E-book
6.3
drukowana A5
22.65
Bogdafi. Taniec w mroku

Bezpłatny fragment - Bogdafi. Taniec w mroku

Kiedy kłamstwo rani, nadzieja tańczy w mroku


3.6
Objętość:
46 str.
ISBN:
978-83-8431-787-7
E-book
za 6.3
drukowana A5
za 22.65

Dedykacja

Dla tych, którzy mimo przeciwności losu wciąż podnoszą się każdego dnia. Dla tych, którzy potrafią kochać, przebaczać i szukać światła tam, gdzie inni widzą tylko cień. Niech ta opowieść przypomina, że nigdy nie jest za późno na nowe początki.

Podziękowania

Chcę serdecznie podziękować mojej rodzinie i bliskim, którzy zawsze wierzyli we mnie i dodawali sił w trudnych chwilach. Dziękuję

przyjaciołom, których dobroć i życzliwość inspirowały mnie do tworzenia tej opowieści o odwadze, nadziei i sile, która pozwala

iść naprzód nawet w najciemniejszych momentach życia. Dziękuję również Tobie, Czytelniku, że poświęcasz chwilę na tę opowieść —

mam nadzieję, że w niej odnajdziesz światło, które potrafi przebić się przez mrok.

Wstęp

Każdy z nas nosi w sobie ciche opowieści — o stratach, które bolały zbyt mocno, i o chwilach, które mimo wszystko nauczyły nas oddychać od nowa. Niektóre z tych historii zaczynają się niepozornie — od nowego miejsca, od świeżo pomalowanych ścian, od nadziei, że tym razem będzie inaczej. Ale życie lubi, sprawdzać, jak wiele potrafimy znieść, zanim naprawdę zrozumiemy, czym jest siła. Ta opowieść nie jest o zwycięstwie nad losem, lecz o codziennym wstawaniu — wtedy, gdy wszystko zdaje się zbyt, trudne. O miłości, która dojrzewa w cieniu zmęczenia i choroby, o empatii, która potrafi ocalić, choć czasem boli, i o odwadze, która nie zawsze jest głośna — czasem po prostu trwa w ciszy. To historia o poszukiwaniu światła w zwykłych dniach. O ludziach, którzy potrafią zranić, ale też o tych, którzy potrafią przytulić, gdy brakuje sił. O tym, że nawet pośród burzy można znaleźć miejsce, gdzie znów pachnie spokojem. Może i Ty, Czytelniku, odnajdziesz w tej opowieści cząstkę siebie — wspomnienie, emocję, nadzieję. Bo choć każdy z nas idzie inną drogą, światło, którego szukamy, jest to samo.

Rozdział 1

Nowy początek

Józefa stała na progu małego, białego domu, w dłoni ściskając klucz — mały, chłodny symbol kolejnej próby ułożenia sobie życia. Zanim weszła, wpatrywała się w drzwi z lekką obawą, zastanawiając się, co czeka ją za nimi. Ten dom, z jego prostymi ścianami i niewielkim ogrodem, pachnącym wilgotną jesienią, był dokładnie taki, jaki wyobrażała sobie w poprzednim małżeństwie, marząc o ucieczce. Wtedy wydawało się to nierealne, teraz stał przed nią w całej swojej prostocie i obietnicy spokoju. Za sobą zostawiła głośne miasto, pełne, ruchu, ludzi i wspomnień, które wciąż ją ściskały. Poprzednie małżeństwo zaczęło się pięknie: mąż był szarmancki, czuły, pełen, obietnic i uśmiechów, które wydawały się mówić, że teraz wreszcie będzie dobrze. Ale z czasem alkohol wypełnił przestrzeń między nimi, a jej starania, by namówić go do leczenia, kończyły się gniewem lub obojętnością. Te doświadczenia zostawiły w niej głęboko zakorzenioną ostrożność — cichą, nieustanną obawę, że historia może się powtórzyć. Cisza nowego domu była inna, ale mimo to serce Józefy mimowolnie nasłuchiwało każdego dźwięku — szczególnie, zamka w drzwiach. W poprzednim małżeństwie każdy klik był znakiem: czy mąż wraca trzeźwy, czy pijany? Teraz dźwięk klucza był zwyczajny, spokojny, ale jej ciało wciąż reagowało, jakby pamięć dawnych lęków była wciąż w niej obecna. Nie czekała dłużej. Podbiegła do gruszy w ogrodzie, takiej samej, pod którą jako dziecko biegała po podwórku rodzinnego domu matki — ostatniego miejsca, gdzie czuła się naprawdę bezpieczna. Palce poczuły chropowatą korę, a zapach ziemi i wilgotnych liści natychmiast przywołał wspomnienia spokoju, ciepła i prostych radości. Tu, pośród gruszy i małego białego domu, poczuła dziwne, ciche poczucie, że być może naprawdę może zacząć od nowa. Za jej plecami Stefan wnosił walizki, mrucząc coś o wymianie zamka i naprawie kranu w kuchni. Jego głos był spokojny i pełen, troski, jakby chciał, żeby od pierwszego dnia wszystko było idealne. Józefa słuchała w milczeniu, doceniając jego starania, ale gdzieś głęboko czuła cień niepewności, który przypominał o dawnych zranieniach. Zatrzymała się na chwilę, patrząc na jego sylwetkę w drzwiach. Wtedy, zupełnie niespodziewanie, przypomniała sobie tamten listopadowy wieczór — moment, w którym po raz pierwszy się spotkali. To było na Andrzejkach. Nie planowała nigdzie wychodzić — po rozwodzie unikała ludzi, śmiechu, tańców. Ale Maria, jej przyjaciółka, uparła się. — Chodź, choć na chwilę. Nie możesz tak tkwić w tym swoim smutku — powtarzała z uśmiechem. Dom kultury był pełen śmiechu, muzyki i ciepła. Zapach grzanego wina mieszał się z dźwiękiem rozmów, a światła odbijały się w kieliszku jak drobne iskierki. Wtedy go zauważyła — siedział obok, rozmawiał z kimś z uśmiechem, jakby zupełnie nie zauważał jej obecności. Ona też udawała obojętność, przekonana, że przyszedł z tamtą elegancką brunetką. On z kolei myślał, że Józefa przyszła z mężczyzną, który co chwilę coś jej nalewał. Przez cały wieczór mijali się spojrzeniami, nie zamieniając ani słowa. Dopiero, gdy muzyka ucichła na chwilę, a on wyszedł na papierosa, ich drogi znów się przecięły. — Ma pani ogień? — zapytał nieśmiało. — Nie mam — odpowiedziała z lekkim uśmiechem. — Ale mogę towarzyszyć. Wyszli razem na chłodne powietrze. Nad miastem wisiała mgła, pachniało dymem i mokrymi liśćmi. Na zewnątrz było spokojniej niż w środku — bez hałasu, bez muzyki, tylko oni i oddech wieczoru. Rozmowa przyszła sama, jakby czekała gdzieś od dawna. Na początku mówili o błahostkach — o pogodzie, o pracy, o tym, że kawa w barze była zimna. A potem, nie wiadomo, kiedy, padły słowa szczersze, cichsze, te, które zwykle zostawia się dla bliskich. Okazało się, że oboje są sami. Ona — po rozwodzie. On — po latach w związku, który rozpadł się po cichu, bez awantur, ale z bólem. — Myślałem, że przyszłaś z kimś — powiedział. — Ja też tak myślałam o tobie — odparła. Śmiali się wtedy, jak ludzie, którzy dopiero uczą się zapominać o przeszłości. Zatracili się w rozmowie, ruszyli na spacer wokół budynku, potem kawałek dalej, coraz dalej, aż w końcu zgubili poczucie czasu. Kiedy zabawa dobiegała końca, odprowadził ją z powrotem pod drzwi sali. Dziękuję za rozmowę — powiedziała, a w jej głosie zabrzmiała nuta żalu, że to już koniec. — Ja też dziękuję — odpowiedział, podając jej telefon. — Może zapiszesz numer? Na wypadek, gdybyś kiedyś chciała znów pogadać. Wymienili się numerami. Gdy odchodziła, obejrzała się jeszcze raz — stał w drzwiach, uśmiechając się nieśmiało. Nazajutrz Stefan wyjeżdżał z miasta. Czekał. Sprawdzał telefon częściej, niż chciałby przyznać. Miał nadzieję na jedno krótkie słowo: „zostań”. Ale wiadomość nie przyszła. Józefa nie pomyślała, że on naprawdę mógłby czekać na znak. Uznała, że to tylko miły wieczór — wspomnienie, które zniknie z czasem. A jednak los nie pozwolił im o sobie zapomnieć. Zaczęli pisać do siebie — z początku rzadko, ostrożnie. Kilka zdań o codzienności, o pogodzie, o tym, że zima przyszła wcześniej niż zwykle. Potem coraz częściej, aż każde powiadomienie od niego wywoływało w niej ciepło, którego dawno nie czuła. Kiedy wreszcie przyjechał — tuż przed Sylwestrem — wszystko wydawało się jak w sennej wizji. Nie wiedziała, że to będzie najtrudniejszy dzień jej życia. Wtedy zmarła jej mama. Kiedy pojawił się w drzwiach, nie zapowiedział się, po prostu przyjechał. Był tam, gdzie miał być. Pomagał, wspierał, był przy niej, przy jej synu, przy rodzeństwie. Nie musiał nic mówić — jego obecność wystarczyła. Tego dnia Józefa zrozumiała, że są sobie przeznaczeni. Nie przez przypadek, nie przez magię. Przez cichą obecność, przez to, że kiedy świat się zatrzymuje — on po prostu jest. Gdy wspomnienie zniknęło, spojrzała na Stefana w drzwiach. Stał tam, w świetle popołudnia, z tą samą spokojną miną, którą zapamiętała z tamtego wieczoru. I choć lęk wciąż szeptał, że szczęście bywa kruche, w sercu Józefy pojawiło się coś delikatnego i prawdziwego — nadzieja, że może tym razem naprawdę będzie inaczej.

Przyprawiona obawa

Józefa stała przy kuchence, mieszając zupę, której aromat miał przykryć choć cień napięcia. Palce drżały, przyprawiając ją za dużo lub za mało, a łzy paraliżowały wzrok, zakrywając obraz tego, co działo się w garnku. Słyszała jego kroki od progu, krzyk: „Co na obiad?” — i serce zamarło. Każde jego wejście było testem, a cisza, którą wytwarzała wokół siebie, była jedyną tarczą przed gniewem, który mógł uderzyć w każdej chwili. Syn wycofywał się cichutko do swojego pokoju, a Józefa codziennie bała się o jego przyszłość — życie w takim napięciu mogło zostawić w nim rany głębsze niż jej własne. Próby namówienia męża na leczenie kończyły się tylko eskalacją gniewu. I wtedy uniósł rękę. Chwilę trwało, zanim dotarło do niej, że to był moment przełomowy — moment, który zmusił ją do decyzji o odejściu, aby ratować siebie i dziecko. Serce waliło w piersi, łzy mieszały się ze strachem, ale w głębi pojawiła się determinacja. Każdy ruch łyżki w garnku dawał choć drobną kontrolę nad chaosem, którego w rzeczywistości nie mogła powstrzymać. Nie zastanawiała się — wiedziała, że to jedyna droga ku lepszej przyszłości dla niej i dziecka. Nie była to łatwa decyzja; była trudna, bolesna i wymagała odwagi, ale po wielu próbach rozmów, namów i błagań wiedziała, że to jedyna decyzja, która mogła uratować ich życie. I choć obawa nie zniknęła, tkwiła cicho gdzieś w niej, przypominając, że nowy dom, dom Stefana, może naprawdę stać się jej skrawkiem nieba tylko wtedy, gdy odważy się zostawić przeszłość i zaufać, choć przekraczanie jego progu wciąż wywoływało drżenie serca.

Rozdział 2

Napięcia dnia codziennego

Pierwsze tygodnie w nowym domu mijały szybko, choć każdy dzień niósł ciężar niełatwych uczuć. Poranki wypełniała opieka nad teściową — podawanie leków, pilnowanie codziennych rytuałów, dbanie, aby niczego jej nie brakowało. Popołudnia przelatywały między gotowaniem a sprzątaniem, każdy garnek i każda ścierka przypominały jej, że życie trzeba budować od nowa, cegła po cegle. Wieczory spędzała na krótkich rozmowach z mężem, który coraz częściej wracał zmęczony i zamknięty w sobie. Jego milczenie było jak ciężki dywan, po którym trudno było stąpać bez potknięcia. Najtrudniejsze jednak były kontakty z Korą. Kora od samego początku dawała jasno do zrozumienia, że Józefa jest nieproszonym gościem w ich domu. Nigdy wcześniej nie interesowała się matką — nie odwiedzała jej, nie dbała o jej samopoczucie, nie spędzała z nią czasu. A teraz, kiedy Józefa postanowiła poświęcić jej uwagę i opiekę, Kora widziała w tym zagrożenie. W jej oczach Józefa mogła przejąć kontrolę, a wraz z nią — dziedzictwo po Stefanie i po matce, Helenie. — Wstawisz jej pewnie kraty w okna, a i tak się nią dobrze nie zaopiekujesz — rzuciła Kora któregoś dnia, stojąc w drzwiach kuchni z krzywym uśmiechem. — Nie będziesz się nią zajmować, nigdy na to nie pozwolę! -dodała. Józefa poczuła, jak krew uderza jej do głowy. Była zła, bo wiedziała, że Kora świadomie niszczy matkę — starą, chorą kobietę, która potrzebowała spokoju i ciepła. Jej serce ścisnęło się z gniewu i bezsilności. — Koro — odpowiedziała spokojnie, choć głos lekko drżał — obiecuję, że będę się nią opiekować jak własną matką. Dlatego przeprowadziłam się tutaj. I dlatego jestem przy niej, kiedy mnie potrzebuje. Kora skrzywiła się, a w jej oczach pojawiła się gniewna iskra. Józefa wiedziała, że te słowa jeszcze bardziej ją zdenerwowały. Każdy dzień był dla Józefy delikatnym balansowaniem. Kora robiła wszystko, by utrudniać jej życie — komentowała najdrobniejsze decyzje, podważała każdy gest, mówiła teściowej rzeczy, które miały ją nastawić przeciwko Józefie. Czasem sugerowała, że lepiej byłoby, gdyby Józefa wyjechała, innym razem podsuwała pomysły na krytykę lub przesadne wymagania wobec niej. Józefa starała się to znosić, chociaż w środku palił ją gniew. Każde spojrzenie Kory, każdy jej komentarz przypominały, że w tym domu nie wszyscy chcą zaakceptować jej obecność. A jednak dla teściowej robiła wszystko. Dla jej spokoju, dla bezpieczeństwa i godności. — Proszę, mamo — mówiła czasem do starszej kobiety, chwytając ją delikatnie za ramię — spróbujmy chociaż dziś, żeby było miło. Wiesz, że zależy mi na Tobie. Chcę być przy Tobie, kiedy tego potrzebujesz. I choć Kora stała obok, skrzywiona i pełna urazy, Józefa czuła w sobie rosnącą siłę. Bo wiedziała jedno: jej troska, cierpliwość i oddanie wobec teściowej są prawdziwe. A każda złośliwość Kory tylko potwierdzała, że robi to, co słuszne. Każdy dzień w nowym domu był próbą, ale też potwierdzeniem, że Józefa nie pozwoli nikomu skrzywdzić matki, której los sprawił, że znalazła się w jej rękach. A to, że Kora walczyła z nią na wszystkie sposoby, tylko utwierdzało ją w przekonaniu, że miejsce Józefy tutaj nie jest przypadkowe.

Pierwsza Wigilia

Józefa wstała wcześnie, jakby dzień święta należał tylko do niej. Chciała, aby ta Wigilia była inna — spójna, spokojna, pełna ciepła i świątecznej radości, tak aby cała rodzina mogła poczuć, że zaczyna się coś nowego. Gotowała, piekła, układała prezenty starannie pod choinką, dbając o każdy szczegół. Każdy talerz, każdy dekoracyjny drobiazg miał pokazać, że jej intencje są szczere, a serce otwarte. Kiedy spoglądała na choinkę, przez chwilę wróciła myślami do dawnych lat — do wigilii w domu rodzinnym, gdzie blask światełek był wyjątkowy, choć ozdoby często robiono z papieru i waty. Tam wszystko miało inny smak. Mama, Krystyna, ciężko pracowała na dwa etaty, by każdy dzień — a szczególnie święta — był dla dzieci prawdziwym świętem. Było ich sześcioro, a mimo zmęczenia mama zawsze potrafiła wnieść do domu radość i spokój. W dniu Wigilii od rana czuć było zapach pierogów, barszczu i pieczonego makowca. Chłopcy dbali o to, by w piecu nie brakło ognia i żeby w całym domu było ciepło, a dziewczyny — mama, Józefa i jej dwie siostry: Marlena, starsza, i Maja, młodsza — obierały warzywa, kroiły sałatkę, wspominając wcześniejsze święta i prezenty. Świetnie się przy tym bawiły. Marlena, jak zawsze, pilnowała, żeby wszystko było zrobione dokładnie, niemal z zegarmistrzowską precyzją, podczas gdy Maja z rozbrajającym uśmiechem specjalnie przekrzywiała plasterki marchewki, drażniąc się z nią. Mama śmiała się cicho i mówiła, że w takich drobiazgach też jest magia świąt. Między dźwiękami łyżek i stukotem noży rozbrzmiewały kolędy. Krystyna często wtedy wspominała swoją własną mamę, której tak wcześnie zabrakło. Z czułością mówiła, że teraz, mając swoją gromadkę, czuje się, jakby tamte brakujące święta wracały do niej na nowo. Prezenty były skromne — czasem to były własnoręcznie robione ozdoby, książki z drugiej ręki albo ciepłe skarpety. Ale cieszyły ogromnie, bo nie chodziło o to, co leżało pod choinką, lecz o to, kto siedział przy stole. Na wspomnienie prezentów oczy Józefy zaszkliły się z radości. Przypomniała sobie, jak starannie dobierano dla niej upominki — mama i rodzeństwo zawsze pamiętali o tym, nawet gdy była już nastolatką. Loton do włosów, który w tamtych czasach robił furorę, był zawsze wymarzonym prezentem, obok innych drobnych podarunków, w tym kosmetyków. Józefa zostawiała sobie flakonik i mieszała go z odrobiną słodkiej wody z cukrem, aby spryskać włosy — które dzięki temu trzymały się natapirowane niczym najlepszy lakier z najwyższej półki. To była magia nie tylko świąt — to była magia miłości, która żyje w niej do dziś. Wspólne siedzenie przy kaflowym piecu, choinka w kącie z wymienialnymi żarówkami… tymi, które trzeba było wykręcić wszystkie, aby znaleźć tą, która przestała świecić. Po śmierci mamy i brata święta już nigdy nie były takie same. Wtedy Józefa spędzała Wigilię z synem, z siostrami i ich rodzinami. Wspólne kolędowanie i skromny barszcz na stole wciąż miały w sobie tę samą iskrę, ten sam duch bliskości, którego tak bardzo potrzebowała. Teraz chciała, aby ten blask wrócił — choćby w nowym miejscu, wśród ludzi, z którymi wciąż uczyła się być rodziną. Jednak już przy pierwszym spojrzeniu Kory napięcie zaczęło narastać. Siostra męża krytykowała niemal wszystko: zbyt drobne kawałki sałatki, za mocno przyprawionego karpia, zbyt skromne opakowania prezentów. Jej komentarze były ostre, pełne ukrytej złośliwości: — Nie powinnaś się tak kosztować, Józefo. Na pewno wszystko pochodzi z pieniędzy matki — rzuciła, unosząc brew i przeglądając prezenty pod choinką. Józefa poczuła, jak napięcie rośnie w całym jej ciele. Chciała zachować spokój, uśmiechnąć się i zignorować komentarze, ale każda kolejna uwaga Kory przypominała jej, że w tej rodzinie wciąż jest intruzem — osobą obserwowaną i ocenianą. W pewnym momencie teściowa, z opuszczoną głową i wilgotnymi oczami, opuściła pomieszczenie. Józefa odczuła to jak cios — przykrość i wstyd starszej kobiety były namacalne. Od wielu lat córka nie dawała jej prezentów ani nie siadała z nią przy Wigilii, a teraz cała sytuacja uderzała z podwójną mocą. Nie mogła pozwolić, aby wieczór, który miała nadzieję uczynić wyjątkowym, skończył się w ciszy i napięciu. Poszła za teściową, delikatnie biorąc ją za ramię: — Mamo, proszę, wróć do salonu. Spróbujmy, żeby to był miły wieczór. Nie wiemy, ile jeszcze będziemy mieli okazję spotkać się w takim gronie — powiedziała cicho, z troską. Następnie zwróciła się do Kory, starając się mówić spokojnie, lecz stanowczo: — Koro, proszę cię, postaraj się chociaż dziś, żeby było miło. To ważne dla wszystkich, a szczególnie dla mamy. Na chwilę w pomieszczeniu zapadła cisza. Kora skrzywiła się, ale Józefa wyczuła, że choć z trudem, dziewczyna powstrzymała dalsze komentarze. Kiedy Kora w końcu opuściła salon, Józefa uśmiechnęła się delikatnie i podziękowała wszystkim za wspólnie spędzony wieczór: — Dziękuję wam za ten wspaniały wieczór. Chciałabym was też zaprosić jutro na obiad — powiedziała spokojnie, patrząc po zebranych. Kora odrzuciła propozycję z pogardą i wyszła, rzucając ostatnie kąśliwe spojrzenie. Józefa odetchnęła z ulgą, czując, że napięcie powoli opada. Wciąż było wiele do zrobienia, wiele do ułożenia w tej nowej rodzinie, ale przynajmniej dziś udało się zachować spokój i godność. Jej oczy natrafiły na teściową, która w milczeniu uśmiechała się lekko, a nawet, zdawała się być mniej oziębła, choć wciąż z dystansem. To był mały sukces — jeden wieczór, w którym mimo trudności Józefa zdołała zrobić pierwszy krok ku budowaniu czegoś własnego i stabilnego, nawet wśród napięć i trudnych charakterów.

Sylwester

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.3
drukowana A5
za 22.65