E-book
1.37
drukowana A5
34.58
drukowana A5
Kolorowa
64.27
Chore bajki

Bezpłatny fragment - Chore bajki


1
Objętość:
260 str.
ISBN:
978-83-8189-971-0
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 34.58
drukowana A5
Kolorowa
za 64.27

ENIGMA — niemiecka maszyna szyfrująca


ENIGMATYZACJE w erystyce: celowe używanie niezrozumiałych pojęć, aby przeciwnik nie potrafił się do nich odnieść.; Jednym z warunków racjonalnej dyskusji jest posługiwanie się językiem zrozumiałym zarówno dla stron sporu jak i audytorium

„Czym ty jesteś, ja byłem,

czym ja jestem, ty będziesz”

Isaac Marion

Bajka I. Wichajster

Nr 1. Bliżej nieznanego

Pewnego razu, nieważnie gdzie, był sobie raz, kiedyś tam dawniej. Pewien ktoś taki, o którym mówi się w legendach. I choć znów zabrzmi to, jak bajka zmyślona, przez tego kogoś, kim ten ktoś tam był. Choć nie wiadomo gdzie był i kim. Skąd przybył, ani skąd się wziął. I czy w ogóle był, oraz, jak się zwał. Lecz to pewnie właśnie on był tym kimś, o kim mówi ta przypowieść, a jeśli nie, to na pewno, albo przy tym był, albo to widział lub usłyszał od tego, co na pewno wie, nawet, jeśli nie, to i tak mit ten, by nie przetrwał, gdyby spisany i zapamiętany przez tego, co pewnie jako ostatni pozostał w pamięci, o tym wiedząc i pamiętając.

Dawno, dawno temu. W odległym kraju, za pięcioma rzekami, za szóstą wyspą, za siódmą górą. Stało sobie potężne, stare zamczysko na wzgórzu, otoczone przeklętym lasem, po którym od lat końca wojny największej. Błąkały się, tam i wtedy, niezliczone potwory, porzucone przez stwórcę swojego. Prekursorkę skrywając, technik aborcyjnych, protoplastę hybrydyzacji i klonowania.

Na cmentarnej ziemi, co najstarszą w kraju była. Pewna osoba wyjątkowa, właśnie powracała do życia. Nie ona jednak jedyna, ale jedna z pierwszych. W nowy magiczny, rytuał opowieści najniezwyklejsze w swej skrytości, ujawnić chciała swe powstanie przypowieści, na której skończyło się wszystko, a zarazem i zaczęła ostateczna. Bo ten, co powstał, był pierwszym, co to rozpoczął. I choć wiadomo, że taki ktoś tam był. To nie wiadomo, kim był, i skąd się wziął, i gdzie się podział. A jeśli nie, to pewnie to zmyślił, czyż nie? I niby każdy to wie, lecz nie o mnie nie, bo podmiotem zwą mnie. Bo oprócz mnie, o tym nikt nie wie nic. A skąd ja to wiem, ja wiem to, co wiem, lecz wszystkiego powiedzieć nie mogę nie. Bo nie wszystko wiem. Ty o tym wiesz, i ja o tym wiem, że tyle co jesz, dasz radę znieść.

Czy jakoś tak…

Pewnego dnia, słońce nie wschodzi. Elektryczność, telefony i Internet przestają działać. Epidemia zaraźliwej choroby umysłowej, doprowadza ludzi do obłędu. Sprawia, że większość umiera, a reszta zostaje nieśmiertelna, i nie może mieć dzieci. Jeden z samobójców, nie mogąc umrzeć, postanawia znaleźć najstarszą osobę na świecie, w międzyczasie zabijając innych. Stworzone zostaje urządzenie, mogące tworzyć w nim rzeczywistość. Z nich przybywają istoty, mogące zmieniać rzeczywistość siłą woli. Następuje ewolucja zwierząt i owadów w myślące formy. Pasożyty przejmują kontrolę nad ciałem i umysłem, pożerając go jednocześnie. To zamienia je w nowe istoty zmiennokształtne, reprodukujące się z jaj. Coś próbuje się wydostać z wielopoziomowych kondygnacji wnętrza ziemi. Spełniona zostaje w ostatniej woli, ekspedycja eksploracji kosmosu, lotem w jedna stronę. Pacjenci kolonii klinik psychiatrycznych, opowiadają o tym swoje Chore bajki.


Nr 2. Zadupie

Wszystko rozgrywało się w miejscu niezwykłym, leżącym za totalnym krańcu świata, co za siedmioma górami, rzekami, wyspami i tak dalej, bla, bla, bla. Leżało w takim punkcie, do którego nie dojeżdżał żaden autobus, nie prowadziła żadna ścieżka, nie opisywała żadna mapa, ani nie wykrywała satelita Google. Krążyło tylko wiele plotek oraz bzdur, w które nie wierzył nikt, że takie miejsce może w ogóle istnieć. Niestety, było inaczej, a poświadczyć najlepiej mogą ci pechowcy, jacy znaleźli się w nim, niedowierzając w to w ogóle. Będąc w nim, jedyne, czego pragnęli, to tego, że było inaczej. Nazywało się po prostu Zadupiem.

Słuchaj uważnie. To nie tak, że godzę się na to wszystko, i bezkrytycznie akceptuję twoją obecność. Zawsze, rzecz jasna mogę cię zignorować, i powiedzieć moje ulubione przysłowie, którym jest stare, dobre „wypierdalaj”. Niestety, ale sama realna myśl o jakiejś określonej osobie, już zmienia wystarczająco wiele. Byśmy mogli się wzajemnie znosić bez przeszkód, powiem ci o trzech rzeczach, które stosowane wzajemnie, pozwolą na zniesienie tego wszystkiego, do stopnia akceptowalnego.

Po pierwsze, nie zadawaj mi pytań, a przynajmniej nie więcej niż dwa, jedno po drugim. Gdy odpowiedź na drugie będzie skłaniała do zadania trzeciego, znaczyć to dla mnie tyle, że nie jesteś w temacie, albo będzie to musiało trwać, zanim stanie się inaczej. Na to natomiast ja nie mam na to czasu, a osobiście to uważam, że i tak będzie to temat z rodzaju tych, których nie da się wytłumaczyć tak, by ktoś to zrozumiał.

Po drugie, jeśli o czymś powiem, będzie to przemyślana decyzja, mająca poprowadzić do celu w sposób, jak najbardziej pewny, co do przemierzenia tej drogi. Nie znaczy to oczywiście, że będzie ona spokojna i łatwa, ale będzie i tak najlepsza, bowiem na niej ukażą się dodatkowe możliwości, spośród których, będzie można skorzystać, gdyby coś poszło nie tak. Idzie nie tak, jak trzeba już od teraz, i na pewno będzie dużo gorzej. To i tak lepsze to, niż nie mieć jakichkolwiek możliwości, co do czegokolwiek, bo to daje jakieś rozwiązanie, a przynajmniej jakąś okazję, by rozważyć dalszy plan. Na teraz jedynym planem jest brak planu, bo w sytuacji takiej jak ta, gdy tkwimy w przysłowiowej dupie, nie mamy żadnych możliwości, co do czegokolwiek.

I tak, wiem, że dużo gadam, bo staram się sprecyzować wszystko wyraźnie i w sposób prosty, uniwersalny i jednoznaczny. Dzięki temu nie będę musiał później gadać w ogóle. Zostawiam ostatecznie w ten sposób ciebie, kimkolwiek jesteś, i nie mów lepiej jak, bo i tak mnie to gówno obchodzi, jak również to, co myślisz.

Po trzecie, to absolutnie nie interesuje mnie, nie zgadzam się, oraz zakazuje, niezależnie od stanu rzeczy, czy tego, co się dzieje, lub może się stać. Przerywać mi lub przeszkadzać tak, jak teraz widzę po tobie, jak usilnie chcesz się mi wpieprzyć w słowo, w momencie, kiedy gram na instrumencie, albo skrobię piórem w notatniku. To jeden jedyny zakaz. Świętość. Nie będę uprzedzał, ani oznajmiał przed taką chwilą, bo po to właśnie o tym mówię. Nie ma mnie. Zakaz jest wtedy. Przerwa. Nieczynne. Gdy skończę, to oznajmię to wyraźnie. Nie biorę pod uwagę żadnych okoliczności łagodzących, ani wyjątkowych. Jeśli ma nastąpić strzał, to niech ten ktoś strzela, i lepiej żeby celnie. A już w szczególności nie do zaakceptowania przez mnie jest pytanie, co robię, o czym, po co i dlaczego. Gwoździem tego, jest osobista skromnego zdania opinia jakakolwiek. To wszystko. Chyba. Skończyłem.

Jeśli masz o coś zapytać, coś powiedzieć, czy zrobić cokolwiek, to masz właśnie jedyną, niepowtarzalną i jedyną okazję. Teraz.

„Przez tę muzykę aż srać mi się odechciało.” — Tymi słowami, moja dziewczyna podsumowało moje ostatnie dzieła artystyczne.


Nr 3. Morderca w deszczu

Zdegustowany i rozczarowany życiem Harry Krishna, pracownik nocnej zmiany jako wartownik największej firmy na świecie produkującej prezerwatywy, postanowił się zabić. Po kolejnej próbie samobójczej, po raz wtóry obudził się w szpitalu, podłączony do systemu podtrzymywania życia. Za pierwszym razem nażarł się tabletek, chcąc przedawkować i trafił na pogotowie, gdzie przez dwa dni płukali żołądek. Dopiero po czasie dowiedział się, że powinien wziąć tabletki przeciwwymiotne. Niepowodzenie. Nie próbował tego samego dwa razy, więc za drugim razem wziął gorącą kąpiel, wraz z pół litrową butelką wódki, i rozpruł sobie żyłę lewej ręki żyletką. I zamiast odpłynąć, powoli zabarwiając wodę w wannie krwią, stracił przytomność. W porę znalazł go sąsiad, z gatunku tych nachalnych, co to, co chwilę wpadają by coś pożyczyć, ale tym razem po kilkukrotnym pukaniu wieczorną porą, po prostu wszedł do otwartego mieszkania. Z dwoma czteropakami piwa, w podzięce za ostatnie sprawy. Przedostatnim razem obudził się w bandażach, cały pokiereszowany, w kołnierzu na karku i gipsie na nogach. Rzucił się pod pociąg, ale ze względu na swoją wagę, odbił się od niego kilka razy a podmuch wyrzucił go na pole. Pech, to mało powiedziane. Ostatnim razem posunął się ciut dalej, i postanowił rzucić z wieżowca mającego dwanaście pięter. I runął na dach namiotu targowego, amortyzującego jego upadek.

Tym razem cały był w gipsie, i przytomny. Nie mógł się poruszyć ani mówić, mając unieruchomioną całą szczękę, pozbawioną wszystkich zębów. Doktor opowiadał pacjentowi wszystko ze szczegółami, nie mogąc się nagadać, bo i tak pacjent, choć przytomny, nie mógł zareagować, i lekarz sam odpowiadał za niego, na końcu dodając, że obawia się, że ubezpieczenie tego nie pokryje, bo w dzień jego ostatniej próby, wysłano z urzędu pracy zawiadomienie o zawieszeniu go na trzy miesiące, z powodu kolejnego niestawienia się go w wyznaczonym terminie. Na końcu uśmiechnął się, jak za każdym, kolejnym razem, mówiąc, że wszystko będzie dobrze. Tym razem jednak, gdy kolejny raz leżał na oddziale, leczony przez niego, obyło się bez jego tyrad i wywodów na temat jego samobójstwa, bólu i cierpienia, jaki daje bliskim, których nie miał. Że życie jest święte, i że powinien zacząć myśleć o sobie, celach i o tym, jaki świat jest piękny. Kolejnego razu nie próbował go umoralniać. Kolejnym razem sugerował ewentualną pomoc psychiatryczną, a ostatnio nawet sam załatwił mu skierowanie na obserwacje do szpitala psychiatrycznego. Tym razem nie powiedział nic więcej. Poinformował go, że nawet, jeśli by sam mógł, to by mu pomógł, tyle, że eutanazja jest nielegalna, a on nie będzie ryzykował. Za to zaproponował mu, że jeśli chce, by kolejnym razem, jeśli będzie, a on potwierdził, że tak. Może przygotować mu dokumenty o przekazaniu swoich organów do przeszczepu lub innego celu. Wówczas, gdy ktoś taki ma ciężki wypadek, wówczas decyduje się o próbie jego ratunku, bądź nie, kiedy jest nikła szansa. Wówczas organy zdatne do użytku mogą przyczynić się do uratowania nawet kilkudziesięciu osób, a samo ciało może zostać przekazane w celu edukacji studentów medycyny.

Gdy tylko stanął na nogi, pierwsze, co zrobił, to podpisał papiery. Zaraz po tym, jak lekarz powiedział, że to wszystko i jest w porządku, zaraz po jego wyjściu podszedł do okna, i nie patrząc, na którym jest piętrze, rzucił się na podjazd karetek pogotowia, odbijając od jednej z impetem, i lądując na szybie drugiej. Tym razem stwierdzono zgon. Opróżniono go z wszelkich organów. I pochowano w trumnie.

Pogrzeb odbył się pod koniec października. I wydawało się, że w końcu Harry osiągnął upragniony spokój. Minął tydzień. W zaduszki, ostatniego dnia października, Harry obudził się w ciemności, próbując rozepchać klaustrofobiczne, ciemne wnętrze, panicznymi ciosami. Dopiero sypiąca mu się na twarz ziemia, jej smak, nadał mu chwilowe uspokojenie. Próbował sobie przypomnieć, jak się oddycha, ale na próżno. Szybko się zorientował, że nie potrzebował tlenu. Nie czuł zimna, pomimo tego, że czuł chłód i wilgoć własnego ciała. Ból odczuwał nadal, ale był on przytępiony. Próbował krzyczeć, ale po kilku minutach wiedział, że skoro nie udało mu się sprowokować do działania kogokolwiek, to nawet więcej nie próbował. Uderzał i próbował podnieść wieko, i wydobyć się spod ziemi. Trwało to kilka godzin, zanim udało mu się cokolwiek. Ręce miał poranione, kości połamane, ale nie przejmował się tym. Rany nie krwawiły. Musiał jedynie zważać na uszkodzenia podstawowych narządów zmysłu, jak oczy i słuch, jaki działał bez zarzutu. Węch i smak były przytępione. Dotyk był najmniej odczuwalny. Dawał mu jedynie pojęcie tego, co trzyma i dotyka tylko w chwili, gdy miał kontakt wzrokowy.

Przebrnął w garniturze przez cmentarną ziemię, i stanął pośrodku swojego grobu, nad płytą nagrobną w samym środku nocy, w samym środku nowego cmentarza, położonego na obrzeżach miasta. Nie zbyt wiedział, co zrobić. Mógł wrócić do swojego domu, ale te prawdopodobnie zostało już przejęte i oczyszczone dla nowego lokatora. Mógł pojawić się w rodzinnym domu, albo odwiedzić kogoś znajomego, ale odrzucił ten pomysł od razu, zakładając, że skoro już się jego najbliżsi pożegnali z nim, to nie warto zmieniać ich pojęcie odnośnie jego stanu spoczynku. Zwłaszcza, że całe życie chciał ich mieć, jak najdalej od siebie, więc teraz, nawet po spotkaniu, będzie chciał tego znacznie bardziej. Potrzebował jednak kogoś, kogokolwiek kompetentnego, kto wyjaśni mu jego stan, albo go potwierdzi, i spróbuje razem z nim wymyślić jakieś, jakiekolwiek rozwiązanie, choćby chwilowe. Nie mógł w tym stanie chodzić po mieście. Od razu zwróciłby uwagę wszystkich wokół.

Szedł chodnikiem prosto do miasta, choć wiedział, że niebawem je opuści, choćby dla własnego bezpieczeństwa. Nie miał schronienia, ani pieniędzy. Nie wiedział, czy jego obecny stan jest chwilowy, czy też nie. Czy jego ciało w dalszym ciągu będzie ulegać procesowi gnicia. Czy będzie potrzebował jakiegoś substytutu energii. I czy można ten stan bardziej ożywić, bądź bardziej uśmiercić. Mimowolnie deptał w kierunku miasta, będącego tak przyzwoicie rządzone przez uczciwych, katolickich społeczniaków, że wszystko wokół niego, wydawało się być intensywniej oświetlone, niż ono samo. Zazwyczaj to miasta roztaczają blask na niebie, widziany z oddali, tutaj jednak było odwrotnie. To był jeden z kolejnych powodów, dla którego musiał je opuścić. Przybrać nowe imię. I zacząć rozmyślać, poczynając od zupełnie nowego miejsca. Jakiegokolwiek, byleby nie tego, w którym mieszkał całe życie. Nieroztropnie byłoby zostawiać ślady od miejsca bezpośrednio powiązanego z nim samym. Wkraczał na puste i ciche ulice, ostatni raz prawdopodobnie przechodząc przez nie całe, mając nadzieję, że jeśli ma jeszcze coś w nim zrobić, cokolwiek, lub coś ma się jeszcze w związku z nim wydarzyć, to lepiej, by stało się teraz. Poza tym bardziej pragnął zapalić papierosa, i to było fundamentem jego wędrówki przez nie.

Pustą nocą, mokrymi uliczkami, od których odbijały się neony i latarnie, wszystko wydawało się nierealne. Mroczne i pełne trwogi. Klimat dreszczowca rozpoczął deszcz, a on stał w uliczkach przewalających się nagłymi zrywami wiatru uliczkach, po których biegały bezpańskie psy, warczące, ale nie atakujące, będące zbyt głodny na próbę walki. Przerażone, charczące koty hukiem, jaki robiły, przeskakując ze śmietników na okna lub schody, trącały kubły, budzące śpiących w rynsztoku meneli, lub płoszących narkomanów, chcących przeżyć nadzwyczajną fazę pod osłoną mroku. Po ulicach jedynie puste autobusy sunęły po drodze, zahaczając o ostatnie przystanki, by powrócić do zajezdni. Tylko sporadycznie mknęły taksówki, jako jedyne, aktywne, odstawiające tych, co zalani w trupa, lub z innego powodu nie potrafiąc znaleźć właściwej ulicy osoby, zbyt zmęczone by błądzić.

Stojąc na przystanku, zauważył siebie w odbiciu sklepowej witryny, pośród plastikowych modelek. Gdyby nie był cały uwalony błotem, mogłyby wyglądać na całkiem przyzwoitego dżentelmena. By nie zostać rozpoznawany przez tych, co kiedyś, choć raz go spotkali, ani nie zapamiętali jego zgniłej, charakterystycznej twarzy, kolejni. Owinął twarz bandażem, a na oczy założył czarne okulary. Miał ten frak, typowy żałobny garnitur, jaki nawet jemu się podobał w swym eleganckim stylu i pomimo fasonu, był zadziwiająco lekki i wygodny. Poprawił koszulę, kołnierz, dopiął rękawy, zaciągnął spodnie, wsadził do niej koszulę i dopiął guzik pod szyją, pod którą brakowało krawata. Miał muszkę, ale z niej zrezygnowałem, by nie wyglądać jak kelner z restauracji.

— Lubię krawaty.


Nie wiedząc nic o zabijaniu, poza wiedzą, jaką dał mi najgenialniejszy ludzki wynalazek, telewizja. Przed pierwszym zleconym morderstwem, postanowiłem zasięgnąć opinii legalnych morderców, jakich powszechnie zwie się rzeźnikami. Nie sądzę, by była jakaś szczególna różnica między zabijaniem kurczaka a człowieka. Raczej niewielu pasjonatów seryjnych morderstw, lub zabójców na międzynarodowe zlecenia, łaskawi opowie mi o podstawach zabijania. Raczej ględzić będą o swoich chorych upodobaniach, i innych zboczonych fantazjach.

Zanim cokolwiek zrobiłem, postanowiłem wpierw zebrać właściwą broń. Choć ta jest w kraju nielegalna, są oczywiście myśliwskie pukawki i inne falsyfikaty do obrony. Czarny rynek był tu raczej czymś w rodzaju miejskiej legendy, o której wspominać, jak o przeklętym temacie tabu, nie należało, by nie zwrócić na siebie uwagi, lub nie zostać uznanym za kogoś, komu wypisać się powinno żółte papiery. W dodatku prawdziwa broń, prędzej czy później, stanie się gwoździem do trumny, a ja nie zamierzałem do niej wracać. Nie miałem zamiaru także obracać się w środowisku przestępców, recydywy, i innych szmuglerów, z których każdy był niewiarygodny.

Postanowiłem złożyć kolekcję wszystkiego, co mogłoby posłużyć za broń śmiertelną, służącą do samoobrony, lub ewentualnie do zadawania cierpień i tortur. Więc zacząłem od tego wszystkiego, co w pierwszej kolejności udało mi się skompletować: Siekiera, tłuczek do mięsa, tasak, nóż sprężynowy, brzytwa, nożyczki, młotek, nóż kuchenny, kij metalowy (zwany rurą) i drewniany (przezwany maczugą), skalpele, piła oraz łańcuch. Dodatkowo kolekcję tą uzupełniłem w ołówki, widelce, pilnik, wapno, butelki i gwoździe. Nie zabrakło oczywiście pistoletu na śrut, gaz pieprzowy i petardy. Za każdym razem mogę zabijać innym narzędziem. Dla urozmaicenia.

Zanim się namyśliłem, co powinienem zrobić ze swoją atrapą życia, jakie w swym cynizmie wywinęło mi najgorszy z możliwych żartów, obdarowując mnie losem nieumarłego, może nawet nieśmiertelnego. Kogoś, kto przez całe życie miał myśli samobójcze, i dziesiątki razy porywał się na swoje życie, by w końcu się okazało, że jako jeden z nielicznych, z nieznanych mi powodów, nie mogę umrzeć. Pomimo rozpaczy, była to pierwsza rzecz, jaka zmotywowała mnie do prawdziwego czerpania z całej okazałości życia. Postanowiłem, że skoro ja nie mogę umrzeć, zatem umierać będą wszyscy wokół mnie, a ja im w tym szczerze pomogę. Może któregoś dnia uda mi się dzięki temu zginąć. Nie zamierzałem od razu też zostać postrzelony, zamknięty w pudle, czy poćwiartowany. Nie mogłem wyjść na ulice z karabinem maszynowym i zacząć strzelać do wszystkich wokół ludzi tak długo, aż mnie zdejmą snajperzy. Było to bez sensu, pomysłu i polotu. Poza tym wolałem się nie męczyć. W swej tułaczce, będę zabijał tylko tych, na których dostanę zlecenie, od kogoś, kto zaproponuje mi, albo zapyta, chociaż, czy nie zechciałbym, lub mógłbym to zrobić. Wówczas będę wiedział, że taka osoba, znienawidzona, chociaż przez jedną osobę, do tego stopnia, że rozważa się morderstwo, szczerze zasługuje z jakiegoś powodu na śmierć. Obiecałem sobie sam nie proponować tego nikomu. Może ewentualnie za pierwszym razem, pierwszemu zleceniodawcy, by rozruszać machinę. Nienawidziłem ludzi, i gdyby los całej populacji zależał ode mnie, to rozjebałbym wszystkich. Bez wyjątku. Jednak nie za darmo, ale też nie za jakieś miliony. Forsa w tym stanie niespecjalnie jest mi potrzebna. Na stabilizacje, mieszkanie, ciuchy, jedzenie i tak dalej, raczej było już za późno. Nie wiem na jak długi czas podejmę się tego wyzwania, i czy w ogóle coś z tego wyniknie. Za każdym razem będę zabierał trofea, w postaci jakiegoś gadżetu. Na przykład krawaty. Będę zbierał krawaty. Będę zabijał za symboliczną kwotę, jaką zbierać będę do skarbonki. Będę zabijał za pięć złotych. Na pytanie, dlaczego, odpowiadać będę cały czas w ten sam sposób. — Bo ludzkie życie nie jest warte więcej niż pięć złotych.


Nr 4. Odpady produkcji

To miała być szybka, prosta i łatwa robota.

Majster otworzył bramy magazynu egzemy. One rozwiązłe w sposobności swojej, na swego swój sposób, jak na każdego trzeba mieć. Nacisnął coś i wpisał kod, lecz brama zacinała się automatycznie z góry do dołu w miejscu, nie ruszając się powyżej wysokości kolana. Nie ważne, że była nowa, i zaraz miała pochłonąć ciężarówkę, koparkę i betoniarkę. Trzeba było obejść budynek, a było ciemno i padał deszcz, i była piąta rano. Pantomimo tego, że ciepły, w wilgoć wtapiał lepkie ciało chłodne z przebudzenia. Przeto ścinały je zimnym tchnieniem ostrza świtu.

Horyzont wschodu słońca przesłaniał potężny blok białego firmamentu, malując kontury czarnego prostokąta, na sinym z zimna niebie. Zejście pod wał, przez wysokie, zaszronione rosą chaszcze. By być bliżej rzeki strumienia wylotu kanalizacji prowadzącej ze studni, niedawno, co wykopanej własnymi rękami. Pomiędzy gęste, zawiniętymi korzeniami drzewa życia, porosłym mchem. I w górę, na szczeble życia, w błocie pełnym suchych liści. Na coś, co niby domek na drzewie, a co nim nie było w ogóle, miało mi na miejscu dać pojęcie o czymś, czego miałem się domyśleć. Niestety, nie domyśliłem się, ani nie zrozumiałem niczego, gdy to zobaczyłem.

Gałęzie krzewów deszczu w gęstym lesie liści drzew, co wzniesionym zmierzchem dawnych czasów. Pomimo miejsca, hamowały niebo, próbującym deszczem nasączać ciemne, płynące w kołysaniu wierzby o tej milczącej porze. Wokół był inny pejzaż niewyraźny, pomimo swej odmienności, mógł poprowadzić inną drogą, niż przez las. Nie było jednak w tym zbyt wielkiej różnicy, bo do wyjścia stąd prowadził czas, co mogła trwać do niego droga, zarówno kwadrans, tak i pięć lat. W tej chwili wówczas, czułem się jakbym tkwił tam lat już ze trzy.

Wichajster sporządzał sporadyczne notatki w postaci graficznej, na każdym możliwym skrawku czegokolwiek, co określono mianem odpadu. Bazgrolił ołówkiem w chwili wytchnienia, nie zrażając się zgryźliwymi uwagami od innych. Na jednym z pierwszych, rozrysował ich wszystkich, w sposób znajomy jego dowcipnej złośliwości. Ołówkiem stolarskim na kawałku, kwadratowego, zielonego regipsu, z wyszczerbionym prawym dolnym rogiem, za który nieświadomie łapał każdy, co podniósł go, kciukiem trzymając całość. Każdy patrzył na postaci kilka, gdzieś między budowaną halą a leśnym łonem natury. Odpad produkcji był oznaczony datą 27 lipca.

Kosmiczny spodek na niebie, wydobywała się donośna odpowiedź, „że aż, że aż zapomniałem.” I cudem wyminął starą wronę krzyczącą „kretyn!” Widząca to stojąca, plecami do wszystkich, łysa osoba, wskazywała na owy widok na niebie, zaobserwowany tylko przez niego, pomimo tłumu, co nie patrzył, więc ten ktoś też się nie przejmował tym, że mówi na głos, bo i tak wszyscy zajęci byli sobą. — „Oby znaleźli czarną skrzynkę!” — Mijający go zgarbiony, kurduplowaty, stary wredny hycel, co w złości mówił na głos pod nosem do siebie „jak ja nie cierpię smerfów!” — Głupia bajka, pomyślał Wichajster, który też jej nie cierpiał. Podobnie jak „Sąsiadów.” A tych, których miał też średnio lubił, bo albo to poprawczak, albo recydywa. Równolegle z nim szedł Belzebub Kutasiński, próbujący odpalić ostatniego papierosa zjebaną zapalniczką, i w ogóle nie patrząc, co wokół i kto, i po co to, do woli. Na jedno, a głuchy na drugie ucho, nawet nie patrzył gdzie idzie, tylko wrzeszcząc spośród wszystkich zawsze wkurwiony to, co zwykle w swej wiążącej wiązance: „Chuj by to strzelił. To przecież krew człowieka zalewa. No, kto tak robi?” — Minąwszy go wysoki i wielki koleś w wieku średnim, spokojnym krokiem, bo zmęczony życiem, wzdychał mówiąc do siebie „byle do piątku.” — A ulepiony, stojący za nim, w cieniu drzewa, taki ze śniegu prawdziwy Bałwan, trzymając miotłę, przystanął na chwilę, by dopić piwko, słysząc to, co tamten skamlał, i powiedział z uśmiechem „byle do wiosny.” — Za nim rosły już drzewa w oddal biegnąc, aż po horyzont. Pod jednym z nich, na widoku, wszystkich, a zarazem przez wszystkich ignorowany. Siedział Wichajster, oparty o drzewo, z ramionami za głową, i patrzył w niebo marząc oddalony. Z bananem na twarzy, w swym uśmiechu nie banana trzymał, ile gibona i na jazgot tych wszystkich, co wokół gaworzą, powiedział tylko „ble, ble, ble, ble.”

— Miała to być prosta, łatwa robota! I co?

— Ale za to, jaki widok!

— I jak ja to zrobię?

— Czy ja coś muszę wyjaśniać?

— Co jest grane?

— Zależy, co włączysz?

— Nic, bo nie ma prądu.

— Gdzie jest ten wichajster?!

— Który?

— Hycel dosyć, że zjebał robotę, to w dodatku zgubił narzędzia.

Czuł się jak zmutowany robak, co zapieprza jak traktor, co części ma zużyte, i wielką ma głowę, nieogoloną na twarzy, ogromne oczy, jak mucha, lecz tylko jedną źrenicę, oplecionymi nerwami licznymi, co białko siecią pajęczą, zapieprzał na każde zawołanie dla każdego, będąc w kilku miejscach jednocześnie w ciągu pół godziny. Bo nikt nie mógł ogarnąć spraw trochę wcześniej, gdy miał dużo czasu, i się opierdalał. Z wywieszonym jęzorem, pomimo zaciśniętych w szczękościsku zgryzie, cedził przez zęby słowa do siebie, olewając fakt, że każdy to słyszy, bo każdy to słyszał codziennie od ponad pół roku.

— Zawsze wszystko na ostatnią chwilę.


Nr 5. Eject

Jak na ironię, z radiostacji dobiegał, albo jakiś quiz, albo jakiś wywiad. Głos kobiety nadawał bezustannie. Nic dziwnego, że pracowała w radiu. Nie można było zrobić i dać jej Stop. Taki to był z jej woli oszukańczy szacher-macher, bo z jej miejsca w radiu, nie mogła dać ona stop. Bo stopa to tylko po drugiej stronie moszna było zrobić. Ale to i tak na nic, bo stóp to tylko przy płycie, albo kasecie działało, a na radio to inny przycisk, który był niepotrzebny. Bo włączało się go integrując źródło zasilania, i w ten sam sposób, wyłączało wyciągając wtyczkę z gniazdka. Te z kolei samo decydowało o tym, kiedy miał mieć prąd. Bo w zasadzie, to nikt nic nie wyłączał sam. A nie wyłączał także, bo od tego byli inni, jak ten wielki Markt, co tysiące idiotów w kraju, przynajmniej pisowni i wymowy po latach nauczył wielu. Jak i tego, że to od nich zależne są ceny, jakie wpierw muszą włączyć. Wiele wtedy chciałem dać, by wymusić na niej stop.

W radiomagnetofonie kasety nie można było otworzyć, a płyty zamknąć najtrudniejszy myśli spowiedzi leciało, co dzień cykl audycji ekspresyjnej.

— Prut lot lód let old lord plump.

— Peppa po papa papa pu pi tu petopepapu?

— Plum plum babalum, pluma pluma babaluma.

— Aha. — Potem radio telewizor nie działał, bo wybuch znowu, tym razem z przodu szum rozgrywał się harmoniczną dynamiką nieoczekiwanych zdarzeń systemu strumieniowego stereo anty antenowego a anty, dlaczego? Dlatego, bo anteny nie było.

I tak wydawać by się mogło, że tak będzie już zawsze i pytanie te same ciągle nerwowe dręczyć mnie przez lata tym sensem właściwym, co dotrzeć powinien precyzyjną precyzją zdaniem zdania zadanego zadania.

Bo kolor malowanych ścian, zmatowiał i wysypał bez smaku i kurzu i tylko pytanie dla siebie samego na głos zostało zadane w oczekiwaniu odpowiedzi wyjaśnienia bezgłośnie wyciszonego, co zostało w sposób taki sam wykonany. I co, i jak Hycel Kociniak, będę po latach miał wypłowiały intelekt, co działania na najprostsze problemy, nie sposób powiedzieć było, co dalej się stało, bo radio pykało półgłosem, jak licznik Geigera mierzące promieniowanie radioaktywności swoistości zanikającej wolności. Od tego się zastanowić, co do ucieczki od uległego mu instynktowi nakazującemu jemu samemu, bo czemu musi on mieć pięciu pomocników wywiadowczych. By uciec od tej racji radiacji wibrującego bólu migrenowego. A chodziło tylko jedynie i to, by przynieść przedłużacz, bo on nienawidzi kabli.

Radio nie zagrało już nigdy więcej. I chodź cisza odezwała się natarczywie, w swoim stoicyzmie stanowczej bezwzględności. Nikt nic nie mówił o niej, ani o radiu, ani też o tym, że już go nie było, i że zniknęło. Ciekawe, kto to był, co wziął zjebane radio i w jakim celu, lecz dobrze było jedynie to, że teraz problem się rozwiązał sam.

I pomimo tego, że wytykany przez innych, w pisowni błąd. Jak specjalnie stawiałem przy podpisie. Nie rozumiałem jedynie, dlaczego oni wszyscy, nie rozumieją, że to wszystko, to żart.


Nr 6. Chistoria horoby

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 34.58
drukowana A5
Kolorowa
za 64.27