E-book
27.3
drukowana A5
59
Bibuła. Trzepot pióra

Bezpłatny fragment - Bibuła. Trzepot pióra

Teksty krytycznoliterackie

Objętość:
222 str.
ISBN:
978-83-8189-700-6
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 59

Słowo wstępne

Publicystyka Ewy Klajman-Gomolińskiej to między innymi szkice krytyczno-literackie, teologiczne i filozoficzne publikowane na łamach pism ogólnopolskich. Autorka przez ostatnie dwie dekady dała się poznać z bardzo kontrowersyjnych wypowiedzi na temat m.in. in vitro, aborcji, eutanazji, feminizmu, gender i innych aktualnych zagadnień społeczno-kulturowych. Zbiór wybranych tekstów z tej kategorii został opublikowany w 2019 roku w wydaniu „Nędznicy. Podróż międzyplanetarna”.

Kolejnym literackim genre, z którego Ewa Klajman-Gomolińska zasłynęła w środowisku, jest szeroko pojęta krytyka literacka. Od wielu lat regularnie recenzuje książki znanych jak i mniej znanych autorów. Dogłębne analizy wybranych wedle, znanego tylko autorce klucza, pozycji książkowych, zakrawają nierzadko na okazałe eksploracje naukowe na poziomie akademickim. Ukazują niebywały, wypracowany przez lata, warsztat artystyczny oraz imponującą i szerokohoryzontalną wiedzę — zarówno z dziedziny, zagadnień ogólnych, aktualnych trendów, jak i wielu innych dyscyplin.

Ta wysmakowana kompilacja składa się na nową odsłonę gatunku krytyki literackiej, w charakterze i smaku typowym tylko dla pióra Klajman-Gomolińskiej. Pomimo rozległych deliberacji, autorka uchyla zawsze jedynie rąbka tajemnicy, nie zdradzając kuluarów opiniowanego utworu, fabuły czy konkluzji. Nie ma tu więc mowy o tak często spotykanych w krytyce spoilerach. Wiwisekcja tekstów, rozkład na czynniki pierwsze, konteksty historyczne i kulturowe, z zabarwieniem résumé dotyczących ich autorów, jedynie podsyca naszą literacką żądzę i staje się przystawką w uczcie literackich doznań. Bo to, co w swojej krytyce literackiej zawiera Ewa Klajman-Gomolińska, może nierzadko przesądzić o tym, po co sięgniemy w bibliotece/księgarni i o jakim pisarzu/poecie będziemy marzyć.

Niniejszy zbiór „Bibuła. Trzepot pióra” stanowi wybór jedynie niektórych tekstów, które pojawiły się na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat. Tych, które razem z autorką uznałyśmy za fundamentalne, o największej wadze i impakcie w literaturze polskiej.

Z życzeniami nieustającej nauki i wybornej lektury,

Angelika Maria Gomolińska

Redaktor

Biogram artystyczny

Ewa Klajman-Gomolińska (fot. Angelika Maria Gomolińska)

Ewa Klajman-Gomolińska urodziła się 14 marca 1966 r. w Olsztynie. Absolwentka I Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Mickiewicza w Olsztynie. Ukończyła filologię polską w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Olsztynie oraz bibliotekoznawstwo i informację naukową na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie.

Literacko zadebiutowała w Głosie Młodych w 1983 r. W pierwszej połowie lat 80. XX w. otrzymała kilka nagród w konkursach literackich, m.in. wyróżnienie w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim O Laur „Liścia Akantu”, nagrodę w konkursie im. Michała Kajki. Kolejne lata twórczości przyniosły jej ferię rozmaitych nagród i wyróżnień. Od czasów licealnych członek Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy oraz Robotniczego Stowarzyszenia Twórców Kultury. W okresie studiów polonistycznych była współzałożycielką studenckiej grupy literackiej „Ornament”. W 2000 roku wystąpiła z cyklem wierszy na scenie w Chojnicach podczas VI Chojnickiej Nocy Poetów. Jej spektakularne występy recytatorskie zyskują zawsze rzesze zagorzałych fanów i nadają jej literaturze spektrum niezwykłych subsydiarnych atutów, dopełniając strukturze i przekazowi prezentowanych dzieł.

Autorka aktywnie wspiera inicjatywę Muzeum Biblioteki Poezji Polskiej oraz Klubu Polskiej Książki. Jest autorką 11 książek i współautorką licznych wydań zbiorowych. Na stałe współpracuje z wieloma pismami i portalami kulturalno-literackimi. Od kilku lat prowadzi poczytnego bloga „Baribum”, na którym publikuje zarówno teksty już znane, komentarze dotyczące codzienności, jak i literackie nowalijki.

Wywiad Agnieszki Świst-Kamińskiej z Ewą Klajman-Gomolińską dla Szkoły Męskiego Stylu (szkolameskiegostylu.pl)

A Świst-Kamińska: Jak rozpoczęła się Pani przygoda z pisaniem?

Ewa Klajman-Gomolińska: Nie pamiętam tego momentu i towarzyszącej mu iluminacji. Kiedy jeszcze nie umiałam pisać, recytowałam ułożone w głowie wierszyki albo opowiadałam dziewczyńskie historie wymyślone na poczekaniu. Nauczyłam się pisać jeszcze przed pójściem do szkoły, by przelewać na papier swoje zwerbalizowane dokonania. Pisanie jest dla mnie jak oddychanie. Było zawsze, nawet gdy nie znałam jeszcze czarodziejskiej mocy literek.

— Zadebiutowała Pani w Głosie Młodych w 1983 r. Czy to dało Pani motywację do dalszego rozwoju?

— Na pewno było jakimś przeżyciem. To zupełnie inne czasy bez Internetu i z niewielką liczbą tytułów gazet. Sama więc publikacja znaczyła nieporównywalnie więcej niż teraz.

— Zdobyła Pani wiele nagród i wyróżnień. Które z nich jest dla Pani największym osiągnięciem?

— Nie pisze się dla nagród. Pisze się dla i do Czytelnika. Arogancją byłoby tego nie zaakcentować niezależnie od doświadczenia i zajmowanej pozycji. I nie mam tu na myśli licznych recenzji mojej twórczości napisanych przez wybitnych krytyków literackich, choć dla badaczy i historyków literatury stanowią bezcenne źródło analizy i syntezy. Największym osiągnięciem są dla mnie głosy czytelników niezwiązanych zupełnie ze środowiskiem. Ludzi, którzy sięgnęli po moje książki, przeczytali moje utwory w jakimś periodyku i coś na nich podziałało tak silnie, że chcą mi o tym powiedzieć. Wzruszające listy, maile, telefony, spotkania. Te wszystkie potwierdzenia, że moja twórczość jest komuś potrzebna.

— Jest Pani autorką 9 książek i wielu współautorką. Czy któraś z pozycji jest bliższa Pani sercu?

— Wszystkie moje książki są moimi dziećmi, które kocham, ale one już poszły w świat. Najbliższa mojemu sercu jest więc zawsze ta książka, która jeszcze nie poszybowała do wydawcy, nad którą aktualnie pracuję, na którą złoszczę się codziennie i codziennie ją dopieszczam.

— Czy mogłaby Pani zacytować ulubione zdanie bądź kilka zdań z Pani twórczości?

— Myślę, że autor nie powinien tego robić. Nie powinien zakreślać fragmentów i wypisywać na kolorowo słów-kluczy na tablicy, bo wraz z wyborem cytatów podąża interpretacja. Interpretacja należy do Czytelnika i nie wolno mu jej odbierać. Jako osoba dość często cytowana, muszę szczerze przyznać, że prawie zawsze jestem zaskoczona. Zaskoczona, że akurat te wersy a nie inne są dla kogoś ważne i że ja bym tak nie wybrała. Ale na tym polega właśnie magia, wielka magia sztuki.

— Prowadzi Pani bloga „rubinowe okno”. Skąd pomysł na założenie bloga?

— Blog jest moim ukłonem i jednocześnie odpowiedzią na prośby Czytelników, którzy chcieli mieć ze mną i moją twórczością bliższy i w miarę stały kontakt.

— A skąd pomysł na nazwę bloga?

— Pod adresem rubinoweokno.blogspot.com widnieje nazwa/tytuł „Baribum”. To imię wilka — bohatera całego cyklu bajek, na których mnie wychował mój Ojciec. Baribum mieszka w lesie a pod osłoną nocy przemyka do domów samotnych dzieci, by ich chronić i strzec. Ojciec, zmagając się z ciężką chorobą, tymi opowiastkami przygotowywał mnie na swoją śmierć. Umarł 35 lat temu, lecz Jego bajkowy wilk jest wciąż żywy i patronuje teraz mojemu blogowi. „Baribum” to także tytuł mojego poematu pochodzącego z tomu „Eloi”.

Jaka jesteś akantowa prozo?

W inaugurującym rok 2007 numerze „Akantu” zamieszczone zostały reprezentacyjne fragmenty prozy Jolanty Nowakowskiej pt. „Czterdzieści dni i czterdzieści nocy”. Stanowią one studium psychologiczne człowieka pogrążonego w samotności własnej i wyalienowanego ze świata rzeczywistego, a że progiem, niestety obligatoryjnym, jest w takiej fazie przebywania choroba psychiczna — obecność mówiącego bałwana w domu głównego bohatera jest schizofrenicznym symptomem. W przypadkach klinicznych sam proces chorobowy nie zostaje najczęściej zauważany przez pacjenta, więc bohater Nowakowskiej też nie zauważał jak w jego domu zaczął pojawiać się śnieg…

„O tyle jesteś, o ile idziesz”, „…wtedy, gdy stoisz, idziesz” — te słowa przenieść można na całoroczne łamy „Akantu”, pisma, które w regularnie ukazujących się numerach raczyło czytelników poezją, prozą, recenzjami i szkicami z różnych dziedzin ( literatura, historia, polityka, socjologia, filozofia, a nawet psychologia czytania i odbioru książki) oraz wkładką — „Świat Inflant” pismo literacko-naukowe. I chociaż, dalej podążając za Jolantą Nowakowską „I nie z każdym możesz o tym porozmawiać, nie z każdym pomilczeć”, spróbujmy nazwać fundamenty i pokazać mury współczesnych polskich prozaików publikujących w „Akancie” roku 2007.

Zdolność bohatera „Czterdzieści dni i czterdzieści nocy” polegającą na przemieszczaniu się w przestrzeni świata rzeczywistego i świata z kalendarza posiada również, tyle że w wersji mocno udoskonalonej, bohater opowiadania Stanisława Chyczyńskiego „Półbaśń o Arielu”(numer wrześniowy). Ariel jest aniołem, którego celem jest czynić dobrze w różnych obszarach historii; potrafi więc on przemieszczać się swobodnie w czasie, by nieść pomoc i to nie tylko ludziom. Ariel ratuje również życie wilka; jednakże wdzięczność zwierzęcia jest znacznie głębsza i serdeczniejsza niż ludzka…

Jak anioły to i dwunastu apostołów pod postacią dwunastoosobowej rodziny na syberyjskim zesłaniu w „Dwunastym garnuszku” Zbigniewa Domino (luty 2007). Wstrząsający obraz, który można nazwać za Gustawem Herlingiem — Grudzińskim „innym światem”, w którym „ludzie ludziom zgotowali ten los” (Zofia Nałkowska „Medaliony”). Literatura łagrowa znana jest poza przywołaną pozycją Herlinga — Grudzińskiego również z lektur m.in. Andrzeja Niezabitowskiego, Piotra Pietkiewicza, Edwarda Polaka, Edwarda Toczka, Stanisława Sieka, Izabelli Sariusz-Skąpskiej czy Marii Magdaleny Lukas. I właśnie w tym ziemskim piekle kilkunastoosobowa rodzina przygarnia do siebie zbłąkanego sierotę, w stanie wskazującym na szybką śmierć głodową, i każdy z domowników odlewa mu do kubka po dwie łyżki zupy — swojej jedynej porcji. Anioły i ludzie są przemieszani na tym ziemskim padole i pukając do obcych drzwi, nigdy nie wiadomo, czy za nimi mieszka człowiek czy ucieleśniony anioł. Nadzieja zawsze umiera ostatnia.

Historia często jest esencją akantowej prozy. Tak jest w opowiadaniu Jana Rutkiewicza „Ostland” (luty 2007) czy w powieści Dariusza Tomasza Lebiody „Bromberg”, której fragmenty opublikowało pismo w czerwcowym numerze pt. „Jesień w Brombergu”. Akcja rozgrywa się w połowie września 1939r., bohaterka — piętnastoletnia Józia jest świadkiem makabrycznego wydarzenia, mającego miejsce w niedzielę po nabożeństwie. Zemsta Ingrid Braun za zastrzelenie jej ojca, który kierował niemieckimi bojówkami, strzelającymi z wież kościoła ewangelickiego doprowadziła do zamordowania wielu niewinnych, całkowicie przypadkowych ludzi przez niemieckich faszystów. Niezmiernie trudno jest pisać na tematy podejmowane często przez innych, ale wprawne i bogate pióro Dariusza Tomasza Lebiody sprawia, że jego prozę czyta się z dużym zainteresowaniem.

Dla równowagi w tymże numerze można znaleźć „Bardzo dramatyczne sceny” Jarosława Sułkowskiego według „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza. Udana stylizacja i godne podjęcie Gombrowicza z zachowaniem całego absurdu i krytycyzmu wobec rzeczywistości. A jeśli o absurdzie mowa to nie może zabraknąć „Konferencji prasowej” Jerzego Suchanka (kwiecień 2007), bacznego obserwatora świata i natury człowieka. Autor z dużą dozą humoru oraz ironii naniósł ludzkie charaktery z ich wadami i słabościami pod postacią zwierząt, które są bohaterami tej półbajki, nasuwającej mimowolnie przed oczy czytelnika bajkowych bohaterów Ignacego Krasickiego.

Całość opowieści utrzymana jest w antropomorfizacji ze znamionami zarówno figlików jak i satyry zjawisk i zachowań. Interesująca jest semantyka nazw własnych postaci (Gajowy Lis To — Pikuś, królik Tupador, Leśniczy Ot — Psikus) oraz kalamburowe dominanty.

Bajkowy klimat nosi również opowiadanie Jacka Butlewskiego „Wąsy dziadka” z wrześniowego numeru „Akantu”. Czarownica, miotła i kot Leopold to niezbędne atrybuty, by samotność i odrzucenie, które są dla głównej bohaterki — Matyldy nie do zniesienia, znośnymi się stały. Czasami rzeczywistość ze swoimi twardymi i bezwzględnymi prawami zostawia tylko jedną furtkę, za którą jest świat niedostępny dla „szkiełka i oka” a stanowiący jedyne rozwiązanie głodu i pustki. Ale nie wszyscy znajdują na swej drodze klucz do owej furtki.

Nie znalazła go bohaterka utworu Lucjana Zuzi „Starość”(listopad 2007). Maria próbuje dopracować do emerytury, skrywając, z różnym skutkiem, swoją starość uniemożliwiającą jej wykonywanie codziennych obowiązków zawodowych i domowych. Bardzo smutne a jednocześnie realistyczne opowiadanie odsłaniające całą bezduszność świata, w którym nie ma miejsca dla słabych, chorych i starych. Świata, w którym my jesteśmy dzięki „tym starym” i w którym my będziemy już tak niedługo „tymi starymi” i choć to banalna prawda refrenem powtarzana w każdych wiekach to nic z niej pozytywnego nie wynika. Bo trzeba najpierw otworzyć serca. Serce daje miłość, przyjaźń i więź, których nie zerwą czas ani choroby.

Droga do serca wiedzie z drugiego serca, a nie z substytutów jakimi są np. narkotyki. „Skok w przepaść” Marcina Radwańskiego (wrzesień 2007) to opowieść o staczaniu się w przepaść bez możliwości powrotu. O nieodwracalnych zależnościach, których nieodwracalności człowiek do końca zauważać nie chce. Iluzja, że panujmy nad sytuacją daje nam poczucie władzy, z którą czujemy się bezpiecznej w każdym miejscu w szeregu życia. Życia, które miewa swoje lepsze dni i wpuszcza do swoich korytarzy trochę słońca. Tak dzieje się w „Jedynej miłości” Magdaleny Kuśmierczyk (listopad 2007), gdzie niemożliwe i skazane z góry na niepowodzenie staje się szczęściem i wielkim uczuciem. Bohaterem utworu jest Mariusz — marynarz, wdowiec, nie zakładający nawet, że w jego życiu może zapłonąć miłość, choć pragnący tego w głębi serca. Miłość pojawiła się w jego życiu, gdy nie miał już nadziei i gdy nic nie wskazywało na to, że to ta będzie tą jedyną…

Takiego szczęścia nie ma aktorka Agnieszka — bohaterka kontrowersyjnego opowiadania Grażyny Wojcieszko „Żona suflera” (lipiec 2007). Kontrowersyjnego z racji podjętego tematu homoseksualizmu i związanych z nim nierozstrzygniętych kwestii tj. samo zakwalifikowanie pojęcia — homoseksualizm jako dysfunkcja popędu, niereproduktywne homożeństwa, rozwody par tej samej płci. Interesujące u Wojcieszko jest zagęszczanie kobiecej intuicji, która teoretycznie bez realnych podstaw wyczuwa coś i boi się czegoś nie określonego bliżej. Konkretyzacja tego stanu nie następuje aż do odsłonięcia kurtyny głównej problemu, gdyż ten nie ma twarzy w kosmosie strachów żony suflera. Według niektórych psychologów zdrada może wywołać u partnera stres zbliżony do odczuwanego po śmierci swojej połowy. Zdrada na płaszczyźnie homoseksualnej, jeśli koliduje wyraźnie z przyjęciem takiego stanu jako możliwy i dopuszczalny, będzie może bardziej boleć, może bardziej poniżać i upodlać. W każdym razie zdrada zawsze jest i będzie jakąś formą odejścia, dyskusyjne na ile ostatecznego, bo rekonstrukcje na ogół są klęską.

Odejście bliskiej osoby w mniejszym lub większym stopniu implikuje nasze z nią odejście. O tym opowiada Alicja Kubiak w „Za szklanymi drzwiami” (kwiecień 2007). Opasanie i trawienie śmiercią. Nieuchronność dotknięcia śmierci poprzez utratę bliskiej osoby. „Nie możesz zatrzymać nieuniknionego. Światem żądzą odwieczne prawa, których nie wolno łamać. Każdy ma do spełnienia jakąś rolę, ta ofiara ma ratować kilka innych istnień.”

„…pierwszy śnieg tej zimy zdążył zasypać jego ślady…” a to już z opowiadania Anny Meller „Pokój” (wrzesień 2007) traktującym o dramatycznym głodzie miłości. O desperackich próbach zagłuszenia ciszy, zapełnienia pustki, o sercu wycieńczonym bez kropli miłości. Przypadkowe zespolenia cielesne dają tę iluzję chwilową, że to on i że to ona. Oszukiwanie siebie jako sposób na siebie. Pół roku wcześniej Anna Wyrwik w „Tygrysie za płotem” pisze „Brak mędrców, brak autorytetów, brak miłości, brak wiedzy”. Nędzna ta ludzka samotnia w pustym świecie, a przecież jak konstatuje narratorka zawsze mogło lub miało być inaczej. Samotność jako choroba ma kliniczne objawy z indywidualizacją zaznaczoną pacjenta; krótko ujmując różne, np. u bohaterki Jarosława Górnego „Pani Basia” (grudzień 2007) przełożyła się ona na nałóg alkoholowy.

Stefan Pastuszewski porusza tematy najbardziej newralgiczne, dotykające jestestwa każdego, razem i z osobna, próbuje na nowo definiować zamknięte filozoficzną klamrą te bardziej i mniej oczywiste. „Istotą wszystkiego jest życie. Chwila kroplą życia. Życie jest Bogiem. Wszystko się zmienia, porusza, unicestwia, a raczej przechodzi w inną formę bytu i właśnie ten ruch jest Bogiem. Ruch jest cudowny; wszystko inne jest pospolitością…” z „Dialogów o…(4)”. Według autora zatem życie jest tkanką pierwotną i ostateczną, zaś jej wszechobecność i wszech czasowość zowie się jej Kapłanem, naszym Bogiem. Takie wnioski pozwalają pełniej zrozumieć miłość Pastuszewskiego do wnuka Sebastiana, znajdującego się w stanie ruchu permanentnego. Dzieci z racji mniejszego obcowania z grzechem, na który jesteśmy skazani (co daje nam podstawy o ubieganie się zbawienia i życia wiecznego) są swą czystością bliższe Bogu. Prozaik Pastuszewski w opowiadaniu cytuje poetę Pastuszewskiego, bo mu widać do siebie najbliżej, bo rozumie się z sobą najpełniej „Matka rodzi syna, a kobieta mężczyznę”. Żeby były orły i sokoły czyli mężczyźni prawdziwi muszą być najpierw kobiety. Po co rycerzowi ma rdzewieć zbroja, skoro dama jest już tylko pik albo karo.

W „Dialogach o…” jest także o kościele, o Konradach Wallenrodach, o katolicyzmie, a jak katolicyzm to i Żydzi, o powołaniu, hierarchii tej kościelnej i niekoniecznie. „...naród ten [Żydzi] jest wyjątkowo ruchliwy intelektualnie i ambitny finansowo. A wszystko to dlatego, że od wieków żyjąc w diasporze, na wygnaniu został zmuszony — aby przetrwać — do mobilizacji wszelkich sił psychicznych i umysłowych, a one są przecież podstawową bronią człowieka.” („Dialogi o …(3)”). To jedna z wielu prób zrozumienia funkcjonowania w różnym miejscu i różnym czasie dzieci Abrahama. Usytuowania samego kościoła katolickiego na gruncie judaizmu.

„Akant” roku 2007 przyniósł czytelnikom szeroki przekrój prozy autorów znanych, mniej znanych i debiutantów — w tym miejscu pozdrawiam Adama Boberskiego, którego opowiadania „Sny Pana Bazylego” (sierpień 2007) pochodzącego z jego debiutanckiej książki „Zapiski zmarłego w domu” nie omówiłam z uwagi na moją obszerną recenzję całego tomu (Ewa Klajman-Gomolińska „Stan idealny?” listopad 2007).

Proza 2007 jest dowodem na to, że pisarze nigdy nie pozwolą na zepchnięcie życia w niepamięć, że nie oddadzą niesprawiedliwości czasów tych czy owych do hospicjum. Ich praca jest kwieciem pocieszenia dla tych, którym z miłości pękło serce i myśleli, że nikt tego nie słyszał. Jest zapalonym zniczem dla tych bezimiennych, którzy zamykając oczy nie pomyśleli, że ktoś uchyli ich powieki na chwilę swego maszynopisu. Jest ramieniem wsparcia dla tych, którzy parzą sobie herbatę w dwóch kubkach, by własna samotność tak od razu nie rzucała się w oczy. Jest nauczycielką historii dla tych, którzy mieli pod górkę do szkoły i zawsze szli do niej dłużej niż wracali.

Jeśli w roku 2007 choć jedna osoba odłożyła przygotowaną porcję narkotyku, choć jedna staruszka poczuła się potrzebna, choć jeden zaprzęgnięty w życie człowiek zastanowił się, czym to życie tak naprawdę jest i jeśli choć jedna kobieta krzyknęła za swoim mężczyzną: „będę na ciebie czekała”, a każda z tych osób czytała choć raz miesięcznik literacki „Akant” to znaczy, że otrzymaliście Państwo najważniejsze dla pisarzy podziękowanie.

Inaczej po hiszpańsku, inaczej po polsku. Xavier Roson

„Nadzieja pozwoliła mi walczyć i dojść aż tutaj. Bez niej nie byłoby to możliwe. Bez nadziei złożonej w Tym, który nas oczekuje, niezależnie od tego, jak bardzo pragnie się dojść do celu, upadnie się po drodze. Są granice, których człowiek nie zdoła w życiu przekroczyć, licząc wyłącznie na własne siły” (Xavier Roson „Aleja Kompozytorów Polskich”, [w:] „Brama Grodzka”, s.55).

Codziennie docierają do mnie jakieś książki. Z wydawnictw albo od znanych i nieznanych pisarzy. Czytam wszystko, ale recenzuję znacznie rzadziej. Nudzą mnie, irytują nieudolnością, banałami, frazesami, powieleniami. Piszą już wszyscy i na każdy temat. Po większości widać, że niestety tylko piszą, ale nie czytają. Nie czytają tak do bólu, że na własne życzenie stają się żałośni poprzez swoje książki. Kiedy każdego dnia połyka się co najmniej jedną książkę, rodzi się takie pyszałkowate przekonanie, że w zasadzie nic już literacko nie może w życiu zaskoczyć. A jednak zaskoczyło mnie. Jeśli mnie zaskoczyło to znaczyłoby, że spotkałam książkę niezwykle bogatą artystycznie, filozoficznie i teologicznie wykraczającą poza powielane teorie, wykraczającą poza mój utkany świat w kategorii ontologicznej i egzystencjalnej. Ale to nie było tak!

Kiedy otworzyłam książkę Xaviera Rosona „Brama Grodzka” znalazłam się w surowej zakonnej celi, w której nie było nic poza głosem M. i jego narracją. Mimo że M. podąża przez kilkadziesiąt stron ulicami Lublina to topografia tego miasta nie jest dla mnie dominantą kompozycyjną tej książki. Roson w zręczny sposób pod osłoną urokliwej stolicy Lubelszczyzny wydobywa z siebie wewnętrzny głos. Głos, który zmiata i łączy jedną siłą świadomość i podświadomość, starą duszę z młodym ciałem, odwieczną prawdę, którą mamy w sobie, ale nie umiemy się jej doszukać. Uliczki w Lublinie, czar i otchłań tego miasta powodują, że Autor omija dydaktyzm i w prosty, zdawałoby się „od niechcenia” sposób wyraża fundamentalne i kręgosłupowe, najważniejsze dla każdego człowieka, zdania stające się modlitwą. Żarliwą modlitwą M., który przemawiając do czytelnika rozmawia z Bogiem, rozmawia sam ze sobą. Oczyszcza się i przejmując swoje wypowiedziane słowa reaguje na nie jak dziecko; zdumieniem, że to jest właśnie tak. Roson musi usłyszeć własny głos, zapisać własne myśli, by ogarnąć siebie we Wszechświecie.

„Brama Grodzka” to książka napisana prostym językiem, bo w myśl Alberta Einsteina „Jeśli nie potrafisz wytłumaczyć czegoś w prosty sposób, to znaczy, że tak naprawdę tego nie rozumiesz”. A tak w tym kontekście wypowiada się sam Xavier Roson:

Zawsze uwielbiałem pisać. Będąc dzieckiem wygrałem nawet jakiś konkurs literacki.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem Bramę Grodzką w Lublinie zdecydowałem w tym samym momencie, że zasłużyła ona na książkę.

„Brama Grodzka” to mała i pokorna książka, która ma dwa wątki: moje myśli podczas spaceru ulicami Lublina i myśli dwojga bohaterów (M. i Aleksandra). Najbardziej szokujące było dla mnie to, co zobaczyłem w języku polskim (po przetłumaczeniu tego, co napisałem). To było po prostu wspaniałe, byłem bardzo dumny.

Prostota Rosona jest porażająca, bo ta prostota jest jego potęgą. Książka wydana w 2012 roku w lubelskim Wydawnictwie „Werset” jest jedną z najbardziej wartościowych pozycji wydawniczych na polskim rynku, jakie mogłabym wskazać. Dość nietypowe, że napisał ją Hiszpan po hiszpańsku (tłumaczona na polski) z akcją dziejącą się w aktualnym Lublinie, z całą naszą rzeczywistością i jej imponderabiliami, ze znajomością naszej historii, wzlotów i upadków, z blaskiem i cieniem uwielbianego przez Pisarza polskiego śniegu. Prostota w surowości i dostojności Bramy Grodzkiej, której Roson staje się osobistym strażnikiem i oddanym bez reszty rycerzem. My, Polacy, możemy uczyć się od tego hiszpańskiego prawnika (z zawodu) patriotyzmu okazywanego i wyrażanego bez fałszywego wstydu i obawy o kompromitację. Zapytany przeze mnie Autor „Bramy Grodzkiej”, czym jest dla niego Polska odpowiedział tak:

Dla mnie Polska nie jest tylko ładnym krajem, z jego architekturą, historią, literaturą, edukacją, ziemią z ludźmi, których kocham. Znaczy dla mnie dużo więcej…

W głębi serca żywię do Polski bardzo silne uczucie, mam poczucie jej piękna… naprawdę ostatecznej koncepcji piękna we wszystkich rzeczach. Nie jest to idealizacja miejsca, bo Polska ma problemy, oczywiście, jak wszyscy, ale uczucie miłości do kraju. Aby zrozumieć także i miłość do Polski, podstawą jest absolutna konieczność bardzo dobrej znajomości jej historii. Fascynuje mnie ten kraj; nawet to, że można poczuć tu prawdziwe zimno w zimie, wiatr i śnieg…

Eleganckie Polki chodzące po ulicach, stare miasteczka, wieże kościołów, niekończące się spacery alejami nocą, to wszystko zawiera się też w tej ostatecznej koncepcji piękna.

Nie mam polskich korzeni. Od dzieciństwa moim pragnieniem jest spocząć po śmierci w polskiej ziemi.

Miłość do naszej ojczyzny, do każdego skrawka jej ziemi i bez znaczenia, czy maszerują po niej pięknie odziani ludzie czy też staruszki z pomarszczonymi i wyziębionymi rękami. Nasza ziemia, nasze miasta z wielkimi galeriami handlowymi i z przedpotopowymi straganami.

Dla mnie pojęcie „Ojczyzna”, nie jest koniecznie wspólną definicją, jaką znamy. Twoją ojczyzną może być również biblioteka z książkami gromadzonymi całe życie, dobra rozmowa w kuchni z przyjacielem przy filiżance kawy lub znacznie głębiej: osoba, którą kochasz. Aby być w swojej ojczyźnie, trzeba czuć przestrzeń i atmosferę tego kraju, i tych ludzi. Nawet jeśli fizycznie jest się w innym miejscu. W moim konkretnym przypadku takim miejscem jest Polska — również jej społeczeństwo, kultura, język, wiara… Jednak daleki jestem od podręcznikowej klasyfikacji pojęcia „ojczyzna”. Urodziłem się w przedniej części kościoła Sagrada Familia w Barcelonie, ładnej świątyni, zamieszkałej i odwiedzanej przez miliony ludzi każdego roku. Kiedy byłem dzieckiem grałem z moim przyjacielem w wieżach, bo wszystko było puste wtedy. Tak, kocham miejsce, gdzie się urodziłem, ale ojczyzna to nie tylko to. Pamiętam pisarza Mario Benedetti, który powiedział, że osobistą ojczyzną są wszystkie miejsca, które były i wszystkie miejsca, w których chcesz być. Ja kocham Polskę.

Kiedy byłem dzieckiem w wieku około 6 lat, czytałem w łóżku każdej nocy. W domu moja matka i ojciec mieli wielką bibliotekę. Któregoś razu zobaczyłem fotografię miasta o nazwie zaczynającej się na literę „Ł”. Zapytałem moją matkę, dlaczego ta litera „Ł” jest inna niż wszystkie litery, które znam. Moja mama powiedziała, że to pismo pochodzi z kraju o nazwie „Polska” i dźwięk tego słowa, ta litera, wszystko to, co widziałem po raz pierwszy w życiu było dla mnie wspaniałe.

Noc, która gra jak ten śnieg, wygłusza świat i komponując ciszą zachęca M. do długich spacerów, które stają się spacerami jego myśli. Poruszając się po zakamarkach pokrytego mrokiem miasta, Roson wędruje po korytarzach swojej duszy i relacjonuje jak przewodnik po mieście — duszy to, co widzi. A widzi ból, cierpienie obowiązkowo wpisane w człowieczy los, dychotomię serca i rozumu, piękno umysłu i niewyrażalność jego w upływie emocji. Jednak zapytany, czy wierzy w wędrówkę dusz i czy być może w poprzednich wcieleniach był Polakiem, odpowiedział krótko i zwięźle odbierając mi możliwość drążenia tego tematu:

Nie, nie wierzę. Mamy niepowtarzalność życia ziemskiego, a każda osoba jest wyjątkowa.

Zdania Rosona pochodzą z surowości, jaka pozwala pokochać naturę z całą jej dzikością serca a jednocześnie czułością i delikatnością. Xavier Roson to także przecież alpinista, człowiek, który hartuje swoją siłę zdobywając kolejne szczyty i szachista szlifujący cierpliwość w licznych turniejach. Jednakże trudno jest zrozumieć, że prawnik, szachista i alpinista może napisać swoją debiutancką książkę w sposób aż tak doskonale prosty.

Bohaterką tych zapisków na skrawkach nocy wyrwanych snom (obok M.) jest Aleksandra. Kobieta będąca symbolem Polski, kraju do którego Xavier Roson chciał się zawsze przeprowadzić i kraju, który świadomie wybrał na miejsce swego wiecznego spoczynku. Dlaczego? Posłuchajmy samego Xaviera Rosona:

Bo czuję się zjednoczony duszą i ciałem z Polską. Chcę być blisko ludzi, których kocham, blisko ludzi, którzy walczyli w bardzo trudnych warunkach. Chcę pokrywy śnieżnej na moim grobie zimą w Polsce i liści opadających jesienią nade mną.

Mam nadzieję, że los pozwoli mi żyć w Polsce. Jeśli zaś nie to niech śmierć odeśle mnie tam na zawsze.

Fascynacja Aleksandrą nie zdejmuje jednak z naszego bohatera i narratora w jednej osobie odium samotności, zapętlenia w samozwańczej walce samego z sobą, nie koi bólu. Aleksandra nie rozumie M. Istnieje między nimi nie dająca się niczym usunąć nieprzystawalność. Aleksandra jest do bólu współczesna, M. jest duszą z innej epoki uwięzioną w obecnym ciele. Ich relacja niemożliwa do spełnienia jest metaforą polskiej ziemi, której Roson nie może posiąść na stałe, bo wciąż mieszka w Hiszpanii. Aleksandra jest bardzo ważną postacią w „Bramie Grodzkiej”, bo to ona egzemplifikuje odwieczną prawdę, że człowiek jest sam w świecie natłoczonym ludźmi. Nieważne, ile wokół nas jest ludzi bliższych czy dalszych, człowiek w obliczu egzystencjalnego lęku jest zawsze sam. Samotność jest dopełnieniem naszego człowieczeństwa, uzupełnieniem jego konstrukcji. Stanem, który człowiek chce wypełnić/dopełnić, więc poszukuje, ale nie znajduje. Xavier Roson przekroczył nawet granice Hiszpanii, by wyzwolić się z prymarnych lęków i znaleźć spełnienie, a jednak M. i Aleksandra znaleźli się na rozwidleniu dróg i każde z nich poszło swoją ścieżką.

„Jesteśmy tym bogatsi, im więcej rzeczy zbędnych zdołamy odrzucać” Jan Paweł II to duch „Bramy Grodzkiej”, mimo że Autor o tym nie wspomina. Radością jest kubek kawy, okno, delektowanie się chwilą, śnieg, cisza, spokój, zasłuchanie w wielkie serce ziemi, w swoje serce.

„Serce i rozum — odwieczna dychotomia. Ponieważ mój umysł nie był w stanie ogarnąć wszystkiego, potrzebowałem przemiany serca. Jednakże serce musiało przekonać rozum” („Plac Czechowicza”, [w:] op. cit., s. 30).

To chyba największy problem ludzkiej duszy w ciele z krwi i kości. Zgodnie z rozumem, jego życiową filozofią i zebranymi doświadczeniami żyje się w sposób najbardziej przewidywalny, zgodny z przejętymi zasadami i wyznawanymi wartościami, jednym słowem optymalnie bezpieczny. Serce kieruje się swoim głosem, nie mającym z twardą rzeczywistością nic wspólnego, jest nieprzewidywalne i w swoich pragnieniach dąży do podjęcia ryzyka, którego rozum nie ogarnia. Podobnie do Xaviera Rosona wypowiedział się wcześniej Blaise Pascal „Serce ma swoje racje, których rozum nie zna.”

„Bóg jest Miłością. Myślę długo o tym czasowniku. Bóg »nie ma« Miłości, On »jest« Miłością” („Ulica Kapucyńska i Krakowskie Przedmieście”, [w:] op. cit., s. 41).

Obudzeniem tejże Miłości na ziemi jest osobowe istnienie człowieka, który powstał przez Miłość, ożył dzięki Miłości i Miłość jest jego transcendentnym doświadczeniem na ziemi będącym jednocześnie jedyną i niepodważalną relacją z Bogiem. Człowiek poszukując miłości, poszukuje Boga, największe i najsilniejsze pragnienie człowieka to pragnienie miłości — Boga. Bóg wędrując po świecie doszedł do krzyża i męczeńskiej na nim śmierci, po czym zmartwychwstał. Droga do miłości powiązana jest więc z cierpieniem, ciężarem krzyża, który człowiek dźwigając na swych plecach podąża za Chrystusem.

„Kobieta owa zapewne nigdy nie przeczyta tej książki. Możliwe nawet, iż nigdy nie dowie się, że osoba, która przeszła obok jej stoiska, napisała coś na jej temat, na temat tego, co z pewnością będzie jej obojętne” („Na bazarze”, [w:], op. cit., s. 51).

Życie jest wielkim stoiskiem globalnej ziemskiej wioski. Codziennie każdy przechodzi obok kogoś, mija kogoś na światłach, w drzwiach, za rogiem ulicy. Każdego dnia coś tracimy, nie czytamy jakiejś książki, gazety, czyichś myśli… Każdego dnia czegoś nie podniesiemy, nad czymś się nie pochylimy, coś bezpowrotnie utracimy, ale „Odejdę kiedyś, uleci moja dusza, przeminie moje potomstwo, a dom mojego ojca pozostanie” („Aleja Solidarności”, [w:] op. cit., s. 57).

Ta grudka ziemi, nasza mała ojczyzna, dumna wielka ojczyzna, nasza miłość, dom mojego Ojca pozostanie na zawsze, nieważne czy z eschatologiczną świadomością czy bez.

„Brama Grodzka” to książka jakby biegunowa, pełna skrajności i bardzo nierówna mimo pozornego uporządkowania mapą Lublina. Jej narrator i bohater to człowiek hermetyczny, ale romantyczny; pragmatyczny, konserwatywny, sztywny, skostniały, ale oniryczny, refleksyjny, wrażliwy i czujny. Jest jak uśpiony wulkan, w pewnym sensie naiwny, kryjący w swej naiwności błądzenie, które zaprowadziło go aż do Polski w poszukiwaniu siebie do czego jednoznacznie się nie przyznaje. Poszukiwanie i zrozumienie siebie, wyrażenie siebie samego wyraża miłością do Lublina. W książce poruszonych jest wiele tematów fundamentalnych jak na tak niewielkie rozmiarowo miejsce, niestety z brakiem ich kontynuacji. Duże zagęszczenie semantyczne, słaby słownik i ubogi język dla omawianych treści pozostający w zależności z afirmacją prostoty i skromności życia oraz samą objętością książki, częste powtórzenia. Nie wiem, na ile te powtórzenia są efektem translatorskim, a na ile zabiegiem artystycznym samego Rosona w konwencji onirycznej spacerów Autora, które są jednym wielkim spacerem, wieloma spacerami, snem który wędruje po ulicach. Przypominają trochę kołysanie nocnego pociągu, a jego rytm utrzymuje refren owych powtórzeń — okno, kawa, kuchnia, śnieg…

Od wydania „Bramy Grodzkiej” minęły cztery lata. Zmieniłeś się przez ten czas?

4 lata temu… Dla mnie to jest jak wczoraj… Czas mija szybko…

Nie, nie sądzę, żebym się zmienił. Chyba jestem w mniejszym stopniu optymistą ze wszystkim (i na pewno jest to powszechna opinia wielu ludzi). Jednak myślę tak samo; w życiu ważne są tylko proste, skromne rzeczy…

Idziesz rano do pracy szybko i widzisz tylko chodniki na ulicy (obecnie tylko ekran smartfona). Najpierw spójrz w niebo, patrz na niebo, po prostu dlatego, że jest to nowy dzień w twoim życiu.

Prawdziwe, pokorne i proste rzeczy życia; okno, filiżanka kawy lub herbaty, kuchnia, książka, spojrzenie…

Takie słowa może tylko dopełnić cisza. Niech tak się stanie… Cisza, która jest odpowiedzią na pytanie Jezusa „Wierzysz w to?”.

„Pytanie to jest tak bezpośrednie i proste, tak głęboko odkrywcze, że nie wiem, ile to już razy moje usta milkły” („Z dziennika M., [w:] op. cit., s. 21).

.

Canzoniere Stefana Pastuszewskiego

„Z podróży w pamięć przywożę te wiersze.

Petrarce także nie wadził wiek starczy.

W świecie poezji słowo zawsze ciałem.”

„II mio spirito mi sollevo laddov’era mia cara…„” (s. 51)

Stefan Pastuszewski pisał „Ziarna płonące” (zbiór 24 sonetów z tytułami w języku włoskim; tym samym autor połączył język polski z językiem włoskim) 20 lat inspirując się Canzioniere Francesco Petrarki.

Słowa się materializują a poezja jest życiem zupełnie obojętnym na upływ czasu. Czas jej tylko nie dotyka i nie przenika, na tym bowiem polega jej uniwersalizm przejawiający się także w petrarkizmie — marszem poetów przez dzieje dziejów naśladujących bądź w jakimś stopniu nawiązujących do Mistrza Petrarki. Ważniejsze nazwiska polskie to Jan Kochanowski, Mikołaj Sęp Szarzyński, Jan Andrzej Morsztyn, Adam Asnyk, Adam Mickiewicz, Antoni Słonimski. W Europie sonet pisany był w Hiszpanii, Portugalii, Francji i Anglii, gdzie został utrwalony tzw. sonetem szekspirowskim na zapisie trzech strof czterowersowych i czwartej dwuwersowej.

Oratio Vineta „Ziaren płonących” oparta jest na klasycznej budowie sonetu — układzie stroficznym (dwie strofy czterowersowe, dwie trzywersowe), liczbie wersów (14) i podporządkowanych im rymów.

Miłość dla Pastuszewskiego nie jest jedynie emocjonalnym stanem, poczuciem więzi czy tęsknotą. Miłość to życie; jego początek i koniec. To wędrówka po ludzkim padole ze swoją Beatrycze („Boska Komedia” Dante) czy Laurą (Petrarka, Patuszewski), która implikuje wszystkie stany i odmiany uczucia mającego fundamentalny wpływ na istnienie człowieka jako jednostki. Jednostki na tyle słabej, by wyglądać swej ukochanej i na tyle silnej, by poczuć swą egzystencjalną samotnię,

na którą człowiek jest wbrew swej woli i mimo swych pragnień skazany w chwili przyjścia na świat.

„A jednak Laura… Pamiętam tę chwilę.

Drzwi się otwarły. Powiew wiatru: To ja.

Sznur opowieści… Mego wzroku sztylet

Topniał niczym lód w krople słów: Jest moja.”

„Eppure Laura… Ricordo questo momento…” (s. 13)

Udało się Pastuszewskiemu stworzyć mikrotekst, jakim jest każdy zawarty sonet w „Ziarnach płonących” i makrotekst, jakim jest zbiór tegoż tomu odwołujący się do długości doby, starcia dnia z nocą jako biologicznego porządku świata i opływającą go poświatą modlitwy. To transcendentna relacja człowieka z Bogiem, podmiotu lirycznego i jedyną, całkowitą, pełną Miłością, która jest Bogiem. I nie musi tu być bezpośredniego zwrotu do Adresata, gdy synonimem Jego życie a imię Jego Miłość.

Tytuły w języku włoskim podkreślają jak u Petrarki niezbyt poważne traktowanie tomu sonetów (u Petrarki przecież nestorem języka była łacina), ale Pastuszewski podobnie jak Petrarka pracował nad swoim dziełem latami, więc należy tę swoistość uznać za przewrotność pieśniarza znad Brdy.

„Ciepłe zefiry obmywają skronie,

W łonie każdego dnia pulsuje życie,

Za węgłem zmroku nie czatuje koniec”

„L’amore mi spinge sempre e il bene conduce…” (s. 27)

Ciepło słońca dotyka bieli naszych kości… To wolne tłumaczenie tytułu poniższego sonetu (jego zacytowanego fragmentu), w którym podmiot liryczny dramatycznym głosem obwieszcza swoje przemijanie, osamotnienie zdominowane biologicznym starzeniem z wciąż młodym duchem — świadomością, która trwa i obserwuje osuwające się ciało.

„I widzę siebie jako próchno marne.

Choć z wody, soli i drobiny ducha

To jednak jestem już zaschniętym ziarnem.

Nikt mnie nie widzi. Nikt mnie nie słucha.”

„L’ardore del sole tocca il bianco delle nostre ossa…” (s. 31)

Tylko ten, który zaznał ziemskiego żywota nieuchronnie zmierzy się z Majestatem Śmierci. I ten właśnie, który poczuł najpotężniejszą siłę miłości, wypełniającą jego serce, przenikającą duszę i poruszającą każdą komórkę i tkankę, może spróbować wyrazić to uczucie do swojej Laury — kobiety obok lub kobiety marzeń, ale kobiety tak idealnej, że spełnienie tejże miłości jest niespełnione jak życie wieczne na tej planecie.

„Bo kiedy dobro chce być dobrem lepszym,

To droga wiedzie wprost ku rzeczy małej;

Z życia do śmierci, z dotyku do wierszy…”

„Tu sei… lo non ci sono già da un mese…” (s. 43)

Połączenie ducha z materią, by zdołać tę, nie tylko renesansową, urodę ducha opisać. To czas jedyny i niepowtarzalny, gdy człowiek jest zdolny oderwać się od swej skostniałości stanowiącej jego własną anatomię. Towarzyszy temu odwieczna niepewność i niestałość; marzenie urzeczywistnia się, by przejść w fazę niemożliwości możliwego zaistnienia. Egzystencjalne i zarówno metafizyczne prawo do osobistych doświadczeń człowieka stawiają ostatecznie symbolikę tej książki ponad etiologią i etymologią słowa „erotyki”.

„Nie masz jej tutaj. Jest gdzieś, zawsze, obok… Lecz, by nie była to tylko mistyka,

Los nam pozwala wzrokiem się spotykać.”

XC. Erano dei capelli scuri, sciolti…” (s. 15)

A przecież idąc tropem werbalnym za Pastuszewskim — to było coś więcej niż zdziwienie, zachwycenie… Ta miłość jedyna, prawdziwa. Ta, która uskrzydla i unosi. Tak irracjonalna, że nie sposób jej uchwycić, obłaskawić i ściągnąć na płaską rzeczywistość dnia. Dumna jak paw; panuje nad człowiekiem, a nie człowiek nad nią. Jedyna, której nie można podporządkować rozumu, bo Królowa jest tylko jedna.

„To było więcej niźli zachwycenie

I pełniej było niźli wybuch słońca:

Myśli płynęły jasności strumieniem,

Wciąż na początku, bez ciemności końca.” „Fu qualcosa di piu che stupore…” (s. 17)

Całość dopełniają ilustracje Marka Chaczyka ze śmiałą współczesną kreską i mocno odległą w czasie wrażliwością doskonale komponującą się z wyrazem podmiotu lirycznego „Ziaren płonących”.


Jezus odszedł od Madonny

Dziś po przeczytaniu najnowszej książki Stefana Pastuszewskiego pt. „Dziś” spojrzałam w okno mojego Samsunga, gdzie akurat leciał jakiś teledysk z Madonną i uświadomiłam sobie, że te dwa zodiakalne Lwy coś ze sobą łączy. Gwiazda muzyki pop wyginająca swój pięćdziesięcioletni grzbiet od czasu do czasu pociera się po kroczu, co oczywiście nie oznacza grzybicy okolic intymnych tylko ma na celu sprowokować widza rodzaju męskiego i widza homoseksualnego rodzaju żeńskiego do roztaczania w głowie wizji na temat waginy podstarzałej artystki. Dla Madonny fakt, że ma narząd żeński jest równie ważne jak to, że śpiewa. Dla Pastuszewskiego nie istnieje książka bez łechtaczki. Jego bohaterki ciągle chcą a bohaterowie ciągle muszą. Opisy muszelek, brzoskwinek i magicznych guziczków są tak samo ważne dla pisarza jak istota samej twórczości.

Niestety, mnie jako czytelniczki nie przekonują i zwyczajnie ich nie czuję (nie zwilżają mnie), nie są to opisy przy których odzywa się we mnie zew Ewy, wręcz przeciwnie odczuwam zażenowanie jak przy trącej krok Madonnie czy chwytającym (w obawie przed wyimaginowanym wrogiem) swe przyrodzenie nieżyjącym już Michaelu Jacksonie. Opisy scen erotycznych należą w ogóle do najtrudniejszych w podjęciu, tak samo jest z wierszami miłosnymi — pisze je prawie każdy, lecz nie każdy musi je czytać. W swoim życiu przeczytałam prawie wszystko, co napisał Stefan Pastuszewski i pozwolę sobie stwierdzić, że ma on dwie obsesje — seks i Żydzi. Żydzi są w ogóle na rzeczy i raczej nigdy nie obojętnieją tyle, że wciąż na temat tego narodu powiela się stereotypy, mało zaś jest faktów i również w książce „Dziś” nie znajdziemy prawd z historii, tradycji, religii, kultury czy języka Izraelczyków. Z drugiej strony pozostaje tajemniczość tego narodu, jego hermetyczność i suwerenność w rozmaitych terytoriach. Ale temat jest tak przesadnie modny, że ostatnio na Naszej Klasie pod najnowszym zdjęciem mojej znajomej z trzema nowo wyhodowanymi podbródkami widnieje komentarz jej nowego amanta z zespołem ABS (absolutny brak szyi) o treści: „bońdź moim żydziem”. Rozkoszne, choć przy zachowanym analfabetyzmie wtórnym, nowej pary gołąbków. Kończąc temat Żydów i łechtaczek wspomnę jedynie, że ostatnio Jezus odszedł od Madonny, bo jak to filuternie ujął beztroski dziennikarz, w tym wieku dzieci nie chcą już mieszkać z rodzicami, a pomiędzy kochankami była różnica wieku pokolenia.

Tak to też było ponad dwa tysiące lat temu, kiedy powstało chrześcijaństwo. A jak było jeszcze wcześniej, nim niczego nie było? Zanim powstało cokolwiek był chaos, czyli czarna dziura, pustka, brak gruntu i kierunków, nicość. Choć chaos był na początku jako pierwotny stan egzystencji to jego asocjacje wiążą się z końcem. Teoria Chaosu jest jedną z trzech — obok Teorii Względności i Mechaniki Kwantowej — czołowych i wnoszących fundamentów nauki XX wieku. Pozwala ona dostrzec w chaosie pewne pozytywne aspekty uważając brak stabilności za jedynie brak trwałości a nie brak równowagi. Zasada antroficzna przyjmuje obecność człowieka we wszechświecie za nieprzypadkową i głosi, że człowiek jako obserwator kosmosu ma wpływ na wszelkie zjawiska. Idąc tym tropem myślowym, można polemizować z Pastuszewskim uznającym istnienie układu jako porządku — antagonisty chaosu za obligatoryjne. W teologicznym założeniu chaos to królestwo Księcia Ciemności, niekwestionowane państwo Szatana. Ortodoksyjne ujęcie takiego rozumowania prowadzi do tworzenia nie tylko porządku, ale przesadnej pedanterii i tworzenia tym samym układu jakiegokolwiek, byleby był negacją prawdziwą bądź urojoną alienacji, która jest wpisana w los człowieka i nawet zabezpieczenie Naszą Klasą i Fejsem nie zmieni faktu, że w sytuacjach prawdziwej wolności czyli podejmowaniu decyzji oraz dramatu życiowego człowiek pozostaje sam. Bez względu na istnienie Związku Hodowców Rybek Skalar czy Stowarzyszenia Hafciarek Polskich na świecie i tak zadziała „Efekt motyla” z obłędnie przystojnym mężem Demi Moore (Ashton Kutcher — rola główna) lub bez niego, bo taki jest układ — porządek świata bez układu ludzi; skrzydło motyla wprawione w ruch w jednym miejscu świata wywołuje szereg globalnych zjawisk klimatycznych. To po pierwsze, a po drugie pewien margines chaosu musi istnieć dla higieny umysłu człowieka, bo daje mu złudzenie, że ma po co żyć, by zapanować nad nim, by uporządkować, zmienić. Przychodzimy na świat z potrzebą modyfikacji uwarunkowaną genetycznie. Nasi przodkowie coś zmieniali, więc i my musimy zmieniać. Jeśli się nie zmienia to się nic nie robi, choć Chińczycy mawiają, że bierność też jest formą czynu i ma swoje racje bytu, gdy nie ma nic lepszego do zrobienia tak jak milczenie może być formą rozmowy, gdy nie wynika z cynizmu. Porządek świata wyznacza architektura, gdyż najwybitniejszym i zarazem pierwszym architektem jest Pan Bóg. Mamy więc porządek dorycki, joński, koryncki, toskański, kompozytowy. Na kręgosłup tych architektonicznych narzucane są wszelkie inne możliwe — publiczne, społeczne, prawne prowadzące do układów politycznych, towarzyskich, biznesowych. To te autorstwa człowieka, który istnieje w układzie planetarnym, Słonecznym, odniesienia, fizycznym i chemicznym, a w sobie ma układ krwionośny, nerwowy, pokarmowy, etc.

„Układ układa się sam. Jest to reakcja ludzi, którzy chcą coś zrobić i zarobić — nie, tego nie ma co się wstydzić. To reakcja na różne przeciwności, reakcji wobec oporu materii i prawa. W Układzie nie ma żadnych umów, a już na pewno pisemnych, żadnych śladów. Ma za to miejsce dynamiczna równowaga wciąż zmniejszających się sił. Wewnątrz buzuje jak lawa w kraterze uśpionego wulkanu; najważniejsze, aby wybuchło na zewnątrz. Stabilizacja! To musi wyglądać na stabilizację, aby otoczenie czuło się pewnie, w końcu Układ jest po to, aby organizować ten chaotyczny świat. A że każdy z nas coś z tego ma, to już jest koszt tej stabilizacji. Wszystko musi kosztować, wtedy jest zdrowe. No i mieć dynamikę, żywość. (…) Układ jest potrzebny zarówno tym, którzy w nim tkwią, jak i tym, którzy są poza nim.”

Taka wyczesana symbioza. Analizując Pastuszewskim; Waris Diria wyrwała się z objęć somalijskiego wiatru i odbiła z somalijskiego piachu, dokonała prawem „Sekretu” i „Magnetyzmu serca” niemożliwego, które jej wiarą możliwym się stało i słowem zmaterializowało się w ciało, by weszła w układ stając się kasową modelką, co zaowocowało „Kwiatem pustyni” i skierowaniem uwagi świata na problem kastrowanych kobiet w Somalii.


Nie mniej jednak empiria człowieka nieuchronnie prowadzi do jednego wniosku, że constans jest tylko zmienność, więc każde dzisiaj jest odbiciem jakiegoś wczoraj i prognozuje w jakimś stopniu jutro na zasadzie przewidywalności nieprzewidywalności i niemożliwości istnień skostniałych a jedynie symilarnych, tu ukłon dla Stefana Pastuszewskiego za „PRL-bis”. Ład społeczny, który konstytuuje jakiś układ pozostaje według powierzchownej obserwacji albo zamknięty albo otwarty. W praktyce nie ma takich drzwi, których nie można wyważyć (niektórzy wyważają nawet otwarte, bo są nerwowi) i zawsze znajdą się tacy, dla których będą za wysokie progi, czyli nigdy nic nie jest otwarte ani zamknięte do końca, co niweluje istnienie stabilizacji jako takiej.

„Człowiek z natury swej jest egoistą. Altruizm jest egoizmem, tylko osiąganym w inny, pożyteczny sposób. Altruista służy innym, bo sprawia mu to przyjemność, zaspokaja jego altruistyczne ego. Widzisz, że każdy postępuje zgodnie ze swoim interesem. Pozwól sobie na zdrowy egoizm, a będzie ci lepiej. (…) Układ układa się sam. Słabi wokół silniejszych, spragnieni wokół źródeł. Szybko następuje selekcja naturalna. Eliminuje tych, którzy niewiele mogą, bo Układ przecież służy zwiększeniu mocy. Jest to zastępowanie wędki siecią. Eliminuje się też tych, którzy nie potrafią chodzić w zaprzęgu.’’

Istotnie, altruizm jest wykładnią instynktu samozachowawczego człowieka jako istoty stadnej i należy rozgraniczyć to pojęcie od semantyki bezinteresowności, która może być jedynie przejawem miłości bezwarunkowej, jaką darzy Pastuszewski swojego wnuka Sebastiana i jako dumny dziadek ma spostrzeżenia dotyczące dziecięcości jako kategorii i etapu egzystencji człowieka na tyle wnikliwe, że mogą posłużyć radą w wychowaniu dzieci wielu rodzicom i dziadkom. Co się zaś tyczy naturalnego prawa „układania” układu to nie do końca jest tak, że to co silniejsze silniejszym pozostaje, a niekiedy samo pojęcie „siły” także podlega względności, inaczej nie byłoby paru istotnych wydarzeń w naszej historii, które na trwałe zmieniły jej bieg dając jednocześnie poczucie dumy narodowej i pogłębiając znaczenie terminu „patriotyzm”.


Wydobyć światło z mroku. „Bydgostia” Tadeusza Oszubskiego

„Dusza przez dzień albo dwa od zgonu trzyma się ciała, a potem ulatuje tam, gdzie jej miejsce (…). W kościach jednak, a nawet w szpiku i mięsie, zapisane jest to, co człowiek widział i czego doznał za życia” („Bydgostia”, s.66).

Druzylla Liwia Strigae (Słuchająca Umarłych). Dwie wykluczające się możliwości wyboru dla ludzkiej egzystencji, by uczynić ją łatwiejszą a nade wszystko satysfakcjonującą. Władza, seks i pieniądze stanowią najsilniejszy wabik od zamierzchłych czasów, którym ulegali, ulegają i ulegać będą.

Ale nie on, nie Sław Bydgosta — bohater powieści Tadeusza Oszubskiego. Sław jest niczym król Itaki — Odyseusz; podąża długą drogą pełną niebezpiecznych przygód, jest waleczny i odważny, przebiegły i pomysłowy.

„Mam obowiązek cierpieć za was, przyjaciele”(A. Mickiewicz „Dziady” cz. III). Jego Penelopą jest Miła — genialne imię stanowiące przeciwwagę dla Liwii, beznadziejnie zakochanej w bohaterze jak sama nimfa Kalipso. Liwia Druzylla — postać historyczna, cesarzowa rzymska, ostatnia żona cesarza Augusta znana z bezwzględności i okrucieństwa, licznych zbrodni i morderstw, o której cesarz Kaligula powiedział „Odyseusz w kobiecych szatach”. Podobne przyciąga podobne; Bydgosta i Druzylla są w swej konsekwencji, uporze w dążeniu do celu, w tym także do władzy, w umiłowaniu królowania i dokonania wszystkiego/poświęcenia dla realizacji swoich priorytetów bardzo podobni. Choć stanowią starcie Dobra ze Złem to pomiar ich inteligencji jest zbliżony, bo Zło nie byłoby Złem, gdyby było głupie.

„Bo jak zapisało wielu świętych mędrców, zło jest ścieżką lewej ręki. Określenie to było nie tylko metaforą, ale też opisem faktów. Wszystko bowiem, co widać po lewej stronie, może być ukryte pod mrocznym zaklęciem, ale wystarczy przyjrzeć się uważnie stronie prawej, by ujawniła się prawda o naturze badanego zjawiska” (op. cit., s.57,58).

Strigae (nazwa łacińska) inaczej w liczbie mnogiej Striges, według mitologii rzymskiej demony żeńskie ze skrzydłami. Żywiły się najchętniej krwią dzieci, chociaż mogły przeżyć jakiś czas również na zwierzęcej. Na tej ostatniej żyją nawet wampiry z sagi „Zmierzch” Stephenie Meyer, co człowiek jest w stanie zaakceptować samym małżeństwem z taką istotą.

„Ale zgodnie z boskim prawem człowiek musi wyrazić zgodę na obcowanie z diabłem, na to, by ten mógł wziąć go w niewolę, sycić się jego krwią i duszą” (op. cit., s.65).

Striges u naszych Słowian to strzygi, a wiara w te stwory pochodzi od ludów bałkańskich. Strzygi stały się bardzo popularne za pośrednictwem pióra Andrzeja Sapkowskiego i jego sagi o wiedźminie.

Tadeusz Oszubski połączył zatem słynnego demona ze słynną cesarzową, połączył historię z fikcją dając, moim zdaniem, bohaterkę najbardziej barwną, dynamiczną i niejednoznaczną w percepcji moralno-etycznej. Upadły anioł, kobieta przeklęta, którą jak wiele upiorów, można powstrzymać przed wyjściem do ludzi święconą kredą — tu solą osypał autor jej kurhan.

„Sól odstrasza istoty pokroju Strigae, bo choć ich nie zabija to zgodnie z przedwiecznym prawem stanowi barierę, której nie można przekroczyć. Przez minione stulecie krąg solny wokół kurhanu z różnych przyczyn bywał przerywany, ale lud okoliczny pilnował, by diabła więzić i na nowo barierę usypywał” (op. cit., s.64).

Jest piękna i koszmarna, do szpiku kości zła i do granic możliwości i niemożliwości zakochana. W imię miłości chce zrobić dla Sława absolutnie wszystko, ale ma w tym też inny cel — chce zakończyć swe nieszczęsne wieczne przebywanie na ziemi. Życie to jedno kruche, ale przy boku ukochanego mężczyzny jest więcej warte niż wieczność. Jest połączona z całym złem świata, z obrazami niepodobającymi się Bogu, przekracza nieprzekraczalne i czyni trudne łatwiejszym, ale pożera istnienia w okamgnieniu, sięga łapczywie nie tylko po zwierzęta, ale i niewinne dziecko. Porusza się jak dziewczynka z „Ringu” i jak wszyscy opętani bohaterowie znanych horrorów oraz ucieleśnione byty z tamtej mrocznej strony. Przy niej nie ma Boga. Z nią nie ma Boga dla Bydgosty. Ona należy do Lucyfera. Tego z „Raju utraconych” Johna Miltona. A wszystkim znanego z Biblii. Owszem, chciał przejąć władzę nad światem, ale stracił całą miłość Boga przez niespełnioną miłość do ziemskiej kobiety. Jakby nie wypada współczuć Lucyferowi, ale trudno zachować w sobie temperaturę bliską absolutnemu zeru, gdy on po stu latach wbiega na ziemię i dowiaduje się, że jego ukochana już nie żyje. Z miłości wzięło się tak naprawdę całe dobro i zło. Miłość uskrzydla i pokazuje nam, jacy możemy być a jej brak rzuca na kolana i boleśnie utwierdza nas w przekonaniu, jacy nigdy nie będziemy.

Bydgosta jednak kocha bezwarunkowo Miłę, swoją przyszłą żonę. To dla niej wykorzystuje i oszukuje Liwię Druzyllę udając neofitę, ale będąc odpornym na jej wdzięki jak Odyseusz na boginię Kirke. Na koniec ona otrzyma od niego to, co całe swoje życie dawała światu — zło. Boi się jedynie ognia, więc ginie zgodnie z podaniem o strzygach, przez spalenie. Dokonuje tego Sław Bydgosta, więc dyskusyjnym pozostaje, czy zabił ją ogień, czy też ten jedyny, którego pokochała. Ostatecznie unicestwia ją Bóg — siła wiary w Niego i siła modlitwy. By kogoś całkowicie zniszczyć, trzeba być z nim całkowicie blisko. Żaden wróg bowiem nie ma takiego dostępu. „Któż jak Bóg” czyli pierwsze wystąpienie przeciw Lucyferowi Archanioła Michała, którego także wspomina Oszubski w swej powieści. Archanioł Michał strącił nogami Lucyfera do piekła.

„Dla chrześcijanina były one podobiznami demonów. „Pewnie do nich modli się ten diabeł udający kobietę”, pomyślał Bydgosta. „Muszą to być wizerunki tych, co u początków świata zbuntowali się przeciw Bogu. To szatańskie podobizny, więc postąpię z nimi, jak archanioł Michał z Lucyferem, wodzem upadłych aniołów” (op. cit., s.60).

Sław Bydgosta rozprawił się ostatecznie ze złem realnym pogańskim i tym, co jedynie energią i duchem drzemie w oparach lęków, koszmarach sennych oraz z innymi na dnie rzeki topielcami i wodnikami.

Bydgoski Odyseusz ma w sobie poza miłością do Miły — Penelopy i miłością do ojczyzny „Wszystko dla ojczyzny — nic dla mnie” (J. Słowacki „Kordian”), ten niebywały spryt pomysłodawcy konia trojańskiego i w podobny sposób wykorzystuje wosk pozbawiając siebie oraz innych wojowników słuchu na ten czas konieczny. Symilarny do przeprowadzenia statku przez Odyseusza koło wyspy syren.

„Wyjaśnił wojownikom co robić, by osłonić umysł przed czarnoksięskim śpiewem wodników. Otóż, gdy staną na brzegu Brdy wszyscy mają, wzorem Odyseusza, zatkać sobie uszy. W tym celu kazał zebrać cały pszczeli wosk, jaki był we wsi, czy to w postaci świec, czy kawałków do nacierania cięciw łuków. Nakazał z tego materiału ukręcić gałki i rozdać je wojsku” (op. cit., s.109).

Sław Bydgosta traci w bardzo młodym wieku ojca, życie jego najbliższych staje się zagrożone. By ożenić się z Miłą z błogosławieństwem brata — księdza Wojciecha, a także sprawować władzę nad Bydgostią i Wyszogrodem, musi połączyć miłość i pasję z mądrością, odwagą i bezkompromisowością. To typ bohatera bajronicznego — cierpi z powodu relacji z Druzyllą, miotają nim wyrzuty sumienia, że w imię sprawy godzi się na tzw. zło mniejsze. Ma poczucie winy z powodu pozornego odwrócenia się od Boga i symbolicznego zdjęcia krzyżyka z szyi. Jego życie na zawsze pozostanie naznaczone zbrodnią, bo nie można wziąć udziału w wojnie i nie ubrudzić się krwią. Wreszcie staje ponad przyjęte normy społeczne i obiecuje małżeństwo strzydze. Swoje cierpienia przezwycięża myślom o ostatecznym celu, jakim jest małżeństwo z Miłą i szczęśliwe panowanie na bydgoskiej ziemi sprzed ponad tysiąca lat. Docenia przyjaźń z Jurą, który jest tu osobnym symbolem, bardzo ważnym w szerszym aspekcie, a nie tylko na tu i teraz kart „Bydgostii”, co jest zresztą wielką umiejętnością pióra Tadeusza Oszubskiego.

Pomijając czeskie pochodzenie imienia „Jura”, to również nazwa trwającego 55 milionów lat okresu mezozoiku. Coś, co wydawało się jednak trwałe i wieczne, przeminęło z dinozaurami, nieodwracalnie i ostatecznie. Jak ta męska i prawdziwa przyjaźń dwóch chłopaków, co przez równie prawdziwą ludzką zazdrość i zawiść doprowadza do największej tragedii w 999 roku przez zdradę Jury i jego układ z Sawą. Może ta tragedia nie była zagładą całego świata, o której głosi Jan Ewangelista, przywoływany przez Tadeusza Oszubskiego, ale byłaby zagładą tego kawałka świata, tej bydgoskiej ziemi. Stąd zręcznie podane tony lęku i strachu przed zagrożeniem, jakie niesie ze sobą spowita przyszłość z tymi, którzy Boga nie przyjęli i czarcich mocy, demonicznych krzywych zwierciadeł odkrywanych po dziś dzień w czarnej magii.

„Widok ten przypomniał Bydgoście czytane mu przez Wojciecha wersy „Nowego Testamentu”, fragment „Objawienia Świętego Jana”. Najmłodszy z apostołów opisał tam zwiastunów końca świata, czterech jeźdźców apokalipsy. Czy święty Jan miał na myśli stwory, które teraz widział rycerz?” (op. cit.,s.77).

Apokaliptyczność gatunkową „Bydgostii” stanowią także jej symbole, liczne przesunięcia w obszar nierzeczywisty, mityczny, jednak z istotą wiary. Transcendencja jest torem tej powieści, nawet gdy Bóg się bezpośrednio w zapodanych wersetach nie pojawia. Tak jak nie ma ciemności a tylko brak światła, tak nie ma samego naczelnego słowiańskiego boga Peruna. Obecność Peruna jest dowodem na odczuwalny brak Boga. Brak jest silniejszy niż obecność. Wreszcie młodszy brat głównego bohatera — Wojciech, jak ten meteor — klasztor zawieszony pomiędzy niebem a ziemią. Najbardziej poetycki passus całej książki.

„Ksiądz zamilkł. Twarz miał skupioną, oczy pełne ognia, jakby zaglądał do innego świata. Stał w bezruchu, ale nie pozostawał w tym samym miejscu. Moc świetlistego promienia ciągnęła go w górę. Wojciech zaczął powoli się wznosić. Płynął ku chmurom, a żelazne więzy podążały za nim. Wkrótce kapłan zawisł ponad mrocznym pejzażem. Pewnie uleciałby wyżej, gdyby nie kajdany na nogach umocowane do łańcucha długiego na sto kroków. Ogniwa były naprężone do granic wytrzymałości. W górę ciągnęły je modlitwy Wojciecha, w dół zaś ciężar Rytego Kamienia. Diablica chciała zrobić sobie zabawkę z człowieka, ale ten wymknął się z bożą pomocą. I choć młodziutki Wojciech Bydgosta wciąż był więźniem, to wodniki nie miały do niego przystępu” (op. cit.,s.47).

Emanujący byt Wszechświata, nadprzyrodzona moc, o jeden zmysł więcej do pokonania Szatana. Wiara, która nie upada i że tylko droga za Chrystusem jest tą właściwą. Nie ma żadnej innej. By oddzielić się od chaosu świata, dysfunkcji porządku nadrzędnego prawa natury, potrzebna jest izolacja od tego, co zagłusza doskonały dźwięk ciszy. Ona zagra naturze do jej porządku i stanie się jej preludium za cenę alienacji Wojciecha jako brata i księdza. Między ziemią a niebem znajduje on przestrzeń swoich żarliwych modlitw, które stanowią oręż do walki dla Sława.

Odlatując już z Łysej Góry, niekoniecznie na miotle i bez wody święconej, która lekiem na całe zło, pozostawiając Sława i Wojciecha — braci słynnych za sprawą Tadeusza Oszubskiego dla Bydgoszczy jak dotychczas Byd i Gost, posłuchajmy głosu samej „Bydgostii” — „Bo jest sposób, bym mogła wrócić między żywych. Jest sposób, by zdjąć ze mnie klątwę i bym stała się śmiertelnym człowiekiem z nieśmiertelną duszą — rzekła. — To miłość.” (op. cit., s.67).


Anioł jak ten stróż…

Ja powiem tak… do tej pory nie zetknęłam się nigdzie z nazwiskiem Grzegorz Bursztyński i nie znałam twórczości tego poety. Do czasu aż otrzymałam do zrecenzowania jego tomik pt. „Tornado” wydany przez Instytut Wydawniczy „Świadectwo”. Na czwartej stronie okładki książki ani w samej już książce nie ma nawet jednego zdania na temat autora. Nie wiem więc, czy jest to jego debiut czy kolejna książka. Jeśli debiut to dla Bursztyńskiego lepiej. Lepiej, bo to nie jest tom kładący na kolana, a przed debiutantem jeszcze wrota literatury polskiej stoją otworem. Jednak takie informacje należy sygnalizować wydając książkę, bo krytyk inaczej się wtedy za nią zabiera. Inaczej, gdyż moim obowiązkiem jest znać twórczość omawianego przeze mnie autora, a więc musiałabym, co najmniej, przeczytać wcześniejsze książki, żeby mieć względny obraz poetyckiej drogi i rozwoju bądź, jak u niektórych, uwstecznienia. Debiut, zaś, wymaga odrębnego i troskliwego wręcz potraktowania. Nie znam także wieku autora, co akurat dla mnie nie jest fundamentalne, aczkolwiek nie mogę powiedzieć, że jest to bez żadnego znaczenia. Bo jeśli Grzesiek Bursztyński ma 17 lat to w przypadku tomiku „Tornado” dla niego lepiej, a jeśli Grzegorz Bursztyński ma lat 68 zdecydowanie gorzej. Mogę jedynie się domyślać, że autor nie podał żadnych swych danych, by nikt nie sugerował się jego doświadczeniem życiowym i literackim, czyli poezja ma bronić się sama. Są wiersze rzucone w świat literacki i nikomu nic do tego, ile lat miał Grześ jak je układał a Grzegorz jak je wydał. Taka randka w ciemno z autorem. Kto wie, może okazałoby się jednak, że poeta zrobił jakieś postępy, bo zawsze może być gorzej, a ja tego nie wiedząc, nie docenię należycie tego tomu…


Tak jak tornado przechodzi gwałtownie i niszczy nieodwracalnie kawałek ziemskiej kuli, większy lub mniejszy, tak każdy człowiek ma potencjalne możliwości redukcyjne i destrukcyjne w stosunku do drugiego człowieka. To niewiele, bo człowiek jest niczym wobec świata i życia, ale to ogromnie dużo, bo człowiek jest wszystkim wobec nicości. Sztywność, nawet ta religijna, zawsze będzie przesadnym nadużyciem i każdy z nas ma wewnętrzne prawo czuć przez swoje pięć minut na tej ziemi swą wyjątkowość i niepowtarzalność. Niestety za tym także idzie silne poczucie niezależności i wolności. Aby je osiągnąć każda jednostka musi być wewnętrznie kompletna zarówno w pierwiastek męski jak i żeński. Jest to konieczne, by nie następowało obsesyjne uzależnienie od płci przeciwnej, które niekoniecznie należy wiązać z miłością, czy choćby z seksem.

„Tornado” jest książką poetycką o przeżyciach mężczyzny po odejściu jego biseksualnej partnerki z kolczykiem w języku i tatuażem na nodze, z którą uwielbiał się kochać podczas jej menstruacji. Kaśka odchodząc pozostawiła piętno na swoim byłym partnerze. Nawet seks z kobietami najbardziej smakuje mu umaczany w miesięcznej krwi.

„pamiętasz mówiłaś że nikomu mnie nie oddasz i stało się to ciałem / na zawsze zaklęty w twoim sercu jak owad w szarej kropli / po tym jak przeszło przeze mnie tornado kate” („dwie”, str. 12).

Nie nazwałabym tej książki studium psychologicznym przeżyć, ale jest to obraz po traumie czyli po przejściu powietrznej trąby na przełomie jesieni i zimy 2006 ze swymi skutkami do września 2007. Kiedy ona przedziera się przez rzeczywistość, mówi o tym radio i telewizja. Kiedy przeszywa serce jednego człowieka, praktycznie nikt o tym nie wie. A przecież w taki sposób ginie na świecie więcej istnień ludzkich niż w czasie najstraszliwszych katastrof, bo to jest śmierć codzienna i podsumowanie takich plonów po jakimś konkretnym czasie stawia liczbę grozy. Jedni umierają w tym słowa znaczeniu targając się na swe życie bądź z wycieńczenia po jakimś zawale, wylewie czy depresji, ale najczęściej efektem takiego „tornado kate” będzie śmierć duchowa, czasami nawet nieodebrana przez samą ofiarę, coś co powoduje nieodwracalne zmiany w nas samych, w naszym postrzeganiu innych, hierarchii wartości, uwrażliwieniu, w otwarciu na miłość i umiejętności jej przyjęcia, jednym słowem umiera człowiek i rodzi się człowiek. I właśnie w ten moment śmierci jednego i narodzin drugiego wprowadza nas Grzegorz Bursztyński.

„śpię z nimi czasami czarny anioł uwodzi je na malowniczą dziurę w sercu / u jednej z tych świeżych jak bułeczka kochanek przeglądałem liryki petrarki / włoski głupiec / kochał się w kobiecie z którą się nawet nie przespał / więc nic nie wiedział o tym jak to jest tęsknić / za najlepszym seksem jaki miałem w życiu” (***, str.10) oraz „póki co szukam cię wewnątrz kobiet które są w porównaniu do ciebie / chińską podróbką” („krwawienie”, str.11).

Podmiot liryczny nazywa siebie „nocnym aniołem ociemniałym z tęsknoty” po odejściu ukochanej. I czarny anioł, władca mroku i cieni, synchronizuje całą książkę i każdy jej akord; kobieta — anioł śmierci — niszcząca jak tornado poprzez spustoszenie dokonuje przeobrażenia mężczyzny w czarnego anioła niszczącego samego siebie i nie pozwalającego sobie samemu podnieść się.

„modlę się już tylko w pustym kościele i z zamkniętymi oczami / w konfesjonale codziennie czeka na mnie zgarbiony anioł stróż / kiedy się spowiadam obaj klęczymy / nie ma nas kto rozgrzeszyć bo obaj nie znamy tego nowego języka / w którym przyszło nam mówić / gdy wracam do domu czeka na mnie przesyłka / zapalam kadzidła i świece a potem otwieram ją nożem / w środku są zagubione czarne skrzydła / ze spalonymi piórami” („pogrążony w mroku”, str.14), „nie wiedząc czy śmierć jest po to by się odrodzić na nowo / jako wampir czy anioł nie wiem w którą stronę płynę swoją łodzią” („wiolonczela”, str. 16).

Anioł i trąba powietrzna przypominają mi znany wiersz Jacka Podsiadło pochodzący z tomu „Arytmia”:

„Jeszcze przyjdzie tu po nas anioł z powietrzną trąbą. / Sprawi, że pewnego pięknego dnia wypierdolą nas z pracy. / Zabiorą nam mieszkania. / Odejdą od nas żony. / Będą się dziać rzeczy straszne. / I znów staniemy się wolni.”

No, właśnie — wolni. To wszystko, co mamy, nas ogranicza, bo przywiązuje. Każdy koniec jest początkiem („Coś się kończy, coś się zaczyna” Stefana Pastuszewskiego), a każde odejście stwarza puste miejsce czekające na wypełnienie. Od nas tylko zależy, czy wybierzemy wolność czy kolejne, jakby tego nie nazwać, uzależnienie.

Podmiot liryczny chciał dla swej ukochanej aż chodzić po wodzie, co nawet Świętemu Piotrowi się nie udało (a przynajmniej nie do końca, bo zwątpił), ale miłość jest tak potężną siłą i mimo tej oczywistej wiedzy wciąż od wieków mamy czynną realizację straty. Ciekawe, tak na marginesie, co by to była za iluminacja, gdyby te wszystkie relacje odwrócić i każde tornado powstrzymać, jak wtedy wyglądałby świat bez frustracji i nerwic trudnych do zaszufladkowania. Świat kierowany nadrzędną siłą miłości owocującej tylko szczęściem przelewającym się na całą rodzinę, rodziny, kraje i kontynenty…

„zszedłbym na palcach na dół i na forum w internecie na laptopie / napisałbym o pierwszej w nocy jak bardzo jestem szczęśliwy / i rozsypał tę wiadomość na pięć stron świata / a potem zasunął okiennice szybko sprawdził skoble kominy / śnięty ogród za szybą dlatego wszystkie te magiczne zabiegi / różaniec święty obrazek najświętsza panienka żywopłot / żeby nikt nigdy a zwłaszcza ty sama nie skradł mi ciebie” („chciałbym mieszkać z tobą w małym mieście”, str. 29).

Najmocniejszym atutem tomu „Tornado” jest wrażliwość pióra Grzegorza Bursztyńskiego, któremu udało się oddać delikatność duszy i serca mężczyzny bez cech zniewieścienia czy nawet niepoprawnej miękkości. Niestety bez indywidualizacji stylu i języka, przez co książka jest dość pospolitą i schematyczną. Ale da się to czytać, zwłaszcza lekturę polecam kobietom ku pokrzepieniu serc, że mężczyźni miewają podobne dramaty.


Namolne Anioły

Pamiętam, jak kilkanaście lat temu przeprowadzałam wywiad z nieżyjącą już Danutą Wawiłow w jej warszawskim mieszkaniu i z pewnym zdziwieniem przyjęłam wtedy odpowiedź poetki na moje pytanie, dlaczego adresatem jej twórczości jest najmłodszy czytelnik. Liczyłam na jakąś filozofię, przesłanie, rodzaj empatii z dziecięcym odbiorcą, ale dowiedziałam się banalnej, nieskomplikowanej prawdy, że twórczość dla najmłodszych dyktuje sytuacja rodzinna autorki „Daktyli” — dwoje dzieci, rodzicielstwo i że zostanie zakończona, gdy jej potomstwo dorośnie. Wawiłow traktowała pisanie dla dzieci jako formę przejścia przez czas dzieciństwa Nataszy i Kostka, utrwalenie przez zapis ich cennych i fenomenalnych, bo — nieskażonych dorosłością — głosów natury. Być może Alicja Mazan-Mazurkiewicz, autorka trzech tomików poetyckich a prywatnie mama dwóch córeczek, z podobnych powodów napisała „Jestem Twoją Zuzią”, książkę zaadresowaną na pierwszy rzut oka do dzieci… Po wnikliwym przeczytaniu lektury okazuje się, że tak nie jest. Czy to dobrze czy źle i czy w ogóle tak można?


Świat przedstawiony w „Jestem Twoją Zuzią” nie jest światem wymyślonym. Nie ma rycerzy, smoków i księżniczek. To codzienność wypełniona bliskością. Książka staje się bliska dziecku, bo bohaterowie to członkowie rodziny — mama, tata, babcia oraz milusińscy — zabawki, pluszaki. Otoczenie dziecka to jego świat. Maluch obserwuje w nim życie roślin i zwierząt. Uczy się nazw, nowych pojęć, rozwija język. Zostaje spełnione podstawowe kryterium psychologiczne książek dla dzieci — tom bazuje na zasobie doświadczeń i zainteresowań dziecka. Uspołecznia i spełnia tym samym kryterium wychowawcze. W sensie środowiskowym a nade wszystko — etycznym uwrażliwia na religię. Dydaktyzm to z kolei rozwój języka i komunikacji. Kryterium pedagogiczne — zaciekawia, działa emocjonalnie. Czy jest to więc literatura dziecięca?

Na końcu książki znajdujemy notkę o jej autorce i grafiku oraz parę zdań nie wiadomo przez kogo napisanych, w którym pada określenie gatunku „Jestem Twoją Zuzią” jako… książki rodzinnej. Dość ryzykowne połączenie wierszyków pisanych dla przedszkolaków z utworami przeznaczonymi „przede wszystkim dla dorosłych”. Oprawa graficzna — jakże piękna — Bartka Drejewicza znanego m.in. jako ilustratora książek Jana Twardowskiego — wyraźnie odsyła do małego adresata i tak będzie traktowana książka przy zakupie w księgarni, gdzie dorosły zerknie na dwa, trzy wiersze albo i nie, ale z pewnością zasugeruje się obrazkami, bo tak robi większość nie mając czasu na studiowanie książki w sklepie i co wtedy? Literatura dla dzieci i młodzieży wyznacza dziecięcość jako kategorię estetyczną i wszystkie wskazane kategorie powyżej w priorytecie i nie ma tu miejsca na teksty, które się z różnych względów dla dzieci nie nadają.

Dorosły może czytać lekturę dla dzieciaków, ale nigdy nie odwrotnie. I tak się dzieje chociażby z Kubusiem Puchatkiem wędrującym za rękę z czytelnikiem w każdym — dosłownie — okresie jego życia. To jest przykład książki rodzinnej, bo wielopokoleniowej, której odbiór jest wielowymiarowy i symbolika niektórych partycji tekstu zostaje rozszyfrowana dopiero w dorosłym wieku, ale utwór jest tak dostosowany do percepcji kilkulatka, że stanowi dla niego jedną z najlepszych lektur na świecie. Dyskusyjnym pozostaje również nasączenie bardzo gęste religijnością wierszyków Mazan-Mazurkiewicz, których lektura koliduje ze światopoglądową samodzielnością odbiorcy, a ich konstrukcja uniemożliwia dziecku twórcze myślenie i kreacjonizm oraz dochodzenie analizą i syntezą do własnych wniosków.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 59