DEBIUT
Kazimierz Chmielek
Rok 1968 — 1969
Wspomnienie
luty 1968 r.
Ach, moja najdroższa ze wszystkich Elżbietko,
posłuchaj piosenki, która może złączyć nas
o chwilach spędzonych w uroczym miasteczku,
o wspomnieniach tak pięknych jak kwiat.
Czy pamiętasz tę małą alejkę w zaciszu
i ławeczkę, na której siedzieliśmy co zmierzch
ja czule głaskałem wysmukłe twe ręce,
a ty nie mogłaś powstrzymać swych łez.
Gdy księżyc zza chmury wychylił się pyzaty,
ja wziąłem Cię za rękę i poszliśmy dalej już,
gdy doszliśmy do naszej byłej małej chaty,
w zaciszu został tylko krzaczek róż.
Więc żegnaj najmilsza ze wszystkich Elżbietko,
przypomnij mnie sobie tą piosenką z tamtych dni,
może los okaże się dla mnie szczęśliwy,
że wrócisz na zawsze do mnie Ty.
Moja królewna
październik 1968 r.
Królewno z moich marzeń,
wreszcie spotkałem cię
i teraz pójdziemy razem
w krainę wiecznych snów.
O takiej właśnie marzyłem,
o takiej po nocach śniłem
i przyszłaś do mnie Ty,
moja piękna królewno.
Nie odchodź moja droga,
zostań przy mnie na zawsze,
bo moje serce go reje
i nie wytrzyma bez Ciebie.
Moja królewna jest najpiękniejsza,
ma długie włosy, oczy piwne,
na prawym policzku dwa miłe pieprzyki.
ja bardzo kocham tę dziewczynę.
Nie odchodź moja droga,
zostań przy mnie na zawsze,
bo moje serce go reje
i nie wytrzyma bez Ciebie.
Krótka radość
styczeń 1969 r.
Nadszedł piękny dzień grudniowy,
w którym wreszcie spotkałem cię
miałem uczucie, że nic nas już nie rozłączy,
gdy po tak długim czasie rozstania
znów przytuliłaś do mnie się.
Byłem wtedy taki szczęśliwy, wesoły,
lecz bałem się, czy to nie sen,
a gdy ty znów objęłaś mnie swym ramieniem,
poczułem w sobie jakby lęk.
Czułem się przy Tobie najspokojniej,
gdy gładziłaś swą dłonią po włosach mnie
i wpatrywałem się w ciebie śpiącą, nie wierząc,
że po tylu miesiącach jednak spotkaliśmy się.
Lecz czas upływa tak szybko,
wszystko co dobre krótko trwa,
gdy odprowadzałaś mnie na dworzec główny,
za chwilę miała pozostać za mną mgła.
I nagle rozległ się stukot kół,
nadeszła ostatnia chwila pożegnania,
w oczach Twych zobaczyłem perliste łzy
i bardzo zapragnąłem z Tobą pozostania.
Kochanie wybacz, to było niemożliwe,
musiałem wtedy opuścić cię,
lecz muszę Ci się przyznać szczerze,
w pociągu jak dziecko rozpłakałem się.
Byłem bardzo zmęczony,
więc położyłem się do snu, l
lecz długo miałem twój obraz przed oczami,
do zobaczenia kochanie, mon amour.
Żartem o prawdziwej miłości
styczeń 1969 r.
Historia, która się zdarzyła,
jest prawdziwa i miła,
opowiada o miłości dwóch osób,
a dwóch serc w szczególności.
Jemu było na imię Kazek,
był chłopcem wesołym, lubił się pośmiać i „pogwarzyć”
ona piękna niczym kwiat róży,
nie lękała się nawet najstraszniejszej burzy.
Ta piękność miała na imię Ela,
była smukła i dowcipna jak „Karuzela”,
poza tym miała dwa pieprzyki na liczku,
o Boże, co za brednie ja piszę w tym wierszyczku.
Poznali się przypadkowo w szkole,
ale nie myślcie sobie, że przy jednym stole,
ona mu przypadła do serca
i od tego czasu dąży do ślubnego kobierca.
Spotyka się z nią prawie wszędzie,
w domu, na ulicy, nawet w pocztowym urzędzie,
ona darzy go za to prawdziwą miłością,
miłością, którą darzy ją też on ze wzajemnością.
Zaczęli chodzić ze sobą w maju,
kiedy to bzy ślicznie zakwitają,
kiedy ławki wieczorem w parkach są pełne,
a „parki” kochają się jak młode gołębie.
Poza sobą nie widzieli nikogo więcej
i z dnia na dzień kochali się coraz goręcej,
miłość ich była tak szczera i cicha,
państwo wybaczą…
ale nie potrafiłbym tego napisać bez tęgiego kielicha.
Ona gładziła jego krótkie blond włosy,
a on zrywał jej z drzew kasztanowych… kokosy,
gdy jemu stała się kiedyś jakaś krzywda,
ona zaraz drżała jak zziębniętemu ptaszkowi skrzydła.
Tak mijały tygodnie i miesiące,
a oni żyli płomienną miłością i gorącym słońcem,
nawet w najsroższe dnie zimy
on jej zastępował ciepły puch pierzyny.
Tak nam się tu dobrze bajdurzy i gada,
a tu do pieca węgla podłożyć wypada,
bo gdy ogień nam w piecu zgaśnie,
nie będzie można dokończyć tej pięknej baśni.
Otóż Kazek z Elą naprawdę żyli i żyją,
chodzą ze sobą długo, lecz się kochają, nie biją,
za parę lat odbędą się u nich śluby i chrzciny,
na które was też na pewno zaprosimy.
Wagary
styczeń 1969 r.
Kiedy rano sobie zaśpię
z łóżka nie chce mi się wstać
wtedy myślę o wagarach
żyję z nimi za pan brat.
Bo gdy sroga zima trwa
człowiekowi chce się spać
i gdy ciepła jest pierzyna
cóż mi zrobi wtedy zima.
Gdzie by to się komu chciało
iść do szkoły w taki czas
może zerwać się zawieja
i przeziębię się zaraz.
Bo gdy sroga zima trwa
człowiekowi chce się spać
i gdy ciepła jest pierzyna
cóż mi zrobi wtedy zima.
Ale kiedy słonko grzeje
zaraz robi się weselej
wróble dają mi też znać
że do szkoły… po co gnać?
Bo gdy wiosna już nadchodzi
po co mi do szkoły chodzić
lepiej ścieżką w góry gnać
niźli w szkole dwóje zbierać.
Śnieg topnieje wszędzie
robi się goręcej
ptaki na drzewach śpiewają
i wiosnę w ten sposób witają.
Bo gdy wiosna już nadchodzi
po co mi do szkoły chodzić
lepiej ścieżką w góry gnać
niźli w szkole dwóje zbierać.
A gdy przyjdzie czerwiec ciepły
kiedy szkołę kończyć czas
wtedy nie wagary w głowie
lecz poprawka drugi raz.
Dwie miłości
luty 1969 r.
Miłość. Okrutna, bezlitosna, a jakże piękna.
Miłość głucha, bez wyznań, czasami krucha.
Miłość szalona, szczera. Ta przy mym boku.
Miłość, miłość — to słowo ginie w słów innych potoku.
Jakaż ona jest w istocie?
Czy ta piękna, czy ta skryta,
uchodząca w sromocie.
Ja nie o tych piszę poemat,
lecz o tych najcichszych, skrytych,