Wszystko, co może się zdarzyć,
zdarza się na pewno w którejś z rzeczywistości
— Hugh Everett III
Rzeka płynęła leniwie, szumiąc jednostajnie wśród kamieni. Z pobliskich zarośli dochodził szczebiot ptaków, a wyżej, nad drzewami, rozlegał się ostry krzyk krążącego drapieżnika.
Zarośla pachniały wilgocią i mułem, w gęstwinie przy brzegu kołysały się turzyce, szumiały trzciny i pałki wodne, poruszane podmuchem od rzeki. Niżej, tuż nad wodą, widać było ciemne kępy mozgi i manny, które pochylały się nad nurtem jakby nasłuchiwały.
Gdy wjechali na kamienny most, końskie kopyta skrzesały snopy iskier. Głośny stukot odbił się echem od brzegów, oznajmiając przejazd trójki jeźdźców. Zatrzymali się zaraz za mostem. Jeden z mężczyzn zeskoczył z siodła jednym płynnym ruchem i pomógł kobiecie zejść z konia. Rozejrzał się uważnie, jakby porównywał widok z pamięcią. Drugi z mężczyzn też bacznie się rozglądał.
— Tutaj — powiedział w końcu, pewnym tonem. — Nasze miejsce było dokładnie tutaj. Twoje, jak pamiętam, trochę głębiej, w parowie.
Kobieta spojrzała na niego z niepokojem.
— Jesteś pewien, że to może się udać?
— Jeśli się nie uda, po prostu nic się nie wydarzy. Tego jestem pewien.
— Czyli wystarczy czekać…
— Pojedziemy do miasta. Wiorstę stąd jest hotel, w którym spałaś tamtego dnia. Z okien widać most, a nam wystarczy widok horyzontu. Jeśli zacznie się dziać to, czego oczekujemy, spokojnie zdążymy wrócić.
— Nikt nie widział błysków od dawna. Zaczynamy popadać w szaleństwo, kochany.- W dłoni zaciskała kurczowo mały srebrny medalik. Jak talizman na szczęcie a może jak zapowiedź nieszczęścia?
— A może po prostu nikt o nich nie opowiadał? — wtrącił drugi z mężczyzn — Chcemy wrócić do domu, żeby wasze dzieci urodziły się- zawahał się jakby szukając właściwego słowa -tam, gdzie powinny?
Spojrzała w górę, jakby próbowała odnaleźć coś na niebie.
— Niebo jest takie samo jak wtedy… Tak samo ciężko się oddycha. Tu chyba zawsze tak jest.
— Nie. — Wciągnął powietrze głęboko, jakby nagle coś poczuł. — Rzeczywiście zrobiło się ciężej na piersiach. Może mamy niewyobrażalne szczęście! Zejdźmy niżej, do parowu!
Wskazał ręką kierunek i przepuścił ją przodem. Cała trójka aczęła ostrożnie zsuwać się po zboczu. Najpierw powoli, potem coraz szybciej. Nagle tuż obok nich przeciął powietrze suchy, dziwny trzask. Potem drugi. I trzeci.
Powietrze przed nimi zamigotało. Błękitna poświata, jak poranna mgła, zaczęła zasłaniać dno wąwozu.
Jeden z męźczyzn zaczepił się o porastające zbocze chaszcze, stracił równowagę i runął w dół, prosto w migoczącą zasłonę.
— Uważaj! — krzyknęła kobieta, ale jego sylwetka już znikała w błękicie.
Zdecydowana, zsunęła się szybciej, niemal biegiem. Za nią zsuwał się drugi mężczyzna. Gdy dotarli na dno parowu, poświata zgasła. Powietrze stało się przejrzyste, a dzień jakby nagle się wypogodził.
Rozejrzała się gwałtownie, a strach zaczął narastać w jej piersi.
— Gdzie jesteś? Gdzie… on jest?
Wokół była tylko wąska, obrośnięta mchem niecka parowu. Oboje rozglądali się nerwowo. Żadnego zagłębienia, żadnego drzewa, żadnego miejsca, w którym mógłby zniknąć.
Niewielki srebrny medalik wysunął się z kobiecej dłoni.
Znowu była sama.
CZĘŚĆ I — Błyski
Od wieku nie widziano takiego tumultu pod klasztorem Bernardynek na południe od Brześcia. Auta wszelkich gabarytów parkowały w nieładzie na polnej drodze. Pomiędzy nimi stały furmanki z woźnicami drzemiącymi na kozłach, dalej namioty nierówno rozstawione i sterty sprzętu przykryte pałatkami. Całość tego rozgardiaszu stanowiła naturalną przeszkodę dla gawiedzi licznie przybyłej z miasta. Napór tychże był tak duży, że poproszono Policję Państwową, aby dodatkowo teren zabezpieczyć.
Nieco oddaleni, nad brzegiem Bugu, stali luźno rozsypani aktorzy spodziewanego widowiska. Ubrani w mundury żołnierzy Kongresówki, pieszo, konno czy siedząc, gdzie było to możliwe, oczekiwali na kolejny znak wzywający ich na plan zdjęciowy. Zgodnie z informacją wędrującą po całej Rzeczypospolitej, ekipa filmowa najdroższego polskiego filmu — pierwszego w kolorze — zawitała właśnie na błonia pod Brześciem, aby nakręcić kluczowe sceny batalistyczne narodowej epopei.
„Cud nad Bugiem” miał być wielkim widowiskiem, na które przeznaczono podobno trzy kilometry taśmy filmowej. Wszystkie sceny historyczne miano filmować w plenerach, a nie w studiu, zaś kluczową bitwę od początku postanowiono nakręcić w miejscu autentycznego zdarzenia. Film miał uświetnić obchody rocznicowe i być gotowy na ich setną rocznicę, jednakże — jak to z takimi projektami bywa — na trzy dni przed pierwotnie wyznaczoną premierą jego produkcja nadal była daleka od ukończenia.
Nad brzegami Muchawca i za Bugiem widzowie zebrani pod klasztorem gorąco dyskutowali o wszystkim, co filmu dotyczyć mogło, ale i nie tylko — głównie z nudów, jak to podczas oczekiwania bywa. A to mundury poddawano krytyce, że nie takie, bo to „Panie, ładownice inne, a i kolor kurtek niekoniecznie historyczny”. A to rzędy końskie — współczesne, tylko trochę ucharakteryzowane — i każdy się przecież zorientuje, że nie z epoki.
— Panie kochanieńki, przecież działa chyba wcale nie te, co być powinny, i gdzie ta piechota w ogóle stawać będzie, jak przecie z północy od szosy szli, a tu już czekają prawie że pod twierdzą, co wcale historyczne nie jest!
— A gdzież tam, panie szanowny, oni będą co wiedzieć, jak reżyser Liebke czyli Niemiec, to co on wiedzieć może, jak tu było?
— A skąd pan takie informacje posiadasz? Że on Niemiec? Jak w „Monitorze” stało, że nasz z samej Warszawy to twórca, Żyd pewnie, stąd nazwisko takie.
— Ależ proszę państwa! W radiu jeszcze dziś rano mówili, że Liebker się nazywa i Szkotem zasadniczo jest, z dawnej Kurlandii pochodzący, a i kilka dużych filmów nakręcił już.
— Tej ruskiej piechoty jakby za mało jest i jak oni to myślą oszukać?
— Ano klatki ponoć ręcznie kolorować będą czy jakąś tam podobną techniką, to może dorysują brakujące tysiące.
— Syn mój w pułku służy, to mówił, że im cztery kompanie do filmu pożyczyli tylko, a reszta statystów ma być.
— Ano było w gazecie, że płacą ośm złotych polskich za calutki dzień dla tych statystów, co pan powiedziałeś.
— Wszystko furda! — krzyczał w złości wysoki jegomość, wymachując drewnianą laską. — Skąd oni błyski wziąć zamierzają? Też dorysują?
Gdy tylko dyskusje na temat błysków się zaczynały, każdy miał swoją teorię, koncepcję, przemyślenia i wnioski. Bo tak to już w tym kraju jest od wieku, że gdy przychodzi opisać najważniejsze wydarzenie, które Rzeczpospolitą najpierw na mapy przywróciło, a potem w jedności i wielkości utrzymać zdołało, każdy jej obywatel własny pogląd posiada. Każdy wie, co się stało, ale opowieści o tym, jak to się stało, jest tyle, ilu opowiadających.
W kronikach zapisano, że 13 kwietnia 1831 roku polskie pułki, idące pod generałem Prądzyńskim w pościgu za pobitym już wcześniej korpusem rosyjskim, trafiają pod Brześć. Tu, zamiast spodziewanego wroga, którego ścigały, stają oko w oko z wielką armią samego feldmarszałka Dybicza. Podjąć walkę czy się wycofać? Za nimi rzeka i jeden wąski mostek, który uniemożliwia odwrót, przed nimi pewna śmierć. Wtedy podpułkownik Bem w marszu swoją artylerię lekko konną rozwija i z zaskoczenia swoimi działami kilka, a może i kilkanaście salw oddaje. Będąc w ruchu, pozycje swych dział co rusz zmieniając, rozbija kompletnie rosyjską artylerię. Według świadków strzela ze swoich dział na wprost w rosyjskie baterie, a nie po paraboli, jak sztuka wojenna nakazuje. Kiedy zaraz potem polska piechota rusza do natarcia na bagnety, Rosjanie zaczynają się cofać. Odwrót szybko przeradza się w bezładną ucieczkę! Prądzyński wchodzi do Brześcia bez jednego strzału, a na karkach uciekających aż do zmierzchu jadą polscy ułani.
Takie są fakty, choć dodać do nich należy, że szerząca się wśród wojska rosyjskiego cholera i śmierć feldmarszałka w czasie bitwy były głównymi przyczynami ich klęski. Raporty z potyczki wspominają także o dziwnym zjawisku pogodowym, które zdarzeniu towarzyszyło. Pomiędzy frontami wojsk rozszalała się spektakularna burza, z której jednak ani kropla deszczu nie spadła, a tylko błyskawice niebo w szaleńczych grzmotach rozdzierały. Od ilości piorunów zrobiło się ponoć tak jasno, że nie widać było nic poza tym oślepiającym blaskiem.
Wieść o wielkiej wiktorii rozpala umysły i wyobraźnię. Dziwna burza, szeroko przez żołnierzy opisywana, urasta do rangi opatrznościowej pomocy. Jedni widzieli Najświętszą Panienkę, która w błyskach niebiańskich ukazała się nad polskim wojskiem i go swoim płaszczem otuliwszy, nie tylko od zagłady ocaliła, ale i do zwycięstwa poniosła. Inni zauważyli, jak sama piorunami, niczym Zeus starożytny, we wroga miotała i jak ten przerażony, broń wszelką porzuciwszy, z pola zrejterował. W końcu jak jednym skinieniem sprawiła, że wielki feldmarszałek natychmiast ducha wyzionął w bólach nieludzkich i męczarniach.
Opowieściom nie było końca. Oto w Częstochowie złota zasłona cudownego obrazu Czarnej Madonny sama się podniosła i ukazała wizerunek Jej jasnym, niebiańskim błękitem otoczony. W tym samym czasie w wielu parafiach pod Jej wezwaniem dzwony same zaczęły bić, wielką wiktorię ogłaszając i wzywając wiernych na modlitwę. Dzwon Zygmunta w Krakowie, od czterdziestu lat milczący, odezwał się ponoć, obwieszczając powstanie narodowe w Galicji. Generała Prądzyńskiego okrzyknięto hetmanem, zaś bohaterem pierwszym został podpułkownik Bem, który swoimi działami „cudowi nad Bugiem” w znacznej mierze dopomógł.
Takie historie opowiadane są w tym kraju od wieku przez ludzi, którzy nigdy pewnie nie widzieli twierdzy brzeskiej ani Bugu, ani wojska polskiego, ani żadnego innego, o sztuce wojennej także zapewne niewiele wiedząc.
Rozdział 1
Brześć nad Bugiem, kwiecień 1931
1
— Więcej dymu! Bo nam się ujęcie całkiem już skiepści i będziemy od nowa wszystko zaczynać! Piechota gotowa?! — Jeden z asystentów reżysera, z tubą wielkich rozmiarów, komenderował niczym generał ze stosu skrzyń, co rusz spoglądając w stronę głównego twórcy, czy aby ten nie chce mu przekazać innych koncepcji. — Więcej dymu, przecież mówię chyba?! — powtarzał ciągle, widząc niezadowoloną minę pryncypała.
Na pierwszym planie ustawiono grupę konnych tak, aby zmieścili się w centralnym kadrze podczas marszu wynurzającej się z dymu piechoty.
— Panie Aleksandrze! — wrzasnął przez tubę asystent w stronę tejże grupy. — Panie Żabczyński! Bądź pan łaskaw się nieco w prawo obrócić! Ale razem z koniem, bardzo proszę! Ta chabeta pana nie zrzuci! Spokojnie… O! Teraz dobrze, tak! I niech pan łaskawie się wyprostuje, nawet wypręży nieco. Śmiało! W końcu jest pan hetmanem, nie?
Reżyser Liebker, który w rzeczywistości nie był ani Żydem, ani Szkotem, tylko Ormianinem pochodzącym spod Kamieńca Podolskiego, wstał ze swego krzesełka, ocenił sytuację na planie, po czym skinął głową na znak aprobaty. Na ten znak asystent przyłożył tubę do ust i krzyknął raz jeszcze:
— Uwaga wszyscy! Powtarzam! Piechota wychodzi z dymu z lewej i przemaszeruje w szyku przed sztabem, który stoi na pierwszym planie! Piechota patrzy przed siebie! Nie tutaj!
Po tych słowach zszedł ze stosu skrzynek i podał tubę reżyserowi, a ten natychmiast rzucił głośno:
— Kamery?!
Liebker usłyszał cztery odpowiedzi, że gotowe. Tę scenę kręcono z czterech różnych ujęć, aby potem wybrać najbardziej odpowiednie.
— Akcja! — krzyknął reżyser i oddał tubę asystentowi.
— „Cud nad Bugiem”! Scena siedemdziesiąta szósta! Ujęcie pierwsze! — Głośny klaps złotowłosej asystentki potwierdził rozpoczęcie akcji.
— Ujęcie pierwsze i jedyne… — zamruczał pod nosem reżyser.
Dym spowijał już niemal połowę planu; sączony ze specjalnych dmuchaw, przynajmniej w teorii tworzył krajobraz bitewny. Właśnie z oparów zaczęła wynurzać się wspomniana piechota, kiedy całkiem niedaleko, tuż za kłębami dymu, w kaskadzie trzasków i wyładowań pojawiły się rozbłyski podobne do tych, które występują przy spięciu przewodów elektrycznych.
— Co u licha? — zdążył zapytać reżyser, jednak zamilkł zupełnie, widząc totalną katastrofę swojej długo przygotowywanej sceny.
Konie aktorów stojących na pierwszym planie spłoszyły się gwałtownie, wyrzucając z siodeł niektórych niczego niespodziewających się jeźdźców. Oczywiście wśród tych, którzy w wielkim hałasie wylądowali na ziemi, znalazła się gwiazda filmu, Aleksander Żabczyński.
— Kurwa! — reżyser zaklął doskonałą polszczyzną, zdruzgotany sytuacją.
— Kręcimy! — wrzasnął bardziej przytomny asystent, wdrapując się czym prędzej na skrzynki, aby go było lepiej widać i słychać. — Kąt na piechotę i błyski! Widać coś przez ten dym?
— Widać, ale jacyś ludzie weszli w kadr! Policja miała pilnować tych gapiów! — odezwały się głosy gdzieś zza kamer.
— Scena do kosza, ale błyski filmujemy, potem się może zmontuje coś z tego — ocenił reżyser. — Skąd one się w ogóle wzięły?
— Nie słyszał pan o błyskach brzeskich? — zdziwił się asystent, znowu zstępując na ziemię. — W końcu film pan o tym kręci.
2
— Mamy ciężko rannego, policja już wiezie lekarza z miasta — oznajmił asystent reżyserowi, kiedy godzinę później siadali w zaimprowizowanej reżyserce, aby na spokojnie obejrzeć materiał z czterech obiektywów.
— Jednak musimy przynajmniej jedną kamerę ruchomą zrobić na szynach — reżyser podzielił się swoimi uwagami po wstępnym przejrzeniu taśmy. — Jak to: ciężko rannego mamy? Przecież wszyscy aktorzy, których konie zrzuciły, są w dobrej formie, sprawdzałem.
— Nie! — zaprzeczył asystent. — Jakiś obcy człowiek, ktoś z gapiów może… Mówią, że prądem porażony czy coś. Lekarz w drodze, jak mówiłem.
— Aha. Druga kamera, proszę materiał.
Większość nagranej taśmy byłaby w porządku, gdyby nie wypadek ze zwierzętami. No i ci ludzie w kadrze na trzeciej kamerze. „Nawet interesująco to wyszło” — pomyślał Liebker. Dwóch ludzi, a raczej ich lekko rozmazane kontury, pojawia się nagle we mgle i wśród błysków. „Oczywiście to nasz dym” — pomyślał asystent — „ale teraz z tymi ludźmi wygląda prawie jak mgła”. Postacie znikają z kadru na kilka sekund, po czym wracają, dźwigając bezwładne, trzecie ciało, by po chwili znów zniknąć. Tym razem jednak dym nie przesłaniał już kadru i było widać dość wyraźnie, że powietrze lekko faluje i drży, a ludzie rozpływają się w jednym momencie.
— No i gdzie są ci ludzie? — zapytał reżyser, osobiście cofając taśmę na projektorze, aby jeszcze raz zobaczyć ten fragment.
— Nie mamy pojęcia — odparł jeden z techników.
— A kamerę żeście na kolanie trzymali czy jak? Czemu ten obraz faluje i trzęsie się?
— Z kamerą w porządku jest i było. Na statywie stała jak zawsze — odparł technik. — Operator też się dziwił i nawet wszystko posprawdzał potem, ale tak się sfilmowało, jak widać.
— Trzy dni przygotowań psu na budę. Do dupy wszystko. Wydaliśmy lwią część budżetu na te jedną konkretną scenę, a mamy jedno konkretne nic.
Liebker był zły. Przez następne dwie godziny studiował materiał, usiłując wymyślić, jak mógłby użyć tych kadrów w filmie. Trzeba będzie ciąć, sklejać, oglądać, znowu pewnie ciąć i tak w koło Macieju, głupiego robota. Jednak całkiem niedługo nastąpiły wydarzenia, które oderwały go od pracy na znacznie dłużej, niż przypuszczał.
— Ten ranny nie przeżył jednak — oznajmił asystent, pojawiając się nagle obok pochłoniętego myślami reżysera. — A co więcej, sprowadzony lekarz też nie żyje.
— Co?! Jakieś fatum? Jaki znowu lekarz nie żyje? Co tu się dzieje dzisiaj?
— Nie wiemy. Nie mamy kolejnego lekarza na podorędziu. Chyba udar albo zawał, starszy gość był — odrzekł asystent. — Już się tym UOR zajmuje.
— Jaki znowu UOR?
— Urząd Ochrony Rzeczypospolitej — usłyszeli obaj głos wchodzącego do reżyserki człowieka, który z daleka machał urzędową legitymacją. — Zabezpieczamy filmy z dzisiejszych nagrań. Wszystkie kasety z rolkami, bez wyjątku. Panowie niestety będziecie musieli pojechać z nami.
Rozdział 2
Warszawa, kwiecień 1931
1
Młody człowiek zakutany w długi, wełniany płaszcz z wysoko podniesionym kołnierzem, w filcowej fedorze na głowie, której szerokie rondo skutecznie zasłaniało twarz, stał zamyślony albo po prostu nieco zmarznięty na szerokim trotuarze przed imponująco wysokim budynkiem.
Xawery Prądzyński, dziennikarz — to on bowiem kilka minut wcześniej opuścił biura największej w tym kraju redakcji dziennika codziennego: „Monitora Polskiego”. Nastrój miał podły i faktycznie trochę zmarzł w ten zimny, kwietniowy poranek. Był już całkiem pewien, że dzień nie ułoży się leniwie, jakby sobie tego życzył tuż przed narodowym leniuchowaniem z okazji Święta Niepodległości. Zapiął dokładniej płaszcz, by ochronić się przed podmuchami chłodnego wiatru. Poprawił fedorę na głowie nonszalanckim, często trenowanym przed lustrem ruchem, bo był aż do przesady dumny z jej posiadania — może dlatego, że zapłacił za nią aż sto czterdzieści dziewięć złotych polskich, co stanowiło dwie trzecie jego miesięcznej pensji. Odruchowo uniósł wzrok ku zachmurzonemu niebu, jednak zobaczył tylko kłębowisko burych chmur, które opasywały ostatnie piętra wieżowca „Warty”.
Od kiedy pół roku temu redakcję „Monitora” przeniesiono na parter nowego, reprezentacyjnego drapacza chmur Krajowego Towarzystwa Ubezpieczeniowego „Warta”, usytuowanego w Warszawie przy Placu Napoleona, Xawery miał zdecydowanie bliżej do pracy. Był nawet trochę dumny, że jako jeden z nielicznych może się pochwalić biurem w tym budynku. Biuro… Może stare biurko przyklejone do ściany tuż przy wejściu na salę prasową nie spełniało do końca wymogów nazwania go biurem, ale o tym wiedział tylko on. W końcu w wieku dwudziestu pięciu lat był redaktorem największej gazety codziennej w tym kraju. Wprawdzie w rubryce nowości i sensacji zamieszczanej na przedostatniej stronie, ale z prawem do zdjęcia przy artykule — a to już był prestiż.
Myślał tak do dzisiejszego dnia, zanim naczelny wezwał go pilnie z samego rana. „Naczelny wie o moim istnieniu” — stwierdził z mieszanymi uczuciami, idąc na piętro do obszernych gabinetów „generałów pióra”. Wśród pracowników funkcjonowała taka nazwa biura Redaktora Naczelnego.
— Pan jesteś od niespodzianek i cudów? — powitał go uśmiechem rubaszny głos starszego pana. — Xawery Prądzyński… No, masz acan nazwisko, ho, ho, tylko pozazdrościć! — zachwycał się naczelny, być może nawet szczerze. — A ja, widzisz pan, zwykły Lisiecki, taki prawie Kowalski — perorował tonem wyjaśniającym. — No ale cóż począć, ojciec zamiast w generały, poszedł w innym kierunku, niestety.
Lisiecki z miną wielce nieszczęśliwą przez chwilę wyglądał tak, jakby mu te generalskie szlify ktoś sprzed nosa ukradł. Szybko jednak ożywił się ponownie.
— Pan siada. Cygaro? Może kawy? Pił pan już? Nic tak nie pobudza do życia jak kawa… Ale, ale! My tu o głupotach, a praca jak zając — nie poczeka. Pojedzie pan do Siedlec i do Brześcia. Aparat pan ma, jak rozumiem?
— Dokąd? — Xawery faktycznie usiadł zaskoczony. — Po co?
Właśnie zdał sobie sprawę, że jego plany na najbliższe dni legły w gruzach. No, ległyby, gdyby je miał.
— Tak, mam aparat. Leicę — dodał zupełnie mimochodem.
— Doskonale! — Lisiecki klasnął w dłonie i uśmiechnął się, maskując zatroskanie, które nagle pojawiło się na jego twarzy. — Zrobi pan fotoreportaż z nekropolii. Wiesz pan: uroczystości, wiec narodowy, te sprawy. I niech się pan nie martwi o stronę pisaną, że się tak wyrażę — dorzucił, jakby spodziewał się, że niedoświadczony redaktor może się bać, iż go sprawa przerośnie. — Tekst napisze panna Adela, którą zaraz acan poznasz i którą panu pod kuratelę oddaję.
Lisiecki wskazał gestem dłoni za plecy zmieszanego nadal Xawerego. Ten jak na komendę wykonał zwrot w tył i ujrzał rzeczoną Adelę, wchodzącą lekko, ale pewnie do gabinetu. Zdziwił się jeszcze bardziej, gdy zobaczył osóbkę nad wyraz młodą, której się w redakcji nie spodziewał i której nigdy wcześniej nie widział.
— Panno Adelo — Lisiecki przeszedł nadspodziewanie zwinnie obok Xawerego, sprawnie ujmując drobne rączki dziewczyny w swoje. — Pan Xawery Prądzyński, nasz człowiek od cudów i rzeczy dziwnych. — Dokonał prezentacji. — Panna Adela Zagórzanka, która swych sił popróbować postanowiła w reporterskim fachu. Od pana potrzebujemy fotografii i muszą być one aktualne. W końcu to setna rocznica, nie można drukować byle czego, jakichś przebitek z ubiegłych lat, sam acan rozumiesz. A jeszcze, nie daj Panie Boże, wydarzy się coś ciekawego, innego niż zwykle, nieszablonowego… Niczego pan nie przegap, palec na cynglu i cykać! Panna Adela wrażenia opisze, na miejscu się przejrzy, może coś uzupełni… Klisze do aparatu weźmie pan u sekretarki. Pięć rolek wystarczy?
Lisiecki zawahał się i machnął ręką.
— A weź acan dziesięć! Nie będziemy przecież oszczędzać na patriotycznych uczuciach narodu.
Uderzył się otwartą dłonią w czoło teatralnym gestem.
— No i delegacja! Byłbym zapomniał. Policzmy: dwa noclegi w Brześciu ze śniadaniem w hotelu Hetmańskim — gdzieżby jaki nie hetmański hotel był w okolicy… — naczelny skomentował szyderczo własne słowa. — Dziewiętnaście złotych to będzie. No i obiady, oczywiście!
Wziął pióro z ozdobnego kałamarza i zaczął kreślić słupki matematyczne na kartce papieru, mrucząc pod nosem:
— Siedem jeszcze… no, osiem może… dwa bilety powrotne do Brześcia — a nie, to już kupione przecież. Bilety kolejowe na ekspres do Kijowa w sekretariacie pan odbierze — rzekł, patrząc znad kartki na Xawerego. — Razem dwadzieścia siedem złotych polskich plus na ekstra wydatki, żeby ewentualnie języka zasięgnąć… niech będzie pięćdziesiąt złotych.
— Rozumiem. Pięćdziesiąt złotych — zgodził się bezwiednie Xawery.
— No, to mamy omówione — zakończył naczelny. — Ale pana głównym zadaniem jest Brześć!
Lisiecki wstał zza biurka i usiadł obok Xawerego na skórzanej sofie.
— Znowu były błyski koło twierdzy! — zakomunikował pryncypał. — Tak, wiem — dodał szybko — „znowu, kogo to obchodzi”, powiesz acan. Otóż tym razem mają to na taśmie filmowej! — wykrzyknął, obserwując, jaki efekt wywrze ta nowina.
Xawery musiał mieć minę przynajmniej obojętną, bo Lisiecki machnął ręką, jakby chciał odgonić natrętną muchę, i niezrażony kontynuował:
— Kręcą tam ten słynny film o cudzie i akurat się sfilmowało to i podobno jeszcze więcej! Zadzwonił do nas jeden z techników z taką informacją.
— Jeszcze więcej? Czyli co dokładnie?
— Właśnie tego mają się państwo wspólnymi siłami dowiedzieć!
Xawery nadal stał przed wieżowcem „Warty”, odtwarzając w pamięci przebieg rozmowy. Obraz ogólny mąciła mu jednak postać panny Adeli, jej nieśmiałego uśmiechu, zalotnego spojrzenia. „E tam, wymyślam sobie!” — karcił się w duchu za tworzenie wyobrażeń o dziewczynie, która prawdopodobnie zupełnie taka nie była. Jednak myśli uparcie krążyły wokół niej, przeplatane błyskami brzeskimi. „Ot, ludowe opowieści i bajania o tym, jak to Matka Boska swoim gwiaździstym płaszczem otacza swoje dzieci i chroni je przed złem. Generalnie brednie ciemnego ludu”.
Świadkowie tych błysków to albo dzieci bawiące się pod murami fortu, albo pastuchy, albo w najlepszym przypadku grupa kamieniarzy idąca rano do pracy. A teraz błyski sfilmowano… Xawery nigdy zbyt poważnie nie zastanawiał się nad tym zjawiskiem. Czy to była prawda, czy po prostu legenda podsycana, by trwała w pamięci narodu, jak cudowny obraz Matki Boskiej Częstochowskiej? Według podań błyski pojawiają się tam od pamiętnej bitwy z Rosjanami sto lat temu, którzy — jak mówi legenda — oślepieni majestatem Najświętszej Panienki, porzucili broń i zrejterowali z pola bitwy. Klęska ich była całkowita, morale upadło, a polskie pułki bez przeszkód wkroczyły do Brześcia, a potem dalej i dalej, aż do ostatecznego zwycięstwa.
Czy ktoś wierzył w tak przedstawioną historię? Xawery nie wierzył. Uważał, że legenda żyje własnym życiem i służy jedynie podnoszeniu ducha. Była Wanda, co nie chciała Niemca, byli rycerze Łokietka uśpieni w grotach — więc może być i gwiaździsty płaszcz Najświętszej.
2
Panna Adela była dziś wyjątkowo pogodnie nastawiona do życia. Zadowolona, że udało jej się przekonać najpierw ojca, a potem redaktora Lisieckiego — przyjaciela domu — do dania jej szansy wykazania się w dziennikarskim fachu. Była wyjątkowo krnąbrną córką, o czym zwykł mawiać jej ojciec profesor. Mimo wielokrotnych starań, aby uczynić z niej obiecującą archeolog, a przynajmniej pracownika naukowego uniwersytetu, Adela robiła wszystko, by nikim takim na pewno się nie stać.
Zaraz po studiach, których ukończenia nie mogła odmówić ojcu, wyjechała do nowej Niemieckiej Republiki Ludu, aby na własne oczy zobaczyć z bliska ów „nowy, wspaniały raj na ziemi”. Znajomość języków, w tym niemieckiego, bardzo pomogła jej w poznawaniu świeżej — i jak się potem okazało, mocno przereklamowanej — rzeczywistości kraju robotników i wszelkich proletariuszy, a zwłaszcza jednego z nich: Dietmara Hoffa. Młoda absolwentka konserwatywnego uniwersytetu, zafascynowana utopijną ideologią i ludźmi ją tworzącymi, przeżyła burzliwy romans, zgoła nieproletariacki.
Niestety szybko wyszło na jaw, że obiekt jej romantycznych westchnień okazał się być zupełnie nieproletariackim szpiegiem. Gdy niespodziewanie wokół niego zaczęła zaciskać się pętla wywiadowczych macek, Adela została uprowadzona w sposób mało wyszukany i przewieziona do Rzeczypospolitej jako bagaż dyplomatyczny księcia Bahrajnu. Ojciec odebrał ją na granicy osobiście i w oszczędnych słowach wyjaśnił, że jej szpiegowska przygoda właśnie dobiegła końca. Nie zdążyła mu wytłumaczyć, że nie miała z żadnym wywiadem nic wspólnego, bo gdy z jej sukienki wypruto kawałki gęsto zapisanej bibuły, zrozumiała, że okazała się głupią gęsią wykorzystaną w grze, o której nie miała pojęcia. Na złość ojcu, którego po cichu podejrzewała o współudział w tej aferze, postanowiła zostać nauczycielką zamiast pracownikiem naukowym.
Siedziała teraz na swojej ostatniej godzinie lekcyjnej, błądząc myślami wokół zbliżającej się podróży i pozwalając uczniom skupić się na próbnym teście olimpijskim, który jak co roku obowiązkowo pisali wszyscy wychowankowie szkół zarówno powszechnych, jak i wyznaniowych. Adela nigdy nie mogła zrozumieć, dlaczego wszyscy musieli w owym teście narodowym uczestniczyć. Niektórzy z jej uczniów nie posiadali elementarnej wiedzy w tym kierunku, nie interesowało ich to lub mieli trudności z zapamiętaniem podstawowych dat. A była to przecież szkoła powszechna o ustalonym, dobrym poziomie nauczania. Jak radzili sobie uczniowie szkół żydowskich, rusińskich czy choćby katolickich, gdzie poziom edukacji leciał w dół wprost proporcjonalnie do odległości placówki od stolicy? Jednak Komisja Edukacji Narodowej uparcie lansowała program: wszyscy obywatele Rzeczypospolitej Narodów mówią i piszą w języku urzędowym — po polsku — i chętnie wezmą udział w narodowym blamażu historycznym.
— Pszepanią, kiedy tego orła postawili?
— Nie mówimy „pszepanią”, tylko „proszę pani” — poprawiała mechanicznie. — W tysiąc osiemset pięćdziesiątym roku.
— A kiedy umarł hetman?
— W tym samym roku, przecież to łatwo zapamiętać. Orzeł, hetman, konstytucja. Zawsze trzeciego maja — irytowała się Adela, ale odpowiadała na każde, nawet najbardziej niedorzeczne pytanie podopiecznych.
— Dlaczego Gwiaździsty Płaszcz jest niebieski, a nie biały? Przecież gwiazdy są białe?
— Jest błękitny, nie niebieski — odpowiadała nadal beznamiętnie.
„Podobno Hetman nie zgodził się na wizerunek Matki Boskiej w płaszczu i zastąpili go orłem. Czy to prawda, tatku?” — pytała ojca, kiedy jeszcze sama zadawała podobne pytania w szkole. Jej ojciec, profesor Uniwersytetu Warszawskiego i czynny archeolog, w kontaktach z córką-jedynaczką był wybitnie cierpliwy. Potrafił obrazowo tłumaczyć zagadnienia, o które pytała, często robiąc szkice ołówkiem, a nawet układając jej lalki w kolumny wojska, by wyjaśnić zawiłości operacji militarnych.
— Podobno — przytakiwał. — Stało się tak dlatego, że bardzo zależało wszystkim na przedstawieniu nowej Rzeczypospolitej w świecie jako kraju nowoczesnego, a przynajmniej bardziej nowoczesnego niż carska, klerykalna Rosja. Rosja, którą właśnie pobiliśmy. Sytuacja wtedy nie była dla nas najlepsza, mimo wszystko. Przecież naszą kolebkę narodową, Wielkopolskę, odebraliśmy Niemcom zaledwie przed chwilą. Na południu Austriacy stracili Kraków, a w Galicji wciąż trwało powstanie. Trzeba było pokazać Europie i światu, że jesteśmy tu i będziemy, i to nie Bóg tak chce, tylko My, Polacy, oraz wszyscy ci, którzy Rzeczpospolitą za swoją matkę-ojczyznę uznają. Orzeł do tego pasuje idealnie, to przecież symbol naszego kraju od zarania dziejów. Jak dziś widzisz Błękitny Sztandar Rzeczypospolitej Narodów, zastanawiasz się, skąd się wziął, czy po prostu jesteś dumna?
Adela, wspominając słowa ojca, odruchowo spojrzała na zawieszony w klasie Zestaw Patriotyczny, który można było zakupić za niecałe dziesięć złotych polskich w każdym sklepie na terenie kraju. Ów zestaw bowiem, zgodnie z ustawą, musiał być dostępny w cenie urzędowej dziewięciu złotych i dziewięćdziesięciu groszy w dowolnym punkcie handlowym, a także w polskich placówkach dyplomatycznych i innych agendach za granicą.
W zestawie znajdował się błękitny sztandar, fotokopia portretu Hetmana Prądzyńskiego oraz — tu już wymiennie — fotokopie portretów aktualnych przywódców państwa. Od czasów Hetmana (tego pisanego wielką literą) Prądzyńskiego, przywódcami zawsze byli hetmani, a że pełnili tę funkcję dożywotnio, nie było ich zbyt wielu. Władzę faktycznie sprawował Sejm Ustawodawczy, wybierany w głosowaniu powszechnym wszystkich stanów co cztery lata. Sejm wyłaniał Rząd Narodowy, a jego Prezydent był politycznym liderem narodu. Żaden duchowny ani żołnierz nie mógł być posłem na Sejm, więc Rzeczpospolita zawsze miała u władzy duet: Hetmana-żołnierza oraz polityka-cywila.
Adela spoglądała zatem na sztandar. W błękitnym polu biały orzeł, a wokół niego wirujące białe gwiazdy… Jak to było? Tyle gwiazd będzie w sztandarze Rzeczypospolitej, ile narodów ją tworzących. Gdzie tu miejsce dla Matki Boskiej, otaczającej płaszczem swoje dzieci?
Dzwonek wyrwał wszystkich ze stanu uczniowskiego skupienia i w jednej chwili przestawił ich na tryb euforii. Adela wiedziała, że próby powiedzenia czegokolwiek w tej chwili nie mają sensu. Powoli zebrała z biurka swoje rzeczy, poczekała, aż wszyscy opuszczą klasę i wyszła ostatnia. Zaczynało się kilkudniowe, radosne Święto Niepodległości i jej pierwsza przygoda z dziennikarstwem, na spotkanie z którym nie zamierzała się spóźnić ani o minutę.
Rozdział 3
Brześć nad Bugiem, kwiecień 1931
1
Komisarz Policji Państwowej w Brześciu nad Bugiem, Marek Hrynicki, siedział na posterunku szóstym i pił już trzecią kawę, przeglądając ze znudzeniem miejscowy „Głos Narodowy”. Zastanawiał się właśnie, dlaczego niemal każdy lokalny dziennik musi być koniecznie „narodowy” albo „patriotyczny”, skoro jego zawartość to zwyczajowe zapchajdziury: ogłoszenia, nekrologi i nieco sportu na ostatniej stronie. Nic, na czym można by zawiesić oko na dłużej niż trzy sekundy.
„Poznam Panią w celu matrymonialnym, o miłej aparycji i uczciwych dochodach”. I kolejna sensacja: „Zmarł wczorajszego wieczora, doznając udaru, znany w mieście doktor od spraw medycyny ogólnej, któren ratował porażonego prądem elektrycznym kolejarza brzeskiego. Rodzina nieutulona w żalu etc, etc”. Albo wszechobecne reklamy czego się tylko da: „Jąkaniec oraz wszelkie inne zboczenia mowy radykalnie usuwa zakład leczenia dla jąkałów na ulicy Prądzyńskiego przy magistracie. Śniegowce odnawia, naprawia i lakieruje zakład wulkaniczny…”.
Komisarz Hrynicki, dobrze zbudowany, wysoki mężczyzna około trzydziestki, z włosami elegancko zaczesanymi do tyłu i lekko połyskującymi pod obowiązkową warstwą brylantyny, był — jak co dnia — nienagannie ogolony. Sprawiał wrażenie znacznie lepsze niż cała reszta policjantów nie tylko w Brześciu, ale być może i w znacznej części kraju. Jego sportowa przeszłość wyraźnie odbijała się tak w proporcjonalnej sylwetce, jak i w charakterze. Jak tłumaczył kolegom, nie miał czasu nauczyć się pić ani palić i jakoś musiał z tym żyć, a na częstych policyjnych popijawach lub sobotniej „rybce” pozostawał przy butelce piwa.
Od czternastego roku życia uprawiał lubianą i popularną w kraju dyscyplinę sportową, nazywaną soccerem. W swojej seniorskiej karierze wystąpił w stu czterdziestu dziewięciu meczach ligowych Orła Brześć i nie obronił zaledwie dwudziestu dziewięciu strzałów! Dwukrotnie powoływano go do kadry Rzeczypospolitej na mecze międzypaństwowe, gdzie nie zagrał jednak ani minuty. Złamana noga i poważny uraz stawu biodrowego zakończyły jego profesjonalną karierę w chwili, kiedy miała na dobre rozkwitnąć. Po sezonie 1923/24 głośno pisano o jego nowym kontrakcie z Pogonią Lwów — najlepszą drużyną piłkarską w kraju i czołową w środkowej Europie.
Po roku rekonwalescencji zarzucił sport wyczynowy i zajął się swoją drugą pasją: kryminalistyką. W policji starościńskiej szybko zauważono jego zdolności dedukcyjne, znajomość przepisów i biegłość w wykorzystywaniu nowinek technicznych. Sam starosta brzeski rekomendował go do pracy w Policji Państwowej, bo — jak stwierdził — szkoda, aby talent marnował się w „straży miejskich skautów”, jak potocznie nazywano starościńskie jednostki porządkowe. Z poparciem odpowiednich ludzi, ale głównie dzięki własnej pracy i profesjonalizmowi, Marek Hrynicki szybko stał się jednym z najlepszych śledczych w mieście, któremu powierzano najtrudniejsze sprawy.
Był jednak coraz bardziej rozdrażniony sytuacją, w jakiej się znalazł. Nie mogąc odmówić komendantowi, dawał się wplątywać w zdarzenia zgoła niepotrzebne.
— Pojedzie pan na „szóstkę”. Dzwonił tam jakiś świadek ostatniej ferii światełek z informacją, że był świadkiem być może zabójstwa — komendant przeczytał notatkę otrzymaną z dyżurki.
— Jak to: być może? — wtrącił Hrynicki, zupełnie zbędnie. Przecież nawet gdyby zadzwonił ktoś podający się za króla Ubu, komendant przekazałby mu tę informację bez śladu emocji.
— No, tak podobno powiedział. Nie chciał słuchać, co powinien zrobić w tej sytuacji, tylko nalegał na spotkanie ze śledczym od zabójstw. Twierdzi, że ma dowody i takie tam. Dziwna sprawa, ale nie możemy tego po prostu zbagatelizować, sam pan rozumie.
Rozumiał, ale to nie pomagało na rozdrażnienie. Gdyby był pijący jak inni koledzy, miałby przy sobie dyskretną piersiówkę od Baczewskiego i mógłby umilić sobie czas oczekiwania. Żona opuściła go nie dlatego, że pił, ale dlatego, że nie pił i nie wracał na noc, co było dla niej, Rusinki z dziada pradziada, mocno podejrzane. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego zdrowy mężczyzna nie pije wódki jak każdy normalny człowiek, tylko wymyśla historie o nocnych eskapadach. Tłumaczenia, że policjant, kurwa i złodziej na jednym jadą wozie i to zwykle nocą, nie przynosiły rezultatu. Gdy odmówił zmiany zawodu, żona znalazła sobie aktora-domatora i wyjechała z nim do Lwowa, gdzie ów gach kariery nie zrobił, wpadł w alkoholizm i przestał wracać na noce. Co się z nią działo dalej — nie wiedział i nie był ciekaw.
— Do komisarza Hrynieckiego? — pytanie wyrwało go z letargu.
Stał przed nim około trzydziestoletni mężczyzna z nienaturalnie siwą czupryną, która dominowała nad jego wyglądem.
— Hrynickiego — poprawił. — To pan telefonował do komendy?
— Tak, dyżurny kazał mi się tu stawić — odparł przybyły, siadając lekko na krześle i rozglądając się ukradkiem.
— Czemuż to nie złożył pan zeznań do protokołu jak przykładny obywatel, tylko fatyguje pan komisarza Policji Państwowej i jeszcze się spóźnia?
— Musiałem mieć pewność, że nikt za mną nie idzie. Wie pan, taka dodatkowa ostrożność.
Hrynicki spojrzał na rozmówcę z niedowierzaniem. „Kolejny świr, a ja muszę mieć notatkę służbową, bo inaczej potrącą mi dniówkę za lewiznę na służbie. Święta — wysyp świrów…” — pomyślał.
— Przecież przyszedł pan na komendę policji, a to łatwo zaobserwować komuś, kto mógłby pana śledzić…
— Bo… nieważne — zmieszał się nieco przybyły. — Jestem geodetą. Prowadzę aktualnie pomiary działek za twierdzą na zlecenie magistratu. Takie tam, nudne w sumie, nie ma o czym opowiadać.
Hrynicki zwrócił uwagę, że polszczyzna, jak i akcent rozmówcy, były dość dziwne. Na pewno nie był z tych stron. „Musi być z dalekiego wschodu” — pomyślał, analizując melodyjność jego głosu.
— Do rzeczy, panie…
— Edelmann. Tak się nazywam. Tak, Edelmann. Jakby tu… no, o błyskach pan słyszał, a może i widział ostatnio u filmowców? To wiadomo, mam nadzieję…
— Panie Edelmann, bądź pan łaskaw powiedzieć o przestępstwie — napomniał komisarz.
— No właśnie ku temu zmierzam, szanowny panie. — Edelmann powtórzył, szukając zgubionej frazy. — Więc widzę ten galimatias… no, wszyscy, co tam byli, widzą, żadna tajemnica. I tych ludzi, co to się niby nagle pojawili i znikli równie nagle, nieboszczyka ze sobą taszcząc.
— Chce mi pan powiedzieć, że widział pan jakichś ludzi z nieboszczykiem?
— Ja nie wiem, czy oni byli z nieboszczykiem — geodeta odparł szybko. — Taszczyli bezwładne ciało, tyle widziałem, zanim zniknęli.
— I tylko pan to widział? Ktoś stał z panem? — dopytywał komisarz. — Tam sporo ludzi było tego dnia.
— Akurat przy mnie nikogo nie było, nie przypominam sobie, ale też nie w tym rzecz.
— W czym zatem rzecz jest?
— Jak już kurz po wszystkim opadł, przeszedłem się tamtędy. Korciło mnie sprawdzić, z ciekawości, co to mogli być za ludzie i skąd się wzięli. Bo wedle mnie oni po prostu przeszli przez jakieś zamaskowane przejście, takie… bardziej niewidzialne dla innych.
— Niewidzialne przejście, mówisz pan… — Hrynicki powtórzył, zastanawiając się nad czymś zupełnie innym. — I cóżeś pan odkrył?
Edelmann położył na stole mały pakunek. Policjant ostrożnie zaczął go rozwijać, by w końcu ujrzeć klamrę i kawałek parcianego paska.
— Klamra od pasa — wymamrotał pod nosem. Na metalu widniał wygrawerowany napis cyrylicą. — CCCP… — wydukał z trudem komisarz. — Nic mi to nie mówi. Co w tym istotnego? — zapytał sam siebie i odwrócił klamrę, by zobaczyć jej wewnętrzną stronę.
Zauważył tam wyraźnie wygrawerowane godło, przypominające prawdopodobnie symbolikę Niemieckiej Republiki Ludu: sierp i młot skrzyżowane ze sobą w otoczeniu wieńca z liści laurowych na rzymską modłę. Hrynicki długo się temu przyglądał, jednak nie mógł sobie z całą pewnością przypomnieć, jak dokładnie wygląda oficjalne godło NRL. „A na cholerę mi to wiedzieć?” — żachnął się w duchu. Pod spodem widniały równie wyraźne litery, także cyrylicą: Sława i chwała.
— I pan to znalazłeś gdzie? Tam, gdzie ci ludzie w tę bramę niewidzialną weszli?
— Tam właśnie.
2
Komisarz Hrynicki wyszedł z posterunku na podwórze, minął dwa przylegające dziedzińce i skrótem dostał się na ulicę prowadzącą wprost ku twierdzy. Dzięki temu nie zauważył zdarzeń, które w tej samej chwili rozgrywały się niemal przed frontem komisariatu.
Edelmann, rosły młodzieniec z nienaturalną czupryną siwych włosów, wyszedł tylnymi drzwiami, tak jak polecił mu dyżurny. Był zmęczony, przygarbiony, jakby rozmowa z Hrynickim kosztowała go więcej, niż chciałby przyznać. Zatrzymał się na schodku, poprawił kołnierz płaszcza i rozejrzał się odruchowo — nie jak ktoś śledzony, raczej jak człowiek, który ma za dużo na głowie.
Ulica przed komisariatem była spokojna. Kilka kobiet wracało z targu, chłopak prowadził rower, a na rogu stała dorożka. Koń trwał nieruchomo, jakby drzemał na stojąco. Woźnica siedział na koźle, pochylony, z rękami głęboko w kieszeniach płaszcza. Siwowłosy ruszył w stronę domu.
Przeszedł zaledwie kilka kroków, gdy po drugiej stronie ulicy pojawił się starszy mężczyzna. Niewyróżniający się: szary płaszcz, kapelusz, twarz jak z tłumu. Tylko spojrzenie miał inne — zimne, skupione, jakby na coś czekał. Edelmann go nie zauważył. Tamten przeszedł powoli na środek chodnika, zatrzymał się przy latarni i wyjął z kieszeni niewielki przedmiot przypominający kieszonkowy zegarek. Obrócił czymś w palcach. Nic więcej.
W tej samej chwili koń przy dorożce gwałtownie uniósł łeb, jakby pchnięty niewidzialnym bodźcem. Woźnica — dotąd ospały — wyprostował się i chwycił lejce. Nie spojrzał na zwierzę. Patrzył prosto na siwowłosego. Dopiero potem szarpnął.
Koń ruszył z miejsca z nienaturalną energią. Dorożka potoczyła się szybciej, niż pozwalały przepisy, ale nie na tyle gwałtownie, by wzbudzić podejrzenia. Edelmann usłyszał stukot kopyt dopiero w ostatniej chwili. Odwrócił się, zdążył zrobić pół kroku w bok — za mało. Uderzenie rzuciło go na bruk. Zanim woźnica zdołał osadzić pojazd, było po wszystkim.
Ludzie z pobliskich sklepów wybiegli na ulicę. Woźnica zeskoczył z kozła, krzycząc wniebogłosy:
— On mi wyszedł prosto pod konie! Koń się spłoszył! Ja nic nie mogłem!
Koń jednak stał już spokojnie, jakby nic się nie wydarzyło.
Starszy mężczyzna w szarym płaszczu trwał jeszcze chwilę przy latarni. Patrzył na leżącego bez emocji. Potem schował mały przedmiot do kieszeni, odwrócił się i odszedł w stronę bocznej uliczki. Zniknął, zanim ktokolwiek zwrócił na niego uwagę.
Gdy policja przyjechała, świadkowie mówili już tylko o „nieszczęśliwym wypadku”. Woźnica powtarzał swoją wersję jak wyuczony tekst. W raporcie zapisano krótko: Śmierć w wyniku potrącenia przez dorożkę. Brak znamion udziału osób trzecich.
Nikt nie wspomniał o starszym mężczyźnie. Nikt nie zauważył, że dorożka nie posiadała numeru cechowego. Nikt nie zapytał, dlaczego koń ruszył tak gwałtownie. Dorożka zniknęła z ulicy pół godziny później. Woźnica również.
3
Hrynicki zaintrygowany dziwną klamrą od paska, przewędrował pół miasta, poświęcając na to prawie całą sobotę.
Odwiedził Muzeum Wojny o Niepodległość, zaszedł nawet do biura kustosza. Był w twierdzy, gdzie w części udostępnionej dla zwiedzających obejrzał prawie każdy butik i stragan z pamiątkami — i nie dowiedział się niczego. Postanowił zrobić jeszcze rundę po sklepach z militariami, których, jak wiedział, były w mieście dwa. Jeśli i tam niczego nie wskóra, da sobie spokój. W końcu to jego prywatne śledztwo, czy raczej ciekawość, która zabierała mu czas, a ten mógłby przecież spędzić… No właśnie, gdzie? Z kim? Żona odeszła, dzieci nie miał, rodzina mieszkała daleko. Jedyną jego pasją była praca.
Pierwszy sklep z militariami okazał się mocno przereklamowany. Wyszedł zawiedziony. Po niedługim spacerze trafił do kolejnego punktu, gdzie — jak sobie przypomniał — znał właściciela. Trafił on swego czasu do policyjnego rejestru w związku z niejasnym śledztwem dotyczącym napadu rabunkowego i przerobionego rewolweru, ale szczegółów komisarz już nie pamiętał. Właściciela rozpoznał od razu: starszy, tęgi mężczyzna z krótką kozią bródką, kompletnie łysy i w śmiesznych okrągłych okularach.
— Witam pana komisarza! — zaryczał zza kontuaru wykonanego chyba z dna starej łodzi rybackiej. — Miło widzieć! Cóż pana sprowadza? Czyżby znowu ktoś mojej broni użył niezgodnie z przeznaczeniem?
Hrynicki natychmiast przypomniał sobie tamtą sprawę: postrzelony właściciel salonu meblarskiego i dochodzenie, które kazano mu zamknąć ze względu na brak dowodów. Wtedy właśnie poznał Alojzego, który raz występował w roli świadka, raz ofiary włamania, by za chwilę stać się cichym informatorem policji. Nie spodziewał się zobaczyć go tutaj w roli sklepikarza.
— Spokojnie, panie Alojzy, jestem tu całkiem prywatnie — uśmiechnął się komisarz, podając rękę na przywitanie.
— Policja Państwowa nawet jak jest prywatnie, to nie jest… wie pan, taki fach. Jak mogę pomóc?
— Ano, może mógłby pan — odparł Hrynicki, kładąc klamrę na kontuarze.
Alojzy chwycił lupę i zaczął metodycznie lustrować przedmiot. Trwało to chwilę, po czym jednym płynnym ruchem zniknął za kotarą. Wynurzył się po chwili, kładąc obok klamry nóż z długim ostrzem.
— To wojskowy nóż z cechami bagnetu — wyjaśnił Alojzy. — Nie znam tej techniki i tego modelu. Ale bez wątpienia jest tu ten sam symbol, prawda?
Hrynicki spojrzał uważnie. Grawerunek przedstawiał skrzyżowany sierp z młotem i litery CCCP. Pod numerem seryjnym komisarz odczytał datę: 2017.
— Skąd pan…
— Kupiłem to jako znalezisko z pola bitwy, gdzieś w Prusach — odparł szybko Alojzy. — Wątpię jednak w tę wersję. A i oferent był ciekawą postacią: młody człowiek z mocno wschodnim akcentem i czupryną naturalnie siwych włosów.
— Możliwe — Hrynicki już wiedział, że trafił na trop. — Co pan powie o tych rzeczach?
— W klamerce jest zatrzask. Takich klamer używa się teraz w armii, ale to są bardzo świeże rozwiązania, dopiero wchodzą do użycia.
Alojzy zawahał się.
— Zapraszam na zaplecze. Zamknę sklep. Coś sprawdzimy.
W pomieszczeniu odezwał się terkot telefonu, którego Hrynicki nie mógł zlokalizować. Zobaczył dopiero słuchawkę przy uchu Alojzego i wyraz jego twarzy, który wyraźnie tężał.
— No, to żeście po prostu dali dupy i to po całości — odezwał się półgłosem do słuchawki. — Nie, poradzę sobie… Porozmawiamy później. — Odłożył niewidoczne urządzenie i zwrócił się do policjanta: — Przepraszam, kapitanie… sprawy handlowe. Wracając do tematu.
Alojzy położył na blacie blaszaną tablicę.
— Widzi pan — wskazał na napis: Posen Betriebsrat. — Pamiątka po odzyskaniu Poznania w 1922 roku. To ich godło. Podobne do tego na klamrze, ale tylko podobne. Tu jest młot i cyrkiel, a tam młot i sierp. Te narzędzia są takie same jak na moim bagnecie.
Sięgnął po atlas i postukał palcem w fotografię godła Niemieckiej Republiki Ludu Liebknechta i Uljanowa.
— To samo. Na klamrze nie ma godła NRL. Wiem jedno: to nie jest niemieckie. Jest taki profesor z Warszawy, archeolog Belina. Zajmuje się militariami. Można by go zapytać.
— Za daleko dla mnie — odparł Hrynicki. — Przejdę jeszcze na błonia. Może ktoś coś przeoczył.
— Czyli to jest to, co znaleziono na planie filmu, kiedy zaobserwowano błyski? — zapytał Alojzy wyczekująco.
— Pewności nie mam. Ale to wersja, którą znam.
— Samochód stoi przed sklepem. Mam pełny bak. Jeszcze dziś możemy być w Warszawie. A wcześniej podwiozę pana na miejsce znaleziska.
— Byłoby dziwne, gdyby takie rzeczy sprzedawali hurtowo przypadkowi ludzie — mruknął komisarz, chowając klamrę do kieszeni. — Czyli ta CWS Torpeda przed sklepem to pańskie cacko?
Alojzy uśmiechnął się szelmowsko. Odpowiedź była zbędna.
Rozdział 4
Iganie, Narodowe Święto Niepodległości
1
Wyjeżdżając ulicą Grochowską z Warszawy na dawny trakt ku wschodowi, podróżnik znajdzie się zaraz na szerokiej, w całości brukowanej szosie zwanej brzeską, gdyż w Brześciu nad Bugiem kończy się jej bieg. Szosa ta, wysiłkiem wielu rąk pobudowana w latach Królestwa Kongresowego, licząca dokładnie 178 dzisiejszych kilometrów, jako jedyna w Rzeczypospolitej posiada własny pomnik. A nawet dwa, bo ustawiono identyczne obeliski przy ulicy Grochowskiej w Warszawie oraz w Terespolu, za sprawą osobistego zaangażowania Stanisława Staszica, wielkiego orędownika gospodarczych przedsięwzięć w kraju. Mennica Warszawska wybiła też okolicznościowe medale upamiętniające zakończenie budowy.
10 kwietnia 1831 roku VI Korpus rosyjski generała Rosena tą właśnie brukowaną szosą cofał się na Siedlce, aby tam zaczekać na główne siły generała Dybicza i z tamtejszego parku artylerii przysposobić nowe działa, gdyż samodzielnie po dwakroć już musiał uznać wyższość Polaków — pod Wawrem i Dębem Wielkim. W tym samym kierunku, nieco od południa, podążało dziesięć tysięcy żołnierzy polskich pod wodzą generała Prądzyńskiego, wspieranych zaledwie szesnastoma działami polowymi artylerii konnej. Za nimi ciągnęła w dość rozproszonej formacji reszta polskiej armii.
Po południu wspomnianego dnia szpica 8. Pułku dostrzegła Rosjan. Generał Klicki ruszył do natarcia natychmiast, a armaty Bema miały mu w ataku drogę torować. Zaraz jednak Polacy dostali się pod ogień dwudziestu ośmiu dział rosyjskich, grzmiących salwami z drugiego brzegu rzeki Muchawki. Bem, dysponując tylko lekkimi działami, dosięgnąć ich nie mógł. Zachwiała się polska piechota, ale atak nie ustawał i mimo nawałnicy ognia posuwał się wciąż naprzód. W końcu 8. Pułk polskiej piechoty oparł się o wieś Iganie, gdzie uzyskał dogodniejszą pozycję do dalszych działań. Rosyjski generał jednak wcale nie zamierzał ustępować i posłał na Polaków swoich jegrów, którzy bagnetami zamierzali wyprzeć ich ze wsi.
W tym samym czasie generał Fessi z generałem Sieversem, za Rosenem tą samą szosą maszerowali. Cofali się spod Kostrzyna, gdzie ich generał Skrzynecki poważnie poturbował. Widząc pierwsze oznaki bitwy, postanowili czym prędzej włączyć się do walki. Trzy pułki husarów Sieversa już poczęły zmieniać szyk, lada chwila będąc gotowe do szarży. Jeszcze kilka chwil i rosyjska kolumna wykona zwrot, a potem rozsypie się kompaniami i ruszy. Kto i czym ją powstrzyma?
I wtedy znikąd niemal pojawiają się oni. W rosyjskie pułki szaleńczym atakiem uderzają dwa ledwie szwadrony polskich ułanów! Atak jest tak szybki i niespodziewany, że po trzykroć silniejsi Rosjanie zostawiają na polu pięciuset zabitych, a jedynie dwóm polskim ułanom los nie był przychylny.
Generał Prądzyński z lewego skrzydła prowadzi osobiście do natarcia sześć batalionów piechoty na resztę jazdy Sieversa. Jegrzy Rosena, walczący pod Iganiami w śmiertelnym zwarciu, w jednej chwili mają już Polaków nie tylko przed sobą, ale i za sobą. Reszta rosyjskiego wojska, widząc zbliżającą się katastrofę, kieruje się w stronę jedynego mostu na Muchawce. Tam, za rzeką, na wzgórzu, rosyjskie działa wciąż wygrywają swoją głuchą melodię. Bataliony Prądzyńskiego ruszają w tym samym kierunku. Rozpoczyna się wyścig do mostu. Kto pierwszy zajmie przeprawę, ten wygra bitwę.
Polacy byli pierwsi. Przed kolacją starcie było skończone. Generał Rosen stracił połowę swojego wojska, blisko pięć tysięcy żołnierzy. Polacy pogrzebali czterystu towarzyszy.
Dopiero po zmierzchu dotarł pod Iganie Wódz Naczelny powstania i Wojska Polskiego… i zarządził odwrót!
— Panie generale! Nie możemy się teraz cofnąć znowu! Trzeba iść za Rosenem pod Brześć, dobić go, zanim połączy się z Dybiczem! Drugiej szansy nie będzie! Inaczej przegramy wszystko! — Argumenty sypały się z ust wielu generałów, w tym najbliższych mu ludzi, a nawet przyjaciół.
— Nie wytracę wojska w nierównej walce — odpowiadał niezmiennie Wódz Naczelny. — Trzeba nam bronić stolicy, a nie uganiać się w poszukiwaniu klęski.
— Stolicy bronić można wszędzie! — przekonywali z zapałem generałowie. — A najlepiej z dala od jej granic!
— Nie wytracę wojska — powtarzał jak mantrę wódz.
— Panie generale! Jeśli nie ruszymy na Brześć, i to natychmiast, zamiast znowu się cofać — jak to masz pan we zwyczaju w tej wojnie — najdalej za miesiąc przyjdzie nam bronić się szablami na Placu Saskim! — miał podobno wykrzyczeć mu w twarz generał Giełgud.
Nie wiadomo dokładnie, jak przebiegała tamta pamiętna odprawa; kronikarza przy niej nie było. Wiadomo jednak, że historię piszą zwycięzcy. Cokolwiek tam powiedziano i zrobiono, jeszcze tej nocy wojsko szybkim marszem ruszyło pod Brześć. Prawdą jest natomiast, że nie wszystkie pułki uczyniły to od razu — niektóre wymaszerowały rano, inne dopiero wieczorem następnego dnia, zatem nijak ma się do tego słynna legenda o wyścigu po laur pierwszeństwa. Podobno też sam Prądzyński, dotąd mało aktywny podczas narady, rzekł do wodza:
— Panie generale, idę pod Brześć. Tam albo uratujemy ojczyznę, albo polegniemy. A potem niech nas wszyscy diabli sądzą!
2.
Mortui sunt ut liberi vivamus
W siedleckiej dzielnicy Iganie nie ma zbyt wielu domów mieszkalnych. Rozplanowano ją tak, aby była jednym wielkim parkiem krajobrazowym. Las rośnie od wieków w tym samym miejscu, rozpościerając się nad rozległą równiną nad brzegiem Muchawki. Bieg rzeki jedynie uregulowano, a w niektórych miejscach poszerzono koryto.
Pamiętny most jest ten sam od stu lat, pieczołowicie konserwowany i dwukrotnie już w sporych fragmentach restaurowany. Za mostem szeroka brukowana aleja prowadzi do placu wyłożonego kostką w dwóch odcieniach. Gdy spojrzeć nań z lotu ptaka, widać sześć gwiazd jaśniejących na lekko błękitnej płaszczyźnie. W centralnym miejscu ustawiono prostokątny postument — wysoki na trzy i pół metra i szeroki na sześć — obłożony płytami białego granitu sprowadzonego aż z Brazylii.
Na postumencie wykuto w szarym granicie trzy postaci żołnierzy. Jeden, ranny, podparty na łokciu, leży — i widać, że śmierć już nad nim stoi. Drugi u wezgłowia klęczy, towarzysza podtrzymując, a zębami rozrywa ładunek. Trzeci nad nimi stoi i składa się do strzału.
Nad nimi — On! Orzeł w bieli cały! Ogromny. Jakby właśnie do lotu się wzbijał. Szyja ptaka smukła i wyciągnięta, zwieńczona orlim łbem. Z rozchylonym dziobem, jakby chciał kąsać upatrzoną już ofiarę, ze wzrokiem skierowanym daleko przed siebie. Skrzydła ma szeroko rozpostarte, zaraz zmłócą powietrze; wydaje się, jakby artysta uchwycił właśnie ten ułamek sekundy przed wybiciem się królewskiego ptaka w górę.
Na grzbiecie orła, rozpostarty na szerokość jego ogromnych skrzydeł, łopoce błękitny sztandar z sześcioma białymi gwiazdami, pentagramami zwanymi. Symbolizują one narody Najjaśniejszej Rzeczypospolitej: Polaków, Litwinów, Rusinów, Żydów, Ormian i Łotyszy. Przecież jednak każdy obywatel Rzeczypospolitej Narodów ma prawo przypisać sobie jedną z tych gwiazd.
Po obu stronach postumentu widnieje ten sam napis: Mortui sunt ut liberi vivamus — Umarli, abyśmy mogli żyć jako wolni ludzie.
Po prawej stronie obelisku, okolony kwietnymi rabatami, znajduje się grób hetmana Prądzyńskiego z wiecznie żywym ogniem. Na prostym pomniku, pozbawionym ozdób, wprost na płycie nagrobnej wyryto dumne motto polskiego wieszcza:
Myśmy z twego zrobili nazwiska
pacierz, co płacze i piorun, co błyska
Za samotnym grobem Hetmana szeroka aleja prowadzi już wprost do największej nekropolii wojskowej Rzeczypospolitej Narodów. Przy alei, w kręgu wokół niewielkiego placu, ulokowano groby kolejnych hetmanów; za nimi aleje rozchodzą się promieniście. Zwiedzający znajdzie tam pomniki wojennych królów: Sobieskiego, Jagiełły, Batorego i innych. Dalej kolejne miejsca wiecznego spoczynku, mauzolea i monumenty. Spacer po tej nekropolii zajmuje, wedle drukowanych przewodników, nawet osiem godzin.
W tej scenerii, przy niezbyt sprzyjającej tego dnia pogodzie, Xawery postanowił bliżej poznać swoją, darowaną mu na tę podróż, partnerkę. Nie wiedział o niej przecież nic ponadto, czyją była córką i że fakt ten znacznie ułatwił jej ów dziwny przydział. Krótka podróż pociągiem do Siedlec nie pomogła sprawie. Wagon restauracyjny był zatłoczony, kawę wypili na stojąco, wymieniwszy zaledwie kilka uwag na tematy zupełnie ogólne. Już w nekropolii Xawery z zapałem jął opowiadać dziewczynie o tym, co widzą, czyj pomnik właśnie mijają i kto został tu pochowany.
— Doceniam pańskie zaangażowanie — Adela przerwała mu z uśmiechem już po kilku minutach — jednak porozmawiajmy lepiej o gościach, delegacjach i całym tym blichtrze wokół. Przyznam, że o tym nie mam najmniejszego pojęcia, a przecież mam o tym napisać.
— No tak… — speszył się na chwilę Xawery. — Sam nie wiem, co mnie napadło. Wcale taki nie jestem. Chyba pani tak na mnie działa, że nie wiem, co plotę…
— Ależ skąd, nic pan nie plecie — odparła z rozbawieniem dziewczyna. — Tyle że akurat ja to wszystko wiem — dodała wciąż roześmianym głosem. — Jestem absolwentką historii nowożytnej Rzeczypospolitej na Uniwersytecie Warszawskim — rzekła, wykonując przy tym urocze dygnięcie i przywołując najbardziej zalotny uśmiech.
— I pozwoliła mi pani ośmieszać się szczątkową wiedzą przez przynajmniej pięć minut? Domagam się kawy i porządnego kawałka ciasta, gdy tylko dotrzemy do hotelu.
— Obiecuję nawet dwa kawałki — zgodziła się Adela. — A teraz proszę mnie wziąć pod rękę i opowiadać o tym wszystkim, o czym pojęcia nie mam.
Xawery zaczął więc inną opowieść, co i rusz zerkając ukradkiem na pannę Adelę, czy słucha i czy tym razem mówi to, co powinien. Zaczął od Wiecu Wolności, gdzie na specjalnie ustawionej mównicy co roku Prezydent Rządu Narodowego, w asyście Hetmana — jeśli ten akurat na zdrowiu nie szwankował — oraz innych oficjeli, wygłaszał przemówienie. Mowa ta, uświęcona tradycją, składała się zawsze z części dziękczynnej, zapewnień o sile i gotowości do obrony ojczyzny („i tak nam dopomóż Bóg”) oraz części życzeniowej, objaśniającej, w jak wrednym świecie przyszło wszystkim żyć.
Xawery znał te wystąpienia z prasy i kronik filmowych Polskiej Agencji Telekomunikacyjnej; dodatkowo zapoznał się z tekstami z ubiegłych lat. Studiował zmieniające się trendy w retoryce i polityce. Te wiecowe manifestacje słowne zawsze odzwierciedlały nastroje społeczne — można się było z nich wiele dowiedzieć, jeżeli umiało się słuchać. Uważał zresztą, że sam napisałby lepsze teksty na takie okazje.
Opowiedział Adeli w kilku zdaniach, co głoszono tu zaraz po odzyskaniu Wielkopolski. Wówczas w rewolucyjnych Niemczech, przegrywających kolonialną wojnę, wybuchło polskie powstanie, a Rzeczpospolita zdecydowała się na interwencję zbrojną, wykorzystując istniejący od stu trzydziestu lat casus belli dotyczący tej polskiej ziemi. Wtedy okazało się, że Rzeczpospolita nie tylko trwa i nie daje się rozjechać wrogom, ale wygrywa i rządzi w Europie. Wojna, nazywana już teraz Wielką Wojną, nie przyniosła oczekiwanych profitów krajom, które do niej doprowadziły. Zamiast nowych, bogatych zamorskich kolonii, zarówno Niemcy, jak i kraje pod panowaniem Habsburgów po prostu rozpadały się, trzeszcząc w szwach. Nowe państwa narodowe roiły się w Europie jak grzyby po deszczu; granice i scysje nacji groziły wybuchem kolejnego niekontrolowanego konfliktu. Wówczas wielka czwórka Ententy, a wśród niej Rzeczpospolita, tonowała nastroje, uspokajała, była mediatorem. Polskie wojsko z mandatem traktatowym pilnowało granic Prus, wraz z Francuzami tworzyło siły rozjemcze na Bałkanach.
Granica na Odrze i Nysie? W zasadzie słusznie. Śląsk cały zostawić komunistom to dopiero zbrodnia. Niepodległość dla Prus, które nie chcą Uljanowa z Berlina? Proszę bardzo. I tak tu są, więc lepiej, żeby były po naszej stronie demokracji. Może Rzeczpospolita chciałaby jakąś małą kolonijkę gdzieś w Afryce albo na Aleutach? Sprzedamy po rozsądnej cenie, jak dla przyjaciół. Czemu nie, w końcu wygraliśmy wojnę. Weźmiemy Madagaskar — tak dla blichtru jedynie. I na koniec Liga Narodowa i wielka czwórka ją tworząca. A Rzeczpospolita wśród niej.
Rzeczywiście, po wojnie to polska armia mogła być największą siłą w Europie — armia i kraj niedotknięty skutkami sześcioletniego, wyniszczającego konfliktu. Armia zawsze silna, ale teraz silna w dwójnasób. Xawery, jak i cały naród, dumny był z tego, że bez ogromnej ofiary krwi, jak to często wcześniej bywało w historii, Rzeczpospolita uzyskała najwięcej ze wszystkich stron, walcząc przy tym najkrócej.
Xawery więcej jednak o tym rozmyślał, aniżeli opowiadał Adeli, skupiając się na komentowaniu tego, co widzieli tu i teraz. Zdołali, wymachując legitymacjami prasowymi, przepchnąć się do Grobu Hetmana i zrobić serię zdjęć z uroczystej zmiany warty oraz składania wieńców przez zaproszone delegacje. Oprócz przemówień była to najbardziej istotna część uroczystości, gdyż pokazywała, w jakiej randze inne kraje wysłały swoich przedstawicieli. Obrazowało to aktualną pozycję Rzeczypospolitej na świecie. Od zakończenia Wielkiej Wojny udział delegacji amerykańskiej (minimum z wiceprezydentem), kanadyjskiej na najwyższym szczeblu, brazylijskiej czy meksykańskiej nie był już wielkim wydarzeniem, jak przed wojną. To stało się standardem politycznym. W tym roku było podobnie, a ludzki szpaler do grobu Hetmana ciągnął się, jak okiem sięgnąć.
Ponieważ w dalszą drogę udawali się do Brześcia, ominęła ich fala podróżnych wracających różnymi środkami lokomocji do Warszawy. W ciepłym i pustym przedziale ekspresu do Kijowa Adela niemal natychmiast zapadła w drzemkę, a Xawery — w półsennym letargu, zmęczony wydarzeniami ostatnich dni — oddał się rozmyślaniom. Miał usposobienie praktyczne; starał się szukać rozwiązań, które mogłyby lepiej zobrazować rzeczywistość, pisać teksty głębiej docierające do czytelnika, nawet jeśli dotyczyły błahych spraw. Zawsze dbał o profesjonalizm i zrozumiały przekaz. Stąd brało się jego zainteresowanie mowami wiecowymi, które studiował z zapamiętaniem jeszcze w latach studenckich, mając do nich wówczas nieograniczony dostęp.
„Adela jest naprawdę urzekająco atrakcyjną kobietą!” — myśli tego typu uderzały go nagle w potoku zupełnie innych rozważań i na chwilę pozwalały zorientować się, gdzie i z kim przebywa. Po czym znów wracał na tory poprzednich domniemań.
Urodził się w wieku, który rówieśnicy określali mianem fatalnego — za późno, by wziąć udział w wojnie o Wielkopolskę, ale wystarczająco wcześnie, by z wypiekami na twarzy śledzić jej przebieg. Wielka Wojna trwała już wtedy szósty rok i dzieci w jego wieku oswoiły się z opowieściami o bitwach, bohaterach i wielkich wyczynach. Rzeczpospolita Narodów, jako kraj bez kolonii zamorskich, które ważyły w tej imperialnej intrydze, od początku obrała politykę neutralności. Dopiero wybuch rewolucji komunistycznej w Niemczech, a zaraz potem powstania wielkopolskiego sprawił, że strategia ta musiała zostać zrewidowana. Przy rodzinnych stołach, w tramwajach i restauracjach nie było innego tematu niż ten, kiedy wreszcie „uderzymy na czerwoną niemiecką zarazę” i pomożemy powstańcom. Rzeczpospolita w końcu ruszyła na pomoc swoim ziomkom.
Może właśnie wtedy młody Xawery zaczął interesować się historią, by zrozumieć, z czego dorośli są tak dumni. W rodzinie nie było specjalnie patriotycznego nastawienia; rodzice ciężko pracowali, by zapewnić jedynakowi jak najlepsze wykształcenie. Już wtedy chłopiec wymyślił sobie, że zostanie dziennikarzem lub pisarzem — będzie opowiadał ludziom historie, prawdziwe i zmyślone, a oni będą słuchać go z zachwytem. Zafascynował się wówczas legendą o Cudzie nad Bugiem. Książki były w domu rarytasem; ojciec nie był w stanie sprostać finansowym aspiracjom syna, więc czternastolatek uprosił kierowniczkę biblioteki dzielnicowej, by przyjąć go jako pomocnika. Sprzątał i mył okna w zamian za pożyczanie książek bez kaucji. Tak poznał dzieje I Rzeczypospolitej.
W wyobraźni brał udział w każdej bitwie, od obrony Głogowa i Grunwaldu, po odsiecz wiedeńską i insurekcję kościuszkowską. Potem nadeszła epoka napoleońska z nadziejami na wolność, aż wreszcie Powstanie Listopadowe i bitwa, którą wspomina się do dziś. W końcu dotarł do Cudu nad Bugiem i Gwiaździstego Płaszcza Matki Boskiej. Właśnie wtedy, czytając o bożym płaszczu i żołnierzach, których kule się nie imały, poczuł się dorosły. Uznał to za bajkę, w którą wierzyły wszystkie narody Rzeczypospolitej — ludzie różnych wyznań i języków nazywali tę nieprawdopodobną klechdę cudem. Ale czy była ona całkiem nieprawdziwa? Polskie wojska, zasilane w marszu na wschód przez tysiące powstańców i ochotników pragnących bić carskie zastępy, ostatecznie zwyciężyły.
Zapewne nie sprawił tego sam Cud nad Bugiem. Uniwersał z Berezy Kartuskiej miał tu nie mniejsze znaczenie: „Los tedy Polski od tego zawisł, abyśmy skruszyli siłę nieprzyjaciół naszych; każdy ciemiężyciel, prześladowca obrońców kraju, także nasz rodzimy, jako nieprzyjaciel i zdrajca Ojczyzny karany będzie”. I dalej: „Od tych, którzy będą wezwani na pospolite ruszenie, pańszczyzna przez ten czas nie będzie wyciągana, a po wojnie wygranej każdy z takich włościanin od Rządu Narodowego zapłatę w gruncie sprawiedliwą otrzyma, gdyż takowa premia uczyniona będzie dla włościan z pobudek ratunku Ojczyzny”.
Może bez tego patosu, wiary i szaleństwa nie byłoby Rzeczypospolitej? A może po raz pierwszy w tysiącletniej historii wszyscy stanęli wspólnie: włościanie, mieszczanie i szlachta. Litwini, Rusini, Ormianie, Tatarzy, a nawet Żydzi, hojnie dotujący armię i tworzący własne oddziały. Pod Moskwą stanęło niemal czterysta tysięcy uzbrojonych ludzi z rozległych ziem Rzeczypospolitej Obojga Narodów, z czego sto pięćdziesiąt tysięcy stanowiła regularna armia, prowadzona przez niepokonanego, genialnego Hetmana Ignacego Pantaleona Prądzyńskiego.
Xawery długo wierzył, że jest bezpośrednim potomkiem Hetmana. Z przyjemnością przedstawiał się nazwiskiem, obserwując reakcje otoczenia. Przeważnie budziło to uśmiech lub szacunek; parę razy dostał garść cukierków w sklepie kolonialnym, a nauczyciele traktowali go protekcjonalnie. Do czasu, gdy jeden z nich, nazwiskiem Bączyński, złośliwie zauważył przy całej klasie, że Hetman nie pozostawił męskich potomków, a gdyby nawet — nie chodziliby oni piechotą do szkoły powszechnej. Xawery wiedział już wtedy, że to tylko zbieżność nazwisk — jego rodzina pochodziła z Małej Polski, a stron rodzinnych Hetmana w Wielkopolsce nigdy nie odwiedziła. Mimo to uwaga nauczyciela bardzo go poruszyła.
Było już całkiem ciemno, gdy pociąg ekspresowy Warszawa–Kijów zatrzymał się na stacji w Brześciu. Hotel Hetmański znajdował się naprzeciwko dworca kolejowego.
Rozdział 5
Brześć nad Bugiem, kwiecień 1931
1
— Tak, ale ja już państwu nie pomogę — technik wzruszył ramionami z przesadną ostentacją. — Wszystkie kasety zabrał UOR albo jakaś inna rządowa banda. Pogrozili palcem, że nikomu ani słowa. To co ja mogę?
Jeszcze dwa dni temu sam dzwonił do „Monitora”, zapewniając o „niesamowitych błyskach” uchwyconych na filmie. Teraz wił się jak piskorz.
— Co pan widział? — Adela uśmiechnęła się lekko, jakby rozmówca był jedynym mężczyzną na świecie.
— Wszyscy widzieli — mruknął technik, rozglądając się nerwowo. — Błyski, dużo błysków… i ludzie.
— Jacy ludzie?
— Normalni. Pojawili się i znikli. Jak fatamorgana. I to było na filmie. A teraz dajcie mi spokój.
Przepytali jeszcze kilka osób, ale nikt nie powiedział nic konkretnego. Xawery wiedział jedno: służby bardzo się tym zainteresowały. A to znaczyło, że coś jednak było na rzeczy. Ekipa filmowa zwijała sprzęt, pakując go na dwie wysłużone ciężarówki Packarda. Adela zagadywała kolejnych techników z wdziękiem i uśmiechem, ale nikt nie zdradził niczego więcej.
— Szkoda czasu — podsumował Xawery.
— Masz rację — westchnęła Adela. — Jestem już zmęczona.
— Hotel, obiad i spać?
— Tak. Mój papcio pewnie i tak wie więcej od nas, nawet nie będąc tu na miejscu.
— Jasnowidz?
— Nie, ale ma kontakty. Choć w tej sprawie… może nie mieć. Bo co to za sprawa? Nikt nie strzela, nikt nie kradnie. Wielkie nic.
— A panna Adela kocha tylko szpiegowskie historie! — zakpił Xawery. — O, może dziadek coś wie.
Wskazał na stojącego nieopodal starca opartego na kosturze, który od jakiegoś czasu bacznie im się przyglądał. Podeszli.
— Nie wiem tego, o co chcecie pytać — odezwał się stary, zanim zdążyli otworzyć usta. Głos miał chropowaty, ale spojrzenie uważne.
— Widziałeś te błyski, dziadku? — zapytał Xawery.
— Każdy widział. Tajemnica to nie jest. — Starzec zmrużył oczy. — Ale wy nie tego szukacie.
— A czego? — Adela pochyliła głowę.
— Jesteście z „Monitora”. To albo Horowitza szukacie, co tu kiedyś węszył, albo nowej sensacji.
— Horowitza? — zdziwił się Xawery. — Nie znam.
— A skąd pan wie, że jesteśmy z „Monitora”?
Stary długo patrzył na twarz dziewczyny i choć pod gęstą siwą brodą trudno było zauważyć jakiekolwiek emocje, Adela poczuła się dziwnie pod tym spojrzeniem. W końcu starzec, jakby ocknął się z letargu, ruszył lekko głową, wskazując na prasową plakietkę przyczepioną do marynarki Xawerego.
— Czytać umiem.
— No tak… — zmitygował się Xawery, bo w pierwszej chwili pomyślał, że stary jest niepiśmienny. — A ten Horowitz? Kto to? Nie znam takiego dziennikarza…
— Ano miejscowy był chłop — odparł starzec. — Dla „Monitora” i innych gazet pisał. Kręcił się tu długo, może ze dwa tygodnie nawet. Biwak sobie założył i z pola prawie wcale nie schodził…
Stary usiadł na pniu przy skraju pastwiska i wyciągnął woreczek z tytoniem. Mozolnie zaczął skręcać papierosa. Xawery przysiadł obok, Adela nieśmiało przykucnęła. Dziennikarz podał starcowi paczkę „Śląskich”, zachęcając gestem.
— Perfum nie kurzę — mruknął tamten, nie przerywając zajęcia.
— A psa nie macie, dziadku? — zagadnął Xawery. — Jakoś pasterz zawsze mi się z psem kojarzy.
— A był pies, niejeden, a i owszem — stary zapalił skręta i głęboko się zaciągnął. — Ale one tu nie lubią być. Lezą gdzieś swoją drogą. — Spojrzał w niebo, jakby czegoś tam szukał. — Słyszał pan tu ptaka jakiego? Albo inną zwierzynę poza krowami? Teren dla nich niedobry. A i krowy tutejszą trawę mniej chętnie żrą. Ale łąki są, wypasać trza i tak.
— To ciekawe, co opowiadasz, dziadku — wtrąciła Adela. — Z tymi ptakami… coś może w tym być. Ale czemu niby ziemia nieprzyjazna?
— Ano powietrze trzęsie się od błysków, to i ptaki nie latają — stwierdził starzec, znowu długo przyglądając się dziewczynie.
— A często tak się trzęsie?
— Czasem często, innymi dniami wcale. Ostatnio… będzie ze dwa lata, jak nic się nie działo. — Zaciągnął się i wypuścił siwy dym. — Tu, panie, takie rzeczy od wielkiej bitwy to prawie w obyczaju są. Mało kto się dziwi.
— Od wielkiej bitwy? — Xawery spojrzał na niego uważniej. — Jakiej wielkiej bitwy?
— Ano jak hetmańscy ruskich pobili.
Xawery zmarszczył brwi.
— Przecież Brześć bez walki był oddany, Rosjanie uciekli — powiedział cicho. — O jakiej bitwie mówisz, dziadku?
Stary pociągnął dym, długo patrzył, jak opar unosi się i rozpływa.
— Bez walki pan mówisz, uciekli… Ano niech będzie. Ja stary mogę nie pamiętać, jak było.
— A co z tym Horowitzem się stało? — zapytała Adela. Jej głos znów przyciągnął spojrzenie pasterza.
— Chyba mu się udało, bom go więcej nie widział — odrzekł krótko.
— Co takiego mu się udało?
Starzec patrzył jej w oczy. Adela próbowała wytrzymać to spojrzenie, ale po chwili uciekła wzrokiem. Stary skinął głową, jakby coś potwierdzał w myślach. Zaciągnął się głęboko i powtórzył cały rytuał z dymem.
— Udało mu się tę sensacyję znaleźć, której szukał — powiedział wolno. — Tak myślę.
— Ach tak… — szepnęła Adela, odwracając głowę.
— A wy tu pierwszy raz i już byście chcieli wszystko wiedzieć — mruknął starzec. — Będziecie dłużej, to się pokaże, co wam się uda wypatrzeć. Wszystko tu wokół jest zawsze takie samo, ale to, co takie samo, nie zawsze jest tym samym.
Zamilkł. Skubał brodę w zamyśleniu, co chwilę zerkając na Adelę, jakby chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymywał.
— Jutro wracamy do Warszawy — rzekł Xawery, wstając. — Poszukam tego Horowitza. Coś musiał gdzieś napisać, skoro mówicie, że sensację znalazł.
— Już was tu nie ujrzę, a szkoda — ożywił się starzec, zrywając się z pieńka zaskakująco sprawnie. — Nigdy nie ma pewności, kiedy błyski się pojawią, a wy nawet nie chcecie popróbować ich zobaczyć. — Wyciągnął dłoń, jakby chciał ich zatrzymać. A może ją zatrzymać.
Adela wzdrygnęła się, gdy poczuła jego rękę na ramieniu. Xawery natychmiast to zauważył.
— Hola, panie! — zaczął, chcąc stanąć między nimi, ale starzec z nieoczekiwaną siłą przytrzymał go drugą dłonią i pochylił się ku Adeli.
— Tyle lat czekania… tyle lat — powiedział niepewnie, po czym pokręcił głową, jakby odganiał niewłaściwe słowa. — A teraz nie wiem, jak to powiedzieć! — wykrzyknął. — Adelciu…
— Adelciu? — powtórzyła dziewczyna, przestraszona i zaskoczona. — Ale skąd znasz moje imię?
— Jesteś Adela Zagórzanka — powiedział starzec powoli, wyraźnie artykułując każdą sylabę. — Urodziłaś się w 1905 roku, w majątku Lipce pod Rawą Mazowiecką. Resztę twojego życia do teraz… i potem też znam dokładnie.
— Ale jak to: potem? Skąd? Co to ma być?! — Xawery odzyskał rezon i ruszył w stronę starca.
Ten uniósł dłoń, jakby chciał zatrzymać jego, czas i cały świat.
— Przecie słyszysz, dziewczyno, że po prawdzie mówię — mruknął bardziej do siebie. Spojrzał na Adelę raz jeszcze, skinął głową z rezygnacją. — Spotkasz grenadiera z wielkiej bitwy… Nie wiem kiedy to będzie, może jutro, a może za dziesięć lat… Daj mu ten medalik. — Chwycił jej dłoń, delikatnie, lecz stanowczo, i wcisnął w nią srebrny medalik. Zacisnął jej palce. — Daj mu go, ale w Kurzawie dopiero… tak, po bitwie, w Kurzawie będzie najlepszy czas. Wtedy już wszystko wyrozumiesz. — Znowu jakby odpłynął na chwilę myślami. — I nie szukajcie drogi do domu. Dom jest tam, gdzie wy, tylko tam… — Pokręcił głową. — Choć już to było… i nie posłuchaliście.
— Chodźmy, Xawery — szepnęła Adela, chwytając go za ramię. — Chcę stąd iść. Natychmiast.
Starzec nie próbował ich zatrzymać. Stał nieruchomo jak posąg, patrząc za odchodzącymi.
— Nie szukajcie drogi… — szepnął za nimi, choć już tego nie słyszeli.
2
Adela była roztrzęsiona. Piła już drugiego drinka w hotelowym barze i po raz kolejny układała sobie całą historię od początku. Lubiła zagadki i hipotezy oparte na niepełnych danych czy wręcz strzępach informacji. Zwykle zajmowała się grzebaniem w historycznych starodrukach, odkrywaniem na nowo już opowiedzianych dziejów, snuciem przypuszczeń na podstawie rozszyfrowanego zdania w jakimś zapomnianym rękopisie sprzed wieków. Jednak tamto dotyczyło czasów odległych, zagubionych w odmętach historii i pogrzebanych głęboko tak w ziemi, jak i w ludzkiej pamięci.
Spoglądała na Xawerego, który towarzyszył jej cały czas i również wyglądał na zbitego z tropu. Sam zadawał sobie pytania i szukał na nie odpowiedzi, stukając ołówkiem o blat baru, jakby chciał popędzić myśli i rozplątać ich natłok.
— Nie mógł nigdzie o tobie przeczytać, sprawdziłem to najpierw — zaczął od początku. — Nikt nas tu nie zna, nikt o nas nie pisał. W hotelu rezerwacja była wystawiona na pracowników „Monitora”, bez podawania nazwisk. Ale nawet gdyby było inaczej, to co taki starzec robiłby w hotelu i kto by mu udzielił poufnych informacji? Niemożliwe.
— Wiedział, skąd pochodzę, a to więcej niż nazwisko, które przecież w jakiś sposób mógł podsłuchać czy zdobyć — przerwała mu Adela. — Ty wiedziałeś, skąd pochodzę? Wiedziałeś o majątku Lipce?
— No skąd! — żachnął się Xawery. — Nie wiem, co mam o tym myśleć. Wydaje mi się, że jutro trzeba odszukać starca i jeszcze coś z niego wydobyć, bo to wszystko jest mocno podejrzane. Na dziś mam dość. Odprowadzić cię do pokoju?
— Przejdę się jeszcze. Spacer dobrze mi zrobi.
— Chętnie będę pannie Adeli towarzyszył — natychmiast zaoferował pomoc Xawery, stając obok w gotowości do podania ramienia.
— Dziękuję, ale muszę zebrać myśli. Potrzebuję świeżego powietrza i chwili skupienia w samotności.
— No cóż, pięknym kobietom się nie odmawia, ale niebawem się ściemni. Nie wiem, czy samotne spacery w tej okolicy to bezpieczny pomysł.
— Daleko nie pójdę, proszę się nie obawiać.
3
Adela nie skłamała Xaweremu, mówiąc, że daleko nie pójdzie. Pod hotelem natychmiast wsiadła do taksówki — jednej z dwóch oczekujących na ewentualnych klientów — i kazała się wieźć na plan filmu na błoniach. Kierowca, mocno zdziwiony, wyjaśnił jej, że wszyscy już dawno opuścili plan, nikogo tam nie będzie, a i okolica po zmroku nie należy do przyjemnych. Dziewczyna jednak stanowczo powtórzyła, dokąd chce jechać. Szofer pomruczał coś pod nosem, wspomniał głośniej o „dubeltowej zapłacie”, wyjaśniając, że jego auto nie jest zaprzęgiem konnym i po klepisku nie jeździ, ale nie doczekawszy się reakcji pasażerki, powoli i dystyngowanie ruszył z miejsca postojowego.
Adela nie słyszała tych złorzeczeń i utyskiwań, bo niemal natychmiast pogrążyła się w myślach, po raz kolejny analizując to, co ją dziś spotkało. W dłoni trzymała medalik; obracała go, dotykała opuszkiem palca, szukając jakichś ukrytych wskazówek, jednak niczego nowego nie odkryła. Medalik był zwykłą pamiątką z Komunii Świętej, a jedyne, co dało się odczytać na jego rewersie, to cyfry: 1820.
Teraz żałowała, że nie próbowała od razu dowiedzieć się więcej, tylko po prostu uciekła. Chciała czym prędzej ze starym porozmawiać — teraz już na spokojnie, analitycznie, jak ją uczono. Nie wiedziała, czy to, że znał jej imię i nazwisko, było bardziej zagadkowe, czy może to, co powiedział później, a czego nie zrozumiała zupełnie. Przeszło jej przez myśl, że stary nie był całkiem normalny i mógł gadać trzy po trzy. Pewnie byłoby to najbliższe prawdy, gdyby nie wymienił jej nazwiska, miejsca urodzenia i daty…
— Jesteśmy na miejscu, proszę szanownej pani — usłyszała zgrzytliwy głos kierowcy, przywracający ją do rzeczywistości.
Rozejrzała się. W polu widzenia nie było nikogo, może tylko jakieś niewyraźne sylwetki majaczące gdzieś w dali. Wieczorny półmrok gęstniał powoli, sprawiając, że okolica wydawała się szara, nieostra i groźna jednocześnie. Wzdrygnęła się na myśl, że ma tu wysiąść i starego Bóg wie gdzie szukać.
— Tam dalej rzeka i wąwóz, a tam na wschodzie mury twierdzy jeszcze widać — usłyszała wyjaśnienia. — Nie wiem, czego szanowna pani będzie szukać, ale jak mam tu poczekać, to tak ze dwa kwadranse najdalej i to pięć złociszów trza mi zostawić.
Adela wysupłała monety z piterka przytroczonego do paska i podała je szoferowi bez słowa. Wysiadając z auta, odwróciła się jeszcze i zapytała:
— Czyli do twierdzy tam na wschód, a tam rzeka?
Zapytała ni to siebie, ni to taksiarza, który z zaciekawieniem jej się przyglądał.
— Ano, tak jak pani rzekła — przytaknął tylko.
— Czekajcie tu na mnie, człowieku. Jak do trzech kwadransów nie wrócę, znaczy, że inną podwózkę znalazłam.
Dziewczyna ruszyła zdecydowanym krokiem w stronę majaczących w oddali murów. Nie mogła słyszeć już za sobą słów taksówkarza, które porwał podmuch wiatru znad Bugu:
— Ciekawe, jaką inną podwózkę znajdziesz, paniusiu? Chyba na zającu…
4
Znalazła zwalony pień, przy którym stała wcześniej ze starcem. Usiadła tam, gdzie siedział on, rozejrzała się, lecz nigdzie nie dostrzegła ruchu. Drzew nie było tu wcale — jedynie zarośla i niezbyt wysokie krzaki, poruszane czasem podmuchem wiatru. Z oddali dochodził cichy pomruk Bugu. Rzeczywiście, nie słyszało się żadnego dźwięku, który zwykle towarzyszy takiemu terenowi: ani jednego skrzeku wrony, ani pohukiwań sowy, ani innych odgłosów natury. „Może noc idzie i wszystko śpi” — pomyślała przelotnie, próbując odgonić myśli przeszkadzające jej w skupieniu.
Nic, nigdzie i nikogo. Postanowiła ruszyć w stronę murów i przejść bulwarem prowadzącym do miasta, tak jak zrobili to kilka godzin wcześniej z Xawerym. Rozejrzała się znowu, ale okolica nie uległa zmianie. Chyba. Powietrze tylko zdało się jakieś cięższe; wydawało jej się, że trudniej nim oddychać, ale zrzuciła to na karb zmęczenia i wieczornej eskapady.
Gdy była już całkiem blisko miejsca, gdzie spodziewała się odnaleźć bulwar, usłyszała trzask. Potem kolejny, jakby ktoś stanął na gałęzi, a ta pękła pod jego ciężarem. Rozejrzała się niespokojnie, lecz nikogo nie dostrzegła. Trzaski jednak powtórzyły się, tym razem seryjnie. Zupełnie nagle snop iskier, niemal jak przy wyładowaniu elektrycznym, wybuchł jej prosto w twarz!
Krzyknęła bezwiednie i postąpiła krok w tył. Zdezorientowana rozbłyskami, które eksplodowały wciąż od nowa — jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki — nie wiedziała, w którym kierunku powinna iść. Gdzie mury twierdzy? Gdzie droga do miasta? Irrancjonalny strach narastał w niej z każdą sekundą. Chciała znaleźć się jak najdalej stąd, natychmiast! Postąpiła parę kroków, mrużąc oczy i osłaniając się dłonią. Nie była pewna, czy idzie, czy tylko jej się tak wydaje — zwłaszcza że świat wokół niej zaczął falować, rozmazywać się w konturach i płynąć… Odniosła wrażenie, że zaraz utonie, że napiera na nią jakaś nierealna fala wody. Jeszcze krok, jeszcze pół kroku.
Nagle, równie gwałtownie, wszystko wokół niej stało się znów realne i normalne. Ani śladu fali, żadnego błysku. Cisza wieczoru zdawała się otulać ją spokojem i pewnością.
„Chyba widziałam z bliska te mityczne błyski. To musiało być to. Xawery pęknie z zazdrości, kiedy mu opowiem” — pomyślała.
Dopiero teraz uświadomiła sobie, że słyszy nurt rzeki blisko, tuż przed sobą, a nie daleko za plecami. Rozejrzała się, ale mrok zaczął już pochłaniać okolicę. Nie było widać murów twierdzy, nie wiedziała, gdzie szukać bulwaru. „Świetnie, wpadłam w panikę i pomyliłam kierunki” — skarciła się w duchu. „Spokojnie, światła miasta wskażą drogę”.
Znowu rozejrzała się w poszukiwaniu jaśniejszej łuny nad Brześciem. Nie było żadnej łuny, żadnej poświaty. Tylko ciemność.
Rozdział 6
Szosa brzeska, kwiecień 1931
1
— Mamy jeszcze z godzinę jazdy do Warszawy. Tu już droga jest porządna, więc wreszcie można będzie auto popędzić trochę — wyjaśniał Alojzy, podając pasażerowi termos z herbatą.
Komisarz Hrynicki przez ostatnie trzy godziny szczerze żałował, że dał się namówić na tę eskapadę; miał nieustające mdłości i bolała go głowa.
— Rzeczpospolita, jak i świat cały, koleją stoi — odparł zmęczonym głosem. — Podróżowanie autem to fanaberia i ekstrawagancja. Nie dość, że kosztowna, to jeszcze mocno niewygodna.
— Ależ teraz pan różnicę poczujesz! — Alojzy nie dawał za wygraną. — Stąd to już do Poznania, a nawet do samego Berlina i dalej jeszcze można by ciągiem jechać bez szwanku żadnego, bo droga jak stół: równa, prosta i nowa.
— Jedna droga wiosny nie czyni. A żeby, za przeproszeniem, za potrzebą iść, auto trzeba zatrzymać, wysiąść i jeszcze miejsca ustronnego poszukać. Gdzie tu logika? — zauważył komisarz.
— Torpeda setką pójdzie, zaraz pan zobaczysz — kierowca uśmiechnął się i mocniej chwycił kierownicę. — Jaką dokładnie historyjkę sprzedał panu ten siwy młodzieniec o tej klamerce?
— Sam nie wierzę w tę historię, więc szkoda opowiadać.
— Może jednak? — zachęcał nadal Alojzy. — Różne rzeczy czasem się tu dzieją, całkiem dziwne, więc ta klamerka do nich pasuje. Wie pan, że na planie zdjęciowym zmarł jeden z gapiów od porażenia prądem, choć w okolicy elektryki żadnej nie było? A przybyły na miejsce zdarzenia lekarz, który go ratował, zmarł na udar serca?
— Co to ma wspólnego z moją klamrą? — Hrynicki zauważył trzeźwo.
— Niby nic, ale to też dziwna historia, nieprawdaż?
— Jacyś goście nieśli prawdopodobnie trzeciego, po czym zniknęli w oparach absurdu zwanego błyskami. Pozostała po nich ta klamra. Chyba po nich, bo leżała w okolicy.
— Zniknęli? Rozmyli się czy uciekli? — kierowca zapytał bez emocji w głosie.
— Zniknęli fizycznie. Byli i rozpłynęli się podobno wśród błysków za niewidzialną kurtyną. Tak opowiadał siwy młodzieniec, jakżeś go pan nazwał.
Obaj byli na tyle zajęci rozmową, że niemal w ostatniej chwili zauważyli, jak jeden z jadących szosą samochodów dość obcesowo zajechał im drogę i zaczął hamować. Kolejny, jadący tuż obok, uniemożliwił jakikolwiek inny manewr poza zatrzymaniem się. Alojzy po prostu zjechał na pobocze i zatrzymał swoją Torpedę. Usiłował jeszcze sięgnąć po coś do schowka po stronie pasażera, jednak nie zdążył, bowiem jego drzwi otworzyły się gwałtownie, a człowiek, który je szarpnął, celował teraz do niego z Radomki.
— Co u licha… — Hrynicki zdążył tylko wyjąkać, nim drzwi z jego strony także ustąpiły, ujawniając drugiego napastnika z pistoletem w dłoni.
— Urząd Ochrony Rzeczypospolitej! Panowie są zatrzymani! — usłyszeli ostry falset mężczyzny stojącego po stronie kierowcy.
— To jakiś dowcip? Zapewniam, że nieśmieszny — z wyraźną ulgą zagrzmiał Alojzy, widząc oprócz lufy wycelowanej w niego także legitymację pracownika UOR. Rozpoznał ją od razu, znał się na tych „papierkach”. — W porządku — wycedził. — Zatrzymacie nas na tej szosie i co dalej?
— Jestem komisarzem Policji Państwowej! — głośno oznajmił Hrynicki. — Nie możecie mnie aresztować!
— Oni nas zatrzymują, nie aresztują, a to mogą — Alojzy wyjaśnił już swoim naturalnie rubasznym głosem. — Kto odprowadzi moje auto? — dopytywał, zamieniając podróżne gogle na swoje ulubione okrągłe okulary. Po czym uśmiechnął się szeroko.
— Zajmiemy się pana autem, bez obaw. Teraz proszę z nami — usłyszeli w odpowiedzi.
Alojzy przecząco pokręcił łysą głową.
— To zbyt cenne auto, jak panowie zapewne widzicie. Prawdziwa Torpeda, tylko dwadzieścia takich podobno jeździ po naszych drogach — podsumował coraz bardziej rozbawionym tonem. — Proponuję tak: ja obiecam, że nie uciekniemy, a wy wskażecie nam drogę. Zakładam, że jedziemy w tym samym kierunku.
— To nie będzie możliwe. Zabieramy panów, proszę opuścić pojazd!
— Moment, panowie — Alojzy zdjął okulary i zaczął wycierać szkiełka chusteczką, którą wysupłał skądś niczym magik wyciągający królika z kapelusza. — Macie w aucie radiotelefon, czy to wersja oszczędna z gołębiami pocztowymi? — Uśmiechnął się szeroko. — Jeśli macie, sugeruję połączyć się z operatorem, a on niech zadzwoni pod ten numer.
Gdzieś z wnętrza chusteczki sprawnie wyłuskał kawałek kartonika z zapisanymi cyframi.
— A to moja legitymacja — dodał, podając zaskoczonemu funkcjonariuszowi niewielką książeczkę. — Major Alojzy Stern, Kontrwywiad Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Narodów.
Rozdział 7
Warszawa, Sztab Wydziału II SZRN, kwiecień 1931
1
— Major Bieniek, panie pułkowniku, melduje się!
Mężczyzna w nieokreślonym wieku, ubrany w jednorzędowy, tanim kosztem skrojony szary garnitur, wyprostował się jak struna przed pułkownikiem. Ten energicznie uniósł się zza gigantycznego biurka i podszedł do przybysza. Błękit jego munduru bił po oczach, drastycznie kontrastując z szarzyzną cywilnego ubrania majora.
— Do kurwy nędzy francowatej, pomieszanej z cholerą złośliwą! Bieniek! — Pułkownik zatrzymał się tuż przed twarzą gościa. Ponieważ był słusznego wzrostu, major musiał nienaturalnie zadzierać głowę, aby utrzymać kontakt wzrokowy z dowódcą. — Kto wam kazał zatrzymać i zdekonspirować naszego człowieka?! Jaki, kurwa mać, geniusz na to wpadł?!
— Panie…
— Milczeć, Bieniek! I słuchać, w dupę krokodyla jadowitego, jak oficer prawdziwego wojska was opierdala! Mieliście zabezpieczyć teren i uniemożliwić jakikolwiek przeciek informacji! Zabezpieczyć, w mordę zająca! Za-bez-pie-czyć! Co w tym rozkazie jest dla was niejasne?!
— Panie…
— Nie skończyłem, do chuja jebanego! Bieniek! Ogarnijcie się, bo was wyślę na Madagaskar, żebyście kozy chronili!
Pułkownik strzepnął niewidzialny pył z klapy i obszedł dookoła spoconego majora, który wciąż trwał na baczność.
— Kto wam kazał przywozić tu połowę ekipy filmowej i po co?! Zrobiliście, w pizdu, dywersję na powstającym dziele narodowym! Kto wam kazał wzywać cywilnego lekarza na miejsce zdarzenia?! Czy wy w ogóle macie pojęcie, co tam się dzieje? Po jasną kurwę zrobiliście cyrk z zatrzymaniem tych ludzi na szosie? No, w pizdu, Bieniek, mówcie! Dlaczego stoicie jak słup soli?!
Bieniek spojrzał z niedowierzaniem na wrzeszczącego przełożonego, który właśnie nabierał tchu przed kolejną tyradą. Zdecydował się mówić bez zbędnych uprzejmości, widząc, że pułkownik i tak ma je za nic.
— Żeby zatrzymać wypływ informacji, przejęliśmy taśmę filmową z nagraniem i zatrzymaliśmy reżysera. Resztę ekipy pouczyliśmy o tajemnicy państwowej…
— Bieniek! Ja pierdolę! Czy wasi ludzie to debile?! Kogoście tam wysłali?! Harcerzy?! Przecież nawet matoł wie, że jak się komuś pieprzy o tajemnicy państwowej, to on tym chętniej wszystko wypaple, bo zwietrzy zarobek! Zabraliście reżysera, a przeoczyliście dziennikarzy, którzy łazili tam pół dnia! Przeoczyliście dziennikarkę z „Monitora”! Mało tego, pozwoliliście, żeby głównego świadka rozjechał fiakier! Wóz konny, Bieniek! Dorożka jebana w biały dzień, na głównej ulicy!
— Nic nie wiem…
— No, ja się, kurwa, nie dziwię, bo w tym czasie ganialiście za naszym własnym agentem przez pół kraju! Co was opętało?!
— Informator doniósł o spotkaniu tego geodety ze śledczym i o klamrze, którą przyniósł. Woleliśmy dmuchać na zimne.
— Dmuchać, kurwa… — pułkownik nakręcał się coraz bardziej. — Lekarza jaki kutas kazał wzywać?
— Nie wiem… Człowiek żył, prądem porażony. Uznaliśmy, że lekarz pomoże.
— Jakim, w pizdu, prądem?! Skąd tam prąd?! Co wy macie w tych zamulonych gorzałą łbach?!
— Założyliśmy, że te błyski mogły go porazić. To była naturalna reakcja…
— Dobrze, Bieniek, dosyć! Przejmujemy naszego agenta, policjanta, reżysera i klisze. Wszystko, coście zabezpieczyli. Jasne? Przeproście ich ładnie i puśćcie wolno. Resztą zajmie się Dwójka. I Bieniek! Żadnych własnych inicjatyw! Czy to jest jasne?!
— Dostałem rozkazy wprost od premiera…
— W dupie mam premiera! To sprawa Dwójki! Sam Marszałek tym kieruje! Jak on się dowie o waszym spierdoleniu tematu, to wam nogi z dupy powyrywa! — pułkownik wrzasnął, po czym dodał ciszej: — Odmaszerować!
Major odwrócił się na pięcie i wypadł z biura. Pułkownik wyciągnął z szuflady srebrną papierośnicę i zapalił. Podniósł słuchawkę.
— Bezpieczna linia z Jedynką, migiem!
Rozsiadł się w fotelu, wydmuchując dym na błękit swojego munduru. Telefon zaterkotał. Oficer niespiesznie odebrał.
— Panie Marszałku, Winnicki melduje się — rzucił zwięźle. Przez chwilę słuchał. — Nic nie wiedzą, nie mają pojęcia, co widzieli. Dwóch cywili nie żyje, przypadek. Zaginęła dziennikarka z „Monitora”, sądzę, że w błyskach. Jeden człowiek zamordowany, miał artefakt, ale tym już się zajmuję osobiście. Sytuacja bez zmian.
2
Komisarz Policji Państwowej z Brześcia nad Bugiem, Marek Hrynicki, siedział w biurze dowódcy 6. Pułku Piechoty Kosynierów Połockich, popijając miejscową herbatę i czekając na rozwój wydarzeń, na które nie miał już żadnego wpływu. Nie czuł urazy do majora Alojzego Sterna o to, że ten nie ujawnił mu wcześniej swojej prawdziwej tożsamości. Rozumiał zasady służb lepiej niż przeciętny obywatel, choć — jak przyznał w duchu — poczuł ukłucie zawodu. Stern wiedział znacznie więcej, a przy ich pierwszym spotkaniu zgrabnie wyprowadził go na manowce, by ukryć rzeczywisty przebieg zdarzeń.
— Nie martw się na zapas — Alojzy poklepał go po ramieniu. — Wiesz już tyle, że albo trzeba cię wtajemniczyć, albo zlikwidować. — Roześmiał się szczerze, jakby opowiadał dowcip, a nie wygłaszał groźbę. — I jeszcze raz przepraszam, że musiałem trochę pogrywać. Sam rozumiesz, jak jest.
Hrynicki rozumiał. Stern uchylił mu rąbka tajemnicy — tyle, ile uznał za stosowne. Opowiedział o wypadkach, w których komisarz brał udział, pozostając ich nieświadomym uczestnikiem. Między innymi o śmierci geodety Edelmanna, stratowanego przez konie i przejechanego przez dorożkę niedługo po wyjściu z komisariatu. Marek nie mógł o tym wiedzieć; opuścił posterunek tylnym wyjściem i resztę dnia spędził w mieście.
— Sprawdzałeś tego Edelmanna? Widziałeś jakieś dokumenty? — dopytywał Alojzy, przeszukując kieszenie marynarki.
— Nie. Przeszedł przez dyżurkę, sam chciał ze mną rozmawiać. Myślałem, że mam tylko ocenić, czy to świr, czy mówi prawdę.
— A ile razy miałeś takie przesłuchanie? Takie… nietypowe? — Stern uniósł brew.
— Wiem, co masz na myśli. Zlekceważyłem go. Dopiero ta klamra mnie zainteresowała. Teraz myślę, że mógł pochodzić z dalekich Kresów. Mówił dziwnym akcentem. Użył zwrotu „u was”, jakby czuł się tu obcy.
Alojzy w końcu znalazł to, czego szukał. Położył na stole zdjęcie starszego, łysiejącego mężczyzny w grubych okularach.
— Znasz go?
— Nie. — Marek zmrużył oczy. — Kto to?
— Magistracki geodeta Marek Edelmann.
— Bez żartów… — Hrynicki poczuł nagłe uderzenie gorąca.
— Bez żartów. To jest prawdziwy Edelmann. Ma się dobrze i nigdy nie prowadził pomiarów w okolicach twierdzy. I nie jest nawet podobny do twojego gościa, którego obaj widzieliśmy. Twój został zamordowany. Prewencyjnie, bo za dużo widział i przekazał ci artefakt. Śmiem twierdzić, że byłeś następny na liście zabójcy. Tak samo jak ja — także miałem od niego pamiątkę. Dlatego musiałem cię jak najszybciej wywieźć z miasta. Liczyłem, że sam do mnie trafisz, ale na wszelki wypadek dostałeś ogon już w twierdzy, gdy zacząłeś węszyć po straganach.
— Kontrwywiad, kurwa mać… A gdybym się u ciebie nie zjawił?
— Coś bym wymyślił. — Alojzy uśmiechnął się szeroko.
— Dobra, ale kto i dlaczego chce mnie zabić? Jeśli w ogóle chce.
— Teraz może już nie chce. Po pierwsze — stracił cię z oczu. Po drugie — my już wiemy o klamrze i o postaciach w błyskach.
— Nie chcę wyjść na natręta — Marek westchnął — ale powiedz mi po prostu, co możesz. Chodzi o moje życie. Jestem uczciwym policjantem, wiem, co to tajemnica.
— To nie takie proste. Ale spróbuję przekonać szefa, żeby cię wtajemniczył, zamiast uciszać. — Stern mrugnął do niego. — I nie ukrywam, że nie robię tego bezinteresownie. Według mnie nadajesz się idealnie na naszego agenta. Może nawet zostaniesz przynętą. Kto wie?
Dlatego Hrynicki siedział teraz w kantynie 6. Pułku, popijając herbatę i czekając na wieści od Alojzego, który właśnie pertraktował z szefem o jego losie. W końcu się doczekał. Stern wszedł z szerokim uśmiechem i skinął na niego od progu.
— Chodź. Szef cię wzywa.
— Twój szef? — Marek uniósł brwi. — Chce mnie zamordować osobiście?
3
— Pan komisarz ciekawski… Witam. Jestem pułkownik Winnicki, od tej chwili pański szef. Na mocy przysługującego mi prawa deleguję pana do pracy w Wydziale Drugim Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej i mianuję pana na ten czas… komisarz, jaki to będzie stopień wojskowy?
— Kapitan, chyba — odparł z rozbawieniem Alojzy.
— Jestem porucznikiem rezerwy siedemnastego pułku piechoty poleskiej — wtrącił Hrynicki.
— Czyli kapitanem pana mianuję, Wydziału Drugiego kontrwywiadu. Czy przysięga pan dochować tajemnicy państwowej i wszystkich obostrzeń z tym związanych…
— Przy…
— Pan milczy, kapitanie, ja mówię, do kurwy kolorowej! No i zgubiłem wątek przez pańskie zachowanie! — Pułkownik tradycyjnie strzepnął niewidoczny pyłek z mankietu. — Aha… Czy przysięga pan stać na straży bezpieczeństwa Rzeczypospolitej Narodów, bronić jej obywateli i tak dalej, i tak dalej… Tak mi dopomóż Bóg, ergo: do wyboru, bo nie mam pojęcia, jakiego pan jesteś wyznania. Teraz pan mówi!
— Ale co mówię?
— No, czy przysięga pan, oczywiście.
— Przysięgam, tak mi dopomóż Bóg — odpowiedział na jednym wydechu Hrynicki.
— No i załatwione — Winnicki westchnął, jakby chciał odsapnąć po ciężkiej pracy. — Odpowiednie klauzule i certyfikaty podpisze pan w kancelarii tajnej. Tam też zda pan broń i odznakę policji, a odbierze naszą. Do tego żołd kapitana Wydziału Drugiego z dodatkiem za wysługę lat w policji i prawo do urlopu. To chyba wszystko. Oficjalne oddelegowanie do nowej służby załatwiła już nasza kancelaria. Witamy w Dwójce, kapitanie. A teraz wypierdalać, panowie oficerowie, do zajęć, bo roboty jest mnóstwo!
Formalności, jak je lekceważąco określił pułkownik, trwały bardzo długo i były wyczerpujące dla nowo mianowanego oficera. Ankiety, certyfikaty, klauzule, odciski palców, zdjęcia, nawet rozmiar buta… Aż wreszcie doszli do przydziału broni służbowej. Pistolet PFB 9 mm polskiej produkcji, popularnie zwany Radomką — uznawany za jeden z najlepszych na świecie — ucieszył oko i dłoń Hrynickiego. Ponieważ przysługiwały mu dwie jednostki broni, jako drugą wybrał berettę model 1923, do której miał po prostu sentyment. W zasadzie strzelał tylko na strzelnicy i nigdy dotąd nie musiał mierzyć do ludzi; żywił irracjonalną nadzieję, że w nowej służbie to się nie zmieni.
Tak wyposażeni, wraz z Alojzym udali się do przydzielonego im lokum w koszarach 6. Pułku. Nie było tam luksusów, ale mogli spokojnie i bez świadków porozmawiać. Major Stern musiał wprowadzić nowego agenta w sprawy, o których ten nie miał dotąd pojęcia.
— O błyskach i legendzie Gwiaździstego Płaszcza wiesz pewnie tyle, co cały naród, czyli nic — zaczął Alojzy, wycierając chusteczką spoconą łysinę. — Pozwól więc, że opowiem ci, co my wiemy, a potem będziesz dopytywał, dobrze?
— Myślałem, że kontrwywiad Najjaśniejszej ma lepsze rzeczy do roboty niż rozpracowywanie legend.
— Jak usłyszysz zaraz, legenda legendzie nierówna… Od czego by tu zacząć?
— Od początku, proponuję.
— Ba! Ale gdzie on jest? Tego akurat póki co nie wiemy. Ale zacznę od naszego początku.
Alojzy zdjął małe, okrągłe okularki i rozejrzał się w poszukiwaniu czegoś, czym mógłby je przetrzeć. Niczego odpowiedniego nie znalazł. Hrynicki podał mu własną chusteczkę, chcąc zachęcić majora do szybszego podjęcia tematu.
— W listopadzie 1926 roku we Lwowie, na Zamarstynowie, w białym dniu, pośród znanych ci z opowieści błysków, zmaterializował się chłopiec z niemieckim Mauserem w ręku. Miał nie więcej niż szesnaście lat i był śmiertelnie ranny w głowę. Zmarł kilka minut później. Sprawę udało nam się przedstawić dość niewinnie, bo szczęśliwie dla nas, pojawił się przed bramą koszar Pułku Rokitniańskiego. Żmudne śledztwo potwierdziło relacje wartowników, którzy widzieli całe zdarzenie. Nie ustaliliśmy danych chłopca. Zdjęcia i ogłoszenia o poszukiwaniach nic nie dały. Największą zagadką był jednak ów niemiecki Mauser. Przez długie miesiące nikt się nim nie interesował, aż do momentu, gdy ktoś stwierdził, że broń nie pasuje do żadnego znanego modelu. Myśleliśmy, że to przeróbka, ale rusznikarze orzekli, że to model najbardziej zbliżony do wzoru z 1871 roku, a jednak tylko zbliżony. Werdykt był ostateczny: nikt broni nie modyfikował, to egzemplarz fabryczny.
— Chłopak miał też charakterystyczną czapkę, rogatywkę ze stalowym godłem, okoloną skórzanym paskiem pod brodę. Najciekawsze było jednak godło: orzeł w koronie, ale zamkniętej, takiej, jaką nosili dawniej carowie. I żadnych napisów, nic. Całości dopełniała na ramieniu chłopca biało-czerwona opaska. Porównaliśmy tysiące wzorów z różnych herbów i godeł — żaden nie był identyczny, choć niektóre nasze dawniejsze znaki nieco go przypominały. Mieliśmy więc seryjnie wyprodukowanego Mausera z fabryki, która nigdy takiego modelu nie stworzyła, i czapkę z orzełkiem niepasującym do niczego, co znamy. O biało-czerwonej opasce nie wspomnę.
Alojzy założył okulary, by sprawdzić czystość szkieł, po czym znów je zdjął i wrócił do polerowania.
— Ciekawie? — zapytał swoim rubasznym tonem.
— No, dosyć ciekawie.
— Ciekawie to dopiero będzie. Słuchaj dalej.
Major zapalił papierosa i długo wydmuchiwał dym, patrząc nieobecnym wzrokiem w pustkę.
— Tak to się dla nas zaczęło tu i teraz, ale naprawdę, jak sądzimy, zaczęło się sto lat temu pod Brześciem, podczas bitwy z Rosjanami. — Znowu zaciągnął się głęboko. — Przy tej sprawie od lat pracują najwybitniejsi naukowcy, inżynierowie i rusznikarze. Mamy dziesiątki nieprawdopodobnych koncepcji, ale ostatnio góruje jedna: błyski i migająca tafla, widoczna w ich trakcie, to brama. Niewidzialne drzwi do „gdzie indziej”.
— Jak to: „do gdzie indziej”? — Hrynicki przerwał mu po raz pierwszy.
— Nasi naukowcy sugerują, że może istnieć inne, a jednocześnie takie samo miejsce. Coś jakby równoległe istnienie drugiego świata, gdzie wszystko jest podobne, ale nie do końca identyczne. Błyski są bramą prowadzącą właśnie tam.
— Czyli że za ścianą tego pokoju jest drugi, identyczny, i inni my, tacy sami? Przyznasz, że to niedorzeczna teoria.
— Niezupełnie o to chodzi — Alojzy próbował wyjaśnić. — Naukowcy twierdzą, że te miejsca istnieją jednocześnie, tu i teraz, że się przenikają, tylko fizycznie ich nie widzimy. Dopiero taka brama umożliwia przejście. To tylko jedna z teorii i, póki co, kompletnie niesprawdzalna. Jak wszystkie inne.
— A te „inne” wyglądają może bardziej zrozumiale dla kogoś takiego jak ja?
— Jajogłowi uważają, że bramą można przechodzić w obie strony, ale nie mają pojęcia, jak takie przejście otworzyć. Czy to anomalia naturalna, czy ktoś tym steruje… Pomijając szczegół, że nie są nawet pewni, czy to w ogóle brama. W tysiąc dziewięćset dwudziestym dziewiątym roku, pod Brześciem, brama pokazała się znowu. Byli tam nasi ludzie, bo utrzymywaliśmy stały posterunek na wypadek, gdyby zjawisko powróciło.
— No i? Co dalej?
— Dwóch naszych oficerów weszło w tę taflę i błyski. Zdematerializowali się, a brama po kilku minutach ulotniła się wraz z nimi. Nie mamy pojęcia, czy gdziekolwiek dotarli, czy zginęli podczas przejścia. Po prostu nie wiemy nic. Fachowcy przekopali i prześwietlili każdy centymetr ziemi w miejscu, gdzie agenci zniknęli. Nie znaleźli niczego, co rzuciłoby choć cień światła na ich los.
Rozdział 8
Warszawa, kwiecień 1931
1
Xawery Prądzyński, redaktor „Monitora Polskiego” z wydziału ciekawostek i nowości, męczył się od trzech godzin, aby sprostać zadaniu opisania ostatnich wydarzeń w artykule nieprzekraczającym pięciuset wyrazów. Jak miał ubrać w słowa stratę Adeli? Stratę? Wszystkie miejscowe służby mundurowe trzykrotnie przeczesały błonia i okolicę. Szukały psy, sprawdzali płetwonurkowie w rzece, wypytano każdego, kogo tylko było można. Ale niektórych przesłuchać się nie dało. Nie odnaleziono starego pasterza, którego Xawery wskazał jako głównego podejrzanego, a być może nawet porywacza.
Taksówkarz spod hotelu Hetmańskiego był ostatnim, który widział Adelę. Wskazał miejsce, gdzie ją dowiózł, i na tym ślad się urywał. Po kilku dniach bezowocnych poszukiwań policja przerwała działania, odnotowując w raportach: Adela Zagórzanka, zaginiona bez wieści…
Xawery był jednak pewien, że starzec, który rozpłynął się w powietrzu, ma z tym zaginięciem najwięcej wspólnego. O pasterzu wiedział jednak tylko on. Tak mu się przynajmniej zdawało, dopóki nie spotkał Julii. Młoda, energiczna blondynka w pierwszej chwili wydała mu się niemal kopią Adeli. Ta sama kaskada loków opadająca w nieładzie na czoło, podobny zalotny uśmiech i przenikliwe spojrzenie.
— Julia Wejchert, „Nowiny Lwowskie” — zaczepiła go bezceremonialnie i przysiadła się do stolika, przy którym pił kawę i teoretycznie pracował nad tekstem.
— Nie udzielam wywiadów — odrzekł, nie podnosząc wzroku.
— To i dobrze — dziewczyna odparowała natychmiast. — Bo nie ma o czym opowiadać, dopóki nie ustalimy, gdzie przepadają ludzie na błoniach, prawda?
Xawery uniósł głowę, spoglądając na nią uważniej.
— Ludzie? — zapytał. — Zaginęła moja koleżanka, to jeszcze nie „ludzie”…
— Prawie dwa lata temu w tym samym miejscu zniknęło przynajmniej trzech mężczyzn. Pan jeszcze do tego nie dotarł, a ja owszem. — Uśmiechnęła się niemal identycznie jak Adela. — Jednym z tamtych zaginionych był Horowitz, dziennikarz z pańskiego „Monitora”.
— Panno Julio…
— Drugim zaginionym jest mój brat, porucznik SZRN, Karol Wejchert — dodała szybko.
— Wojsko? Dwa lata temu? — Xawery wyprostował się na krześle.
— Panie Xawery, mogę tak do pana mówić? — spojrzała z zalotnym uśmiechem, a kosmyki włosów zasłoniły jej twarz. Odgarnęła je niezwykle powolnym ruchem.
— Proszę… — dziennikarz bardziej wybełkotał, niż odpowiedział.
— Otóż, panie Xawery… cóż za oryginalne i pasujące do pana imię, takie arystokratyczno-nonszalanckie, powiedziałabym… i rozpraszające… — wreszcie udało jej się uporać z fryzurą. — Oczywiście to moja wersja, bo wojsko wszystkiemu zaprzecza. Twierdzą, że brat jest na tajnej misji i kontakt z nim jest chwilowo niemożliwy. Tylko ile lat może trwać tajna misja? Karol nawet z najgłębszego utajnienia zawsze dawał znak, że żyje i ma się dobrze, nie zdradzając przy tym tajemnic państwowych.
— Może tym razem zadanie jest jeszcze poważniejsze i nie może dać znaku życia?
— Teoretycznie tak, ale w to nie wierzę. Brat był w Brześciu ponad rok, rozmawiałam z nim wielokrotnie. Opowiadał, że przydzielili go do nudnej i zupełnie idiotycznej obserwacji „niczego”. Kiedy ostatni raz go widziałam, powiedział mi, że świat zmierza w złym kierunku, skoro on musi zajmować się legendami ludowymi.
— Legendami?
— A jakie pan zna legendy z Brześcia i okolic? Bo ja znam tylko jedną. Poznałam też starego z drewnianym kosturem, który wspomniał mi o Horowitzu.
— Błyski! Starca też poznałem! — Xawery miał już pewność, że dziewczyna nie ma urojeń. — Stary przepadł jak kamień w wodę — dodał ciszej, rozglądając się po kawiarni, czy ich rozmowa nie budzi nadmiernego zainteresowania.
— Przepadł albo „poszedł w błyski” — Julia pochyliła się ku niemu, zniżając głos. — Ludzie nie znikają tak po prostu, bez śladu.
2
Ma być pięćset wyrazów czy słów? Xawery zastanawiał się nad interpretacją polecenia szefa, bo przecież wyraz słowu nierówny. Mógłby zinterpretować „wyraz” jako morfem bazowy z dołączonymi morfemami odmiany, co dawałoby mu znacznie większe pole manewru, ale szybko porzucił ten pomysł. Wyobraził sobie, jak usiłuje to wytłumaczyć naczelnemu Lisieckiemu, który nade wszystko pragnął zostać generałem. Zastosował tradycyjny sposób liczenia: jako ciąg liter pomiędzy dwiema spacjami.
Po trzech godzinach pisania wyszło mu dziewięćset takich ciągów. „Albo to skrócę i wyjdzie nonsens, albo zostawię, jak jest” — pomyślał i zdecydował się na drugie rozwiązanie. Gotowy tekst przesłał kurierem, by osobiście zjawić się u Lisieckiego w porze popołudniowej herbaty. Naczelny przyjął go tym razem w saloniku prasowym, znacznie mniejszym i skromniejszym. Nie zaproponował kawy ani nie prawił komplementów na temat nazwiska. To było ich drugie spotkanie, ale jakże odmienne od pierwszego.
— Dobre pióro, że się tak wyrażę — zaczął Lisiecki. — Styl i napięcie… ogólnie bardzo mi się podobało. Tylko, panie kolego, co to ma wspólnego z artykułem, o który prosiłem? — skrzywił się w grymasie i opadł na fotel, rzucając maszynopis na biurko.
— Wszystko? — zasugerował nieśmiało Xawery.
— Panie kolego, zacznij pan pisać powieści, najlepiej fantastyczne, dobrze to panu wychodzi — rzucił cierpko naczelny. — Pomijam te dziewięćset siedem wyrazów zamiast obiecanych pięciuset, ale to się po prostu nie kwalifikuje na artykuł o błyskach!
Lisiecki wstał i zaczął krążyć wokół młodego redaktora, cytując wybrane fragmenty:
— „Wojsko zataja ważne informacje”? „Zaginieni w akcji”? To jest kryminalna fantasmagoria, której w żaden sposób nie da się opublikować!
— To są poszlaki i obserwacje, z których wyłania się spójny obraz — Xawery bronił swego dzieła. — Panna Adela nie jest pierwszą zaginioną. Dwa lata temu o błyskach pisał nasz miejscowy reporter, Horowitz. Zna go pan może?
— Nie — zaprzeczył powoli Lisiecki. — Ale jeśli dla nas pisał, będzie w bazie.
— Słuch o nim zaginął w dwudziestym dziewiątym roku. Interesował się błyskami, zamieszkał wręcz na błoniach, a pewnego dnia przepadł dokładnie tak jak panna Adela. A pan nazywa to fantasmagorią?
— Napisz pan list do „Kuriera” albo wspomnianą powieść — podpowiedział Lisiecki. — „Monitor Polski” nie opublikuje niesprawdzonych informacji o udziale wojska w niejawnych operacjach. Tyle pan powinien już wiedzieć o profilu naszej gazety.
Rozdział 9
Warszawa, kwiecień 1931
1