E-book
4.1
drukowana A5
32.7
Czas martwych liści

Bezpłatny fragment - Czas martwych liści

Zielona Rewolucja tom 1


3.5
Objętość:
243 str.
ISBN:
978-83-8155-164-9
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 32.7

zielona rewolucja

niezwykle szybki przyrost plonów pszenicy w latach 60. XX w., który w decydującym stopniu ograniczył groźbę głodu na subkontynencie indyjskim oraz w międzyzwrotnikowych i podzwrotnikowych regionach Azji, Afryki i Ameryki Południowej;

Encyklopedia PWN

Niniejsza opowieść nie ma z tym absolutnie nic wspólnego.

PROLOG

Świsnęły cicho strzały wypuszczone z łuków. Po lewej stronie ktoś jęknął i padł, ale Gren nie zdążył zauważyć kto. Myśli w jego głowie biegły z zawrotną szybkością, a on biegł jeszcze szybciej po zdradliwie śliskiej, pocącej się rosą trawie. Daleko za nim, nad wzgórzami, płonęło zachodzące słońce. Daleko przed nim również coś płonęło, zapewne wioska. Obok gnali pozostali, za nimi elfy. Co jakiś czas przystawały, naciągały łuki i trafiały.

Gren pomyślał, że wyglądają jak uciekające króliki, nie jak wycofujące się wojsko. Podobno jakość żołnierzy można poznać po sposobie, w jaki ustępują pola… No cóż. Jaka była Ósma Armia, każdy widział. Nawet kiedy stała w miejscu.

Ktoś z głuchym łomotem zwalił się na ziemię.

Pod stopami zachrzęścił gruz. Z półmroku wyłonił się szczerbaty labirynt niskich murów. Bogowie jedni wiedzą, co tak gęsta zabudowa robiła w szczerym polu i bezpośrednim sąsiedztwie warownej twierdzy, ale skoro już się tu znalazła, mogła okazać się ich ostatnim ratunkiem. Gdyby tak jeszcze ostatnim wysiłkiem zwiększyć nieco dystans, skoczyć za mur i przylgnąć do ziemi w jego cieniu… Może nie zauważą?

Świsnęły strzały. Ktoś upadł.

Gren przyspieszył, choć nie sądził wcześniej, że jest jeszcze do tego zdolny. Wiedział, że jeśli zatrzyma się nawet na moment, nie będzie już mógł podjąć próby ucieczki, i nie potrafił się zdecydować na tak ryzykowny ruch. Z drugiej strony, z każdą sekundą rosło prawdopodobieństwo, że któryś z elfów obierze go na cel. Przeskoczył dwa zauważone w ostatniej chwili schodki i przemknął pod łukiem bramy, gdy czyjeś ręce chwyciły go za ramię i mocno szarpnęły w lewo. Przejechał po mokrej trawie co najmniej dwa metry, odwrócił się na plecy i uniósł na łokciu. Dostrzegł niewyraźny zarys postaci siedzącej obok, opartej o mur. Druga, znacznie lepiej widoczna, przykucnęła przy wyjściu, by wciągnąć biegnącego za Grenem żołnierza. Ściągnęła jeszcze trzeciego, po czym zbliżyła się do swego towarzysza.

Gren usiadł, błądząc dookoła nieprzytomnym wzrokiem. Dyszał ciężko, szybko, jak zmęczony pies; żebra zdawały się zaciskać na jego płucach niczym wielkie, kościste palce. Obok przebiegło jeszcze kilka osób, by zniknąć raptownie w ciemnych zakamarkach ruin.

Kimkolwiek byli ich wybawcy — było ich sporo.

Zbliżył się do ściany i ledwo, ledwo wychylił głowę ponad krawędź. Elfy zatrzymały się zdezorientowane. Nie lubiły walczyć w ciasnej przestrzeni, w zwarciu. Optymalna odległość prowadzenia działań bojowych to była dla nich odległość strzału z łuku.

— Wyłaźcie, tchórze! — zawołał jeden dość czystym wolantańskim. Okrzyk nie przyniósł żadnego rezultatu, czemu w sumie trudno się dziwić. Jeśli którykolwiek uciekinier poczułby w sobie dość odwagi, by spełnić żądanie, zdecydowanie nie był tchórzem — a więc nie było ono kierowane do niego. Ale tylko ktoś równie roztargniony jak Gren mógł się teraz nad tym zastanawiać.

Usłyszał cichy szmer i poczuł ciepły oddech na karku. Obrócił głowę.

— Myślisz, że nas znajdą? — zapytał słabo. Być może było to tylko łudzenie, ale zdawało mu się, że w ciemności dostrzegł czyjeś zęby, wyszczerzone w bardzo szerokim uśmiechu.

— Znajdą, znajdą — odparł głos; cichy, ale stanowczy. — Już my się o to postaramy…

Coś w jego tonie sprawiło, że Grenowi serce podskoczyło do gardła. Na chwilę zawładnęło nim nie do końca uzasadnione, ale silne i cokolwiek przerażające przekonanie, że właśnie trafił z deszczu pod rynnę.

Któryś z elfów podszedł bliżej i wychylił się przez krawędź. Gren zobaczył nad sobą jego oczy, błyszczące w twarzy ocienionej hełmem. Człowiek obok niego gwałtownie szarpnął rękę w górę, nadziewając elfa na ostrze sztyletu. Chwycił go za kark i przerzucił przez mur. Druga postać nawet nie drgnęła. Spojrzała na ciało i podrapała się po nosie, dziwnie znudzona, zupełnie jakby znała już na pamięć przebieg tej potyczki. Zamienili ze sobą kilka słów, ale tak cicho, że Gren nie zrozumiał ani jednego. Sięgnęli po przyczepione do swych pasów małe, lekkie kusze i naciągnęli je, załadowali pociski i przyczaili się przy dwóch końcach muru. Gren zbliżył oko do swojego punktu obserwacyjnego.

Elfy zbiły się w ciasną grupę i rozpoczęły burzliwą naradę. Być może — te przypuszczenia Gren opierał na ich sugestywnej gestykulacji — planowały strzelać wysoko w górę, tak, by opadające pionowo strzały godziły w ukrywających się ludzi. To zapewne uniemożliwiało jakiekolwiek celowanie, ale miał przeczucie graniczące z pewnością, że elficcy łucznicy potrafią strzelać w ten sposób. I trafiać

Obok Grena szczęknął zwolniony mechanizm kuszy, a najbliższy elf zwalił się na ziemię w pół słowa. W odpowiedzi chmara strzał ze zgrzytem prześliznęła się po kamieniach, wgryzła się w ziemię lub odfrunęła daleko w niebo, ale kusznik, przytulony barkiem do muru, ani drgnął. Drugi bełt wyleciał z prawej strony i rzucił przeciwnika w tył. Kolejnych Gren już nie liczył. Przypadł do ziemi, gdy elfy odpowiedziały rojem strzał, przecinających powietrze nad jego głową. Kiedy odważył się unieść wzrok, mógł oglądać tylko ich plecy.

Nie widział, co zatrzymało ucieczkę. Usłyszał tylko niezrozumiałe krzyki i brzęk stali, a zaraz potem najbliższy strzelec, ten przy bramie, porzucił kuszę i wybiegł z nagim mieczem w dłoni. Z prawej wyskoczył kolejny, a z lewej jeszcze dwóch, włączając się w wir walki. A Gren z szeroko otwartymi oczami i fascynacją na twarzy przyglądał się starciu. Nagle spłynęło na niego opamiętanie. Do cholery, jesteś żołnierzem, czy nie?!

Podciągnął się na murku, przeskoczył na drugą stronę, zacisnął palce na rękojeści miecza i szybkim, płynnym ruchem wysunął ostrze.

Elfy broniły się w kręgu, plecami zwrócone do siebie. Gren zaatakował pierwszego z brzegu, tnąc z rozmachem od góry. Klinga przejechała z chrzęstem po szabli przeciwnika. Spróbował jeszcze zaatakować z boku, a chociaż i to uderzenie zostało zablokowane, jego impet wystarczył, by ugiąć ramię elfa i zadrasnąć bok. Raniony zachwiał się i cofnął o pół kroku, a odzyskawszy równowagę wzniósł ostrze do ciosu, którego już nie zdążył zadać.

Gren wyszarpnął miecz z jego trzewi i zwrócił się do kolejnego elfa, nim jednak zdążył cokolwiek zrobić, przeciwnik był już martwy. Upadając, odwrócił się na wznak, ukazując lotki bełtu między łopatkami. Gren rozejrzał się za następnym, lecz żadnego już nie było.

Schylił się, wytarł głownię o elfi płaszcz i schował broń. Po polu walki kręciło się sześć osób. „Tylko tyle?”, pomyślał z konsternacją. Podczas ucieczki nie liczył elfów, ale dałby głowę, że było ich co najmniej trzydziestu. Z tego, co widział wcześniej, mógł wywnioskować, że w mroku kryje się jeszcze kilku kuszników — to wciąż niezły wynik. Panowało ciche, niemrawe zamieszanie. Ktoś do kogoś mówił, ktoś kogoś dobił, ktoś odwrócił butem czyjeś ciało. Ktoś stanął przed Grenem, położył mu dłoń na ramieniu i powiedział:

— Miło, że zechciałeś pomóc.

Rozpoznał ten głos. Teraz był bardziej przyjazny, pozbawiony zaciekłości i mściwego zabarwienia. Gren nie był nawet do końca pewny, czy to nie miała być drwina. Niewykluczone, że powinien tam usłyszeć raczej coś w rodzaju: „jak miło, że zechciałeś nam pomóc w ratowaniu ci tyłka”.

— Tak — pomyślał na głos — Elfy znalazły właśnie to, co powinny były znaleźć.

— Poeta? — zaśmiał się tamten. — Ale walczysz nieźle, więc może jeszcze coś z ciebie wyrośnie.

Zdjął rękę z jego ramienia i cofnął się o kilka kroków.

— Wszyscy do mnie! — zawołał, chociaż niezbyt głośno. „Dowódca?”, zastanawiał się Gren, podczas gdy zza murów wyłoniło się jeszcze czterech strzelców, a po nich, powoli i niepewnie, towarzysze broni Grena. Zostało ich siedemnastu. Jego wzrok wyłowił z mroku najbardziej znane mu sylwetki Orta i Milona. Pozostałych przyjaciół nie potrafił rozpoznać. Może nie żyli.

Przygryzł wargę. Szkoda, że miał okazję zabić tylko jednego elfa.

Kobieta z długim, grubym warkoczem podeszła bliżej. Jedną kuszę miała zawieszoną przy pasie, tak jak pozostali strzelcy, drugą podała dowódcy.

— Co z nimi, Rag? — zapytała. — Zostawiamy ich tu?

— Myślę, że musimy zabrać ich ze sobą do kryjówki i pozostać tam przynajmniej przez godzinę. Przebiegli tak blisko wieży, że z pewnością pobudzili wszystkich wartowników. Dopiero zachodzi słońce. Mamy mnóstwo czasu, nie musimy się spieszyć.

— Jak chcesz — zgodziła się kobieta. Pozostali pokiwali głowami.

Nie zachowywali żadnego zwartego szyku, ale dwie osoby oddaliły się na boki, a jedna na tył kolumny. Tajemniczy wybawiciele szli z przodu, za nimi wlókł się oddział wybawionych, wyczerpanych długim biegiem. Gren próbował przebić się na początek pochodu. Nikt mu w tym nie przeszkadzał, nikt nie kazał iść ze swoimi. Szczerze mówiąc, nikt nie zwracał na niego uwagi, nawet nie starali się przyciszyć głosu, gdy on pojawiał się obok. A wypowiadali kwestie, które aż prosiły się o odrobinę konspiracji.

— Mówiłem ci, Rag: przyjdźmy za dwa miesiące, a niewiele nas ominie! — wołał poirytowany wielkolud, z rękojeścią potężnego miecza sterczącą nad prawym barkiem. — Wiedziałem, że to oblężenie będzie tak wyglądać.

— Oblężenia zwykle tak wyglądają — trzeźwo zauważył mężczyzna, którego wcześniej Gren wziął za dowódcę.

— Nie, to jest znacznie gorsze. Podobno król pokłócił się ze swą zacną małżonką i teraz nie chce wracać. Mówię wam, będzie tu siedział aż do zimy.

— O, jeżeli poróżnił się z nią, to właściwie może już zacząć przenosić tu stolicę! — dorzucił ktoś inny.

Grupa zarechotała radośnie, ale Rag skrzywił się tylko.

— Moim zdaniem raczej próbuje nauczyć Gorota dowodzenia wojskiem — stwierdził. — Nie bójcie się, nie będziemy siedzieć na północy do zimy. Za dwa tygodnie zabraknie żołnierzy.

Salwa śmiechu. Tym razem jedynie Grenowi nie było wesoło.

— Chyba nawet wcześniej — dodał ktoś — Dzisiaj wkopali się jak ostatnie osły. Relację kronikarską będą wystawiać w kabarecie.

Gren spuścił głowę. Faktycznie, wkopali się jak osły. Ale jakim osłem trzeba być, by w ten sposób obrażać króla i jego syna?

— Gorot rzeczywiście nie zna się na prowadzeniu wojny, ale nie jest głupi — zaoponował Rag. — Ale już lekcji dowodzenia dla Simusa to Wolantia chyba nie przetrwa…

— No właśnie — wielkolud podjął swój śmiertelnie ważny wątek. — Rezultat wojny zależy od dowódców, a oni w większości są wybierani za nazwisko, nie na podstawie umiejętności. A potem oblężenia tak wyglądają.

Rag poklepał go pocieszająco po plecach.

— Na szczęście ten biedny kraj ma jeszcze nas.

Gren zwolnił trochę, usilnie próbując wymyślić, kim mogą być ci ludzie. Bardziej przypominali bandytów niż żołnierzy. Każdy był inaczej ubrany i uzbrojony. W dodatku było ich tak mało, że nie mogli tworzyć żadnej jednostki wojskowej i wyglądało na to, że obóz mają swój własny, zupełnie gdzie indziej niż reszta wojsk.

Ostatnie przypuszczenie szybko się potwierdziło. „Obóz” był raczej niedużą kryjówką. Znajdował się nadal na terenie ruin, na południowy wschód od miejsca potyczki. Gdyby nie musieli w pogłębiającym się mroku kluczyć wśród rumowisk i gdyby spieszyło się im choć trochę bardziej, mogliby dotrzeć do niego w trzy minuty. Ta część zabudowań była lepiej zachowana i niektóre pomieszczenia miały wszystkie cztery ściany, a nawet część sufitu. Rag i jego podwładni weszli do jednego z nich.

Wnętrze kryjówki mocno zaskoczyło Grena. Przede wszystkim spodziewał się zobaczyć więcej ludzi. Co najmniej tylu, by mogli razem tworzyć samodzielny oddział. Tymczasem było ich dokładnie troje.

Pod przeciwległą ścianą rozstawiono kilka niewielkich namiotów. Na środku klepiska płonęło ognisko. Być może podpalone przez elfy wioski utwierdzały ich w przekonaniu, że źródła tej wątłej smugi dymu nikt nie znajdzie, a może ewentualność, że zostanie dostrzeżona, wcale Raga nie przerażała. Ale noc była stosunkowo ciepła i każdy — nawet, jeśli nie rozgrzała go szaleńcza ucieczka przed oddziałem elfów — mógł się bez ogniska obejść.

W blasku płomieni siedział mały chłopaczek, zajęty, zdaje się, klejeniem lotek do bełtów pod okiem siwego, brodatego mężczyzny. Starzec miał na nosie te szklane, poprawiające wzrok kółka, które Grenowi kojarzyły się z lekarzami oraz wszelkimi innymi rodzajami ludzi mądrych i uczonych. Nie spotkał ich w swoim życiu zbyt wielu.

Trzecia osoba ujawniła się dopiero po chwili. Gren usłyszał u góry jakiś szmer, zadarł głowę, uważnie obejrzał nieciekawy sufit, wzruszył ramionami, a potem odskoczył gwałtownie i upadł na ziemię, gdy tuż obok niego wylądowała młodziutka, drobna dziewczyna.

— Wybacz! — Uśmiechnęła się przepraszająco i wyciągnęła rękę. Przyjął jej pomocną dłoń, chociaż wstał w zasadzie o własnych siłach. A kiedy już był na nogach, dotarła do niego nader oczywista, ale i na swój sposób oszałamiająca myśl, że znajduje się bardzo blisko dziewczyny. Był od niej dużo wyższy, więc musiała mocno zadzierać głowę. Ciepły, aksamitny blask ogniska oświetlał połowę jej twarzy, drugą skrywając w głębokim cieniu. Miała krótkie, czarne włosy, trójkątny podbródek i wielkie oczy, mroczne i głębokie jak górskie jeziora.

— Diana, masz wartę! — głos Raga otrzeźwił żołnierza. Rzeczywistość nagle się wyprostowała. Oczy dziewczyny były po prostu czarne, a blask ogniska mógł być mniej lub bardziej jaskrawy — w ostateczności miękki — ale z pewnością nie aksamitny.

— Romansowanie zostaw na później — dodał.

— Wcale nie romansuję! — oburzyła się dziewczyna. — Pomagam mu wstać!

Dowódca zmierzył Grena uważnym spojrzeniem, od stóp do głowy i z powrotem.

— Już stoi — ocenił. — Wracaj na wartę.

— Dobrze, dobrze! — poddała się ona (Diana? Lub jakoś podobnie…). — Chciałam się tylko dowiedzieć, jak wam poszło, i czy nikomu nic się nie stało. — Wywróciła oczami. — A ty od razu robisz awanturę!

— Gdyby było co opowiadać, to bym się do ciebie pofatygował i opowiedział.

— Ach, szkoda sił waszej wysokości na tak banalne sprawy! — żachnęła się. — Jego wysokość pewnie zmęczony, chciałam mu tylko ulżyć w obowiązkach.

Rag uśmiechnął się krzywo.

— Wredna smarkula.

— Zrzędliwy dziad.

Dziewczyna odwróciła się na pięcie i zręcznie wspięła na dach. A Gren znów się zadumał. Gdyby ktoś go teraz zapytał, o czym myśli, nie potrafiłby odpowiedzieć. Chaotyczne, wyrwane z kontekstu wspomnienia krążyły po jego ociężałej głowie, ledwo muskając świadomość. Powoli układały się w wątłe logicznie konstrukcje, jednakże gotowe zwalić się z hukiem, gdy przyłączy się do nich choćby jeden niepasujący element.

Jak na razie nie doszedł do żadnych wniosków. Jego wybawcy zachowywali się tak, jakby każdy z nich był tu oficerem. To oczywiście nie tłumaczyło, co robi grupa oficerów z dala od obozu i swoich żołnierzy, ani jaką rolę pełnią tu kobieta oraz dwójka nieletnich. Szczerze mówiąc, brodacz też nie wyglądał na wojownika…

— Nieźle cię trafiło, chłopie! — Rag gwizdnął z uznaniem.

— Przepraszam — powiedział Gren dość niepewnie, bo nie wiedział w sumie, za co przeprasza.

— Za co? — zdziwił się mężczyzna. — Mniejsza z tym. Jak się nazywasz?

— Gren Tarnit — zawahał się. — Panie.

— Zostań tu na chwilę. Chcę z tobą porozmawiać. — Zniknął gdzieś wśród swoich ludzi.

Gren rozejrzał się dokoła, by potem zwyczajnie usiąść tam, gdzie stał, na trawie. Po jego karku zaczął pełzać — niby robak — zimny niepokój.

Rag wrócił po chwili, niosąc dwa blaszane kubki, z których jeden podał Grenowi. Żołnierz przyjął ten poczęstunek lekko zdezorientowany, bo zaczął już postrzegać siedzącego naprzeciw mężczyznę jako kogoś wyższego stopniem. Uznał jednak, że — jakiekolwiek by tu nie panowały zwyczaje — zaskoczenia nie należy wyrażać na głos. Z doświadczenia wiedział, że każdy dowódca ma swoje dziwactwa. Na przykład nie toleruje rudych lub bardzo wysokich, albo uwielbia grać w karty i każe chłostą podkomendnych, gdy przyłapie ich na posiadaniu kości. W takich przypadkach szukanie sensu i wytykanie braków w logice podchodzi pod zapędy masochistyczne.

Gren podziękował i zbliżył kubek do twarzy. Zawartość nie przypominała żadnego znanego mu napoju. Była bezbarwna, lecz mętna i jakby matowa. Miała charakterystyczny, mocny zapach alkoholu. Jakby wódka, ale z dodatkiem czegoś dziwnego. Albo z czegoś dziwnego zrobiona.

— Co to? — zapytał i pociągnął pierwszy łyk.

— Woda z arszenikiem.

Zakrztusił się i wypluł wszystko, tworząc w powietrzu malowniczą fontannę.

— No, masz! — Rag ze śmiechem uderzył się otwartą dłonią w udo. — Zupełnie zapomniałem, że ty nie wiesz, co to jest arszenik.

Gren podniósł na niego nierozumiejący, struchlały wzrok.

— Byliśmy kiedyś w Burunii — Rag upił łyk ze swojego kubka. — I tak się złożyło, że uratowaliśmy życie jednemu uczonemu. Tam się o kimś takim mówi „alchemik”. Poczęstował nas wymyślonym przez siebie trunkiem, który nazywał Szarewik, a może Raszenit… No właśnie, okazało się, że żadne z nas nie było w stanie tego poprawnie wymówić, o zapamiętaniu nie wspominając. Po długiej i burzliwej dyskusji zdecydowaliśmy, że dla dobra naszych języków i klarowności przekazu będziemy to nazywać arszenikiem, bo mocne jak cholera.

Gren nie za bardzo wiedział, jak to skomentować, więc spuścił głowę, a kubek podniósł do ust.

— Rzeczywiście mocne — wykrztusił. Czuł się tak, jakby przed chwilą przełknął papier ścierny.

— To wersja rozcieńczona — poinformowała go Diana, pojawiając się nie wiadomo skąd i siadając przy lewym ramieniu dowódcy.

Na dźwięk jej głosu Gren uniósł szybko głowę i napotkał rozbawione spojrzenie dziewczyny. Zaczerwienił się lekko. Nie był pewny, czy to zauważyli, ale na wszelki wypadek znów utopił wzrok w zawartości kubka.

— Co ja ci mówiłem na temat… — zaczął gniewnie Rag.

— Moja warta się skończyła — pospieszyła z wyjaśnieniem Diana — dokładnie dwie minuty temu.

— Aha — mruknął dowódca ponuro, tak jak to robią ludzie, gdy starannie zebrali w sobie całą złość i rozdrażnienie, a okazję sponiewierania drugiej osoby nagle szlag trafił. Zwrócił się do Grena:

— Powiedz, żołnierzu, co was tu do nas przygnało?

— Elfy, panie — rzekł z powagą Gren, nie podnosząc głowy. Był tylko prostym szeregowcem, nikt nie powierzał mu ważnych informacji i tajemnic. Ale i tak miał problemy z oceną, co i komu można zdradzić.

Rag roześmiał się i odłożył na trawę pusty kubek.

— Nie powiesz, co?

— Nie. — Czuł, że jego upór jest śmieszny. Jak nieustępliwość zapomnianego dzieciaka z biednego przedmieścia, który nie pozwala zabrać bochenka chleba, co się przed chwilą stoczył ze straganu. Bo przecież to nieładnie tak kraść.

— A teraz powiesz? — Drobny, ale ciężki przedmiot wylądował na jego kolanach i ześlizgnął się na ziemię. Gren delikatnie ujął w dwa palce szczerozłotą klamrę w kształcie trzech złączonych szeregowo gwiazd — i prawie upuścił ją z powrotem. Popatrzył na Raga, potem na przedmiot, potem znów na Raga, jakby w tym lśniącym chłodno złocie i uśmiechającym się kpiąco wojowniku dostrzegł nagle szokujące podobieństwa.

— Jesteś, panie, generałem? — spytał tępo. Zupełnie mu się to nie mieściło w głowie. Generałów było dziesięciu: czterech z racji tego, że byli królewskimi synami, inni jako przedstawiciele wielkich, wpływowych rodów lub wybrani za szczególne zasługi i biegłość w prowadzeniu wojny. Rag nie wyglądał na żadnego z nich.

Nie był ani wysoki, ani szczególnie niski, gruby ani chudy. O ile oczywiście dało się to ocenić, gdy siedział w pełnym rynsztunku. Miał krótki zarost, twarde rysy, duży orli nos. Proste, ciemne włosy zapewne sięgałyby karku, gdyby nie były związane z tyłu głowy. Grube, nisko osadzone brwi, lekko przymrużone oczy i niewielkie źrenice okolone tęczówkami o intensywnej barwie piwa sprawiały, że jego wzrok chciało się określić jako „przenikliwy”. Być może decydowały o tym też pewne inne cechy: spokojne ruchy gałek ocznych albo układ zmarszczek na czole. A być może ten wzrok naprawdę był przenikliwy i po prostu dało się to zauważyć.

Mężczyzna był ubrany na czarno. Nawet kolcza koszula bez rękawów była ciemna i matowa. Nosił duże buty o zaokrąglonych czubkach, pokryte skorupą błota. Do pasa miał przytwierdzony miecz o prostym, pozbawionym zdobień jelcu.

Wyglądał na osobę, której nie obchodzi, jakie sprawia wrażenie. Ale na generała na pewno nie wyglądał.

— Ciężko uwierzyć, co? — wykrzywił mocniej usta. — Jestem bardzo wyrozumiałym człowiekiem, więc wcale tego od ciebie nie wymagam. Musisz tylko robić to, co ci każę. Masz ku temu kilka całkiem niezłych powodów; wybierz sobie, który chcesz. Jasne?

— Nie. — Gren położył generalską odznakę przed właścicielem. Mało prawdopodobne, by zdołał ją ukraść prawdziwemu generałowi. Najpewniej podrobił.

— Co za idiota! — prychnęła Diana, a on niespodziewanie poczuł się bardzo mały, śmieszny i godny pożałowania. Niezależnie od tego, co ci ludzie zamierzali zrobić, nie mógł im się przeciwstawić. Miał tylko to jedno, krótkie słowo i swój własny, bezsensowny upór.

— Wcale nie idiota — zaprzeczył Rag. — Trochę głupi, bardzo naiwny i niezbyt zorientowany. Ale wcale nie idiota.

Gren wysłuchał tej wnikliwej charakterystyki w milczeniu i zalał zbierającą się w gardle gorycz porządnym łykiem arszeniku. Głupi, naiwny i niezorientowany? O lepszą definicję idioty trochę trudno.

— A może spróbujemy się dogadać, co? — zaproponował samozwańczy generał. — To jest taka szczególna wojna, w której wszyscy ludzie walczą po tej samej stronie. Bo nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek mógł trzymać z elfami, ani by one chciały współpracować z jakimkolwiek człowiekiem. Zapewne uważasz mnie za bandytę. Nie jestem nim, ale nawet gdybym był, teraz nie czyniłoby mnie to twoim wrogiem. Musisz brać udział w zdobywaniu tego zamku, bo jesteś żołnierzem i tak ci kazano. A my chcemy go zdobyć dla sławy i rozrywki… Może i po to, by coś komuś udowodnić — uśmiechnął się pod nosem. — Mamy ten sam cel. A skoro już ustaliliśmy, że nie jesteś idiotą, pozostawiam ci wybór. Jeśli uznasz, że nie powinieneś robić tego, co ci każę, po prostu się nie zgodzisz. Jeśli wyda ci się to słuszne, posłuchasz moich rozkazów. Zgoda?

Przez chwilę Diana i Rag, a nawet sam Gren, byli pewni, że ten odpowie krótko: „nie”. A jednak…

— Tak, panie. Ja… ja naprawdę przepraszam, że się zachowuję jak dzieciak, ale…

„Ale jestem, psiakrew, dzieciakiem”, dokończył w myślach z rozdrażnieniem. Nie miał jeszcze szesnastu lat. W życiu widział tylko rodzinną wioskę i wojskowe koszary. Perspektywa jakiegoś odpowiedzialnego działania i — o zgrozo! — podejmowania decyzji w oparciu o własne przekonania przerażała go i cieszyła jednocześnie.

— Przedstawiłeś się jako Gren Tarnit — przypomniał Rag. — Tylko Gren Tarnit, więc domyślam się, że oficerem nie jesteś.

— Nie, panie. Nasz porucznik zginął. — Gren zastanowił się, czy wobec tego niezbitego faktu mężczyzna nadal będzie chciał z nim rozmawiać. W jego sercu żyła — jak robak w jabłku — silna i rozpanoszona, żywiąca się pokładami strachu, niepewności własnych sił, na ugruntowanym mocno pragnieniu zajmowania zawsze miejsca w szeregu i dawno przepowiedzianym powołaniu do bycia jednym z wielu: nadzieja, że odstawią go w kąt, by w odpowiedniej chwili powiedzieć: „zrób to i tamto”. Ale Gren nie zawsze słuchał serca. Miał jeszcze swój umysł, trochę wadliwy (niektórzy mówili, że brak mu piątej klepki), a w tym umyśle sterty starych bajek, legend i opowieści, oraz potężną wyobraźnię, która choćby tylko zwietrzywszy coś niezwykłego w zwyczajnym świecie, ciągnęła mu łeb do góry, do marzeń, do gwiazd, do chwały. Czasem ciągnęła tak mocno, że Gren po prostu nie mógł już dłużej kryć się za swoim strachem; tak uporczywie, że musiał działać. Więc choć przed odpowiedzialnością bronił się rękami i nogami, to wbrew samemu sobie zawsze wtykał nos tam, gdzie można było dostać własną, niepowtarzalną rolę.

Mówili mu, że to przejdzie. Mówili, że z tego wyrośnie. Ale chyba się mylili.

— A podporucznik?

Gren zleciał ze swojej chmury i niemal odczuwalnie rąbnął o twardą rzeczywistość.

— Jest. — Przypomniał sobie, że mijał go w drodze do kryjówki. Wówczas nie zwrócił na niego uwagi. Podporucznik był powszechnie uważany za parszywego lizusa i nie cieszył się nawet dziesiątą częścią respektu porucznika. Gdyby wtedy wydał mu choćby najprostszy rozkaz, Gren wytrzeszczyłby ze zdziwienia oczy, a dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że powinien go słuchać. Jakoś nigdy nie wyobrażał sobie, że podporucznik mógłby dowodzić oddziałem. Zawsze był tylko człowieczkiem od powtarzania rozkazów, coby szanowny oficer nie musiał sobie gardła zdzierać.

— Mam go przyprowadzić?

— Za chwilę. Powiedz mi jeszcze, co robiliście, kiedy znalazły was elfy. — Widząc wahanie na twarzy Grena, dodał: — Nie musisz zdradzać szczegółów. Chodzi mi tylko o to, czy macie jeszcze do wykonania jakieś ważne zadanie. Jeśli tak, postaram się wam pomóc.

— Właściwie żadnych szczegółów nie znam. Porucznik dostał pismo z rozkazem dla drugiego pułku. Szliśmy całym oddziałem, bo pojedynczych gońców to elfy, wie pan, w pięć minut.

— A cały oddział w dziesięć — zauważył Rag z krzywym uśmiechem. — No i co z tym rozkazem?

— No nic. Porucznika elfy zestrzeliły, nikt pewnie nie wie, gdzie i kiedy. Nie oglądaliśmy się za siebie — z lekkim wstydem przyznał Gren. — Elfy chyba też się nie oglądały, więc może rozkaz dalej tam leży… — Nagle coś mu przyszło do głowy i podniósł szeroko otwarte oczy na rozmówcę. — Myślisz, panie, że powinienem się po niego wrócić?

— Po co? — Pytanie chyba wyrwało Raga z rozmyślań.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 32.7