E-book
31.5
drukowana A5
51.26
Demony, które zabiłem, gdy byłem guślarzem

Bezpłatny fragment - Demony, które zabiłem, gdy byłem guślarzem


Objętość:
272 str.
ISBN:
978-83-8467-092-7
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 51.26

Paperboy

Demony, które zabiłem, gdy byłem Guślarzem

Ten pamiętnik to mój ostatni gest dobrej woli,

Obyś nigdy nie poszedł w moje ślady. Dz. I.

Część Pierwsza
Łauma

1

— Ja pierdolę… — wydusiłem z siebie, kiedy ta dziwka wyrzuciła mnie przez okno.

Wylądowałem ciężko na plecach, a upadek pozbawił mnie powietrza z płuc, mimo że okno znajdowało się zaledwie na parterze. Oczy zaszły mi mgłą, a w uszach zadzwoniło tak paskudnie, jakby ktoś przyłożył mi do głowy trąbkę i dmuchnął z całej siły. Wokół mnie leżały kawałki szkła, które przed sekundą rozbiłem własnym łbem. Po tym samym twardym łbie pociekły mi ciepłe strużki krwi.

Szkło rozcięło mi skórę. — pomyślałem. — Muszę szybko zatamować krwotok. A przynajmniej chciałbym napisać, że to właśnie te myśli pojawiły się wtedy w mojej głowie, jednak doskonale pamiętam, że było to zgoła coś innego.

Ukatrupię cię, jak Boga kocham, jesteś już trupem. — było to mniej więcej coś takiego. Zdaję sobie sprawę, że tak siarczysta wiązanka na dzień dobry może nieco zaskakiwać, tak się jednak składa, że mam to głęboko w dupie. Gdy żyjesz z zabijania demonów, nie masz czasu przejmować się tego typu głupim pierdoleniem. Kiedy każdy dzień, w którym idziesz na robotę, może być twoim ostatnim, masz dużo więcej ważniejszych rzeczy na głowie. Ja na przykład musiałem się wtedy zająć jakimś półżywym frajerem i porońcem, którego ten debil sprowadził na ten świat. Mało co bardziej działa mi na nerwy niż amator, który zabiera się za robotę, o której nie ma pojęcia.

Wstałem powoli, otrzepując się z ziemi i odłamków szkła. Tamta noc była wyjątkowo ciemna, pamiętam to jak dziś. Nie widziałem nic, co działo się w salonie za wybitą szybą, tam, gdzie przed sekundą stanąłem do boju z demonem. Splunąłem na ziemię i otarłem krew z czoła. Przez to samo okno wskoczyłem do środka, cały czas trzymając w ręce moją łopatę. Przez lata praktyki w zawodzie nauczyłem się, że gdy podczas walki wypuścisz swoją broń, to raczej jesteś już trupem.

To może Ci się wydać dziwne. Po co do licha ciężkiego miałem mieć w rękach łopatę i czemu nazwałem ją swoją bronią? Podczas walki z demonami jako broń białą chyba lepiej wykorzystać siekierę, maczetę albo chociaż długi nóż. Ale łopata?

Cóż, odpowiedź na to pytanie jest banalnie prosta.

Po pierwsze, moja łopata znacząco różni się od tych zwykłych łopat używanych na co dzień w ogródkach czy na budowach. Została wykonana na specjalnie zlecenie przez rzemieślnika, do którego niewielu ma dostęp, tak aby jej głownia z każdej strony była ostra jak brzytwa. Jej ciężar w połączeniu z siłą moich ramion potrafił rozpłatać czaszki nawet tych najwytrzymalszych diabłów.

Po drugie, łopatą mogłem przywalić tak, aby uderzony nie doznał poważnych obrażeń, a jedynie stracił przytomność. Bądź co bądź ta opcja też nierzadko mi się przydawała, chociaż zdecydowanie częściej w styczności z ludźmi niż z jakimiś kutasami z piekła rodem, z którymi zazwyczaj się użerałem. Zdziwiłbyś się, jak często w mojej pracy musiałem sięgnąć po łopatę właśnie w celu uśpienia jakiegoś zawadzającego mi w pracy cwaniaczka.

Po trzecie i chyba najważniejsze — gdy zabijałem łopatą, od razu potem mogłem zakopać ciało. Nieważne, kogo właśnie posłałem do piachu, pozbycie się zwłok była nierozłączną częścią mojej roboty, a tym sposobem miałem jedną rzecz mniej do taszczenia.

Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Takiego burdelu nie widziałem jeszcze nigdy, a byłem już w naprawdę wielu paskudnych miejscach. Popularna w tamtych czasach meblościanka była cała rozwalona, jej kawałki walały się po całej podłodze. Stary telewizor miał wybity ekran kawałkiem krzesła, a stół zdążył wylecieć stamtąd jeszcze przede mną, tyle że przez inne okno. Na ziemi walało się tyle drewna, szkła czy porcelany, że każdy mój krok wydawał głośne chrupnięcia.

Schowałem za pas swoją łopatę i wyjąłem strzelbę. Była to stara broń, samopowtarzalna z drewnianą kolbą i czółenkiem oraz magazynkiem na cztery naboje. Pomimo swojego wieku i wyraźnych śladów użytkowania była w wyśmienitym stanie i służyła mi wierniej od psa. Gdy ją przeładowałem, na ziemię upadła pusta łuska. Postawiłem pierwszy ostrożny krok, później następny. W miarę przesuwania się w stronę korytarza, ciemność przede mną ujawniała kolejne tajemnice tamtego przeklętego domu. Ślady po pazurach na tandetnej tapecie pokrywającej ściany, pozbijane dekoracje czy zniszczone meble. I co najważniejsze — ślady krwi. Wtedy już zdawałem sobie sprawę z tego, co się tam wydarzyło, wiedziałem zatem, że krew doprowadzi mnie prosto do potwora. A szło to mniej więcej tak:

Wezwanie na akcje dostałem listownie. Wieczorem, w mojej skrzynce na listy znalazłem pogniecioną, cienką kopertę ze znaczkiem naklejonym tak niechlujnie, że do głowy przyszły mi wtedy dwie opcje — albo nadawcą był jakiś niewyrośnięty szczyl z okolicy robiący mi numer, albo zwyczajnie zalany w trupa menel pomylił adresy. Otworzyłem ją zębami i ssąc własnej roboty miętowego cukierka zacząłem czytać. Data wysyłki pokazywała poprzedni wieczór, ledwie kilkanaście godzin wcześniej. Ktokolwiek próbował się ze mną skontaktować, zadbał o to, żebym jak najprędzej dostał jego wiadomość. Znaczy, że była ona najwyższej wagi.

Treść była bardzo chaotyczna, a słowa napisane tak szybko, że wyglądały gorzej od koperty, w której do mnie przybyły. Mimo to nie miałem problemu z rozszyfrowaniem, o co chodziło, w końcu sam pisałem jak kura pazurem. Opisana historia może i była doprawdy tragiczna, za to nie mogłem powiedzieć, że jakoś specjalnie oryginalna. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Pisał do mnie anonimowy żonaty mężczyzna, który bez żadnego wstępu przeszedł do rzeczy. On i jego żona dopiero co mieli dziecko w drodze. Pora porodu przyszła szybko, a wtedy ona zdecydowała się rodzić w domu. Nie wiem czemu, może tradycjonalistka, w sumie nie bardzo mnie to obchodziło. W każdym razie coś poszło nie tak i dziecko mimo interwencji lekarza zmarło. Rodzice pochowali je skromnie, na brzegu pobliskiego lasku, bez żadnych gości, za to z księdzem i odpowiednimi honorami. Żałoba dotknęła ich do głębi, ale najgorsze miało dopiero przyjść.

Strata dziecka odbiła się na niedoszłej matce wyjątkowo źle, nawet jak na tragedię podobnego charakteru. Z rozpaczy postradała zmysły, przestała jeść, pić, spać czy w ogóle się odzywać. Załamany mąż wiedział, że jak szybko czegoś nie zrobi, to zaraz będzie musiał wykopywać drugi dół. Wpadł zatem na, jego zdaniem jedyne, a moim najgłupsze, rozwiązanie i poszedł do lokalnej wróżki i znachorki w jednym. Ta miała dać mu amulet przesiąknięty potężnym zaklęciem będącym w stanie przywrócić dziecko do życia. Miał podrzucić go dziecku do trumienki i po trzech dniach wrócić na miejsce pochówku, żeby odkopać z powrotem żywego bachora. Wierząc, że tym sposobem odzyska utraconą rodzinę, zgodził się, nie zastanawiając się za bardzo nad sensem własnych działań.

Wziął amulet i pod osłoną nocy rozkopał świeży grób. Złożył go na piersi niemowlaka, całość zakopał i wrócił do domu. Potem sprawy potoczyły się błyskawicznie.

Już następnego dnia rano facet poszedł przyszykować się do pracy, kiedy na środku jego salonu zauważył ogromne ślady krwi i śluzu prowadzące do łazienki. Wyglądało to podobno, jakby przez środek jego chałupy przeszedł wielki, czerwony ślimak. Ślad był świeży. Cokolwiek go zostawiło, weszło do środka przez tylne drzwi prowadzące do ogrodu. Przerażony i przekonany, że wlazł mu do domu jakiś okropnie ranny zwierz, wszedł powoli do łazienki. Gdy przekonał się, co naprawdę tam było, zapewne pożałował, że jednak nie była to świeża padlina.

Na środku pomieszczenia, tyłem do niego stała jego żona. Nuciła pod nosem piosenkę dla dzieci i kołysała się lekko w jej rytm. Mimo że była obrócona tyłem, było widać, że coś jest z nią nie tak. Krwawy ślad prowadził prosto do niej i urywał się tuż pod jej stopami. Piżama, w której zasnęła i którą miała wtedy na sobie, przybrała ohydnego odcienia szkarłatnej czerwieni. Gdy kołysząc się w rytm melodii wreszcie stanęła przodem do niego, jego nogi ugięły się, a w oczach mu pociemniało.

Jego żona trzymała w rękach niemowlaka, tego samego, którego razem pochowali. To była ich zmarła przy porodzie córka, przestała ona jednak przypominać ludzkie dziecko. Teraz stała się zdeformowana, o niezdrowym, fioletowawym kolorze i wybałuszonych, czarnych oczach. Cała pokryta świeżą krwią, bardziej przypominała demona niż człowieka.

Postawiony na nogi panicznym strachem o małżonkę, wyrwał jej dziecko i chciał wyrzucić je przez okno na zewnątrz. Widocznie to w tym domu częsty sposób radzenia sobie z problemami — wyjebać przez okno. Nie zamierzałem go jednak oceniać, w końcu sam nie wiedziałem, co zrobiłbym na jego miejscu. To zbyt nierealny scenariusz, aby ktokolwiek się na niego zawczasu przygotowywał. Wtedy już do reszty niespełna rozumu kobieta dogoniła go, wyrwała mu z rąk tę szkaradę, po czym zamknęła się z nią w piwnicy, aby ojciec tyran nie odebrał jej cudownie uratowanego przez Boga dziecka. Mężczyzna walił w drzwi z całej siły, jednak te trzymały mocno. Wszystkie narzędzia, które mogłyby mu pomóc pokonać blokadę, jak na złość zamknięte były właśnie w tym pomieszczeniu, do którego próbował się dostać.

W końcu, gdy zza drzwi zaczęły dochodzić koszmarne i budzące dreszcze dźwięki, mężczyzna zdecydował się poprosić sąsiada o pomoc. Za jego radą, na chwilę przed wspólną próbą sforsowania drzwi do piwnicy, napisał do mnie tamten list, na wypadek, gdyby coś poszło nie tak. I jak już wiesz, właśnie tak się wydarzyło.

Akurat byłem wolny, więc od razu wskoczyłem na motor i pojechałem na miejsce. Gdy tam dotarłem, zastany przeze mnie widok tylko upewnił mnie w przekonaniu, że jasny chuj trafił lekkomyślny plan mojego zleceniodawcy. Jego samotna chatka mieściła się pośrodku niczego, w małej wsi nieopodal niedużego lasu. Najbliższy dom był tak daleko, że palące się w nim światła były ledwo widoczne nawet w absolutnych ciemnościach, które tam wówczas panowały. Może to i lepiej, bo nikomu nie życzę ujrzeć takiego widoku.

W progu drzwi frontowych leżało ciało. To był wspomniany w liście sąsiad. Zgadywałem, że był właścicielem domu, o którym przed sekundą pisałem. Już z daleka widziałem, że został okrutnie zmasakrowany. Leżał na brzuchu, przodem do wyjścia, z szeroko otwartymi oczyma, w których ciągle odbijało się absolutne przerażenie. Miał głęboką ranę na całych plecach, która rozdarła mu skórę i mięśnie tak mocno, że mogłem zobaczyć biało-beżowy odcień jego kręgosłupa. Cokolwiek wstąpiło w ciało tamtego gówniarza, znacząco wzrosło na sile w ciągu tych ostatnich kilkunastu godzin. Znaczy, że znalazło źródło pożywienia.

Powoli wszedłem do środka i dokładnie przeczesałem dom. Ojca „dziecka” i zarazem mojego zleceniodawcę znalazłem w jednym z pokoi na górze, gdzie zabarykadował się przed demonem. Obficie krwawił z lewego barku, na którym brakowało sporego kawałka mięsa. Poza tym można powiedzieć, że nie było z nim najgorzej, w końcu nie był jeszcze martwy.

Tak jak mógł zabezpieczył swoją ranę przed utratą krwi, jednak mimo wszystko z jej utraty ciągle tracił i na nowo odzyskiwał przytomność. Gdy nieco go docuciłem solami trzeźwiącymi, wydukał mi, że siedział tam prawie całą dobę. Z sąsiadem mieli otworzyć piwnicę poprzedniej nocy. Z przerażeniem w oczach opowiedział, z imponującą ilością szczegółów, co tam zobaczyli. Chwilę potem znowu stracił przytomność. Na szczęście ja nie potrzebowałem już od niego niczego więcej.

Z listu już wcześniej sam domyślałem się, z czym będę musiał stanąć do walki. Gdy dodałem do tego dopiero co przedstawiony mi opis, skurwysyn nie najgorzej pasował do pewnego dobrze znanego mi rodzaju demona. Słynął on z imponującej mocy, na szczęście sztuka wciąż była bardzo młoda. Znaczy odesłanie jej z powrotem do jej rogatego pana powinno być znacząco ułatwione.

Pobłogosławiłem pokój, w którym znajdował się mężczyzna, a następnie z wodą święconą w ręce ponownie obszedłem cały dom, również go święcąc. Tym sposobem chciałem odciąć złemu duchowi wyjście z domu, niszcząc jakiekolwiek plany ucieczki mogące zrodzić się w jego niedorozwiniętej łepetynie. Demon musiał to wyczuć, bo zaatakował mnie, jak święciłem salon. Ledwo zdążyłem wystrzelić, chybiając potwornie swoją drogą, a w następnej sekundzie znalazłem się na trawie w ogrodzie, cały pokryty stłuczonym szkłem.

Tak oto wracamy do momentu rozpoczęcia mojej historii.

Ruszyłem korytarzem. Pod nosem odmawiałem cicho wyuczony na pamięć psalm dziewięćdziesiąty pierwszy, znany ze swojej skuteczności w obronie przed złem. Tym razem od razu skierowałem się w stronę konkretnego pomieszczenia. Ostatniego, którego nie zdążyłem jeszcze pobłogosławić, czyli jedynego, w którym mógł komfortowo przebywać zły duch.

2

Stojąc nad wejściem do piwnicy widziałem tylko stare drewniane schody prowadzące w dół i nieprzeniknioną ciemność, w którą się zagłębiały. Już tam, gdzie stałem, czuć było ulatniający się z dołu przesadnie słodki odór świeżych zwłok. Gdy tylko rozpoznałem znajomy zapach, poczułem to charakterystyczne uczucie w rękach i zalewającą mnie falę gorąca. Wziąłem głęboki wdech, żeby opanować niespokojne serce. Nie mam na to czasu. — pomyślałem.

Wyjąłem z kieszeni płaszcza starą zapalniczkę. Dostałem ją po dziadku, jeszcze za dzieciaka. Stara to była sztuka, jeszcze z samego początku dwudziestego wieku. Cała srebrna, z wygrawerowaną na jednej stronie literką „K.M”. Otworzyłem klapkę kciukiem. Odskoczyła do tyłu z metalicznym kliknięciem. Pociągnąłem kółkiem, które dopiero za trzecim razem chwyciło nieśmiały płomień.

— Resistite diabolo, et fugiet a vobis. — wyszeptałem, po czym zszedłem na dół.

Każdy stopień skrzypiał paskudnie, a w całkowicie otaczającej mnie ciszy dźwięk ten roznosił się jeszcze bardziej. Czujny jak ważka i napięty do granic możliwości, stanąłem na betonowej podłodze. Piwnica była zaskakująco duża, z wieloma półkami pełnymi słojów z dżemami czy zaprawami i ogólnie pojętymi górami gówna i syfu. Wszędzie były stare meble, zbutwiałe kartony, całe kolumny ułożone z nigdy nieczytanych książek. I znowu ślady krwi.

Poszedłem nimi, nawiedzany przy okazji unoszącą się w powietrzu ohydną słodyczą martwego ciała. Ważąc każdy krok i wytężając wszystkie zmysły, powoli przesuwałem się do przodu. Od tamtego momentu byłem na terytorium demona, w każdej chwili więc mogłem spodziewać się ataku. W skromnym świetle zapalniczki zobaczyłem leżące na posadzce porwane kobiece ubrania. Ich przesiąknięte szkarłatem strzępy przykleiły się do zimnego betonu jak mokry papier toaletowy. Zatrzymałem się, gdy światło mojej zapalniczki ukazało mi kobiecą stopę. Leżała luźno, wolna od reszty nogi. W jakim stanie znajdowała się reszta jej ciała, tego postanowiłem już nie sprawdzać. Nie po to tam zszedłem.

Czując narastającą złość, zacisnąłem ręce, tak mocno, że całe mi posiniały. Wróciłem na idący dalej krwawy szlak nie myśląc, już o niczym prócz zemsty. Prowadziły one w głąb pomieszczenia, aż do ogromnej kupy „mogących się kiedyś przydać rzeczy”, które ja najczęściej nazywam po prostu śmieciami.

Ślady zakręcały obok tej górki i kończyły się za nią. Smród śmierci nabrał na sile. Teraz doszedł do niego również odór siarki. Usłyszałem ciche rzężenie. Bingo. Zgasiłem zapalniczkę i schowałem ją do kieszeni. Teraz potrzebowałem już obu rąk. Poczekałem jeszcze kilka sekund, aż oczy na nowo przyzwyczają się do ciemności. Wziąłem kilka wdechów, żeby uspokoić ciało, i wypaliłem prosto przed siebie.

Kula z głośnym hukiem przeszła prosto przez jeden z kartonów i utknęła w czymś, co wydało z siebie porażający ryk. Góra śmieci eksplodowała i spod nich wyskoczyło coś co wyglądało jak prawie dwumetrowy fioletowy gówniarz z kawałkiem pępowiny zwisającym między tłustymi nogami, wyłupiastymi, przekrwionymi oczami i szeroką gębą pełną ostrych zębów. W dodatku cały wysamrowany był zaschniętym śluzem, prawdopodobnie tym z łona jego zmasakrowanej matki.

Spodziewałem się takiej reakcji demona, więc zdążyłem uskoczyć w bok, spokojnie unikając ataku. Szybko przeładowałem i wypaliłem drugi raz. Trafiłem dużo lepiej, w pierś, tuż obok serca. Pierwsza kula, ta wystrzelona na ślepo w górę śmierci, trafiła w ramię demona. Jednak ani jedna, ani druga nie zdołała go powstrzymać.

No, ale może pora wreszcie zdradzić, z czym dokładnie stanąłem wtedy do boju.

Porońce to niesamowicie potężne skurwysyny powstające z martwych ciał nowonarodzonych dzieci, które zostały pochowane niezgodnie z obyczajem. Ze względu na obecny w nich potencjał straconego przedwcześnie życia są jednymi z groźniejszych demonów słowiańskich. Na tych terenach ten zły duch wypracował sobie już nie lada renomę. Widziałem już dziesiątki ofiar tego gówna i trudno sobie wyobrazić bardziej bolesną śmierć. Rozerwanie na strzępy. Pożarcie żywcem. Wybebeszenie. Nawet topowi specjaliści przy pomocy najlepszego sprzętu i przemyślanego planu muszą liczyć się z imponującą mocą porońca. Łatwo skończyć jak zużyta zabawka, kiedy się zlekceważy demona tylko dlatego, że zawładnął ciałem dzieciaka.

Jednak ja nie byłem jakimś tam topowym specjalistą. Byłem głazem, o który każda demoniczna siła rozbijała sobie rogaty łeb. Chociaż przez wieloletnią aktywność w zawodzie moja krew zdążyła już nieco ostygnąć, to wciąż była to krew mojej rodziny.

Przed następnym ciosem uchyliłem się w ostatniej chwili. Do nieszczęścia wtedy brakowało tak niewiele, że przez chwilę byłem w stanie poczuć okropny smród przelatującej obok przerośniętej łapy tej bestii. Spragniony krwi demon zaryczał wściekle, a ja przeładowałem strzelbę i wystrzeliłem. Z tego pośpiechu nie trafiłem go tam, gdzie chciałem. Kula nie ugodziła w łeb tylko w lewy policzek, gruchocząc jej twarz, ale nie zabijając na miejscu. Przekląłem głośno. Na moje nieszczęście była to ostatnia kula w magazynku.

Chwyciłem za rozgrzaną lufę strzelby i przywaliłem bestii z całej siły. Trafiłem w szczękę. Od razu wyrzuciłem broń i sięgnąłem po łopatę. Potwór splunął krwią, ale poza tym cios zdawał się go jedynie rozjuszyć. Poroniec rzucił się na mnie, brutalnie powalając na ziemię. Już chciał odgryźć mi czerep, kiedy wepchnąłem mu do pyska koniec mojej łopaty. Zaryczał wściekle, a po rączce mojej broni poleciała cuchnąca krew. Zęby demona zacisnęły się wokół trzonka, pochłaniając całą głownię i próbując ją odgryźć. Nie wiedział jednak, że to nie była byle łopata. Jej nie dało się tak po prostu złamać.

Naparł na mnie całym ciałem, próbując dosięgnąć mnie swoim paskudnym łbem. Gdy poczułem, że już nie dam rady jej przytrzymać, przechyliłem rączkę łopaty delikatnie w lewo i puściłem ją, tak że opadła na ziemię tuż pod moją pachą. Wciąż trzymała się pionowo z tym, że teraz betonowa, zimna podłoga piwnicy odwalała za mnie całą robotę.

Szybko sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni płaszcza, wyciągając z niego coś co miało pomóc mi ostatecznie rozliczyć się z tą pokraką. Mój płaszcz nie był mi tylko okryciem. Długi, mocny i pełen kieszeni, służył mi za przenośny magazyn broni oraz wszelkiego rodzaju narzędzi do wykonywania zawodu. Wyjąłem z niego niewielki toporek i buteleczkę soli. Ten pierwszy, wykonany z najwyższej jakości stali galwanizowanej czystym srebrem, był szczególnie skuteczny względem wszelkiej maści sił nieczystych, którym broń z innego stopu sprawia dużo mniej problemów. Łopata wykonana była w ten sam sposób, dlatego napierająca na nią bestia zdawała się nieco słabnąć. Sól z kolei działa na demony jak rozżarzony węgiel, paląc je i drażniąc niesamowicie.

Srebro osłabia, sól parzy. Używanie tych dwóch to podstawa w moim fachu.

Odkorkowałem buteleczkę i sypnąłem porońcowi solą prosto w ten paskudny pysk. Nie czekając na rezultat, zamachnąłem się toporkiem jak tylko mogłem i wbiłem go w jego szyję. Gdy sól zaczęła przeżerać jego oczy i skórę na pysku, z ran zaczęła unosić się para z przeżeranego ciała. Demon wypluł moją łopatę i wydarł się tak, że aż zapiszczało mi w uszach. Zakołysał się do tyłu i zaczął wierzgać po całej piwnicy, oszalały z bólu i strachu spowodowanego nagłą ślepotą.

Wstałem powoli, podpierając się o łopatę. Wiedziałem, że już wygrałem. Poroniec oślepł, a spod sterczącego mu z szyi srebrnego toporka wylewały się strumienie krwi. Podobnie zresztą jak z dziur po kulach. Podszedłem do spluwy, którą wcześniej niedbale odrzuciłem na bok. Wyjąłem z kieszeni pudełko z amunicją i w akompaniamencie agonalnych ryków potwora uzupełniłem magazynek. Przeładowałem i strzeliłem demonowi prosto w pysk. Teraz mogłem nieco lepiej przycelować, więc pocisk trafił bezbłędnie. Wszedł przez prawy oczodół i wyszedł potylicą, lądując ostatecznie w jednej ze ścian. Tym razem z gardła szkarady wydostał się tylko cichy jęk. Z pękniętej czaszki wylał się płyn mózgowo-rdzeniowy wraz z pozostałościami po pływającym w nim organie. Nic więcej jak widmo po człowieczeństwie dziecka, które na krótką chwilę zamieszkało w tym ciele.

Poroniec padł na ziemię i znieruchomiał. Podszedłem do niego ostrożnie. Był martwy. Był tak martwy, jak to tylko możliwe, a jednak przeładowałem raz jeszcze i władowałem mu kulkę prosto w czoło, miażdżąc jego czaszkę raz jeszcze i obryzgując wszystko dookoła krwią, odłamkami czaszki i resztami mózgu. Może i nie było to już potrzebne, jednak ja nie zamierzałem ryzykować. Przeżyłem na tym świecie tak długo tylko dlatego, że zawsze dmuchałem na zimne.

Splunąłem na ziemię i poszedłem w stronę schodów.

3

Wszedłem na górę, do pokoju, w którym ukrywał się mój zleceniodawca. Zastałem go tam nieprzytomnego, ale żywego. Nawet w półmroku widziałem, jaki był blady. Wiedziałem, że potrzebuje jak najszybszej interwencji medycznej, jednak przed pogotowiem była jedna instytucja, którą musiałem zawiadomić w pierwszej kolejności. Miałem znajomego w pewnym miejscu. Prowadził sieć firm sprzątających, nic wielkiego. Głównie zlecenia obejmowały prywatne posesje lub od czasu do czasu lokalne instytucje publiczne. Ot, jeden z wielu podobnych przedsiębiorców. Jedynie niewielu wiedziało, że tak naprawdę utrzymuje się on ze zleceń zupełnie innej maści. Powiedzmy, że zdołał on znaleźć sobie dość nietypową… niszę. Oczywiście nie chwalił się tym na lewo i prawo. Zresztą, kto normalny by mu uwierzył?

Na dole znalazłem telefon. Wykręciłem numer na starej tarczy i poczekałem, aż dyspozytorka z centrali połączy mnie z kim trzeba. Po chwili usłyszałem w słuchawce jego zaspany, gniewny głos.

— Halo? — odezwał się chrypliwym głosem. — Co do cholery? Pan to nie wie, że w nocy się śpi? Jeżeli to są jakieś żarty, to…

— To co? — rzuciłem spokojnie. Mój głęboki, silny głos wypełnił mrok domu, odbijając się od ponurych ścian.

Odpowiedziała mi krótka cisza.

— To ty?… — zapytał głos, brzmiąc teraz dużo wyraźniej.

— Nie, twoja stara. — warknąłem i kaszlnąłem głośno. Unoszący się tam smród drażnił mi gardło. — Robota jest.

Usłyszałem, jak ten zrywa się na równe nogi.

— Gdzie? — zapytał pośpiesznie.

Podałem mu adres i grzecznie powiedziałem, żeby się pośpieszył. Obiecał, że będzie najszybciej, jak się da, i rozłączył się. Odłożyłem słuchawkę i poszedłem na górę. Zniosłem nieprzytomnego mężczyznę na dół i, przechodząc ostrożnie nad trupem jego sąsiada, wyszedłem na zewnątrz. Odszedłem kilka metrów i położyłem go ostrożnie na trawie przed domem. Był środek lata, więc nie musiałem się martwić, że zmarznie. Najważniejsze, aby ratownicy w trakcie udzielania mu pomocy nie szwendali się po domu.

Rozerwałem jego koszulę, całą sztywną od zaschniętej krwi. Wyraźnie zaznaczone ślady zębów sprawiały koszmarne wrażenie. Brzegi rany zdążyły w ciągu całej doby spuchnąć i zsinieć od wybroczyn podskórnych. Pojawił się stan zapalny i okropny obrzęk, rozerwana skóra wypełniła ubytki cuchnącym osoczem. Facet był w okropnym stanie. Wiedziałem, że bez szybkiej pomocy medycznej jego stan z chujowego zmieni się na krytyczny.

Zdjąłem mój płaszcz i położyłem obok siebie na trawie. W licznych kieszeniach jego wewnętrznej strony poza narzędziami do walki z demonami trzymałem między innymi własnoręcznie zrobione lekarstwa i artykuły pierwszej pomocy. Najpierw otworzyłem sporą, metalową piersiówkę znajdującą się w jednej z wyższych kieszeni. Łyknąłem z niej odrobinę i wyplułem wszystko na ziemię obok. Czysty spirytus. Polałem najpierw swoje ręce, potem jego ranę, a na końcu jego zgięcie łokcia. To tam zamierzałem podać mu zastrzyk penicyliny.

Sięgnąłem ręką po niewielką strzykawkę. Pod nią było kilka pasków przytrzymujących niewielkie, szklane buteleczki. Wybrałem jedną z nich i otworzyłem. Założyłem igłę na strzykawkę i trzęsącymi się rękoma zanurzyłem ją w zawartości pojemniczka z penicyliną. Kurwa. — pomyślałem. — Nie ma opcji, że w taki sposób trafię mu w żyłę.

„Zaczynasz zbierać żniwo swojej pracy. Dotyka to każdego, kto będzie miał szczęście przeżyć tak długo co ty”. — usłyszałem w głowie. Cmoknąłem niezadowolony. To wszystko naprawdę zaczynało działać mi już na nerwy.

Zdecydowałem, że najwyższa pora w końcu zrobić z tym porządek. Pewnie, jeśli zrobiłbym to przed akcją, nie chybiłbym, strzelając do porońca i jego egzekucja przebiegłaby dużo sprawniej. Sam nie wiedziałem, dlaczego tego nie zrobiłem. Chyba wciąż trudno było mi się przyzwyczaić do tego sposobu radzenia sobie z moimi problemami. Z kieszeni po zewnętrznej stronie płaszcza wyjąłem papierośnicę. Wsadziłem sobie do pyska jednego i podpaliłem zapalniczką.

Oczywiście nie był to papieros załadowany tytoniem, nie byłem idiotą. Jeszcze tego by mi brakowało, abym z własnej woli osłabiał swój organizm paląc jakieś gówno. Mnie nie było stać na taką głupotę. Zawinięty przeze mnie kilka dni wcześniej papieros zawierał w środku coś zupełnie innego, coś, co pomagało mi uspokoić ciało, oczyścić przeładowany przemocą umysł i skupić się na zadaniu, przy okazji nie odbijając się aż tak mocno na zdrowiu. Oczywiście takie papierosy również nie zostawiały moich płuc bez szwanku, jednak była to cena, jaką musiałem zapłacić, aby być w ogóle zdolnym do pracy.

Zapaliłem go i zaciągnąłem się porządnie. Wziąłem kilka wdechów, delektując się nimi jak prawdziwy smakosz. Irytowało mnie to, że muszę to palić, ale skoro już było to konieczne, to cieszyłem się, że smak tego specyfiku przypadł mi do gustu. Dzięki temu faktycznie łatwiej było mi funkcjonować z tym… bagażem, z którym wiązał się mój zawód. Szybko stwierdziłem z zadowoleniem, że mój pędzący umysł w końcu zwolnił, a trzęsące się łapy momentalnie się uspokoiły. Poczułem, jak całe moje ciało rozluźnia się, odzyskując dawną gibkość, jak… małpa. No, może przestanę silić się na metafory, jestem guślarz, a nie jebany grajek. Zresztą i tak wiesz, o co mi chodzi.

Wraz z opanowaniem pewność siebie na nowo zaczęła mnie rozpierać. Zakasałem rękawy i zabrałem się do roboty. Tym razem igła weszła pewnie, pozostawiając po sobie zaledwie kropelkę krwi. Wyrzuciłem ją od razu po zastrzyku, a strzykawkę położyłem na trawie obok mnie. Potem sięgnąłem do jednej z większych kieszeni i wyjąłem z niej kolejną buteleczkę, tym razem z miodem, oraz ciasno zwinięty bandaż. Samodzielnie pozyskany od leśnych pszczół miód delikatnie rozprowadziłem po ranie. Zawiera on nadtlenek wodoru i jest lekko kwaśny, co pomaga zwalczać bakterie, które mogłyby zainfekować ugryzienie. Na końcu ostrożnie zabandażowałem całe ramię. To powinno w miarę ustabilizować jego stan do czasu przybycia ratowników.

Podniosłem się i zarzuciłem na siebie płaszcz. Łopatę włożyłem na swoje miejsce przy moim biodrze, strzelbę przymocowałem na pasku do swoich pleców. Paląc, spojrzałem na zegarek. Mruknąłem niezadowolony. Powinien był już przyjechać, wiedziałem, że nie miał do mnie daleko. Korzystając z wolnej chwili, wróciłem do środka i wezwałem ambulans. Bez względu na to, jak długo tamten głąb miał zamiar tam jechać, wiedziałem, że i tak wyrobi się przed ratownikami.

Zdecydowałem się zignorować fakt, że raz już się nie wyrobił. Długo musiałem wtedy tłumaczyć lekarzowi z pogotowia, że ta kobieta z mordą przeżartą kwasem to tak naprawdę sama go na siebie wylała. Do dziś wątpię, żeby mi uwierzył, na głupiego nie wyglądał. Wątpię jednak, aby kiedykolwiek zgadł, co było za winowajcą tamtych ran. Może kiedyś opowiem ci i tę historię.

Powróciłem myślami do mojej potyczki z porońcem. Coś w tej sprawie nie dawało mi spokoju. Demon ten powstawał z ciała nienarodzonego dziecka, które zostało pochowane niezgodnie z obyczajem. Tutaj napotkałem pierwszą nieścisłość, ponieważ w swoim liście ojciec bachora wspominał mimochodem, że córkę pochował ze wszelkimi możliwymi honorami. Dlaczego mimo to ciało dziecka zostało przejęte przez siły nieczyste? Pewnie ta zagadka byłaby dużo trudniejsza do rozwiązania, gdyby nie to, że jak mówiłem, ja miałem już solidne podejrzenia, jak mogło do tego dojść, a wszystko podał mi na tacy nie kto inny jak mój zleceniodawca. Myślę, że i ty domyślasz się już, co odpowiadało za narodzenie porońca, nie jesteś przecież idiotą. Nie uprzedzajmy jednak faktów. Na razie dalej tkwiłem przy poważnie rannym ojcu, nie mogąc go opuścić, dopóki na miejsce nie przybędzie ten obibok, po którego dzwoniłem już jakieś wieki temu. Na szczęście, jak się okazało, nie musiałem już czekać zbyt długo. Nie zdążyłem jeszcze dopalić mojego papierosa, kiedy zobaczyłem zbliżające się z daleka światła samochodu.

Po chwili tuż przede mną zatrzymała się błękitna furgonetka z napisem „Pucuś” na boku. Pod nim dopisane było: „Firma sprzątająca Tadeusza Kwiaśniuka, profesjonalne sprzątanie powierzchni komercyjnych, prywatnych posesji, elewacji i wiele więcej!”. Za nią nadjechała druga, identyczna.

Mężczyzna siedzący za kierownicą tej pierwszej wysiadł i uścisnął mi dłoń. Był stary, miał białego wąsa i sporą łysinę. Zgarbiony też był jak cholera. Z siedzenia pasażera wyszedł chłopak, ubrany nie w normalne ciuchy, a w jednoczęściowy, pomarańczowy kombinezon z czarnymi rękawicami i opuszczoną teraz na plecy szczelną maską. Skoczył do mnie pośpiesznie, również ściskając mi rękę. Był rudy, piegowaty i chudy jak szczotka. Do tego bardzo młody, nie dałbym mu więcej niż dwadzieścia pięć lat. Starszy, Tadeusz, był jego ojcem i założycielem firmy. Na tamten moment, gdy zrobił się już za stary, aby prowadzić biznes, zaczął przyuczać do niego swojego jedynego syna.

Z drugiej furgonetki wyszło dwóch mężczyzn w średnim wieku, również ubranych w kombinezony. Oni, nie zawracając sobie głowy mną, od razu poszli na tył wozu i zaczęli wypakowywać sprzęt.

— Wojciech, syn. — zaczął starszy mężczyzna, pokazując na młodego.

Skinąłem tylko głową.

— Co tym razem? — zapytał ponuro.

— Poroniec. — odparłem wyjmując papierosa z buzi.

Tadeusz zaklął cicho.

— Ilu?

— Dwóch.

Spojrzał na mnie zdziwiony.

— Tylko dwóch?

— Młoda sztuka. — stwierdziłem. — Zresztą spójrz wokół, tu nie ma kogo zabijać. — zaciągnąłem się głęboko. — Trup leży w wejściu, nie sposób ominąć, drugi wraz z demonem są w piwnicy. Ten tu — pokazałem na opatrzonego przeze mnie mężczyznę — żyje, ale potrzebuje pomocy. Pogotowie jest już w drodze, więc bierz dupę w troki i zabieraj się do pracy. Nikt nie może zobaczyć śladów tego, co wydarzyło się w tym domu.

Staruszek spojrzał na syna, który gapił się na mnie z otwartą gębą.

— A ty co, ogłuchłeś? Zasuwaj do roboty! To teraz twój biznes do kroćset!

Rudzielec spłonął rumieńcem i rzucił się do pomocy dwójce swoich pracowników.

Tadeusz spojrzał ponad moje ramię na dom i leżącego na ganku mężczyznę. Potarł zarost ręką i westchnął głęboko.

— Jak długo jeszcze zamierzasz się w to bawić?

— To nie zabawa, jeśli nikt się nie śmieje. — mruknąłem.

— Wiesz, o czym mówię. — syknął. — Prędzej czy później ta fucha cię zabije. To i tak cud, że dotrwałeś tak długo, jeszcze nikomu się to chyba nie udało. Spoza twojej rodziny oczywiście. Nie jesteś jeszcze taki stary, możesz zająć się czymś innym, wiesz, przebranżowić się. Mówię serio, dobrze ci radzę…

— Jeśli znasz kogoś, kto się tym zajmie na moje miejsce — skinąłem na dom — to wal śmiało. Ale sprzątałeś już po zbyt wielu akcjach, żeby nie zdawać sobie sprawy z tego, co tam znajdziesz. Zbyt mało jest takich, co potrafią to co ja, a nawet tacy wolą iść do sił specjalnych albo Legii Cudzoziemskiej. Większe szanse, że wrócą do domu.

Zaciągnąłem się po raz ostatni i wyrzuciłem niedopałek na ziemię. Zdeptałem go podstawą potężnego buta i ruszyłem w stronę lasku, tam, skąd chwilę wcześniej przyjechała furgonetka. Tam też zarazem czekało na mnie wspomniane wcześniej rozwiązanie zagadki powstania porońca.

— A ty, gdzie? — krzyknął po mnie Tadeusz. — Kto nam zapłaci?

— Już zapomniałeś, jak to działa? Napisz raport, dołącz zdjęcie i wyślij poleconym, gdzie trzeba. Dobrze zapłacą, gwarantuję. — rzuciłem przez ramię nie odwracając się.

Idąc w stronę drzew, schowałem papierośnicę i z kieszeni znajdującej się na mojej drugiej piersi wyjąłem podłużne pudełeczko. Wąskie i długie, o dnie w kształcie okręgu, zamykane było na małą, zapinaną klapkę. Zdjąłem zabezpieczenie i kciukiem odtrąciłem klapkę do góry, po czym uniosłem całość i wysypałem sobie zawartość do pyska. O razu poczułem na języku niewielką, twardą kulkę i rozchodzący się po nim odświeżający, słodki smak mięty. To jest moje drugie po paleniu uzależnienie. Z taką różnicą, że miętowe landrynki nie były przykrą nowością. Je wpierdalałem zdecydowanie dłużej.

Po kilkuminutowym spacerze wzdłuż drzew światło księżyca odsłoniło przede mną dokładnie to, co spodziewałem się zobaczyć. Dość głęboki dół z porozrzucaną wszędzie wokół świeżą ziemią i śladami po krwi i śluzie, którym oblepiona była bestia. Stanąłem nad dziurą, uważnie zaglądając do środka. Od razu uderzył mnie potworny smród. Zakasałem rękawy i wskoczyłem do środka. Wylądowałem na resztkach małej trumienki, z której teraz pozostały zaledwie drzazgi. Krzywiąc się od paskudnego odoru, zacząłem delikatnie skrobać łopatą powierzchnię dołu. Pośród połamanych kawałków drewna i resztek białego materiału ukryte było właśnie to, co spodziewałem się tam zastać. Pod cienką warstwą świeżej ziemi usłyszałem cichy grzechot. Schyliłem się i podniosłem krótki sznurek, na którym było zawieszone kilka koralików. Na jego końcu zawieszona była mała, ptasia czaszka, z brązowo czarnym piórem po jej lewej stronie i ptasią łapką po prawej.

Przedmiot okazał się dokładnie tym, czym sądziłem, że będzie, czyli amuletem. Tym samym, który ojciec dziecka dostał od wróżki. Czy może powinienem powiedzieć, wiedźmy, bo z tamtą chwilą stało się to bardziej niż pewne, że nie była to byle oszustka naciągająca ludzi na wróżby z kart czy horoskopy. Wiedźma sprzedała zdesperowanemu wieśniakowi amulet przywracający ludzi do życia i, co by nie mówić, spełniła życzenie klienta. Dziecko jednak, zamiast jako człowiek, wróciło do życia jako potężny demon. Nie wiem, jak głupim trzeba być, aby nabrać się na sztuczkę z medalionem, jednak ludzie z desperacji i rozpaczy robią różne rzeczy. Dlatego też nie był to pierwszy raz, gdy musiałem uporać się z podobnym zadaniem.

Owinąłem przedmiot w ścierkę i wyszedłem z dołu. Zanim odszedłem, złożyłem ręce i krótko poleciłem Bogu duszę zmarłego dziecka. Wiem, że po tych pierwszych stronach mój wizerunek nie bardzo pasuje do kogoś pobożnego, ale to samo życie, które zrobiło ze mnie bezlitosnego i twardego drania, jednocześnie wiele razy zostało mi w niesamowity sposób podarowane. W czasie, kiedy miały miejsce opisywane wydarzenia, przepracowałem już w zawodzie większość swojego życia. Pośród niezliczonej ilości okropieństw, które widziałem, znalazło się też miejsce na kilka cudów, koło których nawet taki bydlak jak ja nie mógł przejść obojętnie.

Wróciłem po swój motor. Chłopaki zdążyli już na dobre zająć się robotą. Gdy się do nich zbliżyłem, właśnie pakowali tamtego sąsiada do czarnego wora.

— Wiesz już coś więcej? — zapytał Tadeusz, gdy odpalałem maszynę. W przerwie od instruowania syna i pracowników popalał sobie papierosa, normalnego oczywiście, jak zresztą każdy w tamtych czasach.

— Powiedzmy. — mruknąłem.

— To co teraz zrobisz?

Zerknąłem na niego. Prychnął i zaciągnął się.

— Im mniej wiem, tym lepiej. Zrozumiano.

— Trzymaj się. — rzuciłem.

— Nie, to lepiej ty się trzymaj.

4

Potem odjechałem. Skierowałem się prosto do pobliskich chat w celu szybkiego uzupełnienia informacji. Wiedziałem od zleceniodawcy, że przeklęty medalion dostał od lokalnej znachorki. To, że zamiast tego była to wiedźma, było dla mnie oczywiste, jednak dalej nie wiedziałem, gdzie tamta jędza się podziewała. Któż inny miałby to wiedzieć, jak nie miejscowi i często zabobonni mieszkańcy? W końcu w takich dziurach każdy dobrze zna każdego.

Zapukałem w wiele drzwi, kilka wywaliłem z buta, potem trochę pokrzyczałem i tym sposobem szybko dostałem upragnioną odpowiedź. Wiem, nieco brutalne, ale czasu było coraz mniej, a z doświadczenia wiedziałem, że mało kto dobrowolnie przyznaje się do korzystania z podobnych usług. Nawet ci, którzy w to wierzą, są świadomi, że to zjebane. Z opowieści miejscowych wywnioskowałem, że kobieta zajmująca się tego typu pierdołami żyła w sąsiedniej miejscowości. Ponoć to do niej przylatywali wszyscy lokalni mieszkańcy po wróżbę lub po wszelaką pomoc. Według niektórych miała ona dysponować potężną mocną magiczną. Jasne.

Banda idiotów.

Po dwudziestu minutach drogi, podczas której powinienem dostać co najmniej kilka mandatów za przekroczenie prędkości, stanąłem przed właściwym domem. Był całkiem duży, raczej stary i dość niepozorny. Nie wyglądał na typową norę potężnej wiedźmy, nie znaczyło to jednak, że nią nie był. Każdy, kto miał choć trochę oleju w głowie, nie wychylałby się za bardzo, zajmując się takimi rzeczami, to chyba oczywiste. W końcu w przeciwnym razie łatwo można zwrócić na siebie uwagę kogoś takiego jak ja. Wtedy pojawiają się kłopoty, a nie o to im przecież chodzi.

Sprawdziłem adres z tym, który podało mi kilka niezależnych osób. Wszystko się zgadzało. Przeskoczyłem przez płot i poszedłem na ogród. Pomyślałem sobie, że na moją korzyść działałoby wjebanie się do środka od tyłu. Tak dla efektu zaskoczenia. Wtedy niespodziewanie zobaczyłem, że w dużej szopie stojącej w rogu posesji paliło się światło. Bingo. Instynkt od razu kazał mi wyjąć strzelbę. Możliwe, że dziwka siedziała w środku. Zbliżyłem się cicho do drzwi i zacząłem nasłuchiwać.

W szopie ktoś był. Usłyszałem jeden, żeński głos, dość młody. Potem rozbrzmiał następny. I jeszcze jeden. Co to kurwa, zlot czarownic? — pomyślałem. — Przecież one nienawidzą siebie nawzajem. Prędzej wilk dogada się z owcą niż one wejdą razem do jednej szopy i zaczną sobie gawędzić.

Zresztą głosy były… radosne. To był teren wiedźmy, nie było co do tego wątpliwości, przecież upewniłem się przed wejściem. Nie wszystkie z nich są obrzydliwymi staruchami czy demonami, niektóre nie wyróżniają się spośród tłumu. Czy ta dziwka aż tak dobrze się ukrywa, że zdołała omamić ludzi z jej bezpośredniego otoczenia?

Cóż, dosyć tego pierdolenia. — pomyślałem. Nadeszła pora przekonać się na własne oczy. W następnej sekundzie mocnym kopnięciem wywaliłem drzwi i wparowałem do środka, drąc japę na cały głos.

— WSZYSTKIEGO NAJLEPSZE… — lecz przerwałem w połowie. Do dziś pamiętam szok, który sparaliżował mój mózg na dłuższą chwilę po tym, co wtedy zobaczyłem.

Na ścianach ze sklejki zawieszone były urodzinowe dekoracje, a na plastikowym stoliku na środku pomieszczenia leżały papierowe talerzyki po cieście. Przede mną, w urodzinowych czapeczkach siedziało pięć kobiet koło pięćdziesiątki, które, w radosnej dotąd atmosferze, gapiły się w filiżanki po kawie i wróżyły sobie z fusów. Ich uśmiechy zbladły dopiero na widok mnie i mojej strzelby. Zazwyczaj, gdy wpierdalałem się gdzieś z buta miałem zwyczaj krzyczenia „WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO” i częstowania kogo popadnie prezencikiem ze srebra i ołowiu między oczy. Teraz, gdy okazało się, że rzeczywiście przerwałem czyjeś przyjęcie urodzinowe, stanąłem jak wryty, samemu nie wiedząc co zrobić.

Kiedy początkowe zaskoczenie minęło, wszystkie pięć kobiet zaczęło drzeć się w niebo głosy, odsuwając się w sam kąt szopy, jak najdalej ode mnie. Nie mogłem wręcz uwierzyć w absurd tej sytuacji. Przyjechałem ukręcić łeb wiedźmie, która rozdawała przeklęte amulety, a trafiłem na pieprzone przyjęcie urodzinowe w ogrodowej szopie. Czy to możliwe, aby którakolwiek z tych kobiet była moim celem? — zapytałem sam siebie. Sądząc po ich minach szczerze w to wątpiłem.

— Czy to Morelowa 13? — po tym, co zobaczyłem, musiałem się upewnić.

Jedna skinęła lekko głową.

— Która z was jest wróżką? — zapytałem, opuszczając strzelbę. To wszystko było jakimś jednym wielkim nieporozumieniem.

Zapadła cisza jak makiem zasiał. Podszedłem krok bliżej i jedna z nich aż pisnęła ze strachu.

— Nie mam czasu na gierki. — warknąłem. — Która z was jest tą wróżko-znachorką czy czymś tam. Wiem, że ktoś taki jest w okolicy i mieszka pod tym adresem.

Znowu cisza. Spojrzałem na każdą z osobna. Nienawidziłem, gdy ludzie patrzyli się na mnie w ten sposób. Jakbym nie ratował ich przed demonami, tylko sam nim był. Robili to, od kiedy tylko pamiętam. Przeładowałem strzelbę, nie po to, aby strzelić, lecz aby zmusić je do mówienia.

— Nie zapytam trzeci raz.

Odezwała się najgrubsza z nich, niska blondynka o krótkich, falowanych włosach.

— J-j-ja…

Zmierzyłem ją wzrokiem. Odsunąłem się na bok odsłaniając drzwi.

— Reszta wyjazd.

Tym razem nie musiałem powtarzać. Wszystkie poza tą jedną, już bladą i spoconą ze strachu, wyleciały na zewnątrz aż się za nimi kurzyło. Piętą zamknąłem za sobą drzwi. Sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem zeń szmatkę, w którą owinięty był amulet. Rzuciłem w jej kierunku. Nie złapała. Nawet się nie ruszyła.

— Podnieś i powiedz, co to. — powiedziałem.

Trzęsąc się okropnie, chwyciła zawiniątko i wyjęła stamtąd amulet. Spojrzała na mnie jeszcze szerszymi oczami. Poznała go.

— Skąd to masz? — zapytałem.

Może i ta kobieta była wróżką czy nawet znachorką, ale było to jasne jak słońce, że nie mogła być wiedźmą zdolną wyrządzić drugiemu człowiekowi taką krzywdę. Na wróżeniu z fusów czy pierdoleniu trzy po trzy jej kompetencje na tym polu prawdopodobnie się kończyły.

— N-nie zrobiłam go, p-przysięgam… j-ja…

— Wiem, że nie. Muszę wiedzieć, skąd go masz? Znalazłaś? Ktoś ci go dał?

Pokiwała głową.

— Kto?

Przełknęła głośno ślinę.

— K-kobieta, k-koło trzydziestki. Kapturem zasłaniała twarz, t-tylko długie brązowe włosy ż-żem widziała. — wyjąkała przerażona. — Czerwonym r-rowerem jechała, jak akurat wynosiłam śmieci. Zaoferowała sprzedaż amuletów n-na szczęście, t-to wzięłam kilka, b-bo…

— Kilka? — zerwałem się. — Jak to kilka? Były jeszcze inne?

— N-nie sprzedałam więcej! — przestraszyła się kobieta. — T-tylko ten jeden, p-przysięgam! Taki pan go kupił, m-mówił, że potrzebuje potężnego amuletu, ż-żeby… — tutaj zawahała się — ż-żeby kogoś p-przywrócić do życia. Wiele takich obłąkanych już widziałam, ten też chory był czy co… t-taki wzrok miał. To wcisnęłam mu ten, j-jak akurat miałam… przepraszam… — pisnęła na koniec.

Odwróciłem się do niej bokiem i schowałem strzelbę. Byłem przekonany, że już wiem, o co tu chodzi, a jednak tak bardzo się myliłem. Niedobrze. Sprawy znacząco się skomplikowały. Ruchem dłoni dałem jej znać, aby oddała mi amulet. Rzuciła go koślawo, nie stawiając w moją stronę najmniejszego kroku. Owinąłem go materiałem i schowałem pod płaszcz.

— Spal pozostałe, byle nie w swoim domu. — odparłem. — Potem leć po księdza. Poświęć dom i członków rodziny, tak na wszelki wypadek. I lepiej znajdź sobie inne hobby, jeśli nie chcesz narobić sobie więcej kłopotów.

Wyszedłem na zewnątrz. Trawa w ogródku była cała podeptana. Na drucianym płocie został kawałek materiału z czyjejś bluzki. Widocznie przerażone sąsiadki w panice przez niego przeskakiwały. I dobrze, może to je zniechęci do takich głupich zabaw. — pomyślałem. Z takimi zainteresowaniami zawsze trzeba krótko, bo łatwo mogą zajść o kilka kroków za daleko.

Miałem medalion, lecz nie należał on do głównej podejrzanej. Musiałem czym prędzej znaleźć kobietę sprzedającą te gówna albo ofiar mogło być znacznie więcej. Tylko jak złapać kogoś takiego? Ona mogła być już kilkadziesiąt kilometrów w każdą stronę, nawet jeśli poruszała się jedynie rowerem. Niby istniał jeden sposób, ale na samą myśl o nim, jeszcze bardziej podskakiwało mi ciśnienie. Mimo mojego statusu fachowca wciąż miałem pewne braki w zakresie zaawansowanych klątw, zaklęć i uroków. Mów, co chcesz, ale moim zdaniem magia to pizdowata dziedzina. Siedzenie na dupie i bawienie się w jakieś totemy czy mikstury jest dobre dla tchórzy, co boją się bezpośredniej konfrontacji. Ja wolę prostsze metody zwalczania szkodników. Łomot łopatą i kula w łeb.

Nie zmieniało to jednak faktu, że w tej robocie często się z nią spotykałem i brak odpowiedniego wykształcenia na tym polu zrekompensowałem sobie siecią odpowiednich znajomości. Wtedy nastał odpowiedni czas, aby je wykorzystać.

5

W odpowiednim miejscu musiałem stawić się po zmroku. Nie to, że zamierzałem prosić o pomoc wampira czy inne gówno, po prostu starucha nie chce przyjmować klientów w innych godzinach. Sama pewnie by mogła, ale z usług takich ludzi lepiej korzystać dyskretnie, więc ludziska i tak przychodzą do niej tylko w nocy. Parę minut po północy zjawiłem się na odpowiedniej ulicy. Stałem oparty o drzewo, obserwując jak jakaś kobieta w średnim wieku szybko wychodzi z dokładnie tej klatki, do której szedłem i ja. Oświetlona jedyną na tej ulicy latarnią szybkim krokiem odeszła w mrok przy akompaniamencie własnych szpilek.

Zawsze, gdy tam byłem, zastanawiałem się, czego ci ludzie tam szukają, z czym akurat wyszli z tego bloku. Co tak starannie skrywają w torebkach lub pod płaszczem. Może akurat ta kobieta przyszła tylko po durną przepowiednie, a może jej życzeniem było, aby kogoś przekląć? Czy w swojej skórzanej teczce ma rozpisaną instrukcję do rzucenia niegroźnego uroku na męża pijaka czy może laleczkę voodoo, aby raz na zawszę się go pozbyć?

Znając staruchę obie opcje były równie prawdopodobne.

Wyrzuciłem wypaloną zenkę, bo tak nazywałem moje „papierosy”, i skierowałem się w stronę bloku. Był on typowy dla czasów PRL-u, obskurny i nieprzyjemny, do tego brudny jak cholera. Był raczej długi niż wysoki, miał ze trzy piętra, a spora jego część nie była zamieszkana. Wiele okien było zabitych dechami bądź wybitych przez rozwydrzone bachory lub meneli pragnących przespać się w czterech ścianach albo po prostu wysrać bez zimnego wiatru muskającego im włosy na dupie. Ogólnie było to paskudne miejsce, naprawdę podłe. Jedno z tych, których nie warto odwiedzać, jeśli się nie szuka kłopotów. Każdemu innemu radziłbym dobrze omijać tamten blok szerokim łukiem.

Stanąłem przed drzwiami tak pomazanymi farbą, że za małym okienkiem ledwo widziałem ponury korytarz i betonowe schody idące w górę. Zadzwoniłem pod numer trzysta trzynaście. Rozległ się ponury moim zdaniem sygnał dzwonienia. Po krótkiej chwili ktoś podniósł słuchawkę i usłyszałem chrypliwy damski głos:

— Kto tam?

— Klient. — odrzekłem krótko.

— Klient… do niej…? — mówiła powoli, a jej głos trząsł się tak, jakby z trudem wypowiadała każde kolejne słowo. — Wybaczy, ale… babcia nie prowadzi żadnego sklepu… musiał się pomylić…

— Przestań ze mną pogrywać. — warknąłem. — Każdy głupi wie, że każdej nocy masz tu większy ruch niż przeciętnym burdelu. Mam sprawę.

— Nie wie, o czym pan mówi… jakby mogła prosić o imię… może wtedy sobie go przypomni… — zacharczała okropnie i usłyszałem, jak spluwa gdzieś nadmiar flegmy.

Westchnąłem głęboko. Nie lubiłem tych jej gierek, ale musiałem przyznać, że miały one sens. Stara potrzebuje być ostrożna, musi wiedzieć, kogo wpuszcza do środka. Rzecz w tym, że niespecjalnie lubiłem swoje imię, w zasadzie to go nienawidziłem. Nie to, żeby było jakieś nieładne, raczej przeciętne, szczególnie dla obecnych czasów. Chodziło bardziej o to, że w plugawych kręgach, w których zmuszony byłem się obracać, nazywany byłem zupełnie inaczej i to właśnie to imię niespecjalnie przypadło mi do gustu.

— Kościej. — odparłem.

Odpowiedziała mi krótka cisza.

— Ohh… — wyszeptała. — Czy ma może na myśli… tego Kościeja?

— Nie, akurat jakiegoś innego, w końcu od chuja ich jest na świecie. — warknąłem zdenerwowany. — Otwieraj już, bo nie mam czasu. Jest zadanie.

— Zadanie?… Z czymże mogłaby ci pomóc… starsza kobieta taka jak ona…

— Zostaw ten kit dla reszty frajerów. Mam potężny amulet, którym ktoś został przeklęty. Potrzebuję twojej pomocy. Otwieraj w końcu albo stracę cierpliwość.

Potem nastała długa cisza. Kiedy już myślałem, że przyszedłem tu na próżno, usłyszałem w słuchawce cichy i upiorny rechot, od którego włos jeżył się na głowie. Rozległo się krótkie brzęczenie, a po nim suche kliknięcie, kiedy rygiel odskoczył, wpuszczając mnie do środka. Wszedłem na klatkę. Od razu uderzył mnie przytłaczający zaduch i zapach stęchlizny. Albo ci, którzy jeszcze zostali w tamtym bloku, nie za bardzo przejmowali się jego wietrzeniem, albo od mojej ostatniej wizyty tam wyniosło się ich jeszcze więcej i po prostu już nie miał kto o to dbać. Gdy wchodziłem po schodach, ciemność zaczęła powoli ustępować nieśmiałemu, czerwonemu światłu żarzącemu się gdzieś nade mną. Teraz mogłem jak na dłoni zobaczyć stan klatki schodowej. Mnóstwo starych butelek po piwie i wódce, wszędzie paprochy i kawałki rozbitego szkła, a niedopałków papierosów tyle, jakby funkcjonowała tam całodobowa palarnia. I oczywiście wszystko pomazane sprejem.

Jednak na ostatnim piętrze sytuacja wyglądała już zgoła inaczej. Tutaj nie było syfu. Kilka ustawionych pod drzwiami świeczek płonących czerwonym ogniem rzucało wystarczająco dużo światła, abym był tego pewny. Jakby chuligani bali się tam zapuszczać. Dodatkowo wszystkie drzwi na tym piętrze, poza tymi przede mną, były zabite dechami. Te poziom niżej zresztą też. Ktokolwiek był tak głupi albo biedny, aby tu mieszkać, zszedł jak najdalej od tego mieszkania, jak się tylko dało.

Zapukałem do drzwi. Po ich drugiej stronie usłyszałem ciche i powolne kroki, a z każdym kolejnym nieśmiałe płomyki świec drgały lekko, jakby muskane wiatrem.

Delikatne szuranie. Potem stęknięcie. Znałem zasady. Pochyliłem się, zerkając prosto przez judasza. Wiedziałem, że w tamtej chwili byłem uważnie obserwowany. Po kilkunastu długich sekundach słyszałem szczęk kilku zwalnianych zamków i drzwi do mieszkania odchyliły się lekko. Kilka zbyt grubych, jak na standardy zwykłych mieszkań, łańcuchów zatrzymało je w miejscu, nie pozwalając otworzyć się zbyt szeroko. Z ciemności panującej w mieszkaniu wyjrzało przekrwione oko, które wpatrywało się we mnie, jakby chcąc dojrzeć nie tylko moją tożsamość, ale i myśli. Dopiero po tej przydługiej procedurze stara zamknęła drzwi i zwolniła wszystkie blokady. Gdy je otworzyła, mój nos natychmiast został zaatakowany falą oparów, które często można było wyczuć w tego typu miejscach. Mocna woń palonych roślin i kwiatów, wymieszana z odorem siarki i starego mięsa, a była ona na tyle mocna, że dosłownie poczułem ją na języku.

Na tle całkowitego mroku stała ona, niska kobieta, zgarbiona jak cholera i brzydsza niż moje gówno. Była tak wychudzona i pomarszczona, że wyglądała, jakby ktoś zarzucił prześcieradło na starą miotłę. A i jeszcze tak stara, że mogłaby dosłownie rozpaść się komuś w rękach. Nie wiem, ile ta ropucha miała lat, ale od samego patrzenia na nią żal mi dupę ściskał.

Uśmiechnęła się do mnie, ukazując swoje kilka pozostałych, szarych zębów i skinęła głową, abym wszedł. Niezbyt ucieszony i raczej zdegustowany przekroczyłem próg mieszkania. Znałem drogę, od razu skierowałem się w lewo, w stronę drewnianych drzwi z dużą szybą piaskową, zza których padało jedyne oświetlające mrok światło. Swoją drogą ono również było czerwone. Za drzwiami znajdował się pokój przerobiony tak, aby pełnił funkcję jakiegoś upiornego sklepu dla czubków. Sufit przykryty był tkaninami, które zwisały nad moją głową, nadając pomieszczeniu tajemniczego i mistycznego wyglądu. W rogu stał niewielki stolik z dwoma krzesłami i umieszczoną na specjalnym stojaku szklaną kulą gotową do przepowiadania przyszłości. Najdziwniejsze były ściany, które pełne były półek z najróżniejszymi przeklętymi przedmiotami, lub takimi, które dopiero czekały na podobny los.

Szczurze i małpie łapki, czarne kamienie różnej wielkości, lustra, laleczki, najróżniejsze kości i więcej amuletów czy wisiorków niż mógłbym zliczyć. Sprzedawano tu także składniki do samodzielnego uprawiania czarnej magii, między innymi zwierzęce flaki, czarne świece i kredy czy trujące rośliny. Wszystko ładnie ułożone, posegregowane i przechowywane z najwyższą starannością. Ze względu na wysoką szkodliwość znajdujących się tutaj „produktów” był to naprawdę niebezpieczny pokój. Nawet jako dinozaur tego przeklętego biznesu wiedziałem, że tutaj lepiej trzymać łapy przy sobie.

Starucha zamknęła za mną drzwi i doczłapała za ladę.

— Czego legendarny guślarz chce od starej wróżki? — paskudny uśmiech nie schodził jej z ust. Mówiła wolno, stękając przy tym i rzężąc, jakby miała w gardle kłębek kłaków. Albo jeden z tych suszonych świńskich móżdżków z jednej z górnych półek. — Ktoś mu się naraził? Chce poznać przyszłość? A może… potrzebuje uwieść kobietę… która…

— Już mówiłem, po co przyszedłem. — powiedziałem sucho.

— Ach tak… przyniósł mi amulet… — gdy roześmiała się ponuro, z kącika ust poleciała jej strużka śliny. — Pokaże go…

Sięgnąłem do kieszeni i wręczyłem jej całe zawiniątko. Gdy po niego sięgała, dotknęła mojej dłoni swoimi chudymi paluchami. Nie dałem po sobie poznać, że w tej samej sekundzie moim całym ciałem wstrząsnął zimny dreszcz. Obrzydliwa była ta suka, że hej, przysięgam ci. Wyciągnęła spod lady lupę i zaczęła przewracać amulet w rękach, uważnie badając jego strukturę. Nie wiem, czego tam szukała, ale dość długo wpatrywała się w niego, mrucząc coś niezrozumiale pod nosem. Większości nie dosłyszałem, ale wątpię, żeby było to zwykłe gadanie do siebie, tak typowe dla starych ropuch. Te fragmenty, które zdołałem wyłapać, niepodobne były do żadnego znanego mi języka.

Potem podniosła go i wyciągnęła swój brudny i mokry jęzor. Polizała stanowiącą centrum amuletu ptasią czaszkę, a gdy to zrobiła, oczy momentalnie wywróciły się jej na drugą stronę. Zastygła w takiej pozycji z częścią amuletu przylepioną do języka. Długo się nie ruszała, tak długo, że zaczął do mnie dochodzić smród z kałuży śliny cieknącej na blat z jej otwartego pyska. Gdy w końcu zamknęła gębę i spojrzała na mnie wyglądała na jeszcze bardziej zadowoloną niż zanim tam przyszedłem.

— I jak? — zapytałem.

— To potężny przedmiot… bardzo… bardzo niebezpieczny… nasączony potężną klątwą…

— Zdążyłem się domyślić. — przerwałem jej. — Ubicie tego, co ten amulet przywrócił do życia prawie kosztowało mnie odgryziony łeb.

— Poroniec zabił… kobietę… i dwóch mężczyzn… rozerwał i wykrwawił…

Uniosłem brew.

— Dwóch? Zabił jednego, drugi z nich, ten ojciec…

— Już zdechł. — przerwała mi i roześmiała się okropnie. — Miał drugą ranę na karku… on nawet nie zauważył… wdało się zakażenie. — spojrzała na mnie wskazując mnie palcem. — Nikogo nie uratował…

Znów roześmiała się okropnie. Milczałem.

— Który to już raz ludzie giną… mimo jego interwencji? — wydusiła z siebie. — Ale nie można się dziwić… w zabijaniu jest bardzo… bardzo dobry…

Zacisnąłem pięści tak mocno, że mi knykcie pobielały. Stara zaczęła przeginać pałę, a ja byłem raczej z tych, co mają bardzo krótki lont.

— Zamknij mordę, bo zaraz się przekonasz na własnej skórze. — warknąłem. — Mów, czego się dowiedziałaś.

— Rallus aquaticus… — wyszeptała. — linksmine… tojad…

Trzy podpowiedzi. Zawsze trzy podpowiedzi i ani jednej więcej. Westchnąłem ciężko. Chociaż w tamtym momencie niewiele mi to mówiło, wiedziałem już, że stara nie powie nic więcej. Spełniła swoją część umowy. Wyciągnąłem rękę, a ona, powoli wyciągając rękę, oddała mi amulet. Schowałem go do kieszeni płaszcza i ruszyłem w stronę wyjścia. Wtedy światło w pomieszczeniu zamigotało.

— Nie zapomina…

Moja ręka była już na klamce. Byłem tak blisko. Przekląłem pod nosem i cofnąłem ją. Kurwa. — pomyślałem. Oczywiście pamiętałem, po prostu bardzo nie chciałem tego robić. Stara za swoje usługi, jak każdy zresztą, żąda zapłaty. Nie pieniężnej oczywiście. Tylko tego brakowało, żeby pośród tych wszystkich chorych przedmiotów stała kasa manualna i kalkulator. „Świeże bycze serce, kozie kopyto i pół kilo wilczej jagody poproszę. I fakturkę poproszę, bo to na firmę pójdzie.” Chuja. Tam płaci się inaczej.

Odwróciłem się. Wtedy baba stała tuż przede mną. Słuch miałem znakomity, ale nie słyszałem, aby postawiła chociaż jeden krok. Wpatrywała się we mnie tępo, a za jej uśmiechem było coś, czego próżno było szukać wcześniej. Pewien cień. Tak, to definitywnie był czas zapłaty.

Z paska zawiązanego wokół wielkiego buciora wyjąłem niewielki nożyk. Wyciągnąłem rękę i lekko naciąłem żyłę na przedramieniu. Krew spłynęła ochoczo prosto na dół, na czoło starej, skąd trafiła na jej zamknięte powieki i nos, i dalej na policzki i usta. Drżała z podniecenia, gdy czerwień dotykała jej twarzy. Niczym największy smakosz zlizała to, co dotknęło jej warg. Potem krew zaczęła wsiąkać w jej skórę, aż po chwili cała zniknęła, wchłonięta jak krem do rąk.

6

Przygotowania do roboty zawsze zajmowały mi najwięcej czasu. To wtedy musiałem dołożyć wszelkich starań, aby wypad nie skończył się dla mnie wybebeszeniem albo urwanym łbem. Godzinami zbierałem informacje o celu i okolicy, przygotowywałem niezbędny sprzęt, a także główny plan działania. I najlepiej kilka planów awaryjnych. Pewnie jak dotąd nie sprawiłem wrażenia takiego skrupulatnego gościa. Prędzej można się było spodziewać, że wjadę rozpędzonym motorem prosto na teren wiedźmy i zacznę w nią napierdalać na oślep czym popadnie. Nie mogę powiedzieć, że taki plan mi się nie podobał. Był prosty i szybki, bez zbędnych formalności, których tak nie cierpiałem. Praca jednak nauczyła mnie, że wbrew temu, co lubiłem, a czego nie, trochę cierpliwości nigdy nie zaszkodzi. Mam parę paskudnych blizn, które do teraz mi o tym przypominają.

W pierwszej kolejności po wizycie u starej pojechałem do siebie. Na pewno wiesz, że mam własny kawałek ziemi na odludziu. Na nim stoi mała chatka przytulona do linii drzew, z dala od głównych dróg, blisko gór i lasów. Jest to spokojna i nad wyraz samotna okolica, czyli dokładnie taka, jakiej potrzebuję. Moja obecność jest tak samo niepożądana jak niebezpieczna dla innych ludzi. Nie żebym tak czy siak się z nimi jakoś specjalnie dogadywał. Byłem i dalej jestem raczej typem samotnika.

Mój dom był zaopatrzony we wszystko, czego potrzebowałem, aby przetrwać. Skromne pole owsa zapewniało mi zboże potrzebne do wyrobu chleba, a tuż obok niego znajdowała się osobna przestrzeń na ziemniaki i soczewicę. W przydomowej szklarni latem trzymałem pomidory, cebule i niektóre zioła, takie jak oregano czy bazylia, natomiast zimą szpinak, kalafior i brokuły. Obok domu, po jego drugiej stronie, z niewielką pomocą znajomego zbudowałem małą stodołę. Tam trzymałem kilka owiec i parę kóz, a na jej strychu oprócz ich zapasów żarcia znajdowały się także klatki z królikami. Wszystkie kurczaki, które posiadałem, zjadłem podczas srogiej zimy kilka lat wcześniej, ale to nic, jajka podpierdalałem okolicznym rolnikom.

Oczywiście gdybym miał doglądać tego wszystkiego samemu, to musiałbym chyba zrezygnować z mojego głównego źródła utrzymania, czyli napierdalania się z siłami nieczystymi. Kiedy nie było dużo zleceń, sam dbałem o moje małe gospodarstwo, ale gdy tylko napływało ich nieco więcej, miałem w zwyczaju dzwonić do Borkowskiego. On na czas mojej nieobecności pilnował, aby wszystko przetrwało w nietkniętym stanie aż do mojego powrotu.

Nasza współpraca zaczęła się pewnej surowej zimy, tej samej, kiedy zżarłem wszystkie swoje kury. Wtedy to uratowałem jego żonę przed atakiem Lichyja, rogatego demona szczególnie aktywnego właśnie w Polsce, który zrobił sobie wtedy legowisko w naszej okolicy. Gdy położyłem go trupem, uradowany Borkowski chciał sprzedać swój wóz, aby pokryć moje wynagrodzenie, jednak umówiliśmy się inaczej. Jako były wojskowy bardzo szybko przeszedł na emeryturę, a że całe życie mieszkał na wsi i znał się na rzeczy, zgodził się u mnie pracować, kiedy tylko zajdzie taka potrzeba. Gdy musiałem wyjechać na więcej niż kilka dni, zawsze rzucałem mu dodatkowo kilka groszy za fatygę.

Tamtego dnia również wpadł on na gospodarstwo nakarmić zwierzęta i podlać rośliny, jednak z oczywistych względów już dużo wcześniej poszedł do domu. W końcu ja wróciłem w samym środku nocy. Motor zostawiłem przed gankiem i leniwie wszedłem do środka. Zamknąłem za sobą drzwi, zdejmując z siebie ciężki płaszcz. Wziąłem trochę drewna i rozpaliłem ogień w starym, kamiennym kominku. Opadłem na stojący przed nim fotel i zdjąłem potężne buty z obolałych stóp. Odetchnąłem głośno. Tylko w tym miejscu naprawdę czułem się jak u siebie.

Mój dom zbudowany był z grubych dębowych bali, na długo przed moim urodzeniem. Drzwi wejściowe prowadziły prosto do przestrzennego salonu z aneksem kuchennym i małą łazienką na tyłach. Obok drzwi do niej prowadzących znajdowały się schody na antresolę, gdzie spałem. Wszystkie meble oraz sprzęt domowy były wykonane własnoręcznie przez tego samego mężczyznę, który go wniósł — mojego ojca. To on zdobył dla nas tę ziemię, ogrodził ją, zasadził pierwsze nasiona, sprowadził pierwsze zwierzęta. On zadbał o to, aby było tu ciepło i bezpiecznie. Zrobił to wszystko, ponieważ on także wykonywał ten zawód, i tak samo jak ja, był przez niego skazany na samego siebie.

Wstałem i podszedłem do niewielkiej lodówki. Wyjąłem z niej dwa królicze udka, własnoręcznie robiony dżem z jagód zebranych w mojej prywatnej części lasu, trochę pomidorów i dwa podpierdolone jajka. Mięso upiekłem razem z pomidorami, jajka podsmażyłem na maśle na patelni i całość polałem dżemem. Do wszystkiego urwałem sobie pajdę chleba, który upiekłem poprzedniego ranka. Z dumą przyznać muszę, że kucharzyna był ze mnie naprawdę nienajgorszy. Dobry posiłek to podstawa zarówno siły, jak i zdrowia, ojciec zadbał zatem, abym umiał prawidłowo się posilić. Gotowania uczył mnie niemal z takim samym zapałem jak walki, strategii czy infernologii. Patrząc na to z obecnej perspektywy, myślę, że mogła to być po prostu jego pasja. Możliwe, że jedyna, jaką miał.

Z pełnym brzuchem poszedłem się wyszczać i napełniłem wannę gorącą wodą. Kiedy powoli się w niej zanurzyłem, zalało mnie uczucie niesamowitego odprężenia. Ze względu na te właśnie właściwości, ciepłe kąpiele stały się koniecznością po każdej zakończonej robocie. Była to jednak konieczność, którą niesamowicie lubiłem. Trzymając książkę w jednej ręce, mogłem tak siedzieć godzinami, grzejąc się i odrywając umysł od brutalnej codzienności. Bo kto miałby mnie stamtąd wygonić? Współlokator? Może żona? Dobre sobie. To była część rzeczywistości, do której nie miałem wstępu.

Wyszedłem z wody dopiero gdy ta zrobiła się letnia, a moja skóra jasnoczerwona. Z wanny udałem się prosto do łóżka, w którym zasnąłem chyba jeszcze zanim położyłem głowę na poduszce.

Obudziłem się dopiero następnego dnia w południe.

Z kubkiem porannej herbaty wyszedłem na ganek i spojrzałem na otaczające mnie zielone tereny. Lubiłem podziwiać spokój, który tam panował. Po surowej codzienności mojej pracy harmonia tego miejsca działała na mnie bardzo kojąco. Ptaki śpiewały, las szumiał. Groch już prawie dojrzał, do zbiorów został najwyżej tydzień. Część z nich chciałem wysuszyć i przechować na później, a resztę opierdolić komuś po zawyżonej cenie. Jak zwykle.

Na tymże tarasie, w doniczkach zawieszonych na drewnianych barierkach dojrzewały krzaki, które następnie wykorzystywałem do wyrobu zenek. Żeby zaspokoić moje rosnące potrzeby, dokupiłem wcześniej jeszcze kilka sztuk. W tamtych czasach naprawdę niełatwo było je zdobyć, ja jednak potrafiłem być nadzwyczaj przekonujący. Chociaż spluwa na pewno też miała w tym pewien udział.

Siorbiąc herbatę, wróciłem do środka. Stanąłem za kanapą, nad dywanem z oprawionej skóry lejinia. Lejiń był żyjącym w lasach demonem przypominającym ogromnego jelenia, który zwodził i zabijał napotkanych przez siebie ludzi. Dostałem na niego zlecenie wiele lat wcześniej. Burmistrz niewielkiego miasteczka wynajął mnie jako wsparcie dla grupy kłusowników przy polowaniu na tego bydlaka. Ci, w odróżnieniu od niego, nawet nie podejrzewali, że to demon. Przekonani byli, że to jakiś przerośnięty jeleń, ewenement w królestwie zwierząt. Miało to być ich największe polowanie w życiu, aż się trzęśli na myśl o rozgłosie i prestiżu, jaki przyniosłaby im taka zdobycz. Tak się niefortunnie złożyło, że przybywszy na miejsce spotkania kilka minut przed umówioną godziną, usłyszałem parę słów zdradzających ich prawdziwe intencje i niedobrą wolę. Coś o zamiarze oskubania mnie na kasę i zebrania chwały z polowania dla siebie. Zamierzali mnie ogłuszyć, obrabować i zostawić w lesie przywiązanego do drzewa. Podstępne kutasy. Od początku interesowała mnie wyłącznie moja stawka, ale skoro panowie okazali się być takimi podstępnymi kurwami, to na ostatnią chwilę zmieniłem zdanie.

Tego, co przytrafiło się kłusownikom, milicja finalnie nie zdołała rozwikłać, świadomie zatem przemilczę tę kwestię. Ciebie oczywiście o nic nie podejrzewam, ale lepiej dmuchać na zimne. Wiesz, w razie, gdyby ten pamiętnik trafił kiedyś w tłuste łapy jakiegoś pryszczatego konfidenta. Jeśli któryś to czyta, to pierdol się.

Za każdym razem, gdy kładę na tej skórze moje zmęczone stopy, na nowo przypomina mi się ta historia. Tamten dzień oczywiście nie był wyjątkiem. Nostalgiczny ze mnie człowiek, nie ma co. Chwyciłem za dywan i pociągnąłem go z całej siły. Futro tej wielkości było naprawdę ciężkie i przesunięcie całości wymagało zaskakująco dużo siły. Pod nim znajdował się ciężki właz zamknięty na ogromną kłódkę. Chyba nie muszę wspominać, z czego zrobione zostały oba z nich. Stal galwanizowana srebrem. Klasyk. Sporym kluczem zdjąłem zabezpieczenia i po skrzypiących, prawie pionowych schodach wszedłem w ciemność. Pstryknąłem włącznik światła i moim oczom ukazało się pomieszczenie zupełnie różne od tego, które znajdowało się u góry.

To tam, pod podłogą, trzymałem wszystko, czego potrzebowałem do wykonywania mojego popierdolonego zawodu. Małe laboratorium do wykonywania prostych leków, broń oraz sprzęt do jej konserwacji, mapy całego świata, a w nieco większym pomieszczeniu obok, znajdowała się niewielka biblioteczka poświęcona tematom związanym z moją pracą. To właśnie z niej byłem najbardziej dumny. Setki ręcznie pisanych ksiąg z całego globu piszących o wszystkim, co przez stulecia polowało na ludzi, a przed czym jakoś trzeba było się obronić.

„Słowiańskie odmiany wilkołaków i sposoby ich eliminacji” autorstwa Istvána z Szeged, „Złe duchy” Igora z Petersburga czy „Najpotężniejsze demony Bałkanów” nieznanego kronikarza z pewnej wyspy na Morzu Północnym. To tylko kilka perełek z mojej barwnej kolekcji. Co to jest, skąd się tu wzięło i jak się tego skutecznie pozbyć. Jeżeli w okolicy pojawia się coś, co zabija i co trzeba jak najszybciej posłać do piachu, tam zawsze znajdowałem odpowiedź na te najważniejsze pytania. Naturalnie w tamtej chwili również udałem się prosto do biblioteki. Rozciągała się pod częścią salonu i szklarnią, tworząc podziemny prostokąt z trzema kilkumetrowymi rzędami szaf wypełnionych po brzegi opasłymi księgami. Na początku wyjąłem wielki tom z łacińskimi tłumaczeniami i stary grymuar. „Czarna księga klątw i uroków”, napisana prawdopodobnie jeszcze w XIV wieku przez potężną wiedźmę z dzisiejszej Bułgarii. Niebezpieczna to była rzecz. Oprawiona w skórę baranka i napisana jego krwią, docelowo miała służyć jako kompendium wiedzy dla każdego, kto miał zechcieć zacząć parać się czarną magią. Z tego, co mi wiadomo, autorkę tego pseudodzieła sprzątnęła inkwizycja, a gdy po latach z nory zaczęły wychodzić jej zdolne uczennice, zamordował je któryś z moich dalekich przodków. Po wszystkim wziął ze sobą ich księgę, aby móc ją w przyszłości wykorzystać przeciwko pomiotom podobnym jej autorce.

Zaniosłem je na środek pomieszczenia, gdzie stało masywne bukowe biurko i wygodny skórzany fotel. Zapaliłem stojącą na biurku lampkę i zabrałem się za wertowanie kartek.

Wybór tych konkretnych pozycji może wydawać się przypadkowy, jednak według starej to właśnie od nich powinienem zacząć, aby rozwikłać zagadkę amuletu. Jak pisałem wcześniej, wydusiła ona z siebie trzy nazwy: pierwsza to rallus aquaticus, którego nie znałem. Wiedziałem tylko, że jest to po łacinie, skąd wybór tej pierwszej pozycji. Zamierzałem przekartkować cały słownik, aż dowiem się, co ta stara prukwa miała na myśli.

Drugie słowo to linksmine, które było dla mnie całkowicie nieznane. Nie miałem pojęcia, czy to nazwa demona, przedmiotu, zaklęcia, w ogóle kurwa nic o tym nie wiedziałem, co niesamowicie działało mi na nerwy. Na zewnątrz był ktoś lub coś zdolne do przywołania potężnego demona, a ja siedziałem na dupie w domu i siłowałem się z zagadkami jakiejś starej ropuchy. Starucha, jak każda wiedźma, nigdy nie podawała rozwiązania na tacy. Szedłeś do niej jedynie po wskazówki, a czy pomogą ci one w rozwiązaniu problemu, to już zależało tylko od twojej determinacji. Szkoda, że nie zawsze ma się czas na grzebanie godzinami w archiwach. Przysiągłem sobie, że jeśli jeszcze raz zamiast mówić wprost zacznie coś pierdolić zagadkami, to nafaszeruję jej łeb ołowiem.

Ostatnie słowo to tojad, które na szczęście kojarzyłem i to całkiem nieźle. Jest to jedna z najbardziej trujących roślin na kontynencie, której wszystkie części, czyli korzeń, liście czy nawet kwiaty, zawierają silnie niebezpieczne alkaloidy, które po dostaniu się do organizmu powodują bóle brzucha, problemy z sercem i z oddychaniem, a nawet śmierć. To ze względu na te właściwości jest ochoczo wykorzystywana przy sporządzaniu śmiertelnych trucizn.

W bibliotece musiałem przesiedzieć jeszcze dwa dni, zanim w końcu uzyskałem pierwsze odpowiedzi. Po takim czasie moje oczy były opuchnięte jak po pijackiej bitce, a we łbie kręciło mi się tak, jakbym takową przegrał. Całe szczęście moje wysiłki nie poszły na marne i udało mi się dotrzeć do paru naprawdę interesujących informacji.

Pierwsze słowo, rallus aquaticus, okazało się być nazwą ptaka, którego normalni ludzie nazywają wodnikiem. Atlas ornitologiczny mówił, że jest to rzadki ptak spotykany głównie na bagnach, a z opisu jego wyglądu wywnioskowałem, że to części jego ciała zostały użyte do wykonania amuletu. W kontekście tej sprawy była to informacja na wagę złota, bo zawężało to obszar poszukiwań. Szczególnie, że ten pierzasty sukinsyn upodobał sobie bardzo wąski obszar polskich bagien.

Jeden z podręczników botanicznych pozwolił mi poszerzyć wiedzę na temat tojadu. Jak mówiłem, tojad był mi dobrze znaną rośliną, jednak tym, czego wcześniej nie wiedziałem był fakt, że bywał on wykorzystywany w staropogańskich rytuałach, głównie jako składnik niebezpiecznych wywarów. Wspomniany wcześniej grymuar podawał, że płyn z odpowiednio przygotowanym tojadem potęgował działanie klątwy. To mogło wyjaśniać fakt, dlaczego w ogóle udało się przyzwać tego porońca. Dodatkowo, podobnie jak wodnik, występował on na bagnistych i podmokłych terenach.

Najwięcej jednak czasu zajęło mi wyłowienie jakichkolwiek informacji na temat tego zjebanego linksmine. Kiedy w końcu trafiłem na pierwszą wzmiankę o nim, od walenia pięścią w stół już dawno zaczął boleć mnie nadgarstek. Aby uzupełnić informacje, musiałem posiłkować się jeszcze kilkoma innymi książkami, ale w końcu otrzymałem odpowiedź na moje pytanie. Od początku wiedziałem, że skurwiel, z którym miałem do czynienia, dysponował potężną mocą magiczną, jednak istota, która najprawdopodobniej była sprawcą całego zamieszania, mogła być zdolna do znacznie gorszych rzeczy.

I bynajmniej nie było tu mowy o żadnej wiedźmie

Łauma, bo o nią tu chodziło, była bardzo potężnym rodzajem demona żyjącym na bagnach i trzęsawiskach. Zwodził i topił każdego, kto zapuścił się na jego tereny. Zdarzało się, że w poszukiwaniu pożywienia pojawiał się w okolicach ludzkich osad, aby porywać dzieci oraz szerzyć choroby i niedolę. Linksmine, który tak napsuł mi krwi, to pas noszony przez demona, który, mieniąc się cudownym światłem, zwabiał wieśniaków głęboko w mokradła, gdzie następnie ginęli bez wieści. Czasami, gdy łauma opuściła swoje legowisko i przeniosła się gdzieś indziej, na opuszczonym przez nią terenie jeszcze długo potem odkrywało się potopione i rozszarpane trupy. Wiele z nich nadjedzonych i przeżutych jak tytoń. Ten konkretny rodzaj demona dysponował również niezwykle silną mocą magiczną.

Wszystko składało się w jedną całość. Uzdolniony magicznie demon wykorzystał środki dostępne w swoim otoczeniu, aby stworzyć potężny amulet i napełnić go potężną klątwą. Wiedziałem, że tylko, gdy się go pozbędę, zyskam pewność, że nikt inny nie zostanie przez niego skrzywdzony. Na szczęście wiedziałem już, gdzie szukać. Wspomniałem już, że w Polsce wodnik występuje na bardzo wąskim obszarze, praktycznie tylko w jednym miejscu. Pokopałem trochę i znalazłem właściwą okolicę. Byłem pewien, że miejscowi na pewno bez trudu wskażą mi drogę do lasu, w którym od pewnego czasu znikają ludzie. Miałem niezwykle dużo szczęścia. Gdyby łauma użyła do wyrobu medalionu pióra wróbla, musiałbym chyba przeszukać cały kraj.

Nie obeszło się jednak bez pytań. Na przykład co ta kurwa robiła tak daleko na południu? Ten rodzaj demona najczęściej nawiedzał Litwę, jedynie w wyjątkowych przypadkach widywany był w Polsce i to skrajnie północnej. Teraz mowa była o południowej części kraju, o rejonie, w którym plaga w postaci łaumy nie powinna się znaleźć. Co mogło skłonić ją do zapuszczenia się tak nisko? W głowie miałem tylko jedną odpowiedź na to pytanie — musiała być okropnie głodna, a co za tym idzie, wyjątkowo aktywna i agresywna.

Wszystko to dalej nie tłumaczyło, kto rozdawał wykonany przez demona amulet, jednak tym mogłem zająć się później. Najpierw trzeba było wyeliminować źródło problemu. Wstałem i wyszedłem z biblioteki. Wszedłem do pokoju obok i stanąłem przed moim arsenałem broni. Jeżdżąc wzrokiem z góry na dół zastanawiałem się, co ze sobą zabrać.

Zdecydowałem się podejść do tematu wyjątkowo poważnie również ze względu na księgi, które opisywały tego demona. Fragmenty poświęcone łaumie nie pozostawiały złudzeń, że było to zagrożenie, z którym naprawdę powinienem się liczyć. Przeczytałem tam, że młode łaumy już od samego początku swojego pobytu na ziemi są w stanie zabić rosłego chłopa i pożreć go całego w jeden księżyc. Nawet takim sztukom zdarzało się w przeszłości zabić guślarza, a niektóre z nich, te najstarsze i dysponujące najpotworniejszą siłą, miały być w stanie plądrować samemu całe wioski

Doskonale więc wiedziałem, że nie mogę traktować łaumy jak zwykłego demona. Tym bardziej, że miałem uzasadnione podejrzenia, że ta sztuka mogła być wyjątkowo aktywna, co na pewno szło w parze z niespotykaną agresją i siłą. Zapuszczenie się tak daleko w poszukiwaniu pożywienia mogłoby z kolei wskazywać na pewność siebie demona, na co najczęściej wpływało doświadczenie i zaawansowany wiek. W realnym scenariuszu postawiłem opcję, że łauma mogła być na tyle silna, aby rozpruć mnie na pół gołymi łapami i na tyle szybka, aby to zrobić, zanim zdążę choćby przeładować broń.

Jakkolwiek wielkim fanem bezpośredniej konfrontacji bym nie był, tym razem musiałem zrezygnować z tego planu. Skoro nie miałem nad nią przewagi fizycznej, to musiałem ratować się przewagą umysłową. Wiedziałem, że aby wygrać, muszę dziwkę przechytrzyć.

Nigdy wcześniej nie mierzyłem się z tym demonem, na szczęście udało mi się wyłuskać jeszcze trochę wartościowych informacji na jej temat. Mieszkająca w odizolowanych i ciężko dostępnych lasach czy bagnach, łauma wybierała sobie konkretne miejsce na gniazdo, gdzie wracała odpocząć i zregenerować siły. Mając to na uwadze, zdecydowałem się zabrać ze sobą potężną pułapkę na niedźwiedzie. Egzemplarz, którym ja dysponowałem, był wzbogacony w stalowy łańcuch i kołek, które przymocowane, na przykład do drzewa, uniemożliwiały ucieczkę z miejsca zdarzenia. Co więcej, same szczęki były wykonane, a jakże, ze stali galwanizowanej srebrem, co dodatkowo osłabiało uwięzionego demona. Taką pułapkę zamierzałem ustawić przed wejściem do leża demona. W taki sposób mogłem zyskać nad nim sporą przewagę, a z odrobiną szczęścia, sprawnie i szybko pozbawić życia.

Oczywiście drobna zmiana planów nie sprawiała, że rezygnowałem z mojego standardowego ekwipunku. Łopata, strzelba, toporek, zestaw ostrzy pochowanych, gdzie się tylko da. Poza tym kamienie lapis lazuli, sól, czosnek i woda święcona. Standardowy sprzęt przeciwko demonom. Łauma, pomimo sporej magicznej mocy, podobno raczej nie korzystała z niej w trakcie walki, jednak na wszelki wypadek wziąłem ze sobą także kadzidło. Spalanie bylicy, jałowca lub krowiego łajna i okadzanie się ich dymem dobrze chroniło przed zaklęciami i urokami.

Zarzuciłem sobie na ramię wypchaną po brzegi torbę i wyszedłem na zewnątrz. Usiadłem na motorze i odpaliłem silnik. Rozwinąłem mapę. W blasku porannego słońca przestudiowałem jeszcze raz drogę, którą zamierzałem pokonać. Jak wspomniałem, ptaka, którego pióro użyto do zrobienia przeklętego amuletu, od lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku do tamtych czasów zaobserwowano tylko w jednym miejscu. Oszacowałem, że dotarcie tam zajmie mi około trzech godzin, mimo że nie dzielił nas aż tak daleki dystans. Okolica była naprawdę wyludniona i musiałem liczyć się z tym, że drogi tam prowadzące od pewnego momentu mogły być całkowicie dzikie. Bez asfaltowej nawierzchni mogłem być zmuszony poruszać się wręcz na czuja.

Schowałem mapę i docisnąłem gaz. Pora skończyć, co zacząłem.

7

Szybko okazało się, że jakość ówczesnych dróg nie pozwoli mi tak szybko dotrzeć na miejsce. Finalnie w spodziewanym czasie trzech godzin ledwo przekroczyłem połowę dystansu. W dodatku po jeździe na chujowych i dziurawych jak sito drogach, na które bardzo szybko musiałem zjechać, dupa bolała mnie, jakby ktoś urządził sobie z niej worek bokserski. Co gorsza, mniej więcej wtedy w oczy zaczęła razić mnie czerwona kontrolka oznaczająca koniec wachy. Chcąc nie chcąc, musiałem się gdzieś zatrzymać. Mapa mówiła, że za kilka kilometrów będę przejeżdżał obok jakiejś wiochy, gdzie miała znajdować się stacja benzynowa. Trzymałem kciuki, żeby w drodze tam, od podskakiwania na górkach i wpadania w dziury, nie rozwaliło mi się zawieszenie, a moje obijające się o wnętrzności gówno nie wybiło mi w końcu zębów.

Kilkanaście minut później, dzięki Bogu w jednym kawałku dotarłem na miejsce. Była to niewielka biała stacja z pomarańczowymi elementami i wysokim znakiem z logiem „CPN” przy wjeździe na parking. Pod starym, blaszanym zadaszeniem były tylko dwa dystrybutory, z czego przy jednym stała wówczas stara Syrena. Była w słabym stanie, aż dziw, że właściciel o nią nie dbał. W końcu w tamtych czasach, jeśli chodzi o auta, nie można było sobie wybrzydzać. Właścicielem najpewniej był facet koło pięćdziesiątki, który palił papierosa kilka metrów dalej. Był brudny i zaniedbany dokładnie jak jego własny wóz.

Zatrzymałem motor przy dystrybutorze. Tam czekał na mnie młody chłopak w charakterystycznym granatowym uniformie pracownika stacji. Jego mina zdradzała charakter smarkacza, który, idąc do roboty, robił całemu światu łaskę. Chociaż mogła to być po prostu kwestia mojego negatywnego nastawienia do młodych chłopaków. I do nastolatków. Ogólnie do ludzi. Nigdy nie pałałem do nich sympatią. I wzajemnie zresztą.

— Za ile? — spytał pompier.

— Do pełna. — odparłem.

Zszedłem z maszyny i wysunąłem nóżkę, żeby nie wypierdoliła się na ziemię. Obok mnie usłyszałem głośny stukot, kiedy chłopak za pomocą specjalnej korbki wyzerował licznik na dystrybutorze. Młokos zagwizdał pod nosem, obrzucając mój motor pełnym wrażenia spojrzeniem.

— To japońska Honda, tak? — zapytał. — CB 750 jak widzę? Jaka seria?

— K7. — mruknąłem.

Młody spojrzał na maszynę, jakby pierwszy raz w życiu zobaczył cycki.

— To pewnie lejemy żółtą?

Skinąłem potwierdzająco.

— Skąd pan sprowadzał? Z RFN?

— Ze Stanów. — burknąłem.

Wziąłem portfel i przeszedłem przez betonowy placyk do kasjera w przeszklonej budce.

— Dzień dobry. Ile było? — zapytał.

— Dwadzieścia litrów żółtej.

— Dwieście złotych będzie.

Ździerstwo.

Chowałem resztę do kieszeni, kiedy podszedł do mnie ten brudas od Syrenki.

— Przypadkiem (ta, jasne) podsłuchałem pańską rozmowę z pompierem. Gratuluję tak wspaniałego motocyklu. — powiedział pokazując zniszczone zęby.

Zmierzyłem go wzrokiem, po czym schowałem portfel do kieszeni i podziękowałem krótko. Miałem już odchodzić, kiedy zobaczyłem, że budynek stacji przytulony jest do niewielkiej knajpy. Żarcie, w odróżnieniu do nazwy (U Grażynki), miało być tam najwyższej klasy, co obiecywały żółte naklejki na szybach. Poczułem, jak burczy mi w brzuchu. Od tej drogi zdążyłem już zgłodnieć. Może warto sprawdzić, co Grażynka ma do zaoferowania. — pomyślałem. Ruszyłem w kierunku knajpy, kiedy tamten mężczyzna znowu pojawił się obok mnie.

— Mało takich cacek jeździ po naszych drogach, a już tym bardziej w takich miejscowościach. — zauważył. — Mogę wiedzieć, co pana tutaj sprowadza?

— Nie. — warknąłem.

— Sprowadzenie takiego motocykla z Ameryki graniczy z cudem. Trzeba mieć do tego nie lada warunki. Nikt bez solidnych znajomości nie byłby w stanie tego zrobić.

— Książkę piszesz? — zapytałem ironicznie, nawet się nie zatrzymując. — Mam go skąd mam. I nie zamierzam nikomu załatwiać takiego samego. — dodałem mierząc go wzrokiem.

— Ależ oczywiście. — zgodził się, znowu zalewając mnie swoim nieświeżym oddechem. — Nie ma takiej potrzeby, zauważyłem, że ta pańska jest w doskonałym stanie. Zresztą znam się na rzeczy, wiem, że ten model wyszedł dopiero w tym roku. Dlatego chętnie odkupię pańską sztukę.

Prychnąłem lekceważąco i pokręciłem głową. Chyba go pojebało, jak myślał, że sprzedam mu moją „Czwórkę”, bo tak wówczas nazywano te modele Hondy. Szczególnie nie po tym, ile się namęczyłem, żeby ją tu sprowadzić.

— Zapłacę jak za nową. — przekonywał mnie.

— Goń się z takimi ofertami. — rzuciłem krótko. — Motor nie jest na sprzedaż i koniec kropka.

Otworzyłem drzwi do restauracji i wszedłem do środka. Na moje nieszczęście tamten poszedł w moje ślady.

— Twardy z pana biznesmen, muszę to przyznać. — powiedział, śledząc mnie do lady. — Ile taka nowa Honda kosztuje? Ze dwa tysiące dolarów? Czyli na złotówki tak realnie wyjdzie ponad dwieście tysięcy. Pewnie więcej, skoro sprowadzana zza oceanu. Znam kogoś, kto zwróciłby panu te koszty z nadwyżką. I to bardzo hojną.

— Spierdalaj. — rzuciłem, nie obracając się. Pani przy kasie spojrzała na mnie oburzona. — Nie do pani. — dodałem przepraszająco. Wyłożyłem pięćdziesiąt złotych na blat. — Dla mnie będzie pomidorowa, a na drugie te gołąbki z ziemniakami i kapustą kwaszoną. I kompot proszę. Reszty nie trzeba. — A ty — odparłem, obracając się w stronę tego lamusa — jak mówiłem, spierdalaj.

Minąłem go i usiadłem przy jedynym z wolnych stolików. Było ich zaskakująco mało jak na taką wyludnioną dziurę. Wyjąłem z kieszeni płaszcza moją mapę i rozłożyłem ją przed sobą. Zamierzałem jeszcze raz przyjrzeć się trasie, którą miałem jeszcze do pokonania. Miałem nadzieję znaleźć jakąś lepszą alternatywę na te kilometry, które jeszcze mi zostały. Jeszcze nie zdarzyło mi się walczyć z obitymi jajami, ale szczerze przekonany byłem, że to właśnie mnie czeka, jeśli nie przestanę jeździć po tych wszystkich wybojach. Nie muszę cię chyba przekonywać, że nie stawiałoby mnie to w korzystnej sytuacji. Szczególnie, że przeciwnik zdawał się być jednym z tych najwyższego kalibru.

Ledwo zdołałem odnaleźć wiochę, w której wylądowałem, a już krzesło naprzeciwko mnie odsunęło się.

— Moja cierpliwość się kończy. — warknąłem.

— Ta mojego przełożonego również. — stwierdził brudas. — A to nie jest człowiek, który dobrze zniósłby wiadomość, że przepuściłem okazję zakupu takiej sztuki.

Spojrzałem na niego morderczym wzrokiem znad rozłożonej mapy.

— Widzisz, ja za to nie jestem człowiekiem, który dobrze znosi zawracanie mi dupy. I robię się bardzo zły, kiedy ktoś odważa się to robić, szczególnie tak nachalnie jak ty.

Tamten uniósł obie dłonie do góry w obronnym geście i uśmiechnął się lekko.

— Być może źle zaczęliśmy naszą znajomość. W branży wołają na mnie „Młynarz”, chociaż panu zdradzę, tak po znajomości, że nazywam się Andrzej. Jestem częścią bardzo renomowanej spółki zajmującej się obrotem pojazdów zza granicy. Tak jak wspomniałem, mój szef…

— Czyli co, jesteście cinkciarzami?

— Raczej handlowcami. — poprawił mnie tamten.

— Czyli jak każdy cinkciarz. — stwierdziłem.

— Uczciwy cinkciarz to nie cinkciarz, tylko handlowiec.

— No pewno. — mruknąłem.

Do stolika podeszła niska i krępa kobieta w czerwonym fartuchu. Położyła przede mną plastikową tacę z moim posiłkiem. Cieplutkie jedzenie natychmiast przypomniało mi jak głodny byłem. Pominięcie śniadania jak zwykle nie było dobrym pomysłem.

— Dla mnie będzie to samo. — powiedział cinkciarz, zaglądając w mój talerz.

— O nie. — zaprotestowałem z mordą pełną rozgotowanego makaronu. — Chyba z byka spadłeś. Nie będziesz ze mną kondonie jadł i męczył mnie tymi swoimi ofertami. Spieprzaj stąd w podskokach albo ci zaraz pomogę. — krzycząc na niego, poplułem stół kropelkami zupy.

— Spokojnie, spokojnie. — tamten próbował załagodzić sytuację. — Nie musimy o tym rozmawiać podczas posiłku. Dajmy sobie czas.

— Nie będziesz jadł przy moim stoliku. — powtórzyłem.

Fakt, że byłem wtedy w miejscu publicznym powoli przestawał mnie obchodzić. Jeśli ten frajer zaraz nie zostawi mnie samego to przysięgam, że obiję mu mordę. — pomyślałem. — Ostatni raz się do licha ciężkiego powtarzam…

Tylko że ten cwaniaczek Andrzej już na mnie nie patrzył. Z otwartymi oczami gapił się na mapę, która nadal leżała rozwinięta na stoliku. Widziałem, że zainteresował go zaznaczony czarnym długopisem cel mojej podróży.

— Co? — burknąłem.

— To miejsce. Pan tam jedzie?

— Chuj cię to, złamasie. — znowu poplułem stół zupą. — Najpierw pytasz, czym jadę, potem, gdzie. Może jeszcze spytasz, gdzie zamierzam się odlać jak już tam dotrę?

— Lepiej tam nie jedź, człowieku. — powiedział, a w jego głosie nie było już śladu po dawnej pewności siebie. — Pewnie to jakieś nieporozumienie, ale jeśli rzeczywiście wpadło ci, to do głowy to lepiej to sobie daruj.

Czyżby on coś wiedział o tych bagnach?

— Co masz na myśli? — dopytałem.

— Musisz być z bardzo daleka, skoro nic nie słyszałeś. — stwierdził. — Cała okolica wie, że od tamtego miejsca każdy, komu życie miłe, trzyma się z daleka.

— Dlaczego?

Cinkciarz rozejrzał się dookoła, jakby bał się, że ktoś może nas podsłuchać. Upewniwszy się, że ludzie dookoła nas zajęci są swoimi sprawami, pochylił się lekko do przodu i odpowiedział ściszonym, przestraszonym głosem.

— Giną tam ludzie. Wchodzą tam i nie wracają. Grzybiarze, myśliwi, zwykli spacerowicze. Słuch zaginął po każdym, kto się tam zapuścił. Milicja wiele razy przeszukiwała tamten teren i zamiast rozwikłać tę zagadkę, tylko sami stracili kilku swoich. W końcu i oni rozłożyli ręce. Odgrodzili taśmą i drucianą siatką całe bagno wraz z otaczającym go lasem i zamknęli wszystkie śledztwa. Zwołali tylko konferencję prasową, żeby nawciskać rodzinom ofiar i okolicznym mediom, że potopili się wszyscy w tych moczarach, i od tamtej pory cisza.

Te pierwsze interesujące słowa, które padły z jego ust przerwała stara i brzydka kelnerka, która przyniosła jego obiad. Praktycznie rzuciła mu tacę przed mordę i odeszła nawet się nie oglądając. On kompletnie nie zwrócił na to uwagi. Spojrzał tylko w dół na jedzenie i zamarł tak w bezruchu, jakby próbował usłyszeć co mają mu do powiedzenia jego ziemniaczki z sosikiem. Wyrwałem go z tego umysłowego odrętwienia pstryknięciem palców.

— Pobudka. — zacząłem. Andrzej podskoczył w miejscu, jakbym rzeczywiście wybudził go z jakiegoś transu. — Nie zasypiaj, skoro akurat zacząłeś gadać z sensem. Mówisz, że w całość była zaangażowana milicja, która olała temat?

— Tak jest. — powiedział poważnym tonem. Od momentu zmiany tematu cała jego postawa zmieniła się diametralnie. — Coś z tym miejscem nie gra, każdy to wie, a ucieczka mundurowych tylko to potwierdza. Moim zdaniem próbują zamieść coś pod dywan.

Nie odpowiedziałem. Wychodziło na to, że łauma mogła mieć na koncie dużo więcej ofiar niż ta trójka sprzed kilku dni. Dokładnie tak jak się spodziewałem. Wychodziło na to, że moje ponure scenariusze były jak najbardziej słuszne. Przynajmniej mogłem się cieszyć z tego, że dobrze przewidziałem miejsce przebywania tej kurwy. W końcu aż do tamtego momentu jechałem w tamte strony trochę na słowo honoru.

Co do bezradności milicji, to akurat nie byłem zdziwiony. Żaden szary obywatel nie poradziłby sobie z wyzwaniem w postaci demona, tym bardziej takiego wyjątkowo krwiożerczego. Chociaż w jednym musiałem im pogratulować, w końcu odizolowali obszar, który z dużą dozą prawdopodobieństwa był terenem siły odpowiedzialnej za tę całą rzeź. Nie mówię, że kawałek drucika z taśmą powstrzyma wściekłą łaumę przed zmianą położenia, ale na pewno ograniczy liczbę zjebów chcących zakłócić jej spokój. Przestałem żałować, że ten ćwok Andrzej tak się do mnie przyssał. Ostatecznie udzielił mi kilku cennych informacji. Najważniejszą z nich było oczywiście potwierdzenie, że tam, gdzie jadę, faktycznie dzieje się coś złego, a tego nigdy zbyt wiele.

— A więc zabierasz się tam, tak? Naprawdę jedziesz właśnie w tamto miejsce? — dopytał z niedowierzaniem w głosie.

— Nie jesteśmy na ty, Andrzej. — powiedziałem ostrzegawczym tonem. — Lepiej trzymaj się tego „Pana”. A odpowiedź ciągle pozostaje taka sama, czyli gówno cię to powinno obchodzić. Zainteresowałeś mnie na chwilę swoją opowieścią, więc skończ swój obiad, a potem spadaj stąd wreszcie z łaski swojej.

— Dlaczego? — wypalił. — Czego można szukać w tak podłym miejscu? Po co wybierać się tam, gdzie ludziska giną? Detektyw pan jest? Czy samobójca?

— Zaraz będę zabójca, jak mi nie dasz spokoju. — warknąłem. Chociaż wątpię, żeby mnie zrozumiał, bo akurat przeżuwałem drugą połówkę mojego gołąbka.

Dokończyłem szybko, co mi zostało na talerzu i opróżniłem cały kompot kilkoma potężnymi łykami. Nie lubiłem jeść w pośpiechu, ale nie chciałem zostawać tam dłużej niż to było absolutnie koniecznie. Wstałem i skierowałem się w stronę wyjścia. Wtedy ten złamas złapał mnie za rękę, i zanim zdążyłem złamać mu za to nadgarstek, powiedział do mnie półgłosem kilka ostatnich słów.

— Tam naprawdę jest coś złego, wie to pan prawda? Coś bardzo mrocznego i bardzo, bardzo niedobrego.

Bał się. Gdy to do mnie mówił nie był już tylko spięty albo zaniepokojony. Teraz widziałem w nim tylko strach.

— Nie wiem co pana tam sprowadza i zdecydowałem, że nie chcę wiedzieć. — kontynuował. — Ostrzegam pana, aby się tam nie zapuszczać. Bóg mi świadkiem, że ostrzegam, że jak pan tam pójdziesz to skończysz pan w trumnie.

Wyszarpnąłem rękę z jego uścisku i odszedłem. Wyszedłem na zewnątrz i stanąłem w blasku słońca. Wziąłem głęboki wdech ciepłego, letniego powietrza. Jadę do przerażającego miejsca. — pomyślałem. — Czy tym razem również dopisze mi tyle szczęścia co dotychczas?

Czułem, że zbierają się we mnie nerwy. Nagle zrobiło mi się bardzo gorąco, zaschło mi w gardle, a dłonie zaczęły drżeć. Znowu to samo. Jak wspomniałem, w tamtym momencie już od dłuższego zacząłem doświadczać wiele negatywnych skutków, jakie ta branża wywołuje w człowieku. Niektóre trudności związane z pracą guślarza są mniej spektakularne niż walka na śmierć i życie, a niszczą człowieka w sposób jeszcze bardziej brutalny. Są to demony innego rodzaju, z którymi musi zmagać się każdy, kto miał szczęście przeżyć tak długo, jak ja. Każdy z takich „szczęściarzy” ma na to inny sposób. Mojemu ojcu pomagała w tym wódka, ja zaś od niedawna miałem coś o wiele lepszego.

Z papierośnicy wyjąłem zenkę i podpaliłem ją. Zamknąłem oczy i zaciągnąłem się głęboko kilka razy. Odetchnąłem z ulgą, gdy poczułem, że gromadzące się napięcie znika powoli. Znaczyło to, że zdążyłem.

Mój motor ciągle stał w tym samym miejscu, w którym go zostawiłem. Ślęczał też przy nim ten sam pompier, tym razem w towarzystwie innego pracownika. Ten ostatni, widząc, że idę w ich kierunku, odwrócił się w moją stronę i zaczął krzyczeć.

— Panie, przy dystrybutorze nie można parkować! Jeśli chce się pan zatrzymać na obiad, to trzeba zaparkować przed stacją, bo tu pan miejsce blokuje! Chwila… — tamten zmarszczył małe świńskie oczka. Rozszerzył je, jak tylko podszedłem bliżej, a on upewnił się, że jego ewidentnie kiepski wzrok go nie mylił. — Pan pali papierosa na stacji!? — wykrzyknął. — Powariował pan!? Proszę to natychmiast zgasić, tu jest benzyna!

Minąłem go i wsiadłem na motor. Prawym kciukiem za pomocą guziczka odpaliłem silnik, którego turkot zagłuszył pierdolenie tamtego faceta. Młody, który nalewał mi żółtej, zobaczywszy, jak odpaliłem maszynę, aż otworzył gębę z wrażenia. W tamtych czasach, kiedy standardem było odpalanie nogą, ja z moim guzikiem budziłem uzasadniony podziw. To był wtedy naprawdę rzadki widok.

Wypuściłem dym i ruszyłem z piskiem opon. Nie usłyszałem nic z tego, co tamten pierwszy za mną wrzeszczał, wiem tylko, że nie spodobało mu się to, co zrobiłem. Pierdol się. — pomyślałem. — Z nas dwojga to ja powinienem narzekać.

Ruszyłem w drogę do bagien.

8

Do teraz pamiętam tę akcję, jakbym pojechał na nią dziś rano. Nawet w zawodzie pełnym tak niecodziennych wydarzeń i brutalnej, piętnującej człowieka przemocy zdarzają się momenty, które szczególnie wyrywają się w pamięci. Straszne nawet wśród strasznych, potworne wśród potwornych, w chory i obrzydliwy sposób wyjątkowe. To była jedna z tych, pierwsza z wielu, które po latach zdecydowałem się opisać.

Druga część podróży minęła mi nieco szybciej. Myśli cały czas krążące wokół mojej rozmowy z tamtym krętaczem skutecznie znieczuliły mnie na panujące tam warunki drogowe. Dzięki temu już w mgnieniu oka znalazłem się przed wspomnianym w barze lasem. Przeciwnie do tego, co powiedział Andrzej, nie był on otoczony siatką, przynajmniej nie z tej strony, pod którą podjechałem. Mimo to wiedziałem, że jestem w dobrym miejscu.

Drzewa były wysuszone i jakby stare. Toczyła je choroba wysysająca z nich siły życiowe, pozbawiając je koloru oraz zdrowia i zostawiając po sobie nie więcej niż suche skorupy. To cud, że przy panujących wtedy temperaturach las nie zajął się ogniem. W jego ówczesnym stanie zjarałby się, jakby był zalany benzyną.

Ten widok sugerował oczywiście ingerencję demonicznych sił. Lasy zwykle nie wysychają na wiór w środku lata. Na pewno nie do tego stopnia. Odepchnąłem się lekko nogami i, turkotając cicho, ruszyłem z wolna wąską dróżką prowadzącą między drzewa. Głębiej sytuacja wyglądała identycznie jak z zewnątrz. Doszła do tego jedynie cisza. Nie słyszałem żadnych zwierząt ani ptaków, ani wiewiórek, ani niczego innego. Zupełnie, jakby wszystkie wyniosły się stamtąd gdzie pieprz rośnie, jak tylko okolicę szlag trafił. Nawet wiatr zdawał się odpuścić sobie penetrację tego miejsca, pozostawiając wyschłe liście na martwych gałęziach drzew.

Jechałem tak kilkanaście minut, dając się prowadzić staremu szlakowi lokalnych spacerowiczów. Chciałem podjechać na motorze jak najgłębiej byłem w stanie, zanim drzewa zaczną rosnąć zbyt gęsto, zmuszając mnie do zapieprzania z buta. Nagle, ku mojemu całkowitemu zaskoczeniu, ścieżka zakończyła się między dwoma zniszczonymi chatami. Z początku myślałem, że to stare leśniczówki albo coś w tym rodzaju. Objechałem je, a kilkadziesiąt metrów dalej znalazłem kolejne, tym razem znaczne więcej. Te były niemniej zaniedbane i zapuszczone, musiały być jednak czyjąś prywatną własnością. Miały ogródki, własne szopy na narzędzia, pozostałości po starych huśtawkach czy drewnianych konikach do bujania. Chyba do bujania, nie wiem, nigdy nie bawiłem się zabawkami. Chyba że liczyć nóż składany, który dostałem na czwarte urodziny, albo Berettę M1935, którą ojciec dał mi na siódme.

Poruszając się do przodu, opuściłem gęste drzewa i znalazłem się w maleńkiej miejscowości położonej przy zachodniej stronie lasu. Sądząc po jej stanie, podzieliła ona ten sam los. Wszystkie domy, kiedyś różne, teraz wyglądały niezwykle podobnie. Były jak trupy wykończone przez tę samą infekcję. Miały ściany tak brudne, że chyba nawet muchy brzydziłyby się na nich siadać, a żółta trawa z nieskoszonych trawników rosła tak wysoko, że sięgała aż do niechlujnych framug zapyziałych okien. Nad smętnymi dachami i posępnymi koronami drzew było niebo, szare i mroczne z granatowymi chmurami blokującymi jakiekolwiek światło.

I to powietrze. Zatęchłe i ciężkie, jakbym zamiast obok lasu był w niewietrzonym od dawna pokoju. Wiedziałem, jak rozpoznać nawiedzone miejsce, takie dotknięte złem i chorobą. Od razu byłem pewien, że to jedno z takich. Byłem przekonany, że to miejsce musi być opuszczone i to już od jakiegoś czasu. Jego stan jasno dawał mi do zrozumienia, że nikt nie mógł tam mieszkać. I dobrze, to znacząco ułatwiało mi pracę. Jeśli nikt nie plątałby mi się w pobliżu, walka z tą kurwą powinna być nieco łatwiejsza.

To właśnie niedaleko stamtąd, kilka kilometrów na północny wschód od wioski, zaobserwowano wiele lat wcześniej ptaka wodnika. Musiałem jak najszybciej znaleźć to miejsce i wprowadzić w życie mój plan. Zamierzałem zrobić z opuszczonej wioski moją bazę wypadową podczas ostatnich przygotowań do roboty.

Zsiadłem z motoru. Wypadałoby się nieco rozejrzeć, może któraś z tych chat nie trzymała się aż tak źle, jak wszystkie wyglądały. Dokładne poznanie terenu i odnalezienie miejsca pobytu łaumy mogły mi zająć nawet kilka dni, do tego czasu wolałem nie nocować pod gołym niebem. A kto wie, może w środku znalazłbym coś interesującego, co rozjaśniłoby mi, co dokładnie spotkało poprzednich lokatorów?

Pozaglądałem w kilka okien i doszedłem do wniosku, że większość domostw została opuszczona raczej w pośpiechu, zostawiając w tyle wszystko, co nie było absolutnie niezbędne do przeżycia. Po pokojach walały się porozrzucane ubrania, a na kuchennych blatach dalej stały garnki pełne wtedy już kompletnie zepsutego jedzenia. Coś jednak nie dawało mi spokoju. Z zewnątrz chaty wyglądały, jakby zostały opuszczone wiele lat temu. Całe zniszczone, pokryte grzybem, mchem i grubą warstwą brudu. Jednak ich wnętrza znacząco odbiegały od tego nieciekawego wizerunku. Żadne nie wyglądało na opuszczone przez dłużej niż kilkanaście miesięcy, część mogła być zamieszkana jeszcze na początku tamtego roku, a przypomnę, że był wtedy dopiero środek lata.

Co zatem sprawiło, że z zewnątrz wyglądały kilka razy starzej, niż sugerowało to wnętrze? Czy to mogła być sprawka jakiegoś złego uroku czy klątwy, która ewidentnie spowijała to miejsce?

Jeden dom szczególnie przykuł moją uwagę. Nie był tak zaniedbany jak reszta. Albo raczej wyglądał równie mizernie, ale ktoś nieudolnie starał się doprowadzić go do względnego porządku. Brudne okna były trochę bardziej przezroczyste, syf na ścianach był jakby nieco mniej czarny. Podszedłem bliżej, aby lepiej obejrzeć to nietypowe dla tego miejsca znalezisko. Kiedy zajrzałem do środka, zobaczyłem ogień tlący się w niewielkim kominku.

— Nie wszyscyśmy wyjecholi. — odezwał się głos po mojej prawej.

Szybko odwróciłem się w tamtą stronę, zaciskając rękę na uchwycie łopaty. Pod niską, umierającą jabłonią na małej ławeczce przed domem siedział drobny staruszek. — To na reumatyzm. — odrzekł. — Ciepłe szmaty łagodzą ból. Starość nie oszczędzo nikogo, o nie. — pokręcił smutno głową. Dziadyga mówił dziwną gwarą, nie pamiętam dokładnie, jaką. Wszystko, co mówił, będę pisał jak zjeb, żeby jakoś oddać ten jego dziwny zwyczaj.

Wyprostowałem się i puściłem broń. Czyli jednak ktoś tu został. — pomyślałem. Po tym, co zobaczyłem nie sądziłem, że zastanę tu kogokolwiek żywego.

— Byłem pewien, że to miejsce jest opuszczone. — powiedziałem.

Staruszek zaśmiał się krótko.

— Jok kożdy, kto ostotnimi czosy do nos trofił. A nie było tokich wiele, proszę mi wierzyć.

— Co się tu wydarzyło?

— O na co to jośnie ponu wyglonda? — odparł, rozglądając się po okolicy.

Potarłem dłonią pokryty twardą szczeciną podbródek.

— Na robotę potężnego demona. — odpowiedziałem, nie patyczkując się.

Dziadek zmierzył mnie czujnym wzrokiem.

— Pon tu nie przypodkiem przyjechoł. Widoć to było od rozu. — westchnął głęboko. — Jo też mówił, że demon. Czy inne diobelstwo z piekła. — splunął na ziemię. — Tokie rzeczy się tu dzioły, że jak Boga kochom innego wytłumoczenia ni ma. Oni oczy nie widzioły oni uszy nie słyszoły tokich potworności, proszę mi wierzyć. Cuś bordzo złego opętoło to miejsce.

— Będę potrzebował szczegółów. — powiedziałem. Skoro stary nadal tam mieszkał, to prawdopodobnie posiadał wiele cennych informacji o tym, co się tam odpierdalało. Bogatszy o jego wiedzę mogłem zyskać przewagę w mojej przyszłej konfrontacji z demonem.

Staruszek westchnął.

— Usiondź pan, powim wszystko co wim. — zrobiłem co kazał. — To już wiele miesięcy będzie, no pewno ponad rok. Dokłodnie ni pamiętam. Zaczęło się niewinnie, psy niespokojne bliżej lasu się robiły, ktoś w nocy kroki przed chatą słyszał. Innemu kuro zniknęła czy dwie. To, co się czasem ludziskom na wsi przytrofia. Potem się gorzej cholero zrobiło. W nocy jęki jakieś zza linii drzew zaczęły dochodzić, a ludzie, co zbyt głęboko się w los zapuścili, przestali do chałup wrocać. A on som, los w sensie, zworiowoł jakby. Ponury się zrobił, jokby cołe szczęście z niego ulecioło. — odwrócił się ode mnie i kaszlnął mocno kilka razy. Splunął obrzydliwie żółtą flegmą i kontynuował. — Potem zoczęły się szerzyć choróbska. Goronczki, zopolenia płuc, no wszystko. Kilko tygodni minęło, a tu tyle chłopa podło, że co druga chota pusta stoła. Na końcu — tu wyraźnie posmutniał — zoczęły znikać mołe dzieci. Wieczorem motki kłodły je do kołyski, a rono ich już nie było. A tej nocy, gdy któreś znikało, śród drzew unosił się nie jęk, a śmiech. Tok obrzydliwy, że… — dziadek wzdrygnął się. Zobaczyłem jak po policzku popłynęła mu łza. Otarł wilgotne oczy i spojrzał na mnie. — Ni wim, czego pon tu szuka, ole naprowdę rodzę zowrócić. Tutoj zło zwyciężyło downo temu.

Milczałem przez jakiś czas. To co mówił ten człowiek, przerażające dźwięki z lasu, choroby, zaginięcia ludzi i dzieci — wszystko się zgadzało z wiedzą, którą ja sam zgromadziłem na temat działania łaumy. Aby upewnić się, z czym miałem do czynienia, musiałem zapytać jeszcze o jedno.

— Mówił pan, że ci, co weszli za daleko do lasu znikali. Gdzie dokładnie?

Popatrzył na mnie zdziwiony.

— Ni rozumim.

— Czy znikali w całym lesie, czy tylko w jego części. Na przykład w pobliżu bagien.

Oczy mężczyzny rozszerzyły się.

— Skond …

Wstałem.

— Czy został tu ktoś jeszcze?

Tamten podrapał się po łysinie.

— Zostoł Wójcik z najstorszym synem, Komińska, co się storom motkom zojmuje też. No i toka kobieta młoda do tego, co ona nowa w okolicy jest, wylecioło mi z głowy jej nozwisko…

— Proszę zebrać ich wszystkich u siebie. Od dzisiaj dla bezpieczeństwa będziecie spać w jednym domu. Weźcie broń i jedzenie, a wszystkie okna zabijcie deskami. Wrócę przed nocą.

Potem odszedłem.

— O-ole… co pon mówi!? — zdumiał się staruszek. — Dloczego?…

— Macie być gotowi o zmroku. — rzuciłem przez ramię.

Amulet z piórem ptaka mieszkającego tylko w okolicy, wzmocniony efektem tojadu, który najchętniej rośnie na bagnach. Starucha dająca mi znać, że te dwa elementy zostały połączone w jedno przez groźnego demona, który kryje się pod tajemniczą nazwą linksmine. W domu odkrywam, że tym tajemniczym drapieżnikiem dosłownie z piekła rodem jest łauma, demon wyjątkowo niebezpieczny i standardowo ściśle terytorialny.

Było gniazdo na bagnie i w pobliżu ludzi, były ofiary ginące niedaleko terenu demona, były choroby atakujące okolicznych mieszkańców. Dzieci ginące z kołysek niestety również. Wszystko co odkryłem sam, czego dowiedziałem się parę dni temu od starej i co zdradził mi przed chwilą jeden z ostatnich mieszkańców wioski, składało się w jedną całość.

Teraz, gdy byłem już bardziej niż pewny tożsamości istoty odpowiedzialnej za to całe zamieszanie, mogłem zacząć przygotowywać się do jej sprzątnięcia. Pełne wilgoci i niepewnego gruntu mokradła nie były idealnym miejscem na walkę na śmierć i życie, mimo to naprawdę ufałem, że mój plan mógł się powieść. Wiem, że aż nosi cię, żeby go poznać, ale spokojnie, wszystko w swoim czasie. Nie bądź taki kurwa w gorącej wodzie kąpany, a wszystkiego się dowiesz.

Na razie, aby upewnić się, że jego realizacja faktycznie się powiedzie, musiałem zawczasu znaleźć leże demona. Nie tracąc więc czasu, ruszyłem w stronę lasu.

9

Udałem się na zachód, idąc zniszczoną, wiejską drogą. Po kilku minutach dotarłem do miejsca, gdzie zaczynał się las. Tam też dojrzałem ogrodzenie wspomniane mi w restauracji przy stacji benzynowej. Od razu zauważyłem, że w jednym Andrzej znacząco minął się z prawdą. Siatka wcale nie była taka licha, jak ją opisał. Ten nachalny frajer mówił coś o taśmie milicyjnej i siateczce z drutu i owszem, obie te rzeczy faktycznie tam były, ale bynajmniej nie były to zwyczajne środki ostrożności. Biało-czerwona taśma owinięta była wokół wysokiej siatki z zasiekami, wykonanej z grubego stalowego drutu, który, co zaskoczyło mnie najmocniej, został poddany procesowi galwanizacji.

Galwanizacja w tym przypadku oznaczała pokrycie stalowego druta cienką warstwą srebra próby 999. Było to srebro w jego najczystszej postaci, bardzo plastyczne i miękkie, a zatem idealne do takiej roboty. Milicja musiała wiedzieć, że to, co grasowało w tamtym miejscu nie pochodziło z naszego świata. A jednak porzucili to miejsce w popłochu zaraz po postawieniu płotu, licząc zapewne, że ten uwięzi w lesie to, co w nim zamieszkało. Tchórzliwe skurwysyny. Byłem gotów założyć się, że nawet nie spróbowali wezwać na miejsce prawdziwego fachowca. Poza mną było ich w Polsce jeszcze kilku. Choć w kompetencje niektórych szczerze wątpiłem, na pewno nawet najgorszy z nich wiedziałby, że taki płot nie zdoła zatrzymać potężniejszego demona.

I dokładnie to stało się w tym przypadku. Ogrodzenie ze stali i srebra zostało sforsowane z pomocą potwornej siły, doszczętnie rozerwane pazurami, a jego druty wygięte we wszystkie strony. W miejscu brutalnego ataku srebro sczerniało, co nadawało mu jeszcze tragiczniejszego wyglądu. Zaśniedziałe srebro nie traciło mimo wszystko swoich właściwości.

Podszedłem bliżej. Drut miał na oko z pięć milimetrów. Solidna robota. Sól parzy, srebro osłabia — to chyba pierwsza rzecz, którą przekazał mi ojciec, kiedy zaczął przyuczać mnie do zawodu. Najczystsze srebro jest tak skuteczne, że od samego dotyku słabsze demony momentalnie padają na ziemię, zbyt osłabione, by nawet kiwnąć rogatym łbem. Tymczasem łauma rozpruła siatkę, jakby była z papieru klejonego na ślinę.

Niemniejszą grozę budził las rozciągający się za nią.

Zniszczony ciężką chorobą budził we mnie pewną litość, a jednocześnie niepokój. Był jak umęczony trędowaty, który, skrajnie wycieńczony, ledwo trzyma się życia i który przez swój stan stanowi również poważne zagrożenie dla otoczenia. Im bardziej choroba się rozwija, im bardziej trawi i osłabia nosiciela, tym niebezpieczniejszy staje się on dla ludzi wokół. Przykry paradoks, którego idealny przykład widziałem przed sobą. Nie było opcji, żeby w środku dychało jeszcze jakiekolwiek zwierzę.

Podszedłem do jednego z drzew. Pokryte było dziwnym, śmierdzącym i żylastym grzybem, a z kilku miejsc na pniu wypłynęła zakrzepła już obrzydliwa biało-żółta substancja. Podobne objawy, jak i wiele innych, mogłem zaobserwować na sąsiednich drzewach. Łauma nie truła jedynie ludzi, ale całe środowisko. Stojąc oko w oko z tamtym miejscem, każdy nerw w ciele krzyczał, żebym stamtąd spierdalał. Ludzki instynkt często potrafi wyczuć złe miejsca i zapalić nam w głowie czerwoną lampkę ostrzegawczą. Mój odpalił w tamtym momencie prawdziwy alarm bombowy.

Nie dziwota zresztą. Bardzo rzadko stawałem naprzeciwko demona, który samą swoją obecnością potrafiłby wysuszyć cały las. Takie sztuki stanowiły bardzo odosobnione przypadki. Wielu guślarzy ginie z rąk słabszych demonów, nigdy nie mając okazji stanąć z takim w szranki. Nie żeby mieli z nim jakiekolwiek szanse.

Wyjąłem główkę czosnku z kieszeni i odłamałem z niej dwa ząbki. Wrzuciłem je sobie do gęby i mocno rozgryzłem. Nie byłem pewien, czy czosnek zadziała, w żadnej z moich ksiąg nie odnalazłem informacji o słabościach tej jędzy. Miałem nadzieję, że jako słowiański demon zachowywała ona te wspólne dla reszty jej plugawego rodzaju. Przeżuwając sięgnąłem po piersiówkę. Golnąłem z niej potężnie, po czym wylałem sobie resztę na głowę. Chociaż byłem patriotą to nie wódka była w środku, ale niezbędna do ochrony woda święcona. Wziąłem do ręki duży krzyż, który wisiał na mojej szyi i odmówiłem szybką modlitwę.

— Luctor et emergo. — szepnąłem i wszedłem między zarośla.

Według mapy, idąc prosto przed siebie, powinienem był za niecałą godzinę dotrzeć do bagien. Mały zegarek na moim nadgarstku mówił, że do zachodu miałem jeszcze dużo czasu. Bogu dzięki, że dni były wtedy tak długie, inaczej moje zadanie byłoby dużo trudniejsze.

Głębia lasu wyglądała nawet gorzej niż jego zewnętrze. Do zniszczonych i godnych pożałowania drzew doszła wysuszona i jałowa ziemia oraz zatęchłe powietrze. Jednak największą różnicą była cisza. Nie to, żeby w lesie na co dzień odbywały się głośne koncerty czy inne gówna, nie, ale tamta cisza była zupełnie inna od tej, która zazwyczaj w nich panuje. Niby okolica zawsze jest spokojna, ale nie zatrzymuje się całkowicie. Tutaj zawieje wiatr, tam jakieś zwierzę złamie gałązkę, gdzie indziej zaśpiewa ptak. Nietrudno wdepnąć w mrowisko czy w srakę jakiegoś zajączka. Tamtego dnia było inaczej. Cisza tam panująca była tak dojmująca, że idąc mogłem słyszeć przyśpieszone bicie własnego serca. Był to zupełnie nienaturalny nastrój, jakby cały ekosystem zamarł w bezruchu. Albo umarł.

Parłem przed siebie, cały czas czujnie i ostrożnie stawiając kroki, bezustannie rozglądając się w około. Minęło dziesięć minut, dwadzieścia, czterdzieści. Dopiero po takim czasie odkryłem pierwsze zwierzęce ciało. Leżało pod złamanym dębem. Było ogromne, całe czarne i zgniłe, rozerwane na pół, razem z drzewem, pod którym leżało. Jedno uderzenie zakończyło życie ich obojga. Szybko zbadałem zwłoki i doszedłem do wniosku, że należały one do młodej samicy niedźwiedzia brunatnego. Ważyła nie więcej niż sto kilogramów, to nie znaczyło jednak, że siła, która odebrała jej życie, zdawała mi się mniej potworna. Wręcz przeciwnie, zabić niedźwiedzia, i to jednym ciosem, było przerażającym popisem potęgi niezależnie od jego rozmiarów. Szczególnie, że uderzenie złamało jeszcze drzewo za zwierzęciem. Człowiek uderzony z taką mocą wyleciałby w powietrze w kilku kawałkach, tworząc pod sobą krwawy deszcz.

Wstałem i ruszyłem dalej. Krok miałem żwawy, więc szybciej, niż zakładałem, doszedł do mnie zapach mokradeł. Mocno czuć było wilgotną ziemię czy gnijące w błocie rośliny. I siarkę. Mocniej niż zwykle czuć było nieprzyjemny zapach siarki. Schowałem się za drzewem i wychyliłem się. Szare trzciny, ogromne, wodniste kałuże i błoto jak okiem sięgnąć.

Gdyby tylko udałoby mi się namierzyć gniazdo łaumy, mógłbym to łatwo wykorzystać, zyskując nad nią ogromną przewagę. Jednak kurwa pewnie to wiedziała. Mogła zaczaić się gdzieś w głębi bagien, tam, gdzie naprawdę ciężko byłoby ją znaleźć. Musiałem się pośpieszyć, jeśli chciałem mieć szansę odszukać jej gniazdo przed zachodem. Szedłem powoli, uważając, gdzie stawiałem stopy. Dzięki solidnym i wysokim butom mogłem zanurzyć się w wodzie po łydki bez ryzyka pomoczenia się.

Demony są raczej nocnymi stworzeniami, jednak nie mogłem zapominać, że ludzie znikali tam również w samym środku dnia. Roztropnie było założyć, że ten demon bywał aktywny przez całą dobę, mogąc wyleźć z nory o każdej porze. Była to kolejna cecha demonów tego najwyższego szczebla. Bez elementu zaskoczenia moje szanse na zwycięstwo wyraźnie malały. Modliłem się, aby dziwka była wtedy pogrążona w głębokim śnie.

Minuty mijały, a przez odór siarki było już ciężko oddychać. Z żalem odkryłem, że nie całe życie wyniosło się z okolicy. Ważki wielkie jak kolibry latały mi nad głową, a komary bez przerwy przypominały, czemu tak ich nienawidzę. Dodatkowo co jakiś czas widywałem porozrzucane fragmenty zgniłego mięsa i kości pełnych białych i tłustych larw. Mogłem się jedynie domyślać, czyje to szczątki, zwierząt czy może ludzi.

Prąc przed siebie, w końcu natrafiłem na bezsprzeczny ślad po ludzkiej ofierze łaumy. W brudnej wodzie pływał męski but, skórzany i wysoki. Bliźniaczo podobny do moich. W środku dalej znajdowała się oderwana stopa właściciela. Przeszukałem okolicę w poszukiwaniu reszty tego nieszczęśnika. Dość szybko trafiłem na pozostałe części jego ciała.

Leżał twarzą w dół na mokrej ziemi, tak, że do pasa znajdował się w wodzie. Jego lewą rękę znalazłem pod pobliskim drzewem, drugiej nie udało mi się odnaleźć. Tak samo jak sporej części jego prawego boku, urwanej lub odgryzionej części głowy i kilku innych fragmentów jego ciała. Masakrując tego biedaka musiała rozrzucić je tak daleko, że nie byłem w stanie ich odszukać. Przynajmniej chciałem to sobie tak tłumaczyć, dobrze bowiem wiedziałem, która opcja była bardziej prawdopodobna.

Pożarła je. Zabiła go i zjadła części jego mięsa i skóry. Wygryzła je i połknęła razem z kośćmi.

Wyjąłem zenkę z papierośnicy i zapaliłem ją drżącymi rękoma. Zabiję ją. — pomyślałem. — Poślę tę dziwkę do piekła, chociażbym miał tam trafić razem z nią.

Sądząc po stopniu rozkładu, nieboszczyk leżał tam już bardzo długo. Zaciągnąłem się głęboko i obróciłem jego ciało na plecy. Dźwięków i zapachów temu towarzyszących nie da się przyrównać do niczego innego. Na samo wspomnienie o nich nadal dreszcz przebiega mi po karku. Od panującej tam wilgoci ciało zrobiło się obrzydliwie miękkie i gąbczaste. Czułem, że moje palce lada chwila przebiją się przez tkankę i zanurzą w całym tym gównie rozkładającym się pod spodem. Odór rozkładu dopadł mnie nagle z taką mocą, że niemal powalił mnie na ziemię.

Na szyi denata zobaczyłem to, co spodziewałem się tam znaleźć. Z żalem urwałem wiszący na jego szyi krzyż świętego Benedykta. Był to nieśmiertelnik z wyrytymi na nim egzorcyzmami, mający chronić noszącego przed złem. Popularny był przede wszystkim wśród egzorcystów, ale niemniej chętnie nosili go także guślarze. Ci drudzy ryli na jego odwrocie swoje nazwiska, żeby w razie tragedii, łatwiej można było zidentyfikować ich ciała.

„Gurliński. P”

Nie znałem tego człowieka. Nie zdziwiło mnie to za bardzo. Wolałem chodzić swoimi drogami, więc nie trzymałem się z innymi guślarzami. Ponad politykę przyjętą przez większość, wybrałem własną wolność i niezależność. Pod spodem widniała data jego narodzenia:

„19.02.1955”. Młody był. — pomyślałem.

Pewnie zawiódł go brak doświadczenia. Dzieciak nie mógł się spodziewać, jak wielkie zło czyha w tamtym miejscu. Zgaduję, że było już za późno, gdy zdał sobie z tego sprawę. Młody nigdy nie powinien był tam trafić.

Schowałem nieśmiertelnik do kieszeni. Postanowiłem później zgłosić to do odpowiednich organów. Wiedziałem, że gdy już położę łaumę trupem, będzie można wydobyć stamtąd wszystkie szczątki i oddać je rodzinom do godnego pochówku. Zamierzałem dopilnować, żeby nikt nie zapomniał, kto jako pierwszy przybył na pomoc okolicznym mieszkańcom.

Ponownie zacząłem przeczesywać mokradła w poszukiwaniu jakiegokolwiek śladu po gnieździe demona. Szukałem czegokolwiek — więcej zwłok, śladów krwi, śladów pazurów, a nawet woni szczochów czy świeżej sraki (tak, demony też srają). Wszystko na próżno. W końcu, gdy słońce miało już zachodzić, zdecydowałem się dać już sobie spokój.

Nic z tego. — pomyślałem. — Prędzej dostanę jebanej malarii niż trafię na to gniazdo.

Postanowiłem wrócić tam rano, kiedy na poszukiwania będę miał znacznie więcej czasu.

Gdy już miałem wracać do wioski, nagle zobaczyłem coś pływającego w wodzie obok mnie. Dziwny, pomarańczowy patyk wystawał znad tafli wody, wyróżniając się barwą wśród ponurego otoczenia. Zmarszczyłem brwi. Co to, do cholery, znaczy pomarańczowy patyk? — pomyślałem. — Nie ma pomarańczowych patyków. Jakiś śmieć może? Patyczek od lizaka na przykład. Ale w takim miejscu?

Podszedłem bliżej. Przedmiot zdawał się być przyczepiony do szarobrązowej kupki gówna z jakimiś dwoma innymi patyczkami poniżej.

Ja pierdolę. — pomyślałem.

To ptak. To, co jak ostatni idiota wziąłem za „pomarańczowy patyk”, było wyjątkowo cienkim i długim dziobem, „kupka gówna” była pierzastym ciałem, a „dwa inne patyczki” to nóżki. Wyjąłem biedaka z wody i obejrzałem go uważnie.

Wodnik. Nie miałem wątpliwości. Był trochę nadgryziony przez robaki, ale nie przeszkodziło to w jego rozpoznaniu. Leżał tam długo, bardzo długo, na szczęście nikt go nie zjadł. W końcu próżno tam było szukać drapieżników, a wątpiłem, aby łauma zainteresowała się tak małą zdobyczą. Może i nie znalazłem kryjówki tamtej suki, ale miałem za to kolejne potwierdzenie jej obecności tam. Tego nigdy za wiele.

Trzymając ciało wodnika, wpadłem na pewien pomysł. Chyba już wiedziałem, jak ogarnąć, kto stał za dystrybucją przeklętych amuletów. Urwałem jedno piórko wodnika i schowałem do kieszeni. Resztę jego ciałka wyjebałem gdzieś w krzaki. Pomimo szacunku, jakim darzyłem i wciąż darzę zwierzęta, noszenie napęczniałego od gazów truchła ptaka w kieszeni napawało mnie obrzydzeniem.

Z pomocą słońca odnalazłem wschód i żwawym krokiem wróciłem do wioski. Było już późno. Ostatnie promienie słońca znikały za horyzontem, powoli zalewając całą okolicę w upiornej ciemności. Musiałem się śpieszyć. Łauma lada chwila miała się obudzić.

10

Zgarnąłem szybko swój motor i podjechałem nim pod płot staruszka. Ciężką torbę zarzuciłem sobie na ramię i ruszyłem w stronę drzwi. Z tego co widziałem, okna faktycznie były zabite deskami. Bardzo dobrze, widocznie stary miał trochę oleju w głowie. Zapukałem stanowczo. Usłyszałem szybkie kroki i po chwili drzwi otworzyły się na oścież. Za nimi stał siwiejący mężczyzna około pięćdziesiątki, z nogą od stołu gotową do ataku. Za nim stał drugi, młodszy i również uzbrojony w byle co. W tyle, zza ściany na końcu korytarza łypała na mnie para przestraszonych, kobiecych oczu.

Wszedłem do środka, przeciskając się między nimi.

— Zamknijcie drzwi. — rzuciłem za sobą. — Zaraz przyjdzie noc.

Salon wyglądał jak każdy wiejski dom w tamtych czasach. Drewniana podłoga pokryta wytartym linoleum, stara meblościanka, stół z ceratą w jakieś fioletowe kwiaty. Wokół niego stały cztery obite denną tapicerką krzesła, a pod oknem stał obskurny tapczan z zarzuconym na niego kocem. Całość oświetlona była sporymi świecami porozrzucanymi po całym pomieszczeniu. Nic specjalnego, oczywiście jeśli nie licząc wychudzonej krowy siedzącej z boku i przeżuwającej leniwie jakieś zielsko.

— Co tu, kurwa, robi krowa? — zapytałem wskazując na zwierzę. Jej oczy wlepiły się we mnie, jakby zrozumiała, że wspomniałem właśnie o niej.

— To ostotnia sztuka we wsi. — powiedział stary. — Nie mogliśmy jej zostowić somej. Już od jokiegoś czosu Boba śpi z nomi pod jednym dochem.

Zwierzę wlepiało we mnie niespokojny wzrok. Jej wątłe mięśnie napięły się, a ogon podniósł się sztywno do góry.

— Co ona taka przestraszona? — zapytała jedna z kobiet, podchodząc do… Boby. Widząc u jej boku staruszkę na wózku domyśliłem się, że była to Kamińska.

— Każdy jest? — zapytałem gospodarza, starając się nie patrzeć w tamtą stronę.

— Ono. — potwierdził. — O co pon w tym plecoku niesie?

Przeliczyłem na szybko wszystkich. Kamińska z matką była, jedna młodsza kobieta też, ojciec z synem i stary gospodarz również. Dobrze.

Ignorując jego pytanie, podszedłem do stołu i położyłem na nim torbę. Rozpiąłem ją i wyjąłem ze środka wszystko, co ze sobą przywiozłem. Gdy to robiłem, nikt z obecnych nie odezwał się nawet słowem. Jedynie gospodarz podszedł do mnie wolno i zajrzał mi przez ramię. Gdy zobaczył zawartość torby, sapnął głośno i przeżegnał się. Jako starszy człowiek ze wsi musiał domyślać się, co i czemu tam przyniosłem.

Piętnaście kilogramów soli w słoikach, dziesięć kamieni lapis lazuli, dwadzieścia główek czosnku, dodatkowo kilka srebrnych krzyży, spory baniak wody święconej i duże kadzidło z przygotowanymi w metalowych pojemniczkach ziołami do palenia.

— Każdy niech weźmie krzyż. — nakazałem.

Nikt się nie poruszył. Każdy wpatrywał się we mnie z końca pokoju z szeroko otwartymi oczyma, jakbym właśnie kazał im zeżreć własne gówno. Ten wzrok był mi bardzo dobrze znany, jednak wciąż niesłychanie mnie wkurwiał. I choć w życiu bym się do tego nie przyznał, trochę smucił.

— Która część polecenia była niezrozumiała? — warknąłem.

— Czy to konieczne? — zapytała Kamińska, zerkając to na stół, to na moją strzelbę.

— Absolutnie nie jest to konieczne. — odparłem, patrząc jej w oczy. — Jednak, jeżeli chcecie dożyć świtu, nalegam na spełnianie moich wskazówek. — rozejrzałem się po pozostałych. — Chcecie robić po swojemu, proszę bardzo, jednak niestosowanie się do moich poleceń może nas wszystkich wiele kosztować. Wraz z nadejściem nocy ze swojego legowiska wyjdzie potężny demon. Przywłaszczył sobie waszą wioskę na część swojego terytorium i wiedząc, że znajdzie w niej resztki ostatnich mieszkańców, będzie was szukał. Nie ma tu dużo chat do sprawdzenia, więc możecie być pewni, że w końcu tu trafi. Do tego czasu musimy zabezpieczyć dom albo on wedrze się do środka, a wtedy biada nam wszystkim.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 51.26