E-book
10.92
drukowana A5
38.28
drukowana A5
Kolorowa
67.87
Chimera

Bezpłatny fragment - Chimera


4
Objętość:
280 str.
ISBN:
978-83-8189-073-1
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 38.28
drukowana A5
Kolorowa
za 67.87

Rozdział 1. Dies Irae

Druciany płot biegł naokoło zakładu karnego. Jeden z posterunków strażnika był pusty, opuszczony przez swego lokatora.

Uśmiech, przemknął przez twarz chudego osobnika, ubranego w jakieś stare szmaty. Związany i zakneblowany strażnik pogrążony w strachu, myślał, co potwór zechce z nim zrobić. W jakim celu utrzymuje go przy życiu. Po krawędziach pamięci odbijały się sceny z niegdyś oglądanych horrorów. Półnaga, przeraźliwe wychudzona postać rozpościerała się na tle budynków. Obraz wyglądał jak żywcem wyjęty z jakiegoś nierealnego snu szaleńca. Widok ten paraliżował ochroniarza. Sprawiał, że jego rozbiegane oczy skupiały się w jednym punkcie. Widok fałszywego, szerokiego uśmiechu, długich, ostrych i żółtych zębów, nie mógł się równać z niczym innym. Strażnikowi przez myśl przeszło, że szaleniec chce uwolnić jakiegoś innego degenerata. Ale w takim razie, czemu nie zabierze mu kluczyków i nie wejdzie do środka?

Uśmiech dziwaka spoważniał. Zmierzwione, długie włosy odsłoniły duże, przekrwione oczy. Szmata opadła mu z ramion odsłaniając klatkę piersiową, wyglądającą jakby się rozkładała żywcem. Cały był oblepiony brudem, zeschniętą krwią, a po jego ciele ściekała bursztynowa ropa. Otaczała go wierna chmara much. Podszedł do siedzącego, związanego strażnika. Pochylił się nad nim i rozwarł usta, szczerząc przy tym zęby. Odrażający smród buchnął strażnikowi w twarz. Nagłym i całkowicie bezdźwięcznym ruchem, wyciągnął strażnikowi nóż, pistolet i pałkę. Trzymał wszystkie trzy przedmioty przed jego oczyma. Machał nimi dając znak, że całkowicie go obezwładnił i panuje nad sytuacją. Strażnik patrzył w niego, jak zahipnotyzowany. Przedmioty stanowiły jedyny, cudowny artefakt; jedyną nadzieję, jaka właśnie została ofierze odebrana. Strażnika zaatakowała fala potu i drgawek. Po ciele przebiegło ciepło, otulające go przed chłodem późnego wieczoru.

- Nastaje Dies Irae. – Powiedział.

Nie spuszczając wzroku z potencjalnej ofiary, chudzielec odłożył pałkę i pistolet nieopodal swojej nadgnitej nogi. W jego dłoni pozostał nóż. Zdjął plastikową pokrywkę, błyskając po oczach czystością metalu. Zamachnął nożem przecinając powietrze i czubek ostrza zatrzymał przed oczami coraz mocniej pocącego się strażnika. Zdecydowanym ruchem rozciął mu knebel w ustach, zrobiony ze starej, brudnej szmaty. Skaleczył go nieznacznie, ale na tyle, by smak jego własnej krwi wypełnił go i przeraził bardziej. Oczy szaleńca zdawały się płonąć. Strażnik postanowił coś powiedzieć. Bał się, ale wiedział, że musi coś zrobić.

- Chcesz kluczyki? To bierz! Mam je w kieszeni!

Szaleniec patrzył przez chwilę na strażnika w całkowitym skupieniu. Panikował.

- Nie interesuje mnie więzienie, żałośni mordercy i złodzieje. Ich czas jest już policzony. Oni są już oświeceni. Interesujesz mnie ty, prosty człowieku.

- Czego ode mnie chcesz? Kim jesteś?!

- Jestem zbawicielem naszych czasów. A ty? Kim jesteś? – Głos szaleńca był szorstki i nienaturalny. - Powiem ci. Jesteś więźniem.. Musisz pracować, płacić podatki, wychowywać dzieci, pieprzyć żonę, jeść i srać, a w dodatku myślisz, że wszystkie te rzeczy robisz z własnej woli. Myślisz, że jesteś wolny. A teraz spójrz na mnie. Żyję tak, jak mi się podoba, bez ludzkich nakazów i zakazów, ludzkiej miernoty, przywar i luksusów. Bez emocji. – Jestem istotą, która poznała człowieka na wskroś. Znam jego cele i pragnienia, funkcje i cel całego życia. Jestem zbawicielem ludzkości. Uwalniam ludzi od systemu, religii i samego siebie, jak i ciałem, tak i duszą. Odpowiadam na fundamentalne pytania, oświecam ich a potem zbawiam. Tak jak ciebie teraz.

Głos obłąkańca rozmywał się w zimnym powietrzu. Głos zgrzytliwy, wręcz piskliwy wznosił się mimo tego, ponad wszystko. Jakby jego struny głosowe były rozstrojone. Strażnik czuł bezradność i zrezygnowanie. Znajdował się obecnie w momencie, kiedy wszystko osiągnął i żył w spokoju, nie spodziewając się żadnych niespodzianek od życia. Ale przybył on. Zbawiciel.

- Co zamierzasz ze mną zrobić?

- Uwolnić cię od systemu, nudy, ludzi, życia. Pokazać ci cel. Zbawić twoją duszę.

- Ale mi się podoba obecne życie. Nie chcę umierać.

- Spójrz na siebie. Nawet teraz jesteś więziony, obawiasz się, że umrzesz. Spójrz na mnie. Przeniknij mnie swym wzrokiem. Dojrzyj piękno w brzydocie, czystość w brudzie…

Chudzielec rozłożył ramiona na boki. Wyszczerzył zęby i obserwował strażnika. Wywyższał się nad nim samą obserwacją. Strażnik patrzył się z obrzydzeniem na przeraźliwie wychudzone nogi, całe pokryte żółcią oraz zeschniętą czarną krwią.

- Przeniknij przez te szmaty! Wiedz, że piękno nie zawsze widać na pierwszy rzut oka. - Zbawiciel zerwał szczątkowe ubranie z siebie, które dosłownie butwiało na nim. I stanął przed ofiarą zupełnie nagi. Strażnik wzdrygnął się od nadmiaru ohydy. Nie potrafił sobie wyobrazić, w jaki sposób można doprowadzić się do takiego stanu. W okolicach krocza miał wyżartą, czarną dziurę, całą połyskującą od ruszających się w szale larw.

- Jesteś najbardziej odrażającą bestią, jaką kiedykolwiek widziałem w życiu!

- Odrażająca bestia? To tylko ciało. Namiastka niczego. Ważna część istotna tylko dla ludzi. Lecz teraz, będąc oświeconym, znając wszystkie odpowiedzi, stałem się czymś więcej niż zwykłe homo sapiens. Zabijam tych, którzy doprowadzili do mojego jestestwa. Sprawili, że jestem tym, czym jestem. Zabijałem dla zemsty tych, co torturowali mnie i przeprowadzali na mnie eksperymenty w obozach. Zabijałem z największą rozkoszą, nie martwiąc się, że ktoś mnie odnajdzie, bo właściwie nie ma jak mnie znaleźć. Jestem nikim. Nie ma mnie. Od czasu eksperymentów minęło już parę ładnych lat. Nikt nawet nie wie, że istnieję. Nikomu nie darowałem, znajduję wszystkich, zabierając ze sobą jako trofea, różne części ciała. Wiedzą tylko ci, z którymi dobiłem targu.

- Nic nie rozumiem! Przecież ja nie mam z tobą niczego wspólnego!

Popapranie spojrzał na strażnika takim wzrokiem, jakby miał zaraz się wybuchnąć histerycznym śmiechem. Strażnik zlany potem oddychał ciężko.

- No tak, ciebie jako jednego z nielicznych szczęśliwców zbawię od tego świata. Jesteś jednym z wybranych. Dlatego tobie właśnie opowiadam moją historię.

Obłąkaniec przysunął się do strażnika, uderzając go swoim połamanym, cuchnącym nosem prosto w jego. Strażnik upadł na plecy. Zbawiciel rozpiął mu marynarkę i rozciął nożem podkoszulek. Mężczyzna próbował wszelkich manewrów by się obronić, zrobić cokolwiek, kopnąć, uderzyć, ugryźć. Ale był zbyt unieruchomiony.

- Chryste, co ty chcesz zrobić?!!

- Tych zwyrodnialców, których znajdywałem, kazałem się wyspowiadać ze wszystkiego, za co byli odpowiedzialni i o czym wiedzieli. Nagrywałem ich historię na taśmy. Zabierałem trofea, jak wspominałem i zjadałem. Smakowałem ich na tysiące różnych sposobów. Każdy inaczej smakuje. Każdy jest kimś innym i potem staje się mną.

- Masz zamiar mnie zjeść?!!

- Nie. Ludzkiego mięsa mam pod dostatkiem, trzymam je w zamrażarkach, gdzie starczą mi na naprawdę długo...

- Więc czego ode mnie chcesz?!

- Z biegiem lat, zacząłem się akceptować, a wiedz, że to nie jest łatwe, zważywszy na to jak wyglądam. Ale kilka dni temu podczas degustacji mięsa, zacząłem mu się przyglądać. To było jak nagłe oświecenie. Pojąłem, że nie tylko ludzie są piękni na zewnątrz, ale i wewnątrz. To takie oczywiste. Chcę ci uświadomić. Piękno w brzydocie, czyli mnie. Twoje piękno wewnętrzne oraz zbawić cię od tego świata.

Strażnik zaczął się wierzgać, sapiąc przy tym głośno. Próbował się uwolnić wkładając to wszelką siłę, na jaką tylko mógł się zdobyć. Zbawiciel przystawił mu ostrze do jabłka Adama. Strażnik momentalnie znieruchomiał. Obrzydliwiec przejechał lekko ostrzem rozcinając naskórek i zaczął ciągnąć tak wzdłuż ciała, coraz niżej, w dół klatki piersiowej. Zjeżdżając dociskał ostrze coraz mocniej, coraz bardziej zagłębiając je w ciało. Strażnik sapał i pojękiwał. Pieczenie. Ból. Panika na widok krwi nasiliła strach. Strażnik wydarł się na cały głos, ale wokół była tylko wolna przestrzeń. Ostrze zatrzymało się na brzuchu. Zbawiciel powoli wsadzał je głębiej, rozcinając mięso. Na boki wypływał szkarłat. Strażnik dostawał drgawek. Chciał przekląć, ale krew wypływająca z ust uniemożliwiała mu to. Szaleniec wyciągnął nóż. Odsunął się i stanął przed ofiarą, jakby oceniał swój surrealistyczny obraz. Strażnik przechylił głowę do niego i wydusił z siebie kilka słów, przerywając.

- Jesteś... gorszy… niż oni... – I zemdlał nie mogąc znieść bólu i widoku krwi.

- Nawet przez myśl ci nie przejdzie, co można zrobić z człowiekiem. Myślisz, że nic cię już gorszego nie spotka, niż siedzenie za biurkiem i przewalanie papierów do późnej nocy? Albo praca w jakimś zapyziałym zakładzie jako robol? Pomyśl! Rusz szare komórki, doprowadź je do wrzenia, niech się trochę pogotują. Wojna, miłość i choroby, to jedne z nielicznych rzeczy, jakie przytrafiają się prostemu człowiekowi. Ale jest jedna finalizacja tego wszystkiego. Jedna okropna rzecz, której nikt się nie spodziewa, nawet w najobrzydliwszych snach. Ta rzecz, to JA!

- Kim ty…jesteś?

- Jestem bogiem.

Psychopata nachylił się nad brzuchem swego pacjenta i rozchylił na boki ranę, dając jego wnętrzu możliwość, by zaczerpnęło trochę świeżego powietrza. Strażnika szarpnął spazm przenikliwego i najgorszego bólu, który go przebudził z omdlenia. Zaczął krzyczeć w niebo, zdzierając sobie przy tym gardło. Krzyczał niemal całym ciałem. Targał spazmami człowieczeństwa. Odlatywał, przepełniony najwykwintniejszą odmianą strachu. Głos z sekundy na sekundę zostawał obdzierany z wszelkich złudzeń i wątpliwości. Słowa błagalne sięgały gwiazd. Krew wylewała się z niego, zdawało się, że jej ilość w ciele jest niezmierzona. Wsiąkała w ziemię pod nim. Czuł niemal ogień rosnący mu w ciele. – Zbawiciel wsadził palce w jego ranę, coraz głębiej dotykając opuszkami jego wnętrzności. Dotknął jakiegoś organu i zatoczył na nim swój uścisk, delikatnie wbrew pozorom. Zaczął je wyciągać. Jelita. I pokazał je swojemu właścicielowi.

- Popatrz na te swoje piękności.

Starannie ułożył na jego brzuchu wnętrzności, wyglądające jak mięsne węże. Wypływająca z nich posoka, ściekała na ziemię. Nieprzerwany okrzyk, rozbiegł się po całej okolicy. Szaleniec zdawał sobie sprawę, że nikt ich nie usłyszy. Zaczął cichutko się śmiać. Po chwili cichy szmer, zamienił się w chichot. Chichot nasilał się, tworząc głośny śmiech przypominający przeraźliwy skowyt. Zachwianie i transformacja w pełen histerycznego śmiechu wrzask, przepełniony nienazwaną mieszanką paranoi i obłąkania. Dwa krzyki przeplatały się ze sobą tworząc jeden spójny ryk. Strażnik popuścił.

- Oj! - Przerwał momentalnie śmiech i spojrzał na strażnika z zastanowieniem. – Ktoś zrobił siku.

Zbawiciel zarechotał i dalej obserwował reakcje strażnika. Ten cały się trząsł, aż w końcu zwymiotował. Wymiociny rozprysły się nad nim i wypełniły mu usta. Ledwo widział na oczy. Nie dawał za wygraną. Wiedział, że nie ma ratunku, ale mimo tego, nie chciał odpłynąć. Zaczął się krztusić. Nie miał nawet siły by odwrócić na bok głowę. Szaleniec podszedł do niego i otwartą dłonią uderzył go w klatkę piersiową. Wymiociny wytrysnęły w powietrze i rozprysły się na ziemię wokół. Jego głowa opadła na bok. Wrócił do życia, choć tego nie chciał. Nie mógł pojąć, czemu mają służyć te jego tortury. Strażnik zaciągnął się powietrzem.

- Obrzydliwe piękno. - Powiedział Zbawiciel. – Piękno straszliwe.

Strażnik tracił przytomność, ale ból trzymał go przy zmysłach. Największą przyjemnością byłoby teraz zasnąć. Obraz przed oczami rozmywał się. W ustach czuł gorzki i mdły smak. Zbawiciel podszedł do niego, pocałował w sam środek czoła i zaczął nucić do ucha.

- Ach śpij, kochanie. Jeśli gwiazdkę z nieba chcesz dostaniesz. – Przerwał raptownie, i zastanawiał się nad czymś. - Wiesz, co? Mam świetny pomysł. Chcesz posłuchać? - Odsunął się od niego i dostrzegł, że strażnik jeszcze jest przytomny. Zbawiciel podniósł pistolet i pokazał go jemu. Potem wsadził go do ręki strażnika, zaciskając wokół niego jego palce. Zbawiciel stanął przy jego nogach.

- Wiesz, co masz zrobić, strażniku? – Spytał gestykulując i naśladując jakby postać z filmu, niewinną ofiarę, która jest na muszce złego bandytę. - Gdy będziesz chciał strzelić, nie ruszę się. Masz moje słowo.

Głos Zbawiciela rozmywał się w głowie strażnika i stawał echem dobiegającym z oddali. Z nieludzkim wysiłkiem, ostatnią wolą i siłą, jaka w nim tkwiła podniósł broń i wycelował w klatkę piersiową, w sam środek ciała szaleńca. Czuł, że zabicie go to jego ludzki obowiązek, umrze, prawda, ale będzie miał pewność, że ten potwór już nikogo nie zabije. Umrze usatysfakcjonowany. Ręka trzęsła mu się. Celował w środek wychudzonego ciała, z przebijającymi się przez skórę żebrami. Nie miał siły podnieść ręki. Wzrok mu się rozdwajał. Robiło się czarno. Oczy strażnika napełniły się łzami zwycięstwa. Zabicie tego czegoś, było najlepszą nagrodą, jaka go w życiu spotkała. Strażnik zamknął oczy i pociągnął za spust. Rozległ się głośny huk. Po kilku chwilach ciszy, strażnik otworzył oczy. Rozmyte barwy zaczęły się wyostrzać. Przed nim nie było nikogo. Przechylił lekko głowę do przodu, choć był narażony na niesamowity ból, musiał być pewien. Zbawiciel leżał nieruchomo przed nim. Głowa strażnika opadła na powrót.

- Wygrałem.

Czuł się zmęczony. Myślał o tym, co powinien teraz zrobić. Wiedział, że nie dożyje do rana. Wiedział, że nie dosięgnie krótkofalówki. Wiedział, że jest nie do odratowania. Strażnik zacisnął palce na rękojeści pistoletu. Wziął głęboki oddech i pociągnął za spust. Ponowny huk rozległ się w głuchej przestrzeni. Dłoń opadła. Przez chwilę słychać było ciche mlaskanie opadającego mięsa na trawę. Strażnik odpoczywał.

Kilka sekund ciszy później. Szelest wśród liści. Na tle świecących budynków wyrosły kontury chudej postaci. Rozczochrane włosy falowały na wietrze. Chwycił się za bolące ramię, wymacał ranę i wydłubał z niej pocisk.

- Zaprawdę powiadam ci, byłeś blisko.

Szaleniec zebrał wszystkie przedmioty, mogące potwierdzić jego pochodzenie. Zatarł wszystkie możliwe ślady, zostając ponownie bezkarny. Choć nawet, jeśli znaleźliby jego odciski palców, czy cokolwiek innego, nikt nawet nie znajdzie go w jakimkolwiek rejestrze. Powinien być od ponad sześćdziesięciu lat martwy. Pochylił się nad strażnikiem, wsadził mu nóż w lewą rękę, zagiął i wsadził w rozcięcie na brzuchu.

Obłąkaniec schodził w dół wzgórza śmiejąc się. Lecz im bardziej się oddalał, tym śmiech był głośniejszy.

Rozdział 2. Klaustrofob

Inez nigdy nie czytała gazet, bo według niej pisali tam wyłącznie o polityce i sporcie i nigdy o niczym ciekawym. Jednak tego ranka, na pierwszej stronie gazety miejskiej, zobaczyła porażające zdjęcie martwego człowieka, tak zmasakrowanego, że dziwiła się, jak takie zdjęcie w ogóle trafiło do druku. Zdjęcie pochłaniało ją w całości. Widziała w horrorach nie jedną taką scenę, jednak na żywo, w rzeczywistym świecie, było to zupełnie coś innego.

Inez zawsze interesowały sprawy związane ze śmiercią i horrorem. Były niemal jej hobby, pewnego rodzaju odreagowaniem od wszystkiego wokół. W filmach działo się to, o czym ona tylko marzyła - o tym by dać nauczkę chociażby swojemu własnemu ojcu, gliniarzu, który nieustannie bił ją za najmniejsze przewinienie, wciąż powtarzając tylko, jak zdarta płyta „Ja jestem prawem” żenująco naśladując pierwowzór. Myślała o tym cały czas, składając obietnicę, że jeśli ojciec znów przyjdzie pijany i zrobi to, co ostatnio, ucieknie z domu.

Zaczął się okres wakacyjny i Inez mogła zająć się rzeczami, sprawiającymi jej frajdę bardziej niż nauka, która szła jej mozolnie. Z samego ranka, co drugi tydzień, gdy o szóstej rano jej rodzice wychodzili do pracy, włączała sobie film, którego nie mogła oglądać w ich towarzystwie, zważywszy na niesamowitą brutalność tych produkcji. Na niektórych z nich widniały naklejki z ostrzeżenie „od 21 lat”. Uważała, żeby jej rodzice nie dowiedzieli się o tym hobby i korzystała z jedynego w domu wideo pod ich nieobecność.

Po filmie i śniadaniu, brała swój akordeon i wychodziła na rynek, również wbrew rodzicom, zarobkując z grania na ulicy. Rodzice nie chcieli jej dawać pieniędzy, myśląc, że pieniądze przetrwoni na pierdoły lub na narkotyki. Dziewczyna sama musiała zarobić na swoje potrzeby, jak książki i filmy. Grała dziennie około trzech godzin zarabiając przy tym średnio stówę dziennie. Po tym wracała do domu, gdzie oglądała kolejny film, a gdy kończyła, rodzice wracali z pracy. Wówczas szła do swojego pokoju, gdzie się zamykała z książkami i muzyką, aż do samego końca dnia. Tak mniej więcej prezentował się cały dzień Inez.

Tego dnia, gdy przeczytała artykuł o zabitym strażniku więziennym, coś się w niej zmieniło. Zostawiła sobie gazetę, dołączając artykuł do kolekcji podobnych. Przestudiowała go w ciągu dnia ze cztery razy, a wieczorem nie mogła zasnąć. Nie mogła uwierzyć, że coś takiego zdarzyło się w jej mieście. Policja nie wiedziała, kim jest morderca, mieli parę śladów, ale wszystkie były do niczego. Wiedzieli jednak, że ofiara nie zrobiła sobie tego sama. Inez czuła pociąg i ciekawość w stronę mordercy. Pragnęła go poznać. Żaden typ ludzi nie interesował jej tak jak psychopaci i mordercy. Byli totalnie nieprzewidywalni. Chciała rozmawiać z nimi, uczyć się od nich i poznawać ich tok myślenia. Nie bała się, była niesamowicie rozbudzona. Próbowała odegnać swoje myśli i spróbować zasnąć, jednak to zdawało się trudniejsze niż dotychczas.

Noc była dla niej pewnego rodzaju wytchnieniem. Bardzo często nie spała przez nie całe, odsypiając w dzień wtedy, gdy rodzice zostawali w domu. Jednak ta noc była inna od pozostałych. Czuła zdenerwowanie, ale tym razem nie wynikało ono z napiętej sytuacji w domu. Wyczuwała coś za oknem. Coś się działo poza domem. Nie potrafiła tego zlokalizować, ale wprawiało ją to w niepokój. Może jednak faktycznie wariuję od oglądania takich filmów.

Obserwowała konary drzew, z ledwo widocznymi koronami w tle, oświetlone przez żółte rozszczepione światło latarni, dające złudny efekt żarzenia się ognia. Ogłuszający szum jadącego pociągu, padający na niego księżyc, blado oświetlał go, zmieniając jego strukturę i barwę. Chmury wyciskały z siebie deszcz. Drzewa uchylały się przed wiatrem. Krople łagodnie stukały o szybę. Deszcz zagłuszał muzykę z radia; Inez siedziała pod ścianą na łóżku. Mały pokoik, stanowczo zbyt mały, zawsze ją niepokoił. Z całego sześcianu tego miejsca, trzy ściany i sufit były zrobione ze szkła, to niby miało jej pomóc w pozbyciu się strachu przed małymi, zamkniętymi pomieszczeniami. Rodzice wiedzieli, że Inez cierpi na klaustrofobię, i to jedyne, co mogli zrobić, gdy już jako mała dziewczynka przejawiała głęboki strach do takich miejsc.

Siedziała w ciemnościach sądząc, że światło niewiele by tu wniosło. Czuła jak ściany przybliżają się w jej stronę, chcąc się posklejać, jedna z drugą. Powietrze wydawało się być zbyt gęste, bardziej wilgotne i duszne. Inez zaatakowała kolejna fala paniki, którą ledwo zwalczyła. Zamiast wyjść, albo przynajmniej otworzyć okno, czuła lęk, i nawet nie potrafiła kiwnąć palcem. Strach ją paraliżował. Zastanawiała się gdzie położyła klucze, i czy udałoby się jej znaleźć je w tych ciemnościach. Zamknięte drzwi, jeszcze bardziej dawały złudzenie totalnej, klaustrofobicznej izolacji.

Głuchy grzmot i błysk momentalnie rozjaśnił przestrzeń. W kąciku okna Inez zauważyła czyjś wzrok. Nie wiedziała czy to złudzenie, czy jakiś odblask. Wpatrywała się coraz bardziej drżąc na całym ciele. Widziała starczą głowę z tępym, przenikliwym wzrokiem, działającym hipnotycznie. Po kolejnym błysku i grzmocie nieba, głowa zniknęła. Zaczęła skrzypieć podłoga. Lecz nic, ani nikt po niej nie przechodził. Przez chwilę zdawało jej się, że to pod nią, pod piętrem niżej. Po kolejnym nierównomiernym skrzypnięciu, wiedziała już, że to coś czyhało za jej drzwiami, i nie byli to jej rodzice. Spojrzała na drzwi. Głos zamilkł ustępując kolejnym niepokojącym dźwiękom. Turkot, coraz głośniejszy, napierający galop rozpędzonego konia mknął w stronę jej drzwi. Cztery zwierzęce nogi, jedna biegnąca przed drugą. Dźwięk zaczął się oddalać w drugą stronę, do całkowitego wyciszenia. Jednym dźwiękiem słyszalnym, było brzęczenie latarni za szklaną szybą. W normalnych warunkach, nie było możliwości by ją słyszeć. Znów zawył wiatr, deszcz przestawał padać. Spojrzała w sufit, czując jak się do niej przybliża się szklana płaszczyzna. Opuściła głowę by odegnać kolejną halucynację. Czerniało jej przed oczyma. Spojrzała przed siebie gdzie miejsce przestało na chwilę emitować światło. Inez spojrzała w okno by się przekonać, czy nie jest to kolejne złudzenie. Za oknem zawsze coś było widać. Gdy spojrzała na mokrą od deszczu szybę, strach zaczął ją paraliżować. Miliony oczu obserwowały ją. Nie było to złudzenie. Inez zaczęła głośno dyszeć, czując, ze się dusi. Powietrze zdawało się być rozrzedzone do granic możliwości. Zasłoniła rękami twarz błagając na głos boga, by ten ją ocalił.

- Boga nie ma. Nie żyje. Zabiłem go. – Powiedział męski głos, szeptał, jakby bezpośrednio do jej ucha. Była tak przerażona, że bała się poruszyć. – Jest tylko Zbawiciel.

Dziewczyna powtarzała na głos „… to tylko złudzenie, halucynacja, jestem chora. Chora... To się nie dzieję...” Gwiżdżący wiatr odbija echem i przenika przez wentylację z intensywnym łoskotem, trafiając w nią. Odbija się od ścian i uderza w szybę, jak wąż. Słyszy kogoś za drzwiami. Ktoś stoi na korytarzu. Biegnie chwiejnym, nierytmicznym krokiem. Łoskot niesie po przestrzeni. Małe uchylone okienko obija się o futrynę. Kropelki deszczówki, zawieruszone na górze, skapują jej na kołnierz, obmywają kark, nasączają go, a skóra wpija ją jak gleba. Próbuję się, choć na chwile uspokoić. Zamyka oczy. Marzy. Wycisza się. W oddali słyszy paranoiczny nienaturalny śmiech. Warkot przejeżdżającego samochodu. Czyjś powolny oddech, którego smród jest nie do zniesienia. Szelest worków foliowych, dudniący grzmot i energetyczny rozbłysk. Światło znika zaraz po huku. Znów szykuje się kolejny atak deszczu.

Rozlega się pukanie do drzwi wejściowych do mieszkania. Wolne pukanie. Trzykrotne. Kto to o tej porze?! Jest pierwsza! – Przebiegło jej przez myśl. Znowu pukanie. Tak samo wolne, o tym samym natężeniu głośności. Ktoś za drzwiami chwycił klamkę i nacisnął. Słyszała to nazbyt wyraźnie. Drzwi zaczęły dygotać, lekko i cicho, aż podskoczyły z takim hukiem, że zdawało się, że coś wybuchło. Myślała, że zaraz, ten ktoś za nimi, wyrwie je wraz z zawiasami. Chyba, że ten ktoś już to właśnie zrobił. Ktoś za drzwiami zaczął raptownie pociągać za klamkę.

Odwróciła głowę w stronę lustra. Odbicie uśmiechało się do niej, a ona sama nie. Jej odbite oczy, przewracały się po orbicie i znikały. Postać w lustrze wstała, podczas gdy Inez siedziała patrząc na swoje odbicie, które rozprostowało się i zaczęło wywijać akrobacje, których nigdy w życiu by nie zrobiła, a już na pewno nie po ciemku. W pewnym momencie, postać przystanęła w bardzo niewygodnej pozycji i nie ruszała się przez bardzo długą chwilę. Za oknami w odbiciu stali ludzie, oglądali ją. Postać opadła na łóżko bardzo powoli. Wyciągając jakby z przestrzeni wyjętej zza cegły. Z kolejnych wyciągała kolejne, budując wokół siebie mur. Odbicie Inez robiło to wolno, ale po zakryciu nóg po kolana, przyśpieszała chcąc jak najszybciej zamknąć się w tej fortecy. Oderwała wzrok od tafli lustra i cała spocona spojrzała w stronę okna. Panowała cisza. Za oknami stali ludzie. Inez przypatrywała się każdej kolejno, dochodząc do okropnego wniosku, że one to jedna i ta sama osoba w kilkudziesięciu replikach. Były identyczne, wychudzone, ohydne, ze zmierzwionymi oczami i ubrane w stare szmaty.

Zamknęła oczy i ścisnęła mocno powieki, aż do bólu. Zobaczyła fraktale, a gdy zniknęły otworzyła je. Za oknem nie było nikogo. Rozległo się trzykrotne pukanie, tym razem w szybę. Próbowała wzrokiem i słuchem określić miejsce. Pukanie ustało. Po kilku sekundach napiętej ciszy, znów trzykrotne, głuche pukanie w szybę. Zaciśniętą pięścią. Żadnego sprecyzowanego miejsca, ruchu, szelestu, instynktu. Ręka pojawiała się bezgłośnie, i tak samo znikała. Spojrzała w sufit, coś się przeturlało z jednego końca na drugi. Zniknęło. Głowa, spadała na sufit, wypadała z nieba, z nicości, jedna za drugą. Bulgot w murze, jakby ściana, była wypełniona wrzącą wodą. Znów trzykrotne pukanie. Inez przerażona, próbowała znaleźć miejsce, dłoń, które puka w szybę. Maksymalnie skupiona, na prawo, za jej plecami, znalazła ją, siną, purpurową damską rękę z długimi połamanymi i brudnymi paznokciami. Obrzydliwa ręka, nienaturalnie rozciągnięta, zniszczona, z czarnymi żyłami gotującymi ropę, cofała się w nieokreślone miejsce. Inez nie mogła tego znieść, chciała krzyczeć, by cały świat usłyszał jej strach. A krzyku jej można byłoby się samemu przerazić.

Znienacka niebo rozświetlił błysk, jednak ktoś ją usłyszał. Ten grzmot, mógłby samym brzmieniem rozwalić mur. Z nieba znów wylewała się woda. Hektolitry deszczówki, jak z prysznica. Puls podskoczył. Czuła jak ściany zaczynają się przybliżać, zwężać i oplątywać ją. Głowy próbowały wejść do środka, przebić się przez szklaną powłokę. Spadały ze wszystkich stron na szyby wokół. Inez dusiła się. Nie mogła otworzyć ani okien, ani drzwi. Skrzypienie, gdzieś. Ktoś odrapuję szybę tępym narzędziem. Odwróciła się. Ohydna sina, kobieca ręka, zacisnęła palce na kluczu i próbuje się przebić do środka. Dlaczego tak wam zależy żeby tu wejść?! – Pytała samą siebie. - Zaraz, przecież to klucz do mojego mieszkania, co on robi w jej dłoni. – Krzycząc spostrzegła postać idącą w jej kierunku. Szyby pękały, jakby były pod naporem wysokiego ciśnienia. Paznokcie kilkunastu rąk drapały przeraźliwie, chcąc przebić szklaną osłonę. Spojrzała w lustro, pokój był pusty, w tafli był dzień. Fala strachu zalewała ją. Nieustanne kołatanie serca i drgawki przeszkadzały jej w milczeniu, doprowadzając do ostatecznego rozłamu szyb, co było osiągnięciem apogeum jej strachu.

Brzdęk opadających monet. Wszystkie szyby, jakby pod wpływem eksplozji, jednocześnie rozprysły się, do wnętrza pokoju. Była pod szklanym deszczem, wtaczających się głów jak piłki. Wlewały się jedna za drugą. Wypełniały pokój. Przykrywały ją, tłumiły jej krzyk, opadały jedna na drugiej. Próbowała wierzgać, ale byłem jak sparaliżowana. Zaczęła krzyczeć, drżeć się jak najgłośniej pozwalało jej gardło. Wykrzykiwała wszystko, co jej przyszło do głowy. Zakryła się pościelą i krzyczała w poduszkę przez kilka minut z rzędu, aż zmęczona i otumaniona zdała sobie sprawę, że wszystko na chwilę ustało.

Położyła się, by ojciec nie pomyślał przypadkiem, że to ona stwarza te wszystkie hałasy. Zwłaszcza ojciec zawsze uważał, że jak coś nie szło po myśli, jak coś było nie tak, to na pewno była to jej wina. Nienawidziła go z całego serca. Zaczęła drżeć na całym ciele, nie z zimna czy ze strachu, lecz z nerwów. Co noc było to samo. Wyobrażała sobie okropności, jakie chciała popełnić sama, własnymi rękami. Ściany mieszkania były cienkie i słyszała niemal wszystko. Słyszała jak pijany ojciec namawia żonę do tego by poszła z nim do łóżka. Jak to robią. A następnie ojciec zamyka jej usta by nie słychać było krzyków i bije ją. Inez słyszy tylko głuche uderzenia. Czasami urywany krzyk czy wrzask. Cała dygotała, jakby miała atak padaczki. Adrenalina ją przepełniała. Nie mogła nic zrobić, nie miała siły, gdyby się wtrąciła, zrobiłby to samo z nią. Już tak było. Ojciec chwycił ją za włosy i popchnął na ścianę z całej siły, aż się od niej odbiła. Złamała wtedy nos. Upadła a ojciec podszedł do niej i zaczął ją kopać w pijackiej malignie. Gdy matka wstała w jej obronie, on rozbił na jej twarzy butelkę i noc się skończyła.

Teraz mogła tylko krzyczeć w myślach. Wymyślać i spisywać niezliczone zbrodnie, jakich mogła dokonać, gdyby tylko mogła. Myślała o nich, cały czas widziała obrazy tego, co mu zrobi. Błagała czasami, by ktoś jej pomógł. Ktokolwiek. Nawet demony. Do nich modliła się, co noc.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 38.28
drukowana A5
Kolorowa
za 67.87