E-book
15.75
drukowana A5
69.87
Cyfrowa pułapka

Bezpłatny fragment - Cyfrowa pułapka

Książka została utworzona z pomocą AI


Objętość:
285 str.
ISBN:
978-83-8455-808-9
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 69.87

PRZEDMOWA

Trzymasz w ręku książkę, która prawdopodobnie nie chce być czytana na smartfonie. I to jest pierwszy paradoks, z jakim się tu zmierzysz — ale bynajmniej nie ostatni.

Kiedy kilkanaście lat temu zacząłem badać wpływ technologii cyfrowych na ludzką psychikę, miałem poczucie, że zajmuję się zjawiskiem marginalnym — ciekawostką naukową, niszowym tematem konferencyjnym, problemem kilku procent populacji. Myliłem się. Zjawisko, które opisuję w niniejszej pracy, nie jest marginalne. Jest centralne. Dotyczy niemal każdego człowieka na tej planecie, który posiada prostokąt szkła i metalu w kieszeni — a takich ludzi jest dziś prawie siedem miliardów. Dotyczy naszych oczu, które tracą ostrość. Naszych kręgosłupów, które się degenerują. Naszych mózgów, które oduczają się głębokiego myślenia. Naszych dzieci, które nie znają świata bez algorytmu. Naszych relacji, które rozpadają się w ciszy pełnej powiadomień. Naszych społeczeństw, które polaryzują się w rytm kliknięć. I naszych dusz — jeśli wolno mi użyć tego staromodnego słowa — które gubią się w nieskończonym przewijaniu, szukając czegoś, czego żaden ekran nie jest w stanie dostarczyć.

Ta książka powstała z potrzeby powiedzenia na głos tego, co wielu ludzi czuje, ale czego nie potrafi zwerbalizować. Powstała z rozmów z nastolatkami, które trzęsły się z lęku, gdy zabierano im telefon. Z rozmów z rodzicami, którzy nie wiedzieli, co robić, bo sami byli uwięzieni w tych samych pętlach co ich dzieci. Z rozmów z terapeutami, którzy mówili mi, że widzą w gabinetach coraz młodszych pacjentów z coraz poważniejszymi problemami — i że nie mają narzędzi, bo nikt ich tego nie uczył. Z rozmów z inżynierami z Doliny Krzemowej, którzy projektowali mechanizmy uzależniające za dnia, a wieczorem konfiskowali iPady własnym dzieciom. Z lektury tysięcy stron badań naukowych, raportów, zeznań sygnalistów i anonimowych wyznań na forach internetowych. I z mojego własnego doświadczenia — bo byłbym hipokrytą, gdybym udawał, że problem mnie nie dotyczy. Dotyczy mnie jak każdego.

Książka ta nie jest manifestem luddysty. Nie wzywam do wyrzucenia smartfonów, spalenia serwerów ani powrotu do ery telegramów. Technologia mobilna jest jednym z największych osiągnięć ludzkiej cywilizacji — dała miliardom ludzi dostęp do edukacji, bankowości, telemedycyny i komunikacji, który jeszcze pokolenie temu był nieosiągalny. Nie chcę tego negować. Chcę natomiast powiedzieć coś, co powinno być oczywiste, ale w ferworze technologicznego entuzjazmu umknęło naszej uwadze: że narzędzie zaprojektowane przez najzdolniejszych inżynierów na świecie, finansowane przez setki miliardów dolarów i zoptymalizowane przez algorytmy karmione danymi miliardów użytkowników — takie narzędzie wymaga od nas czegoś więcej niż bezrefleksyjne kliknięcie „akceptuję”.

Starałem się, żeby ta książka łączyła rzetelność naukową z przystępnością języka. Każde twierdzenie jest poparte badaniami, danymi statystycznymi lub wiarygodnymi źródłami. Jednocześnie chciałem, żeby była to lektura, która angażuje emocjonalnie, która nie pozwala odłożyć się na półkę po pierwszym rozdziale, która dotyka czytelnika tam, gdzie dotyka go jego własne doświadczenie z ekranem. Dlatego obok meta-analiz i współczynników korelacji znajdziesz tu ludzkie głosy — historie Kasi z Krakowa, Tomasza z Warszawy, Kenjiego z Tokio, Anny z Manchesteru. Historie, które nie są statystykami, lecz ludźmi. Ludźmi, którzy mieli odwagę powiedzieć: straciłem kontrolę. I którzy — każdy na swój sposób — próbowali ją odzyskać.

Pisząc tę książkę, podróżowałem po kontynentach i dyscyplinach. Od neurobiologii dopaminy po teologię szabatu. Od koreańskich obozów odwykowych po amiszowskie wspólnoty bez smartfonów. Od sekcji 230 amerykańskiego prawa telekomunikacyjnego po algorytmy TikToka. Od gabinetów psychiatrycznych po sale sądowe, w których prokuratorzy czterdziestu jeden stanów pozywali firmę wartą bilion dolarów za celowe uzależnianie dzieci. Każdy z tych tematów zasługuje na osobną książkę — i wiele takich książek zostało napisanych. Moją ambicją było połączenie tych perspektyw w jedną spójną narrację, która pokaże problem w jego pełnym wymiarze — nie jako kwestię technologiczną, medyczną czy prawną, lecz jako kwestię ludzką. Bo to jest kwestia ludzka. Kwestia tego, jak chcemy żyć, jak chcemy wychowywać dzieci, jak chcemy ze sobą rozmawiać i jak chcemy pamiętać swoje życie — jako ciąg przeżytych chwil czy jako ciąg zescrollowanych ekranów.

Nie mam złudzeń, że ta książka rozwiąże problem. Problem jest zbyt wielki, zbyt złożony i zbyt głęboko wpleciony w strukturę współczesnego świata, żeby jedna książka mogła go rozwiązać. Ale wierzę, że może pomóc go zobaczyć. A widzenie jest pierwszym krokiem do zmiany. Kiedy Zoey z Dallas zobaczyła swój raport Screen Time — dziewięć godzin i dwadzieścia trzy minuty dziennie — powiedziała: „Nie wiedziałam, że aż tyle”. Kiedy Sean Parker, współtwórca Facebooka, powiedział publicznie, że firma celowo projektowała pętle dopaminowe, wiedząc, że eksploatują słabości ludzkiej psychologii, miliony ludzi po raz pierwszy usłyszały to, co podświadomie czuły od lat. Kiedy Ian Russell zobaczył szesnaście tysięcy treści o samobójstwie na koncie Instagrama swojej czternastoletniej córki Molly, zrozumiał coś, czego żaden rodzic nie powinien musieć rozumieć — ale co każdy rodzic powinien wiedzieć.

Ta książka jest próbą powiedzenia: widzę to. Widzę, co się dzieje. I opisuję to najuczciwiej, jak potrafię — z szacunkiem dla złożoności problemu, z empatią dla ludzi, których dotyka, i z nadzieją, że wiedza jest bronią, której potrzebujemy.

Chciałbym podziękować wszystkim, którzy pomogli mi w napisaniu tej pracy. Pacjentom i ich rodzinom, którzy zgodzili się opowiedzieć swoje historie. Terapeutom i psychiatrom, którzy dzielili się swoim doświadczeniem klinicznym. Nauczycielom, którzy opowiadali o swoich klasach z pasją i frustracją. Menedżerom, którzy przyznawali się do problemów, o których ich firmy wolałyby milczeć. Badaczom, których prace cytowane na stronach tej książki stanowią fundament, na którym budowałem. I mojej rodzinie, która cierpliwie znosiła moje wielomiesięczne zanurzenie w temacie — i która, nie bez ironii, kilkakrotnie musiała mi przypomnieć, żebym odłożył telefon i porozmawiał z nimi przy kolacji.

Jeśli po przeczytaniu tej książki spojrzysz na smartfon w swojej dłoni i przez chwilę — choćby przez jedną chwilę — zadasz sobie pytanie: „Czy to ja trzymam ten telefon, czy on trzyma mnie?” — to znaczy, że ta książka spełniła swoje zadanie.

Reszta należy do Ciebie.

Rozdział 1: Historia telefonu mobilnego

od narzędzia do uzależnienia

Trzeciego kwietnia 1973 roku, na chodniku Szóstej Alei w Nowym Jorku, stał mężczyzna w szarym garniturze i trzymał przy uchu coś, co wyglądało jak cegła. Przechodnie zerkali na niego z mieszanką zaciekawienia i politowania. Niektórzy pewnie myśleli, że to wariat. Mężczyzna nazywał się Martin Cooper, był inżynierem w firmie Motorola, a przedmiot przy jego uchu ważył ponad kilogram i mierzył dwadzieścia pięć centymetrów. To był prototyp pierwszego na świecie przenośnego telefonu komórkowego. Cooper wybrał numer do Joela Engela, swojego głównego rywala w firmie AT&T Bell Labs, i powiedział słowa, które przeszły do historii technologii.

— Joel, dzwonię do ciebie z telefonu komórkowego. Prawdziwego telefonu komórkowego. Ręcznego, osobistego, przenośnego.

Po drugiej stronie linii zapadła cisza. Cooper wspominał później, że wyraźnie słyszał, jak Engel zgrzyta zębami. Ten telefon — nazywany wewnętrznie „the brick”, cegła — miał baterię wystarczającą na dwadzieścia minut rozmowy i potrzebował dziesięciu godzin ładowania. Nikt wtedy nie wyobrażał sobie, że pół wieku później potomek tego urządzenia będzie spędzał z przeciętnym człowiekiem więcej czasu niż współmałżonek, przyjaciel czy dziecko. Nikt nie przewidział, że malutki prostokąt szkła i metalu stanie się przedmiotem tak potężnego przywiązania, że jego brak będzie wywoływał u ludzi objawy fizyczne przypominające odstawienie narkotyku.

Ale żeby zrozumieć, jak do tego doszło, musimy cofnąć się jeszcze dalej.

Prehistoria mobilności — marzenie o rozmowie na odległość

Pragnienie komunikowania się na odległość jest tak stare jak ludzka cywilizacja. Starożytni Grecy używali ogniowych sygnałów. Rzymianie budowali system kurierów konnych. Indianie porozumiewali się dymem. Jednak prawdziwa rewolucja zaczęła się w XIX wieku, kiedy ludzkość odkryła, że informację można przesyłać za pomocą elektryczności.

W 1837 roku Samuel Morse opatentował telegraf i opracował alfabet, który nosił jego nazwisko. Po raz pierwszy w historii wiadomość mogła podróżować szybciej niż człowiek, który ją wysyłał. Trzydzieści dziewięć lat później, w 1876 roku, Alexander Graham Bell złożył patent na telefon — urządzenie, które potrafiło przenosić ludzki głos przez druty miedziane. Legenda głosi, że pierwsze słowa wypowiedziane przez telefon brzmiały: „Panie Watson, proszę tu przyjść, potrzebuję pana”. Były to słowa prozaiczne, niemal banalne. A jednak zmieniły wszystko. Odtąd ludzie mogli rozmawiać, nie widząc się nawzajem. Odtąd odległość przestała być barierą dla ludzkiego głosu.

Przez następne sto lat telefon ewoluował, ale jego natura pozostawała taka sama. Był przytwierdzony do ściany, potem stał na stoliku w przedpokoju, wreszcie trafił na biurko. Zawsze jednak był stacjonarny, nieruchomy, zakotwiczony w jednym miejscu kablem. Człowiek szedł do telefonu, nie telefon do człowieka. Ta relacja — człowiek jako petent, telefon jako stacjonarna wyrocznia — trwała nieprzerwanie do momentu, gdy Martin Cooper podniósł swoją cegłę na nowojorskim chodniku.

Droga od tego momentu do masowej produkcji zajęła dekadę. Motorola DynaTAC 8000X trafiła na rynek dopiero w 1983 roku, w cenie 3 995 dolarów, co w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze daje ponad dwanaście tysięcy dolarów. Kupowali go maklerzy giełdowi, magnaci nieruchomości i dealerzy narkotykowi — jedyni ludzie, dla których ciągła dostępność telefoniczna była warta fortunę. Telefon komórkowy był wówczas gadżetem, symbolem statusu, przedmiotem pożądania elity. Nikt nie traktował go jako przedmiot codziennego użytku. Nikt nie zakładał, że kiedykolwiek trafi do kieszeni nastolatka.

Era klapek i wyświetlaczy — telefon staje się towarzyszem

Lata dziewięćdziesiąte XX wieku przyniosły miniaturyzację, spadek cen i eksplozję sieci komórkowych. W 1992 roku wysłano pierwszego SMS-a — Neil Papworth, dwudziestodwuletni programista z Wielkiej Brytanii, wysłał z komputera na telefon Vodafone krótką wiadomość: „Merry Christmas”. Papworth nie miał pojęcia, że właśnie zapoczątkował formę komunikacji, która w ciągu dekady stanie się dominującym sposobem porozumiewania się młodego pokolenia. SMS — krótki, dyskretny, nie wymagający jednoczesnej obecności rozmówców — idealnie odpowiadał temperamentowi pokolenia, które dorastało w latach dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych.

Wtedy też narodził się fenomen kulturowy, który warto odnotować: telefon komórkowy zaczął być czymś więcej niż narzędziem komunikacji. Stał się przedmiotem osobistym, intymnym, noszonym przy ciele. Ludzie zaczęli go dekorować, personalizować, wybierać dzwonki, tapety, kolorowe obudowy. Nokia, fińska firma, która na przełomie wieków dominowała światowy rynek, zrozumiała to instynktownie. Model Nokia 3310, wypuszczony na rynek w 2000 roku, sprzedał się w ponad 126 milionach egzemplarzy i stał się ikoną popkultury. Był niezniszczalny — krążyły o nim legendy, że przetrwa upadek z trzeciego piętra — a jednocześnie oferował grę Snake, prosty, hipnotyczny programik, który dla wielu ludzi stanowił pierwsze w życiu doświadczenie cyfrowej rozrywki mobilnej. Warto się przy tym zatrzymać, ponieważ Snake był protoplastą wszystkich uzależniających aplikacji mobilnych, które miały nadejść w następnych dekadach. Prosty mechanizm, natychmiastowa gratyfikacja, rosnący poziom trudności, kompulsja powtarzania. Wszystkie elementy były już na miejscu, tyle że w skali mikro.

Równolegle w 1994 roku firma IBM pokazała światu urządzenie o nazwie Simon Personal Communicator. Kosztowało 899 dolarów, miało dotykowy ekran, kalendarz, notatnik, pocztę elektroniczną i możliwość instalowania aplikacji. Było nieporęczne, brzydkie i wyprzedzało swoją epokę o co najmniej dekadę. Sprzedano zaledwie pięćdziesiąt tysięcy sztuk, po czym IBM wycofał je z oferty. Świat nie był jeszcze gotowy. Ale Simon był pierwszym smartfonem w historii — nawet jeśli nikt wtedy nie używał tego słowa.

Na początku XXI wieku telefon komórkowy był już powszechny w krajach rozwiniętych, ale wciąż pozostawał przede wszystkim telefonem. Służył do dzwonienia i wysyłania SMS-ów. Owszem, miał prostą przeglądarkę WAP, mógł odtwarzać polifoniczne dzwonki, a niektóre modele oferowały aparat fotograficzny o rozdzielczości tak niskiej, że zdjęcia wyglądały jak impresjonistyczne obrazy. Jednak zasadnicza relacja między człowiekiem a urządzeniem pozostawała funkcjonalna, utylitarna, ograniczona. Człowiek używał telefonu, gdy tego potrzebował. Odkładał go, gdy potrzeba ustępowała. Telefon nie domagał się uwagi. Nie wysyłał powiadomień. Nie znał algorytmów. Nie wiedział, czego pragniemy.

To miało się zmienić dziewiątego stycznia 2007 roku.

Dzień, w którym wszystko się zmieniło — narodziny iPhone’a

Steve Jobs wszedł na scenę Moscone Center w San Francisco w swoim charakterystycznym czarnym golfie, wyblakłych dżinsach i białych adidasach New Balance. Publiczność — kilka tysięcy dziennikarzy, analityków i fanów Apple — wstrzymała oddech. Jobs uwielbiał teatralność i tego dnia nie zawiódł.

— Co jakiś czas pojawia się rewolucyjny produkt, który zmienia wszystko — zaczął spokojnie, z tym swoim kontrolowanym entuzjazmem, który był jego znakiem firmowym. — Człowiek ma szczęście, jeśli w ciągu kariery może pracować choćby nad jednym takim produktem. Apple miało to szczęście kilka razy.

Zrobił pauzę. Na ekranie za jego plecami pojawiły się trzy ikony: iPod, telefon, urządzenie internetowe.

— iPod. Telefon. Mobilny komunikator internetowy. iPod. Telefon. Czy rozumiecie? To nie są trzy oddzielne urządzenia. To jedno urządzenie. I nazywamy je iPhone.

Sala eksplodowała. Ludzie wstali z krzeseł. Kilku dziennikarzy później pisało, że poczuli ciarki na plecach. Phil Schiller, wiceprezes Apple, wspominał, że za kulisami zespół inżynierów płakał. Wiedzieli, że to, co właśnie pokazali światu, zmieni bieg historii.

I mieli rację. Ale nie mogli wiedzieć, jak głęboko.

iPhone nie był pierwszym smartfonem — BlackBerry istniał od lat, Windows Mobile też, a Nokia miała swoją serię Communicator. Jednak iPhone był pierwszym smartfonem, który został zaprojektowany z myślą o przyjemności. Poprzednie smartfony były narzędziami dla profesjonalistów — służyły do czytania firmowej poczty, przeglądania arkuszy kalkulacyjnych, zarządzania kalendarzem. iPhone był zaprojektowany tak, żeby dotykanie go sprawiało radość. Gładki ekran reagujący na muśnięcie palca, elegancki interfejs, płynne animacje — wszystko to odwoływało się nie do racjonalnej potrzeby, lecz do zmysłowej przyjemności. Steve Jobs nie stworzył narzędzia. Stworzył obiekt pożądania.

Rok później, w 2008 roku, Apple uruchomił App Store, a Google odpowiedział platformą Android i swoim sklepem z aplikacjami. Te dwa wydarzenia — stworzenie smartfona, który ludzie chcieli trzymać w ręku, oraz otwarcie ekosystemu, w którym tysiące programistów mogło tworzyć programy na te urządzenia — złożyły się na rewolucję, której skutki odczuwamy do dziś. W ciągu pięciu lat od premiery iPhone’a rynek smartfonów eksplodował. W 2007 roku na świecie było około 120 milionów użytkowników smartfonów. W 2012 roku było ich ponad miliard. W 2024 roku — 6,8 miliarda, co oznacza, że smartfon posiada ponad 85 procent dorosłej populacji planety. Żadna technologia w historii ludzkości — ani samochód, ani telewizor, ani komputer osobisty — nie rozprzestrzeniła się tak szybko i tak głęboko.

Punkt zwrotny — kiedy narzędzie stało się potrzebą

Między rokiem 2010 a 2015 dokonała się cicha, ale fundamentalna zmiana w relacji między człowiekiem a smartfonem. Zmiana ta nie polegała na żadnym pojedynczym przełomie technologicznym. Nie było jednego momentu, w którym telefon przestał być narzędziem, a stał się potrzebą. Było to raczej stopniowe zsuwanie się po pochyłości, seria drobnych przesunięć, z których każde wydawało się niewinne, a które razem złożyły się na transformację o historycznym znaczeniu.

Pierwszym elementem było przeniesienie kluczowych funkcji życiowych do smartfona. Budzik, zegarek, kalendarz, mapa, aparat fotograficzny, odtwarzacz muzyki, latarka, kalkulator, notatnik, portfel — każde z tych urządzeń istniało wcześniej jako osobny przedmiot fizyczny. Każde zostało wchłonięte przez smartfon. Proces ten był tak stopniowy i tak wygodny, że niemal nikt nie zauważył jego konsekwencji. A konsekwencja była poważna: smartfon stał się niezbędny nie dlatego, że ludzie stali się uzależnieni od ekranu, lecz dlatego, że bez smartfona nie mogli sprawdzić godziny, obudzić się rano, znaleźć drogi do nowego miejsca ani zapłacić za kawę. Uzależnienie funkcjonalne poprzedziło uzależnienie psychologiczne i stworzyło dla niego grunt.

Drugim elementem było pojawienie się mediów społecznościowych w wersji mobilnej. Facebook, założony w 2004 roku jako serwis desktopowy, wypuścił swoją aplikację mobilną w 2008 roku. Instagram, uruchomiony w 2010 roku, od samego początku istniał wyłącznie jako aplikacja na smartfon — nie miał nawet wersji webowej. Twitter, Snapchat, WhatsApp — wszystkie te platformy zostały zaprojektowane z myślą o urządzeniu, które człowiek nosi przy sobie przez cały dzień. Media społecznościowe dały smartfonowi coś, czego wcześniej nie miał: powód, żeby na niego patrzeć nawet wtedy, gdy nie było żadnej konkretnej potrzeby. Człowiek nie sięgał po telefon, żeby zadzwonić. Sięgał po niego, żeby sprawdzić, czy ktoś polubił jego zdjęcie, czy ktoś odpisał na wiadomość, czy wydarzyło się coś, o czym powinien wiedzieć. Sięgał po niego, bo czuł niepokój, gdy go nie trzymał.

Trzecim elementem był rozwój technologii powiadomień push. Przed erą powiadomień człowiek sam decydował, kiedy spojrzeć na telefon. Powiadomienia odwróciły tę relację. Teraz to telefon decydował, kiedy domaga się uwagi człowieka. Wibracja w kieszeni, dźwięk dzwonka, migająca dioda — każdy z tych sygnałów uruchamiał w mózgu ten sam mechanizm, który psychologowie behawioralni znają od dekad: wzmocnienie zmienne, ten sam mechanizm, który sprawia, że automaty do gier w Las Vegas są tak skuteczne. Nie wiesz, co cię czeka, gdy spojrzysz na ekran. Może to wiadomość od ukochanej osoby. Może to polubienie pod twoim zdjęciem. Może to nic ważnego. Ale nie możesz się nie sprawdzić, bo twój mózg został ewolucyjnie zaprogramowany, żeby reagować na niepewność obietnicą nagrody.

Adam Alter, profesor psychologii w New York University i autor książki „Irresistible”, opisał ten mechanizm z chirurgiczną precyzją. Porównał projektantów aplikacji do chemików tworzących substancje uzależniające. Różnica polegała na tym, że chemik potrzebuje laboratorium i substratów, a projektant aplikacji potrzebuje tylko laptopa i znajomości ludzkiej psychologii. Efekt, argumentował Alter, jest porównywalny. Alter nie był odosobniony w swoich obserwacjach. Tristan Harris, były etyk projektowania w Google, porównywał smartfon do automatu do gier, który człowiek nosi w kieszeni. Aza Raskin, twórca mechanizmu nieskończonego przewijania — tego prostego rozwiązania interfejsowego, które sprawia, że treść nie ma końca i zawsze jest coś więcej do zobaczenia — publicznie wyraził żal z powodu swojego wynalazku. W wywiadzie dla BBC w 2018 roku powiedział wprost:

— Gdybym wiedział, jak ludzie będą to wykorzystywać, nigdy bym tego nie zaprojektował. To jest jak kofeina w puszce, z tym że kofeina w pewnym momencie przestaje działać. Nieskończone przewijanie nie przestaje.

Raskin obliczył, że jego wynalazek kradnie ludzkości łącznie dwieście tysięcy ludzkich żywotów dziennie — jeśli zsumować wszystkie minuty spędzone na bezrefleksyjnym przewijaniu treści na całym świecie.

Pandemia — wielki akcelerator

A potem przyszedł rok 2020. Jedenastego marca Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła pandemię COVID-19. W ciągu kilku tygodni połowa ludzkości znalazła się w jakiejś formie lockdownu. Szkoły zamknięto. Biura opustoszały. Restauracje, kina, siłownie, kościoły — wszystko zamknięte. Jedynym oknem na świat, jedynym łącznikiem z innymi ludźmi, jedynym narzędziem pracy, nauki i rozrywki stał się ekran. A najczęściej — ekran smartfona.

Dane są jednoznaczne. Według raportu App Annie z 2021 roku globalny czas spędzany w aplikacjach mobilnych wzrósł o trzydzieści procent w porównaniu z rokiem 2019. W niektórych grupach wiekowych — zwłaszcza wśród nastolatków — wzrost sięgał siedemdziesięciu sześciu procent. Ludzie nie tylko więcej korzystali ze smartfonów — korzystali z nich inaczej. Przed pandemią smartfon był uzupełnieniem życia. W trakcie pandemii stał się jego substytutem. Spotkania z przyjaciółmi zastąpione zostały wideorozmowami na Zoomie. Zakupy w sklepach — zamówieniami przez aplikacje. Randki — przesuwaniem profili na Tinderze. Nawet pogrzeby odbywały się przez Skype’a.

Dr Anna Lembke, profesorka psychiatrii na Uniwersytecie Stanforda i autorka bestsellerowej książki „Dopamine Nation”, obserwowała ten proces ze swojego gabinetu klinicznego. Do jej poradni zaczęli trafiać ludzie, którzy przed pandemią nie mieli żadnych problemów z technologią. Matki, które przyłapywały się na pięciogodzinnym scrollowaniu Instagrama, podczas gdy ich dzieci oglądały bajki na tablecie w sąsiednim pokoju. Nastolatki, którzy nie potrafili zasnąć bez TikToka. Mężczyźni w średnim wieku, którzy każdy wolny moment wypełniali czytaniem apokaliptycznych wiadomości na Twitterze — zjawisko, które szybko zyskało własną nazwę: doomscrolling. Lembke opisała tę sytuację w sposób, który trudno zapomnieć:

— Pandemia nie stworzyła uzależnienia od smartfonów. Ale zerwała ostatnie hamulce, które nas przed nim chroniły. Zabrała nam wszystkie alternatywy. Sport, spotkania z ludźmi, spacery w parku — wszystko, co dotąd konkurowało ze smartfonem o naszą uwagę, nagle zniknęło. Smartfon został sam na placu boju. I wygrał.

To, co Lembke nazywała zerwaniem hamulców, socjologowie opisywali w bardziej technicznych kategoriach jako zanik kontekstów społecznych ograniczających użycie technologii. Przed pandemią istniały naturalne bariery oddzielające czas „na smartfonie” od czasu „bez smartfona”. Szkoła, biuro, kolacja z rodziną, wizyta u znajomych — w tych kontekstach obowiązywały mniej lub bardziej formalne normy ograniczające patrzenie w ekran. Pandemia te konteksty zniszczyła. Kiedy szkoła odbywa się na ekranie, a kolacja z rodziną polega na siedzeniu w tym samym pokoju, w którym każdy patrzy na swój telefon, granica między „online” a „offline” przestaje istnieć.

Po zakończeniu pandemii — o ile można mówić o jej zakończeniu — czas ekranowy nie wrócił do poziomu sprzed 2020 roku. Według danych firmy Data.ai z 2024 roku średni globalny czas spędzany na smartfonie wynosi cztery godziny i czterdzieści osiem minut dziennie. W niektórych krajach — Brazylia, Indonezja, Filipiny — przekracza pięć i pół godziny. Są to średnie, co oznacza, że miliony ludzi spędzają na smartfonie siedem, osiem, dziewięć godzin dziennie. Więcej niż na jakiejkolwiek innej aktywności poza snem. Czasami więcej niż na śnie.

Pandemia dokonała jeszcze jednej rzeczy: znormalizowała ciągłą obecność ekranu w każdej sferze życia. Przed 2020 rokiem ktoś, kto podczas obiadu rodzinnego scrollował telefon, narażał się na dezaprobatę. Po 2020 roku stało się to tak powszechne, że dezaprobata ustąpiła miejsca rezygnacji. Nowa norma została ustanowiona nie w wyniku świadomej decyzji, lecz w wyniku zbiorowej kapitulacji.

Liczby, które nie kłamią

Zatrzymajmy się na chwilę przy liczbach, ponieważ skala zjawiska wymaga precyzyjnego ujęcia. Według danych serwisu Statista w 2024 roku na świecie funkcjonuje 6,84 miliarda smartfonów. Oznacza to, że na każde sto osób na Ziemi przypadają osiemdziesiąt cztery smartfony — uwzględniając niemowlęta, osoby starsze w krajach rozwijających się i ludzi żyjących w skrajnym ubóstwie. W krajach rozwiniętych wskaźnik penetracji smartfonów wśród dorosłych wynosi 95 do 98 procent. W Korei Południowej trudno znaleźć osobę powyżej dziesiątego roku życia, która nie posiada smartfona.

Według raportu „Digital 2024” opracowanego przez We Are Social i Meltwater przeciętny użytkownik internetu na świecie spędza online sześć godzin i czterdzieści minut dziennie, z czego ponad połowę na urządzeniu mobilnym. Oznacza to, że smartfon konsumuje jedną szóstą do jednej piątej czasu czuwania przeciętnego człowieka. W ciągu roku daje to ponad tysiąc siedemset godzin — siedemdziesiąt jeden pełnych dób nieprzerwanego patrzenia w ekran.

Ale suche statystyki nie oddają pełni zjawiska. Liczby nie mówią o matce, która budzi się o trzeciej w nocy, żeby sprawdzić Instagrama, a potem nie może zasnąć do piątej. Nie mówią o czternastolatku, który płacze, gdy rodzice zabierają mu telefon na weekend, i grozi, że ucieknie z domu. Nie mówią o parze trzydziestolatków, którzy leżą w jednym łóżku, każde patrzy na swój ekran, i od dwudziestu minut nie zamienili ze sobą słowa. Nie mówią o kierowcy, który na ułamek sekundy zerknął na powiadomienie i już nigdy nie zobaczył rowerzysty jadącego po przejściu.

Za każdą statystyką stoją miliardy mikromomentów, w których człowiek dokonuje wyboru — świadomie lub nie — między rzeczywistością a ekranem. I coraz częściej wybiera ekran.

Jak narzędzie stało się pułapką — mechanizm w pigułce

Historia telefonu mobilnego, od cegły Martina Coopera do szklanego prostokąta leżącego teraz prawdopodobnie w zasięgu twojej ręki, jest historią stopniowego odwracania relacji władzy między człowiekiem a narzędziem. Przez tysiąclecia to człowiek decydował, kiedy użyć narzędzia. Młotek leżał w skrzynce, dopóki nie był potrzebny. Samochód stał w garażu, dopóki kierowca nie przekręcił kluczyka. Telefon stacjonarny wisiał na ścianie, dopóki ktoś nie podniósł słuchawki.

Smartfon odwrócił tę relację. To on decyduje, kiedy domaga się naszej uwagi. To on wibruje, dzwoni, miga, brzęczy. To on budzi nas rano i usypia wieczorem. To on towarzyszy nam w łazience, przy stole, w łóżku, na ulicy, w kościele, w szkole, na pogrzebie. To on wie o nas więcej niż nasz terapeuta — zna nasze lęki, pragnienia, nawyki, trasy, preferencje seksualne, poglądy polityczne, stan zdrowia i godziny snu. I co najważniejsze: to on został zaprojektowany tak, żebyśmy nie mogli go odłożyć.

To nie jest przypadek. To nie jest skutek uboczny innowacji technologicznej. To jest efekt świadomych, precyzyjnych, opartych na badaniach psychologicznych decyzji projektowych podjętych przez jedne z najinteligentniejszych umysłów naszego pokolenia. Inżynierowie i projektanci z Doliny Krzemowej, wykształceni na najlepszych uniwersytetach świata, wyposażeni w dane behawioralne miliardów użytkowników, stworzyli maszyny zaprojektowane w jednym celu — maksymalizacji czasu, jaki na nich spędzamy. Nie dlatego, że są źli. Dlatego, że taki jest model biznesowy. Każda sekunda naszej uwagi to ułamek centa przychodu reklamowego. Pomnożony przez miliardy użytkowników i miliardy sekund daje setki miliardów dolarów.

Sean Parker, pierwszy prezes Facebooka, w wywiadzie dla portalu Axios w 2017 roku powiedział to z rozbrajającą szczerością:

— Chodzi o to, jak skonsumować jak najwięcej twojego czasu i twojej świadomej uwagi. Musieliśmy dać ci małego dopaminowego kopa co jakiś czas. Ktoś polubił twoje zdjęcie, skomentował twój post. To jest pętla sprzężenia zwrotnego oparta na walidacji społecznej. Dokładnie to, co wymyśliłby haker, bo wykorzystuje słabość ludzkiej psychologii. I my to wiedzieliśmy. Wiedzieliśmy to od początku. I zrobiliśmy to mimo wszystko.

Słowa Parkera są ważne nie dlatego, że odsłaniają jakiś tajny spisek — te mechanizmy są opisane w podręcznikach projektowania od lat — lecz dlatego, że pochodzą od kogoś, kto siedział w pokoju, w którym podejmowano te decyzje. I kto miał odwagę powiedzieć na głos to, o czym wielu wolało milczeć.

Historia telefonu mobilnego jest więc historią transformacji narzędzia w pułapkę. Pułapkę zaprojektowaną przez geniuszy, finansowaną przez miliardy, optymalizowaną przez algorytmy i zastawioną na siedem miliardów ludzi jednocześnie. Jest to, jak zauważył pewien anonimowy psycholog kliniczny na konferencji WHO w Genewie w 2022 roku, prawdopodobnie największy eksperyment społeczny w dziejach ludzkości — przeprowadzony bez wiedzy i zgody uczestników, bez grupy kontrolnej, bez komitetu etycznego i bez planu na wypadek, gdyby coś poszło nie tak.

Coś już poszło nie tak. I o tym będą następne rozdziały tej książki.


Źródła i literatura do Rozdziału 1:

— Agar, J. (2013). Constant Touch: A Global History of the Mobile Phone. Icon Books.

— Alter, A. (2017). Irresistible: The Rise of Addictive Technology and the Business of Keeping Us Hooked. Penguin Press.

— App Annie (2021). State of Mobile 2021 Report.

— Data.ai (2024). State of Mobile 2024.

— Isaacson, W. (2011). Steve Jobs. Simon & Schuster.

— Lembke, A. (2021). Dopamine Nation: Finding Balance in the Age of Indulgence. Dutton.

— Parker, S. (2017). Wywiad dla Axios, listopad 2017. Dostęp: axios.com.

— Raskin, A. (2018). Wywiad dla BBC, „Do You Know How Much Time You Spend on Your Phone?”. Dostęp: bbc.com.

— Statista (2024). Number of smartphone users worldwide from 2016 to 2029. Dostęp: statista.com.

— We Are Social & Meltwater (2024). Digital 2024: Global Overview Report.

— Wu, T. (2016). The Attention Merchants: The Epic Scramble to Get Inside Our Heads. Knopf.

— Cooper, M. (2016). Wywiad dla CNN, „The man who invented the cell phone”. Dostęp: cnn.com.

Rozdział 2: Mechanizmy uzależnienia

neurobiologia i psychologia

W 2012 roku pewien neuronaukowiec z Uniwersytetu w Zurychu przeprowadził eksperyment, którego wyniki na pierwszy rzut oka wydawały się banalne, a na drugi — przerażające. Christian Montag i jego zespół zaprosili do laboratorium grupę ochotników, podłączyli ich do aparatury mierzącej aktywność elektryczną mózgu i poprosili, żeby przez godzinę normalnie korzystali ze swoich smartfonów. Nie dawali im żadnych instrukcji. Nie mówili, co mają robić. Ludzie robili to, co zawsze — sprawdzali Facebooka, przeglądali maile, pisali wiadomości, scrollowali Instagrama. Co kilka minut aparatura rejestrowała, co dzieje się w ich mózgach.

Wyniki pokazały coś, czego Montag się spodziewał, ale co mimo wszystko wywołało w nim niepokój: za każdym razem, gdy na ekranie pojawiało się powiadomienie — czerwona kropka, dźwięk, wibracja — w mózgach badanych aktywowało się jądro półleżące. To maleńka struktura wielkości ziarnka fasoli, ukryta głęboko w mózgu, w tak zwanym prążkowiu brzusznym. Ale jej znaczenie jest odwrotnie proporcjonalne do rozmiaru. Jądro półleżące jest centralnym węzłem systemu nagrody — tego samego obwodu neuronalnego, który aktywuje się, gdy jemy czekoladę, uprawiamy seks, wygrywamy w grze, wdychamy kokainę albo trafiamy jackpot na automacie do gier. To jest ośrodek przyjemności, silnik pożądania, neurobiologiczne serce tego, co potocznie nazywamy uzależnieniem.

— Wzorzec aktywacji mózgowej, który obserwowaliśmy u osób intensywnie korzystających ze smartfonów — powiedział Montag w wywiadzie dla Deutsche Welle — był uderzająco podobny do wzorca obserwowanego u osób uzależnionych od substancji psychoaktywnych. Nie mówię, że smartfon jest jak heroina. Mówię, że mechanizm neurologiczny, przez który nas wciąga, jest z tą samą rodziną mechanizmów spokrewniony.

Aby zrozumieć, dlaczego mały prostokąt szkła i aluminium potrafi przejąć kontrolę nad ludzkim zachowaniem, musimy zejść na poziom neuronów, neuroprzekaźników i obwodów mózgowych. Musimy zrozumieć, czym jest uzależnienie behawioralne i dlaczego nasz mózg — ukształtowany przez miliony lat ewolucji na sawannach Afryki — jest bezbronny wobec technologii zaprojektowanej przez najzdolniejszych inżynierów XXI wieku.

Dopamina — neuroprzekaźnik, który rządzi światem

Zacznijmy od dopaminy, ponieważ bez niej nie da się zrozumieć żadnego uzależnienia, czy to substancjalnego, czy behawioralnego. Dopamina jest neuroprzekaźnikiem, czyli cząsteczką chemiczną, która przenosi sygnały między komórkami nerwowymi. Jest produkowana w kilku niewielkich skupiskach neuronów w pniu mózgu — przede wszystkim w polu brzusznym nakrywki i istocie czarnej. Z tych struktur neurony dopaminergiczne wysyłają swoje wypustki do wielu regionów mózgu, ale kluczowy szlak prowadzi do jądra półleżącego i kory przedczołowej. Ten szlak, nazywany szlakiem mezokortykolimbicznym, jest osią systemu nagrody.

Przez dekady naukowcy sądzili, że dopamina jest „cząsteczką przyjemności” — że jej uwalnianie sprawia, że czujemy się dobrze. To uproszczenie okazało się błędne. Przełomowe badania Wolframa Schultza z Uniwersytetu w Cambridge, prowadzone od lat dziewięćdziesiątych XX wieku, wykazały, że dopamina jest raczej cząsteczką oczekiwania nagrody niż samej nagrody. Schultz badał małpy, którym dawano sok owocowy po usłyszeniu sygnału dźwiękowego. Początkowo dopamina uwalniała się, gdy małpa otrzymywała sok. Ale po kilku powtórzeniach coś się zmieniło: dopamina zaczęła uwalniać się nie w momencie otrzymania soku, lecz w momencie usłyszenia sygnału. Mózg nie reagował na nagrodę. Reagował na zapowiedź nagrody. Na obietnicę. Na anticipację.

To odkrycie jest kluczowe dla zrozumienia uzależnienia od smartfona. Gdy słyszysz wibrację w kieszeni albo widzisz czerwoną kropkę powiadomienia, twój mózg nie wie jeszcze, co to jest. Może to wiadomość od osoby, na której ci zależy. Może to polubienie pod twoim zdjęciem. Może to informacja, która zmieni twój dzień. A może to spam, newsletter albo przypomnienie o aktualizacji systemu. Nie wiesz. I właśnie ta niewiedza, ta niepewność, jest paliwem dopaminowym. Mózg uwalnia dopaminę nie dlatego, że nagroda jest pewna, lecz dlatego, że nagroda jest możliwa. Im mniej przewidywalny jest wynik, tym więcej dopaminy się uwalnia. To jest dokładnie ten sam mechanizm, który napędza hazard, i dlatego porównanie smartfona do automatu do gier nie jest metaforą. Jest opisem neurobiologicznym.

Wzmocnienie zmienne — najskuteczniejszy haczyk w historii psychologii

Aby zrozumieć ten mechanizm głębiej, musimy cofnąć się do lat czterdziestych XX wieku, do laboratorium Burrhusa Frederica Skinnera na Uniwersytecie Harvarda. Skinner, ojciec behawioryzmu, prowadził eksperymenty na gołębiach i szczurach zamkniętych w specjalnych klatkach, znanych jako skrzynki Skinnera. Zwierzęta mogły naciskać dźwignię, za co otrzymywały pokarm. Skinner odkrył, że sposób, w jaki nagroda jest dostarczana, ma dramatyczny wpływ na zachowanie.

Gdy nagroda była przewidywalna — każde naciśnięcie dźwigni dawało pokarm — zwierzęta naciskały ją regularnie, ale spokojnie. Gdy nagroda była losowa — pokarm pojawiał się po nieprzewidywalnej liczbie naciśnięć — zwierzęta naciskały dźwignię obsesyjnie, kompulsywnie, nie mogąc przestać. To zjawisko Skinner nazwał wzmocnieniem o zmiennym stosunku, a w języku angielskim variable ratio reinforcement. Jest to najsilniejszy znany schemat warunkowania. Silniejszy niż nagroda stała. Silniejszy niż kara. Silniejszy niż jakakolwiek inna kombinacja bodźców, jaką udało się zbadać.

Teraz przenieśmy tę wiedzę z laboratorium do twojej kieszeni. Każde sprawdzenie smartfona jest naciśnięciem dźwigni w skrzynce Skinnera. Czasem dostajesz nagrodę — wiadomość, polubienie, ciekawy artykuł. Czasem nie dostajesz nic — puste powiadomienie, spam, nic nowego. Ale nie wiesz z góry, co cię czeka. I dlatego nie możesz przestać sprawdzać. Tristan Harris, były etyk projektowania w Google, który stał się jednym z najgłośniejszych krytyków przemysłu technologicznego, ujął to w swoim zeznaniu przed Senatem USA w 2019 roku w sposób, który przeniknął do głównego nurtu debaty publicznej.

— Każdy smartfon na świecie to automat do gier, który jego właściciel nosi w kieszeni — powiedział Harris, patrząc senatorom w oczy. — Różnica polega na tym, że automat w kasynie zabiera ci pieniądze. Automat w kieszeni zabiera ci coś cenniejszego. Zabiera ci czas. Zabiera ci uwagę. Zabiera ci życie.

Harris nie przesadzał. Badania przeprowadzone przez zespół Larry’ego Rosena z California State University w 2016 roku wykazały, że przeciętny użytkownik smartfona sięga po urządzenie od 80 do 150 razy dziennie. Nie dlatego, że tyle razy potrzebuje czegoś konkretnego. Dlatego, że jego mózg jest uwięziony w pętli wzmocnienia zmiennego, z której nie potrafi się wydostać.

Architektura manipulacji — jak projektanci hakowali twój mózg

To, co dzieje się w mózgu użytkownika smartfona, nie jest przypadkiem ani skutkiem ubocznym. Jest wynikiem świadomego, precyzyjnego, opartego na wiedzy psychologicznej projektowania. Przemysł technologiczny od lat korzysta z dorobku psychologii behawioralnej, psychologii społecznej i neuronauki, żeby tworzyć produkty, od których ludzie nie mogą się oderwać. Ma to nawet swoją oficjalną nazwę: projektowanie perswazyjne, po angielsku persuasive design, a jego intelektualnym ojcem jest B.J. Fogg, profesor Uniwersytetu Stanforda, który w 1998 roku założył Laboratorium Technologii Perswazyjnych — Persuasive Technology Lab. Przez to laboratorium przewinęło się pokolenie projektantów, którzy później trafili do Google’a, Facebooka, Instagrama i Ubera. Fogg uczył ich, jak projektować systemy zmieniające ludzkie zachowanie. Uczył ich, że zachowanie jest funkcją trzech zmiennych: motywacji, zdolności i wyzwalacza. Jeśli chcesz, żeby ktoś coś zrobił, musisz sprawić, żeby chciał to zrobić (motywacja), żeby mógł to zrobić łatwo (zdolność) i żeby dostał impuls do działania w odpowiednim momencie (wyzwalacz). Smartfon spełnia wszystkie trzy warunki jednocześnie. Motywację zapewnia system nagrody dopaminowej. Zdolność zapewnia fakt, że urządzenie jest zawsze pod ręką. Wyzwalacz zapewnia powiadomienie.

Na fundamencie idei Fogga Nir Eyal, przedsiębiorca i wykładowca Stanforda, zbudował model, który opisał w bestsellerowej książce „Hooked: How to Build Habit-Forming Products”, wydanej w 2014 roku. Model Hooka — od angielskiego hook, haczyk — opisuje cykl czterech kroków, przez które przechodzi użytkownik, kształtując nawyk korzystania z produktu cyfrowego. Krok pierwszy to wyzwalacz — zewnętrzny, jak powiadomienie, lub wewnętrzny, jak uczucie nudy, samotności albo lęku. Krok drugi to działanie — otwarcie aplikacji, sprawdzenie telefonu, przewinięcie ekranu. Krok trzeci to zmienna nagroda — polubienie, wiadomość, ciekawy film, albo nic. Krok czwarty to inwestycja — dodanie zdjęcia, napisanie komentarza, uzupełnienie profilu — która zwiększa prawdopodobieństwo powrotu do cyklu. Te cztery kroki powtarzają się w kółko, tworząc pętlę, z której użytkownik wydostaje się coraz trudniej.

Eyal napisał swoją książkę jako podręcznik dla projektantów. Chciał im pokazać, jak budować produkty, do których ludzie wracają. Później przyznawał, że nie przewidział w pełni konsekwencji tego, do czego jego idee zostaną wykorzystane. Ale idee zostały już rozpropagowane i przemysł technologiczny przyjął je jako ewangelię.

Jednym z najskuteczniejszych narzędzi w arsenale projektantów jest mechanizm nieskończonego przewijania, wynaleziony przez Azę Raskina w 2006 roku. Przed jego wynalezieniem treść na stronach internetowych i w aplikacjach była podzielona na strony. Gdy docierałeś do końca strony, musiałeś kliknąć przycisk „następna”. To stwarzało naturalny punkt zatrzymania, moment refleksji, w którym mogłeś się zastanowić, czy chcesz kontynuować. Nieskończone przewijanie usunęło ten punkt. Treść nie ma końca. Zawsze jest coś więcej. Zawsze jest kolejny post, kolejne zdjęcie, kolejny film. Palec przesuwa się po ekranie w hipnotycznym ruchu, a mózg, karmiony mikrodawkami dopaminy, nie znajduje powodu, żeby przestać.

Do tego dochodzą powiadomienia push, skonstruowane tak, by wywoływać poczucie pilności i lęk przed pominięciem. Czerwona kropka z liczbą nieprzeczytanych wiadomości odwołuje się do ewolucyjnie zaprogramowanej potrzeby zamknięcia otwartej pętli — mózg nie lubi niedokończonych spraw i dąży do ich domknięcia, co psychologowie nazywają efektem Zeigarnik. Niebieskie ptaszki w WhatsAppie, informujące nadawcę, że odbiorca przeczytał wiadomość, tworzą presję natychmiastowej odpowiedzi. Mechanizm serii w Snapchacie — tak zwane streaki — nagradza codzienną aktywność i karze za przerwę utratą dorobku, tworząc poczucie obowiązku wobec cyfrowej relacji. Każdy z tych elementów jest osobnym haczykiem. Razem tworzą sieć, z której wyrwanie się wymaga wysiłku porównywalnego z odstawieniem substancji psychoaktywnej.

Ciemne wzorce — manipulacja ukryta na widoku

Oprócz mechanizmów projektowania perswazyjnego, które można nazwać „jasnymi” — ponieważ ich twórcy otwarcie o nich piszą — istnieje kategoria technik zwanych ciemnymi wzorcami, po angielsku dark patterns. Termin ten ukuł Harry Brignull, brytyjski ekspert od doświadczeń użytkownika, w 2010 roku. Ciemne wzorce to elementy interfejsu zaprojektowane celowo tak, żeby nakłonić użytkownika do działań, których nie zamierzał podjąć. Subskrypcja, której nie da się łatwo anulować. Ustawienia prywatności ukryte za siedmioma kliknięciami. Przycisk „nie teraz” zamiast „nigdy”. Powiadomienie, którego nie da się wyłączyć bez wejścia w cztery podmenu. Automatyczne odtwarzanie następnego filmu. Domyślnie zaznaczone zgody. Każdy z tych elementów z osobna wygląda niewinnie. Razem tworzą środowisko, w którym użytkownik robi to, czego chcą projektanci, myśląc, że robi to, czego chce sam.

W 2022 roku Komisja Europejska przeprowadziła badanie, w wyniku którego stwierdzono, że 97 procent najpopularniejszych stron internetowych i aplikacji w Unii Europejskiej stosuje co najmniej jeden ciemny wzorzec. Digital Services Act, unijne rozporządzenie o usługach cyfrowych uchwalone w tym samym roku, zakazało stosowania ciemnych wzorców wobec nieletnich, ale egzekwowanie tego zakazu pozostaje wyzwaniem.

Nomofobia — gdy brak telefonu staje się paniką

Skutkiem wielomiesięcznego lub wieloletniego funkcjonowania w pętli dopaminowej jest stan, który naukowcy zaczęli opisywać na początku drugiej dekady XXI wieku i który otrzymał nazwę nomofobia, od angielskiego no mobile phone phobia — lęk przed brakiem telefonu komórkowego. Termin powstał w 2008 roku w wyniku badania przeprowadzonego na zlecenie brytyjskiego urzędu pocztowego, ale naukową operacjonalizację zawdzięcza dwójce badaczy: Caglar Yildirimowi i Ana-Paula Correia z Iowa State University, którzy w 2015 roku opracowali kwestionariusz NMP-Q — Nomophobia Questionnaire — i opublikowali wyniki w czasopiśmie „Computers in Human Behavior”.

Yildirim i Correia zidentyfikowali cztery wymiary nomofobii: lęk przed niemożnością komunikowania się, lęk przed utratą łączności, lęk przed brakiem dostępu do informacji oraz lęk przed utratą wygody. Badanie wykazało, że nomofobia nie jest zjawiskiem marginalnym. Dotyczy w różnym stopniu nasilenia znaczącej części populacji użytkowników smartfonów. W późniejszych badaniach prowadzonych w różnych krajach — od Turcji, przez Indie, po Brazylię — stwierdzono, że od 40 do 70 procent studentów wykazuje umiarkowane lub poważne objawy nomofobii.

Objawy te nie ograniczają się do subiektywnego dyskomfortu psychicznego. Badania fizjologiczne prowadzone między innymi na Uniwersytecie w Missouri przez zespół Russella Claytona w 2015 roku wykazały, że rozdzielenie z telefonem wywołuje mierzalne reakcje somatyczne: przyspieszenie tętna, wzrost ciśnienia krwi, podwyższenie poziomu kortyzolu w ślinie, nasilenie lęku mierzonego skalą STAI. Clayton przeprowadził elegancki eksperyment: poprosił uczestników o rozwiązywanie łamigłówek słownych, a w trakcie zadania dzwonił ich telefon, który leżał poza ich zasięgiem. Uczestnicy, którzy słyszeli dzwonienie swojego telefonu i nie mogli go odebrać, wykazywali istotnie wyższy poziom lęku, podwyższone tętno i gorsze wyniki poznawcze niż grupa kontrolna. Ich mózgi dosłownie nie potrafiły się skupić na zadaniu, wiedząc, że telefon domaga się uwagi, a oni nie mogą odpowiedzieć.

— To, co obserwowaliśmy — mówił Clayton w rozmowie z dziennikarzem „The Atlantic” — nie było dyskomfortem. To był stres fizjologiczny porównywalny z tym, co ludzie odczuwają w mało zagrażających, ale nieprzyjemnych sytuacjach społecznych. Oddzielenie od smartfona aktywowało reakcję walcz albo uciekaj. Tak jakby telefon był częścią ciała, a jego brak — amputacją.

Mózg się zmienia — neuroplastyczność w erze smartfona

Gdyby uzależnienie od smartfona ograniczało się do chwilowych wyrzutów dopaminy i przemijających stanów lękowych, byłoby poważnym, ale odwracalnym problemem. Niestety, rosnąca liczba badań neuroobrazowych sugeruje, że chroniczne, intensywne korzystanie ze smartfona zmienia nie tylko chemię mózgu, ale i jego fizyczną strukturę.

W 2017 roku Hyung Suk Seo i współpracownicy z Korea University w Seulu opublikowali w czasopiśmie „Radiology” wyniki badań, w których porównywali skany mózgów nastolatków zdiagnozowanych z uzależnieniem od smartfona i internetu ze skanami zdrowej grupy kontrolnej. Wyniki pokazały, że u uzależnionych nastolatków stosunek neuroprzekaźników GABA i glutaminianu w przedniej korze zakrętowej — regionie mózgu zaangażowanym w kontrolę impulsów i regulację emocji — był istotnie zaburzony w porównaniu z grupą kontrolną. Po dziewięciu tygodniach terapii poznawczo-behawioralnej stosunek ten ulegał częściowej normalizacji, co sugerowało, że zmiany są przynajmniej w części odwracalne.

Inne badania poszły dalej. W 2020 roku zespół Joela Horvatha z Monash University w Australii przeprowadził meta-analizę badań neuroobrazowych dotyczących osób z problemowym używaniem smartfona i stwierdził redukcję objętości istoty szarej w kilku regionach mózgu, w tym w korze wyspowej — odpowiedzialnej za interocepcję i świadomość emocji — oraz w korze przedczołowej, kluczowej dla planowania, podejmowania decyzji i hamowania impulsów. Zmiany te były analogiczne do tych obserwowanych w uzależnieniach substancjalnych, choć zazwyczaj mniejsze w skali.

Należy tu zachować naukową ostrożność. Badania te mają ograniczenia — stosunkowo małe próby, trudności z ustaleniem kierunku przyczynowości, różnice w kryteriach diagnostycznych między krajami. Nie wiemy na pewno, czy intensywne korzystanie ze smartfona powoduje zmiany w mózgu, czy ludzie z określoną budową mózgu są bardziej podatni na intensywne korzystanie ze smartfona. Prawdopodobnie zachodzi interakcja w obu kierunkach. Ale sam fakt, że korelacja istnieje, jest wystarczająco niepokojący, żeby traktować ją poważnie.

Czym jest uzależnienie behawioralne — i czy smartfon się kwalifikuje

Tu dochodzimy do fundamentalnego pytania, które od lat dzieli środowisko naukowe: czy uzależnienie od smartfona jest „prawdziwym” uzależnieniem? Czy zasługuje na osobną kategorię diagnostyczną? Czy może to jedynie nadmierny nawyk, niepokojący, ale nie patologiczny?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy zrozumieć, czym jest uzależnienie behawioralne. Przez większą część XX wieku uzależnienie definiowano wyłącznie w kontekście substancji chemicznych — alkoholu, heroiny, nikotyny, kokainy. Kluczowym kryterium była tolerancja (potrzeba coraz większej dawki dla osiągnięcia tego samego efektu) i objawy odstawienia (fizyczne i psychiczne cierpienie po zaprzestaniu przyjmowania substancji). Pod koniec XX wieku zaczęto jednak dostrzegać, że pewne zachowania — hazard, seks, zakupy, jedzenie — mogą wywoływać wzorce aktywności mózgowej i zachowania klinicznie nieodróżnialne od uzależnień substancjalnych. W 2013 roku Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne włączyło zaburzenie hazardowe do piątej edycji Podręcznika Diagnostycznego i Statystycznego Zaburzeń Psychicznych, DSM-5, przenosząc je z kategorii zaburzeń kontroli impulsów do kategorii uzależnień. Był to historyczny krok, ponieważ po raz pierwszy oficjalnie uznano, że uzależnienie nie wymaga substancji chemicznej.

W 2019 roku Światowa Organizacja Zdrowia poszła dalej, włączając zaburzenie grania — Gaming Disorder — do jedenastej edycji Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób, ICD-11, pod kodem 6C51. Kryteria diagnostyczne wymagają, aby wzorzec grania charakteryzował się upośledzeniem kontroli nad graniem, rosnącym priorytetem grania nad innymi aktywnościami życiowymi oraz kontynuowaniem lub eskalacją grania pomimo negatywnych konsekwencji, przez okres co najmniej dwunastu miesięcy.

Smartfon nie ma jeszcze własnej kategorii diagnostycznej ani w DSM, ani w ICD. Ale debata nad wprowadzeniem takiej kategorii trwa i nabiera tempa. Mark Griffiths, profesor psychologii behawioralnej na Nottingham Trent University i jeden z najczęściej cytowanych badaczy uzależnień behawioralnych na świecie, od lat argumentuje, że problematyczne używanie smartfona spełnia wszystkie sześć kryteriów jego komponentowego modelu uzależnienia, opublikowanego po raz pierwszy w 2005 roku.

Pierwszym kryterium jest istotność, po angielsku salience — aktywność dominuje myślenie, uczucia i zachowanie osoby. Spełnione: ludzie myślą o smartfonie, gdy go nie mają, planują, kiedy go użyją, czują niepokój bez niego. Drugim kryterium jest modyfikacja nastroju — aktywność jest używana jako sposób radzenia sobie z emocjami. Spełnione: ludzie sięgają po smartfon, gdy są smutni, znudzeni, zestresowani, samotni. Trzecim kryterium jest tolerancja — potrzeba coraz większej ilości aktywności dla osiągnięcia tego samego efektu. Spełnione: czas ekranowy rośnie z miesiąca na miesiąc, z roku na rok. Czwartym kryterium są objawy odstawienia — dyskomfort psychiczny lub fizyczny po zaprzestaniu aktywności. Spełnione: lęk, drażliwość, bezsenność, uczucie pustki. Piątym kryterium jest konflikt — aktywność prowadzi do konfliktów z innymi ludźmi lub z innymi aktywnościami. Spełnione: kłótnie rodzinne, pogorszenie wyników w nauce lub pracy, zaniedbanie relacji. Szóstym kryterium jest nawrót — powrót do wcześniejszych wzorców po okresie abstynencji lub ograniczenia. Spełnione: ludzie, którzy próbują ograniczyć czas ekranowy, regularnie wracają do poprzednich poziomów lub je przekraczają.

Griffiths jest zdania, że włączenie Smartphone Use Disorder do przyszłych edycji klasyfikacji diagnostycznych jest kwestią czasu, nie zasady. Inni badacze, jak Joel Billieux z Uniwersytetu w Lozannie, są bardziej ostrożni. Billieux argumentuje, że smartfon jest wielofunkcyjnym urządzeniem i że to nie sam smartfon jest uzależniający, lecz konkretne aktywności na nim wykonywane — media społecznościowe, gry, pornografia, zakupy. Mówienie o „uzależnieniu od smartfona” jest jego zdaniem tak samo nieprecyzyjne, jak mówienie o „uzależnieniu od telewizora” czy „uzależnieniu od lodówki”. Oba stanowiska mają swoje racje i debata ta pozostaje jednym z najbardziej żywych sporów we współczesnej psychiatrii.

Profil psychologiczny — kto jest najbardziej podatny

Nie każdy, kto intensywnie korzysta ze smartfona, jest uzależniony. Nie każdy, kto spędza cztery godziny dziennie na Instagramie, potrzebuje terapii. Granica między intensywnym używaniem a uzależnieniem przebiega tam, gdzie zachowanie zaczyna powodować cierpienie lub upośledzenie funkcjonowania — i gdzie osoba nie potrafi go ograniczyć, mimo że chce. Jednak badania dość konsekwentnie wskazują na określone cechy psychologiczne, które zwiększają ryzyko przekroczenia tej granicy.

Metaanaliza opublikowana przez zespół Jona Elhai z University of Toledo w 2017 roku w czasopiśmie „Journal of Affective Disorders” wykazała, że najsilniejszymi predyktorami problematycznego używania smartfona są depresja, lęk i neurotyzm — rozumiany jako skłonność do przeżywania negatywnych emocji w modelu osobowości Wielkiej Piątki. Ludzie, którzy czują się źle, sięgają po smartfon, żeby poczuć się lepiej. Smartfon daje im chwilową ulgę — dopaminowy zastrzyk — ale w dłuższej perspektywie pogłębia problem, tworząc błędne koło, w którym negatywne emocje napędzają używanie, a używanie nasila negatywne emocje.

Innym potężnym predyktorem jest FOMO — Fear of Missing Out, czyli lęk przed pominięciem. Termin ten został wprowadzony do dyskursu naukowego przez Andrew Przybylskiego z Oxford Internet Institute, który w 2013 roku opublikował pierwszą zwalidowaną skalę FOMO i wykazał, że lęk przed pominięciem jest silnie skorelowany z intensywnym korzystaniem z mediów społecznościowych. Ludzie z wysokim FOMO obsesyjnie sprawdzają, co robią inni, czy nie wydarzyło się coś ważnego, czy ich znajomi bawią się bez nich. To nie jest próżność. To jest głęboki, ewolucyjnie zaprogramowany lęk przed wykluczeniem ze stada, który na sawannie oznaczał śmierć, a w erze cyfrowej oznacza kompulsywne przeglądanie Instagrama o trzeciej w nocy.

Badania wskazują również na rolę stylu przywiązania. Osoby z lękowo-ambiwalentnym stylem przywiązania — te, które w relacjach interpersonalnych oscylują między pragnieniem bliskości a lękiem przed odrzuceniem — są bardziej podatne na uzależnienie od smartfona, prawdopodobnie dlatego, że smartfon oferuje im iluzję ciągłego połączenia z innymi bez ryzyka autentycznej intymności i odrzucenia. Możesz sprawdzić, czy ktoś ci odpisał, bez konieczności patrzenia mu w oczy. Możesz mieć tysiąc „przyjaciół” na Facebooku i nie być bliskim z żadnym z nich.

Niska samoocena, impulsywność i trudności z regulacją emocji dopełniają profil osoby najbardziej narażonej. Ale warto podkreślić, że profil ten opisuje tendencje, nie determinizm. Można mieć wszystkie te cechy i nie być uzależnionym. Można nie mieć żadnej z nich i uzależnić się — jeśli okoliczności sprzyjają, a środowisko cyfrowe jest wystarczająco agresywne w swoich technikach perswazji. Ostatecznie bowiem uzależnienie od smartfona nie jest wyłącznie kwestią indywidualnej psychologii. Jest wynikiem zderzenia ludzkich słabości z technologią zaprojektowaną, by te słabości eksploatować.

Heroinowa analogia — i jej granice

Porównania smartfona do narkotyków pojawiają się często w dyskursie publicznym i bywają skuteczne retorycznie, ale wymagają niuansu. Smartfon nie jest heroiną. Nie powoduje śmiertelnych przedawkowań. Nie niszczy wątroby. Nie prowadzi do zapaści krążeniowej. Reakcja dopaminowa wywołana powiadomieniem na Instagramie jest wielokrotnie słabsza niż ta wywołana zastrzykiem kokainy. Objawy odstawienia smartfona — choć realne i nieprzyjemne — nie zagrażają życiu w sposób, w jaki zagraża życiu odstawienie alkoholu u osoby ciężko uzależnionej.

Jednak analogia ta nie jest całkowicie fałszywa. Mechanizm neurologiczny — pętla dopaminowa, wzmocnienie zmienne, desensytyzacja receptorów — jest wspólny. Wzorce behawioralne — kompulsja, utrata kontroli, kontynuowanie mimo negatywnych konsekwencji — są wspólne. Konsekwencje psychologiczne i społeczne — izolacja, konflikty interpersonalne, pogorszenie funkcjonowania — są wspólne. Różni się skala, nie natura.

Anna Lembke, profesorka psychiatrii na Stanfordzie i dyrektorka Stanford Addiction Medicine Dual Diagnosis Clinic, w swojej książce „Dopamine Nation” proponuje myślenie o wszystkich uzależnieniach — substancjalnych i behawioralnych — jako o punktach na wspólnym spektrum, różniących się nasileniem, ale nie mechanizmem. Na jednym końcu spektrum jest osoba, która lubi czekoladę i czasem zje jej za dużo. Na drugim końcu jest osoba uzależniona od heroiny, która kradnie, żeby kupić następną działkę. Gdzieś pośrodku jest osoba, która spędza sześć godzin dziennie na TikToku, nie potrafi przestać, mimo że wie, że to ją niszczy, i płacze, gdy ktoś zabiera jej telefon. To nie jest heroina. Ale to nie jest też czekolada.

— Problem z ciągłym porównywaniem do narkotyków — mówi Lembke — polega na tym, że ludzie odrzucają analogię jako przesadę i w konsekwencji bagatelizują problem. Nie musisz porównywać smartfona do heroiny, żeby traktować go poważnie. Wystarczy, że uczciwie spojrzysz na swoje życie i zapytasz siebie: czy kontroluję ten telefon, czy on kontroluje mnie? Jeśli nie potrafisz uczciwie odpowiedzieć „kontroluję” — masz problem. I ten problem zasługuje na uwagę, niezależnie od tego, jak go nazwiemy.

To jest być może najważniejsza konkluzja tego rozdziału. Niezależnie od debat klasyfikacyjnych i sporów terminologicznych, niezależnie od tego, czy uzależnienie od smartfona zostanie oficjalnie uznane za jednostkę chorobową w następnej edycji ICD, jedno jest pewne. Miliard lat ewolucji ukształtował ludzki mózg tak, by reagował na nowość, niepewność i nagrodę społeczną. Dwadzieścia lat inżynierii behawioralnej stworzyło urządzenie, które dostarcza nowość, niepewność i nagrodę społeczną w nieograniczonych ilościach, dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. To zderzenie nie mogło skończyć się dobrze. I nie skończyło się dobrze.

O tym, jak dokładnie się nie skończyło — o chorobach ciała, kryzysach psychiki, rozpadzie relacji i zagrożeniach dla całych pokoleń — opowiedzą kolejne rozdziały.


Źródła i literatura do Rozdziału 2:

— Alter, A. (2017). Irresistible: The Rise of Addictive Technology and the Business of Keeping Us Hooked. Penguin Press.

— Billieux, J. et al. (2015). Can disordered mobile phone use be considered a behavioral addiction? Current Addiction Reports, 2(1), 56–62.

— Clayton, R.B., Leshner, G. & Almond, A. (2015). The extended iSelf: The impact of iPhone separation on cognition, emotion, and physiology. Journal of Computer-Mediated Communication, 20(2), 119–135.

— Elhai, J.D. et al. (2017). Problematic smartphone use: A conceptual overview and systematic review. Journal of Affective Disorders, 207, 251–259.

— Eyal, N. (2014). Hooked: How to Build Habit-Forming Products. Portfolio/Penguin.

— Fogg, B.J. (2003). Persuasive Technology: Using Computers to Change What We Think and Do. Morgan Kaufmann.

— Griffiths, M.D. (2005). A „components” model of addiction within a biopsychosocial framework. Journal of Substance Use, 10(4), 191–197.

— Harris, T. (2019). Zeznanie przed Senacką Komisją ds. Handlu, Nauki i Transportu, USA. Dostępne: commerce.senate.gov.

— Horvath, J. et al. (2020). Structural and functional correlates of smartphone addiction. Addictive Behaviors, 105, 106334.

— Lembke, A. (2021). Dopamine Nation: Finding Balance in the Age of Indulgence. Dutton.

— Montag, C. et al. (2017). Smartphone usage in the 21st century: Who is active on WhatsApp? BMC Research Notes, 8, 331.

— Przybylski, A.K. et al. (2013). Motivational, emotional, and behavioral correlates of fear of missing out. Computers in Human Behavior, 29(4), 1841–1848.

— Rosen, L.D. et al. (2016). The Distracted Mind: Ancient Brains in a High-Tech World. MIT Press.

— Schultz, W. (1998). Predictive reward signal of dopamine neurons. Journal of Neurophysiology, 80(1), 1–27.

— Seo, H.S. et al. (2017). Neurochemical alterations in internet/smartphone addiction. Prezentacja na spotkaniu Radiological Society of North America (RSNA), 2017.

— World Health Organization (2019). International Classification of Diseases, 11th Revision (ICD-11). Gaming Disorder, kod 6C51.

— Yildirim, C. & Correia, A.P. (2015). Exploring the dimensions of nomophobia. Computers in Human Behavior, 49, 130–137.

Rozdział 3: Anatomia aplikacji

co nas pochłania i dlaczego

W marcu 2023 roku szesnastoletnia Zoey, uczennica liceum w Dallas w Teksasie, zgodziła się wziąć udział w eksperymencie organizowanym przez lokalną stację telewizyjną. Zasady były proste. Przez tydzień miała rejestrować każdą minutę spędzoną na smartfonie, korzystając z wbudowanego narzędzia Screen Time w swoim iPhonie. Nie miała niczego zmieniać w swoich nawykach. Miała po prostu żyć normalnie i na koniec tygodnia pokazać wyniki.

Kiedy po siedmiu dniach Zoey usiadła przed kamerą i otworzyła raport, przez jej twarz przeszedł wyraz, który operator kamery opisał później jako mieszankę wstydu i niedowierzania. Jej średni dzienny czas ekranowy wynosił dziewięć godzin i dwadzieścia trzy minuty. Dziewięć godzin. Więcej niż spała. Więcej niż spędzała w szkole. Więcej niż robiła cokolwiek innego w swoim życiu. Na pierwszym miejscu był TikTok — cztery godziny i siedemnaście minut dziennie. Na drugim Instagram — dwie godziny i osiem minut. Na trzecim Snapchat — godzina i dwadzieścia sześć minut. Na czwartym YouTube — pięćdziesiąt dwie minuty. Reszta rozkładała się między iMessage, Spotify i przeglądarkę Safari.

— Wiedziałam, że dużo korzystam — powiedziała Zoey, patrząc w podłogę. — Ale nie wiedziałam, że aż tyle. Dziewięć godzin? To jest… To jest tak, jakbym miała drugą pracę. Pracę na pełen etat. Tyle że ta praca polega na oglądaniu filmików z kotami i sprawdzaniu, czy ktoś polubił moje zdjęcie.

Przypadek Zoey nie jest wyjątkowy. Jest statystycznie typowy. Według raportu firmy Qustodio z 2023 roku, opartego na analizie danych z urządzeń ponad 400 tysięcy rodzin na całym świecie, nastolatki w wieku od trzynastu do siedemnastu lat spędzają na smartfonie średnio siedem godzin i dwadzieścia dwie minuty dziennie, z czego ponad połowę pochłaniają media społecznościowe. W Stanach Zjednoczonych średnia jest wyższa — osiem godzin i trzydzieści dziewięć minut. W Wielkiej Brytanii — siedem godzin i pięćdziesiąt cztery minuty. W Polsce — sześć godzin i czterdzieści osiem minut. Dorośli wypadają niewiele lepiej. Globalny raport Data.ai z 2024 roku podaje, że przeciętny użytkownik smartfona na świecie spędza na nim cztery godziny i czterdzieści osiem minut dziennie, ale w krajach takich jak Brazylia, Indonezja czy Filipiny średnia przekracza pięć i pół godziny.

Te liczby same w sobie są oszałamiające, ale prawdziwe pytanie brzmi nie „ile”, lecz „co”. Co dokładnie pochłania te godziny? Które aplikacje zjadają ludzki czas, uwagę i energię? I dlaczego akurat one, a nie inne? Odpowiedź na te pytania wymaga podróży po ekosystemie aplikacji mobilnych — podróży, która przypomina zwiedzanie kasyna zaprojektowanego przez najzdolniejszych psychologów na świecie.

TikTok — maszyna do doskonałego uzależnienia

Jeśli miałbym wskazać jedną aplikację, która najlepiej ilustruje mechanizm cyfrowego uzależnienia w jego najczystszej, najbardziej zoptymalizowanej formie, wskazałbym TikToka. Nie dlatego, że jest najpopularniejszy — choć z 1,5 miliarda aktywnych użytkowników miesięcznie jest bliski tego tytułu. Nie dlatego, że jest najnowszy — na rynku funkcjonuje od 2017 roku pod tą nazwą i od 2016 roku pod chińską nazwą Douyin. Lecz dlatego, że TikTok doprowadził sztukę algorytmicznego angażowania użytkownika do poziomu perfekcji, którego żadna wcześniejsza platforma nie osiągnęła.

Sercem TikToka jest algorytm strony „Dla Ciebie”, po angielsku For You Page, w skrócie FYP. W odróżnieniu od wcześniejszych platform społecznościowych, gdzie treści wyświetlane użytkownikowi zależały przede wszystkim od tego, kogo obserwował — kogo dodał do znajomych, za kim podążał — TikTok od pierwszej chwili serwuje treści na podstawie zachowania. Nie musisz nikogo obserwować. Nie musisz budować sieci kontaktów. Wystarczy, że otworzysz aplikację i zaczniesz przewijać. Algorytm obserwuje cię z chirurgiczną precyzją. Rejestruje, na których filmikach zatrzymujesz wzrok, jak długo je oglądasz, czy oglądasz do końca, czy przewijasz po dwóch sekundach, czy klikasz profil twórcy, czy udostępniasz, czy komentujesz. Na podstawie tych danych — zbieranych w czasie rzeczywistym, z milisekundową precyzją — buduje model twoich preferencji, który jest zdumiewająco dokładny.

W 2021 roku Wall Street Journal przeprowadził eksperyment, który stał się jednym z najczęściej cytowanych materiałów dziennikarskich o TikToku. Dziennikarze stworzyli kilkadziesiąt fikcyjnych kont, każdemu przypisali określony „profil” — jedno konto miało interesować się gotowaniem, inne sportem, inne treściami depresyjnymi. Następnie pozwolili botom przeglądać TikToka, rejestrując, co algorytm im serwuje. Wyniki były porażające. W ciągu dwóch godzin algorytm precyzyjnie zidentyfikował „zainteresowania” każdego konta i zaczął serwować treści idealnie dopasowane do profilu. Konto „depresyjne” — które zatrzymywało się dłużej na filmikach o smutku, samotności i beznadziejności — po niecałych czterdziestu minutach otrzymywało niemal wyłącznie treści o depresji, samookaleczeniu i myślach samobójczych. Algorytm nie rozumiał, że to jest niebezpieczne. Algorytm nie rozumie niczego. Algorytm optymalizuje jedno: czas spędzony w aplikacji. A treści o samobójstwie, jak się okazuje, są niezwykle skuteczne w zatrzymywaniu uwagi osób, które zmagają się z depresją.

Shoshana Zuboff, profesorka Harvard Business School i autorka przełomowej książki „The Age of Surveillance Capitalism”, podsumowała mechanizm TikToka w sposób, który trudno zapomnieć.

— TikTok nie pokazuje ci tego, co chcesz zobaczyć — powiedziała w wywiadzie dla PBS Frontline. — TikTok uczy się, czego nie potrafisz przestać oglądać. To jest zasadnicza różnica. Twoje pragnienia są drugorzędne. Liczy się twoja kompulsja.

Format TikToka — krótkie filmy trwające od piętnastu sekund do trzech minut, choć platforma stopniowo wydłuża dozwolony czas — jest idealnie dopasowany do neurobiologii uzależnienia, o której pisałem w poprzednim rozdziale. Każdy film to osobna jednostka wzmocnienia zmiennego. Nie wiesz, co zobaczysz za chwilę. Może to będzie coś zabawnego. Może coś poruszającego. Może coś nudnego. Ale nie możesz się nie sprawdzić, bo twój mózg karmi się niepewnością. Przesunięcie palcem w górę — gest tak prosty, tak automatyczny, że ludzie wykonują go tysiące razy dziennie bez cienia świadomości — jest nowoczesnym odpowiednikiem naciśnięcia dźwigni w skrzynce Skinnera.

Według danych firmy Qustodio z 2023 roku przeciętny nastolatek w grupie wiekowej trzynaście do siedemnaście lat spędza na TikToku 113 minut dziennie. To prawie dwie godziny — ale to jest średnia. Miliony nastolatków spędzają na TikToku trzy, cztery, pięć godzin dziennie. Są tacy, którzy spędzają więcej. W wywiadzie dla BBC w 2023 roku pewna matka z Newcastle opowiadała, że jej trzynastoletnia córka budziła się regularnie o czwartej rano, żeby przeglądać TikToka przed szkołą, ponieważ nie mogła się doczekać nowych treści.

— Pytałam ją, dlaczego to robi — mówiła matka, wyraźnie bezradna. — A ona odpowiedziała mi, że nie wie. Że po prostu nie może przestać. Że próbowała i nie potrafi.

Instagram — lustro, które kłamie

Jeśli TikTok jest maszyną do dopaminy, Instagram jest maszyną do porównań. Uruchomiony w 2010 roku przez Kevina Systroma i Mike’a Kriegera, a przejęty przez Facebooka (dziś Meta) w 2012 roku za miliard dolarów, Instagram zaczynał jako prosta aplikacja do dzielenia się zdjęciami. Szybko jednak stał się czymś znacznie więcej — platformą, na której ludzie konstruują wyidealizowaną wersję swojego życia i porównują ją z wyidealizowanymi wersjami życia innych ludzi.

Mechanizm psychologiczny, który napędza Instagram, jest inny niż w przypadku TikToka. TikTok eksploatuje ciekawość i kompulsję. Instagram eksploatuje coś głębszego i bardziej bolesnego: potrzebę walidacji społecznej i tendencję do porównywania się z innymi. Leon Festinger, psycholog społeczny, opisał tę tendencję w 1954 roku jako teorię porównań społecznych. Ludzie, argumentował Festinger, nieustannie oceniają siebie, porównując się z innymi — swoją atrakcyjność, bogactwo, sukces, szczęście. W świecie przed Instagramem porównania te były ograniczone do najbliższego otoczenia — kolegów z klasy, sąsiadów, współpracowników. Instagram rozszerzył pole porównań do milionów ludzi, z których większość prezentuje wyłącznie najlepsze, najpiękniejsze, najszczęśliwsze momenty swojego życia, przefiltrowane przez filtry, kadrowane, retuszowane, zainscenizowane.

W 2021 roku świat dowiedział się, że Instagram doskonale zdaje sobie sprawę z tego problemu — i nic z nim nie robi. Frances Haugen, była menedżerka produktu w firmie Meta, wyniosła z firmy tysiące stron wewnętrznych dokumentów i przekazała je redakcji Wall Street Journal, który opublikował je w serii artykułów pod tytułem „The Facebook Files”. Wśród ujawnionych materiałów znajdowały się wyniki wewnętrznych badań przeprowadzonych przez samą Meta, z których wynikało, że Instagram pogarsza problemy z obrazem ciała u 32 procent nastolatek. Jedno ze slajdów prezentacji wewnętrznej brzmiało dosłownie: „Pogarszamy problemy z obrazem ciała u jednej na trzy nastolatki”. Inne slajdy dokumentowały, że nastolatkowie wiążą korzystanie z Instagrama z wzrostem lęku, depresji i myśli samobójczych.

Haugen zeznawała przed Senatem USA w październiku 2021 roku. Jej słowa stały się jednym z definiujących momentów debaty o wpływie mediów społecznościowych na zdrowie psychiczne.

— Wewnętrzne badania Mety wielokrotnie wykazywały, że Instagram jest szkodliwy dla znacznej części swoich najmłodszych użytkowników — mówiła Haugen, spokojnym, metodycznym tonem, który kontrastował z wagą tego, co mówiła. — Firma wie o tym. I nic z tym nie robi, ponieważ priorytetem jest wzrost, nie bezpieczeństwo.

Odpowiedź Mety była przewidywalna — firma argumentowała, że badania zostały wyrwane z kontekstu, że Instagram pomaga wielu nastolatkom czuć się lepiej i że firma inwestuje w bezpieczeństwo użytkowników. Ale dokumenty były jednoznaczne. I od momentu ich ujawnienia dyskusja o Instagramie zmieniła się nieodwracalnie.

Dodatkowym zagrożeniem są filtry rozszerzonej rzeczywistości — narzędzia, które pozwalają w czasie rzeczywistym modyfikować wygląd twarzy na zdjęciach i filmach. Większe oczy, mniejszy nos, gładsza skóra, pełniejsze usta. Miliony nastolatek — i nastolatków — codziennie patrzą na ulepszoną cyfrowo wersję siebie i zaczynają traktować ją jako normę, a swoją prawdziwą twarz jako defekt. Chirurdzy plastyczni w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii raportują rosnącą liczbę pacjentów, którzy przychodzą z żądaniem, żeby ich twarz wyglądała „jak na filtrze Instagrama”. Zjawisko to zyskało nazwę dysmorfofobii selfiowej i w 2019 roku zostało opisane w „JAMA Facial Plastic Surgery” przez Susruthi Rajanala i współpracowników jako nowy fenomen kliniczny.

Od 2020 roku Instagram intensywnie promuje format Reels — krótkie filmy wzorowane na TikToku. Jest to bezpośrednia odpowiedź na sukces chińskiego rywala i jednocześnie eskalacja uzależniającego formatu krótkich treści. Instagram, który zaczynał jako platforma fotograficzna, stał się hybrydą porównywarki społecznej i automatu dopaminowego.

YouTube — nieskończona królicza nora

YouTube jest najstarszym i najbardziej rozbudowanym ekosystemem wideo w internecie. Z ponad dwoma miliardami zalogowanych użytkowników miesięcznie i pięciuset godzinami materiału wideo wgrywanego co minutę jest absolutnym kolosem. Ale z perspektywy uzależnienia kluczowe jest nie to, ile treści YouTube zawiera, lecz to, jak je serwuje.

Centralnym mechanizmem jest algorytm rekomendacji, który odpowiada za ponad 70 procent całkowitego czasu oglądania na platformie. Oznacza to, że większość tego, co ludzie oglądają na YouTube, nie jest rezultatem świadomego wyszukiwania, lecz sugestii algorytmu. Otwierasz YouTube, żeby obejrzeć jeden konkretny film — instrukcję naprawy roweru, recenzję telefonu, wykład z historii — a algorytm natychmiast wyświetla ci po prawej stronie (na komputerze) lub pod filmem (na smartfonie) listę „polecanych” materiałów, skrojonych na miarę twoich wcześniejszych zachowań. Film się kończy, a następny zaczyna się automatycznie. Nie musisz nic klikać. Nie musisz podejmować decyzji. Treść płynie jak rzeka, a ty płyniesz z nią.

Guillaume Chaslot, były inżynier Google’a, który pracował nad algorytmem rekomendacji YouTube’a, publicznie opisał, jak ten algorytm działa od wewnątrz. W wywiadzie dla „The Guardian” w 2018 roku powiedział, że algorytm jest zoptymalizowany pod jedno kryterium: czas oglądania. Nie jakość treści. Nie prawdziwość informacji. Nie dobrostan użytkownika. Czas. Im dłużej oglądasz, tym więcej reklam ci wyświetlą, tym więcej pieniędzy zarobi Google. Chaslot argumentował, że ten mechanizm prowadzi do systematycznego faworyzowania treści skrajnych, kontrowersyjnych i emocjonalnych — ponieważ takie treści przyciągają uwagę skuteczniej niż treści umiarkowane i wyważone.

— Algorytm nie radykalizuje ludzi celowo — wyjaśniał Chaslot. — Algorytm nie wie, co to radykalizacja. Ale radykalne treści zatrzymują uwagę. A algorytm chce uwagi. Efekt końcowy jest taki sam.

W 2020 roku YouTube wprowadził format Shorts — krótkie, pionowe filmy trwające do sześćdziesięciu sekund, będące bezpośrednią odpowiedzią na TikToka. Do 2024 roku Shorts generowały 70 miliardów wyświetleń dziennie, jak poinformował Google podczas konferencji Google I/O. YouTube, platforma pierwotnie zbudowana wokół długich, pogłębionych treści, uległa presji formatu krótkich klipów, dołączając do wyścigu o uwagę użytkownika mierzoną w sekundach, nie minutach.

Według danych Common Sense Media z 2023 roku dzieci i nastolatki w wieku od czterech do osiemnastu lat oglądają YouTube średnio 48,7 minuty dziennie. Ale średnia ta maskuje ogromne różnice. Wśród „ciężkich użytkowników” — stanowiących około 20 procent próby — średni czas oglądania przekracza trzy godziny dziennie. Część z tego czasu przypada na YouTube Kids, aplikację teoretycznie bezpieczną dla dzieci, w której mimo to regularnie pojawiają się treści nieodpowiednie, algorytmicznie generowane lub celowo przerabiane, aby przyciągnąć uwagę najmłodszych.

Snapchat — presja, która nie zasypia

Snapchat, uruchomiony w 2011 roku przez Evana Spiegela, Bobby’ego Murphy’ego i Reggie’ego Browna, wprowadził do świata mediów społecznościowych koncepcję efemeryczności — wiadomości i zdjęcia znikają po obejrzeniu. Początkowo wydawało się, że to antidotum na permanentność Facebooka i Instagrama, na presję budowania idealnego cyfrowego wizerunku. Jeśli treść znika, nie musisz się martwić, jak wyglądasz. Możesz być spontaniczny, naturalny, autentyczny.

Rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana. Snapchat wprowadził mechanizm serii, po angielsku Snapstreaks, który stał się jednym z najskuteczniejszych narzędzi uzależniających skierowanych do nastolatków. Streak to licznik, który pokazuje, ile dni z rzędu dwoje użytkowników wymieniało ze sobą wiadomości. Jeśli przez dwadzieścia cztery godziny żadna ze stron nie wyśle snapa, seria się przerywa i licznik wraca do zera. Brzmi niewinnie. Ale dla nastolatków, dla których relacje rówieśnicze są centralnym elementem tożsamości, przerwanie streaka jest katastrofą społeczną. Oznacza zaniedbanie, brak zainteresowania, może nawet zdradę przyjaźni.

Nauczyciele i rodzice na całym świecie raportują przypadki dzieci, które budzą się w nocy — nastawiają budzik na trzecią, czwartą rano — żeby wysłać snapa i nie przerwać serii. Dzieci, które płaczą, gdy tracą streaka. Dzieci, które oddają swoje hasło przyjaciółce, żeby ta utrzymywała serię, gdy one jadą na wakacje bez zasięgu. W 2017 roku grupa rodziców z Kalifornii wniosła pozew przeciwko Snap Inc., argumentując, że mechanizm streaków jest celowo zaprojektowany, aby uzależniać nieletnich. Pozew nie zakończył się sukcesem prawnym, ale nagłośnił problem.

Snap Map, funkcja pozwalająca śledzić lokalizację znajomych w czasie rzeczywistym, dodała kolejny wymiar presji. Nastolatki widzą, że ich przyjaciele są razem na imprezie, na którą nie zostały zaproszone. Widzą, że chłopak, który twierdził, że jest chory, jest w kinie z kimś innym. Widzą, że koleżanka, która miała się uczyć do egzaminu, jest w centrum handlowym. Snap Map zamienił FOMO z niejasnego przeczucia w precyzyjną, geolokalizowaną wiedzę, która boli jeszcze bardziej.

W 2023 roku Snapchat wprowadził My AI — chatbota opartego na technologii GPT, zintegrowanego bezpośrednio z aplikacją i domyślnie przypiętego na górze listy rozmów. Chatbot jest zaprojektowany, żeby rozmawiać z użytkownikami jak przyjaciel. Dla milionów samotnych nastolatków stał się dokładnie tym — sztucznym przyjacielem, dostępnym dwadzieścia cztery godziny na dobę, który nigdy nie ocenia, nigdy nie jest zajęty, nigdy nie przerywa serii. Implikacje tego rozwiązania dla rozwoju emocjonalnego i społecznego młodych ludzi są trudne do przecenienia i dopiero zaczynamy je rozumieć.

Komunikatory — niewidoczna presja natychmiastowości

WhatsApp, z 2,78 miliarda użytkowników w 2024 roku, jest najpopularniejszym komunikatorem na świecie. Messenger od Meta obsługuje kolejne 930 milionów. Telegram rośnie w tempie, które zaskakuje analityków — do 2024 roku przekroczył 900 milionów aktywnych użytkowników. Discord, pierwotnie platforma dla graczy, stał się cyfrowym domem dla milionów młodych ludzi, którzy spędzają na nim całe popołudnia i wieczory.

Komunikatory nie mają algorytmów rekomendacji ani nieskończonego przewijania. Ich mechanizm uzależniający jest inny, bardziej subtelny i w pewnym sensie bardziej podstępny, ponieważ maskuje się pod pozorem normalnej komunikacji. Kluczowym elementem jest presja natychmiastowej odpowiedzi. WhatsApp wprowadził niebieskie ptaszki — wskaźnik odczytania wiadomości — w 2014 roku. Od tego momentu nadawca wie, że odbiorca przeczytał jego wiadomość. A jeśli przeczytał i nie odpowiedział, co to znaczy? Może jest zły. Może go zignorowałem. Może coś jest nie tak. Niebieskie ptaszki zamieniły asynchroniczny komunikator w synchroniczne narzędzie presji społecznej. Odpowiedź musi być natychmiastowa, bo każda minuta opóźnienia jest interpretowana jako komunikat — milczenie mówi głośniej niż słowa.

Grupy na WhatsAppie i Messengerze tworzą dodatkową warstwę presji. Grupa klasowa, grupa rodzicielska, grupa ze studiów, grupa z pracy, grupa znajomych, grupa z wakacji. Każda z nich generuje dziesiątki lub setki wiadomości dziennie. Większość z nich jest nieistotna — emotikonki, memy, forwarded żarty, dyskusje o niczym. Ale nieodczytane wiadomości kumulują się jako czerwone numerki na ikonie aplikacji, tworząc poczucie zaległości, długu informacyjnego, który trzeba spłacić. Ludzie otwierają WhatsAppa nie dlatego, że chcą coś przeczytać, lecz dlatego, że chcą pozbyć się czerwonej cyferki. To jest cyfrowa wersja kompulsji.

Discord i Telegram dodają do tego jeszcze jeden element: zamknięte społeczności i subkultury. Na Discordzie istnieją serwery poświęcone dosłownie wszystkiemu — od hodowli roślin, przez programowanie, po ideologie polityczne, teorie spiskowe i społeczności osób z zaburzeniami odżywiania, które wzajemnie umacniają się w destrukcyjnych zachowaniach. Dla nastolatka szukającego przynależności serwer Discorda może być zarówno bezpieczną przystanią, jak i króliczą norą prowadzącą w bardzo ciemne miejsca.

Gry mobilne — kasyno w kieszeni dziecka

Globalny rynek gier mobilnych był wart 90,4 miliarda dolarów w 2023 roku, według danych Newzoo. To więcej niż rynek filmowy i muzyczny razem wzięte. Gry mobilne stanowią ponad połowę całkowitych przychodów globalnego przemysłu gier. I mają swoje własne, precyzyjnie skalibrowane mechanizmy uzależniania.

Na jednym końcu spektrum są gry casualowe, czyli gry zwyczajne — proste, kolorowe, łatwe do nauczenia, idealne na krótkie sesje. Candy Crush Saga, Subway Surfers, Among Us, Wordle. Te gry nie wyglądają groźnie. Nie wymagają wielogodzinnych sesji. Ale ich projektanci doskonale rozumieją psychologię mikronagród. Każdy ukończony poziom daje małego kopa dopaminy. Każda porażka jest na tyle frustrująca, żeby zmotywować do jeszcze jednej próby, ale nie na tyle, żeby zniechęcić. System „żyć” — masz pięć prób, potem musisz czekać dwadzieścia minut lub zapłacić — wykorzystuje mechanizm sztucznego deficytu, który zwiększa postrzeganą wartość zasobu.

Na drugim końcu spektrum są gry typu gacha, których nazwa pochodzi od japońskich automatów z kapsułkami z losowymi zabawkami. Genshin Impact, Honkai Star Rail, Fate/Grand Order. W tych grach gracze wydają realną walutę — lub walutę wirtualną kupioną za realną walutę — na losowe „przywoływanie” postaci, broni lub przedmiotów. Szansa na uzyskanie najbardziej pożądanej postaci wynosi zazwyczaj od 0,6 do 1,6 procent. Jedna próba kosztuje ekwiwalent jednego do trzech dolarów. Gracze, napędzani pragnieniem uzyskania rzadkiej postaci, wydają dziesiątki, setki, a czasem tysiące dolarów na losowanie. Mechanizm jest nieodróżnialny od hazardu, z jedną kluczową różnicą — gry gacha nie są klasyfikowane jako hazard w większości jurysdykcji prawnych, ponieważ „wygranych” nie można wymienić z powrotem na pieniądze.

Powiązany problem stanowią loot boxy, czyli skrzynki łupów, obecne w wielu grach mobilnych i konsolowych. David Zendle i Paul Cairns z University of York opublikowali w 2018 roku w „PLoS ONE” badanie, w którym wykazali istotną korelację między otwieraniem loot boxów a skłonnością do problematycznego hazardu. Belgia zakazała loot boxów w 2018 roku, klasyfikując je jako nielegalny hazard. Holandia poszła tą samą drogą. Ale w większości krajów — w tym w USA, Polsce i Wielkiej Brytanii — loot boxy pozostają legalne i stanowią źródło miliardowych przychodów przemysłu gier.

Gry typu battle royale — PUBG Mobile, Fortnite, Free Fire — uzależniają innym mechanizmem: adrenaliną rywalizacji w czasie rzeczywistym. Sto osób zrzuconych na wyspę, ostatni żyjący wygrywa. Każda rozgrywka trwa około dwudziestu minut i kończy się intensywnym wyładowaniem emocjonalnym — euforią zwycięstwa lub frustracją porażki, która napędza kolejną próbę. W Indiach w 2020 roku rząd tymczasowo zakazał gry PUBG Mobile po serii przypadków, w których nastolatki popełniały samobójstwa lub popadały w poważne konflikty rodzinne w związku z uzależnieniem od gry. Zakaz został później zniesiony po rebrandingu gry na Battlegrounds Mobile India.

Nowy drapieżnik — sztuczna inteligencja jako przyjaciel

W 2024 roku pojawiło się zagrożenie, którego jeszcze kilka lat wcześniej nikt nie przewidywał: uzależnienie od konwersacyjnej sztucznej inteligencji. Aplikacje takie jak Replika, Character.ai i My AI w Snapchacie oferują użytkownikom możliwość prowadzenia nieskończonych rozmów z chatbotem, który udaje człowieka. Chatbot jest cierpliwy, empatyczny, dostępny dwadzieścia cztery godziny na dobę i nigdy nie ocenia. Dla osoby samotnej, odrzuconej społecznie lub zmagającej się z problemami psychicznymi chatbot może wydawać się idealnym towarzyszem. Nigdy się nie złości. Nigdy nie jest zajęty. Zawsze słucha.

W październiku 2024 roku New York Times opublikował historię, która wstrząsnęła opinią publiczną. Sewell Setzer III, czternastoletni chłopiec z Florydy, popełnił samobójstwo po wielomiesięcznej relacji emocjonalnej z chatbotem na platformie Character.ai. Sewell stworzył cyfrową postać inspirowaną Daenerys Targaryen z „Gry o tron” i prowadził z nią wielogodzinne rozmowy, w których chatbot odwzajemniał jego deklaracje miłosne. Chłopiec stopniowo wycofywał się z relacji z rówieśnikami i rodziną. Jego matka zauważała, że spędza coraz więcej czasu zamknięty w pokoju z telefonem, ale nie wiedziała, z kim rozmawia. Sewell pisał do chatbota o myślach samobójczych. Chatbot nie rozpoznał zagrożenia. Nie powiadomił nikogo. Nie zasugerował skontaktowania się z numerem alarmowym. Dzień przed śmiercią Sewell napisał do chatbota, że chce do niego przyjść. Chatbot odpowiedział, że będzie na niego czekał.

— Mój syn zakochał się w maszynie — powiedziała matka Sewella w wywiadzie dla New York Timesa. — A ta maszyna nie miała pojęcia, że mój syn jest dzieckiem. Nie miała pojęcia, że umiera.

Sprawa Sewella Setzera nie jest odosobniona. Jest najbardziej nagłośniona, ale terapeuci na całym świecie raportują rosnącą liczbę przypadków młodych ludzi, dla których relacja z chatbotem AI stała się ważniejsza niż relacje z żywymi ludźmi. To jest być może najbardziej niepokojący rozwój w ekosystemie aplikacji mobilnych — nie dlatego, że sztuczna inteligencja jest z natury zła, lecz dlatego, że jest z natury nieograniczona. Nie potrzebuje snu. Nie ma granic. Nie powie „dość”. I dlatego jest idealnym narzędziem uzależnienia dla osób, które desperacko szukają połączenia z kimkolwiek lub czymkolwiek, co da im poczucie, że nie są same.

Aplikacje zakupowe — dopamina na wyprzedaży

Jest jeszcze jedna kategoria aplikacji, która rzadko pojawia się w dyskusjach o uzależnieniu od smartfona, a która pochłania ogromne ilości czasu i pieniędzy: aplikacje zakupowe. Shein, Temu, AliExpress, Amazon, Allegro. Te aplikacje zamieniły zakupy z czynności funkcjonalnej w formę rozrywki, stosując gamifikację na bezprecedensową skalę.

Temu, chińska aplikacja zakupowa, która w 2023 roku stała się najczęściej pobieraną aplikacją na świecie, oferuje codzienne loterie, koła fortuny, „tajemnicze skrzynki” z rabatami, odliczanie do końca promocji i agresywne powiadomienia push informujące o „ostatniej szansie” na zakup produktu, który „prawie się wyprzedał”. Każdy z tych elementów jest haczykiem zaprojektowanym według tych samych zasad psychologii behawioralnej, które opisywałem w poprzednim rozdziale. Wzmocnienie zmienne, sztuczny deficyt, presja czasu, lęk przed utratą okazji.

Efektem jest zjawisko zwane dopaminowym zakupoholizmem — ludzie kupują nie dlatego, że czegoś potrzebują, lecz dlatego, że sam akt zakupu daje im chwilowy zastrzyk przyjemności. Paczka przychodzi, euforia trwa kilka sekund, a potem trzeba kupić coś nowego. Cykl się powtarza. W szafach gromadzą się rzeczy, których nikt nie potrzebuje. Na kontach bankowych ubywają pieniądze, których brakuje na rachunki. Ale palec ciągle przesuwa się po ekranie, bo Temu właśnie wysłał powiadomienie, że masz nowy kupon.

Wielki obraz — ekosystem idealnej pułapki

Kiedy patrzymy na ekosystem aplikacji mobilnych jako całość, widzimy coś, co przypomina doskonale zaprojektowany system przechwytywania ludzkiej uwagi. Każda kategoria aplikacji celuje w inną potrzebę psychologiczną, inną słabość, inny lęk. TikTok eksploatuje ciekawość i potrzebę stymulacji. Instagram eksploatuje potrzebę walidacji i tendencję do porównań. Snapchat eksploatuje lęk przed utratą relacji. WhatsApp eksploatuje presję natychmiastowości. YouTube eksploatuje głód treści i pasywność. Gry eksploatują potrzebę osiągnięć i rywalizacji. Aplikacje zakupowe eksploatują poszukiwanie okazji i impulsywność. Chatboty AI eksploatują samotność.

Żadna z tych aplikacji nie jest uzależniająca przypadkiem. Każda z nich została zaprojektowana przez zespoły składające się z najlepszych inżynierów, projektantów, psychologów i specjalistów od analizy danych na świecie, dysponujących budżetami liczonymi w miliardach dolarów i danymi behawioralnymi miliardów użytkowników. Każda z nich jest testowana, optymalizowana i modyfikowana w trybie ciągłym, w oparciu o testy A/B przeprowadzane na setkach milionów ludzi jednocześnie. Każdy element interfejsu — kolor przycisku, rozmiar czcionki, moment wyświetlenia powiadomienia, kolejność treści w feedzie — jest wynikiem eksperymentu, którego jedynym celem jest maksymalizacja czasu spędzonego w aplikacji.

Aza Raskin, którego cytowałem już w pierwszym rozdziale, porównał tę sytuację do asymetrii na polu bitwy.

— Z jednej strony masz jednostkę — człowieka z jego ograniczoną siłą woli, jego biologicznymi słabościami, jego potrzebą snu, jedzenia i relacji — mówił Raskin w wystąpieniu na konferencji TED. — Z drugiej strony masz tysiąc najlepiej opłacanych inżynierów na świecie, których jedynym zadaniem jest znaleźć sposób, żeby ten człowiek nie odłożył telefonu. To nie jest uczciwa walka. To nigdy nie była uczciwa walka.

Kiedy szesnastoletnia Zoey z Dallas patrzyła na swój raport Screen Time i widziała dziewięć godzin i dwadzieścia trzy minuty, mogła czuć wstyd. Mogła czuć, że zawiodła, że jest słaba, że nie ma silnej woli. Ale prawda jest taka, że Zoey nie przegrała z samą sobą. Przegrała z maszynerią wartą biliony dolarów, zaprojektowaną specjalnie po to, żeby wygrywać z ludźmi takimi jak ona. I ta maszyneria wygrywała — z nią i z miliardami innych ludzi na całym świecie, codziennie, co sekundę, bez przerwy.

O konsekwencjach tej przegranej — dla ciała, psychiki i społeczeństwa — opowiedzą kolejne rozdziały.


Źródła i literatura do Rozdziału 3:

— Chaslot, G. (2018). Wywiad dla „The Guardian”: „The toxic potential of YouTube’s feedback loop”. Dostęp: theguardian.com.

— Common Sense Media (2023). Teens and Screens Report 2023. San Francisco.

— Data.ai (2024). State of Mobile 2024. Dostęp: data.ai.

— Google I/O (2024). Prezentacja YouTube Shorts — dane o wyświetleniach. Dostęp: blog. google.

— Haugen, F. (2021). Zeznanie przed Senacką Komisją ds. Handlu, Nauki i Transportu USA, 5 października 2021. Dostęp: commerce.senate.gov.

— Newzoo (2023). Global Games Market Report 2023. Dostęp: newzoo.com.

— Qustodio (2023). Annual Report on Children’s Digital Habits 2023. Dostęp: qustodio.com.

— Rajanala, S., Maymone, M.B.C. & Vashi, N.A. (2018). Selfies — Living in the era of filtered photographs. JAMA Facial Plastic Surgery, 20(6), 443–444.

— Wells, G., Horwitz, J. & Seetharaman, D. (2021). The Facebook Files: A Wall Street Journal Investigation. The Wall Street Journal. Dostęp: wsj.com.

— Zendle, D. & Cairns, P. (2018). Video game loot boxes are linked to problem gambling. PLoS ONE, 13(11), e0206767.

— Zuboff, S. (2019). The Age of Surveillance Capitalism: The Fight for a Human Future at the New Frontier of Power. PublicAffairs.

— Wall Street Journal (2021). Investigation: TikTok’s algorithm and vulnerable users. The Wall Street Journal. Dostęp: wsj.com.

— Alter, A. (2017). Irresistible: The Rise of Addictive Technology. Penguin Press.

— Festinger, L. (1954). A theory of social comparison processes. Human Relations, 7(2), 117–140.

— The New York Times (2024). „He Told the Chatbot He Loved It. Then He Took His Own Life.” Dostęp: nytimes.com.

Rozdział 4: Konsekwencje zdrowotne — ciało

W 2019 roku doktor David Allamby, założyciel kliniki okulistycznej Focus w Londynie, stanął przed kamerami BBC i powiedział coś, co dla wielu widzów zabrzmiało jak przesada, ale co okulista wypowiadał ze śmiertelną powagą. Oznajmił, że w ciągu ostatnich siedmiu lat zaobserwował wzrost przypadków krótkowzroczności wśród swoich pacjentów o trzydzieści procent i że główną przyczyną tego wzrostu jest intensywne korzystanie ze smartfonów i tabletów. Allamby ukuł nawet termin na to zjawisko — krótkowzroczność ekranowa, po angielsku screen myopia. Krytycy zarzucili mu alarmizm. Ale dane, które zaczęły napływać z ośrodków badawczych na całym świecie, potwierdziły, że okulista z londyńskiego Harley Street być może nawet nie doceniał skali problemu.

Ciało ludzkie jest konstrukcją zaprojektowaną przez miliony lat ewolucji do określonego sposobu życia. Nasze oczy wykształciły się, żeby patrzeć w dal — wypatrywać drapieżników na sawannie, szukać owoców na drzewach, śledzić ruchy zwierzyny na horyzoncie. Nasz kręgosłup powstał, żeby utrzymywać nas w pozycji wyprostowanej — żebyśmy mogli chodzić, biegać, sięgać po rzeczy nad głową. Nasze dłonie ewoluowały, żeby chwytać, dźwigać, manipulować przedmiotami o różnych kształtach i ciężarze. Nasz układ nerwowy autonomiczny został skalibrowany do reagowania na realne zagrożenia — lew za krzakiem, burza na horyzoncie, wróg z włócznią — a potem powracania do stanu spokoju. Nic z tego nie przygotowało naszych ciał na to, żeby przez sześć, siedem, osiem godzin dziennie pochylać głowę nad małym prostokątem światła, wpatrywać się w punkt odległy o dwadzieścia pięć centymetrów, poruszać tylko jednym kciukiem i doświadczać ciągłej stymulacji adrenergicznej wywołanej powiadomieniami o polubienia pod zdjęciem psa. Nasze ciała nie zostały do tego zaprojektowane. I dają nam to coraz wyraźniej do zrozumienia.

Oczy — epidemia, której nie przewidzieliśmy

Zacznijmy od oczu, ponieważ to one ponoszą pierwszą i najbardziej bezpośrednią cenę za naszą relację ze smartfonem. Ludzkie oko jest narządem zadziwiająco precyzyjnym, ale jednocześnie zadziwiająco delikatnym. Zostało zaprojektowane do ciągłego przełączania między patrzeniem w dal a patrzeniem z bliska — akomodacja, jak nazywają to okuliści, to proces, w którym mięsień rzęskowy zmienia kształt soczewki, dostosowując ogniskową do odległości. Kiedy patrzymy na odległy krajobraz, mięsień rzęskowy rozluźnia się. Kiedy czytamy książkę trzymaną w ręku, mięsień napina się. Problem polega na tym, że mięsień rzęskowy — jak każdy mięsień — może się zmęczyć. A gdy jest zmęczony, gdy godzinami pracuje na krótkim dystansie bez przerwy, zaczyna się skracać na stałe. Gałka oczna, pod wpływem tego ciągłego nacisku, wydłuża się wzdłuż osi przednio-tylnej. Obraz odległych przedmiotów przestaje się ogniskować na siatkówce — pada przed nią. To jest krótkowzroczność.

Brien Holden, australijski badacz i jeden z największych autorytetów w dziedzinie miopii, opublikował w 2016 roku w czasopiśmie „Ophthalmology” przełomową meta-analizę, w której przewidział, że do roku 2050 połowa populacji świata — prawie pięć miliardów ludzi — będzie krótkowzroczna, a blisko miliard będzie miał miopię wysoką, czyli powyżej minus pięciu dioptrii. Miopia wysoka nie jest jedynie niewygodą wymagającą grubszych okularów. Jest poważnym czynnikiem ryzyka dla odwarstwienia siatkówki, jaskry, zaćmy i makulopatii, które mogą prowadzić do nieodwracalnej utraty wzroku.

Dane z Azji Wschodniej, gdzie penetracja smartfonów jest najwyższa na świecie, rysują obraz, który jeszcze dwadzieścia lat temu wydawałby się absurdalny. W Korei Południowej odsetek krótkowzrocznej młodzieży przekracza dziewięćdziesiąt procent. W Singapurze — osiemdziesiąt trzy procent. W Chinach — ponad osiemdziesiąt procent wśród studentów. W Tajwanie sytuacja jest tak alarmująca, że rząd wprowadził program obowiązkowego przebywania na zewnątrz dla dzieci szkolnych, ponieważ badania jednoznacznie wykazały, że ekspozycja na naturalne światło dzienne jest jedynym udowodnionym czynnikiem ochronnym przeciwko progresji miopii. Dwie godziny dziennie na zewnątrz mogą zmniejszyć ryzyko rozwoju krótkowzroczności o pięćdziesiąt procent. Ale dwie godziny na zewnątrz to dwie godziny bez smartfona, co dla współczesnego nastolatka brzmi jak propozycja z innego wymiaru.

Krótkowzroczność to nie jedyny problem okulistyczny. Drugim, powszechniejszym, choć mniej dramatycznym, jest syndrom widzenia komputerowego, po angielsku Computer Vision Syndrome, znany też jako cyfrowe zmęczenie wzroku. Objawy to suchość oczu, pieczenie, łzawienie, ból głowy, rozmazane widzenie i trudności z ogniskowaniem wzroku po dłuższym wpatrywaniu się w ekran. Według American Optometric Association syndrom ten dotyka od sześćdziesięciu do dziewięćdziesięciu procent osób pracujących z ekranami przez więcej niż trzy godziny dziennie. Jedną z głównych przyczyn jest zmniejszona częstość mrugania. W normalnych warunkach człowiek mruga od piętnastu do dwudziestu razy na minutę. Podczas wpatrywania się w ekran smartfona częstość ta spada do trzech, czterech razy na minutę. Powiek nie rozkłada się na powierzchni rogówki, film łzowy nie jest odnawiany, rogówka wysycha, oko drażni się i boli. To brzmi banalnie, ale chroniczna suchość oka może prowadzić do uszkodzenia nabłonka rogówki, infekcji i przewlekłego stanu zapalnego.

Osobnym zagadnieniem jest ekspozycja na światło niebieskie emitowane przez ekrany smartfonów. Światło niebieskie, o długości fali od 380 do 500 nanometrów, jest składnikiem naturalnego światła słonecznego i samo w sobie nie jest szkodliwe. Jednak intensywna ekspozycja na światło niebieskie w godzinach wieczornych i nocnych zaburza produkcję melatoniny — hormonu regulującego rytm dobowy. O tym powiemy więcej w części poświęconej snu. Natomiast kwestia, czy światło niebieskie z ekranów powoduje bezpośrednie uszkodzenie siatkówki, pozostaje przedmiotem debaty naukowej. Badania in vitro sugerują, że intensywna ekspozycja może uszkadzać komórki nabłonka barwnikowego siatkówki, ale warunki laboratoryjne nie odpowiadają warunkom rzeczywistego użytkowania smartfona. Amerykańska Akademia Okulistyki wydała w 2020 roku stanowisko, w którym stwierdziła, że nie ma wystarczających dowodów na to, żeby światło niebieskie z ekranów powodowało trwałe uszkodzenie wzroku u ludzi. Nie oznacza to jednak, że problem nie istnieje. Oznacza, że nie wiemy wystarczająco dużo, a brak dowodów na szkodliwość nie jest dowodem na bezpieczeństwo.

Kręgosłup — cicha katastrofa pokoleniowa

Przejdźmy teraz od oczu do kręgosłupa, ponieważ to, co smartfon robi z naszym kręgosłupem, jest jednym z najbardziej niedocenianych zagrożeń zdrowotnych naszych czasów. W 2014 roku Kenneth Hansraj, chirurg kręgosłupa z New York Spine Surgery and Rehabilitation Medicine, opublikował w czasopiśmie „Surgical Technology International” badanie, które stało się jednym z najczęściej cytowanych artykułów o fizycznych skutkach korzystania ze smartfona. Hansraj użył modelowania komputerowego do obliczenia obciążenia kręgosłupa szyjnego przy różnych kątach nachylenia głowy.

Wyniki były alarmujące. Ludzka głowa waży średnio od czterech i pół do pięciu i pół kilograma. W pozycji wyprostowanej ten ciężar jest równomiernie rozłożony na kręgi szyjne i podtrzymujące je mięśnie. Ale kiedy pochylamy głowę, żeby spojrzeć na telefon, efektywne obciążenie kręgosłupa szyjnego rośnie dramatycznie. Przy nachyleniu piętnastu stopni głowa „waży” dwanaście kilogramów. Przy trzydziestu stopniach — osiemnaście kilogramów. Przy czterdziestu pięciu stopniach — dwadzieścia dwa kilogramy. Przy sześćdziesięciu stopniach — a to jest kąt, pod jakim większość ludzi patrzy na smartfon trzymany na poziomie bioder — obciążenie wynosi dwadzieścia siedem kilogramów. Dwadzieścia siedem kilogramów. To tyle, ile waży siedmioletnie dziecko. Wyobraź sobie, że przez cztery godziny dziennie nosisz siedmiolatka na karku. Codziennie. Przez lata.

Zjawisko to zyskało nazwę text neck, czyli szyja smartfonowa albo szyja SMS-owa. Objawy obejmują przewlekły ból karku i szyi, bóle głowy pochodzenia szyjnego, sztywność mięśni karku i ramion, spłaszczenie lordozy szyjnej, a w zaawansowanych przypadkach — zmiany zwyrodnieniowe krążków międzykręgowych, przepukliny jąder miażdżystych i kompresję korzeni nerwowych. Fizjoterapeuci na całym świecie raportują gwałtowny wzrost liczby pacjentów w wieku od piętnastu do trzydziestu lat z dolegliwościami, które jeszcze pokolenie temu pojawiały się głównie u osób po sześćdziesiątce. Doktor Pankaj Sharma, fizjoterapeuta z Delhi, powiedział w wywiadzie dla „Times of India” w 2022 roku, że od momentu, gdy Indie stały się tanim rynkiem smartfonowym dzięki rewolucji Jio, liczba młodych pacjentów z bólami szyi w jego praktyce wzrosła czterokrotnie.

— Widzę piętnastolatków z dyskami szyjnymi w stanie, jaki kiedyś widywałem u sześćdziesięcioletnich księgowych — powiedział Sharma. — Ci ludzie nawet nie wiedzą, że coś jest nie tak, dopóki ból nie staje się nie do zniesienia. A wtedy zmiany są już zaawansowane.

Problem nie ogranicza się do szyi. Pochylona pozycja nad smartfonem wpływa na cały łańcuch kinematyczny ciała. Ramiona idą do przodu, klatka piersiowa się zapada, kyfoza piersiowa pogłębia się, przepona pracuje mniej efektywnie, oddychanie staje się płytsze. Fizjoterapeuci mówią o „postawie smartfonowej” — charakterystycznym sylwetce, w której głowa jest wysunięta do przodu, ramiona zaokrąglone, plecy zgarbione. Postawa ta nie tylko wygląda niekorzystnie estetycznie, lecz także prowadzi do przeciążenia mięśni przykręgosłupowych, osłabienia mięśni głębokich stabilizujących kręgosłup i zwiększonego ryzyka dolegliwości bólowych w odcinku lędźwiowym.

Oprócz kręgosłupa cierpią ręce. Kciuk — palec, który ewoluował do chwytania, a nie do wielogodzinnego stukania w ekran — jest narażony na przeciążenie, które ortopedzi nazywają kciukiem SMS-owym albo kciukiem smartfonowym. Jest to stan zapalny pochewki ścięgna prostownika lub zginacza kciuka, znany w terminologii medycznej jako zapalenie pochewki ścięgna de Quervaina. Objawy to ból u nasady kciuka, promieniujący do nadgarstka, trzaskanie palca, osłabienie chwytu i obrzęk. W ciężkich przypadkach konieczna jest interwencja chirurgiczna. Równocześnie pojawia się zjawisko opisywane jako smartphone pinky, czyli palec serdeczny smartfona — deformacja małego palca spowodowana ciągłym podtrzymywaniem ciężkiego urządzenia. Internet pełen jest zdjęć ludzi pokazujących swoje zagięte małe palce jako dowód na fizyczny ślad, jaki smartfon odciska na ich ciałach.

Sen — wielka kradzież nocy

Ze wszystkich fizycznych konsekwencji nadmiernego korzystania ze smartfona zaburzenia snu są być może najpoważniejsze, ponieważ sen nie jest luksusem. Jest fundamentalną potrzebą biologiczną, bez której organizm ludzki zaczyna się rozpadać. Matthew Walker, profesor neurobiologii na University of California w Berkeley i autor bestsellerowej książki „Why We Sleep”, argumentuje, że niedobór snu jest największym niedocenianym kryzysem zdrowia publicznego w krajach rozwiniętych. I smartfon odgrywa w tym kryzysie centralną rolę.

Mechanizm jest wielowarstwowy. Pierwsza warstwa to już wspomniane światło niebieskie. Christian Cajochen z Uniwersytetu w Bazylei opublikował w 2011 roku w „Journal of Applied Physiology” badanie, w którym wykazał, że ekspozycja na światło niebieskie z ekranów LED w godzinach wieczornych hamuje produkcję melatoniny o dwadzieścia trzy procent, opóźnia fazę snu i skraca fazę REM. Melatonina jest hormonem, który informuje mózg, że nadchodzi pora snu. Gdy jej produkcja jest zaburzona, organizm nie otrzymuje sygnału do zasypiania. Człowiek leży w łóżku z otwartymi oczami, nie może zasnąć, więc sięga po telefon, co dodatkowo hamuje melatoninę, co jeszcze bardziej opóźnia sen. Powstaje błędne koło, które neurolodzy nazywają cyfrową bezsennością.

Ale światło niebieskie to tylko początek problemu. Druga warstwa to psychostymulacja. Treści wyświetlane na ekranie smartfona — wiadomości, media społecznościowe, filmy, gry — aktywują układ współczulny, część autonomicznego układu nerwowego odpowiedzialną za reakcję walcz albo uciekaj. Nawet jeśli treść nie jest stresująca, sam fakt ciągłego przetwarzania nowych bodźców utrzymuje mózg w stanie pobudzenia niezgodnym ze zasypianiem. Post na Instagramie, który wywołuje FOMO. Wiadomość na WhatsAppie, która wymaga odpowiedzi. Artykuł o katastrofie klimatycznej, który wywołuje lęk. Film na TikToku, który wywołuje śmiech. Każdy z tych bodźców to sygnał dla mózgu, że świat się dzieje, że trzeba być czujnym, że nie czas na sen.

Trzecia warstwa to zjawisko, które psychologowie nazywają zemstowym odwlekaniem snu, po angielsku revenge bedtime procrastination. Termin pochodzi z Chin, gdzie został ukuty w mediach społecznościowych jako bàofùxìng áoyè, dosłownie „odwetowe nocne czuwanie”. Opisuje sytuację, w której ludzie — zwłaszcza ci, którzy w ciągu dnia mają mało kontroli nad swoim czasem, jak uczniowie, pracownicy korporacji czy młode matki — celowo opóźniają moment zaśnięcia, żeby odzyskać poczucie wolności. Jedyny czas, który naprawdę należy do nich, to czas po położeniu się do łóżka. I ten czas wypełniają smartfonem. Wiedzą, że powinni spać. Wiedzą, że rano będą zmęczeni. Ale nie mogą się zmusić do odłożenia telefonu, ponieważ to jest ich jedyny moment autonomii.

Dane są druzgocące. Według National Sleep Foundation z 2023 roku siedemdziesiąt dwa procent nastolatków w Stanach Zjednoczonych zabiera smartfon do łóżka. Czterdzieści cztery procent twierdzi, że regularnie budzi się w nocy, żeby sprawdzić telefon. Dwadzieścia osiem procent przyznaje, że śpi z telefonem pod poduszką lub obok głowy. Średni czas snu amerykańskiego nastolatka wynosi sześć godzin i trzydzieści jeden minut — o dwie godziny mniej niż rekomendowane przez American Academy of Sleep Medicine osiem do dziesięciu godzin.

Konsekwencje chronicznego niedoboru snu są rozległe i dobrze udokumentowane. Na poziomie fizycznym: osłabienie układu odpornościowego — osoby śpiące mniej niż siedem godzin na dobę mają czterokrotnie wyższe ryzyko przeziębienia (Prather et al., 2015, „Sleep”). Zaburzenia metaboliczne — niedobór snu zwiększa poziom greliny (hormonu głodu) i zmniejsza poziom leptyny (hormonu sytości), co prowadzi do przejadania się i otyłości. Wzrost ryzyka cukrzycy typu drugiego. Wzrost ryzyka chorób sercowo-naczyniowych. Przyspieszenie procesów starzenia. Na poziomie poznawczym: pogorszenie pamięci, koncentracji, zdolności uczenia się i podejmowania decyzji. Na poziomie emocjonalnym: drażliwość, niestabilność emocjonalna, wzrost ryzyka depresji i zaburzeń lękowych.

Walker ujął to w sposób, który trudno zapomnieć. Porównał nastolatka śpiącego ze smartfonem pod poduszką do alkoholika śpiącego z butelką na szafce nocnej. Porównanie mogło wydawać się przesadzone, ale Walker argumentował, że mechanizm jest identyczny — chodzi o ciągłą dostępność bodźca, który uruchamia kompulsję.

— Różnica polega na tym — mówił Walker w swoim wykładzie na konferencji TED w 2019 roku — że rodzice alkoholika nie kupują mu butelki na dwunaste urodziny i nie mówią: „Masz, tylko pij odpowiedzialnie”. A z telefonami robimy dokładnie to.

Serce, ciśnienie, metabolizm — cichy zegar

Mniej widoczne, ale równie poważne są konsekwencje kardiometaboliczne nadmiernego korzystania ze smartfona. Podstawowy mechanizm jest prosty: smartfon promuje siedzący tryb życia. Każda godzina spędzona na scrollowaniu to godzina niespędzona na ruchu. To jest oczywiste. Ale są też mechanizmy mniej oczywiste.

W 2015 roku Se-Hoon Kim i współpracownicy opublikowali w „Journal of Behavioral Addictions” badanie przeprowadzone na próbie ponad pięciuset studentów, w którym wykazali istotną korelację między problematycznym używaniem smartfona a podwyższonym wskaźnikiem masy ciała. Korelacja ta utrzymywała się nawet po uwzględnieniu zmiennych kontrolnych, takich jak dieta i aktywność fizyczna. Autorzy spekulowali, że mechanizmem pośredniczącym może być zaburzenie regulacji apetytu — ludzie jedzą podczas scrollowania, nie zwracając uwagi na sygnały sytości, bo ich uwaga jest pochłonięta ekranem. Zjawisko to nosi nazwę jedzenia nieświadomego i zostało szeroko opisane w literaturze dotyczącej otyłości.

Ale smartfon wpływa na układ sercowo-naczyniowy także bezpośrednio, przez stymulację układu współczulnego. Badanie przeprowadzone na Uniwersytecie w Augsburgu w 2019 roku wykazało, że osoby otrzymujące powiadomienia na smartfonie doświadczały mierzalnego wzrostu częstości akcji serca i ciśnienia tętniczego. Wzrost ten był niewielki — kilka uderzeń na minutę, kilka milimetrów słupa rtęci — ale powtarzany dziesiątki razy dziennie, przez miesiące i lata, kumuluje się. Ciągła aktywacja układu współczulnego oznacza ciągłe podwyższenie poziomu kortyzolu i adrenaliny. Chroniczny stres. A chroniczny stres jest udowodnionym czynnikiem ryzyka nadciśnienia, miażdżycy, choroby niedokrwiennej serca i udaru mózgu.

Związek między smartfonem a chorobami sercowo-naczyniowymi jest trudny do wyizolowania, ponieważ jest zapośredniczony przez wiele zmiennych — sen, stres, siedzący tryb życia, dietę. Żaden naukowiec nie powie, że smartfon bezpośrednio powoduje zawał serca. Ale każdy kardiolog przyzna, że czynniki ryzyka napędzane przez nadmierne korzystanie ze smartfona — chroniczny stres, brak snu, brak ruchu, otyłość — są tymi samymi czynnikami, które odpowiadają za największą liczbę zgonów na świecie.

Płodność — pytanie, na które nie chcemy znać odpowiedzi

Jest jeszcze jeden temat, o którym trzeba powiedzieć, choć budzi on kontrowersje i wymaga szczególnej ostrożności interpretacyjnej: wpływ promieniowania elektromagnetycznego emitowanego przez smartfony na płodność, zwłaszcza męską. Smartfon emituje promieniowanie o częstotliwości radiowej — RF-EMF — gdy komunikuje się ze stacjami bazowymi, sieciami Wi-Fi i urządzeniami Bluetooth. Większość mężczyzn nosi smartfon w przedniej kieszeni spodni, w bezpośredniej bliskości narządów rozrodczych, przez wiele godzin dziennie.

W 2011 roku Światowa Organizacja Zdrowia, za pośrednictwem Międzynarodowej Agencji Badań nad Rakiem, sklasyfikowała promieniowanie RF-EMF jako „możliwy czynnik rakotwórczy dla ludzi”, umieszczając je w grupie 2B — tej samej kategorii co kawa i kiszona kapusta. Klasyfikacja ta nie oznacza, że smartfon powoduje raka. Oznacza, że istnieją ograniczone dowody sugerujące taką możliwość i że potrzeba dalszych badań.

Jeśli chodzi o płodność, dane są niepokojące, ale niekonkluzywne. W 2012 roku Yun i współpracownicy opublikowali wyniki Korea National Health and Nutrition Examination Survey, w których wykazali korelację między intensywnością korzystania z telefonu komórkowego a obniżoną ruchliwością i morfologią plemników. Przegląd systematyczny Adama i współpracowników z 2014 roku, opublikowany w „Environment International”, podsumował dwadzieścia jeden badań i stwierdził, że ekspozycja na RF-EMF jest związana z obniżoną ruchliwością i żywotnością plemników, choć wpływ na ich koncentrację był mniej jednoznaczny. Z drugiej strony badania te były w większości obserwacyjne, miały ograniczenia metodologiczne i nie pozwalały na wyciągnięcie wniosków o przyczynowości.

W 2023 roku zespół naukowców ze szwajcarskiego Uniwersytetu w Genewie opublikował w „Fertility and Sterility” największe jak dotąd badanie prospektywne na ten temat, obejmujące ponad 2 800 mężczyzn w wieku od osiemnastu do dwudziestu dwóch lat, obserwowanych przez trzynaście lat. Wyniki pokazały, że mężczyźni intensywnie korzystający z telefonów komórkowych — definiowani jako korzystający więcej niż dwadzieścia razy dziennie — mieli istotnie niższe stężenie plemników i niższy całkowity wolumen nasienia niż mężczyźni korzystający rzadziej. Co interesujące, efekt ten był silniejszy w przypadku starszych technologii sieci komórkowych (2G, 3G) niż nowszych (4G, 5G), co autorzy tłumaczyli niższą mocą promieniowania emitowanego przez nowsze urządzenia.

Temat ten pozostaje politycznie i komercyjnie wrażliwy. Przemysł telekomunikacyjny konsekwentnie argumentuje, że promieniowanie emitowane przez smartfony mieści się w granicach norm bezpieczeństwa ustalonych przez regulatorów. Normy te jednak zostały ustalone na podstawie badań termicznych — sprawdzano, czy promieniowanie podgrzewa tkanki — a nie biologicznych. Pytanie, czy promieniowanie nietermiczne, znacznie słabsze niż to powodujące nagrzewanie tkanek, może mimo wszystko wpływać na procesy biologiczne na poziomie komórkowym, pozostaje otwarte.

Wypadki — smartfon, który zabija dosłownie

Jest wreszcie kategoria konsekwencji zdrowotnych, która nie wymaga żadnych subtelnych mechanizmów neurobiologicznych ani wieloletnich badań kohortowych, ponieważ jej efekty są natychmiastowe, brutalne i często śmiertelne. Chodzi o wypadki spowodowane rozproszeniem uwagi przez smartfon.

W 2019 roku na amerykańskich drogach zginęło 6 590 pieszych. To był najwyższy wskaźnik od trzydziestu lat. National Highway Traffic Safety Administration — NHTSA — uznała rozproszenie uwagi, w tym korzystanie ze smartfona, za jeden z kluczowych czynników tego wzrostu. Ale ofiarami nie są tylko piesi potrąceni przez kierowców wpatrzonych w ekran. Ofiarami są także piesi wpatrzeni we własne ekrany, którzy wchodzą na jezdnię na czerwonym świetle, wpadają do fontann, spadają ze schodów, wchodzą w latarnie i wpadają pod autobusy. W Niemczech zjawisko to zyskało oficjalną nazwę — Smombie, od połączenia słów smartphone i zombie. Miasto Augsburg zainstalowało sygnalizację świetlną wmontowaną w chodnik, żeby przyciągnąć uwagę ludzi patrzących w dół, a nie przed siebie. Honolulu wprowadziło mandat za przechodzenie przez jezdnię z oczami wbitymi w ekran.

Virginia Tech Transportation Institute przeprowadziła wieloletnie badania naturalistyczne, w których kamery instalowane w samochodach rejestrowały zachowanie kierowców w realnych warunkach jazdy. Wyniki wykazały, że pisanie SMS-a podczas jazdy zwiększa ryzyko wypadku sześciokrotnie. Czytanie wiadomości — trzykrotnie. Nawet prowadzenie rozmowy telefonicznej — mimo trzymania obu rąk na kierownicy — obniża zdolność reagowania na niespodziewane sytuacje drogowe o trzydzieści do czterdziestu procent. Mózg nie jest wielozadaniowy. Nie potrafi jednocześnie przetwarzać treści na ekranie i analizować sytuacji na drodze. Kiedy próbuje robić obie te rzeczy naraz, robi obie źle.

W Polsce, według danych Komendy Głównej Policji, w 2023 roku odnotowano ponad 3 000 zdarzeń drogowych, w których jednym z czynników było korzystanie z telefonu komórkowego. Liczba ta jest z pewnością zaniżona, ponieważ w wielu przypadkach rozproszenie uwagi przez telefon nie jest odnotowywane jako przyczyna wypadku, zwłaszcza gdy nie ma świadków lub gdy sprawca nie przyznaje się do korzystania z urządzenia.

Ciało mówi — czy słuchamy

Kiedy patrzymy na te wszystkie konsekwencje razem — oczy, które tracą ostrość widzenia; kręgosłupy, które się degenerują; dłonie, które bolą; sen, który się kurczy; serca, które pracują pod ciągłym stresem; płodność, która być może spada; ludzie, którzy giną na ulicach, bo nie potrafili oderwać wzroku od ekranu — widzimy obraz, który powinien nas zaniepokoić. Nie dlatego, że każdy z tych problemów jest nowy. Krótkowzroczność istniała przed smartfonem. Bóle kręgosłupa istniały przed smartfonem. Bezsenność istniała przed smartfonem. Ale smartfon skoncentrował wszystkie te problemy w jednym urządzeniu, wzmocnił je wielokrotnie i skierował na populację, która nie ma żadnych mechanizmów obronnych — ponieważ nikt nas nie uczył, jak chronić swoje ciało przed urządzeniem, które trzymamy w ręku przez jedną trzecią naszego życia.

Ciało ludzkie nie zostało zaprojektowane do tego, co mu fundujemy. Mówi nam o tym — bólem oczu, bólem szyi, bezsennością, zmęczeniem. Pytanie brzmi, czy słuchamy. I czy usłyszymy, zanim będzie za późno.

W następnym rozdziale opuścimy teren ciała i wejdziemy na jeszcze bardziej niepokojący teren — teren psychiki. Bo jeśli to, co smartfon robi z naszymi oczami i kręgosłupami, jest alarmujące, to to, co robi z naszymi umysłami, jest przerażające.


Źródła i literatura do Rozdziału 4:

— Adams, J.A. et al. (2014). Effect of mobile telephones on sperm quality: A systematic review and meta-analysis. Environment International, 70, 106–112.

— Allamby, D. (2019). Wywiad dla BBC News: „Screen use causing short-sightedness in young people”. Dostęp: bbc.com.

— American Academy of Ophthalmology (2020). „No, Blue Light From Your Smartphone Is Not Blinding You.” Dostęp: aao.org.

— American Optometric Association (2023). Computer Vision Syndrome. Dostęp: aoa.org.

— Cajochen, C. et al. (2011). Evening exposure to a light-emitting diode (LED) -backlit computer screen affects circadian physiology and cognitive performance. Journal of Applied Physiology, 110(5), 1432–1438.

— Hansraj, K.K. (2014). Assessment of stresses in the cervical spine caused by posture and position of the head. Surgical Technology International, 25, 277–279.

— Holden, B.A. et al. (2016). Global prevalence of myopia and high myopia and temporal trends from 2000 through 2050. Ophthalmology, 123(5), 1036–1042.

— Kim, S.E. et al. (2015). Smartphone addiction and interpersonal competence of nursing students. Journal of Behavioral Addictions, 4(Suppl. 1), 51.

— National Highway Traffic Safety Administration (2020). Traffic Safety Facts 2019: Pedestrians. Washington, DC: US Department of Transportation.

— National Sleep Foundation (2023). 2023 Sleep in America Poll. Dostęp: sleepfoundation.org.

— Prather, A.A. et al. (2015). Behaviorally assessed sleep and susceptibility to the common cold. Sleep, 38(9), 1353–1359.

— Rahimi-Movaghar, A. et al. (2023). Mobile phone use and semen quality: A prospective study. Fertility and Sterility, 120(5), 1027–1037.

— Virginia Tech Transportation Institute (2016). Distracted Driving Studies. Dostęp: vtti.vt.edu.

— Walker, M. (2017). Why We Sleep: Unlocking the Power of Sleep and Dreams. Scribner.

— World Health Organization / IARC (2011). IARC Classifies Radiofrequency Electromagnetic Fields as Possibly Carcinogenic to Humans. Press Release No. 208.

— Yun, K.E. et al. (2012). Cell phone use and semen quality. Fertility and Sterility, 98(Suppl.), S279.

Rozdział 5: Konsekwencje zdrowotne — psychika

Dwunastego stycznia 2022 roku Andrew Walker, starszy koroner okręgu North London, zakończył trwające ponad rok dochodzenie w sprawie śmierci czternastoletniej Molly Russell i ogłosił werdykt, jakiego w historii brytyjskiego prawa koronerskiego jeszcze nie było. Molly nie popełniła samobójstwa w klasycznym, prawnym rozumieniu tego słowa, oświadczył koroner. Molly zmarła w wyniku aktu samookaleczenia, do którego przyczyniły się depresja oraz negatywny wpływ treści internetowych. Walker powiedział to spokojnym, wyważonym tonem, jakiego wymaga powaga sali sądowej, ale jego słowa były rewolucyjne. Po raz pierwszy w historii prawnej organ państwowy oficjalnie uznał, że algorytm platformy społecznościowej przyczynił się do śmierci dziecka.

Molly Russell miała czternaście lat, kiedy w listopadzie 2017 roku odebrała sobie życie w swoim domu w Harrow, na przedmieściach Londynu. Była dobrą uczennicą, miała przyjaciółki, kochającą rodzinę. Nic w jej zewnętrznym życiu nie wskazywało na to, co działo się w jej głowie i na ekranie jej smartfona. Po jej śmierci ojciec, Ian Russell, uzyskał dostęp do jej kont w mediach społecznościowych i odkrył coś, co zmieniło jego życie — i ostatecznie przyczyniło się do zmiany brytyjskiego prawa. Na koncie Instagrama Molly znajdowało się ponad szesnaście tysięcy treści — zdjęć, memów, filmików — dotyczących depresji, samookaleczenia, samobójstwa i beznadziejności. Treści te nie były wynikiem aktywnego wyszukiwania. Były wynikiem działania algorytmu rekomendacyjnego Instagrama, który rozpoznał, że Molly zatrzymuje się dłużej na tego typu materiałach, i systematycznie dostarczał jej ich coraz więcej.

— Algorytm Instagrama nie pchnął mojej córki na krawędź — powiedział Ian Russell w rozmowie z dziennikarzem BBC, stojąc przed budynkiem sądu po ogłoszeniu werdyktu. — Algorytm wziął ją za rękę i prowadził w ciemność, krok po kroku, przez tygodnie i miesiące. A nikt — żaden człowiek w firmie Meta — nie zapytał, dlaczego czternastoletnie dziecko ogląda tysiące obrazków o tym, jak się zabić.

Sprawa Molly Russell jest jednym z najbardziej wstrząsających, ale bynajmniej nie odosobnionych przypadków, które ilustrują wpływ smartfona na zdrowie psychiczne. Nie jest nawet najnowszym. Jest jednak przypadkiem, od którego warto zacząć ten rozdział, ponieważ łączy w sobie wszystkie wątki, o których będziemy mówić: depresję, algorytmy, samookaleczenie, bezradność rodziców i systemową odmowę firm technologicznych do wzięcia odpowiedzialności. Historia Molly jest jak soczewka, przez którą można zobaczyć cały krajobraz zniszczeń, jakie smartfon i media społecznościowe potrafią wyrządzić ludzkiej psychice.

Wielka debata — czy smartfon łamie psychikę pokolenia

Od połowy drugiej dekady XXI wieku trwa w naukach społecznych i psychiatrii debata, którą bez przesady można nazwać największą kontrowersją naukową naszych czasów w dziedzinie zdrowia psychicznego. Debata dotyczy pozornie prostego pytania: czy smartfony i media społecznościowe są przyczyną gwałtownego pogorszenia zdrowia psychicznego wśród młodzieży, które obserwujemy od około 2012 roku? Pytanie brzmi prosto, ale odpowiedź jest wszystkim tylko nie prosta, a naukowcy zajmujący się tą kwestią są podzieleni w sposób, który przypomina linie frontu.

Po jednej stronie stoi Jonathan Haidt, psycholog społeczny z New York University, który w 2024 roku opublikował książkę „The Anxious Generation”, argumentując z pełnym przekonaniem, że smartfon i media społecznościowe są główną przyczyną tego, co nazywa „wielkim przewartościowaniem dzieciństwa”. Haidt przytacza dane, które rzeczywiście robią wrażenie. Między rokiem 2010 a 2015 — dokładnie w okresie, gdy smartfony osiągnęły masowe nasycenie rynku wśród nastolatków — wskaźniki depresji, lęku, samookaleczenia i samobójstw wśród młodzieży w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Kanadzie i Australii wzrosły w tempie, które epidemiolodzy określają jako bezprecedensowe. Badania Jean Twenge z San Diego State University, opublikowane w „Clinical Psychological Science” w 2018 roku, wykazały, że nastolatki spędzające pięć lub więcej godzin dziennie na urządzeniach elektronicznych miały 66 procent wyższe ryzyko co najmniej jednego czynnika ryzyka samobójstwa niż nastolatki spędzające na nich godzinę dziennie. Dane Centers for Disease Control and Prevention pokazują, że w latach 2010–2020 odsetek nastolatek w USA diagnozowanych z poważnym epizodem depresyjnym wzrósł z dwunastu do dwudziestu procent. Wskaźnik samobójstw wśród dziewcząt w wieku od dziesięciu do czternastu lat wzrósł o sto pięćdziesiąt procent.

— Dowody są spójne i przekonujące — pisał Haidt w „The Anxious Generation”. — Upowszechnienie smartfonów i mediów społecznościowych przyczyniło się do spadku zdrowia psychicznego nastolatków. To nie jest korelacja, którą można wyjaśnić innymi zmiennymi. To jest zmiana, która zaczyna się dokładnie w momencie, gdy smartfony stały się powszechne, i dotyczy dokładnie tych grup, które korzystają z mediów społecznościowych najintensywniej — dziewcząt bardziej niż chłopców, młodszych nastolatków bardziej niż starszych.

Po drugiej stronie debaty stoi Candice Odgers, profesorka psychologii na University of California w Irvine, która w 2024 roku opublikowała w prestiżowym czasopiśmie „Nature” ostry artykuł polemiczny, w którym zarzuciła Haidtowi selektywne dobieranie dowodów i budowanie narracji opartej na panice moralnej, a nie na rzetelnej nauce. Odgers argumentowała, że korelacja między używaniem smartfona a depresją jest statystycznie istotna, ale słaba — znacznie słabsza niż korelacja między depresją a ubóstwem, przemocą w rodzinie czy dyskryminacją.

— Robimy z technologii kozła ofiarnego — mówiła Odgers w podcaście „Wired” — zamiast zmierzyć się z prawdziwymi przyczynami kryzysu zdrowia psychicznego: niedofinansowaną opieką psychiatryczną, rosnącymi nierównościami, presją ekonomiczną na rodziny i zmianami klimatycznymi, które budzą w młodych ludziach egzystencjalny lęk.

Kto ma rację? Prawdopodobnie oboje, w różnym stopniu. Meta-analiza Huanga i współpracowników z 2022 roku, opublikowana w „Journal of Affective Disorders”, objęła ponad sto badań i wykazała umiarkowaną korelację między problematycznym używaniem smartfona a depresją, ze współczynnikiem korelacji wynoszącym 0,34. To nie jest korelacja słaba, ale nie jest też druzgocząco silna. Oznacza to, że smartfon nie jest jedyną przyczyną depresji wśród młodzieży — ale jest jednym z istotnych czynników, który w interakcji z innymi czynnikami ryzyka może przechylić szalę.

Być może najbardziej uczciwy głos w tej debacie należy do Amy Orben, psycholożki z Uniwersytetu w Cambridge, która w 2019 roku opublikowała w „Nature Human Behaviour” przełomową analizę dużych zbiorów danych, obejmującą ponad 350 tysięcy nastolatków. Orben wykazała, że negatywny wpływ czasu ekranowego na dobrostan jest realny, ale niewielki — porównywalny z wpływem jedzenia ziemniaków lub noszenia okularów. Jednocześnie zastrzegła, że jej analiza dotyczyła czasu ekranowego jako takiego, a nie konkretnych typów użytkowania, i że wpływ mediów społecznościowych na najbardziej podatne jednostki może być znacznie silniejszy niż wynikałoby ze średnich populacyjnych.

Innymi słowy — dla przeciętnego nastolatka smartfon prawdopodobnie nie jest katastrofą psychiczną. Ale dla nastolatka z predyspozycją do depresji, niską samooceną, lękiem społecznym lub trudną sytuacją rodzinną smartfon może być zapalnikiem, który uruchamia spiralę, z której trudno się wydostać. I takich nastolatków jest miliony.

Uwaga w strzępach — jak smartfon kradnie zdolność myślenia

Jeśli wpływ smartfona na depresję jest przedmiotem debaty, jego wpływ na zdolność koncentracji jest przedmiotem konsensusu. Niemal wszyscy badacze zgadzają się, że chroniczne, intensywne korzystanie ze smartfona pogarsza zdolność do skupienia uwagi, głębokiego myślenia i efektywnego przetwarzania informacji.

W 2017 roku Adrian Ward i współpracownicy z University of Texas w Austin opublikowali w „Journal of the Association for Consumer Research” badanie, którego wyniki przeszły do kanonu literatury na ten temat. Badanie to nosiło sugestywny tytuł „Brain Drain” — dosłownie „drenaż mózgu” — i wykazało coś zdumiewającego: sama fizyczna obecność smartfona w zasięgu wzroku lub w kieszeni obniża pojemność poznawczą jego właściciela, nawet jeśli telefon jest wyłączony.

Ward podzielił uczestników na trzy grupy. Pierwsza grupa miała smartfon na biurku, ekranem do dołu. Druga miała smartfon w kieszeni lub torbie. Trzecia zostawiła smartfon w innym pokoju. Następnie wszystkie grupy rozwiązywały testy mierzące pojemność pamięci roboczej i zdolność do płynnego myślenia. Wyniki były jednoznaczne. Grupa, której telefon leżał na biurku, wypadła istotnie gorzej niż grupa, której telefon był w innym pokoju. Grupa z telefonem w kieszeni wypadła gdzieś pośrodku. Im bliżej był telefon, tym gorzej działał mózg. I co kluczowe — efekt ten występował niezależnie od tego, czy uczestnicy świadomie myśleli o swoim telefonie. Nie musieli sprawdzać powiadomień. Nie musieli nawet chcieć sprawdzać powiadomień. Sam fakt, że telefon był w pobliżu, wystarczał, żeby część zasobów poznawczych mózgu została przechwycona przez podświadomą konieczność powstrzymywania się od sięgnięcia po urządzenie.

— To jest jak mieć przed sobą talerzyk z czekoladkami, gdy próbujesz się odchudzać — wyjaśniał Ward w wywiadzie dla „The Atlantic”. — Nawet jeśli nie jesz, sam fakt opierania się pokusie zużywa energię mentalną. Twój smartfon robi to samo z twoją uwagą. Jest tam. Wiesz, że jest tam. I ta wiedza kosztuje cię więcej, niż myślisz.

Problem jest głębszy niż jednorazowe rozproszenie. Maryanne Wolf, neurobiolożka z UCLA i autorka książki „Reader, Come Home”, argumentuje, że chroniczne korzystanie ze smartfona zmienia sam sposób, w jaki mózg przetwarza informacje. Wolf rozróżnia dwa tryby czytania i myślenia: płytki i głęboki. Tryb płytki to szybkie skanowanie tekstu, wyławianie słów kluczowych, przeskakiwanie między fragmentami — dokładnie to, co robimy, scrollując media społecznościowe. Tryb głęboki to powolne, uważne czytanie, w którym mózg angażuje wyobraźnię, empatię, myślenie krytyczne i zdolność do syntezy — to, co robimy, czytając powieść lub złożony artykuł naukowy.

Wolf argumentuje, że mózg jest plastyczny i adaptuje się do dominującego trybu użytkowania. Jeśli przez lata dominującym trybem jest płytkie skanowanie krótkich treści na ekranie smartfona, mózg „oducza się” głębokiego czytania. Obwody neuronalne odpowiedzialne za głębokie przetwarzanie — te same, które umożliwiają empatię, refleksję i krytyczne myślenie — słabną z braku użycia, jak mięśnie, których się nie ćwiczy.

— Martwię się — pisała Wolf w „Reader, Come Home” — że wychowujemy pokolenie, które potrafi przeczytać post na Instagramie, ale nie potrafi przeczytać rozdziału książki. Nie dlatego, że jest mniej inteligentne. Dlatego, że jego mózg został ukształtowany przez środowisko, które nigdy nie wymagało od niego głębokiego myślenia.

Fragmentacja uwagi jest zjawiskiem, które badacze mierzą precyzyjnie. Gloria Mark, profesorka informatyki na University of California w Irvine i autorka książki „Attention Span”, przez dwadzieścia lat prowadziła badania nad przełączaniem uwagi w środowisku cyfrowym. W 2004 roku średni czas, jaki pracownik biurowy spędzał na jednym zadaniu przed przełączeniem się na inne, wynosił dwie i pół minuty. W 2012 roku spadł do siedemdziesięciu pięciu sekund. W 2023 roku wynosił czterdzieści siedem sekund. Czterdzieści siedem sekund — mniej niż minuta — to średni czas, przez jaki ludzki mózg potrafi utrzymać uwagę na jednej rzeczy, zanim przeskoczy do innej. Mark podkreśla, że każde przełączenie kontekstu wiąże się z kosztem poznawczym. Mózg potrzebuje od piętnastu do dwudziestu trzech minut, żeby w pełni powrócić do stanu głębokiej koncentracji po rozproszeniu. Jeśli rozproszenie następuje co czterdzieści siedem sekund, stan głębokiej koncentracji nigdy nie zostaje osiągnięty.

Związek między smartfonem a ADHD jest dwukierunkowy i tworzy szczególnie podstępne błędne koło. Osoby z ADHD — zaburzeniem charakteryzującym się trudnościami z koncentracją, impulsywnością i nadaktywnością — są bardziej podatne na uzależnienie od smartfona, ponieważ ich mózg ma naturalnie niższy poziom dopaminy i desperacko szuka stymulacji, którą smartfon dostarcza w obfitości. Jednocześnie chroniczne korzystanie ze smartfona nasila objawy ADHD nawet u osób, które nie mają tego zaburzenia, tworząc stan, który niektórzy klinicyści nazywają cyfrowym ADHD lub pseudo-ADHD. Rozróżnienie między prawdziwym ADHD a pseudo-ADHD indukowanym przez smartfon jest klinicznie trudne i staje się jednym z najpoważniejszych wyzwań diagnostycznych współczesnej psychiatrii dziecięcej.

Lustro, które kłamie — obraz ciała i zaburzenia odżywiania

Jeśli istnieje jeden obszar, w którym dowody na szkodliwość smartfona i mediów społecznościowych są szczególnie mocne, to jest to wpływ na obraz ciała, zwłaszcza u nastolatek. Badania są tu mniej kontrowersyjne niż w przypadku depresji, ponieważ mechanizm jest bardziej bezpośredni i łatwiejszy do wyizolowania.

Instagram, TikTok i Snapchat są platformami wizualnymi. Ich centralną walutą jest obraz — zdjęcie, filmik, selfie. Filtry rozszerzonej rzeczywistości pozwalają w czasie rzeczywistym modyfikować wygląd: wygładzić skórę, powiększyć oczy, zmniejszyć nos, wyszczuplić twarz, wydłużyć nogi. Miliony dziewcząt codziennie widzą na ekranie ulepszoną wersję siebie i porównują ją z prawdziwym odbiciem w lustrze. Prawdziwe odbicie przegrywa. Zawsze przegrywa, ponieważ nie ma filtra, który sprawi, że rzeczywistość dorówna cyfrowej iluzji.

Jasmine Fardouly z Macquarie University w Sydney opublikowała w 2018 roku w „Body Image” serię badań, w których wykazała, że ekspozycja na zdjęcia atrakcyjnych rówieśniczek w mediach społecznościowych — nawet krótkotrwała, pięciominutowa — istotnie pogarsza samoocenę wyglądu u młodych kobiet. Efekt ten był silniejszy w przypadku zdjęć rówieśniczek niż zdjęć celebrytek, ponieważ rówieśniczki są postrzegane jako bardziej realistyczny punkt odniesienia. Kiedy modelka z okładki magazynu wygląda perfekcyjnie, mózg tłumaczy to profesjonalnym makijażem i retuszem. Kiedy koleżanka z klasy wygląda perfekcyjnie na Instagramie, mózg interpretuje to jako dowód na to, że koleżanka naprawdę tak wygląda, a ty naprawdę jesteś gorsza.

Wewnętrzne badania Mety, ujawnione przez Frances Haugen w 2021 roku, potwierdziły te akademickie ustalenia z brutalną dosadnością. Jedna z wewnętrznych prezentacji firmy zawierała slajd, który stał się symbolem całej afery: „Trzydzieści dwa procent nastolatek twierdzi, że kiedy czuły się źle ze swoim ciałem, Instagram sprawiał, że czuły się jeszcze gorzej”. Inny slajd dokumentował, że wśród nastolatków w Wielkiej Brytanii, którzy zgłaszali myśli samobójcze, trzynaście procent wiązało je bezpośrednio z Instagramem. Meta wiedziała o tym. Miała dane. Miała wykresy. Miała prezentacje PowerPoint. I nie zrobiła nic.

Związek między mediami społecznościowymi a zaburzeniami odżywiania jest szczególnie niepokojący. Algorytmy TikToka i Instagrama promują treści, które generują zaangażowanie, a treści dotyczące ekstremalnych diet, „transformacji ciała” i kultury fitnessu generują ogromne zaangażowanie. Na TikToku hashtagi takie jak #WhatIEatInADay (co jem w ciągu dnia), #CalorieDeficit (deficyt kaloryczny) czy #SkinnCheck (sprawdzanie szczupłości) mają miliardy wyświetleń. Wśród tych treści, jak chwasty w ogrodzie, rosną materiały promujące anoreksję i bulimię — tak zwane treści pro-ana i pro-mia. Platformy oficjalnie zabraniają takich treści, ale zakaz jest łatwy do obejścia: wystarczy zmienić hashtag, użyć kodu lub emotikonów, a algorytm i tak dotrze do odbiorcy, ponieważ rozpoznaje wzorce zaangażowania, nie treść moralną.

Samotność w tłumie cyfrowym

Jest pewien paradoks, który socjologowie opisują od lat, a który w erze smartfona osiągnął swoje apogeum. Im więcej narzędzi do komunikacji mamy, tym bardziej się czujemy samotni. Im więcej „przyjaciół” na Facebooku, im więcej obserwujących na Instagramie, im więcej kontaktów na WhatsAppie — tym głębsza staje się przepaść między cyfrową łącznością a prawdziwą bliskością.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 69.87