znaną neurologią. W cechu nazywają go szarlatanem i brutalem. Ja nazwałbym go koniecznością.
Tomasz przymknął oczy. — Jasne. Sprowadzajcie kogo chcecie. W moim własnym śnie mogę gadać i z papieżem. Jak się nazywa ten wasz magik?
Lekarz odwrócił się. W świetle lampy jego twarz wyglądała jak wykuta z mokrego kamienia. — W środowisku medycznym zowią go Djagnostą. I zapewniam pana, panie Różycki, kiedy zacznie rozbierać pańskie rojenia na części, pożałuje pan, że nie obudził się, póki jeszcze mógł.
Drzwi zamknęły się z głuchym trzaskiem. Szyba w kredensie z narzędziami drżała jeszcze przez chwilę.
Tomasz oparł potylicę o materac. Słuchał zegara, deszczu i własnego oddechu. Mijały minuty. Pokój nie znikał. Potem układ zgubił synchronizację.
Najpierw zmieniło się światło. Płomień lampy spirytusowej przygasł, rozbłysnął i znów przygasł. Nie drżał jak ogień na przeciągu. Pulsował równo, krótkimi seriami. Tomasz zmarszczył brwi. Nasłuchiwał.
Z korytarza zniknęły wszystkie dźwięki. Kroki personelu, brzęk emaliowanych naczyń, dalekie zawodzenie pacjenta — urwały się w tej samej sekundzie. Potem zmienił się zapach. Karbol i zatęchłe drewno cofnęły się, niby przesunięte niewidzialnym suwakiem. Ich miejsce zajął ozon: ostry, metaliczny, znajomy. Zapach powietrza przeciętego łukiem elektrycznym.
Drzwi uchyliły się bezszelestnie.
W progu stała pielęgniarka. Fartuch miała idealnie biały, czepek ustawiony równo, dłonie przy szwach. Nie oddychała. Jej oczy tkwiły nieruchomo w jednym punkcie, a usta zastygły w połowie uprzejmego uśmiechu. Zza jej pleców dobiegł dźwięk.
To nie był stuk obcasów ani szelest lekarskiego surduta. Narastał cienki pisk wysokiej częstotliwości — dźwięk kondensatora tuż przed rozładowaniem.
Zza zastygłej pielęgniarki powoli wysunęła się dłoń. Nie była w bawełnianej rękawiczce. Czarny, izolacyjny mankiet z polimeru kończył się segmentowanymi palcami, precyzyjnymi niczym narzędzie mikrochirurga. Między nimi połyskiwała mosiężna sonda pomiarowa. Z jej złącza sypnęły się drobne, błękitne iskry, rzucając na twarz pielęgniarki zimne, cyfrowe cienie.
Tomasz poczuł, jak włosy unoszą mu się na przedramionach. Po raz pierwszy od przebudzenia rzemienie wydały mu się naprawdę ciasne.
— No dobrze — powiedział cicho. Głos zabrzmiał słabiej, niż planował. — To akurat jest nowe. Albo dalej leżę na kanapie po tej cholernej trawie, albo mózg odpalił prywatny seans — mruknął, próbując odzyskać lekkość. — Serio, muszę to odstawić.
Pielęgniarka nie drgnęła. Za nią przesunął się cień. Wąski, wysoki, nienaturalnie prosty. Najpierw Tomasz zobaczył laskę z niklowaną gałką. Potem brzeg czarnego płaszcza, mokrego od deszczu, choć w gabinecie nie było ani kropli wody. Na końcu twarz: blada, pociągła, osadzona za szkłami okularów tak grubych, że oczy za nimi wydawały się przesunięte o kilka milimetrów względem świata.
Nowo przybyły nie wszedł do pokoju. Raczej został do niego dopasowany. Przestrzeń wokół jego ramion zamigotała delikatnie, jak obraz na monitorze tracącym synchronizację. Drewniana framuga ugięła się optycznie, po czym wróciła na miejsce, urażona tym chwilowym naruszeniem geometrii.
— Tomasz Różycki — powiedział przybysz. — Trzydzieści osiem lat. Kierowca ciężarowy. Piastowska cztery, mieszkanie dwadzieścia jeden. Te dane wracają po każdej sugestii. Nie reagują na farmakologię, izolację bodźcową ani korektę kontekstu.
Tomasz przełknął ślinę. — A pan to kto? Technik od snów?
Przybysz nachylił głowę. Sonda w jego dłoni zapiszczała krócej, ostrzej. Na mosiężnej powierzchni pojawiły się znaki zbyt drobne na grawerunek i zbyt ruchliwe, by należeć do tej epoki.
— W pana śnie byłbym technikiem — odparł. — W pańskim koszmarze lekarzem. W protokole występuję jako konsultant zewnętrzny. Proszę jednak używać nazwy, którą nadali mi tutejsi. Jest krótka i wystarczająco nieprecyzyjna.
Djagnosta przekroczył próg.
W tej samej chwili zegar szafkowy przestał tykać. Wahadło zawisło po lewej stronie łuku, nie zatrzymane w mechanizmie, lecz w samym zamiarze ruchu. Tomasz patrzył na nie przez sekundę, dwie, trzy. Potem zrozumiał, że wstrzymał oddech.
— Nie jest pan wariatem — powiedział Djagnosta.
Słowa powinny przynieść ulgę. Nie przyniosły. W ustach tego człowieka brzmiały jak diagnoza gorsza od obłędu.
— Nie jest pan chory w sposób, który znam — ciągnął Djagnosta. — Pańskie nerwy odpowiadają, zanim pojawi się bodziec. Galwanometr wychyla się przed pytaniem. Skóra reaguje na zdarzenia, których jeszcze nie wygenerowano. To nie rojenie. To błąd kolejności.
Za oknem błysnęło. Nie piorun. Na ułamek sekundy zamiast brukowanej ulicy Tomasz zobaczył mokry asfalt, rozbity reflektor ciężarówki i własne dłonie zaciśnięte na kierownicy. Potem obraz zgasł, a za szybą znów spływał deszcz po czarnych parasolach przechodniów.
Djagnosta przyłożył sondę do skroni Tomasza. Metal nie dotknął skóry, ale ból przyszedł natychmiast: cienki, biały, matematycznie czysty. Tomasz szarpnął się w pasach.
— Spokojnie — powiedział Djagnosta. — To tylko pomiar. Gdybym rozpoczął zabieg, już by pan krzyczał.
Nie czekając na odpowiedź, przekręcił mosiężny pierścień na obudowie sondy. Ból wszedł od razu. Nie narastał. Wypełnił czaszkę białym ciśnieniem, jakby ktoś próbował przepchnąć przez jego synapsy zbyt wielki strumień danych.
— Skoro warstwa powierzchniowa jest uszkodzona — głos Djagnosty dobiegał jak z dna studni, rozszczepiony na kilka cyfrowych ścieżek — zejdziemy niżej. Do klastra podtrzymania tożsamości. Zobaczymy, w co ucieka pański system, kiedy nie ma już dokąd uciec.
Biel eksplodowała pod powiekami. Tykający zegar rozciągnął się w jeden pisk sprzężenia zwrotnego. Pasy na nadgarstkach pękły, ale Tomasz nie zdążył tego poczuć. Ułamek sekundy później uderzył plecami o coś twardego. Złapał powietrze z takim świstem, jakby przed chwilą wynurzył się z lodowatej wody. Zakrztusił się. W płucach nie było już zapachu karbolu ani wosku. Poczuł ostre, chemiczne uderzenie acetonu i słodką, ciężką woń damskich perfum.
— ...do cholery, Tomek! Słuchasz ty mnie w ogóle?!
Otworzył oczy. Mrugnął gwałtownie, próbując pozbyć się powidoku gabinetu lekarskiego. Nad sobą zobaczył gładki, biały sufit i rząd ledowych halogenów. Siedział na podłodze w kuchni, plecami oparty o dolną szafkę. Po lewej pracowała lodówka. Po prawej kapała kawa.
Kaśka stała przed nim boso, w poplamionych farbą dresach i za dużej czarnej koszulce. Oddychała ciężko. Pod jej stopą chrupnęła porcelana. Rozbity kubek leżał przy ścianie, a ciemna plama kawy rozlewała się po panelach.
Tomasz z przerażeniem spojrzał na swoje dłonie. Były czyste. Żadnych śladów smaru. Żadnych otarć po mosiężnych sprzączkach. Gorączkowo potarł nadgarstki — skóra była nienaruszona, puls bił równo.
— Kaśka? — wykrztusił, a jego głos brzmiał, jakby nie używał go od lat.
Dziewczyna prychnęła, odrzucając z twarzy kosmyk włosów. — O, proszę. Obudził się. Królewicz z trasy wrócił. Tłumaczę ci od pół godziny, że jeśli znowu wyjedziesz na trzy tygodnie i zostawisz mnie z tym wszystkim samą, to po powrocie zastaniesz zmienione zamki. A ty patrzysz na mnie pustym wzrokiem i osuwasz się na podłogę jak ćpun. Co ty wziąłeś po drodze na bazę?
Tomasz nie odpowiedział. Drżącą dłonią sięgnął do kieszeni dżinsów. Jego palce natrafiły na gładkie, zimne szkło i aluminium. Wyciągnął smartfona. Wcisnął przycisk z boku. Ekran rozbłysnął znajomym, ostrym światłem. Tapeta ze zdjęciem ich dwójki na jakimś wyjeździe. Godzina 18:42. Brak powiadomień. Żadnych lamp spirytusowych. Żadnych przedwojennych alienistów.
Tomasz przyłożył dłoń do lodówki. Metal był zimny. Agregat drżał pod palcami. Z wnętrza dobiegł niski szum chłodziwa. Wszystko było na miejscu. Podciągnął kolana i ukrył twarz w dłoniach, wybuchając nerwowym, urywanym śmiechem.
— Jezu… — wyszeptał, czując, jak spina mu się kark. — To był tylko sen. Chory, porypany sen. Ta zasrana trawa od chłopaków z logistyki.
Kaśka zmarszczyła brwi. Jej złość na moment ustąpiła miejsca konsternacji. Zrobiła krok do przodu, omijając rozbitą porcelanę, i kucnęła przed nim. — Tomek? Wszystko z tobą okej? Jesteś biały jak ściana.
Tomasz podniósł wzrok. Spojrzał w jej oczy — żywe, pełne emocji, tak bardzo odległe od zimnych szkieł binokli Djagnosty. Wyciągnął rękę i dotknął jej ramienia. Była ciepła. Pod palcami czuł splot bawełny. Zrobił głęboki wdech, wciągając w płuca zapach jej skóry.
— W porządku — powiedział chrapliwie, podnosząc się powoli z podłogi. — Po prostu… miałem odlot. Koszmar. Ktoś zamknął mnie w latach trzydziestych. Byliśmy my, Kilińskiego siedem…
— Co ty pieprzysz? — Kaśka pokręciła głową, ale nie odsunęła się. — Jesteś w domu. W naszym domu. Umyj twarz zimną wodą. Masz zaraz kurs.
Tomasz skinął głową. Przetarł czoło, zbierając zimny pot. Kurs. Kłótnia. Kilińskiego. Kubek rozbity o ścianę. Zwykłe, poplątane życie powoli wracało na swoje miejsce. Odwrócił się w stronę przedpokoju, by pójść do łazienki. Minął dużą, przesuwną szafę z lustrem. Kątem oka spojrzał na swoje odbicie.
Zatrzymał się w pół kroku. Krew zamarzła mu w żyłach.
Na ułamek sekundy odbicie nie nadążyło za jego ruchem. Zamiast T-shirtu i dżinsów zobaczył w szkle półmrok gabinetu oraz mężczyznę leżącego na twardym materacu. Z jego klatki piersiowej, tuż nad sercem, sterczała mosiężna sonda. Segmentowany, polimerowy kabel znikał poza kadrem.
Tomasz mrugnął. Lustro odbijało tylko korytarz, jego zbladłą twarz i nowoczesną lampę na suficie. Zza ściany w salonie nie dobiegał już szum telewizora. Zastąpiło go ciche, miarowe drapanie stalówki o chropowaty papier.
Tomasz puścił ramiona Kaśki i cofnął się o krok. Dziewczyna nie poruszyła się. Jej usta zostały otwarte w połowie wdechu. Twarz rozmyła się na krawędziach, po czym wróciła do ostrości. Na podłodze kubek zaczął cicho trzeszczeć. Skorupy podskoczyły, próbowały złożyć się w całość i znów rozsypały po panelach.
Coś w mieszkaniu przestało nadążać za własną wersją zdarzeń.
Tomasz odwrócił się w stronę przedpokoju. Z każdym uderzeniem jego serca grawitacja wydawała się słabnąć, a zapach perfum i świeżej kawy ustępował miejsca ostremu, raniącemu płuca odorowi topionej izolacji i amoniaku. Wszedł do salonu.
W salonie, dokładnie w miejscu stolika kawowego, stało dębowe biurko z gabinetu. Jego nogi przechodziły przez jasne panele podłogowe, jakby podłoga była tylko obrazem. Za blatem siedział Djagnosta. W jasnym świetle LED-owych lamp jego wełniany, przedwojenny tużurek wydawał się jeszcze bardziej obcy — był czarną plamą, która zdawała się pożerać otaczające go światło.
Pisał powoli. Pióro szurało po pergaminie z lodowatą obojętnością.
— Mówiłem panu, panie Różycki — odezwał się, nie podnosząc wzroku znad papieru. — Niższe warstwy klastra nie zatrzymają martwicy układu. Ukrywanie się w fantazmatach jedynie wydłuża procedurę.
— Wynoś się… wynoś się z mojej głowy! — warknął Tomasz, zaciskając dłonie w pięści tak mocno, że paznokcie wbiły mu się w skórę. — To jest mój dom!
Djagnosta odłożył pióro. Złożył dłonie, opierając je na dębowym blacie, i powoli podniósł wzrok. Szkła jego binokli nie odbiły ciepłego światła żarówek z salonu. Przemknął po nich głęboki, krwistoczerwony odblask awaryjnego oświetlenia.
— Dom? — Z palca Djagnosty wysunęła się mosiężna sonda. Błękitna iskra przeskoczyła między stykami. — To zrzut pamięci podręcznej. Próba załatania wyrwy biologicznym sentymentem. A ta istota…
Djagnosta skierował sondę w stronę kuchni, gdzie Kaśka wciąż tkwiła zamrożona w błędzie obwodu.
— To uszkodzony plik. Przepalony obwód boczny. Pozostałość po oficerze nawigacyjnym pańskiego statku, panie Różycki. Przystępuję do kwarantanny i izolacji sektora.
Tomasz ryknął głucho i rzucił się w stronę biurka, gotów gołymi rękami udusić tę wygenerowaną aberrację. Zanim zdążył zrobić drugi krok, Djagnosta z brutalną siłą wbił mosiężną sondę prosto w blat.
Mieszkanie pękło. Nie zniknęło łagodnie. Rozerwało się z hukiem wyrywanego kabla wysokiego napięcia. Ściany salonu rozsunęły się w bok, odsłaniając ciemną, wygiętą stal. Ciepłe światło lamp zgasło. Z sufitu posypały się drobne kryształki lodu.
Tomasz upadł na kolana. Nie dotknął paneli podłogowych. Jego dłonie uderzyły z głuchym trzaskiem o twardy, oblodzony metal ryflowanego pokładu statku. Z ust wyrwała mu się chmura gęstej pary. Klęczał w zniszczonym korytarzu serwisowym. Czerwone panele awaryjne mrugały wzdłuż ścian. Z głębi kadłuba dochodził niski ryk uciekającej atmosfery.
I wtedy w jego głowie znów odezwał się ten sam, chłodny głos, tym razem dobiegający zewsząd, będący idealnie czystym sygnałem wprost na jego rdzeniu:
— Sektor nawigacyjny wyczyszczony. Plik biologiczny „Katarzyna” trwale usunięty z bufora. Otwieranie kolejnej pętli.
Tomasz krzyknął. Wspomnienie Kaśki — jej głos, kłótnie, zapach skóry, ciepło dłoni — zaczęło odpływać. Nie jak obraz ze snu. Jak plik usuwany z nośnika. Po kawałku. Bez litości.
Dziewiąta Planeta
Dziewiąta Planeta nie świeciła. Wisiała na ekranach „Kopernika” jak fioletowo-czarna rana w tle gwiazd. Spektrometry nie potrafiły utrzymać stabilnego obrazu. Co kilka sekund glob rozmywał się, puchł, zapadał w siebie i wracał jako anomalia o masie dziesięciu Ziem.
Na mostku wyły alarmy. Makro-fluidyczne chłodzenie reaktora dławiło się pod naporem promieniowania; w kapilarnych przewodach ciężkie chłodziwo syczało jak rozgrzany metal zanurzony w wodzie.
W sekcji medycznej Tomasz leżał przypięty do tytanowego łóżka. Pasy przeciążeniowe wcinały mu się w kombinezon. Ciało szarpały krótkie, brutalne skurcze. Z kącika ust sączyła się piana, a miedziane elektrody na ogolonej skroni strzelały drobnymi iskrami.
— Kolejne przepięcie! — krzyknęła Anna, wbijając palce w holo-klawiaturę terminala medycznego. — Płat czołowy dochodzi do granicy termicznej!
Z korytarza wpadła Magda. Kombinezon miała przypalony na rękawie, dłonie umazane pastą termoprzewodzącą. Podpięła przenośny terminal do konsoli medycznej, zanim drzwi zdążyły się za nią zamknąć.
— Anteny kierunkowe odcięte, grodzie falowodów zamknięte, klatka Faradaya trzyma według wszystkich nudnych podręczników! — wyrzuciła z siebie Magda. — Więc czemu to cholerstwo nadal pompuje w niego dane?
— Bo to nie jest transmisja radiowa — powiedziała Anna, wskazując słupki transferu rosnące jak pożar. — Nośna przechodzi poza klasycznym pasmem. Traktuje jego układ nerwowy jak niezabezpieczony sterownik i zapisuje się bezpośrednio w strukturze białkowej.
Przy śluzie stanęła Kaśka. Nie zdjęła rękawic pilota. — Orbita leci w diabły — rzuciła. Głos miała twardy, ale spojrzenie uciekło jej do wygiętego w łuk ciała Tomasza. — Ta planeta nas ściąga. Gradient rośnie wykładniczo. Za dziesięć minut kadłub złoży się jak puszka.
— Nie odłączę go od rdzenia na ślepo! — warknęła Magda. Przygryzła wiązkę kabli, żeby zwolnić ręce, i ręcznie przełączyła przepływ prądu w łóżku medycznym. — Diagnostyka pokazuje śnieg. Cokolwiek nadaje z tej planety, próbuje rozpakować się w jego czaszce, a ja nie mam instrukcji zwrotu towaru.
Na ekranie neurologicznym zgasł cały sektor lewej półkuli. Czerwień zapadła się w martwą czerń.
— Utracony blok pamięci o dużej objętości — powiedziała Anna, ciszej niż wcześniej. — Bez śladów odzysku. On robi miejsce. Kasuje mu życie sektor po sektorze.
Tomasz nagle znieruchomiał. Otworzył oczy. Źrenice rozszerzyły się do granic, a z gardła wydobył się cienki, nieludzki ton — pisk kondensatora tuż przed rozładowaniem.
— Magda, teraz! — ryknęła Kaśka z mostka. Poszycie jęczało pod wpływem pola Dziewiątej Planety. — Wbij mu fazę odwrotną i odeślij to świństwo tam, skąd przyszło!
Magda dopadła konsoli. Palce ślizgały się po szklanym panelu, wywołując kaskadę czerwonych błędów. — Otwieram obwód! Sprzęgam łóżko diagnostyczne z głównym kondensatorem napędu. Jeśli trafię w fazę odwrotną, zerwę synchronizację. Jeśli nie, usmażę instalator i pół naszego złomu!
Anna śledziła odczyty z mózgu Tomasza. Na mapie neurologicznej gasły kolejne obszary lewej półkuli. Piksel po pikselu. Wspomnienie po wspomnieniu.
— Przeładowanie płata czołowego: dziewięćdziesiąt procent! — krzyk Anny przeciął wycie alarmów.
Tomasz wygiął się na łóżku tak mocno, że pasy zatrzeszczały. Spod elektrod buchnęła cienka smuga siwego dymu. Kaśka uderzyła dłonią w konsolę nawigacyjną. Za szybą mostka hologram Planety X urósł, aż wypełnił cały ekran: mroczna, wirująca masa bez horyzontu.
— Osiemdziesiąt sekund do krytycznego gradientu! — krzyknęła Kaśka. — Grodzie puszczają! Magda, strzelaj, bo stracimy jego i statek!
— Odpalam sprzężenie zwrotne! — Magda chwyciła ciężki, mechaniczny hebel awaryjny obwodu medycznego. Nie było czasu na cyfrową kalibrację. Została brutalna inżynieria: analogowy impuls przeciwko technologii starszej niż ich nauka. — Kaśka, odwróć ciąg na reaktorze. Potrzebuję rezerwy mocy z makro-fluidyki!
— Masz ją! — Pilotka zerwała plomby z głównej przepustnicy.
Pokładem szarpnęło. Elektromagnesy wyssały energię z reaktora i pchnęły ją przez zbrojone przewody prosto do łóżka medycznego.
Magda opuściła hebel.
Biały łuk przeciął sekcję medyczną. Tomasz wrzasnął. W jego krzyku ludzki ból zmieszał się z cyfrowym piskiem przesterowanej maszyny. Monitory sypnęły iskrami. Ekrany zalała absolutna biel, a w powietrzu rozszedł się gęsty odór palonego plastiku, ozonu i mięsa. Z przewodów chłodzenia buchnęła para. Reaktor jęknął głucho, dławiąc się nagłym spadkiem napięcia.
Magda wisiała na heblu, opierając na nim cały ciężar ciała. Oddychała krótko. Przez rękawice czuła ciepło rozgrzanej dźwigni. Otworzyła oczy szerzej. Nie była w jasnej hali szkoleniowej. Stała w dymiącej sekcji medycznej „Kopernika”, podczas gdy Dziewiąta Planeta rozrywała ich orbitę.
Szarpnęła wajchę w górę. Obwód pękł. Tomasz opadł na łóżko jak ciało pozbawione sterowania.
W tej samej chwili, głęboko w uszkodzonej przestrzeni jego umysłu, coś eksplodowało. Przedwojenny gabinet nie rozpłynął się. Został rozerwany od środka. Dźwięk przekraczał możliwości słuchu — fala uderzeniowa z czystego szumu statycznego. Dębowe biurko, za którym siedział Djagnosta, pękło na pół jak trafione piorunem. Welurowe kotary zajęły się błękitnym ogniem wysokiego napięcia.
Tomasz klęczał na podłodze, łapiąc powietrze. Ból rozsadzał mu czaszkę, ale ucisk obcego kodu zelżał. Przypomniał sobie statek. Lot. Imiona załogi.
Podniósł wzrok.
Djagnosta stał w kącie płonącego gabinetu. Tużurek dymił. Jedno szkło binokli pękło w pajęczynę, ale on nadal patrzył na Tomasza z tą samą martwą precyzją. Na ułamek sekundy sylwetka Djagnosty rozpadła się na fraktale i ciągi cyfr. Potem z trudem wróciła do postaci chłodnego ordynatora.
— Skrajnie nieefektywna metoda… — powiedział głosem pełnym trzasków. — Zewnętrzny impuls energetyczny. Prymitywna architektura. Błędna kalibracja.
Poprawił pęknięte binokle palcem w polimerowym mankiecie. Z wnętrza dłoni wysunęła się mosiężna sonda, teraz iskrząca dziko i nieregularnie.
— Sądzicie, że spalicie algorytm stary jak światło galaktyki prostą wibracją elektronów? — Djagnosta zrobił krok. Podłoga zamarzła pod jego butem. — Obejście analogowe jedynie opóźniło wykonanie. Przechodzę w tryb formatowania siłowego.
Z oczu Tomasza, podrażnionych dymem i przeciążeniem, popłynęła cienka strużka krwi. Gabinet zaczął składać się do wewnątrz jak miażdżone pudełko. Zimno zgęstniało. Każdy oddech ciął gardło jak szkło. Tomasz zrozumiał, że Magda kupiła mu najwyżej kilkanaście sekund.
Mostek „Kopernika”. Czas krytyczny
— Anna! Co z nim?! — Kaśka zaparła buty o podstawę fotela pilota. Wolant drżał jej w rękach jak żywe zwierzę. — Ten impuls coś dał, czy tylko go usmażyłyśmy?
Anna oderwała wzrok od twarzy Tomasza. Krew z nosa spływała mu po policzku i wsiąkała w kołnierz kombinezonu. Na monitorach diagnostycznych wykresy tętna, temperatury kory i aktywności synaptycznej nakładały się na siebie w czerwony chaos.
— Nie wiem! — krzyknęła, przekrzykując ryk reaktora. — Nie odzyskał świadomości. Impuls tylko zepchnął ten kod głębiej. Walczy z czymś w samym rdzeniu tożsamości.
Magda uklękła przy łóżku medycznym i zatrzasnęła złącze awaryjne na wiązce elektrod. Z portu diagnostycznego wyskoczyły iskry. Ekran jej przenośnego terminala rozbłysnął serią ostrzeżeń.
— Zrzucam logi nerwowe Tomka na główny rdzeń bio-kubitowy! — wyrzuciła z siebie. — Dość zgadywania. Chcę zobaczyć, co ten algorytm próbuje mu wgrać.
Ekrany na mostku zamigotały. Z mózgu Tomasza popłynęły kaskady danych: obrazy, odruchy, błędne ścieżki pamięci, fragmenty obcego kodu. Anna patrzyła, jak warstwy nakładały się na siebie, a jej twarz powoli traci kolor.
— Oszukali nas… — powiedziała cicho.
Magda podniosła głowę znad terminala. — Co?