E-book
10.92
drukowana A5
56.65
Cios w samo serce

Bezpłatny fragment - Cios w samo serce

Objętość:
381 str.
ISBN:
978-83-8126-235-4
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 56.65

Rozdział 1

Jesteśmy na obrzeżu Funden, sielskiego miasteczka na północy Zachodnich Niemiec, leżącego nad Wezerą, której wody lśnią blaskiem lazuru. Oko cieszy soczysta zieleń liściastych drzew i trawników, różnokolorowych klombów kwiatów. W powietrzu unosi się upajająca woń przekwitających już lip i bujnie kwitnących akacji. Na bezchmurnym niebie z rzadka pojawiają się obłoczki. Jest schyłek czerwca. Przyjemne ciepełko pieści rzadkich przechodniów nowoczesnego osiedla czteropiętrowych kamienic z połyskującymi w słońcu czystymi szybami okien, zasłoniętymi śnieżnobiałymi firanami.

Tuż obok dzielnica zadbanych domków jednorodzinnych, otoczonych ogrodami. Po drugiej stronie rzeki luksusowe wille ciągnące się w północnym kierunku. Pośrodku między osiedlem a uroczymi domkami stoi kościół katolicki o nieciekawej architekturze, stanowiący zgrzyt w panującej tu ciszy błękitu przerywanej śpiewem ptaków. Jest to szary, niski bunkier bez witraży i wieży. Tylko na jednej ze ścian znajduje się wyryty w murze krzyż, który trudno zauważyć. Przygodny przechodzień nie domyśliłby się świątyni w tym ponurym obiekcie.

Większość mieszkańców tej dzielnicy to zadomowieni już „wypędzeni” po wojnie z Polski, żyjący w domkach jednorodzinnych, stąd ten katolicki kościół, bo rdzenni Niemcy na północy są protestantami. Przybyli w ostatnich latach, tak zwani „późni przesiedleńcy” mieszkają w osiedlowych mieszkaniach. W tej też dzielnicy znajduje się niepozorny piętrowy budynek komendy policji, której podlega cały powiat z okolicznymi wioskami.

***

Gdy zasapany potężny, łysy jak kolano komisarz Uwe Gruber wszedł do jednego z pokoi na parterze budynku, zadzwonił telefon na jego biurku. Była ósma godzina, a on był jeszcze niezupełnie rozbudzony. Do późnej nocy grał z kolegami w karty, pociągając z butelki, więc wstał za późno. Był starym kawalerem, mieszkał sam. Nie usłyszał budzika.

— Dzień dobry panie komisarzu — odezwał się głos dyżurującej policjantki. — Jakiś mężczyzna zadzwonił na telefon alarmowy. Zdążył powiedzieć drżącym głosem: „Ona już nie żyje” i wypadła mu z ręki słuchawka. Słychać było, jak runął na ziemię. Namierzyliśmy numer. Należy do Danuta Konecka, Vorländerstrasse, numer pięć. To niedaleko, w jednym z osiedlowych domów. Pogotowie ratunkowe jest w drodze.

— Scheiße! Jedziemy! Nie zapomnij zabrać wszystkiego do zabezpieczenia śladów — krzyknął do siedzącego przy drugim biurku podkomisarza Joachima Birknera, przystojnego, młodego bruneta z wąsikiem, w rogowych okularach. Komisarz wściekły był, że nie może spokojnie zjeść śniadania i wypić kawy. Zapalił papierosa.

Natychmiast udali się na miejsce, wspólnie z patologiem Henkiem. Wbiegli na ostatnie piętro czterokondygnacyjnego domu, gdzie według spisu lokatorów mieszkała ofiara. Zastali uchylone drzwi. W przedpokoju leżał młody, jasnowłosy mężczyzna w czerwonej koszulce Polo i dżinsach, a obok niego słuchawka telefonu, która wypadła mu z zakrwawionej ręki. Schylał się nad nim lekarz pogotowia.

— W sypialni leży ofiara — rzekł, wskazując na otwarte drzwi.

Gdy weszli we trzech do pokoju, ujrzeli na łóżku piękną, młodą kobietę z długimi jasnymi włosami o miodowym odcieniu, zwisającymi aż do podłogi. Twarz miała wykrzywioną przerażeniem, wybałuszone sarnie oczy i otwarte w bezdźwięcznym krzyku usta. Leżała we krwi, a na podłodze obok znajdował się zakrwawiony nóż wyjęty z jej piersi.

— Ja widać na załączonym obrazku, zginęła od pchnięcia nożem — zażartował wysoki i chudy jak tyka patolog o dobrodusznym wyrazie twarzy, przyzwyczajony do takiego widoku. — Wykrwawiła się dokumentnie. Musiało to nastąpić w nocy, przed paroma godzinami. Zabieramy ją. Jak już wszystko będę wiedział, dam ci znać, Uwe.

— Zabezpieczysz ślady, mikroślady na folię — zwrócił się Gruber do podkomisarza. — Przeszukasz mieszkanie i zaplombujesz. Wszystko razem z nożem poślesz do laboratorium.

Pot spływał mu po pucołowatej twarzy. Nie dziwota. Było ciepło, a on miał na sobie czarną, skórzaną kurtkę, jeansy opadające poniżej wylewającego się z nich brzucha i ciężkie, wojskowe buty. W jego lewym uchu tkwił złoty kolczyk, a na prawej dłoni zwisał takiż łańcuch. Nikt w jego wieku nie ubierał się i nie ozdabiał w ten sposób, a już z pewnością żaden policjant.

— Zrozumiałe. Wiem, co robić — odburknął Joachim Birkner wyglądający przyzwoicie w sportowej niebieskiej koszuli i szarych spodniach.

Obaj pracowali w wydziale kryminalnym zaledwie od dwu lat, gdyż ich poprzednicy awansowali. Irytowało go obcesowe traktowanie zwierzchnik. Był zdolniejszy, bystrzejszy i sprawniejszy od Grubera. Cieszył się, że wreszcie będzie mógł się wykazać. Była to jego pierwsza praca po ukończeniu szkoły policyjnej, natomiast Gruber został z Hamburga karnie zesłany na prowincję. Podobno z powodu z powiązań z neonazistami, o czym świadczył jego wygląd, chociaż był od tych oszołomów starszy.

— Pan pójdzie z nami — zwrócił się komisarz do ocuconego szlochającego mężczyzny.

— On się zaraz uspokoi — rzekł lekarz, schodząc po schodach razem z nimi. — Zaaplikowałem mu mocny środek. Będziecie go mogli przesłuchać.

Istotnie, w samochodzie mężczyzna siedział cicho ze zwieszoną głową. Był w szoku.


W pokoju komisarza panował papierosowy zaduch. Oszklone ze wszystkich stron pomieszczenie miało zaciągnięte żaluzje, jedynie okno było zasłonięte muślinową, ongiś białą firanką, teraz pożółkłą od dymu. Stały tam trzy biurka. Każde pod inną ścianą.

— Siadać! — rozkazał komisarz, wskazując osowiałemu mężczyźnie krzesło stojące przed jego pustym dębowym biurkiem, najokazalszym w pokoju.

— Nie mógłby pan otworzyć okna? — odezwał się omdlałym głosem zatrzymany. — Strasznie tu duszno.

Siedział ze spuszczoną głową.

— Nie — odpowiedział lakonicznie Gruber. — Jak się pan nazywa? — spytał, zapalając papierosa i dmuchając mu prosto w twarz.

— Daniel Konarski.

— Polak?

— Tak. Jestem lekarzem w szpitalu miejskim. A właściwie byłem. Przenoszę sią do Wiednia.

— Z niemieckim paszportem, jak się domyślam.

— Mam podwójne obywatelstwo, zgodnie z obowiązującym prawem.

— Ty polska świnio! — krzyknął nagle groźnym tonem komisarz. — Co robiłeś u ofiary?

— Przyjechałem po narzeczoną — mówił cichym, łamiącym się głosem. — Miała się w przeddzień spakować, żeby się do mnie przenieść… — urwał i złapał się za głowę. — Zastałem ją w łóżku we krwi z wbitym w pierś nożem. Wyjąłem go… Ona już nie żyła.

— No, dobrze, ale jak wszedłeś do mieszkania?

— Z domu wychodził jakiś mężczyzna, więc nie musiałem naciskać guzika domofonu. Wbiegłem po schodach. Drzwi były otwarte…

— Głośniej! — krzyknął Gruber. — I powycieraj te łzy z policzków. — To ty zadzwoniłeś na alarmowy telefon?

— Tak.

— Co robiłeś dzisiejszej nocy?

— Spałem.

— Czy może to ktoś potwierdzić?

— Mieszkam sam.

— Przyznaj się od razu. Spałeś u kochanki. Kiedy usnęła, wstałeś, wszedłeś do kuchni, skąd zabrałeś duży, ostry nóż i zabiłeś ją. Po czym spokojnie ubrałeś się, wyszedłeś z mieszkania, zostawiając ze zdenerwowania otwarte drzwi. Spieszyłeś się do domu, gdzie spokojnie spałeś do rana. Przed ósmą pojechałeś z powrotem do ofiary, zadzwoniłeś na telefon alarmowy i udałeś omdlenie… Pytam, dlaczego to zrobiłeś?! — krzyknął. — Motyw!

— Jak mogło panu coś takiego przyjść do głowy?! — Lekarz podniósł głowę i spojrzał w oczy komisarzowi ze zdumieniem.

— Jeżeli nie wyjawisz motywu i przebiegu zajścia, to zatrzymam cię na razie w areszcie, bo jak dotąd jesteś jedynym podejrzanym.

Daniel Konarski siedział nieruchomo i milczał, gdyż był w innym świecie. Przed oczami miał moment poznania Danuty. Wtedy wyglądała podobnie. Leżała nieruchomo na noszach, a jej długie zakrwawione włosy zwisały aż do ziemi. Przywieziono ją nieprzytomną po wypadku drogowym. Jej uroda zrobiła na nim piorunujące wrażenie. Te cudowne jasne włosy ze spływającymi strużkami krwi, subtelne rysy twarzy, usta zaciśnięte w lekkim uśmiechu Giocondy… Czas i przestrzeń przestały dla niego istnieć. Nie docierały do niego pytania komisarza, łzy wciąż spływały mu po policzkach.

W pewnym momencie oderwał go od wspomnień podniesiony głos komisarza:

— Słyszysz?! Jesteś podejrzany o zabójstwo Danuty Koneckiej. Chcesz zadzwonić do adwokata?

Nic nie powiedział. Patrzył przed siebie nieprzytomnym wzrokiem.

— Słucham! — krzyknął komisarz.

Nie uzyskawszy żadnej odpowiedzi, podniósł żaluzję zasłaniającą drzwi do pokoju jego dwu podwładnych.

— Storchmann! — zawołał.

W drzwiach ukazał się młody funkcjonariusz.

— Zaprowadź podejrzanego na dołek.

— Tak jest.

Doktor Daniel Konarski wstał z krzesła i bez słowa dał się policjantowi prowadzić. Sprawiał wrażenie zahipnotyzowanego.

Gruber kazał drugiemu podwładnemu siedzącemu w pokoju obok zaparzyć kawę i przynieść z bufetu dwie bułki z serem.

Spokojnie zjadł śniadanie, przejrzał gazetę i właśnie miał się zabrać do sciągania akt sprawy, gdy wrócił wyraźnie podniecony Birkner. Pod pachą trzymał nieduży karton.

— Szefie, rozmawiałem z jedyną na tym piętrze sąsiadką. To młoda kobieta samotnie wychowująca dwójkę dzieci. Nazywa się Inga Mauer. Zeznała, że podejrzany był kochankiem ofiary, ale sypiali u niego. Wiedziała, że to lekarz i że ma na imię Daniel. Pracował w naszym szpitalu. Słyszała wczoraj około godziny szesnastej, jak wrócili skądś do mieszkania ofiary. Po godzinie doktor wyszedł i odjechał.

— Gówno prawda! — krzyknął komisarz. — Został u niej na noc. Spał z nią.

Birkner spojrzał na niego zdumiony i ciągnął dalej:

— Kobieta ani w nocy, ani rano niczego podejrzanego nie widziała i nie słyszała. Tyle tylko, że jak wychodziła z dziećmi, by odwieźć je do szkoły, zauważyła, że drzwi mieszkania ofiary są otwarte, ale pomyślała, że sąsiadka wyszła wyrzucić śmieci. Po odwiezieniu dzieci udała się na zakupy. Jak wróciła, od razu ją przesłuchałem i…

— A zabezpieczałeś mikroślady na folię?

— Oczywiście. Zabezpieczyłem wszelkie możliwe ślady, a właściwie brak śladów. Mieszkanie było idealnie wysprzątane. Gołym okiem, żadnych nie było widać. Zrobiłem zdjęcia całego mieszkania, sypialni ofiary, salonu i pokoju umeblowanego białymi, nowymi meblami z dużym tapczanem. Rozmawiałem też z pozostałymi lokatorami domu. Mieszkały tam cztery rodziny i cztery samotne osoby. Żadna z nich niczego w nocy nie słyszała, ale dwie kobiety potwierdziły zeznanie jej najbliższej sąsiadki, że lekarz odjechał od niej wczoraj około czwartej godziny. Widziały też przez okno, jak przyjechał przed ósmą dziś rano. W szpitalu dowiedziałem się, że nazywa się Daniel Konarski. Zwolnił się, bo przenosi się do rodziców do Wiednia. Ma doskonałą opinię. Wszyscy go lubili. Dyrektor powiedział, że to nieoceniona strata dla szpitala. Drugiego takiego nie znajdą… Ale pan już pewnie to wszystko wie i wypuścił go do domu.

— Oj, młody, młody! — Gruber pokiwał głową z politowaniem. — Pojęcia nie masz, jakimi perfidnymi zbrodniarzami potrafią być tacy przyzwoici ludzie o doskonałej opinii. Nie jesteś w stanie se wyobrazić. Nie takie sprawy przeżyłem. Mam już do tego nosa.

— Jezus, Maria, pan go zatrzymał! Przecież to niewinny człowiek. Nie dość, że przeżył taką tragedię, to pan go jeszcze zamknął! Musi go pan wypuścić!

— Ty mi śmiesz dyktować, co mam robić?! — zakrztusił się łykiem kawy poczerwieniały ze złości komisarz. — Podejrzany nie ma żadnego alibi. Tej nocy spał u ofiary.

— Ale sąsiedzi wyraźnie słyszeli, jak odjechał po południu. Nigdy u niej nie spał.

— Co ty tam wiesz? — wzruszył lekceważąco ramionami komisarz.

— Dlaczego sąsiedzi mieliby kłamać?

— Widocznie… A zresztą — machnął ręką. — Wszystko się okaże.

— Przyniosłem ważny dowód w sprawie. W pokoju dziennym były spakowane cztery duże walizy z książkami, ciuchami i butami. W przedpokoju stała duża torba, w której znalazłem ten oto maszynopis. — Otworzył kartonową paczuszkę i podał komisarzowi gruby plik kartek. — Przejrzałem go. Ofiara pisała powieść i chciała ją wydać pod pseudonimem. Jestem pewien, że to są jej wspomnienia. Nawet nie zmieniła nazwy naszego miasta, a główna bohaterka też ma na imię Danuta. Wymowny tytuł. Trzeba to przeczytać. Prawdopodobnie będziemy mieli czarne na białym coś o innych podejrzanych… Proszę spojrzeć. Wiele mówiący tytuł.

— Innych podejrzanych nie będzie, rozumiesz?! — krzyknął. — Musimy w tej książce znaleźć coś przeciwko temu lekarzowi.

Gruber rzucił okiem na pierwszą stronę, na której widniało dużymi literami:

Anna Schmidt

W Matni

— Dajże mi z tym spokój! Kiedy ja bym miał to czytać? Sam przeczytaj, a jak wróci z akcji podkomisarz Kurt Baumann, to zajmiemy się ściągnięciem wszystkiego, co wiadomo o ofierze i podejrzanym. Przesłuchamy ewentualnych świadków i przeanalizujemy wyniki z laboratorium. A ty zajmij się powieścią. Zaparz se cały dzbanek kawy i czytaj. Może ona coś napisała o podejrzanym, co się nam przyda przy przesłuchaniu. Do jutra ma być przeczytane i na moim biurku szczegółowa notatka, co tam znalazłeś. We trójkę zabierzemy się do maglowania podejrzanego. Przyciśniemy go do muru. Przyzna się i sprawa zakończona.

— Do jutra nie zdążę, szefie.

— Nic mnie to nie obchodzi. Czytaj cały dzień i całą noc.

Birkner westchnął tylko ciężko, usiadł przy swoim biurku i zabrał się do czytania:

Część pierwsza


Amerykański (zły) sen

Już w samych rysach ich pooranych zmarszczkami twarzy, w wyblakłych, zimnych jak stal oczach zakrzepły całe otchłanie niegodziwości i obłudy.


Siedzieli w samolocie unoszącym ich do Frankfurtu, skąd mieli zostać wyekspediowani do Stanów. Atrakcyjna, długowłosa blondynka Danuta wraz ze ślicznym chłopaczkiem o twarzy aniołka, podobnym jak dwie krople wody do matki. Zajadali lunch, który wydawał się im iście królewskim posiłkiem. Pachnąca, urzekająca wprost czystość i cała gama barw, o które tak trudno było na ich rodzimym czarnym Śląsku, zapowiadały nowe życie w lepszym, piękniejszym świecie. Oboje byli starannie ubrani i nie czuli się gorszymi wśród eleganckich pasażerów Lufthansy.

Musisz tam od razu zrobić furorę, przypomniała sobie Danuta z rozrzewnieniem słowa przyjaciółki Olgi pomagającej jej skompletować garderobę.

Wciąż miała przed oczami jej zapłakaną twarz, gdy żegnały się na Okęciu, dokąd przywiozła ich samochodem. Olga wiecznie marzyła o życiu na Zachodzie, podczas gdy Danuta nigdy nie chciała opuścić Polski. A jednak na Okęciu nie uroniła ani łezki. Nie pamiętając o rozterce związanej z podejmowaniem decyzji o emigracji, cieszyła się, że raz na zawsze uwolniła się od bezpieki. I to było dla niej najważniejsze.

Na lotnisku we Frankfurcie, wśród wielobarwnego i wielojęzycznego tłumu poczuła się jak aktorka grającą małą rólkę w zachodnim filmie. Tak nierealne było całe to barwne otoczenie w porównaniu z rzeczywistością w kraju. Nigdy dotąd nie przypuszczała, że świat może być tak kolorowy. Nigdy też nie zdawała sobie sprawy, że w Polsce jest tak szaro i ponuro. Nawet jej kolorowe sny w porównaniu z tym, co ją zewsząd otaczało, okazały się smutne i bezbarwne. To co tutaj widziała przekraczało granice jej ubogiej, ukształtowanej w PRL-u wyobraźni wizualnej.

Czekał już tam na nich przedstawiciel niemieckiego oddziału organizacji zajmującej się zwolnionymi z internowania emigrantami z Polski, udającymi się do Stanów. Przywitał ich serdecznie po angielsku. Spiesznie wyprowadził na zewnątrz i wsadził do minibusu Mercedesa. W pomruku bajecznie kolorowych, luksusowych samochodów pomknęli jak po maśle gładką autostradą, wraz z kilkoma innymi zwolnionymi z internowania, przybyłymi tym samym samolotem. Łukasz siedział nieruchomo, całkowicie zszokowany, a Danuta obserwowała przez szybę niezwykły widok. Oboje byli oszołomieni.

Wkrótce znaleźli się w urokliwej uzdrowiskowej miejscowości. Samochód zatrzymał się przed pensjonatem w rustykalnym stylu wynajętym przez organizację dla emigrantów z Polski. Poczuli się jak w raju, tak piękne było to miejsce. Zostali zakwaterowani w apartamencie z dwoma sypialniami, z widokiem na wewnętrzny ogród. Po wejściu do saloniku matka rozsunęła wzorzyste muślinowe zasłony i otworzyła okno. Stali przy nim, podziwiając jesienne kolory drzew mieniących się od żółci poprzez czerwień aż po brąz.

— Jak tu ładnie! — zachwycił się Łukasz.

W radosnym nastroju zaczęli rozpakowywać jedną z waliz i wkładać rzeczy do szafy, po czym odświeżyli się w lśniącej czystością łazience z kolorowymi kafelkami i udali na kolację do przytulnej jadalni, ozdobionej egzotycznymi roślinami w dużych donicach. Niemal wszystkie stoliki były już zajęte. Rozejrzeli się i znaleźli dwa wolne miejsca przy młodej parze. Danuta przedstawiła siebie i syna, wymieniając imiona i nazwisko.

— Elżbieta Chamajda, a to mój mąż Filip — odezwała się brunetka z krótko obciętymi włosami, uśmiechając się uroczo. — On jest plastykiem, ja zaś psychologiem. Nasza córeczka już śpi.

Elżbieta nie była zbyt atrakcyjna, lecz miała jakieś wewnętrzne światło emanujące z jej oczu. Natomiast Filip stanowił okaz „przystojniaka” o południowej urodzie.

Do sali wszedł wysoki blondyn w średnim wieku w nienagannie skrojonym beżowym garniturze i kremowej koszuli z rdzawym krawatem. Przedstawił się jako właściciel pensjonatu i powitał serdecznie zgromadzonych po angielsku. Po czym podał parę organizacyjnych informacji.

Kolacja upłynęła w euforycznym nastroju. Czuli się, jak w innym wspaniałym świecie, pozostawiając za sobą szare, dramatyczne życie. W ogóle nie rozmawiali o „Solidarności”. Był to dla nich zamknięty rozdział, koszmarny sen, z którego obudzili się w beztroskiej rzeczywistości. Po skończeniu smakowitego posiłku, długo jeszcze gawędzili, popijając wino. Dopiero nazajutrz, gdy ochłonęli z wrażenia, zaczęły się dyskusje polityczne.

Danuta zaprzyjaźniła się z Chamajdami, z innym jeszcze młodym małżeństwem — Lidią i Jerzym Kobielskimi oraz z pewną młodą drobniutką czarnulką Zosią, absolwentką anglistyki, która co dzień prowadziła dla nich lekcje angielskiego. Lidia ukończyła właśnie historię, a jej mąż był inżynierem. Straszny oryginał. Chodził z leksykonem angielskich wulgaryzmów i uczył się ich na pamięć. Natomiast jego żona stanowiła okaz subtelnej, wytwornej panny. Danuta nie zawarła bliższej znajomości z nikim więcej, gdyż byli to na ogół prości, prymitywni ludzie. Nie wzięła nawet udziału w imprezie powitalnej, bo nie odpowiadało jej to towarzystwo. Łukasz sprzeciwił się matce, do rana bawił się w tym niezbyt kulturalnym gronie. Czternastoletniemu chłopcu imponowało, że potraktowano go jak dorosłą osobę. Nazajutrz w całym domu słychać było awanturę pewnej pary małżeńskiej. Kobieta zarzucała mężowi zdradę. „A gdzie zostawiłeś slipy?” — krzyczała. „No gdzie spółkowałeś z tą kurwą?”


I oto niespodzianie zjawili się w ich pensjonacie byli teściowie Danuty. Zaskoczyli ją swoim przyjazdem, a także zamiarem pozostania w Niemczech, aczkolwiek ona, rodowita Niemka, zawsze twierdziła, że gdy on przejdzie na emeryturę, to wyjadą z Polski, by przynajmniej na starość „żyć jak ludzie”. Niemniej Danutę zdziwiła ich decyzja, gdyż teść był zagorzałym zwolennikiem komunizmu i nie ukrywał radości z powodu wprowadzenia stanu wojennego.

Zorganizowali to nadzwyczaj sprytnie. Teściowa wyjechała znacznie wcześniej do siostry w Niemczech Zachodnich, by — jak co roku — spędzić tam trzy letnie miesiące. On zaś przyjechał nieco później służbowo, będąc mimo emerytury zatrudnionym na ćwierć etatu. I nie powrócił do kraju. Na podstawie niemiecko-polskiej umowy czekała go tu niezła emerytura, gdyż przez cztery lata był radcą handlowym w polskiej ambasadzie w Wiedniu, a po powrocie do kraju kierownikiem działu w centrali „Węglokoks” i jeździł służbowo po całym zachodnim świecie, gdyż Polska eksportowała znaczne ilości węgla. Wiadomo było, że na placówki dyplomatyczne wysyłano agentów, ale Danucie w ogóle nie przyszło to do głowy. Nigdy też nie zastanawiała się nad tym, jakim cudem teściowej udawało się tak częste przekraczanie żelaznej kurtyny w celu odwiedzania krewnych w Niemczech Zachodnich.

Była to iście niesamowita para, której istnienie przeczyło wyniesionemu z dziecięcej lektury książek Makuszyńskiego przekonaniu Danuty, że wszyscy ludzie są w głębi serca dobrzy, a tylko okoliczności czynią ich złymi. Już w samych rysach ich pooranych zmarszczkami twarzy, w wyblakłych, zimnych jak stal oczach zakrzepły całe otchłanie niegodziwości i obłudy. On czynił wrażenie potępieńca, a ona jego złego ducha, ponieważ podjudzała go do różnych obrzydliwości, które wykonywał niczym zdalnie sterowany robot, po czym obciążała go całą winą. Naładowana była jakąś czarcią energią, gdy tymczasem on już za życia był martwy. Danuta nieraz zastanawiała się, kiedy przestało bić jego serce. Czy już wówczas, gdy wybrał sobie za żonę córkę człowieka, który załatwił mu dyrektorską posadę, starszą od niego, brzydką Niemkę, gardzącą nim i pomiatającą jako Polakiem stanowiącym dla niej przedstawiciela niższej rasy? Jego serce nie biło chyba zbyt mocno, gdy na polecenie żony wyrzucił z domu matkę do domu starców, chociaż błagała go o pozostanie u nich. A z pewnością nie miał już go, kiedy chełpił się, jak to wszyscy się go boją, lub gdy kazał Danucie stukać się w czoło, kiedy starała się go przekonać, że pieniądze nie są w życiu najważniejsze.

Charakteryzowała tych dwoje jakaś obsesyjna chęć podporządkowywania sobie innych w celu dysponowania nimi dla własnej wygody. Nawet między sobą prowadzili o to nieustanną wojnę. Rozmowa z nimi miała charakter przesłuchania, podczas którego posyłali sobie znaczące spojrzenia. Udawała, że niczego nie zauważa, ale każde takie spotkanie stanowiło dla niej torturę. Gdy teściowa zaczynała podstępnymi wargami jej schlebiać, wiedziała, że knuje kolejną intrygę. Było to jednak przyjemniejsze niż jego poniżające, obelżywe wręcz traktowanie. Ten człowiek nie miał za grosz kultury, na co jego żona nieustanie się uskarżała, twierdząc, że w porównaniu z Niemcami zachowuje się i wygląda jak parobek. Był ponoć absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego, jednak Danuta podejrzewała, że jako zagorzały komunista skończył po wojnie jakieś przyśpieszone partyjne studia.

Utrzymywała z nimi kontakt jedynie ze względu na Łukasza, którego obdarowywali prezentami pochodzącymi od niemieckich krewnych teściowej. Niemniej szczęśliwa była, gdy po rozwodzie skończyły się te spotkania. Wzorem ojca jej były mąż Piotr już na studiach wstąpił do partii, co ułatwiło mu uzyskanie etatu w partyjnej gazecie. Jednak niewiele pisał, w związku z czym mało zarabiał. Karierę zapewniła mu kolejna kochanka, która była sekretarką pierwszego sekretarza PZPR w nowo powstałym województwie bielskim. Dzięki niej został naczelnym redaktorem organu komitetu. Zrozumiałe więc, że rozwiódł się i z nią ożenił. Jednak Danuta nie rozpaczała z tego powodu. Wręcz przeciwnie, zadowolona była z pozbycia się agresywnego męża, patologicznie leniwego i monstrualnie egoistycznego. Odziedziczył to po matce. Tak samo jak i przeświadczenie, że jest nadczłowiekiem, któremu wszystko wolno. Po każdej zdradzie powtarzał, że może robić, co mu się żywnie podoba, a ona urodziła się niewolnicą, więc musi wszystko pokornie znosić. Posuwał się do rękoczynów, po czym pytał z kpiną: „A co, może się rozwiedziesz, ty niewolnico?” Ten człowiek był niezdolny do miłości, nie potrafił nawet zrozumieć, że ktoś może kogoś kochać.


Po rozwodzie rozkoszowali się z Łukaszem błogosławieństwem domowego spokoju. Danuta przestała nawet palić, a krnąbrne dziecko stało się nagle grzeczne jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Dziesięć lat męczyła się z człowiekiem, z którym powinna była się rozwieść już po roku małżeństwa, gdy okazało się, że jest w ciąży, a on uderzył ją w twarz i usiłował zmusić do jej usunięcia. Mordowała się z nim tylko dlatego, żeby dziecko miało ojca. Oczywiście, kochała go. Kochała nawet makabrycznych teściów. Prawiła im komplementy, by poprawić ich nieustannie podły nastrój, pocieszała, gdy narzekali, spieszyła z pomocą, kiedy się skarżyli.

Przekonana była, że po rozwodzie niczego nie będzie musiała dziecku wyjaśniać, bo jego ojciec zjawiał się w domu, gdy już spało, więc nawet jeśli dostrzeże jakąś różnicę, to jedynie na korzyść. I tak się też stało. Żyło się im teraz wspaniale. Niestety, pewnego dnia ktoś niespodzianie zadzwonił do drzwi, bez telefonicznego uprzedzenia. Gdy je otworzyła, omal nie padła trupem. Jej oczom ukazały się dwie koszmarne zjawy — olbrzymi kościotrup z łysą czaszką i poczwarna karlica — wystrojona, umalowana i wyperfumowana. Nim zdążyła zatrzasnąć im drzwi przed nosem z przerażenia, rzucili się jej na szyję, odurzając cuchnącym oddechem do tego stopnia, że przyjęła ich serdecznie i gościnnie, kompletnie chyba zamroczona.

Wypłoszyli z mieszkania dobre duchy, zatruwając na nowo swoim jadem. A on, jak zwykle, wytarmosił Łukasza, bawiąc się nim jak przedmiotem, podrzucając w powietrzu jak piłkę. Ona zresztą traktowała dziecko w podobny sposób. Podczas wspólnych weekendowych wycieczek Danuta obserwowała nieraz z niepokojem, jak to koszmarne babsko kładzie sobie chłopca na brzuchu i wykonuje energiczne ruchy, wstrząsające malcem. Twierdziła, że jest to dla niej wspaniała gimnastyka mięśni brzucha. Chyba z tego powodu malec wiecznie trząsł się na siedzeniu w tramwaju czy w autobusie, narażając matkę na przykre uwagi ze strony innych pasażerów. Ona jednak nigdy nie strofowała dziecka, gdyż obawiała się, że zniweczy w nim pewność siebie, ponieważ w dzieciństwie jej matka tak ją zahukała, że wiecznie miała zahamowania. Wystarczyło, że dziadkowie nieustannie go upominali, co go zresztą wcale do nich nie zniechęcało. Wręcz przeciwnie uwielbiał ich.

Znowu zaczęła utrzymywać z nimi kontakty. W weekendy wysyłała do nich chłopca, ponieważ zabierali go na wędrówki po Beskidach i mógł pooddychać świeżym powietrzem, czego ona nie mogła mu zapewnić, bo nie miała samochodu. Martwiło ją tylko, że po każdym pobycie u dziadków malec wykazywał wobec niej wrogość, arogancko się do niej odnosił, mazał czarną kredką po wymalowanych przez nią białych ścianach i po książkach.

Tak samo jak przed rozwodem była wobec nich miła i uczynna, a nawet serdeczna, chociaż przy każdym uścisku na przywitanie i pożegnanie zbierało się jej na wymioty. Zwracała się do nich, tak jak przed rozwodem, per „mamusiu i tatusiu”, zaś Łukasza już we wczesnym dzieciństwie nauczyła mówić: „babciu i dziadziusiu”. Szczerze odpowiadała na pytania zadawane podczas „przesłuchań”. Mimo uszu puszczała złośliwe uwagi i nieustanne podkreślanie przez nich własnej wyższości. Ci ludzie, tak samo zresztą jak ich nieodrodny syn, nie potrafili inaczej się dowartościować, jak tylko poprzez upokarzanie innych. Gdy przebierała się miarka i Danuta próbowała zareagować, zaczynali ordynarnie wrzeszczeć i wychodzili, a jeśli zdarzyło się to u nich, wyrzucali z mieszkania. Wszystkie te tortury znosiła ze względu na syna, gdyż chciała, aby miał rodzinę. Teraz z tego też względu skłonna była pozostać w Niemczech, do czego teściowie gorąco ją namawiali. Odetchnęła z ulgą, gdy po krótkiej wizycie odjechali.


Jednak Danuta i Łukasz spędzili tam przeszło miesiąc, gdyż ich opiekun namawiał ich do pozostania w Niemczech.


Większość czasu spędzali z ich opiekunem. Horst Kamnitz — zażywny jegomość w średnim wieku miał kręcone, kruczoczarne włosy i czarne jak dwa węgielki, małe oczka, którymi świdrował człowieka na wylot. Był niezwykle sympatycznym, bezpośrednim człowiekiem, a przy tym szalenie kulturalnym, przestrzegającym wszelkich zasad savoir vivre’u. Wyglądem i usposobieniem przypominał raczej Włocha niż Niemca. Miał do pomocy pociągającego z butelki Ślązaka jako tłumacza, który nie znał dobrze ani polskiego ani niemieckiego, lecz dla pana Kamnitza nie miało to specjalnego znaczenia, gdyż nie znający obcych języków nie interesowali go zbytnio. Sam płynnie posługiwał się angielskim i francuskim. Z Danutą rozmawiał po francusku, ponieważ dobrze znała ten język. Z Łukaszem zaś po angielsku, którego chłopiec uczył się na prywatnych lekcjach.

W większości przypadków ów luksusowy pobyt w przytulnym pensjonacie trwał zaledwie parę dni. Chodziło tylko o nawiązanie kontaktu ze sponsorem i załatwienie czarterowego lotu do Stanów. Jednak Danuta i Łukasz spędzili tam przeszło miesiąc, gdyż ich opiekun namawiał ich do pozostania w Niemczech. Często zabierał do eleganckich, pustawych restauracji, gdzie kelnerzy stali rzędem pod ścianą, gotowi na każde skinienie gościa, i odbywał z nimi wielogodzinne rozmowy. Danutę obrzucał komplementami, podziwiał jej wiedzę i elokwencję. Zachwycał się inteligencją i dojrzałością Łukasza. Zwiedzał też z nimi okolicę, którą byli oczarowani. Najbardziej spodobało się im średniowieczne miasto Fulda, gdzie największe wrażenie zrobiła na nich romańsko-gotycka katedra, a także historyczny ratusz i renesansowy dawny pałac biskupi. To był zupełnie inny świat. Wytworny, spokojny, urzekający pięknem architektury i natury. Powietrze pachniało upajająco w porównaniu z zadymionym Śląskiem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 56.65