E-book
9.99
drukowana A5
20
drukowana A5
Kolorowa
43.22
Bilet do Piekła

Bezpłatny fragment - Bilet do Piekła


4
Objętość:
98 str.
ISBN:
978-83-8189-403-6
E-book
za 9.99
drukowana A5
za 20
drukowana A5
Kolorowa
za 43.22

Dobry dzień na śmierć

Myślisz, że jesteś bezpieczny — w miejscu w którym możesz trwać.

Myślisz, że jesteś pewny — tego, że nic nie złamie, nic nie dorwie cię.

Myślisz, że jest to sprawdzone — efekty uboczne mogę być lub nie.

Myślisz, że jest to wypróbowane — gdzie są oni, próbujący tego pierwsi.


Wszystko zostaje stworzone w porządku, spokoju i ciszy.

Trwać będzie krótko. W przestrzeni, ciemności, nicości i pustce.

Stałem przy źródle. Nikłych, spokojnych, o nieznanych cechach.

Znaków bez znaczenia. Obrazów bez tematu. Słów bez wyrazu.

Muzykę bez dźwięków słyszalnych smaków i zapachów pojęć.


Sklejam połamane obrazy zaszczepione w literach i zaszyfrowanych wspomnieniach.

Przeczuwam wyginięcie własnego, jednoosobowego gatunku.

Wtedy nie będzie odwrotu. Specjalnych spraw, przypadków i skrzynek.

Nie będzie dróg. Nie będzie światła, ani ciemności. Nie będzie nic.

Wszystkiego mam dosyć. I dosyć siebie. Czas już z tym skończyć. Mam tego dość.


Zdemontujcie niebo. Zamknijcie drzwi. I zgaście światło.

Niech nie zapali się nigdy więcej. Zamknijcie przede mną cały ten świat.

Nie chcę więcej żadnych doświadczeń. Żadnych uczuć.

W swojej skromnej klatce, jestem pozornie szczęśliwy. Bez alternatyw.

Pozbyłem się wszystkich, również i siebie. I rzucam się w otchłań.


Wszystko, co żyje krwawi. Natomiast ja — ja krwawię życiem.

To dzień w którym zatrzymała się ziemia.

Najsmutniejszy dzień życia, najsmutniejszego człowieka na świecie…

Miłość umarła. Mistrzowie nie są od dawna już nimi. Cesarstwa padają.

Mam tylko nadzieję, ostatnią z wielu, że tu nie wrócę już nigdy więcej.


I niech nikt nic nie mówi najlepiej. Nie chcę nikogo więcej już słuchać.

Niech nikt mi nie mówi, że będzie dobrze. Że się powiedzie. Że będzie lepiej.

Że coś się zmieni. Że można lepiej. I bardziej czy mocniej. Że warto jest walczyć.

Że miłość to prawda. Że to tylko wystarczy — nie! To wszystko za mało. Za późno!


Wolę zaczekać na wszystkich w piekle.

Na krótko przed świtem ja już wiedziałem — że dzień jest właściwy, że

Dobry to dzień jest na śmierć.

Porządek czasu

W każdym życiu jest konieczność, by wybierać z czegoś coś.

W każdym życiu jest też sprzeczność, która robi nam na złość.

Nie ma prawdy na tym świecie, chociaż racji wiele jest.

Nie ma też porządku czasu, wszystkim włada ślepy los.


O co w tym wszystkim w ogóle chodzi? Czy życie dla kogoś ma głębszy sens?

Czy chociaż ktoś umiera w nim godnie? Czy ktoś szczęśliwym zapada w sen?

Że dzień kolejny i dzień dzisiejszy. Nieznaną wiedzą torturuje czas.

Opadamy w dół i wznosimy się. Taki ludzki los. Tak już jest.


Czas to pieniądz, on ma władzę. Jej zbyt wiele nigdy dość.

W ciągu jego trwania w życiu, liczne błędy, szczęścia, żal.

Nieodwracalnym piętnem znaczy, bliznami każdego z nas.

Zbyt wiele zmian, obłędu, wojen, w mózgu żłobi pustki kres.


Stając na szczycie nowego ładu, można twardo tylko śnić.

I spaść w dół tylko można zawsze, nikt nie wzleci ponad to.

Poruszać można się jedynie, w lewo, prawo, w przód i tył.

Czterema roku pór stronami, rusza kompas tylko w dal.


Tam każde drzewo jest bez liści, wrony utraciły głos.

I wszystko bez kolorów kwitnie, w świecie ludzkich kontrastów.

Nie można wrócić do przeszłości, przyspieszyć przyszłości też.

Liczy się wyłącznie teraz. Zgasnąć szybciej może dziś.


Po co nam wiara, sztuka i miłość? Po co nam wiedzieć, tworzyć i płodzić?

Czas rozprawi się w taki sam sposób. Z każdym inaczej. Srogo tak samo.

W porządku losu szachownicy czasu. Spada odwrotnie nieznana na nas.

Czy to prawda, czy też kłamstwo, zadecyduj teraz ty.


W każdym życiu są pytania. Odpowiedzi nigdy nie zna nikt.

W każdym życiu są też zdania z sensem lub bez niego też.

Niech nikt nie mówi, że okrutny los odbiera znowu czas.

Bo tutaj czasem władać będziesz, ścierając porządek w pył.

Ostateczne wyjście

Zapomniałem już, jak to jest.

Każdy potrafi i każdy to zrobi.

Wszyscy to każdy i ja to też każdy.

Lecz ostatecznie każdy jest kimś.

Jedni odchodzą, drudzy przychodzą.

Nie można być każdym, bo każdy to nikt.

Chciałbym być nikim, bo wiem kim jestem.

Lecz nikt to nie obcy. Nieobecność tu śni.

Więc zrób o co proszę, ten jedyny raz.

Znajdź, podnieś, obudź i przynieś mi ją.

To moja ostatnia wola.


Ostatnie chwile spędzałem sam.

Nie czułem się sobą. Nie było mnie.

I już zapomniałem, bo ty to nie ja.

Ty nie istniejesz. Istnieje ja.

Istnieje wola i jej polecenia.

Skoro tu jesteś, jestem i ja. Ten jedyny raz.

Lecz skoro milczysz, to nie wiem co myśleć.

Oddali mi ją, lecz bez jej duszy.

Leżała zimna, martwa na stole.

Dotknąłem je ciało, a ono ożyło.

Zgwałciłem jej wnętrze, ostatni raz.


Trawa usycha. Morze zastyga.

Niebo trwa w nocy, bezdenną ciemnością.

Byłem sam w ciszy i był też mrok, roztapiał dzień w złudzenie.

Umiera wszystko, wszystko jest martwe. Lecz ja jestem żywy.

To jest ma wola. Ostatnie życzenie.

Jedyne wyjście. Jedyna droga.

Przejrzyste. Widziałem plan. Miałem wolę.

Musiałem sięgnąć po ostatnie wyjście.

Teraz byłem. Miałem kontrolę. To byłem ja.

Ten ostatni raz. Jedyny raz. Chwyciłem ją. Moją broń.

Wycelowaną prosto w moją skroń.

Najsmutniejsza muzyka świata

Wiesz Kochanie, zanim umrzesz,

Wszyscy twoi przyjaciele i rodzina, na pewno Cię odwiedzą.

Obdarują Cię kwiatami, jak sławną aktorkę, którą zawsze chciałaś być.

Będziesz jak i one przedmiotem zainteresowania przez dni kilka.

Nie dłużej.


Wiesz Skarbie, kiedyś umrzesz,

Bóg weźmie Cię w objęcia i połączysz się z nim na zawsze.

Tatuś i mamusia czekać będą na Ciebie.

Po przeciwnych stronach tęczy.

Zamknięta w czyśćcu poczekalni skostniejesz, zanim decyzja zapadnie.


Wiesz Najdroższa, kiedy umrzesz,

Gdy wyjmą twe mięso z lodówki,

każdy będzie wspominać i upijać się łzami rozpaczy.

Potem uścisną trupią dłoń. Obiecają sobie pamięć, a grabarze wykopią ci grób.

Cmentarne pocieszenia zagłuszą wbijane gwoździe. Zasypią ziemią matki łonem.


Wiesz Aniołku, gdy nim się staniesz,

Zawiozę cię czarną limuzyną do podziemnego miasta marmurowych tablic.

Wbity krzyż kierunkowskazem. Pomnik danych personalnych. Spokojny spoczynek.

Pośród innych samotnych zmarłych, spocznie twoja ciasna, ale wygodna kapsuła.

Start w ciemność ciałem, bez duszy, bez ciebie w nim. Wylądujesz w świetle.


Rytuał się skończył. Okrzyki ucichły.

Dźwięki wybrzmiały. Nastała ciszy muzyka.

Pieśń nowotwora

Jestem jak związany.

Tkwiący w szklanym słoju

Moje ręce trzęsą się w delirce.

Twarz moja z czaszki mi odpływa,

Wraz z księżycem za chmurami, pojawia się krwawy rozmaz.

Nadchodzące dreszcze jak wieczorna rosa,

Zżerający ciało strach.

Oto ja nadchodzę, oczekuj wyraźnie mnie.


W ciszy próbuje słuchać bicia tętna.

Przez ciało przepływa setka spazmatycznych lęków.

Coś się rodzi, coś koczuję, tylko czeka żeby wyjść.

Pod moją skóra głosy mówią mi że to koniec.

Czuję dotyk materialnych niewyobrażalnych rzeczy.

Jest tak cicho i spokojnie.

Coś dziwnego przychodzi, coś kotłuje się,

Byle tylko wyjść na zewnątrz.

Astralne ucieczki

Ludzki cyrk wszechogarniający natchnienie.

Fundamenty na kościach mych przodków.

Arcybiskupi z kosmosu.

Surferzy z grobowców powstałych.

Kolosalne degradacje.

Maszyneria z ludzkich szczątków.

Poza człowieczeństwem jest nicość.

Za młodu ukryta w moich snach.

Mózg i ciało natchnione otchłanią.


Astralni uciekinierzy. Wysłani astralnie.

Ucieczki astralne. Wysłanników astralnych.

Mylą mi się dźwięki jak zużyte oceany.

Skrywają dawne księgi pragnienia, ludzkie lęki.

I nikt nikomu nie podaje ręki.

Niech moja muzyka, przyćmi wasze uszy.

Gdzie są dźwięki, pytacie?

W niemych słowach są zawarte, te właściwości,

bowiem wewnątrz mnie ktoś mieszka,

i wiem tylko o sobie tyle, że…

…Duszę mam czarną, a skrzydła czerwone…

Wielokrotności

Negatywy pod ulicą, miłosierny mój fluidzie

Wypluj zmechanizowanego gada

Pośmiertny aptekarzu

Aż do utraty tchu światło zapala się znów

Stłumiony więzień przechowuje dzieci

W starej komorze, cię widzę,

Jeśli tylko będziesz wszędzie

Ulegnij astrologicznej metamorfozie zgrzytów


Blaszane tkwią zabaweczki, w jęczmiennym kalmarze

Paralelne wychylenia fałdów zbóż i ocean spokojności

Szum nieskazitelnej powłoki, wysłuchaj głosów które nadejdą

Przez pokój przebiega mała dziewczynka

Ubrany w skórzany strój mężczyzny


Niedaleko padają kropelki, prosto w oczy

Jeśli tylko będziesz wszędzie

Ulegnij swej małej udręce


Aż do utraty tchu

Światło zapala się znów

Stłumiony więzień, przechowuje dzieci

W starej komorze, cię widzę,

Jeśli tylko będziesz wszędzie

Niedaleko padają kropelki wody

I wielokrotności rozbudowanych części mózgu

Czerwie

Noc ustępowała świtowi…

Zobacz jak z brudnych nor wychodzą sępy polujące na bogatych.

Małe glizdy, potworki, ludzkie larwy żerujące na śmieciach.

Gnijące ciała żyjących.

Przebudzają się odrażające, wyśnione demony.

Polujące rozszczepione stworzenia.


Oto ona.

Ulica dzisiejszego dnia.

Poczuj jej zgniły pocałunek.

Poczuj rozgrzany, okryty pleśnią członek.

Usłysz nawoływania.

Ich twórcą wyskakują spod pach wszawe zmory.

Chcące zakosztować słodyczy.

Pokrętny świat.

Nie usłyszysz jego wołania, bo jesteś głuchy.


Krzywi ludzie rozpływają się po ulicy.

Przed wami ostateczna rasa ludzi.

Wychodząca ze swoich domostw.

Wijąca się pomiędzy zaułkami.


Wszyscy unikają dotyku ze wszystkimi.

Wszyscy brzydzą się wszystkich, a są tak samo skażeni jak inni.

Jeśli istnieje granica bólu, to tutaj ją przekroczysz.

Zostanie wygięta, połamana i odwrócona na drugą stronę.

Drapieżna kołysanka

Bawmy się, zmyślonym językiem.

Zabawmy się w miejskiej jaskini,

ze światłami, kolumienek wieżami.

Dotykajcie się. Patrzcie się na siebie.

Jesteśmy wszystkim dla nas samych.

Płyń, płyńcie, w otchłań odpłyńcie.

Słonce burzy się, ziemię spala smog.

W ostatecznej entropii, urojone lecz prawdziwe sny.

Jesteśmy tylko ludźmi, lecz pożeramy się nawzajem.

Własnych uczuć nie znamy.

Krwawimy kolejno.

Obdzierani ze złudzeń, którym tak mocno ufamy.

Ale to nic. Zabawmy się. Tak po prostu bawmy się.

I dziękujmy sobie, że jesteśmy.

Ja dziękuję Wszystkim Wam.

Chaos cały i tak rozniesie w pyły czas.

Przeczuwam, że będzie coś gorszego.

Czuje to w sobie. W mojej, własnej krwi.

Czuję coś w nozdrzach co przeraża mnie.

Drapieżne gargulce zakradają się.

Ciepły, lepki śluz. Wylądował już?

Cień się skrada też. On już chyba wie, że…

W dziecięcej rupieciarni, ginęły dziecięce przedmioty.

Kleszcze swe macki szeroko rozwarły.

Opuszczone, zmrożone, sprężone.

Piekące każdego z nas.

Albo tylko nam się zdaje.

Bo czy to mordercy was, drogie dzieci.

Czy to bowiem my jesteśmy nimi.

Może jestem kołysanką, a może jestem snem.

Terrorysta słowa

Wszystko zaczęło się od szeptów wydobytych z popękanych ścian.

Skonfiskowany mi podłogę, bym na rękach czołgał się.

W kącie pokoju. W ciemnościach.

W związkach zawiązanych zaświadczających o zdrowym rozsądku.

Filarami fundamentów zamkniętych sześcianów.

Ustalonych pytań i gotowych odpowiedzi. Widzę w rogu rozwiązanie.

Wyjście z mroku? — Lepiej nie. Nie jestem pewny.

A może powinienem? Co zrobię mam?

Wyjść ku światłu i oślepić je, by ono zapadło w ślepotę.

Tak wiele rąk wyciągniętych w moją stronę.

Kusząc ściany za plecami do podejścia bliżej krawędzi.

Napiętnowany transu wokalogiczną aliteracją i estetyki dykcją.

Zmysł narasta w głos coraz pełniejszy.

W ustalone normy pełnych głosów wyrwanych sylabicznie.

Spośród fanfar grających z wysokości.

Coraz głośniej, aż po niemy krzyk.

Lecz nie ma już krzyków. One ustały. Przerwane płaczem.

On jest wyśmiany na zawołanie, udawany lecz szczery.

Jak w sitcomach na znak w wyznaczonym miejscu, by wiedzieć co robić.

I dalej hasłami zmanipulowanymi znakami, migocząc słowami.

Żadnych wartości, lecz jest zrozumienie, bo mówią już sami.

Mówią o wszystkim każdemu. I nie ma niczego.

Słuchają w milczeniu i ciszy w skupieniu.

Słuchają słów bezwartościowych, jak te tu powyżej.

Wpisują je w karty ludzi historii, lecz nikt nie chce czytać ich treści.

Dla jednych są inne, dla innych są identyczne. Niezmienne.

Chciałbym zawołać pierwotnym krzykiem. Lecz nie chcę. Bo po co?

Zbyt wiele uszu mogło usłyszeć sens i zrozumienie.

Słowami wszystkimi mógłbym obudzić całe miasteczko.

Kolejno. Następnie. Zaczną nadchodzić. Iść w moją stronę i za mną.

Tkwiącego w ciemnościach, wśród dźwięków muzyki.

Muzyki bez słów. Ich wrzaski by milkły w pytania rozpięte.

Czas stanąłby w miejscu. Wskazałyby początek zdania, akapitu i sens treści.

A jak żesz to było? Ach, no tak przecież!

Zacząłem od środka, by skończyć w połowie na środku, by zacząć kolejno.

Słuchaliby ciszy, a ja bym powiedział na głos powoli słowa powolne.

Głośno, wyraźnie od tego miejsca — w którym zaznaczam,

że wszystko i wszystkim mam głęboko gdzieś!


Przemawiam ja do was, moi kochani, gdyż mam dla was wieści najświeższe.

Dotyczą wszystkiego i życia i śmierci. Ich fundamenty zostały zachwiane.

Z chwilą, gdy skończę wam opowiadać, mamy już tylko godzinę do końca.

Oto treść listu tych szantażystów wprowadzających niecny sabotaż słowa:

Planuję terrorystyczny zamach na umysły ludzi. Wdrażam pierwsze parafrazy żeby przejść do całokształtu wzbudzonego terroryzmu psychicznego stanu zagrożenia, realnego najwyższym spośród klanów bojowników walczących o anarchię i chaos nowego porządku działań uprowadzających kolory i znaczenia. Stara dyktatura cara głodu, chuci i zdeprawowania zastąpiła by ich przeciwnością wprowadzoną przez nowego imperatora. Przemawiałby on czystym głosem rozrywającym wszelkie struktury moralnej głupoty i prawnej niesprawiedliwości. Krzyczałby on: Precz przeklęte świnie o cudownie wyprasowanych mundurach! Przecz bękarty o przepięknie przystrzyżonych twarzach w garniturach! — A jego wołania odbijałyby się odgłosami po tunelach, korytarzach, autostradach, sztucznych lasach, pustych planszach i szachownicach. By ich niewyraźnie dostrzec w matni. W rozpiętości jego zawołań dotyków ochroniarze padli by jak bydło schorowane w chwale, gdzie nie mówi jedność ani wszyscy. Gdzie każdy myśli i żyje dla siebie w wolności nie wchodząc w drogę innym, komukolwiek. Gdzie jedynym podziałem byłby podział na dwie przeciwne płcie. W ten sposób pacynki czerstwe swą ohydą zaraźliwą staliby jeszcze dalej stając niewolnikami własnych szaleństw.

Pięć godzin temu wyciągnąłem z banku wypłatę. Teraz nie mam nawet na podpaski.

Próbuję od czwartej rano dodzwonić się do prezydenta, ale ten chyba ma wyłączony telefon. Spróbuję jeszcze raz, gdy umrze. Wtedy łatwiej będzie go namierzyć.


Cisza była absolutna. Nie tykał zegar. Nie kaszlał widz.

Nikt nie rozmawiał. Nikt też nie szeptał.

Poza pojęciem i myślą. Do chwili głównego istnienia.

Kluczowej chwili, gdzie niedługo po niej, stanie się zwyczajem.

A za kilka dni, nikt nie będzie się tym przejmował.

W tej chwili jedynej w swoim rodzaju.. Zaczętej szokiem.

W gorączce popłochu zaraźliwych zgrzytów.

Brzęczeniem muchy. Burczeniem wiertarek.

Kolejno więcej i głośniej. I to nastało. Nic się nie działo.

I wypływały. Kolejno większe ilości dźwięków.

I każdy kolejno rozumiał i słyszał je wszystkie.

Aż doszło do nich kolejno, że też tak potrafią. Że mogą mówić.

Był to pierwszy raz kiedy widzowie, usłyszeli muzykę.

Do tej pory słyszeli, jedynie hałas chaosu.

Infradźwięki infrastruktur inicjacją informacji.

Onomatopeje zamiast samogłosek. Kłótnie rozumu.

Czy słyszycie ich skowyty w tle? Ich bełkotliwe jęki?

Czy rozmowy są znajome? Czy to dialogi czy monologi?

Czy ta szczebiotliwa mowa coś komuś mówi?

Czy to głos jest ludzki, czy to instrumentów śpiew?

Czy to mowy jest już naszej kres? Czy mój język jest prawdziwy?

Wszystkie słów kombinacje. Zależności i myśli, już gdzieś były.

Kreatywność przestała istnieć. Oryginalność w szlak zabrali analfabeci.

Jestem ślepy i głuchy, a język mi odcięli. Pozostał jedynie dotyk.

Beznamiętnie próbuję egzystować proporcjonalnie do życia.

Jakież to pompatyczne być musi dla wszystkich i nudne.


Osobliwość dziwaczności. Istnienie bytu. Istota bytu. Stworzenie z niebytu.

Z nicości. Forma. Organizm. Twór stworzenia. Stwory. Potwory.

Kreatury będąca istotą ludzką, wiedzącą, że nią jest, żywą istotą rozumną.

Zaistniała jednostka. Model istoty najwyższej. Powstali bliźni.

Truciciel luster i kłamca bez twarzy, a ci terroryści zagrozili tylko raz chórem:

Otrułem króla. Otruję i ciebie!

Obserwator niebios

Leży obserwator niebios. Pod nim chmury rozwiewane wiatrem.

Gonitwy chmar czarnych ptaków, niebo odsłaniając grzmiące.

Nie usłyszy już tego nikt. Zobaczy to tylko on —

Obserwator niebios, leżąc patrzy w niebo.


Okryję go ciemność — władczyni nocy — rozbitymi odłamkami płynąć falami będzie.

Schroni wszystkich czekających na rozświetlone niebo. Pierwszy promień słońca.

Pejzaż nieskończonych gonitw, horyzonty gwiazd i czarnych zdarzeń.

Niebo obserwuje. Nocne obserwacje. Obserwator Niebios.


Leży opiekun na niebie i myśli, noc jest głęboka i chłodna jak zawsze, otwarty firmament, a pod nim wszechświat, w gwiazdach rozsypanych, jak w pogorzelisku, by w ciszy dopalić tu wszystko. Rozproszony orszak wędrownych cieni, gasi wszystko by znaleźć człowieka bez cienia, a cieniem człowieka on będzie. Zakryli miasta i kraje i słońce, pożarli księżyc i gwiazdy i miłość. Nie znajdą tego, kto ich pozostawił, i błąkać się będą, jak opętani. Nikogo nie znajdą. Gasili światła po drodze wszystkie, a jak się skończyli, palili gwiazdy.


Sekrety z twojej przyszłości, tragedie z przeszłości, wewnątrz własnej samotności.

Intensywność chóru w słowach samych bólu, stojąc koło wielkich bram.

Głębie w nieba w sobie zawsze mam. Spotykając się od czasu do czasu.

Raz będąc demonem, raz aniołów prochem, przez tyle, chyba zbyt wiele lat.

Trzymam to, co było w eksplozji Gwiazdy Zarannej, by ocalony odejść w świat.


Masz plany, nadzieję. Masz wiarę, masz siebie. — Zacznij w górę się piąć.

Te szczyty nad tobą, dzień sławy dać mogą. — Zacznij do nich się piąć.

To nic, że ofiary pod nimi zostały. — Broń się, nie poddaj im.

Gdy jednak tam staniesz, czymś więcej zostaniesz. — Ptakiem, większym od gór.


Płyń górą, doliną. Płyń latem, płyń zimą. — Spiesz się i wyprzedź mrok.

To słońce nad tobą, gdy strawi je ciemność… — Spiesz się! Nie oddaj dnia.

Ci co już przegrali na placu zostali. — Spiesz się! Nie zostań sam.

To światło co niesiesz, rozpali w krąg jesień… — Spiesz się! Niech serca lśnią.

wielkości.


Tutaj nie ma miejsca na rzeczy błahe. Tutaj nikt nie śni w skrytości.

Tutaj pragnienia są olbrzymie. I nikt nie śmie myśleć o małości.

Bo tutaj jest kraina spraw najważniejszych. O nadnaturalnej wprost wielkości.

Dekadance

W jasność, boskość, chwałę.

W rozpromienienie się tysiącem barw.

W czystości. W skupieniu. W milczeniu.

Stać dalej. Być bliżej.

Widzieć wszystko. Wiedząc więcej.

W skromności. W spokoju. W samotni.

W wodzie. W powietrzu. W ogniu i w ziemi.

Rozumieć. Świadomie. Pasywnie. Biernie.

Będąc sobą. Będąc kimś innym. Będąc każdym.

Będąc wszystkim. Będąc nikim i niczym.

Nie będąc sobą czy pozostać sobą?

Bez znaczeń. Bez słów. Bez dźwięków.

Bez myśli. Bez granic. Bez jaźni. Bez ciała.

Śniąc na jawie, a świadomy we śnie.

Po kres świata. Dla wszystkich kolejno.

Po kres życia. Dla samego siebie.

Zniewolony, by być wolnym.

Zamknięty w klatce i zewsząd otoczony.

Po wieczność. Po nic.

Milcząc. Mówiąc. Śpiewając. Ślepnąc.

Nieruchomiejąc. Kamieniejąc.

W sobie. Bez związków.

Zrzucając skórę. Ubierając skorupę kolejną.

Dla tej jedynej chwili nieśmiertelności.

Czują tylko ból fantomowy.

Jego performeracji zdeprawowanie ciało.

W ten sposób mogę poznać istotę człowieka.

Bo to wszystko było, jest i będzie.

Z początkiem i z końcem, także i

w Tobie.

Zatrute lustro

Wokół mnie wzbierały dymy przywidzeń.

Zjeżdżałem głębiej. Zjeżdżałem na dno.

Futro przestało ogrzewać moje ciało.

Jutro i tak, będzie po futrze. Nastaje wiosna.

Przestrzeń stała się niestała w swej charakterystyce.

Ktoś stał pod drzwiami mojej ubikacji.

Choć byłem sam, a wejście zamknięte,

nieodwołalnie trwałem do piania koguta.

Nie mogłem rozróżnić świateł i dźwięków.

Mieszały się ze sobą, lecz wyraźna była mowa.

I słyszałem imię w tej wrzawie, coraz lepiej słyszalne.

Nie było w dźwiękach, żadnego piękna.

Muzyka drażniła mnie ciągle.

Odcięty zostałem. Bez telewizora.

Abstrakcyjnego bełkotu podprogowego.

Echem odbitym od mojego snu.

I było też lustro, i w nie spojrzałem.

Było zatrute.

Moje odbicie poruszało się, lecz ja stałem sztywno.

Pożerany przez dreszcze zarażenie zechciałem wyjść.

Byłem zamknięty.

Nie było drzwi przez które tu wszedłem.

W podłodze tkwiło okno zamknięte.

Bym mógł podglądać wszystko przez szybę,

a w niej widziałem:

Ciemną nocą, czarnymi korytarzami.

Chorzy ludzie ślepo przemierzali.

Sponiewierane ciała drążyły pomiędzy ścianami.

Bez zbędnych obiekcji. Bez żadnych przeświadczeń.

O niczym bez związki nikt nic nie mówił.

Z bezwładnym umysłem. Bez myśli wierzących.

Wychodzą w ciszy woalu. Krzycząc w umyśle na innych.

Odtrącając każdą cząstkę tego, co spaja świat wokół.

Byli już zdrowi. Nie zachorują. Na nic już nigdy.

I nic nie zabije ich już przenigdy.

Będą żyć długo. Za długo. Zawsze.

Śmierć też ich już nigdy nie dorwie.

Od chwili, gdy spojrzeli w lustro,

i ujrzeli w nich prawdziwych siebie.

Dopiero wtedy zrozumieli, że to nie lustro było zatrute.

Jednak nikt nie powiedział prawdy na głos,

ani wtedy, ani kiedykolwiek później.

Rododendronu korzenie

Oto Rododendron, władca prędkości, prześcignął czas,

trwając bez jaśni przez ponad dwieście tysięcy lat.

Chciał czegoś więcej, pewnego dnia, lecz stara sekwoja, została ścięta.

I przestał być drzewem stając się kartami książki.

Historia w niej zawarta prawdziwa się stała wiarą czytelni pełnej świadomości.

Zawsze gdy korzenie zapuszczał na dłużej, zmieniał się znowu w drzewo mięsiste.

Mięso świadome miejscem stworzenia z korzeni.

Puste jak jedna z kartek, wygięta inspirowała do jej zamazywania.

Stąd wydobywają się wszelkie opowieści wkraczając w nie głębiej.


Odbieram jedynie rykoszety jej ofert. Kup teraz.

Latarnie atakując światłem przechodniów, skupiają ich uwagę mocno.

Zastygłe fragmenty elektronicznego serca,

zastępcą wolności rozumu elementarnego nieba.

W pozytronowym manifeście gargulców przebrzydłych.

W jednej z nich inteligentne formy życia stworzyły istotę.

Nie mogącą żyć pośród nich. Wysłali ją do nas, na naszą planetę.


Na słuchawkach, w ten sądny dzień zagłady, jaki się zbliża,

a której nie oczekuje nikt poza mną. I nikt nie pozna jego symptomów.

Obietnic danych przez kogoś innego, niż ja sam sobie, bo

człowiek zmienia się najbardziej zostając skazany, tylko na siebie, bo

człowiek skazany zmienia się wówczas, obiecując coś sobie.

Szczerze podpięty pod język do kłamstw wykrywacza, łykając serum prawdy.


Są całe miasta mówiące o tym, szepczące. Mieszkańcy, ogrody, mieszkania.

Mieszkania z ogrodami. Mieszkania bez ogrodów. Ogrody bez mieszkań.

Mieszkańcy bez mieszkań. Ogrody bez kwiatów. Mieszkańcy bez kwiatów

Osiedla i miasta i kraje bez ogrodów. To samo bez mieszkańców.

Miasta bez domów. Kraje bez mieszkańców. Ogrody same. Tylko ogrody.


Wpierw rozkład potem śmierć, za karę dla siebie.

Fortece rozpustną chwałą wznoszą się ku niebu.

Czarny teren. Czarny grunt. Czarna ziemia. Czarne słońce.

Nie ma ziemi, nie ma ludzi. Nie ma przestrzeni do zaludnienia.

Nie ma ludu, nie ma wrażeń, słowa umarły i nie skrzywdzą nikogo już więcej.

Oni są wszędzie

Znów słyszę głosy.

Przylecieli po mnie, ale ostatecznie,

z niewiadomych przyczyn,

nie chcą mnie zabrać z powrotem.

Czuję zmiany w przestrzeni.

Coś kombinują.

Nie wiem co, ale pewnie jakiś test.

Na pewno nic dobrego.

Cały czas czuję, że mnie obserwują.

Chyba pobierają mi z mózgu wszystkie informacje z ostatnich lat.

Nie wiem kiedy mają zamiar odlecieć.

Przecież nikomu nie mogę o tym powiedzieć.

Komu? Policji? Rządowi?

Na pewno mają wśród nich swoich szpiegów i paserów.

Będą chcieli wiedzieć, czy doszło do kontaktu.

Nie było mnie w miejscu, w którym sam siebie oczekiwałem.

Czułem dyskomfort, bo oni jeszcze kiedyś tu wrócą.

Muszę iść spać.

Ich jest zbyt wielu.

Podczas snu fale R.E.M zakłócają ich odbiór.

Przynajmniej kupię sobie trochę czasu.

Na nic innego mnie nie stać.

Ostatnia warta

Czuję się nieobecny. Sam sobie obcy. Jak imperator na smoczym tronie.

Mogę przenikać do snów innych za sprawą machiny snów.

By napisać przyszłość śniących, konstruując rzeczywistość za pomocą fikcji.

Jeśli śni ci się w tym momencie coś złego, to mam nadzieję, że te słowa cię obudzą.

Ich jest zbyt wielu. Oni wrócili. Około trzeciej ranem, wzbudzając wątpliwość.

A ja pomimo snu, nawiązuję kontakt pierwotny z nimi. Bez skutku. Fatalnie.

Nie wiem kim jesteś. Nie znam też siebie. I wówczas odchodzą, lecz mówią.

Gdy wrócę, przyjdę po ciebie i zjem twoją duszę tak, jak oni zjedli moją.

Nie wiem kim Oni są, ale wiem, że kiedy przyjdą to się dowiem tego w pełni.

Księżycy w nowiu. Wkraczając w jaźń. Śpiewają pieśń. A brzmi ona tak:

Chodzimy za dnia. W cieniu drzew. W myślach miast. W rzeczach nieistotnych.

I nie wiem kim są, ale to Oni sprawiają, że drżę rozdarty w sobie.

I nie wiem dlaczego się trzęsę i jestem mokry wewnątrz. To było przejście.

Otworzyłem wrota, co nie powinny nigdy być otwarte.

Przechodząc przez lustro. Zrobiłem to po raz pierwszy w życiu.

To, co w nim zostało jest prawdziwym Ja. To, co z niego wyszło to już nie Ja.

Teraz nie jestem pewny niczego i nie wiem czego chcą obaj.

A ty kim jesteś? — Pyta jeden z nich mnie, a ja odpowiadam:

Myślałem, że wy mi powiecie choć tyle.

Dręczą mnie sygnałami rytmiczności.

Wymuszają bym podpiął się kablami do moich synaps.

Do celu ich powstania podążają do poznania.

Bo to jak ich widzę dzięki swojej woli, jest zależne od nich.

A oni o tym wiedzą. Ale ja też o nich coraz więcej wiem.

Wiedzą, że mogą powstać i żyć jedynie wtedy,

gdy ja im dam na to pełne przyzwolenie.

Wymuszają bym to zrobił, bo są ode mnie silniejsi. I robię.

Przeciąłem twarz na dwoje niewidzianą brzytwą.

I zatapiam palce w niej pośrodku, rozrywając ją na dwoje.

By węże wewnątrz skryte wylały się moimi oczami.

Mam dwoje oczu. Jeśli je stracę, to stanę się ślepy. Logiczne.

Wolę zostawić choć jedno bym mógł stać się królem ironii.

Lecz to niemożliwe. Choć w ciemnościach może, zobaczę więcej.

Następnie patrzę oślepły i wszystko oprócz wokół i we mnie

raptownie gaśnie. Stałem się nieczuły, bo oni chcą tego.

Przejęli moje emocje i bawią się tym, czym ja nigdy nie potrafiłem.

Kiedy wracają znowu, pytają o czym będzie następna pieśń.

Nie wiem co odpowiedzieć, odpowiadam im. Lecz Oni wiedzą.

I słyszę dźwięki wewnątrz siebie. Brzmią obco i dziwnie.

To ostatnia piosenka, mówią mi, po której nigdy nie usłyszę już nic.

Zaśpiewaj więc ze mną piosenkę, którą nucić będzie cały świat.

Dyktują nuty, słowa, obrazy przewlekle zakontrastowane niespójnością swą.

A ja nie potrafię ich spisać. Rozszyfrować. Sprecyzować. Złapać.

Ich inaczej niż za sprawą słów. One umykają szybciej niż światło.

I przychodzą znowu by gnębić mnie bardziej w smutku moim.

Dalej. Co? Co dalej? Też chcą wiedzieć. O co chodzi?

Pytanie, jest tutaj odpowiedzią, lekarstwem na wszystko.

Czego chcecie?! — Pytam krzycząc.

A oni mówią znowu szczerze — Ciebie!

Wracam znów do nich. Nie rozumieją mnie, ja nie rozumiem ich.

To była sprawiedliwość. Przejmują kontrolę nade mną znowu.

Znów w sidła mnie łapią. Bym więcej nie był wolny.

By Oni też nie mogli wolni być. I nie chcąc mówić mi niczego.

Chcąc jedynie skrywać zagadki, które mi wykradli bez mojej wiedzy.

I mówią, że Oni to ja, a ja nie pamięta kim, czym i kiedy byłem.

Oni to wykorzystują, ponownie łapiąc w sieci udręki kłótni z sobą.

Buchając pustką z moich oczodołów, by mnie zachęcić do zmiany powłoki.

Pewny byłem w pełni, że to właśnie Oni powalili pierwotne mocarstwa.


Bez modlitw i bólu. Bez nieba i gniewu.

Bez ciepła i zimna. Bez szczęścia i smutku.

Pozostają oni. Pozostaje ja.

I nikt nie zbawi mnie ode złego.

Bo zło jest ciągle w nas. A ci dobrzy wyginęli.

I nikt nie poprowadzi mnie.

Bo wokół nie ma nic. Absolut wszystkiego.

W zgliszczach pozostało jedynie zgorzknienie.

Na wyżynach goryczy żółcienie przeczyste.

U stóp przenajświętszych gór w które chcę odejść.

Odejdzie sam w pustkę. Bo coraz jej więcej.

A ten, co jest pierwszy, zostaje jeden.

Sam w górze nie dostrzega, co po za nią jest.

Sam na górze nie sądzi, że jest wyższa góra.

I wstaje pewniejszy, lecz słabszy na duchu.

I widzi, że to nie on jest pępkiem wszechświata.

Lecz on jest dla świata czymś co ten ma gdzieś indziej.

Z drugiej strony. Odchodzi od siebie. Przechodzi na drugą stronę.

Kto czuje oni czy on czy ja? Czy świat to złudzenie? Czy on jest iluzją?

Choć jest przyspawany, do ziemi i nieba. Złączyć nie może ich obu w sobie.

Za to spostrzega gwiazdy coraz bliżej — to ja nimi jestem. One to ty.

Strzelam kamieniami złotymi wijąc się lodowatą prędkością na szczudłach nicości.

Ciągnę wczorajszy dzień i udźwignąć próbuję jutro jaskrawe.

Stoję z wykrzywioną do tyłu głową, próbując dojrzeć własną przestrzeń.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.99
drukowana A5
za 20
drukowana A5
Kolorowa
za 43.22