E-book
29.99 20
drukowana A5
49.99
Brudne miasto
30%zniżka

Bezpłatny fragment - Brudne miasto


Objętość:
231 str.
ISBN:
978-83-8467-933-3
E-book
za 29.99 20
drukowana A5
za 49.99

Człowiek, który nie mówi

Pierwszą rzeczą, jakiej nauczyłem się o mężczyznach, było to, że najchętniej powierzają swoje tajemnice komuś, kto nie może ich powtórzyć. Drugą — znacznie pożyteczniejszą — że człowiek pozbawiony głosu niekoniecznie musi być pozbawiony rozumu, chociaż większość moich znajomych żywiła w tej sprawie przekonanie odmienne i zadziwiająco trwałe. Zdarzało mi się wysłuchiwać zwierzeń, za które ksiądz zażądałby stosownej opłaty, lekarz zalecił odosobnienie, a policjant sporządził protokół, o ile oczywiście umiałby pisać dostatecznie biegle. Słuchałem zatem o cudzołóstwach, skradzionych pieniądzach, dzieciach spłodzonych z niewłaściwymi kobietami, o pragnieniu śmierci, o upodobaniach, których nie wypadało nazywać nawet po wypiciu trzeciego kieliszka wódki. Niektóre opowieści kończyły się płaczem, inne śmiechem, jeszcze inne próbą wsunięcia mi ręki pod koszulę. Z czasem zacząłem podejrzewać, że moja niemota jest dla innych ludzi rodzajem szczególnie wygodnego konfesjonału, pozbawionego kraty, pokuty i przysięgi dochowania tajemnicy. Nie mogłem przecież nikogo zapewnić, że dochowam milczenia. Nie musiałem. Mój organizm uczynił to za mnie.

Miałem dwadzieścia pięć lat i twarz, której zawdzięczałem kilka niezasłużonych przywilejów, znacznie więcej przykrości oraz pewną szczególną odmianę nieufności wobec ludzkiej życzliwości. Byłem wysoki, szczupły, ciemnowłosy, o regularnych rysach i oczach tak czarnych, że w słabym świetle trudno było odróżnić źrenicę od tęczówki. Helena Kosiba, u której wynajmowałem miejsce do spania, mawiała, że wyglądam jak panicz wyrzucony z porządnego domu za jakieś świństwo, którego ona nie zamierza dociekać. Miała przy tym zwyczaj oglądać mnie długo i bez skrępowania, szczególnie gdy zdejmowałem koszulę, co tłumaczyła koniecznością kontrolowania, czy nie przynoszę do mieszkania wszy. Uważałem tę ostrożność za godną pochwały, chociaż jej własna pościel stanowiła tak znakomite środowisko dla wszelkiego robactwa, że nawet najbardziej przedsiębiorcza wesz nie potrzebowałaby szukać wygodniejszego lokum. Mieszkaliśmy na Bałutach, w drewnianej oficynie przylegającej do murowanej kamienicy, której właściciel twierdził, że stanowi ona nieruchomość o szczególnych walorach zdrowotnych. W istocie jedyną cechą wyróżniającą budynek spośród sąsiednich był fakt, że wiosną jego tylna ściana przesiąkała ściekami z przepełnionego dołu kloacznego, a zimą woda zamarzała w szczelinach między deskami, rozsadzając je z cierpliwością godną lepszego zastosowania.

Spałem na sienniku wypchanym słomą, której nie wymieniano od dwóch lat. W izbie stał żelazny piecyk, kulawy stół, trzy krzesła, drewniana skrzynia i łóżko Heleny, nakryte ciężką pierzyną o zapachu starego potu, wilgotnej wełny i lekarstw. Na ścianie wisiał wizerunek Matki Boskiej, okopcony od świec i dymu piecowego, przy czym oblicze świętej niewiasty miało wyraz tak rozpaczliwie zmęczony, że niejednokrotnie zastanawiałem się, czy także ona nie wynajmuje tutaj kąta. Helena trzymała pod łóżkiem nocnik, w którym mocz pozostawał niekiedy aż do południa. Przybory do mycia przechowywała w miednicy z odpryśniętą emalią, a do picia używaliśmy wody przynoszonej z podwórzowej studni. Pomiędzy tymi dwiema czynnościami nie istniała wyraźna granica, ponieważ naczynia płukano w tej samej wodzie, którą później, po krótkim namyśle, przeznaczano do innych potrzeb. Gdy próbowałem zwrócić Helenie uwagę na podobne praktyki, wykonywała ręką ruch, którym odpędza się muchę od mięsa, po czym wyjaśniała, że żyje już trzydzieści osiem lat i nie zamierza pozwolić, żeby jakiś niemowa uczył ją gospodarowania wodą.

Tego ranka obudził mnie odgłos podobny do tarcia mokrą szczotką o nieheblowane deski. Helena siedziała na krawędzi łóżka, pochylona nad białą szmatką, do której odkasływała gęstą plwocinę. W słabym świetle sączącym się przez zasłonięte okno zobaczyłem ciemnoczerwone plamy, niewielkie, ale dostatecznie liczne, aby zrozumieć, że noc nie oszczędziła jej płuc. Kobieta od kilku miesięcy chudła w sposób, który jej samej wydawał się korzystny, ponieważ pozwalał coraz mocniej zaciskać pasek wysłużonej spódnicy. Obojczyki sterczały nad wycięciem nocnej koszuli, skóra na szyi zwiotczała, a pod oczami pojawiły się sine zagłębienia, których nie zdołałaby ukryć nawet najobfitsza warstwa pudru. Lekarz, wezwany kiedyś przez sąsiadkę, zalecił jej lepsze odżywianie, odpoczynek i pobyt na świeżym powietrzu. Helena wysłuchała tych wskazówek z godnością, po czym zapytała, czy doktor zamierza opłacać jej czynsz, skoro tak hojnie rozporządza jej czasem. Nie odpowiedział. Zostawił receptę, za którą aptekarz zażądał tyle, ile zarabiała przez kilka dni. Kartkę wykorzystaliśmy później do podłożenia pod chwiejącą się nogę stołu.

— Nie gap się tak, Julian. Człowiek kaszle, to i coś wykaszle. Chyba nie chciałbyś, żebym wszystko w sobie zatrzymywała? — powiedziała, zwijając zakrwawioną szmatkę w niewielki pakunek. Zanim zdołałem podnieść się z siennika, zdążyła jeszcze splunąć do nocnika, sięgnąć po kubek z wodą i napić się łapczywie, jakby wysiłek odkrztuszania kosztował ją tyle, co całodzienna praca. — Wczoraj znowu przyszedł właściciel. Powiedział, że od przyszłego miesiąca podnosi czynsz. Tłumaczył, że drewno drożeje, chociaż przecież od dziesięciu lat niczego tu nie naprawił. Niechby mu ten jego dom w dupę wlazł, razem z kominem. Patrzył na mnie, jakbym to ja była winna, że belki gniją. A gdy zapytałam, czy choć piec zamierza poprawić, odpowiedział, że jak mi zimno, mogę wziąć sobie drugiego lokatora. Wyobrażasz sobie? Jeszcze jednego człowieka w tej dziurze! — Urwała, ponieważ kaszel wygiął ją gwałtownie ku przodowi. Przez chwilę widziałem tylko drżące plecy, cienką szyję i ręce zaciśnięte na brzegu łóżka. Kiedy odzyskała oddech, dodała już znacznie ciszej: — Tylko nikomu nie pokazuj tej szmaty. Jeszcze powiedzą, że jestem zaraźliwa, i wyrzucą nas wszystkich.

Nie odpowiedziałem, ponieważ odpowiedź wymagałaby znalezienia kajetu, przycięcia ołówka i zapisania kilku zdań, których Helena najprawdopodobniej i tak nie zechciałaby przeczytać. Milczenie nie było dla mnie szczególną cnotą. Stanowiło raczej kosztowną niedogodność, zmuszającą do rozważania, czy każda uwaga zasługuje na wysiłek jej przekazania. Potrafiłem pisać dość sprawnie, czego nauczyła mnie matka, zanim umarła, lecz papier kosztował pieniądze, a ludzie mieli osobliwy zwyczaj domagania się ode mnie wyjaśnień dotyczących rzeczy, które sami mogli bez większego trudu zrozumieć. Kiedy czegoś ode mnie chciano, pocierano palcami własne gardła, otwierano przesadnie usta albo wykrzykiwano słowa, jak jak gdybym prócz niemoty był jeszcze głuchy i niespełna rozumu. Przyzwyczaiłem się do tych przedstawień, ale nie przestały mnie drażnić. Najgorsze były dzieci, które naśladowały moje bezgłośne ruchy warg, robiąc przy tym miny podobne do konających ryb. Nie miałem im tego za złe. Ich rodzice zachowywali się zwykle niewiele rozsądniej, a od dorosłego człowieka należało przecież wymagać więcej niż od siedmioletniego łobuza.

Zanim wyszedłem do pracy, umyłem twarz i tors wodą tak zimną, że skóra na brzuchu pokryła się drobnymi wypukłościami. Przyglądałem się sobie w niewielkim lustrze, wyszczerbionego w dolnym narożniku, a powierzchnia naznaczona ciemnymi plamami. Miałem gładkie ramiona, wąskie biodra, wyraźnie zaznaczone żebra i ledwie widoczny zarost, który usuwałem co kilka dni, nie tyle ze względów estetycznych, ile z obawy przed wyglądem człowieka zaniedbanego. W mieście, gdzie robotników rozpoznawano przede wszystkim po dłoniach, zębach i stanie kołnierza, twarz pozostawała ostatnim fragmentem ciała, nad którym mogłem sprawować pewną władzę. Włosy czesałem starannie, choć nałożenie kaszkietu natychmiast niszczyło rezultat. Koszulę miałem tylko jedną przyzwoitą, z grubego płótna, niegdyś białą, teraz pożółkłą pod pachami i wzdłuż kołnierza. Wczoraj zacerowałem jej rękaw czarną nicią, bo innej nie posiadałem. Spodnie były za szerokie i wymagały ściągnięcia paskiem, którego skórę wielokrotnie natłuszczałem, chcąc odwlec nieuniknione pęknięcie. Helena obserwowała moje przygotowania, siedząc na łóżku z twarzą częściowo ukrytą za szmatką. Kiedy podniosłem koszulę, żeby przeciągnąć ją przez głowę, usłyszałem jej ciche westchnienie.

— Ty to powinieneś u jakiejś bogatej wdowy usługiwać, nie w fabryce się marnować — oznajmiła. — Są takie, co za ładną twarz zapłacą więcej niż za uczciwą robotę. A ty jeszcze tego swojego jęzora nie używasz, więc przynajmniej byś im nie przeszkadzał w gadaniu. Mężczyzna, który nie gada, to dla niektórych kobiet istny dar niebios. Chociaż z drugiej strony… — Przyjrzała mi się badawczo, po czym uśmiechnęła się w sposób, którego nie lubiłem. — Z drugiej strony, nie każda baba byłaby z ciebie zadowolona.

Pokręciłem głową i sięgnąłem po kaszkiet. Helena zaśmiała się krótko, lecz śmiech natychmiast przeszedł w kaszel. Zostawiłem ją pochyloną nad nocnikiem i wyszedłem, nie mając pewności, czy następnego ranka zastanę ją jeszcze przy życiu.

Na schodach natknąłem się na Antoninę Dyrdę, kobietę mieszkającą piętro niżej, która od śmierci pięcioletniego syna nieustannie nosiła w ramionach zawiniątko ze starych dziecięcych ubranek. Nikt nie potrafił jej tego zwyczaju wyperswadować. W dzień chodziła po podwórzu, przyciskając szmaty do piersi, nocami śpiewała kołysanki tak donośnie, że sąsiedzi uderzali pięściami w ściany. Czasami płakała, czasami śmiała się do zawiniątka, a kiedy ktoś próbował zajrzeć jej pod rękę, stawała się gwałtowna i zdolna do zadziwiająco silnych uderzeń. Jej mąż, cieśla o wiecznie spuchniętej twarzy, twierdził, że kobieta oszalała z żalu, i usiłował przywracać jej rozum biciem, którego odgłosy rozchodziły się po całej klatce schodowej. Tego ranka Antonina siedziała na stopniu z rozpiętą bluzką, przystawiając do wyschniętej piersi mały, zniszczony bucik. Przywitałem ją skinieniem głowy. Spojrzała na mnie ze szczerym zainteresowaniem, po czym spytała, czy widziałem jej syna, bo podobno poszedł po mleko i zbyt długo nie wracał. Pokręciłem głową. Kobieta natychmiast straciła zainteresowanie moją osobą i zaczęła kołysać bucik, mrucząc coś pod nosem. Na podwórzu jej mąż rozłupywał drewno. Kiedy przechodziłem obok, podniósł wzrok i wskazał siekierą w stronę schodów.

— Siedzi tam znowu, ta pierdolnięta? — zapytał, sapiąc ciężko. — Całą noc łaziła i szukała dzieciaka. Człowiek wraca po robocie, chce się przespać, a ona urządza takie historie, że święty cierpliwość straci. Ja jej przecież nie wskrzesię tego bachora. Powiedziałem, że zrobimy drugie, jak tylko przestanie się wydurniać. A ona mnie ugryzła. Widziałeś kiedy porządną kobietę, która gryzie własnego męża? — Pokazał mi dłoń z niewielką raną przy kciuku. Nie odpowiedziałem, więc splunął w trociny i dodał: — Tobie dobrze, Julian. Baby możesz słuchać, ale przynajmniej odszczeknąć nie możesz. Oszczędność zdrowia.

Zostawiłem go przy pieńku, z siekierą w ręku i miną człowieka głęboko przekonanego o własnej krzywdzie. Nie uważałem Antoniny za szczególnie niebezpieczną. Znacznie bardziej obawiałem się jej męża, który nosił w kieszeni nóż do ostrzenia narzędzi, a po wypiciu kilku kieliszków lubił opowiadać, w jaki sposób należałoby rozprawiać się z nieposłusznymi kobietami. Najczęściej słuchali go inni mężczyźni, równie doświadczeni w sprawach małżeńskich, choć niektórzy nie mieli żon. W naszym domu każdy posiadał własną metodę leczenia cudzych cierpień, a większość z tych metod wymagała użycia pięści, pasa lub przynajmniej solidnego kija. Do lekarza chodzono dopiero wtedy, gdy człowiek przestawał oddychać, i nawet wówczas nie zawsze uznawano to za konieczne.

Łódź o świcie przypominała ogromną, źle utrzymaną rzeźnię, w której przez pomyłkę zaczęto produkować tkaniny. Na ulicach zalegało błoto wymieszane z końskimi odchodami, popiołem i odpadkami wyrzucanymi z mieszkań. Z rynsztoków wydobywał się słodkawy fetor gnijących resztek, a tam, gdzie woda nie mogła odpłynąć, tworzyły się ciemne sadzawki o powierzchni opalizującej od tłuszczu. Mijając piekarnię, czułem przez chwilę zapach świeżego chleba, lecz kilka kroków dalej ustępował on woni garbowanych skór, wilgotnej wełny i parującego nawozu. Przy jednej z posesji rzeźnik wyciągał z wozu cielęce wnętrzności, rzucając je do drewnianej balii. Przed sklepem z używaną odzieżą kobieta rozwieszała marynarki, których kołnierze zachowały kształt szyj poprzednich właścicieli. W bramie spał pijak, przykryty workiem po mące, a obok niego chłopiec w zbyt dużych butach próbował wydobyć z kałuży miedzianą monetę. Miasto zaczynało dzień od poszukiwania rzeczy, które można było jeszcze sprzedać, zjeść, naprawić albo ukraść. Nawet gnijące kości znajdowały nabywców, ponieważ w Łodzi nic nie stawało się bezużyteczne, dopóki istniał człowiek dostatecznie ubogi, by podjąć się ich zbierania.

Idąc do fabryki, przyglądałem się mężczyznom wychodzącym z domów. Jedni byli jeszcze młodzi, lecz ich twarze wyglądały na przedwcześnie postarzałe, inni zachowywali młodzieńczą urodę mimo zniszczonych dłoni i wykrzywionych kręgosłupów. Lubiłem obserwować ich szyje, odsłonięte przed założeniem kołnierzyków, włosy wilgotne od porannego mycia, szerokie plecy pod cienką tkaniną koszul. Szczególną przyjemność sprawiał mi widok mężczyzny, który nie zdawał sobie sprawy, że jest oglądany, i przez to zachowywał swobodę właściwą ludziom pozbawionym publiczności. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, przynajmniej dla mnie. Zrozumiałem dość wcześnie, że moje zainteresowania różnią się od upodobań innych robotników, ale nie widziałem powodu, żeby czynić z tego przedmiot rozważań religijnych. Pociągało mnie męskie ciało, tak jak innych pociągały kobiece piersi, mocna wódka albo wygrywanie pieniędzy w karty. Nie oznaczało to, że pragnąłem każdego napotkanego mężczyzny. Większość z nich uważałem za niechlujów, prostaków lub nudziarzy, których jedyną zaletą było posiadanie przyrodzenia. Zdarzało mi się jednak zatrzymać wzrok na czyichś ustach, karku lub dłoniach, a wtedy czułem znajomy skurcz w podbrzuszu, gwałtowne i nie zawsze stosowne do okoliczności. Nie miałem z tego powodu wyrzutów sumienia. Wystarczająco wielu ludzi zajmowało się moim potępieniem, żebym nie musiał ich wyręczać.

Fabryka znajdowała się w głębi rozległego podwórza otoczonego czerwonymi murami. Nad dachami wznosił się komin wyrzucający gęsty dym, który przy bezwietrznej pogodzie opadał na pobliskie domy i pozostawiał na parapetach warstwę sadzy. Przy wejściu stał dozorca, człowiek o wielkim brzuchu i krótkiej szyi, zapisujący spóźnienia w oprawionym kajecie. Pracownicy przechodzili obok niego pojedynczo, jedni ze spuszczonym wzrokiem, inni z pozorną obojętnością, którą natychmiast porzucali, gdy tylko odzywał się do nich podniesionym głosem. W hali panował zaduch wilgotnej bawełny, rozgrzanego metalu i oleju maszynowego. Powietrze pełne było drobnych włókien unoszące się przy każdym ruchu materiału; osiadały na włosach, rzęsach i odzieży, a po kilku godzinach można było wypluwać je wraz ze śliną. Hałas był tak potężny, że robotnicy porozumiewali się gestami, krzykiem lub dotknięciem ramienia. W tym miejscu moja niemota miała przynajmniej jedną zaletę: nie traciłem sił na bezskuteczne przekrzykiwanie maszyn. Byłem natomiast zmuszony słuchać ich przez cały dzień, ponieważ słuch miałem dobry, może nawet zbyt dobry, a jednostajne dudnienie przenikało mi do głowy i pozostawało tam jeszcze długo po powrocie do domu.

Przenosiłem i porządkowałem partie tkanin przeznaczone do dalszej obróbki. Materiał należało sprawdzać, składać, przenosić, układać według oznaczeń i pilnować, żeby wilgoć nie pozostawiała na nim plam. Za każdy błąd groziło potrącenie z wynagrodzenia. Najgorsze były dni, kiedy dostarczano wielkie bele nasiąknięte wodą i kurzem, ciężkie jak trupy ludzi utopionych w rzece. Przed południem bolały mnie barki, po południu kręgosłup, a wieczorem dłonie drętwiały tak bardzo, że trudno było utrzymać ołówek. W sąsiedniej części hali pracowały kobiety obsługujące maszyny przędzalnicze. Niektóre były starsze od mojej matki, inne wyglądały na dziewczęta, które dopiero co opuściły szkołę, o ile kiedykolwiek do niej uczęszczały. Ich suknie miały podwinięte rękawy, włosy schowane pod chustkami, a twarze przeważnie pozbawione wyrazu. Kiedy jedna z nich mdlała, pozostałe odsuwały ją od stanowiska, polewały twarz wodą i czekały, aż odzyska przytomność. Nikt nie zatrzymywał z tego powodu pracy. Maszyny nie należały do ludzi i nie musiały stosować się do ich słabości.

Nadzorca Jarzębski pojawił się krótko po rozpoczęciu zmiany. Był mężczyzną w średnim wieku, starannie ogolonym, o wąskich ustach i wypielęgnowanych paznokciach. Nosił ciemny surdut, kamizelkę z kieszonką na zegarek oraz buty, których skóra lśniła tak mocno, że trudno było uwierzyć, iż codziennie przechodzi przez to samo błotniste podwórze co my. Pachniał wodą kolońską, tytoniem i mydłem, przy czym ten ostatni zapach drażnił mnie najbardziej, ponieważ uświadamiał, że istnieją ludzie mogący bez większego wysiłku utrzymywać ciało w czystości. Jarzębski miał zwyczaj stawać za plecami robotników i przyglądać się ich pracy w milczeniu, dopóki któryś nie popełnił błędu. Potem przemawiał długo, używając słów takich jak obowiązek, sumienność i wdzięczność, chociaż sam nie potrafiłby wykonać połowy czynności, których od nas wymagał. Kiedy podszedł do mojego stanowiska, odłożyłem belę materiału i wyprostowałem się, czując znajome kłucie między łopatkami.

— Sęk, znowu masz rozpięty kołnierz — powiedział, przypatrując mi się z wyraźnym niezadowoleniem. — Ile razy mam powtarzać, że robotnik powinien wyglądać przyzwoicie? Nie jesteśmy przecież w łaźni ani w szynku, chociaż niektórzy zdają się nie dostrzegać różnicy. Zapnij się, człowieku. I popraw rękawy, bo wyglądasz, jakbyś dopiero co wyszedł z łóżka jakiejś dziewki.

Zapiąłem kołnierz, nie odrywając od niego wzroku. Jarzębski uśmiechnął się nieznacznie, po czym podszedł bliżej i poprawił mi fałdę koszuli na ramieniu. Jego palce zatrzymały się tam odrobinę dłużej, niż wymagała tego czynność. Poczułem przez materiał nacisk kciuka i zapach perfum, tak obcy fabrycznej hali, że przez moment wydał mi się nieprzyzwoity.

— Widzisz, Julianie, gdyby wszyscy pracowali tak spokojnie jak ty, mielibyśmy znacznie mniej kłopotów — dodał, ściszając głos. — Inni bezustannie pyskują, narzekają i podburzają towarzyszy. Tobie przynajmniej nie trzeba przypominać, kiedy należy trzymać język za zębami. Szkoda tylko, że natura nie obdarzyła wszystkich podobnym umiarkowaniem.

Nie lubiłem, kiedy nazywał mnie Julianem. Była w tym poufałość człowieka przekonanego, że cudza godność stanowi część jego majątku. Skinąłem głową, ponieważ oczekiwał jakiegoś znaku posłuszeństwa, a następnie wróciłem do pracy. Jarzębski jeszcze przez chwilę stał obok, obserwując moje dłonie. Dopiero gdy odszedł, pozwoliłem sobie odetchnąć głębiej. W sąsiednim rzędzie Salomea Wajsbrot, drobna kobieta o jasnej cerze i wiecznie podkrążonych oczach, spojrzała na mnie znad układanej tkaniny. Uniosła brwi, po czym wykonała gest, jakim odgania się cuchnący dym. Uśmiechnąłem się. Nie musiałem niczego pisać, żeby zrozumiała moją opinię o nadzorcy.

Wypadek nastąpił przed południem, gdy hala była już rozgrzana, a wilgoć osiadła na skórze robotników cienką, lepką warstwą. Pracujący przy maszynie zgrzeblącej Tomasz, mężczyzna niewiele starszy ode mnie, próbował usunąć zacięte włókna. Od kilku dni narzekał, że mechanizm pracuje nierówno, a osłona została zdjęta podczas naprawy i nie założono jej ponownie. Nadzorca polecił mu nie przerywać pracy, dopóki usterka nie stanie się poważniejsza. Widziałem, jak Tomasz pochyla się nad wirującymi wałkami, jedną ręką przytrzymując odwinięty mankiet, drugą sięgając ku splątanej bawełnie. Potem nastąpił ruch tak szybki, że przez pierwszą chwilę nie pojąłem, co właściwie zobaczyłem. Materiał poruszył się gwałtownie, ramię Tomasza szarpnęło ku przodowi, a z jego ust wydobył się krzyk, który przebił nawet ogłuszający hałas maszyn. Mężczyzna próbował cofnąć dłoń, lecz mechanizm pochwycił ją mocniej, wciągając palce pomiędzy obracające się części. Rzuciłem belę na podłogę i pobiegłem w jego stronę, potrącając kobietę stojącą przy sąsiednim stanowisku. Ktoś rzucił się do zatrzymania napędu, inny wrzeszczał, żeby nie dotykać maszyny. Nie pamiętam, kto ostatecznie odciął jej ruch, pamiętam natomiast dźwięk, który usłyszałem tuż przed ustaniem obrotów: głuchy trzask, podobny do łamania mokrego drewna, i następujący po nim krótki, zwierzęcy skowyt.

Z dłoni Tomasza pozostała poszarpana miazga. Dwa palce zostały oderwane, pozostałe wygięły się pod kątami, których nie znosi żadna zdrowa kość. Krew mieszała się z olejem i strzępami bawełny, tworząc na metalowej powierzchni ciemną, lepką maź. Mężczyzna osunął się na kolana, usiłując przycisnąć ranną rękę do piersi, ale ból nie pozwalał mu utrzymać jej nieruchomo. Pot lał mu się z czoła, oczy miał szeroko otwarte, a z ust wydobywały się urywane przekleństwa, prośby i słowa, których znaczenia nie mogłem rozpoznać. Jeden z robotników odwrócił się i zwymiotował na podłogę. Salomea przyniosła kawał względnie czystego płótna, którym próbowaliśmy owinąć ranę, podczas gdy starszy majster poszedł sprowadzić pomoc. Tomasz uczepił się mojej koszuli zdrową ręką. Jego palce zaciskały się tak mocno, że poczułem paznokcie przez materiał. Patrzył mi w twarz, jakby oczekiwał odpowiedzi na pytanie, którego nie potrafił sformułować. Widziałem jego zęby, żółtawe i nierówne, język poruszający się bezładnie za spierzchniętymi wargami, ślinę zbierającą się w kącikach ust. Próbowałem przytrzymać go za ramiona, ale szarpał się coraz gwałtowniej, uderzając plecami o metalową obudowę maszyny. Kiedy wreszcie udało nam się odciągnąć go na bok, podłoga była mokra od krwi, a na moim rękawie pozostał ciemny odcisk jego zdrowej dłoni.

Jarzębski przybył dopiero po kilku minutach. Obejrzał poszkodowanego z odległości kilku kroków, po czym skierował wzrok na maszynę. Na jego twarzy osiadło osobliwe znużenie, jaki widywałem u ludzi zmuszonych do zajmowania się nieprzyjemnymi sprawami podczas posiłku.

— Kto pozwolił mu wkładać rękę do mechanizmu? — zapytał, choć odpowiedź była oczywista. — Przecież wyraźnie mówiłem, że należy zachowywać ostrożność. Człowiek zostawi was na chwilę bez nadzoru i zaraz zaczynają się nieszczęścia. Czy ktoś wezwał doktora? I zabierzcie go stąd, bo jeszcze zakrwawi cały materiał.

Salomea, która przytrzymywała płótno na ranie, podniosła głowę.

— Panie nadzorco, ta maszyna od trzech dni chodziła bez osłony. Tomasz mówił o tym wczoraj i przedwczoraj. Sama słyszałam, jak prosił, żeby ją zatrzymać.

— Nie pytałem pani o zdanie, Wajsbrot — odparł Jarzębski, nawet na nią nie patrząc. — Proszę wrócić do własnego stanowiska. Jeśli wszyscy będą zajmować się jednym nieostrożnym robotnikiem, za chwilę okaże się, że cała hala stoi. A pan, Sęk, niech dopilnuje, żeby podłogę porządnie wyszorowano. Nie chcę widzieć śladów krwi na towarze.

Spojrzałem na niego z niedowierzaniem, chociaż wiedziałem, że właśnie tak postąpi. Tomasz jęczał przy moich nogach, z twarzą wykrzywioną bólem i spodniami mokrymi w kroku. Dopiero wtedy zauważyłem, że mimowolnie oddał mocz. Na podłodze rozlewała się żółtawa kałuża, której zapach mieszał się z wonią krwi i oleju. Jarzębski skrzywił się, co uznałem za jedyną szczerą reakcję, do jakiej był zdolny. Sięgnąłem do kieszeni po kawałek papieru, na którym wcześniej zapisałem oznaczenia dostarczonych tkanin, odwróciłem go na drugą stronę i pośpiesznie napisałem kilka słów. Ręka drżała mi tak mocno, że litery wychodziły nierówne. Podałem kartkę nadzorcy.

Przeczytał ją, zmarszczył brwi i spojrzał na mnie z wyrazem zdumienia.

— Osłona była zdjęta. Tomasz zgłaszał usterkę. Pan wiedział — odczytał powoli, akcentując każde słowo, jakby sprawdzał, czy zostało napisane poprawnie. Potem złożył papier na pół i wsunął do kieszeni kamizelki. — Bardzo nieładnie, Julianie. Bardzo nieładnie. Człowiek okazuje ci życzliwość, a ty próbujesz wciągnąć go w jakieś oskarżenia. Powinieneś uważać, co piszesz. Zwłaszcza ty.

Podszedł bliżej, tak że poczułem jego oddech na policzku. Nie był pijany, jak niektórzy majstrowie, ani szczególnie rozgniewany. Przeciwnie, mówił spokojnie, z niemal ojcowską pobłażliwością, która sprawiła, że przez chwilę miałem ochotę uderzyć go pięścią w usta.

— Przecież dobrze wiesz, że nikt nie będzie rozstrzygał takich spraw na podstawie bazgrołów robotnika. A już szczególnie robotnika, który nie potrafi powiedzieć, co naprawdę widział. Nie rób sobie niepotrzebnych kłopotów. Masz ładną twarz, jesteś młody, zdrowy. Szkoda byłoby to wszystko zmarnować przez cudzą głupotę.

Patrzył na mnie jeszcze przez kilka sekund, po czym odszedł, poprawiając mankiety surduta. Miałem wrażenie, że dotknął mnie czymś znacznie bardziej odrażającym niż zabrudzoną ręką. Nie chodziło wyłącznie o groźbę, którą mi rzucił. Zrozumiałem, że człowiek ten uważa moją niemotę za własny przywilej, podobnie jak uważał za przywilej możliwość rozporządzania naszym czasem, wynagrodzeniem i zdrowiem. W jego przekonaniu wszystko, czego nie mogłem wypowiedzieć, pozostawało mniej prawdziwe. Wystarczyło schować kartkę, by usunąć świadectwo. Wystarczyło odwrócić wzrok, żeby krew na podłodze przestała należeć do konkretnego człowieka.

Tomasza wyniesiono z hali na prowizorycznych noszach. Jeden z pracowników znalazł oderwany palec pomiędzy częściami maszyny i zawinął go w kawałek szmaty, nie wiedząc właściwie, co z nim zrobić. Majster polecił odłożyć zawiniątko na bok, po czym zaczął sprawdzać mechanizm, jak gdyby chodziło o zwykłą awarię, której usunięcie wymaga wymiany kilku części. Salomea wróciła do pracy z twarzą tak bladą, że piegi na jej nosie wydawały się ciemniejsze niż zwykle. Kiedy przechodziłem obok, dotknęła mojego łokcia i szepnęła, żebym uważał na Jarzębskiego. W jej głosie nie było współczucia ani podziwu. Słyszałem wyłącznie strach człowieka, który ma dziecko do wykarmienia i nie może pozwolić sobie na utratę zarobku.

Przez resztę dnia nie potrafiłem uwolnić się od obrazu dłoni Tomasza. Najdotkliwiej prześladowała mnie nie sama rana, ale szybkość, z jaką inni przestali o niej pamiętać. Po godzinie maszyna znów pracowała. Po dwóch godzinach większość ludzi rozmawiała już o cenach chleba, pogodzie i wieczornym piciu. Ktoś wspomniał, że Tomasz ma żonę i dwoje dzieci, ktoś inny zauważył, że bez palców nie będzie już zdolny do wykonywania dotychczasowej pracy, a jeszcze ktoś wzruszył ramionami i powiedział, że przecież nie on pierwszy stracił rękę w fabryce. Rozumiałem ich obojętność. Każdy potrzebował jej do przeżycia następnego dnia. Współczucie kosztowało czas, siły i wyobraźnię, a tych rzeczy nie mieliśmy pod dostatkiem. Mimo to odczuwałem wobec współpracowników odrazę, którą natychmiast uznałem za niesprawiedliwą. Sam przecież wróciłem do układania tkanin, gdy tylko polecono mi to zrobić. Nie miałem nawet odwagi ponownie zażądać od Jarzębskiego zwrotu kartki.

Po zakończeniu zmiany zatrzymałem się przy niewielkim kranie na podwórzu fabrycznym. Woda spływała cienkim strumieniem, a pod nim stało kilku mężczyzn próbujących zmyć z twarzy bawełniany pył. Rozebrałem się do pasa i zacząłem szorować ręce. Krew Tomasza zdążyła zaschnąć w szczelinach skóry i pod paznokciami. Musiałem użyć kawałka szorstkiego mydła, które piekło drobne ranki na kostkach. Obok mnie mył się młody robotnik o jasnych włosach i szerokich ramionach, jeden z tych, którego znałem tylko z widzenia. Zdjął koszulę i położył ją na kamiennej krawędzi, po czym nachylił się pod wodę, odsłaniając mocno zarysowane łopatki. Przyglądałem się kroplom spływającym po jego plecach, kiedy niespodziewanie wyprostował się i spojrzał na mnie.

— Czego się gapisz? — zapytał bez szczególnej wrogości. — Nigdy gołego chłopa nie widziałeś?

Uśmiechnąłem się i wzruszyłem ramionami. Mężczyzna przyjrzał mi się uważniej, a potem roześmiał się, pokazując jeden złamany przedni ząb.

— A, to ty jesteś ten niemowa. Ładny z ciebie gagatek. Dziewki pewnie mają z tobą ciężkie życie, co? — Przesunął wzrokiem po moim nagim torsie, zatrzymując go na chwilę poniżej pasa. — Chociaż może nie tylko dziewki.

Nie odpowiedziałem. Jego uwaga, wypowiedziana półżartem, wywołała we mnie przyjemne napięcie, które natychmiast ustąpiło ostrożności. Chciałem przyjrzeć mu się jeszcze raz, lecz bałem się, że uzna to za zachętę. Mężczyzna nie wyglądał na szczególnie niebezpiecznego, ale wiedziałem z doświadczenia, że nawet najbardziej obiecująca znajomość może zakończyć się pięścią przyłożoną do twarzy, jeśli druga strona przestraszy się własnego zainteresowania. Ubrałem się więc, poprawiłem kaszkiet i odszedłem, pozostawiając go przy kranie. Dopiero za bramą fabryki pozwoliłem sobie odetchnąć swobodniej.

Wracając przez miasto, zatrzymałem się przy budce sprzedającej gorącą kaszę. Nie jadłem od rana i odczuwałem głód tak silny, że przez chwilę rozważałem wydanie ostatnich pieniędzy na większą porcję. Sprzedawczyni była kobietą o czerwonych dłoniach i spuchniętych powiekach. Kiedy podałem jej monety, spojrzała na zabrudzoną koszulę i zapytała, czy pracuję w fabryce, gdzie wydarzył się wypadek. Skinąłem głową. Westchnęła, nałożyła kaszę do obtłuczonej miski i powiedziała, że zna żonę poszkodowanego. Według niej kobieta miała już wcześniej dosyć nieszczęść, ponieważ jedno z dzieci chorowało od miesięcy, a młodsze urodziło się z krzywą stopą. Słuchałem tej opowieści, jedząc zbyt szybko i parząc sobie język. Kasza była rozgotowana, tłusta i przesolona, lecz smakowała mi tak dobrze, że przez kilka minut nie myślałem o Tomaszu ani o jego ręce. Dopiero kiedy odstawiłem miskę, poczułem wstyd, choć nie potrafiłem określić, czego właściwie miałby dotyczyć. Głód nie był przecież wyrazem obojętności wobec cudzego cierpienia. Mój organizm nie zamierzał głodować z powodu nieszczęścia człowieka, którego znałem jedynie z pracy.

Na podwórzu kamienicy zastałem Antoninę Dyrdę siedzącą przy studni. Jej mąż stał obok z pustym wiadrem i przeklinał, ponieważ kobieta wrzuciła do wody dziecięcy bucik, przekonana, że utopione w nim dziecko marznie. Dwóch sąsiadów usiłowało wyciągnąć przedmiot za pomocą drąga zakończonego haczykiem. Antonina płakała, błagając, żeby nie krzywdzili chłopca. Jej mąż krzyczał, że wszyscy będą teraz pili wodę po jakimś przeklętym trzewiku, po czym uderzył kobietę otwartą dłonią. Upadła na kolana, ale nie przestała wołać imienia syna. Sąsiedzi odwrócili wzrok. Jeden z nich zaśmiał się nerwowo, drugi powiedział, że należałoby zamknąć nieszczęsną w zakładzie dla obłąkanych. Pomyślałem wówczas, że w naszym mieście nie sposób było rozpoznać człowieka chorego na umyśle po samym zachowaniu. Antonina rozmawiała z nieżyjącym dzieckiem, jej mąż bił kobietę, która od miesięcy nie potrafiła otrząsnąć się z żałoby, a sąsiedzi uważali za najbardziej niepokojący fakt, że bucik znalazł się w studni. W każdym z tych postępków musiała tkwić jakaś własna logika, którego nie umiałem pojąć. Ominąłem zbiegowisko i wszedłem na schody, słysząc za plecami zawodzenie Antoniny oraz głuchy odgłos kolejnego uderzenia.

Helena leżała w łóżku, odwrócona twarzą do ściany. Początkowo myślałem, że śpi, lecz kiedy zdjąłem buty, poruszyła się i zapytała, czy przyniosłem coś do jedzenia. Podałem jej kawałek chleba, który kupiłem po drodze. Usiadła, przyjrzała mu się nieufnie, po czym zaczęła odłamywać małe kawałki i wkładać do ust, przeżuwając powoli z powodu brakujących zębów. W izbie panował zaduch, a przez uchylone okno dochodził zapach dymu i ścieków. Na stole leżała moja druga, gorsza koszula, uprana przez Helenę mimo choroby, jeszcze wilgotna i miejscami niedokładnie wypłukana. Dotknąłem materiału, a następnie spojrzałem na kobietę. Wzruszyła ramionami.

— Nie patrz tak, jakbym ci życie uratowała. Leżała brudna, to ją przeprałam. Od tego jeszcze nikt nie umarł. — Przełknęła chleb i przez chwilę oddychała ciężko, z dłonią przyciśniętą do piersi. — Chociaż w tej dziurze, kto wie. Wszystko człowieka może wykończyć. Nawet oddychanie.

Usiadłem obok, wyjąłem z kieszeni kajet i zacząłem pisać. Chciałem opowiedzieć jej o Tomaszu, o roztrzaskanej dłoni, o Jarzębskim i o tym, że przez cały dzień nie mogłem pozbyć się wrażenia, iż uczestniczyłem w czymś znacznie gorszym od zwyczajnego wypadku. Nie wiedziałem jednak, jak uporządkować te myśli. Zapisałem imię poszkodowanego, kilka szczegółów dotyczących maszyny i słowa nadzorcy. Potem długo patrzyłem na papier, usiłując znaleźć zdanie, które oddałoby moje obrzydzenie. Helena skończyła jeść i położyła się ponownie, nie zainteresowawszy się moim pisaniem. Kiedy wreszcie odwróciłem kartkę, zobaczyłem, że jej oczy są zamknięte, a usta rozchylone. Przez chwilę obserwowałem unoszenie się pierzyny, upewniając się, że oddycha. Następnie zgasiłem świecę i położyłem się na sienniku.

Nie mogłem zasnąć. Z podwórza dochodziły odgłosy kłótni, szczekanie psa i stukot kół wozu przejeżdżającego po nierównym bruku. Gdzieś za ścianą kobieta jęczała podczas zbliżenia z mężczyzną, który co pewien czas uciszał ją szorstkim szeptem. Nie wiedziałem, czy jęczała z przyjemności, czy z bólu. W naszym domu obie rzeczy brzmiały niekiedy podobnie. Nad ranem usłyszałem jeszcze kaszel Heleny, a potem ciche kroki na schodach. Pomyślałem o Tomaszu, który być może właśnie budził się w jakiejś szpitalnej sali i odkrywał, że jego dłoń nigdy nie odzyska dawnego kształtu. O Jarzębskim, śpiącym zapewne w czystej pościeli obok żony, której mógł opowiedzieć o przykrej niedyspozycji w fabryce. O Antoninie, tulącej w ramionach pusty kocyk. O młodym robotniku spod kranu, którego nagie plecy pamiętałem z dokładnością budzącą we mnie niechętny podziw dla własnej pamięci.

Próbowałem wyobrazić sobie, jak wyglądałoby moje życie, gdybym pewnego ranka obudził się ze zdolnością mówienia. Nie myślałem o wielkich przemowach, śpiewaniu ani publicznym oskarżaniu ludzi, którzy mnie skrzywdzili. Chciałem jedynie móc przekląć, kiedy uderzę się w palec, zawołać kogoś po imieniu, odpowiedzieć na żart, którego sens znikał, zanim zdążyłem znaleźć ołówek. Pragnąłem odzywać się bez zastanowienia, wypowiadać niedorzeczności, mówić rzeczy niepotrzebne, przerywać innym i nie kończyć zdań. Najbardziej zazdrościłem ludziom ich prawa do zwykłego gadulstwa, do marnowania słów bez świadomości, że stanowią one przywilej. Sam posiadałem ich w głowie tysiące, lecz każde musiałem najpierw rozważyć, następnie zapisać, a później czekać, aż ktoś zechce je przeczytać. Nawet moje myśli miały z tego powodu osobliwy ciężar, jakby wszystkie przechodziły przez zbyt ciasne drzwi.

W końcu podniosłem się, zapaliłem świecę i otworzyłem kajet na czystej stronie. Helena poruszyła się przez sen, kaszlnęła, a potem znów znieruchomiała. Pisałem długo, nie zwracając uwagi na ból nadgarstka. Opisałem poranek, ulicę, fabrykę i wypadek Tomasza, starając się zachować możliwie wiele szczegółów. Nie wiedziałem jeszcze, po co właściwie to robię. Być może chciałem dowieść samemu sobie, że wydarzenia, których byłem świadkiem, rzeczywiście miały miejsce, nawet jeśli nikt nie zamierzał słuchać mojego świadectwa. Kiedy skończyłem, przeczytałem wszystko od początku i zauważyłem, że ani słowem nie wspomniałem o własnym strachu. Uznałem to za zrozumiałe. Człowiek może przyzwyczaić się do cudzej krwi, fetoru ścieków i krzyków bitych ludzi, lecz znacznie trudniej oswoić świadomość, że któregoś dnia sam może legnąć na zakrwawionej podłodze.

Zamknąłem kajet, wsunąłem go pod siennik i zgasiłem świecę. Za oknem zaczynało świtać, a gdzieś daleko rozległ się pierwszy fabryczny gwizdek. Wkrótce miałem wstać, umyć twarz, założyć wilgotną koszulę i wrócić do pracy, gdzie na podłodze nie pozostał już zapewne żaden ślad po krwi Tomasza. Właściciel fabryki nie dowie się o jego cierpieniu więcej, niż będzie to konieczne do sporządzenia odpowiedniego rachunku. Jarzębski poprawi mankiety, dozorca zapisze spóźnionych, maszyny zaczną obracać się z właściwą sobie obojętnością. Pomyślałem, że gdyby pewnego dnia wszyscy mieszkańcy Łodzi poumierali jednocześnie, mechanizmy pracowałyby jeszcze przez kilka chwil, nieświadome, że zabrakło rąk do ich obsługi.

Dopiero potem, gdy ostatnie koło zatrzymałoby się z braku napędu, miasto zyskałoby ciszę, której nigdy nie umiałem w nim odnaleźć.

Ludzie od nieczystości

O człowieku, którego miałem później pokochać, dowiedziałem się najpierw, że potrafi przez kilka godzin stać po kostki w cudzych odchodach i nie stracić przy tym ani apetytu, ani ochoty do rozmowy. W owych czasach uważałem to za zaletę nie mniejszą od urody, ponieważ znaczna część znanych mi mężczyzn traciła obie te właściwości przy znacznie mniej wymagających zajęciach. Poznałem go w niedzielę, która rozpoczęła się od odkrycia, że zawartość naszego dołu kloacznego wydostała się spod drewnianej pokrywy i utworzyła na podwórzu niewielkie rozlewisko barwy rozrzedzonej kawy, miejscami przechodzącą w żółć i zieleń, a na powierzchni unosiły się fragmenty słomy, zwiędłych liści, papieru, szmat oraz przedmiotów, których przeznaczenia wolałem nie ustalać. Smród docierał na piętro nawet przez zamknięte okna. Helena Kosiba obudziła mnie, rzucając w moją stronę zwiniętą pończochę, i oznajmiła, że jeśli natychmiast nie pójdę sprawdzić, co się dzieje, będziemy wkrótce brodzić we własnym gównie. W jej głosie brzmiało szczere oburzenie, jak gdyby zawartość dołu, przez lata przyjmująca wszystkie nasze wydzieliny, dopuściła się nagle zdrady, której żaden przyzwoity człowiek nie mógł przewidzieć.

Dźwignąłem się z siennika; plecy, obolałe po wczorajszej pracy, zaprotestowały przy pierwszym ruchu. Helena siedziała przy stole w nocnej koszuli, z ramionami okrytymi grubą chustą. Pod oczami miała ciemne półksiężyce, a na czole drobne kropelki potu, choć w izbie panował chłód. Na blacie stał kubek z wystygłą wodą, kawałek chleba oraz niewielka miseczka, do której kobieta przez noc odpluwała flegmę. Spojrzałem na naczynie i dostrzegłem brunatnoczerwone smugi. Helena zauważyła kierunek mojego wzroku, po czym przesunęła miseczkę za bochenek, wykonując ten gest z ostentacyjną swobodą. Od kilku tygodni jej kaszel stawał się głębszy, wilgotny i coraz bardziej chrapliwy, które niekiedy budziło mnie ze snu. Podczas najsilniejszych napadów wydawało się, że coś żywego próbuje przedostać się z jej piersi na zewnątrz. Kobieta odmawiała ponownego wezwania lekarza, twierdząc, że nie zamierza płacić człowiekowi za poinformowanie jej o chorobie, której objawy zna znacznie lepiej od niego. Miała w tym nieco racji. Wiedziała przecież, jak długo potrafi kaszleć, ile krwi pojawia się na szmatce i w jakim momencie musi usiąść, żeby nie upaść. Lekarz mógł co najwyżej nadać tym mękom uczoną nazwę.

— Idź, zobacz, czy Mielczarek wreszcie sprowadził ludzi do opróżnienia tego świństwa — poleciła, poprawiając chustę. — Od tygodnia mu mówię, że pokrywa się podnosi, a on tylko liczy pieniądze i powtarza, że wszystko kosztuje. Ciekawe, czy jak mu kiedyś gówno do łóżka wpłynie, to też będzie oszczędzał. I załóż buty, Julian. Nie będę ci potem nóg szorowała, bo jeszcze mnie czymś zarazisz.

Włożyłem spodnie i koszulę, której rękawy pozostawały wilgotne po wczorajszym praniu. Nie zapinałem górnych guzików, ponieważ szyję miałem podrażnioną od szorstkiego kołnierza. Zanim wyszedłem, podszedłem do okna. Na podwórzu zebrała się już niewielka grupa lokatorów, przyglądających się brunatnej cieczy jak widzowie zgromadzeni przed osobliwym widowiskiem. Jeden z mężczyzn próbował przegrodzić jej drogę kilkoma cegłami, drugi wydawał polecenia, stojąc bezpiecznie na schodkach. Dwie kobiety przekrzykiwały się z okien, każda przekonana, że winę za przepełnienie dołu ponoszą mieszkańcy przeciwnej części budynku, którzy z pewnością oddają mocz częściej, niż wymaga tego natura. Przy studni stała Antonina Dyrda, kołysząc swoje zawiniątko z dziecięcych ubranek. Przyglądała się rozlewisku z wyrazem skupienia i od czasu do czasu mówiła coś do nieżyjącego syna, jakby tłumaczyła mu, dlaczego tego dnia nie wolno schodzić na podwórze. Jej mąż nigdzie się nie pokazywał. Podejrzewałem, że jeszcze śpi po sobotnim piciu, podczas którego zwykł roztrząsać kwestię własnego nieszczęśliwego małżeństwa z ludźmi, którzy nie mieli ani cierpliwości, ani odwagi prosić go o zmianę tematu.

Na dole fetor był tak silny, że poczułem go niemal na języku. Stanąłem na ostatnim stopniu schodów i przez chwilę przyglądałem się wodzie wydostającej się spod desek. Nie przypominała już zwykłej zawartości ustępu. Wymieszana z błotem, popiołem i gnijącymi odpadkami, tworzyła gęstą zawiesinę, której powierzchnia poruszała się leniwie pod ciężarem pękających pęcherzyków gazu. W pobliżu unosił się rój much, osiadających na ścianach, twarzach ludzi i obierkach ziemniaczanych wyrzuconych pod płot. Ktoś przyniósł wapno, lecz rozsypał je tak nieumiejętnie, że większa część trafiła na suche miejsce, pozostawiając cuchnącą kałużę niemal nietkniętą. Najbardziej niepokoiła mnie bliskość studni. Jej drewniana obudowa znajdowała się zaledwie kilkanaście kroków dalej, a grunt pomiędzy oboma miejscami był miękki i nasiąknięty wodą. Nie trzeba było znać się na medycynie, żeby uznać takie sąsiedztwo za niefortunne. W naszym domu nie wymagało to jednak szczególnej uwagi. Właściciel uważał, że skoro studnia przez kilkadziesiąt lat dostarczała wodę, musi pozostać bezpieczna również przez następne kilkadziesiąt, a mieszkańcy przyjmowali tę opinię z wdzięcznością właściwą ludziom, którzy nie mają dokąd się przenieść.

Mielczarek przybył wkrótce potem, ubrany w długi, popielaty surdut i kapelusz o szerokim rondzie. Był mężczyzną tęgim, z policzkami pokrytymi siecią drobnych, czerwonych naczynek oraz wąsem tak starannie przystrzyżonym, że jego pielęgnacja musiała pochłaniać więcej czasu niż doglądanie całej nieruchomości. Obejrzał rozlewisko z bezpiecznej odległości, podniósł laską jedną z desek i zaczął wypytywać mieszkańców, kto ostatnio wyrzucał do ustępu szmaty. Nikt się nie przyznał. Pytanie było zresztą niedorzeczne, ponieważ do dołu od lat trafiało wszystko, czego nie dało się sprzedać, spalić ani zjeść. Widziałem tam kiedyś rozbite naczynia, fragmenty butów, martwego kota oraz dziecięcą lalkę pozbawioną głowy. Mielczarek zdawał się jednak przekonany, że gdyby ludzie ograniczali się do oddawania naturalnych wydzielin, zbiornik opróżniałby się sam, zapewne z pomocą Opatrzności. Właśnie wygłaszał na ten temat długą przemowę, kiedy od ulicy dobiegł szczęk żelaznych obręczy i odgłos ciężkich kół przejeżdżających przez nierówności bruku.

Na podwórze wjechał wóz zaprzężony w wychudzoną kasztankę. Zwierzę miało na bokach zaschnięte plamy potu, a pod uprzężą skórę wytartą do surowych, różowych miejsc. Na platformie ustawiono dwie wielkie beczki, kilka mniejszych naczyń, żelazne haki, łopaty, wiadra i długie drągi. Obok woźnicy siedział mężczyzna o rudych włosach, w rozpiętej koszuli z grubego płótna i ciemnych spodniach podtrzymywanych przez skórzane szelki. Nie był szczególnie rosły ani nadmiernie umięśniony. Miał zwyczajną sylwetkę robotnika, którego barki i dłonie rozwinęły się od wieloletniej pracy, podczas gdy reszta ciała pozostawała szczupła wskutek nieregularnego jedzenia. Jego twarz była szeroka, lecz nie ociężała; nos miał lekko skrzywiony, usta pełne, a policzki pokryte piegami, które nie znikały nawet pod warstwą kurzu. Rudy zarost przyciemniał mu szczękę, choć nie wszędzie rósł jednakowo gęsto. Włosy, przygniecione wcześniej czapką, sterczały nad czołem w nieporządnych kosmykach. Kiedy zeskoczył z wozu, zobaczyłem, że lewy rękaw ma podwinięty niemal do ramienia, a na przedramieniu biegnie stara, szeroka blizna. Wylądował ciężko, poprawił spodnie i rozejrzał się po podwórzu z wyrazem człowieka, który spodziewał się zastać nieprzyjemny widok, lecz rzeczywistość mimo wszystko potrafiła go rozczarować.

— No, pięknieście się tu urządzili — powiedział, spoglądając na rozlewisko. — Jeszcze trochę, a ryby będzie można hodować. Tylko nie wiem, kto by je chciał potem jeść.

Nikt się nie roześmiał. Rudy mężczyzna wzruszył ramionami, podszedł do pokrywy i nacisnął ją czubkiem buta. Deska ugięła się, wypuszczając spod siebie kolejny pęcherz cuchnącego gazu. Cofnął się natychmiast, splunął na ziemię i spojrzał na Mielczarka.

— Panie gospodarzu, tego się nie da porządnie zrobić za cenę, o której mówiliśmy. Trzeba będzie rozebrać pokrywę, oczyścić odpływ i wybrać wszystko do samego dna. Jak się to zostawi, za tydzień będziecie mieli znowu to samo, a może i gorzej. Drzewo jest przegniłe, ziemia miękka, człowiek może wpaść do środka razem z deskami. Ja tam nie zamierzam zostawiać własnego tyłka w pańskim dole za kilka rubli.

— Umawialiśmy się na opróżnienie, nie na przebudowę całej posesji — odpowiedział Mielczarek, prostując się z godnością. — Niech pan wykona zlecenie, a potem będziemy rozmawiać o dodatkowych kosztach. Nie zamierzam płacić za każdą trudność, którą pan sobie wymyśli.

Rudy przyjrzał mu się przez chwilę, po czym uśmiechnął się nieznacznie.

— Trudność sobie wymyśliłem? To może pan weźmie łopatę i pokaże, jak się robi bez trudności. Ja chętnie popatrzę. Tylko surdut radzę zdjąć, bo go szkoda. Choć z drugiej strony może by mu trochę przybyło zapachu prawdziwej roboty.

Mielczarek poczerwieniał. Zanim zdążył odpowiedzieć, drugi robotnik zeskoczył z wozu i zaczął rozładowywać narzędzia. Był młodszy, chudy, o bladej cerze i zapadniętych policzkach. Z jego ust wystawał niedopałek papierosa, którego nie wyjmował nawet podczas rozmowy. Rudy zwrócił się do niego po imieniu, polecając przynieść żelazny drąg i dwa wiadra. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem jego nazwisko. Młodzieniec zawołał coś o zepsutej obręczy, a starszy odpowiedział, że jeśli zaraz nie zabierze się do pracy, Płoszaj sam mu tę obręcz na głowie poprawi. Wypowiedział to bez gniewu, niemal wesoło, lecz młody pospieszył tak gwałtownie, że potrącił jedno z naczyń i przewrócił je na bok.

Praca rozpoczęła się od rozebrania drewnianej pokrywy. Deski były nasiąknięte wilgocią, zbutwiałe i miejscami tak miękkie, że żelazny hak wchodził w nie bez oporu. Spod pierwszej uniesionej belki wydostała się fala odoru, która zmusiła kilku mieszkańców do cofnięcia się pod ścianę. Płoszaj pracował z twarzą niemal obojętną, od czasu do czasu odwracając głowę i wciągając powietrze przez usta. Na jego czole pojawiły się krople potu, a koszula, dotychczas luźna, zaczęła przylegać do pleców. Kiedy schylił się po wiadro, skórzane szelki napięły się na ramionach, odsłaniając fragment klatki piersiowej porośniętej rudawymi włosami. Patrzyłem na niego dłużej, niż należało, a następnie przeniosłem wzrok na narzędzia, rozdrażniony własnym zainteresowaniem. Trudno przecież dopatrzyć się powabu w człowieku, którego zajęcie polegało na wydobywaniu ludzkich odchodów. Tym bardziej irytował mnie fakt, że jego głos, ruchy i swobodna bezczelność przykuwały moją uwagę skuteczniej niż uroda wielu mężczyzn, których widywałem wcześniej. Płoszaj nie robił niczego, żeby wyglądać korzystnie. Ocierał pot brudnym przedramieniem, przeklinał, kiedy ślizgały mu się buty, i od czasu do czasu spluwał w bok, jakby pozbywał się z ust smaku otaczającego go powietrza.

Po godzinie pracy z dołu wydobyto kilkanaście wiader gęstej zawartości, którą przelewano do beczek ustawionych na wozie. Młodszy robotnik, zmęczony i wyraźnie niedoświadczony, poślizgnął się na mokrej desce. Upadł na kolano, przewracając pełne wiadro. Zawartość rozlała się szerokim strumieniem, obryzgując jego spodnie i buty, a część trafiła na kamienny próg, przy którym stała jedna z lokatorek. Kobieta zaczęła krzyczeć, że zostanie zatruta, po czym rzuciła w chłopaka kawałkiem cegły. Trafiła go w ramię. Płoszaj odłożył drąg, podszedł do niej i chwycił za nadgarstek, zanim zdążyła sięgnąć po następny kamień. Nie ścisnął jej szczególnie mocno, lecz zrobił to tak gwałtownie, że kobieta zamilkła.

— Jeszcze raz w niego rzucisz, a każę ci samej wybierać to świństwo — powiedział, patrząc jej prosto w twarz. — On tu pracuje, żebyś ty mogła potem spokojnie postawić zadek nad dziurą. Jak ci się nie podoba, możesz robić pod siebie we własnym łóżku.

Kobieta wyrwała rękę i zaczęła wołać Mielczarka, oskarżając robotnika o napaść. Płoszaj odwrócił się od niej z wyraźną pogardą. Podniósł przewrócone wiadro, postawił je obok młodszego towarzysza i polecił mu usiąść na chwilę. Chłopak był blady, a na jego czole pojawił się zimny pot. Przyglądałem się jego drżącym dłoniom i pomyślałem, że zaraz zwymiotuje. Rzeczywiście, po kilku sekundach odwrócił się i zwrócił niewielką ilość wodnistej treści na ziemię. Płoszaj obserwował go z niezadowoleniem, po czym podał mu manierkę.

— Pij, ale nie za dużo naraz, bo znowu wszystko oddasz — mruknął. — I przestań się trząść. Nic ci nie będzie od samego smrodu. Gorzej, jak człowiek wpadnie do środka i zacznie tym oddychać. Widziałem już takiego, którego wyciągnęli za późno. Miał twarz siną jak kapusta po mrozie, a oczy wyszły mu na wierzch, choć wcześniej był całkiem przystojnym chłopem. Tak że pilnuj nóg i nie rób ze mnie idioty, bo nie będę miał ochoty wyciągać cię stamtąd za portki.

Mówił to takim tonem, jakim inni przypominają o zamykaniu drzwi przed nocą. Młodzieniec pokiwał głową i napił się wody. Zastanawiałem się, czy Płoszaj zdaje sobie sprawę, jak bardzo jego słowa mogą przestraszyć kogoś, kto dopiero uczy się podobnego zajęcia. Po chwili uznałem, że zapewne zdaje sobie z tego sprawę i właśnie dlatego je wypowiedział. Nie uważałem go za człowieka łagodnego. Miał w sobie szorstkość i niecierpliwość, a przy tym osobliwy odruch opiekuńczości, jakby nie potrafił troszczyć się o innych bez jednoczesnego obrażania ich przy każdej sposobności.

Około południa opróżnianie dołu dobiegło końca. Beczki wypełniono niemal po brzegi, a wokół otworu rozsypano świeżą warstwę ziemi i wapna. Płoszaj dokładnie sprawdził pozostałe deski, po czym polecił młodszemu robotnikowi zabezpieczyć pokrywę, żeby nikt nie wpadł do środka. Mielczarek zjawił się natychmiast, jakby przez cały czas podglądał robotników zza firanki, oczekując chwili, kiedy będzie mógł przejąć nad nią kontrolę. Obejrzał opróżniony dół, dotknął laską jednej z desek i oznajmił, że robota została wykonana niedokładnie. Według niego w zbiorniku pozostało zbyt wiele nieczystości, a część ścieków rozlała się na podwórzu z winy robotników. Płoszaj przez chwilę słuchał tych zarzutów w milczeniu. Potem sięgnął po czapkę, wytarł nią twarz i zapytał spokojnie, czy właściciel zamierza zapłacić umówioną sumę.

— Zapłacę za to, co rzeczywiście wykonano — odparł Mielczarek. — Nie będę wyrzucał pieniędzy tylko dlatego, że pan potrafi głośno przeklinać. Umawialiśmy się na określoną pracę, a ja widzę, że część zawartości wciąż zalega na dnie. Poza tym zabrudziliście mi podwórze.

— Pańskie podwórze było zabrudzone, zanim się urodziłem — odpowiedział Płoszaj. — A jeśli chce pan mieć dół tak czysty, żeby można w nim podawać niedzielny obiad, trzeba będzie zatrudnić kogoś od mycia porcelany. Ja wybrałem, co było do wybrania, usunąłem zator i zabezpieczyłem pokrywę. Teraz chcę pieniądze.

Mielczarek zaczął wyliczać rzekome niedociągnięcia, wymachując laską w stronę wozu. Płoszaj słuchał przez kilka minut, a jego twarz stopniowo traciła wyraz rozbawienia. W końcu odwrócił się, wskazał na jedną z beczek i powiedział, że jeśli właściciel nie zamierza uregulować należności, robotnicy mogą równie dobrze zwrócić mu to, co należało do jego nieruchomości. Mielczarek pobladł. Widziałem jednak, że mimo groźby nie zamierza ustąpić, ponieważ w jego pojęciu człowiek wykonujący podobną pracę nie miał prawa dyktować warunków komuś posiadającemu kamienicę.

Stałem wówczas przy schodach, obserwując sprzeczkę z coraz większym zainteresowaniem. Nie czułem szczególnej sympatii do żadnej ze stron, choć Mielczarka nie znosiłem od lat. Płoszaj był dla mnie obcym człowiekiem, a jego praca nie miała bezpośredniego związku z moimi sprawami. Mimo to nie potrafiłem przejść obojętnie wobec jawnego oszustwa. Na własne oczy widziałem, ile wiader wybrano z dołu, jak długo trwała praca i w jakim stanie znajdowała się pokrywa przed przyjazdem robotników. Wyjąłem więc z kieszeni niewielki kajet, ten sam, w którym zapisywałem wydatki i różne uwagi, po czym napisałem kilka zdań na czystej stronie. Podszedłem do Mielczarka i podałem mu kartkę.

Przeczytał ją, a jego brwi uniosły się z oburzenia.

— Sęk, co ty sobie wyobrażasz? — zapytał, potrząsając papierem. — Ja ci wynajmuję mieszkanie, a ty będziesz mi teraz wystawiał świadectwa? Od kiedy to lokator ma prawo wtrącać się w moje interesy? Może jeszcze policję sprowadzisz, żeby sprawdziła, ile gówna zostało na dnie?

Płoszaj spojrzał na mnie po raz pierwszy z prawdziwym zainteresowaniem.

— Co on tam napisał? — zapytał, wyciągając rękę po kartkę.

Mielczarek przez chwilę nie zamierzał jej oddać, lecz ostatecznie podał papier z miną człowieka zmuszonego do udziału w wyjątkowo niesmacznym przedstawieniu. Płoszaj przeczytał moje słowa powoli, poruszając lekko wargami. Napisałem, że obaj robotnicy pracowali od rana, opróżnili zbiornik, usunęli zator i zabezpieczyli deski, a rozlewisko istniało już przed ich przyjazdem. Dodałem, że osobiście widziałem cały przebieg czynności. Płoszaj podniósł wzrok znad kartki, przyjrzał mi się jeszcze raz, po czym zwrócił się do właściciela.

— No i widzi pan, nawet pański lokator potrafi powiedzieć prawdę, choć nie otwiera gęby — oznajmił, najwyraźniej nie wiedząc jeszcze, że moje milczenie nie jest wyborem. — Płaci pan czy mam odjeżdżać z pełnymi beczkami i zostawić panu resztę pod drzwiami?

Mielczarek zacisnął usta. Przez chwilę wyglądał, jakby zamierzał uderzyć mnie laską, ale ograniczył się do krótkiego spojrzenia, którego znaczenie znałem aż nazbyt dobrze. Oznaczało ono, że jeszcze porozmawiamy o czynszu, zachowaniu lokatorów i granicach wdzięczności należnej właścicielowi nieruchomości. Wreszcie wyjął pieniądze i odliczył umówioną sumę, kładąc monety na wyciągniętej dłoni Płoszaja z taką ostrożnością, jakby obawiał się dotknąć jego skóry. Rudy mężczyzna przeliczył zapłatę, schował ją do kieszeni i skinął głową. Nie podziękował. Mielczarek odszedł bez pożegnania, a jego ciężkie kroki rozległy się na schodach prowadzących do głównej części kamienicy.

— Ładnie go pan urządził — powiedział Płoszaj, zwracając się do mnie. — Myślałem, że wszyscy lokatorzy tego starego skąpca boją się go bardziej niż własnej śmierci. A pan, proszę, jeszcze mu rachunki wystawia.

Uśmiechnąłem się i wzruszyłem ramionami. Płoszaj przyjrzał mi się uważniej.

— Co, nie chce się panu gadać? — zapytał. — Czy może obraziłem czymś pańską godność? Bo widzi pan, ja po takiej robocie nie bardzo nadaję się do salonowych rozmów, chociaż jak trzeba, potrafię nawet całkiem ładnie przeklinać po niemiecku.

Pokręciłem głową, po czym wskazałem na własne gardło i wykonałem gest oznaczający brak głosu. Jego twarz zmieniła się nieznacznie. Przez krótką chwilę patrzył na mnie z zakłopotaniem, którego nie próbował ukrywać, ale nie uczynił niczego, czego się spodziewałem. Nie zaczął mówić głośniej, nie pochylił się przesadnie ani nie otworzył szeroko ust, żeby ułatwić mi odczytywanie słów z ruchu warg. Po prostu spojrzał na kartkę, którą nadal trzymał w ręku, i zapytał:

— To pan tak od urodzenia czy coś się stało?

Wyjąłem ołówek i napisałem, że nie pamiętam, abym kiedykolwiek mówił.

— A słyszy pan wszystko?

Skinąłem głową.

— No to dobrze — odparł. — Bo już myślałem, że będę musiał dwa razy tłumaczyć swoje dowcipy. A tego sam bym nie wytrzymał.

Roześmiał się głośno, a jego śmiech był chropowaty i szczery. Przyglądałem mu się z ciekawością, ponieważ reakcja wydała mi się niezwykła. Większość ludzi po odkryciu mojej niemoty natychmiast przybierała ton współczujący lub protekcjonalny. Niektórzy zaczynali opowiadać o cudownych uzdrowieniach, inni o lekarzach, którzy podobno potrafili przywrócić głos każdemu, kto miał dość pieniędzy. Płoszaj tymczasem wsunął kartkę za pasek spodni i zaczął pomagać towarzyszowi przy zabezpieczaniu beczek. Przez pewien czas obserwowałem jego ruchy, a potem wróciłem do mieszkania, czując na sobie spojrzenie Heleny, która z okna musiała widzieć całą sprzeczkę.

— I po coś się wtrącał? — zapytała natychmiast, gdy przekroczyłem próg. — Mielczarek będzie teraz szukał sposobu, żeby nam dokuczyć. Jeszcze podniesie czynsz albo każe mi płacić za każdą deskę, która odpadnie ze ściany. Człowiek powinien czasem udawać, że nie widzi, nawet jeśli ma oczy zdrowe. Zwłaszcza kiedy nie ma pieniędzy.

Usiadłem przy stole i zacząłem czyścić buty kawałkiem starej szmaty. Helena obserwowała mnie przez chwilę, po czym westchnęła i wróciła do cerowania pościeli. Nie odpowiedziałem jej nawet gestem. Wiedziałem, że miała rację, lecz wolałem nie przyznawać tego przed sobą. Właściciel mógł teraz uznać mnie za niewygodnego lokatora, a ja nie posiadałem żadnych oszczędności, które pozwoliłyby mi przenieść się gdzie indziej. Mimo to nie żałowałem swojego postępowania. Być może bardziej niż sama niesprawiedliwość drażniła mnie pewność Mielczarka, że nikt nie odważy się mu sprzeciwić. Ludzie tacy jak on przyzwyczajali się do cudzej zależności równie łatwo, jak do własnego wygodnego łóżka, i z czasem przestawali odróżniać prawo własności od prawa do upokarzania człowieka.

Po południu wyszedłem na targ. Nie miałem wiele pieniędzy, ale potrzebowałem koszuli i kilku drobiazgów, których nie mogłem już dłużej zastępować naprawianymi resztkami. Ulice były zatłoczone, choć znaczna część sklepów pozostawała zamknięta z powodu niedzieli. Przed straganami gromadzili się ludzie oglądający używane ubrania, garnki, narzędzia i przedmioty pochodzące z rozmaitych domów, niekiedy sprzedawane przez krewnych zmarłych właścicieli. Handel odzieżą stanowił szczególnie wymowną lekcję ludzkiej śmiertelności. Marynarka, którą ktoś nosił przez dwadzieścia lat, mogła następnego dnia znaleźć nowego właściciela, a ten, jeśli tylko udało mu się usunąć zapach poprzedniego użytkownika, nie musiał nawet wiedzieć, czy człowiek ów umarł na suchoty, tyfus czy zwyczajne pijaństwo. Przyglądałem się płaszczom, których podszewki nosiły ślady dawnych napraw, kamizelkom z brakującymi guzikami i koszulom z kołnierzami tak sztywnymi od brudu, że można je było postawić na stole. Jedna z handlarek zapewniała mnie, że jej towar pochodzi z porządnych domów i został oddany wyłącznie dlatego, że właściciele przytyli albo znudzili się niemodnym krojem. Nie potrafiłem rozstrzygnąć, czy była znakomitą kłamczuchą, czy rzeczywiście wierzyła w to, co mówi. W każdym razie nie zamierzałem płacić za cudzą śmierć więcej, niż wymagała tego konieczność.

Właśnie oglądałem jasną koszulę z nieco przetartymi mankietami, kiedy poczułem na ramieniu ciężką dłoń. Odwróciłem się gwałtownie, przekonany, że ktoś próbuje wyciągnąć mi z kieszeni pieniądze. Za plecami stał Płoszaj, już umyty i przebrany, choć nadal wyglądał na człowieka, który nie przywiązuje nadmiernej wagi do własnej garderoby. Miał ciemne spodnie, znoszone buty i luźną, szarą koszulę, rozpiętą pod szyją. Rude włosy uczesał do tyłu, lecz kilka kosmyków opadło mu na czoło. Na policzkach pozostały ślady drobnych zadrapań, a blizna na przedramieniu wydawała się teraz jaśniejsza. Nie pachniał już zawartością naszego dołu. Wyraźnie wyczuwałem natomiast mydło, tytoń i słaby zapach alkoholu.

— A to ci dopiero spotkanie — powiedział, uśmiechając się szeroko. — Nasz uczony lokator kupuje koszule. Mam nadzieję, że nie zamierza pan zakładać tej, którą właśnie trzyma, bo wygląda, jakby zdjęto ją z człowieka, który już dawno przestał potrzebować odzieży.

Spojrzałem na koszulę, po czym na sprzedawczynię. Kobieta oburzyła się natychmiast, zapewniając, że materiał jest pierwszorzędny, a podobnych rzeczy nie dostaje się za takie pieniądze. Płoszaj wziął ubranie do ręki, obejrzał szwy i pokazał mi niewielkie rozdarcie pod pachą.

— Patrz pan. Tutaj trzeba będzie łatać, tu guzik wymienić, a kołnierz jest tak wyświechtany, że po dwóch praniach się rozleci. Jak pan chce, mogę panu znaleźć lepszą. Znam jedną kobietę, która handluje rzeczami po zmarłym mężu. Pijał, bił ją i przepuszczał pieniądze, ale przynajmniej porządnie się ubierał. Teraz ona ma trochę grosza, a on święty spokój. Nie wiem, kto na tym lepiej wyszedł.

Oddałem koszulę sprzedawczyni, która pożegnała nas siarczystym przekleństwem. Płoszaj roześmiał się, po czym zaproponował, żebyśmy poszli napić się czegoś ciepłego. Zawahałem się. Nie przywykłem do przyjmowania zaproszeń od mężczyzn, poznanych ledwie przed kilkoma godzinami, szczególnie jeśli nie miałem pewności, czego właściwie ode mnie oczekują. Płoszaj zauważył moje wahanie i uniósł ręce w geście przesadnej niewinności.

— Spokojnie, panie Sęk. Nie zamierzam pana okradać ani prowadzić w jakieś podejrzane miejsce. A jeśli nawet, to przynajmniej najpierw postawię herbatę. Człowiek powinien mieć trochę przyjemności przed nieszczęściem.

Skinąłem głową. Poszliśmy w stronę niewielkiego lokalu, w którego oknach wisiały zabrudzone firanki, a nad wejściem znajdował się szyld z niemieckim napisem. Wewnątrz panował półmrok, powietrze było ciężkie od dymu tytoniowego i zapachu rozgrzanego tłuszczu. Przy kilku stołach siedzieli mężczyźni grający w karty, a w głębi starsza kobieta nalewała napoje z samowara, którego mosiężna powierzchnia dawno utraciła pierwotny połysk. Płoszaj zamówił dwie szklanki herbaty i kawałek chleba ze smalcem. Usiedliśmy przy ścianie, z dala od najgłośniejszego towarzystwa. Przyglądałem się jego dłoniom spoczywającym na stole. Były szerokie, z grubymi palcami, ciemnymi paznokciami i licznymi drobnymi bliznami. Na kostkach miał świeże otarcia, a przy nasadzie kciuka ślad dawnego oparzenia. Dłonie te wydawały mi się znacznie bardziej interesujące niż zadbane ręce Jarzębskiego, chociaż nie potrafiłem wówczas wyjaśnić, dlaczego.

— Michał — powiedział nagle Płoszaj, wskazując na siebie. — Bo tak się przedstawiam ludziom, którzy pomogli mi wyciągnąć pieniądze od skąpca. Nazwisko już pan zna. A pan Julian, prawda?

Skinąłem głową.

— Ładne imię. Takie trochę pańskie. Nie pasuje do robotnika, który mieszka nad dołem kloacznym. Chociaż może właśnie dlatego dobrze brzmi. Człowiek powinien mieć coś, czego mu nie mogą odebrać. Imię to jeszcze najtańsza rzecz.

Wzruszyłem ramionami i sięgnąłem po kajet. Napisałem, że nazwisko nie chroni przed głodem ani przed potrąceniem z wypłaty.

Michał przeczytał zdanie, po czym uśmiechnął się z uznaniem.

— Widzę, że pan lubi mieć ostatnie słowo, nawet jeśli nie może go wypowiedzieć. To dobrze. Z ludźmi, którzy na wszystko się zgadzają, nie ma o czym rozmawiać. Tylko niech pan uważa, bo kiedyś trafi pan na kogoś, kto nie będzie miał cierpliwości czytać tych wszystkich mądrości.

Spojrzałem mu prosto w oczy, a następnie napisałem: Już trafiałem. Zazwyczaj nie umieli czytać.

Michał wybuchnął śmiechem tak głośnym, że kilku mężczyzn odwróciło głowy. Uderzył dłonią w stół, rozlewając odrobinę herbaty, po czym przez chwilę próbował odzyskać oddech. Przyglądałem mu się z przyjemnością, której nie zamierzałem ukrywać. Było coś pociągającego w człowieku, który śmiał się całym ciałem, nie zważając na spojrzenia innych. Michał miał wówczas twarz rozjaśnioną, niemal chłopięcą, a jego rude włosy, oświetlone słabym światłem lampy, przybierały odcień ciemnej miedzi. Kiedy wreszcie przestał się śmiać, wytarł oczy rękawem i pokręcił głową.

— No, Julianie, z tobą to ja chyba jeszcze będę miał kłopoty.

Nie odpowiedziałem. Zamiast tego napiłem się herbaty, która była gorzka, zbyt długo parzona i pozostawiała na języku cierpki posmak. Michał obserwował mnie przez chwilę, po czym zaczął opowiadać o swojej pracy. Mówił bez szczególnego porządku, przeskakując od jednego wspomnienia do drugiego. Wspominał o człowieku, który wpadł do dołu kloacznego i niemal się udusił, o pijanym woźnicy, który sprzedał część zawartości beczki jako nawóz, a resztę wylał do rowu, o gospodarzu, który przez trzy lata nie opróżniał ustępu, ponieważ uważał, że zawartość powinna sama przesiąkać w ziemię. Opowiadał również o swoim dawnym towarzyszu pracy, mężczyźnie nazwiskiem Krupa, który zmarł po ciężkiej chorobie, pozostawiając żonę i troje dzieci. W tym miejscu jego głos stał się niższy, a słowa wypowiadał wolniej. Dowiedziałem się, że Krupa przez kilka tygodni skarżył się na bóle brzucha i gorączkę, lecz nie chciał przerwać pracy, ponieważ potrzebował pieniędzy. Gdy wreszcie trafił do lekarza, był już tak osłabiony, że nie potrafił samodzielnie wstać z łóżka. Michał opowiadał o tym bez łez i szczególnego wzruszenia, ale zauważyłem, że podczas wspominania zmarłego zaciska palce na uchwycie szklanki.

— Najgorsze, że człowiek potem pamięta różne głupstwa — powiedział po dłuższej chwili. — Nie to, jak tamten umierał, tylko jak raz ukradł mi kawałek kiełbasy i przez pół dnia udawał, że nic nie wie. Albo jak śpiewał po pijaku, choć głosu nie miał za grosz. Czasem wydaje mi się, że słyszę go przy wozie. Takie jego chrząknięcie, wie pan, jakby zaraz miał splunąć. Odwracam się, a tam nikogo. Człowiekowi od tego wszystkiego rozum mięknie. — Potarł twarz obiema dłońmi i uśmiechnął się krzywo. — Ale nie będę pana zanudzał. Ma pan przecież własne nieszczęścia, a ja jeszcze zacznę wyliczać cudze.

Przez chwilę rozważałem, czy nie należałoby napisać mu czegoś na pocieszenie. Nie miałem jednak odpowiednich słów. Wszystkie zdania, które przychodziły mi do głowy, wydawały się banalne i niepotrzebne. Michał nie wyglądał zresztą na człowieka oczekującego pocieszenia. Raczej na takiego, który od czasu do czasu musi opowiedzieć o rzeczach zalegających mu w pamięci, żeby nie zaczęły rozsadzać jej od środka. W końcu napisałem, że zmarli mają nieprzyjemny zwyczaj pozostawania z nami dłużej, niż byśmy sobie życzyli.

Przeczytał to, po czym spojrzał na mnie poważnie.

— Pan naprawdę tak uważa?

Skinąłem głową.

— To może i dobrze — odparł po chwili. — Bo czasem mam wrażenie, że gdyby człowiek zapomniał wszystkich umarłych, sam stałby się jakimś bydlęciem. Chociaż z drugiej strony pamiętać też nie zawsze jest dobrze.

Rozmowa potoczyła się później w stronę rzeczy znacznie mniej poważnych. Michał wypytywał mnie o pracę w fabryce, mieszkanie u Heleny i powody, dla których nie próbuję znaleźć lepszego zajęcia. Opowiedziałem mu na papierze o wypadku Tomasza, nie wdając się jednak w szczegóły dotyczące Jarzębskiego. Michał przeczytał moje słowa z twarzą coraz bardziej ponurą. Kiedy dotarł do fragmentu o oderwanych palcach, zaklął pod nosem i przez chwilę milczał.

— Takich rzeczy to się człowiek nasłucha — powiedział wreszcie. — Jednemu maszyna zabierze rękę, drugiemu koń złamie nogę, trzeci po prostu kaszle, aż mu płuca wypadną. A potem przychodzi jakiś pan w czystym surducie i mówi, że robotnik powinien być wdzięczny, bo ma zatrudnienie. Czasem myślę, że gdyby tych wszystkich porządnych ludzi wsadzić na tydzień do naszych robót, połowa by zdechła, a druga połowa prosiła o litość.

Przyglądałem się mu przez chwilę, po czym napisałem, że niektórzy z pewnością znaleźliby sposób, żeby kazać nam pracować również za siebie.

Michał roześmiał się cicho.

— No właśnie. Pan zna ludzi lepiej, niż się wydaje.

Kiedy wyszliśmy z lokalu, niebo było już ciemniejsze, a powietrze przynosiło zapach deszczu. Ulice wypełniał ruch ludzi wracających z targu, szynków i niedzielnych odwiedzin. Przy jednej z bram dwóch mężczyzn kłóciło się o pieniądze, a kobieta stojąca obok próbowała ich rozdzielić, narażając się na przypadkowe uderzenie. Dalej, pod ścianą budynku, siedział stary żebrak, który od czasu do czasu podnosił rękę i prosił przechodniów o jałmużnę. Michał zatrzymał się przy nim, wyjął z kieszeni monetę i podał mu ją bez słowa. Kiedy ruszyliśmy dalej, zapytałem gestem, dlaczego to zrobił. Spojrzał na mnie z niechęcią, jakbym przyłapał go na czymś wstydliwym.

— Bo mi dziś zapłacili, a jemu nie — odpowiedział. — I żadnej filozofii tu nie potrzeba.

Przeszliśmy jeszcze kawałek razem. Michał opowiadał o swoim mieszkaniu, wynajmowanym w innej części miasta, o gospodyni, która nie znosiła zapachu jego odzieży, oraz o koniu, którego musiał regularnie poić i karmić, choć zwierzę należało do właściciela wozu. W pewnej chwili zatrzymał się, żeby poprawić pasek szelek, który zsunął mu się z ramienia. Jego koszula rozchyliła się szerzej, odsłaniając skórę na piersi i kilka rudych włosów przy obojczyku. Zauważyłem, że pod lewym ramieniem ma starą bliznę, długą i nierówną, jakby powstałą od cięcia tępym narzędziem. Michał dostrzegł mój wzrok i odruchowo poprawił koszulę. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu, którego znaczenia nie umiałem jeszcze odczytać. Nie było w nim jeszcze nic wyraźnie erotycznego, a przynajmniej niczego, do czego którykolwiek z nas chciałby się przyznać. Odniosłem jednak wrażenie, że Michał zauważył moje zainteresowanie i postanowił je zignorować z tą szczególną ostrożnością, jaką ludzie zachowują wobec rzeczy jednocześnie pociągających i niebezpiecznych.

— No, panie Julianie — powiedział w końcu, poprawiając kołnierz. — Ja muszę jeszcze zajrzeć do stajni, bo jutro rano znowu robota. A pan niech uważa na tego swojego gospodarza. Stary skąpiec może i wygląda na niegroźnego, ale tacy najgorzej pamiętają, kiedy im ktoś przy ludziach nosa utrze.

Wyjąłem kajet i napisałem, że nie zamierzam przepraszać Mielczarka za powiedzenie prawdy.

Michał przeczytał zdanie, pokiwał głową i uśmiechnął się szeroko.

— Tego się właśnie obawiałem. Ma pan charakter, Julianie. Tylko z takim charakterem człowiek długo nie pożyje, jeśli nie nauczy się czasem trzymać głowy nisko.

Spojrzałem na niego z rozbawieniem i wskazałem palcem na jego własną głowę. Zrozumiał natychmiast.

— Ja? Ja już się nauczyłem. Tylko jakoś nie zawsze pamiętam, żeby z tej nauki korzystać.

Pożegnaliśmy się bez podawania rąk. Michał odszedł w stronę ulicy, a ja przez chwilę obserwowałem jego sylwetkę znikającą pomiędzy przechodniami. Nie był najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego spotkałem, ani najbardziej eleganckim, ani nawet szczególnie miłym. Miał zbyt głośny śmiech, szorstkie maniery i ręce, które przez większą część dnia pozostawały zabrudzone rzeczami budzącymi odrazę. A jednak odczuwałem wobec niego ciekawość, której nie potrafiłem sprowadzić do zwykłego zainteresowania fizycznego. Przypomniałem sobie, jak patrzył na młodszego robotnika po jego upadku, jak rozmawiał z Mielczarkiem i jak opowiadał o zmarłym towarzyszu pracy. Było w nim coś sprzecznego, jakby składał się z kilku ludzi nie zawsze zgodnych co do tego, jak należy postępować. Nie umiałem rozstrzygnąć, czy właśnie to mnie do niego ciągnie, czy powinno raczej odstraszać.

Kiedy wróciłem do domu, Helena siedziała przy stole i liczyła monety rozłożone na brudnej serwecie. Podniosła głowę na mój widok, a jej twarz przybrała wyraz niezadowolenia.

— Gdzieś ty się podziewał tyle czasu? — zapytała. — Już myślałam, że cię kto pobił albo okradł. Mielczarek przyszedł po południu i powiedział, że jeśli jeszcze raz będziesz się wtrącał w jego sprawy, poszuka sobie innych lokatorów. A ja mu na to, że niech najpierw dach naprawi, bo tylko szczury będą chciały tutaj mieszkać za takie pieniądze. Obraził się i poszedł. — Przyjrzała mi się uważniej. — A ty coś taki zadowolony? Znalazłeś pieniądze na ulicy?

Pokręciłem głową. Helena westchnęła, przesunęła monety na skraj stołu i zaczęła przygotowywać skromną kolację. Nie zadawała dalszych pytań, co uznałem za szczególne błogosławieństwo. Rozebrałem się, umyłem ręce i twarz, a następnie położyłem na sienniku. Przez chwilę słuchałem odgłosów dochodzących z podwórza. Ktoś wyprowadzał konia ze stajni, dzieci kłóciły się przy studni, a z mieszkania Dyrdów znów dobiegł podniesiony głos mężczyzny. Pomyślałem o Antoninie, o Tomaszu i o wszystkich ludziach, których cierpienie wypełniało nasze codzienne życie równie nieuchronnie jak dym fabrycznych kominów. Następnie przypomniałem sobie Michała, jego rude włosy, pełne usta, piegowatą skórę i śmiech, którym zdołał na kilka chwil zagłuszyć resztę świata.

Wyjąłem kajet, chcąc zapisać jego nazwisko, żeby zachować je dokładnie takim, jak je usłyszałem. Otworzyłem go na ostatniej stronie i przez chwilę wpatrywałem się w puste miejsce. Potem napisałem: Michał Płoszaj. Wywoźnik nieczystości. Rudy. Mówi dużo. Nie jest głupi.

Przeczytałem te słowa i poczułem, że czegoś w nich brakuje. Zastanawiałem się przez dłuższą chwilę, po czym dopisałem jeszcze jedno zdanie, którego sens wydał mi się tak niedorzeczny, że niemal natychmiast miałem ochotę je skreślić.

Chciałbym, żeby znowu do mnie mówił.

Nie skreśliłem go jednak. Zamknąłem kajet i wsunąłem pod siennik, zanim Helena zdążyła zainteresować się moim pisaniem. Położyłem się na plecach i zamknąłem oczy. W izbie pachniało mokrym drewnem, dymem i lekarstwami, a przez uchylone okno wciąż docierał słaby odór świeżo opróżnionego dołu kloacznego. Był to zapach tak powszedni, że od dawna przestałem go zauważać. Tego wieczoru jednak nie potrafiłem go znieść. Wstałem, zamknąłem okno i wróciłem na siennik, rozdrażniony własną wrażliwością. Zastanawiałem się, czy Michał również czuje ten smród, kiedy wraca do domu, czy może z czasem przestał go rozpoznawać, jak człowiek przyzwyczaja się do własnego ciała. Chciałem zapytać go o to przy następnym spotkaniu, choć nie miałem żadnej pewności, że do niego dojdzie.

Zasnąłem dopiero późno w nocy, gdy Helena przestała kaszleć, a na podwórzu ucichły ostatnie głosy. Śniło mi się, że stoję pośrodku ogromnego placu, na którym zgromadzono wszystkie nieczystości miasta. Wśród stert szmat, odpadków i gnijących przedmiotów znajdowały się ludzkie twarze, odwrócone ku mnie i poruszające ustami bez wydawania dźwięku. Rozpoznawałem niektóre z nich, inne należały do ludzi, których nigdy nie widziałem. Próbowałem podejść bliżej, żeby odczytać ich słowa, ale grunt pod stopami uginał się i zapadał, a z każdą chwilą coraz trudniej było mi oddychać. W końcu zobaczyłem Michała, stojącego na wysokim wozie, z rękami opartymi na biodrach. Mówił coś do mnie, lecz nie mogłem go usłyszeć. Jego usta poruszały się szybko, a ja wiedziałem, że wypowiada moje imię. Kiedy spróbowałem odpowiedzieć, z gardła wydobył mi się tylko gorący oddech, pozbawiony jakiegokolwiek brzmienia.

Obudziłem się zlany potem. Za oknem zaczynało świtać, a w izbie panował chłód. Helena spała niespokojnie, od czasu do czasu poruszając ustami, jakby rozmawiała z kimś we śnie. Przez chwilę leżałem nieruchomo, próbując przypomnieć sobie szczegóły nocnego widzenia. Potem sięgnąłem pod siennik, wyjąłem kajet i otworzyłem go na stronie z nazwiskiem Michała. Papier był nieco pomięty, a ołówek pozostawił na nim ciemne ślady. Przeczytałem zapisane zdania jeszcze raz, po czym zamknąłem notes i wstałem, żeby przygotować się do pracy.

Nie wiedziałem wówczas, że człowiek, którego poznałem przy opróżnianiu dołu kloacznego, stanie się najważniejszą osobą w moim życiu. Nie przeczuwałem również, że najbliższe miesiące nauczą mnie rzeczy o wiele trudniejszych niż milczenie. Pamiętam natomiast doskonale, że tego ranka po raz pierwszy od wielu lat nie obudziłem się z niechęcią do nadchodzącego dnia. Było to uczucie obce, niemal nieprzyzwoite, zwłaszcza w mieście, gdzie większość ludzi wstawała wyłącznie dlatego, że nie stać ich było na pozostanie w łóżku.

Cena pięknej twarzy

Tomasz wrócił do fabryki jako pozycja w rachunku. Nie przyszedł osobiście, ponieważ leżał w szpitalu z ręką okaleczoną tak poważnie, że chirurg musiał usunąć resztki dwóch palców oraz część trzeciego, lecz jego nazwisko znalazło się na kartce wywieszonej przy wejściu do hali. Wymieniono tam straty poniesione wskutek przerwania pracy, zniszczenia materiału i uszkodzenia mechanizmu. Nie zapisano nic o bólu, o żonie ani o dzieciach, których utrzymanie zależało od człowieka niezdolnego już do wykonywania dotychczasowego zajęcia. Właściciel przedsiębiorstwa uchodził za człowieka praktycznego; w naszym mieście oznaczało to przede wszystkim umiejętność przeliczania świata na pieniądze. Można było obliczyć wartość bawełny, koszt naprawy maszyny, wynagrodzenie robotnika i cenę koniecznego remontu. Nie istniała natomiast ustalona kwota odpowiadająca bólowi, upokorzeniu albo lękowi przed przyszłością, wobec czego zjawiska te pozostawały poza rachunkowością i nie zasługiwały na szczególnie wnikliwe rozpatrywanie. Przeczytałem kartkę dwukrotnie, stojąc pomiędzy pracownikami przepychającymi się do wejścia. Na końcu znajdowała się informacja o zawieszeniu Tomasza w obowiązkach do czasu wyjaśnienia okoliczności wypadku. Uznałem to za osobliwość wartą zapisania, ponieważ nie wiedziałem, jakich jeszcze obowiązków można wymagać od człowieka, któremu maszyna zmiażdżyła dłoń.

Od rana czułem się źle. Bolała mnie głowa, gardło miałem suche od pyłu, a na prawym nadgarstku pozostał siniec po dźwiganiu ciężkich bel. Spałem źle, co rusz budzony kaszlem Heleny, która około trzeciej zaczęła majaczyć i domagała się otwarcia drzwi, ponieważ rzekomo ktoś stał na korytarzu. Kiedy wstałem, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście usłyszała kroki, złapała mnie za rękaw z siłą, jakiej nie spodziewałem się po jej wychudzonym ciele. Przez chwilę patrzyła na mnie przerażona, nie rozpoznając mojej twarzy, a potem osunęła się na poduszkę i zaczęła płakać. Nie potrafiłem jej uspokoić. Usiadłem obok i czekałem, aż przestanie drżeć, choć sam odczuwałem narastającą niechęć do tego nocnego przedstawienia. Było mi wstyd z powodu własnego zniecierpliwienia. Helena chorowała poważnie, a ja myślałem przede wszystkim o tym, że jeśli nie zasnę, następnego dnia będę pracował z bólem głowy. Współczucie wydawało się znacznie prostsze, dopóki nie wymagało rezygnacji z własnej wygody. Kiedy wreszcie zapadła w sen, położyłem się ponownie, ale z ulicy dobiegały już pierwsze odgłosy wozów i nie zdołałem odpocząć.

W hali fabrycznej panował większy niż zwykle zaduch. Nocny deszcz przemoczył mury, wilgoć przedostała się do magazynów, a rozgrzane maszyny wydzielały ciepło, mieszające się z wyziewami mokrych tkanin i oleju. Na szybach osiadała para, przez którą światło poranka przenikało w postaci mdłych, żółtawych smug. Kobiety pracujące przy przędzarkach miały zaczerwienione oczy i spierzchnięte dłonie, a starsi robotnicy kasłali tak uporczywie, że trudno było odróżnić odgłos ich gardłowych skurczów od stukotu mechanizmów. Młody chłopak zatrudniony przy przenoszeniu szpul od kilku tygodni cierpiał na bolesną wysypkę, która pokrywała mu szyję i ramiona. Drapał się niemal bezustannie, pozostawiając na skórze krwawe zadrapania. Nikt nie chciał pić z jego kubka, choć wszyscy czerpaliśmy wodę z tej samej beczki. Widziałem, jak jedna z kobiet odwraca się od niego z obrzydzeniem, a chwilę później wyciera nos palcami, którymi następnie poprawia ułożenie przędzy. Przyglądałem się temu z pewną ponurą satysfakcją. Ludzie obawiali się chorób, lecz niekiedy znacznie bardziej obchodziło ich, czy zarażony wygląda dostatecznie odpychająco, żeby można było uznać go za niebezpiecznego.

Przed południem przy bramie pojawiła się żona Tomasza. Nie znałem jej osobiście, ale rozpoznałem po twarzy i po dwójce dzieci, o których opowiadali współpracownicy. Była niską kobietą o szerokich biodrach, z włosami schowanymi pod ciemną chustką. Jej suknia miała na łokciach łaty z materiału innego koloru, a buty były tak zniszczone, że przez pęknięcia przy podeszwach widać było pończochy. Starszy chłopiec trzymał ją za rękę, młodsza dziewczynka stała nieco z tyłu, przyciskając do piersi niewielką drewnianą zabawkę. Kobieta próbowała rozmawiać z dozorcą, który początkowo udawał, że jej nie słyszy. Kiedy podniosła głos, wyszedł zza pulpitu i zaczął wypychać ją w stronę ulicy. Dzieci przestraszyły się, a dziewczynka rozpłakała tak gwałtownie, że matka musiała odwrócić się od strażnika, żeby ją uspokoić. Wtedy dozorca chwycił kobietę za ramię i szarpnął, rozrywając szew przy rękawie.

— Ja nie przyszłam tu żebrać! — krzyknęła, próbując uwolnić rękę. — Mąż pracował u was sześć lat, dzień w dzień, i teraz nawet nie chcecie wypłacić tego, co mu się należy. W szpitalu mówią, że może już nigdy ręką porządnie nie ruszać. Czym ja dzieci nakarmię? Pójdę do sklepu i powiem, że zapłacę, jak mu palce odrosną? Przecież to wasza maszyna! Wasza, nie jego!

Dozorca odpowiedział coś o przepisach i konieczności zwrócenia się do administracji, po czym popchnął ją ponownie. Chłopiec rzucił się na niego z pięściami, lecz mężczyzna odtrącił dziecko tak mocno, że upadło na bruk. Kobieta uklękła przy synu, obejrzała mu twarz i zaczęła przeklinać dozorcę, właściciela fabryki oraz wszystkich ludzi odpowiedzialnych za wypadek. Jej głos miał w sobie taką rozpacz, że przez chwilę nawet najbliżej stojący robotnicy przestali rozmawiać. Potem gwizdek obwieścił rozpoczęcie pracy i tłum ruszył ku wejściu. Widziałem jeszcze, jak kobieta podnosi chłopca, otrzepuje mu spodnie i prowadzi oboje dzieci w stronę ulicy. Młodsza dziewczynka wciąż płakała, lecz nikt nie zwracał już na nią uwagi.

Chciałem podejść do żony Tomasza, ale bałem się spóźnienia. Stałem przez kilka sekund niezdecydowany, czując na plecach nacisk ludzi przeciskających się przez bramę. Mogłem przecież wyjść, wręczyć jej kilka kopiejek, zapytać na kartce o stan męża albo przynajmniej pomóc chłopcu podnieść się z ziemi. Nie uczyniłem żadnej z tych rzeczy. Wszedłem do hali, ponieważ za spóźnienie potrącono by mi część wynagrodzenia, a mój żołądek od dwóch dni przypominał mi z wielką stanowczością, że moralność nie stanowi odpowiedniego pożywienia. Przez pewien czas czułem jednak wstyd, który próbowałem zagłuszyć pracą. Nie był to szczególnie szlachetny rodzaj wstydu. Własne tchórzostwo drażniło mnie bardziej niż cierpienie obcej kobiety. Złościłem się, że pozwoliłem dozorcy zachować ostatnie słowo, choć sam nigdy nie mogłem go wypowiedzieć. Złościłem się także na Tomasza, który wsadził rękę do pracującej maszyny, na właściciela fabryki, na ludzi przyglądających się całemu zajściu, a w końcu na siebie, ponieważ wszystkie te myśli wydawały mi się coraz bardziej niedorzeczne.

Jarzębski wezwał mnie do kancelarii niedługo po południu. Szedłem przez magazyn, mijając wysokie stosy materiału, skrzynie i beczki z chemikaliami używanymi przy obróbce tkanin. W powietrzu unosił się zapach wilgotnego drewna, barwników i ostrych wyziewów, które szczypały w nos. Kancelaria znajdowała się w niewielkim pomieszczeniu oddzielonym od hali korytarzem. Było tam znacznie ciszej, choć przez ścianę nadal słyszałem jednostajny huk maszyn. Na podłodze leżał dywan z wydeptanym środkiem, przy oknie stało biurko nakryte zielonym suknem, a na ścianie wisiały oprawione dokumenty i zegar z wahadłem. W kącie ustawiono porcelanową umywalkę, obok której znajdowała się karafka z wodą i czysty ręcznik. Przez chwilę przyglądałem się temu urządzeniu z zazdrością. W naszym mieszkaniu umycie twarzy wymagało przyniesienia wody, ogrzania jej, znalezienia odpowiedniego naczynia i pogodzenia się z faktem, że po zakończeniu czynności trzeba będzie gdzieś wylać brudną ciecz. Jarzębski mógł zrobić to w dowolnej chwili, nie opuszczając nawet miejsca pracy. Pomyślałem, że różnica między nami nie sprowadza się do wysokości wynagrodzenia. On posiadał możliwość oddzielania własnego ciała od brudu, ja natomiast nosiłem go ze sobą niemal wszędzie.

Nadzorca siedział za biurkiem, przeglądając papiery. Kiedy wszedłem, podniósł wzrok i wskazał mi krzesło. Usiadłem ostrożnie, obawiając się zabrudzenia tapicerowanego siedziska. Jarzębski zauważył moje zakłopotanie i uśmiechnął się w sposób, który miał zapewne uchodzić za życzliwy.

— Nie bój się, Julianie. Krzesło nie jest ze szkła. Możesz usiąść jak człowiek. Chciałem z tobą porozmawiać o sprawie Tomasza. To bardzo przykre wydarzenie, rzecz jasna, ale musimy ustalić fakty, zanim zaczną krążyć rozmaite plotki. Robotnicy lubią przesadzać, szczególnie kiedy chodzi o wypadki. Jednemu urwie kawałek palca, a po godzinie opowiadają już, że maszyna pożarła człowieka w całości.

Wyjął z szuflady arkusz papieru i położył przede mną. Zobaczyłem kilka zapisanych starannym pismem zdań oraz miejsce przeznaczone na podpis. Przeczytałem tekst powoli. Wynikało z niego, że Tomasz, pomimo wyraźnego zakazu, próbował usuwać zanieczyszczenia z pracującej maszyny, lekceważąc zasady bezpieczeństwa. Napisano również, że mechanizm znajdował się w należytym stanie, a wypadek nastąpił wyłącznie wskutek nieostrożności robotnika. Ani słowem nie wspomniano o brakującej osłonie, wcześniejszych skargach ani poleceniu kontynuowania pracy mimo zgłaszanej usterki. Podniosłem wzrok na Jarzębskiego. Uśmiechał się cierpliwie, jak nauczyciel oczekujący od ucznia odpowiedzi na pytanie, którego rozwiązanie już dawno zostało podane.

— Wiem, co chcesz powiedzieć — odezwał się, zanim zdążyłem sięgnąć po ołówek. — Ale musisz zrozumieć, że w takich sprawach nie można kierować się emocjami. Tomasz był dobrym pracownikiem, nikt temu nie przeczy. Niestety, popełnił błąd, a błędy mają konsekwencje. Gdybyśmy zaczęli wypłacać odszkodowania każdemu, kto przez własną nieuwagę wsadzi rękę tam, gdzie nie powinien, przedsiębiorstwo wkrótce nie miałoby z czego płacić reszcie ludzi. Chyba nie chciałbyś, żeby kilkuset robotników straciło zatrudnienie z powodu jednego nieszczęśliwego zdarzenia?

Przesunąłem kartkę w jego stronę i pokręciłem głową. Jarzębski nie przyjął jej. Oparł łokcie na biurku, splótł dłonie i przyglądał mi się przez chwilę z wyrazem zadumy.

— Jesteś inteligentnym chłopakiem, Julianie. Zawsze to w tobie ceniłem. Inni robotnicy ledwie potrafią złożyć własny podpis, a ty piszesz niemal jak urzędnik. Szkoda byłoby, gdybyś przez niewłaściwie pojętą solidarność zaprzepaścił możliwości, jakie daje ci ta umiejętność. Mógłbym przecież znaleźć dla ciebie lżejsze zajęcie. Ktoś musi porządkować dokumenty, przepisywać oznaczenia, prowadzić ewidencję materiałów. Nie obiecam ci od razu miejsca w kancelarii, ale z czasem wszystko jest możliwe. Trzeba jedynie umieć współpracować z ludźmi, którzy mają wpływ na takie decyzje.

Patrzyłem na arkusz. Zrozumiałem, że nie chodzi o ustalenie prawdy. Jarzębski chciał mojego podpisu, ponieważ wcześniej zapisałem, że wiedział o usterce. Zamierzał wykorzystać moje własne umiejętności przeciwko mnie, a przy okazji przeciw Tomaszowi. Pomyślałem o żonie rannego robotnika, stojącej przed bramą z dwójką dzieci, i poczułem nagłą odrazę do samego siebie, ponieważ propozycja lżejszej pracy wydała mi się kusząca. Od miesięcy bolały mnie plecy, a dłonie, niegdyś gładkie, pokryły się zgrubieniami. Możliwość spędzania dnia przy biurku, z dala od pyłu i ciężkich bel, jawiła się niemal jako odmiana zbawienia. Wiedziałem, że podpisując dokument, skrzywdzę człowieka, który nie będzie już mógł odzyskać utraconych palców. Wiedziałem także, że odmowa nie przywróci mu zdrowia, a mnie może pozbawić pracy. Z każdym uderzeniem zegara ta druga myśl nabierała coraz większej siły.

Jarzębski przesunął w moją stronę pióro. Jego stalówka błysnęła w świetle wpadającym przez okno. Przez chwilę przyglądałem się drobnym zadrapaniom na metalowej powierzchni, jak gdybym mógł odnaleźć w nich odpowiedź. Wreszcie wziąłem pióro. Podpisałem.

Nie uczyniłem tego z przekonania. Nie wierzyłem w ani jedno ze słów, pod którymi złożyłem nazwisko. Podpisałem, ponieważ bałem się utraty wynagrodzenia, eksmisji, głodu i powrotu do życia, w którym każda kromka chleba wymagałaby proszenia kogoś o pomoc. Uczyniłem to również dlatego, że Jarzębski zaoferował mi coś, czego od dawna pragnąłem: możliwość pracy niewymagającej nieustannego niszczenia własnego ciała. Pamiętam, że kiedy odkładałem pióro, jego ciężar wydał mi się nieproporcjonalnie wielki. Ręka drżała lekko, choć starałem się zachować spokój. Jarzębski przyjrzał się podpisowi, przyłożył do atramentu bibułę i schował kartkę do teczki. Potem otworzył szufladę, wyjął kilka monet i położył je na biurku.

— Na drobne wydatki — powiedział. — Nie traktuj tego jako zapłaty za podpis. Po prostu doceniam ludzi rozsądnych. A teraz wracaj do pracy. Porozmawiamy jeszcze o twoich możliwościach.

Nie chciałem brać pieniędzy. Przez chwilę siedziałem nieruchomo, patrząc na monety, których powierzchnia była wytarta od wieloletniego używania. Jarzębski zdawał się jednak nie zauważać mojego wahania. Zajął się innymi dokumentami, dając mi do zrozumienia, że rozmowa została zakończona. W końcu zgarnąłem pieniądze i wsunąłem je do kieszeni. Uczyniłem to powoli, niemal ceremonialnie, jak człowiek, który przyjmuje nagrodę za wykonanie szczególnie nieprzyjemnego zadania. Kiedy wstałem, Jarzębski podniósł głowę i uśmiechnął się ponownie.

— Wiedziałem, że się porozumiemy, Julianie. Jesteś zbyt ładny i zbyt inteligentny, żeby całe życie dźwigać bele.

Wróciłem do hali, czując, że pieniądze w kieszeni obijają mi się o udo przy każdym kroku. Nie były ciężkie, lecz ich obecność drażniła mnie bardziej niż mokra koszula przylegająca do pleców. Próbowałem skupić się na pracy, jednak co pewien czas dotykałem kieszeni, upewniając się, że monety wciąż tam są. Nie wiedziałem, czy chcę je zatrzymać, czy pozbyć się ich jak najszybciej. Rozważałem nawet wrzucenie ich do pieca, ale uznałem ten pomysł za dziecinny. Spalenie pieniędzy nie unieważniłoby podpisu. Nie przywróciłoby Tomaszowi palców ani nie nakarmiło jego dzieci. Mogłem co najwyżej oddać je żonie rannego robotnika, lecz sama myśl o spotkaniu z tą kobietą budziła we mnie strach, którego nie potrafiłem usprawiedliwić. Z każdą godziną coraz lepiej rozumiałem, że uczyniłem coś podłego, a świadomość ta nie skłaniała mnie bynajmniej do natychmiastowej poprawy. Przeciwnie, zacząłem poszukiwać argumentów, które pozwoliłyby mi uznać własne postępowanie za konieczne.

Salomea Wajsbrot zauważyła mój niepokój przed końcem zmiany. Pracowała przy sąsiednim stole, układając materiał w równe stosy, i od pewnego czasu przyglądała mi się z wyraźną podejrzliwością. Kiedy pozostali robotnicy wyszli na krótki odpoczynek, podeszła bliżej i zapytała, dlaczego Jarzębski tak długo trzymał mnie w kancelarii. Wzruszyłem ramionami, udając, że nie rozumiem pytania. Salomea zmrużyła oczy.

— Nie rób ze mnie idiotki, Julian — powiedziała cicho. — Widziałam, jak wychodziłeś. Miałeś taką minę, jakbyś połknął coś zgniłego. Co on od ciebie chciał? Znów wypytywał o Tomasza?

Skinąłem głową.

— I co mu powiedziałeś?

Wyjąłem kajet, lecz przez chwilę nie mogłem zmusić się do pisania. Salomea obserwowała mnie z rosnącym zniecierpliwieniem. W końcu zapisałem, że nadzorca sporządził dokument dotyczący wypadku. Przeczytała zdanie, po czym spojrzała na mnie uważnie.

— Podpisałeś?

Nie odpowiedziałem. Mój bezruch wystarczył jej za wyjaśnienie. Przez chwilę stała nieruchomo, a następnie odsunęła się o krok, jak gdybym nagle zaczął cuchnąć.

— Ty skurwysynu — powiedziała niemal szeptem. — Ty naprawdę to zrobiłeś.

Jej słowa ugodziły mnie dotkliwiej, niż chciałem przyznać. Nie dlatego, że były niesprawiedliwe, lecz dlatego, że wypowiedziała je osoba, której zdanie miało dla mnie znaczenie. Salomea od lat pracowała w fabryce, utrzymując dziecko i chorą matkę. Znała cenę każdego dnia opuszczonego z powodu choroby, każdego potrącenia i każdego nieopłaconego rachunku. Nie mogłem zarzucić jej, że nie rozumie mojej sytuacji. A jednak poczułem gniew. Chciałem napisać, że ona sama nie zrobiłaby niczego innego, gdyby groziła jej utrata pracy. Że łatwo jest potępiać człowieka, kiedy nie trzeba ponosić konsekwencji jego decyzji. Że Tomasz i tak nie odzyska ręki, niezależnie od tego, co znalazłoby się w dokumentach. Wszystkie te wykręty wydały mi się nagle tak przekonujące, że sięgnąłem po ołówek i zacząłem pisać.

Salomea wyrwała mi kajet, zanim skończyłem.

— Nie chcę tego czytać — powiedziała, oddając go z powrotem. — Wiesz, co jest najgorsze? Że ty nawet nie musisz kłamać ludziom prosto w oczy. Wystarczy, że coś napiszesz, a potem możesz udawać, że nic się nie stało. Tomasz ma dwoje dzieci. Dwoje, Julian. Jego żona była dziś pod bramą. Widziałeś ją?

Skinąłem głową.

— No właśnie. Widziałeś. I mimo to podpisałeś.

Odwróciła się i wróciła do swojego stanowiska. Przez resztę dnia nie spojrzała na mnie ani razu. Próbowałem pracować, ale dłonie miałem ciężkie, a materiał wydawał się coraz bardziej szorstki. Kilkakrotnie sięgnąłem do kieszeni po monety, jakbym chciał sprawdzić, czy nadal tam są. Nie umiałem jednak zdecydować, co z nimi począć. W końcu postanowiłem, że oddam je żonie Tomasza, jeśli tylko zdołam ją odnaleźć. Było to postanowienie nadzwyczaj wygodne, ponieważ nie wymagała natychmiastowego działania. Mogłem przez pewien czas uważać się za człowieka zamierzającego naprawić własny błąd, nie ponosząc jeszcze żadnych kosztów.

Po zakończeniu zmiany Jarzębski ponownie wezwał mnie do kancelarii. Tym razem nie siedział przy biurku. Stał przy oknie, z rękami założonymi za plecami, i obserwował robotników opuszczających podwórze. Na stole znajdowała się karafka z alkoholem, dwie szklanki oraz niewielki talerzyk z ciastkami, których zapach wanilii wydawał się niemal niedorzeczny w otoczeniu fabrycznego brudu. Kiedy wszedłem, zamknął drzwi i wskazał mi krzesło. Nie usiadłem. Jarzębski przez chwilę przyglądał mi się z uśmiechem, po czym nalał alkoholu do obu szklanek.

— Nie musisz się tak spieszyć, Julianie. Dzień pracy już się skończył. Możemy porozmawiać spokojnie, jak dwaj rozsądni ludzie. Wiesz, od pewnego czasu zastanawiam się, czy nie powinienem zaproponować ci jakiegoś dodatkowego zajęcia. Nie tutaj, oczywiście. Mam w domu sporo dokumentów wymagających uporządkowania, a moja żona wyjechała na kilka tygodni do rodziny. Przydałby mi się ktoś, kto potrafi pisać, jest dyskretny i nie zadaje niepotrzebnych pytań.

Przyglądałem się jego twarzy, próbując odgadnąć, jak daleko zamierza posunąć się w tej rozmowie. Jarzębski podszedł bliżej i podał mi szklankę. Nie przyjąłem jej. Odstawił naczynie na biurko, po czym położył dłoń na moim ramieniu. Poczułem ciężar jego palców przez materiał koszuli. Gest nie był gwałtowny ani szczególnie natarczywy, lecz jego znaczenie stało się dla mnie natychmiast jasne. Odsunąłem się o krok. Jarzębski zmarszczył brwi, ale nie cofnął ręki. Przesunął ją powoli ku mojej szyi, zatrzymując kciuk przy kołnierzu.

— Nie musisz się mnie obawiać — powiedział cicho. — Jestem człowiekiem kulturalnym. Potrafię docenić delikatność, a ty masz jej znacznie więcej niż większość tych prostaków z hali. Właściwie nie rozumiem, dlaczego ktoś taki jak ty marnuje się przy takiej pracy. Z odpowiednią opieką mógłbyś prowadzić zupełnie inne życie.

Jego palce przesunęły się po moim karku. Zrobiło mi się niedobrze, i to nie tylko z odrazy do jego dotyku. Przez krótką, wstydliwą chwilę pomyślałem o pieniądzach, o czystej pościeli, o możliwości jedzenia mięsa częściej niż raz na tydzień, o mieszkaniu pozbawionym wilgoci i robactwa. Wiedziałem, czego ode mnie oczekuje, i zastanawiałem się, jak wiele mógłby za to zapłacić. Myśl ta przemknęła przez moją głowę tak szybko, że niemal natychmiast próbowałem ją odrzucić, lecz nie mogłem udawać, że się nie pojawiła. Jarzębski odczytał moje wahanie jako zachętę. Przysunął się bliżej, a jego dłoń zsunęła się z karku na pierś, zatrzymując przy rozpiętym kołnierzu. Poczułem zapach alkoholu i perfum. Jego twarz znajdowała się tak blisko, że widziałem drobne włoski wystające z nozdrzy oraz ślady po niedokładnym goleniu. Wyciągnąłem rękę i odepchnąłem go stanowczo.

Jarzębski cofnął się, uderzając biodrem o krawędź biurka. Przez chwilę patrzył na mnie z niedowierzaniem. Potem jego twarz poczerwieniała, a usta zacisnęły się w wąską linię.

— Co ty sobie wyobrażasz? — zapytał, podnosząc głos. — Myślisz, że możesz mnie tak traktować? Ja próbuję ci pomóc, wyciągnąć cię z tego gnoju, a ty zachowujesz się jak niewdzięczny prostak. Wiesz, ilu ludzi oddałoby wszystko za podobną możliwość? Nie rozumiesz nawet, jakie masz szczęście, że ktoś w ogóle zwrócił na ciebie uwagę.

Nie odpowiedziałem. Stałem przy drzwiach, z sercem bijącym tak mocno, że czułem pulsowanie w skroniach. Jarzębski podszedł gwałtownie i uderzył mnie otwartą dłonią w twarz. Cios był silniejszy, niż się spodziewałem. Głowa odskoczyła mi w bok, a w ustach poczułem metaliczny smak krwi. Przez chwilę widziałem tylko rozmazany kształt biurka i zielonego sukna. Kiedy odzyskałem równowagę, Jarzębski stał przede mną, ciężko oddychając.

— Nauczę cię szacunku, Sęk — powiedział przez zaciśnięte zęby. — Nie jesteś żadnym paniczem. Jesteś robotnikiem, któremu pozwalam zarabiać na chleb. Nie zapominaj o tym. I nie myśl, że twoja ładna gęba będzie cię zawsze chronić przed konsekwencjami bezczelności.

Chwycił mnie za nadgarstek i wykręcił rękę tak mocno, że poczułem ostry ból. Próbowałem się uwolnić, lecz trzymał mnie zaskakująco silnie. Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy. W jego spojrzeniu nie dostrzegałem już pożądania, lecz czystą wściekłość człowieka, któremu odmówiono czegoś, co uważał za należną mu własność. W końcu puścił moją rękę i odsunął się, poprawiając mankiety surduta. Oddychał ciężko, ale starał się odzyskać dawną godność.

— Od jutra będziesz pracował w magazynie przy mokrych belach — oznajmił. — Tam przynajmniej nauczysz się, że każda praca wymaga posłuszeństwa. A jeśli usłyszę choć jedno słowo na temat naszej rozmowy, dopilnuję, żebyś nie znalazł zatrudnienia w żadnej porządnej fabryce w tym mieście. Rozumiesz?

Skinąłem głową. Nie dlatego, że zamierzałem podporządkować się jego groźbie, lecz dlatego, że chciałem jak najszybciej wyjść z pomieszczenia. Jarzębski wskazał drzwi. Ruszyłem ku nim, czując ból w nadgarstku i pieczenie policzka. Kiedy sięgnąłem po klamkę, usłyszałem jeszcze jego głos, tym razem znacznie spokojniejszy.

— I popraw kołnierz, Julianie. Wyglądasz nieprzyzwoicie.

Na korytarzu zatrzymałem się przy ścianie. Przez chwilę oddychałem głęboko, próbując opanować drżenie rąk. W ustach nadal czułem krew. Dotknąłem językiem wewnętrznej strony policzka i odkryłem niewielkie rozcięcie. Nie było szczególnie głębokie, ale piekło przy każdym ruchu. Zastanawiałem się, czy powinienem wrócić i uderzyć Jarzębskiego. Wyobraziłem sobie jego twarz rozbitą pięścią, krew spływającą po starannie ogolonym podbródku, zaskoczenie w oczach człowieka, który przez całe życie przywykł do bezkarności. Przez krótką chwilę smakowałem tę wyobrażoną zemstę. Wiedziałem jednak, że gdybym rzeczywiście to uczynił, zostałbym natychmiast wyrzucony z pracy, a może również zatrzymany przez policję. Jarzębski opowiedziałby zapewne o napaści ze strony niezrównoważonego robotnika, którego wcześniej próbował otoczyć opieką. Mój własny zapis wydarzeń nie miałby większego znaczenia. Podobnie jak w sprawie Tomasza, prawda zależałaby od tego, kto posiadał prawo do jej oficjalnego przedstawienia.

Wyszedłem z fabryki późnym popołudniem. Deszcz ustał, lecz ulice pozostawały mokre, a w koleinach po kołach wozów zbierała się brunatna woda. Mijałem ludzi wracających z pracy, kobiety niosące kosze z praniem, chłopców popychających wózki i mężczyzn stojących przed szynkami. Czułem się brudny, choć moje ubranie nie różniło się znacząco od tego, które nosiłem rano. Brud tkwił gdzieś głębiej, w miejscu, którego nie potrafiłem umyć. Próbowałem przypomnieć sobie chwilę podpisania dokumentu i zastanawiałem się, czy moje postępowanie byłoby inne, gdybym wiedział, co wydarzy się później. Nie znalazłem odpowiedzi. Być może podpisałbym ponownie, licząc, że tym razem Jarzębski rzeczywiście dotrzyma obietnicy. Myśl ta przeraziła mnie bardziej niż uderzenie w twarz.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 29.99 20
drukowana A5
za 49.99