E-book
27.3
drukowana A5
56.97
Bibuła. Trzepot pióra

Bezpłatny fragment - Bibuła. Trzepot pióra

Teksty krytycznoliterackie

Objętość:
222 str.
ISBN:
978-83-8189-700-6
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 56.97

Słowo wstępne

Publicystyka Ewy Klajman-Gomolińskiej to między innymi szkice krytyczno-literackie, teologiczne i filozoficzne publikowane na łamach pism ogólnopolskich. Autorka przez ostatnie dwie dekady dała się poznać z bardzo kontrowersyjnych wypowiedzi na temat m.in. in vitro, aborcji, eutanazji, feminizmu, gender i innych aktualnych zagadnień społeczno-kulturowych. Zbiór wybranych tekstów z tej kategorii został opublikowany w 2019 roku w wydaniu „Nędznicy. Podróż międzyplanetarna”.

Kolejnym literackim genre, z którego Ewa Klajman-Gomolińska zasłynęła w środowisku, jest szeroko pojęta krytyka literacka. Od wielu lat regularnie recenzuje książki znanych jak i mniej znanych autorów. Dogłębne analizy wybranych wedle, znanego tylko autorce klucza, pozycji książkowych, zakrawają nierzadko na okazałe eksploracje naukowe na poziomie akademickim. Ukazują niebywały, wypracowany przez lata, warsztat artystyczny oraz imponującą i szerokohoryzontalną wiedzę — zarówno z dziedziny, zagadnień ogólnych, aktualnych trendów, jak i wielu innych dyscyplin.

Ta wysmakowana kompilacja składa się na nową odsłonę gatunku krytyki literackiej, w charakterze i smaku typowym tylko dla pióra Klajman-Gomolińskiej. Pomimo rozległych deliberacji, autorka uchyla zawsze jedynie rąbka tajemnicy, nie zdradzając kuluarów opiniowanego utworu, fabuły czy konkluzji. Nie ma tu więc mowy o tak często spotykanych w krytyce spoilerach. Wiwisekcja tekstów, rozkład na czynniki pierwsze, konteksty historyczne i kulturowe, z zabarwieniem résumé dotyczących ich autorów, jedynie podsyca naszą literacką żądzę i staje się przystawką w uczcie literackich doznań. Bo to, co w swojej krytyce literackiej zawiera Ewa Klajman-Gomolińska, może nierzadko przesądzić o tym, po co sięgniemy w bibliotece/księgarni i o jakim pisarzu/poecie będziemy marzyć.

Niniejszy zbiór „Bibuła. Trzepot pióra” stanowi wybór jedynie niektórych tekstów, które pojawiły się na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat. Tych, które razem z autorką uznałyśmy za fundamentalne, o największej wadze i impakcie w literaturze polskiej.

Z życzeniami nieustającej nauki i wybornej lektury,

Angelika Maria Gomolińska

Redaktor

Biogram artystyczny

Ewa Klajman-Gomolińska (fot. Angelika Maria Gomolińska)

Ewa Klajman-Gomolińska urodziła się 14 marca 1966 r. w Olsztynie. Absolwentka I Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Mickiewicza w Olsztynie. Ukończyła filologię polską w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Olsztynie oraz bibliotekoznawstwo i informację naukową na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie.

Literacko zadebiutowała w Głosie Młodych w 1983 r. W pierwszej połowie lat 80. XX w. otrzymała kilka nagród w konkursach literackich, m.in. wyróżnienie w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim O Laur „Liścia Akantu”, nagrodę w konkursie im. Michała Kajki. Kolejne lata twórczości przyniosły jej ferię rozmaitych nagród i wyróżnień. Od czasów licealnych członek Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy oraz Robotniczego Stowarzyszenia Twórców Kultury. W okresie studiów polonistycznych była współzałożycielką studenckiej grupy literackiej „Ornament”. W 2000 roku wystąpiła z cyklem wierszy na scenie w Chojnicach podczas VI Chojnickiej Nocy Poetów. Jej spektakularne występy recytatorskie zyskują zawsze rzesze zagorzałych fanów i nadają jej literaturze spektrum niezwykłych subsydiarnych atutów, dopełniając strukturze i przekazowi prezentowanych dzieł.

Autorka aktywnie wspiera inicjatywę Muzeum Biblioteki Poezji Polskiej oraz Klubu Polskiej Książki. Jest autorką 11 książek i współautorką licznych wydań zbiorowych. Na stałe współpracuje z wieloma pismami i portalami kulturalno-literackimi. Od kilku lat prowadzi poczytnego bloga „Baribum”, na którym publikuje zarówno teksty już znane, komentarze dotyczące codzienności, jak i literackie nowalijki.

Wywiad Agnieszki Świst-Kamińskiej z Ewą Klajman-Gomolińską dla Szkoły Męskiego Stylu (szkolameskiegostylu.pl)

A Świst-Kamińska: Jak rozpoczęła się Pani przygoda z pisaniem?

Ewa Klajman-Gomolińska: Nie pamiętam tego momentu i towarzyszącej mu iluminacji. Kiedy jeszcze nie umiałam pisać, recytowałam ułożone w głowie wierszyki albo opowiadałam dziewczyńskie historie wymyślone na poczekaniu. Nauczyłam się pisać jeszcze przed pójściem do szkoły, by przelewać na papier swoje zwerbalizowane dokonania. Pisanie jest dla mnie jak oddychanie. Było zawsze, nawet gdy nie znałam jeszcze czarodziejskiej mocy literek.

— Zadebiutowała Pani w Głosie Młodych w 1983 r. Czy to dało Pani motywację do dalszego rozwoju?

— Na pewno było jakimś przeżyciem. To zupełnie inne czasy bez Internetu i z niewielką liczbą tytułów gazet. Sama więc publikacja znaczyła nieporównywalnie więcej niż teraz.

— Zdobyła Pani wiele nagród i wyróżnień. Które z nich jest dla Pani największym osiągnięciem?

— Nie pisze się dla nagród. Pisze się dla i do Czytelnika. Arogancją byłoby tego nie zaakcentować niezależnie od doświadczenia i zajmowanej pozycji. I nie mam tu na myśli licznych recenzji mojej twórczości napisanych przez wybitnych krytyków literackich, choć dla badaczy i historyków literatury stanowią bezcenne źródło analizy i syntezy. Największym osiągnięciem są dla mnie głosy czytelników niezwiązanych zupełnie ze środowiskiem. Ludzi, którzy sięgnęli po moje książki, przeczytali moje utwory w jakimś periodyku i coś na nich podziałało tak silnie, że chcą mi o tym powiedzieć. Wzruszające listy, maile, telefony, spotkania. Te wszystkie potwierdzenia, że moja twórczość jest komuś potrzebna.

— Jest Pani autorką 9 książek i wielu współautorką. Czy któraś z pozycji jest bliższa Pani sercu?

— Wszystkie moje książki są moimi dziećmi, które kocham, ale one już poszły w świat. Najbliższa mojemu sercu jest więc zawsze ta książka, która jeszcze nie poszybowała do wydawcy, nad którą aktualnie pracuję, na którą złoszczę się codziennie i codziennie ją dopieszczam.

— Czy mogłaby Pani zacytować ulubione zdanie bądź kilka zdań z Pani twórczości?

— Myślę, że autor nie powinien tego robić. Nie powinien zakreślać fragmentów i wypisywać na kolorowo słów-kluczy na tablicy, bo wraz z wyborem cytatów podąża interpretacja. Interpretacja należy do Czytelnika i nie wolno mu jej odbierać. Jako osoba dość często cytowana, muszę szczerze przyznać, że prawie zawsze jestem zaskoczona. Zaskoczona, że akurat te wersy a nie inne są dla kogoś ważne i że ja bym tak nie wybrała. Ale na tym polega właśnie magia, wielka magia sztuki.

— Prowadzi Pani bloga „rubinowe okno”. Skąd pomysł na założenie bloga?

— Blog jest moim ukłonem i jednocześnie odpowiedzią na prośby Czytelników, którzy chcieli mieć ze mną i moją twórczością bliższy i w miarę stały kontakt.

— A skąd pomysł na nazwę bloga?

— Pod adresem rubinoweokno.blogspot.com widnieje nazwa/tytuł „Baribum”. To imię wilka — bohatera całego cyklu bajek, na których mnie wychował mój Ojciec. Baribum mieszka w lesie a pod osłoną nocy przemyka do domów samotnych dzieci, by ich chronić i strzec. Ojciec, zmagając się z ciężką chorobą, tymi opowiastkami przygotowywał mnie na swoją śmierć. Umarł 35 lat temu, lecz Jego bajkowy wilk jest wciąż żywy i patronuje teraz mojemu blogowi. „Baribum” to także tytuł mojego poematu pochodzącego z tomu „Eloi”.

Jaka jesteś akantowa prozo?

W inaugurującym rok 2007 numerze „Akantu” zamieszczone zostały reprezentacyjne fragmenty prozy Jolanty Nowakowskiej pt. „Czterdzieści dni i czterdzieści nocy”. Stanowią one studium psychologiczne człowieka pogrążonego w samotności własnej i wyalienowanego ze świata rzeczywistego, a że progiem, niestety obligatoryjnym, jest w takiej fazie przebywania choroba psychiczna — obecność mówiącego bałwana w domu głównego bohatera jest schizofrenicznym symptomem. W przypadkach klinicznych sam proces chorobowy nie zostaje najczęściej zauważany przez pacjenta, więc bohater Nowakowskiej też nie zauważał jak w jego domu zaczął pojawiać się śnieg…

„O tyle jesteś, o ile idziesz”, „…wtedy, gdy stoisz, idziesz” — te słowa przenieść można na całoroczne łamy „Akantu”, pisma, które w regularnie ukazujących się numerach raczyło czytelników poezją, prozą, recenzjami i szkicami z różnych dziedzin ( literatura, historia, polityka, socjologia, filozofia, a nawet psychologia czytania i odbioru książki) oraz wkładką — „Świat Inflant” pismo literacko-naukowe. I chociaż, dalej podążając za Jolantą Nowakowską „I nie z każdym możesz o tym porozmawiać, nie z każdym pomilczeć”, spróbujmy nazwać fundamenty i pokazać mury współczesnych polskich prozaików publikujących w „Akancie” roku 2007.

Zdolność bohatera „Czterdzieści dni i czterdzieści nocy” polegającą na przemieszczaniu się w przestrzeni świata rzeczywistego i świata z kalendarza posiada również, tyle że w wersji mocno udoskonalonej, bohater opowiadania Stanisława Chyczyńskiego „Półbaśń o Arielu”(numer wrześniowy). Ariel jest aniołem, którego celem jest czynić dobrze w różnych obszarach historii; potrafi więc on przemieszczać się swobodnie w czasie, by nieść pomoc i to nie tylko ludziom. Ariel ratuje również życie wilka; jednakże wdzięczność zwierzęcia jest znacznie głębsza i serdeczniejsza niż ludzka…

Jak anioły to i dwunastu apostołów pod postacią dwunastoosobowej rodziny na syberyjskim zesłaniu w „Dwunastym garnuszku” Zbigniewa Domino (luty 2007). Wstrząsający obraz, który można nazwać za Gustawem Herlingiem — Grudzińskim „innym światem”, w którym „ludzie ludziom zgotowali ten los” (Zofia Nałkowska „Medaliony”). Literatura łagrowa znana jest poza przywołaną pozycją Herlinga — Grudzińskiego również z lektur m.in. Andrzeja Niezabitowskiego, Piotra Pietkiewicza, Edwarda Polaka, Edwarda Toczka, Stanisława Sieka, Izabelli Sariusz-Skąpskiej czy Marii Magdaleny Lukas. I właśnie w tym ziemskim piekle kilkunastoosobowa rodzina przygarnia do siebie zbłąkanego sierotę, w stanie wskazującym na szybką śmierć głodową, i każdy z domowników odlewa mu do kubka po dwie łyżki zupy — swojej jedynej porcji. Anioły i ludzie są przemieszani na tym ziemskim padole i pukając do obcych drzwi, nigdy nie wiadomo, czy za nimi mieszka człowiek czy ucieleśniony anioł. Nadzieja zawsze umiera ostatnia.

Historia często jest esencją akantowej prozy. Tak jest w opowiadaniu Jana Rutkiewicza „Ostland” (luty 2007) czy w powieści Dariusza Tomasza Lebiody „Bromberg”, której fragmenty opublikowało pismo w czerwcowym numerze pt. „Jesień w Brombergu”. Akcja rozgrywa się w połowie września 1939r., bohaterka — piętnastoletnia Józia jest świadkiem makabrycznego wydarzenia, mającego miejsce w niedzielę po nabożeństwie. Zemsta Ingrid Braun za zastrzelenie jej ojca, który kierował niemieckimi bojówkami, strzelającymi z wież kościoła ewangelickiego doprowadziła do zamordowania wielu niewinnych, całkowicie przypadkowych ludzi przez niemieckich faszystów. Niezmiernie trudno jest pisać na tematy podejmowane często przez innych, ale wprawne i bogate pióro Dariusza Tomasza Lebiody sprawia, że jego prozę czyta się z dużym zainteresowaniem.

Dla równowagi w tymże numerze można znaleźć „Bardzo dramatyczne sceny” Jarosława Sułkowskiego według „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza. Udana stylizacja i godne podjęcie Gombrowicza z zachowaniem całego absurdu i krytycyzmu wobec rzeczywistości. A jeśli o absurdzie mowa to nie może zabraknąć „Konferencji prasowej” Jerzego Suchanka (kwiecień 2007), bacznego obserwatora świata i natury człowieka. Autor z dużą dozą humoru oraz ironii naniósł ludzkie charaktery z ich wadami i słabościami pod postacią zwierząt, które są bohaterami tej półbajki, nasuwającej mimowolnie przed oczy czytelnika bajkowych bohaterów Ignacego Krasickiego.

Całość opowieści utrzymana jest w antropomorfizacji ze znamionami zarówno figlików jak i satyry zjawisk i zachowań. Interesująca jest semantyka nazw własnych postaci (Gajowy Lis To — Pikuś, królik Tupador, Leśniczy Ot — Psikus) oraz kalamburowe dominanty.

Bajkowy klimat nosi również opowiadanie Jacka Butlewskiego „Wąsy dziadka” z wrześniowego numeru „Akantu”. Czarownica, miotła i kot Leopold to niezbędne atrybuty, by samotność i odrzucenie, które są dla głównej bohaterki — Matyldy nie do zniesienia, znośnymi się stały. Czasami rzeczywistość ze swoimi twardymi i bezwzględnymi prawami zostawia tylko jedną furtkę, za którą jest świat niedostępny dla „szkiełka i oka” a stanowiący jedyne rozwiązanie głodu i pustki. Ale nie wszyscy znajdują na swej drodze klucz do owej furtki.

Nie znalazła go bohaterka utworu Lucjana Zuzi „Starość”(listopad 2007). Maria próbuje dopracować do emerytury, skrywając, z różnym skutkiem, swoją starość uniemożliwiającą jej wykonywanie codziennych obowiązków zawodowych i domowych. Bardzo smutne a jednocześnie realistyczne opowiadanie odsłaniające całą bezduszność świata, w którym nie ma miejsca dla słabych, chorych i starych. Świata, w którym my jesteśmy dzięki „tym starym” i w którym my będziemy już tak niedługo „tymi starymi” i choć to banalna prawda refrenem powtarzana w każdych wiekach to nic z niej pozytywnego nie wynika. Bo trzeba najpierw otworzyć serca. Serce daje miłość, przyjaźń i więź, których nie zerwą czas ani choroby.

Droga do serca wiedzie z drugiego serca, a nie z substytutów jakimi są np. narkotyki. „Skok w przepaść” Marcina Radwańskiego (wrzesień 2007) to opowieść o staczaniu się w przepaść bez możliwości powrotu. O nieodwracalnych zależnościach, których nieodwracalności człowiek do końca zauważać nie chce. Iluzja, że panujmy nad sytuacją daje nam poczucie władzy, z którą czujemy się bezpiecznej w każdym miejscu w szeregu życia. Życia, które miewa swoje lepsze dni i wpuszcza do swoich korytarzy trochę słońca. Tak dzieje się w „Jedynej miłości” Magdaleny Kuśmierczyk (listopad 2007), gdzie niemożliwe i skazane z góry na niepowodzenie staje się szczęściem i wielkim uczuciem. Bohaterem utworu jest Mariusz — marynarz, wdowiec, nie zakładający nawet, że w jego życiu może zapłonąć miłość, choć pragnący tego w głębi serca. Miłość pojawiła się w jego życiu, gdy nie miał już nadziei i gdy nic nie wskazywało na to, że to ta będzie tą jedyną…

Takiego szczęścia nie ma aktorka Agnieszka — bohaterka kontrowersyjnego opowiadania Grażyny Wojcieszko „Żona suflera” (lipiec 2007). Kontrowersyjnego z racji podjętego tematu homoseksualizmu i związanych z nim nierozstrzygniętych kwestii tj. samo zakwalifikowanie pojęcia — homoseksualizm jako dysfunkcja popędu, niereproduktywne homożeństwa, rozwody par tej samej płci. Interesujące u Wojcieszko jest zagęszczanie kobiecej intuicji, która teoretycznie bez realnych podstaw wyczuwa coś i boi się czegoś nie określonego bliżej. Konkretyzacja tego stanu nie następuje aż do odsłonięcia kurtyny głównej problemu, gdyż ten nie ma twarzy w kosmosie strachów żony suflera. Według niektórych psychologów zdrada może wywołać u partnera stres zbliżony do odczuwanego po śmierci swojej połowy. Zdrada na płaszczyźnie homoseksualnej, jeśli koliduje wyraźnie z przyjęciem takiego stanu jako możliwy i dopuszczalny, będzie może bardziej boleć, może bardziej poniżać i upodlać. W każdym razie zdrada zawsze jest i będzie jakąś formą odejścia, dyskusyjne na ile ostatecznego, bo rekonstrukcje na ogół są klęską.

Odejście bliskiej osoby w mniejszym lub większym stopniu implikuje nasze z nią odejście. O tym opowiada Alicja Kubiak w „Za szklanymi drzwiami” (kwiecień 2007). Opasanie i trawienie śmiercią. Nieuchronność dotknięcia śmierci poprzez utratę bliskiej osoby. „Nie możesz zatrzymać nieuniknionego. Światem żądzą odwieczne prawa, których nie wolno łamać. Każdy ma do spełnienia jakąś rolę, ta ofiara ma ratować kilka innych istnień.”

„…pierwszy śnieg tej zimy zdążył zasypać jego ślady…” a to już z opowiadania Anny Meller „Pokój” (wrzesień 2007) traktującym o dramatycznym głodzie miłości. O desperackich próbach zagłuszenia ciszy, zapełnienia pustki, o sercu wycieńczonym bez kropli miłości. Przypadkowe zespolenia cielesne dają tę iluzję chwilową, że to on i że to ona. Oszukiwanie siebie jako sposób na siebie. Pół roku wcześniej Anna Wyrwik w „Tygrysie za płotem” pisze „Brak mędrców, brak autorytetów, brak miłości, brak wiedzy”. Nędzna ta ludzka samotnia w pustym świecie, a przecież jak konstatuje narratorka zawsze mogło lub miało być inaczej. Samotność jako choroba ma kliniczne objawy z indywidualizacją zaznaczoną pacjenta; krótko ujmując różne, np. u bohaterki Jarosława Górnego „Pani Basia” (grudzień 2007) przełożyła się ona na nałóg alkoholowy.

Stefan Pastuszewski porusza tematy najbardziej newralgiczne, dotykające jestestwa każdego, razem i z osobna, próbuje na nowo definiować zamknięte filozoficzną klamrą te bardziej i mniej oczywiste. „Istotą wszystkiego jest życie. Chwila kroplą życia. Życie jest Bogiem. Wszystko się zmienia, porusza, unicestwia, a raczej przechodzi w inną formę bytu i właśnie ten ruch jest Bogiem. Ruch jest cudowny; wszystko inne jest pospolitością…” z „Dialogów o…(4)”. Według autora zatem życie jest tkanką pierwotną i ostateczną, zaś jej wszechobecność i wszech czasowość zowie się jej Kapłanem, naszym Bogiem. Takie wnioski pozwalają pełniej zrozumieć miłość Pastuszewskiego do wnuka Sebastiana, znajdującego się w stanie ruchu permanentnego. Dzieci z racji mniejszego obcowania z grzechem, na który jesteśmy skazani (co daje nam podstawy o ubieganie się zbawienia i życia wiecznego) są swą czystością bliższe Bogu. Prozaik Pastuszewski w opowiadaniu cytuje poetę Pastuszewskiego, bo mu widać do siebie najbliżej, bo rozumie się z sobą najpełniej „Matka rodzi syna, a kobieta mężczyznę”. Żeby były orły i sokoły czyli mężczyźni prawdziwi muszą być najpierw kobiety. Po co rycerzowi ma rdzewieć zbroja, skoro dama jest już tylko pik albo karo.

W „Dialogach o…” jest także o kościele, o Konradach Wallenrodach, o katolicyzmie, a jak katolicyzm to i Żydzi, o powołaniu, hierarchii tej kościelnej i niekoniecznie. „...naród ten [Żydzi] jest wyjątkowo ruchliwy intelektualnie i ambitny finansowo. A wszystko to dlatego, że od wieków żyjąc w diasporze, na wygnaniu został zmuszony — aby przetrwać — do mobilizacji wszelkich sił psychicznych i umysłowych, a one są przecież podstawową bronią człowieka.” („Dialogi o …(3)”). To jedna z wielu prób zrozumienia funkcjonowania w różnym miejscu i różnym czasie dzieci Abrahama. Usytuowania samego kościoła katolickiego na gruncie judaizmu.

„Akant” roku 2007 przyniósł czytelnikom szeroki przekrój prozy autorów znanych, mniej znanych i debiutantów — w tym miejscu pozdrawiam Adama Boberskiego, którego opowiadania „Sny Pana Bazylego” (sierpień 2007) pochodzącego z jego debiutanckiej książki „Zapiski zmarłego w domu” nie omówiłam z uwagi na moją obszerną recenzję całego tomu (Ewa Klajman-Gomolińska „Stan idealny?” listopad 2007).

Proza 2007 jest dowodem na to, że pisarze nigdy nie pozwolą na zepchnięcie życia w niepamięć, że nie oddadzą niesprawiedliwości czasów tych czy owych do hospicjum. Ich praca jest kwieciem pocieszenia dla tych, którym z miłości pękło serce i myśleli, że nikt tego nie słyszał. Jest zapalonym zniczem dla tych bezimiennych, którzy zamykając oczy nie pomyśleli, że ktoś uchyli ich powieki na chwilę swego maszynopisu. Jest ramieniem wsparcia dla tych, którzy parzą sobie herbatę w dwóch kubkach, by własna samotność tak od razu nie rzucała się w oczy. Jest nauczycielką historii dla tych, którzy mieli pod górkę do szkoły i zawsze szli do niej dłużej niż wracali.

Jeśli w roku 2007 choć jedna osoba odłożyła przygotowaną porcję narkotyku, choć jedna staruszka poczuła się potrzebna, choć jeden zaprzęgnięty w życie człowiek zastanowił się, czym to życie tak naprawdę jest i jeśli choć jedna kobieta krzyknęła za swoim mężczyzną: „będę na ciebie czekała”, a każda z tych osób czytała choć raz miesięcznik literacki „Akant” to znaczy, że otrzymaliście Państwo najważniejsze dla pisarzy podziękowanie.

Inaczej po hiszpańsku, inaczej po polsku. Xavier Roson

„Nadzieja pozwoliła mi walczyć i dojść aż tutaj. Bez niej nie byłoby to możliwe. Bez nadziei złożonej w Tym, który nas oczekuje, niezależnie od tego, jak bardzo pragnie się dojść do celu, upadnie się po drodze. Są granice, których człowiek nie zdoła w życiu przekroczyć, licząc wyłącznie na własne siły” (Xavier Roson „Aleja Kompozytorów Polskich”, [w:] „Brama Grodzka”, s.55).

Codziennie docierają do mnie jakieś książki. Z wydawnictw albo od znanych i nieznanych pisarzy. Czytam wszystko, ale recenzuję znacznie rzadziej. Nudzą mnie, irytują nieudolnością, banałami, frazesami, powieleniami. Piszą już wszyscy i na każdy temat. Po większości widać, że niestety tylko piszą, ale nie czytają. Nie czytają tak do bólu, że na własne życzenie stają się żałośni poprzez swoje książki. Kiedy każdego dnia połyka się co najmniej jedną książkę, rodzi się takie pyszałkowate przekonanie, że w zasadzie nic już literacko nie może w życiu zaskoczyć. A jednak zaskoczyło mnie. Jeśli mnie zaskoczyło to znaczyłoby, że spotkałam książkę niezwykle bogatą artystycznie, filozoficznie i teologicznie wykraczającą poza powielane teorie, wykraczającą poza mój utkany świat w kategorii ontologicznej i egzystencjalnej. Ale to nie było tak!

Kiedy otworzyłam książkę Xaviera Rosona „Brama Grodzka” znalazłam się w surowej zakonnej celi, w której nie było nic poza głosem M. i jego narracją. Mimo że M. podąża przez kilkadziesiąt stron ulicami Lublina to topografia tego miasta nie jest dla mnie dominantą kompozycyjną tej książki. Roson w zręczny sposób pod osłoną urokliwej stolicy Lubelszczyzny wydobywa z siebie wewnętrzny głos. Głos, który zmiata i łączy jedną siłą świadomość i podświadomość, starą duszę z młodym ciałem, odwieczną prawdę, którą mamy w sobie, ale nie umiemy się jej doszukać. Uliczki w Lublinie, czar i otchłań tego miasta powodują, że Autor omija dydaktyzm i w prosty, zdawałoby się „od niechcenia” sposób wyraża fundamentalne i kręgosłupowe, najważniejsze dla każdego człowieka, zdania stające się modlitwą. Żarliwą modlitwą M., który przemawiając do czytelnika rozmawia z Bogiem, rozmawia sam ze sobą. Oczyszcza się i przejmując swoje wypowiedziane słowa reaguje na nie jak dziecko; zdumieniem, że to jest właśnie tak. Roson musi usłyszeć własny głos, zapisać własne myśli, by ogarnąć siebie we Wszechświecie.

„Brama Grodzka” to książka napisana prostym językiem, bo w myśl Alberta Einsteina „Jeśli nie potrafisz wytłumaczyć czegoś w prosty sposób, to znaczy, że tak naprawdę tego nie rozumiesz”. A tak w tym kontekście wypowiada się sam Xavier Roson:

Zawsze uwielbiałem pisać. Będąc dzieckiem wygrałem nawet jakiś konkurs literacki.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem Bramę Grodzką w Lublinie zdecydowałem w tym samym momencie, że zasłużyła ona na książkę.

„Brama Grodzka” to mała i pokorna książka, która ma dwa wątki: moje myśli podczas spaceru ulicami Lublina i myśli dwojga bohaterów (M. i Aleksandra). Najbardziej szokujące było dla mnie to, co zobaczyłem w języku polskim (po przetłumaczeniu tego, co napisałem). To było po prostu wspaniałe, byłem bardzo dumny.

Prostota Rosona jest porażająca, bo ta prostota jest jego potęgą. Książka wydana w 2012 roku w lubelskim Wydawnictwie „Werset” jest jedną z najbardziej wartościowych pozycji wydawniczych na polskim rynku, jakie mogłabym wskazać. Dość nietypowe, że napisał ją Hiszpan po hiszpańsku (tłumaczona na polski) z akcją dziejącą się w aktualnym Lublinie, z całą naszą rzeczywistością i jej imponderabiliami, ze znajomością naszej historii, wzlotów i upadków, z blaskiem i cieniem uwielbianego przez Pisarza polskiego śniegu. Prostota w surowości i dostojności Bramy Grodzkiej, której Roson staje się osobistym strażnikiem i oddanym bez reszty rycerzem. My, Polacy, możemy uczyć się od tego hiszpańskiego prawnika (z zawodu) patriotyzmu okazywanego i wyrażanego bez fałszywego wstydu i obawy o kompromitację. Zapytany przeze mnie Autor „Bramy Grodzkiej”, czym jest dla niego Polska odpowiedział tak:

Dla mnie Polska nie jest tylko ładnym krajem, z jego architekturą, historią, literaturą, edukacją, ziemią z ludźmi, których kocham. Znaczy dla mnie dużo więcej…

W głębi serca żywię do Polski bardzo silne uczucie, mam poczucie jej piękna… naprawdę ostatecznej koncepcji piękna we wszystkich rzeczach. Nie jest to idealizacja miejsca, bo Polska ma problemy, oczywiście, jak wszyscy, ale uczucie miłości do kraju. Aby zrozumieć także i miłość do Polski, podstawą jest absolutna konieczność bardzo dobrej znajomości jej historii. Fascynuje mnie ten kraj; nawet to, że można poczuć tu prawdziwe zimno w zimie, wiatr i śnieg…

Eleganckie Polki chodzące po ulicach, stare miasteczka, wieże kościołów, niekończące się spacery alejami nocą, to wszystko zawiera się też w tej ostatecznej koncepcji piękna.

Nie mam polskich korzeni. Od dzieciństwa moim pragnieniem jest spocząć po śmierci w polskiej ziemi.

Miłość do naszej ojczyzny, do każdego skrawka jej ziemi i bez znaczenia, czy maszerują po niej pięknie odziani ludzie czy też staruszki z pomarszczonymi i wyziębionymi rękami. Nasza ziemia, nasze miasta z wielkimi galeriami handlowymi i z przedpotopowymi straganami.

Dla mnie pojęcie „Ojczyzna”, nie jest koniecznie wspólną definicją, jaką znamy. Twoją ojczyzną może być również biblioteka z książkami gromadzonymi całe życie, dobra rozmowa w kuchni z przyjacielem przy filiżance kawy lub znacznie głębiej: osoba, którą kochasz. Aby być w swojej ojczyźnie, trzeba czuć przestrzeń i atmosferę tego kraju, i tych ludzi. Nawet jeśli fizycznie jest się w innym miejscu. W moim konkretnym przypadku takim miejscem jest Polska — również jej społeczeństwo, kultura, język, wiara… Jednak daleki jestem od podręcznikowej klasyfikacji pojęcia „ojczyzna”. Urodziłem się w przedniej części kościoła Sagrada Familia w Barcelonie, ładnej świątyni, zamieszkałej i odwiedzanej przez miliony ludzi każdego roku. Kiedy byłem dzieckiem grałem z moim przyjacielem w wieżach, bo wszystko było puste wtedy. Tak, kocham miejsce, gdzie się urodziłem, ale ojczyzna to nie tylko to. Pamiętam pisarza Mario Benedetti, który powiedział, że osobistą ojczyzną są wszystkie miejsca, które były i wszystkie miejsca, w których chcesz być. Ja kocham Polskę.

Kiedy byłem dzieckiem w wieku około 6 lat, czytałem w łóżku każdej nocy. W domu moja matka i ojciec mieli wielką bibliotekę. Któregoś razu zobaczyłem fotografię miasta o nazwie zaczynającej się na literę „Ł”. Zapytałem moją matkę, dlaczego ta litera „Ł” jest inna niż wszystkie litery, które znam. Moja mama powiedziała, że to pismo pochodzi z kraju o nazwie „Polska” i dźwięk tego słowa, ta litera, wszystko to, co widziałem po raz pierwszy w życiu było dla mnie wspaniałe.

Noc, która gra jak ten śnieg, wygłusza świat i komponując ciszą zachęca M. do długich spacerów, które stają się spacerami jego myśli. Poruszając się po zakamarkach pokrytego mrokiem miasta, Roson wędruje po korytarzach swojej duszy i relacjonuje jak przewodnik po mieście — duszy to, co widzi. A widzi ból, cierpienie obowiązkowo wpisane w człowieczy los, dychotomię serca i rozumu, piękno umysłu i niewyrażalność jego w upływie emocji. Jednak zapytany, czy wierzy w wędrówkę dusz i czy być może w poprzednich wcieleniach był Polakiem, odpowiedział krótko i zwięźle odbierając mi możliwość drążenia tego tematu:

Nie, nie wierzę. Mamy niepowtarzalność życia ziemskiego, a każda osoba jest wyjątkowa.

Zdania Rosona pochodzą z surowości, jaka pozwala pokochać naturę z całą jej dzikością serca a jednocześnie czułością i delikatnością. Xavier Roson to także przecież alpinista, człowiek, który hartuje swoją siłę zdobywając kolejne szczyty i szachista szlifujący cierpliwość w licznych turniejach. Jednakże trudno jest zrozumieć, że prawnik, szachista i alpinista może napisać swoją debiutancką książkę w sposób aż tak doskonale prosty.

Bohaterką tych zapisków na skrawkach nocy wyrwanych snom (obok M.) jest Aleksandra. Kobieta będąca symbolem Polski, kraju do którego Xavier Roson chciał się zawsze przeprowadzić i kraju, który świadomie wybrał na miejsce swego wiecznego spoczynku. Dlaczego? Posłuchajmy samego Xaviera Rosona:

Bo czuję się zjednoczony duszą i ciałem z Polską. Chcę być blisko ludzi, których kocham, blisko ludzi, którzy walczyli w bardzo trudnych warunkach. Chcę pokrywy śnieżnej na moim grobie zimą w Polsce i liści opadających jesienią nade mną.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 56.97