E-book
23.63
drukowana A5
54.44
Bezsenność w Siedlcach

Bezpłatny fragment - Bezsenność w Siedlcach


Objętość:
307 str.
ISBN:
978-83-8467-406-2
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 54.44

Tej, która na milion randek poszła

(i po przeczytaniu tej książki płakała,

a w trakcie czytania robiła znacznie gorsze rzeczy)

Kochanie, powiedz mi coś.

Widziałeś kiedyś „Bezsenność w Seattle”?

Pamiętasz, jak główni bohaterowie

byli ze sobą na końcu szczęśliwi? My też będziemy.

Przyjaciele, sezon 1., odcinek 6.

Prolog

Szanowny Panie Macie,

przepraszam za ten list. Mam na imię Robert, jestem doktorem literaturoznawstwa w znanej Panu skądinąd uczelni. Pracuję nad rozprawą na temat motywów w Pańskich powieściach. Chciałbym napisać, że jestem Pana fanem, ale to głupie. Jestem dorosłym, poważnym człowiekiem. Poza tym na pewno dostaje Pan setki takich listów. Nie będę Pana wychwalał, bo zna Pan na pewno najlepiej swoją wartość. Nie chodzi mi o uzyskanie żadnych informacji, nie chcę Pańskiego błogosławieństwa ani nawet jakiejkolwiek odpowiedzi. A jednak zdecydowałem się napisać do Pana. Chcę opowiedzieć Panu pewną historię. Chcę — bo czuję, że muszę to zrobić. Panu — bo jest mi Pan w pewnym sensie bliski, choć jeszcze przed chwilą nie wiedział Pan o moim istnieniu. Co Pan z tą moją opowieścią zrobi — Pana sprawa. Nie chcę, by Pan to publikował czy inspirował się tym. I bez tego ma Pan na pewno setki pomysłów. Nie mam ambicji artystycznych. Jak Pan być może zauważy, nie mam przesadnie lekkiego pióra. Gdyby wszyscy, którzy czytają dobre książki, umieli dobrze pisać… Nie chodzi mi o protekcję. Po prostu musiałem to komuś opowiedzieć. Być może nie zechce Pan w ogóle przeczytać tego zbyt długiego listu. Rozumiem to. Nawet nie wiem, czy lubi Pan takie historie: są w niej mężczyzna, kobieta i coś między nimi. To nie jest jednak w żadnym razie opowieść o miłości. To jest opowieść o jej braku. O braku miłości, a może czegoś jeszcze. Proszę posłuchać.

Rozdział 1

— Czy te dziwki nigdy się nie nauczą, że aby proponować zabawę o nazwie footjob, trzeba mieć ładne, zgrabne stopy, a nie koślawe i wielkie jak u koszykarki?

To Arek, kolega z wydziału, znamy się jeszcze z czasów studiów. Już wtedy był pewnym siebie mężczyzną, który zdawał się nie zauważać własnych kompleksów: raczej niski niż wysoki, łysiejący z przodu i zbyt chudy, by móc podobać się kobietom. Może dlatego wciąż żył samotnie, będąc największym dziwkarzem na uczelni. Był raz żonaty. Małżeństwo traktował jak kolejny romans. Żona odeszła, bo nie chciał mieć z nią dzieci. I nawet nie szło o to, że nie lubił. Po prostu musiałby mieć seks klasyczny, a to go przerosło, nie znosił pochew, bał się. Może po prostu nudziły go szalenie, były za proste, nazbyt oczywiste. Po co się żenił? Dla łydek swojej byłej, dla których był gotów poświęcić wszystko inne. Nie była nawet ładna. Miła też nie. Ten związek doktora z nią był mezaliansem, ale co robić, gdy tak go nakręciła, tak go brała. Pan uwierzy? Łydki. Zwykłe łydki. Mówił, że najpierw chętnie ulegała, gdy chciał je wciąż pieścić, dochodząc w taki sposób. Później to stało się obsesją, bo pojęła, że tylko przez nogi osiąga podniecenie. Nie dał namówić się na nic innego. Jak miał być ojcem? Nie miał i nie został. A wszelkie parafilie tylko w nim rosły.

Był fetyszystą wszystkiego. Od stóp i damskich butów, poprzez bieliznę, pośladki, biust czy pępek, podejrzewałem, że lubił się przebierać, i dużo, dużo więcej. Cokolwiek odbiegało od normy, było mu obsesją. Miał wymagania i potrzeby, taki człowiek. Przy tym nikogo w tym nie krzywdził, był uczciwy. Gdy zorientował się, jak stoją sprawy, że nie ma co liczyć na sukces wśród partnerek, mentalnie zawsze po szkołach katolickich (choć tylko jak przyszło co do czego, wcześniej skądże), stał się ekspertem od płatnej satysfakcji, najpierw lokalnym, a później narodowym. Płacił i wymagał. Przewartościował swoje życie, zaczął snuć teorie, od których pękała moja prowincjonalna głowa, choć święty nie byłem, lecz by do tego stopnia? Jego poglądy na temat damsko-męski, indoktrynacje, którymi mnie szprycował, tajne komplety w stołówkach oraz barach, to wszystko stawało się jak przeciąganie liny, aż w końcu puściłem i dałem za wygraną. I wcale nie chodzi mi, że mnie w to wciągnął. Po prostu przestałem traktować go jak wybryk, wchodziłem w dyskusje i miałem swoje zdanie.

— Proponowała ci?

— Wszystkie dziś to robią. Albo prawie wszystkie. W każdym razie te, które idą z duchem czasu. Aby utrzymać się w tej grze, wiesz, nie wypaść z rynku, musisz…

— Ja muszę?

— One. Pewnie, że one.

— Więc nie mów do mnie jak do sówki.

Zaśmiałem się, bo przecież żartowałem.

— Do sówek to ja mówię wiesz jak.

— Jak?

— Nie pytaj.

— Pytam.

— Do sówek to ja mówię… wierszem, bracie. Wierszem.

Parsknąłem śmiechem głośniej. A on był wciąż poważny. Taki człowiek. Oczy miał pełne, jak gdyby rozszerzone, a usta ściśnięte na tej zapadłej twarzy, na której napięcie mieszało się z marazmem, ślad podniecenia ulegał wątpliwości.

— A one na to?

— Co one?

— Rozumieją?

Prychnął.

— Ja im nie płacę za rozumienie greki.

— Mówisz do nich greką?

— Item. Czasami lubię.

— I one co wtedy?

— Co one? Znowu „one”. Robercik, ty musisz zrozumieć jedną sprawę: z sówką nie liczy się w ogóle ona. Łapiesz?

— Chyba.

— Słuchaj dobrze. Nie liczy się ona, nie liczy się, co myśli, nieważne, co czuje, co chce, czy coś ją boli… Dlatego to takie genialne, układ z sówką. Od tego masz sówkę, a nie zwykłą dziewczynę.

Ostatnie dwa słowa wymówił z obrzydzeniem.

— Sam już nie wiem…

Podpuszczałem go.

— Czego znów nie wiesz? Sam przecież w to się bawisz.

— Bawię, ale…

— Ale? Nie mów mi nawet, że chodzisz tam z kwiatami. A może pytasz, co u niej, jak się czuje?

Nie powiem — pomyślałem. Po co zanudzać prawdą?

— A może pytasz, czy jest jej z tobą dobrze?

Poweselał.

— Może pytasz…

— Skończ już. Po co mam pytać?

— Nie wiem.

Wrócił do stanu sprzed chwili, twarz się znów ściągnęła.

— Tak tylko — powiedział — cię dręczę.

— Wiem, baranie.

— Debil.

Rzucił mnie oliwką, którą wyjął z bułki.

Dorośli mężczyźni, dwaj dumni doktorzy, a zachowują się jak dzieci, żeby nie zwariować. Filolog klasyczny, co lubi mówić greką, a zwłaszcza przy sówkach, by móc je czymś zaskoczyć, i ja, polonista, literaturoznawca, co chce profesurę mieć na bazie Pańskiej prozy. Pewnie nie tak to sobie mógł Pan wyobrazić, choć czym dla pisarza jest wyobrażenie? W każdym razie…

Stołówka uczelni świeciła wtedy pustką, bo wszyscy już wyszli, zaczęły się zajęcia. A Arek z tą bułką, kolejną, chyba trzecią, z herbatą czy kawą, bo pija wszystko naraz, i ja, najedzony, wsłuchany w jego wywód, gotowy na więcej, byle nie musieć wstawać.

— Co z tymi stopami?

— Aha, stopami, prawda… Tu problem jest taki, że każda chce mieć wzięcie.

— To jest biznes.

— Wielki! Żyjemy w dobie nieopodatkowanej prostytucji.

Zaczyna się — pomyślałem.

Co do jednego byliśmy z Arkiem zgodni — stanowcze „nie” dla próby zmiany prawa. Dla niego to konik, mógł gadać godzinami, mógł kłócić się o to (nie raz już byłem świadkiem, jak włączał się w dialog, o zgrozo, profesorów, bo słyszał przypadkiem rozmowę o podatkach i wkraczał z tym swoim kontrowersyjnym zdaniem), kłaść Rejtanem. To go brało. Wstępował w tę głowę półłysą jakiś diabeł, a potem urządzał dokoła istne piekło. Ci starsi panowie, nasi mentorzy przecież, patrzyli na niego, jak gdyby zszedł z obrazu, jak gdyby naprawdę położył się na progu, rozdzierał koszulę, dął pęcherzami śliny. Tak bywało. Lecz starzy naukowcy, zrodzeni do debaty, ukuci z teorii, gotowi do polemik, widzieli w nim mistrza abstrakcji, nie konkretu, łudzili się zawsze, że to z potrzeby sporu, że on tak naprawdę nic nie wie w tym temacie, a gdyby wiedzieli, z ilu on pieców jadał, to pewnie wypadłyby im sztuczne szczęki, gdy biegnąc z donosem, wpadaliby na siebie. Ja mówiłem: Arek, po co ty się w to mieszasz? A on do mnie z twarzą wzmocnioną także pięścią, że co, niby jestem za zdaniem starych próchen? Tych, którzy na oczy nie ujrzą żadnej sówki, bo raz, że nie widzą, a dwa, że im nie staje? Z kim ty jesteś? Z nimi? Z tamtymi? Z tymi… Tymi…

Skądże. Byłem za Arkiem. To czysta ekonomia. Tłumaczył mi to nie raz: wiesz kto zapłaci ten podatek, Robercik? Ty zapłacisz! Ty, ja i setki, tysiące, miliony (tak przesadzał), polskich mężczyzn! Mężczyzn wyzbytych oporów, konwenansów, prawdziwie wolnych i światłych (tak o nich, o nas, myślał). Zobacz — i kartkę wyciągał, stawiał słupki rachunków, dodawał coś, mnożył, a potem odejmował, aż w końcu wychodził mu wynik, jakaś dziwna średnia. Widzisz? — pytał mnie, a ja potakiwałem. O tyle zapłacisz więcej. O tyle! Nie ta dziewczyna, nie sówka, nie jej rajfur to zapłaci, lecz ty, ty, ty (jak seria z karabinu). Ty, ty, ty, a co najgorsze ja. Ja! Z tej pensji, tfu, naukowca, pożal się Panie Boże, co to ją płacą co miesiąc na konto, bezwstydnicy.

Miałem ochotę powiedzieć mu, że mnie też płacą oni, tak samo bezwstydnie i mało, lecz milczałem. A on się nakręcał, bo poczuł krew ofiary i rzucał się szybko do gardła, szarpał, warczał, a wszystko to było zbawianiem zbawionego, bo przecież już byłem dawno po jego stronie. Mówił: te psie pieniądze, zobacz. No i wyjmował portfel, jak gdybym nie wiedział, jak mało się zarabia w uczelniach. I miałem ochotę powiedzieć mu, by przestał, bo przecież są gorsze zawody, gorsze pensje, lecz on by mnie wtedy zaszczekał, zagryzł, zaszczuł, i machał portfelem przede mną jak wachlarzem. Zobacz — powiedział, wysypał jakieś drobne, banknoty rozrzucił po stole. Wcale nie tak mało. Lecz przecież zmilczałem ten wniosek, nic nie powiedziałem, bo czułem już na szyi pętlę, którą ściskał. Byłem widzem. Patrzyłem na niego, słuchając niedokładnie, jak słucha się czasem kazania lub wykładu (wiem to), a on perorował, nabierał nagle wzrostu, a twarz mu ciemniała napięciem, ręce drżały.

Za co ja mam to zapłacić? — pytał wtedy. Za to? I sierpem ramienia rozrzucał część wypłaty. Mnie to nie wzruszało. Znałem od dawna tę skłonność do przesady, ten sposób tworzenia postaci rodem z dawnej Grecji, tej, którą tak kochał, gdy nie był z żadną sówką, ten aktor zdławiony przez rynek, koniunkturę. Bo musiał mieć takie marzenie — być kimś wielkim. Bywał. Naprawdę potrafił namieszać w świecie greki, tłumaczył na różne języki wielkie dzieła, a znał też łacinę i władał nią niezgorzej, miał grono słuchaczy i kilku naśladowców, miał respekt u wielu kolegów z innych katedr, dziesiątki wystąpień w kraju, za granicą, dziesiątki recenzji, trzy książki, artykuły. Słowem autorytet. Jakkolwiek wyglądał ten jego świat prywatny, cokolwiek wyprawiał w alkowach licznych sówek, był przecież ekspertem i temu nikt nie przeczył, to nie tak, że znalazł się przypadkiem w murach dobrej szkoły, a potem studiował w uczelni całkiem dobrej, aż wreszcie napisał doktorat, jakby mimochodem, płynąc ciągle z prądem, o nie, to nieprawda, to byłoby skrzywdzenie. On był bardzo dobry w tej swojej dyscyplinie, w tej niszy, dla której poświęcił całe lata, wiedzieli to dziekan i rektor, dyrektorzy wszelcy, choć mnie czasem trudno w to wierzyć, lecz tak było.

Już teraz na sówki wydaję większość pensji — mówił. A co będzie potem, Robercik? Co ja pocznę? I głaskał tę głowę z zakolem jednym, drugim, i pocił się przy tym, zmartwiony do przesady. Ja wtedy mówiłem, że wszystko będzie dobrze, i takie tam brednie, byleby go pocieszyć, a on znowu swoje, że na to nie pozwoli, że zbierze podpisy, że wyjdzie na ulicę. Taki człowiek.

Prostytutki powinny być dofinansowywane z budżetu państwa — tłumaczył mi wielokrotnie. Albo inaczej: powinny być refundowane. Lekarz powinien móc ci przepisać sówkę. Dla zdrowia społeczeństwa. Całego. Nie tylko twojego. Bo zdrowy, spokojny obywatel, to zdrowe i spokojne państwo. Pomyśl, jak bardzo spadnie liczba gwałtów. I powiem więcej: rozbojów, burd, pijaństwa, wszelkiego plugastwa. Sówki są potrzebne. Czy tylko ja to widzę? Mężczyzna musi dać upust swoim emocjom, inaczej oszaleje. Bez sówek ten świat byłby straszny. Żylibyśmy w piekle, w ciągłej panice, balibyśmy się opuścić nocą domy. Błogosławione sówki! Sto lat nam żyjcie w zdrowiu i urodzie. Niech wam nie przyjdzie do głowy zmieniać zawód. Bo my was kochamy, my, mężczyźni polscy, uczciwie płacący podatki, lecz nie na was.

Ci wszyscy, co chcą tych podatków — mówił — niby tacy mądrzy, niby otwarci na tabu, na zakazy, a przecież do głów im nie przyjdzie, tępym chłystkom, że oni zapłacą rachunek, oni, oni, oni! Oni? Ha, oni! Co ja bredzę: oni? Przecież nie chodzą na sówki, oni tylko mówią, oni gadają, gaworzą i nic więcej, oni umieją jedynie się popisać, że tacy to niby do przodu są i tacy ważni. Poglądy postępowe. Mówmy o dziwkach! Mówmy, bo nikt dziś nie mówi otwarcie o tej kwestii. My poruszymy ją, chcemy podatku, jesteśmy pełni młodości, tolerancji, wiara w nas silna, nadzieja oraz miłość (tak przedrzeźniał), a liberalizm nasz jest europejski! E-u-r-o-p-e-j-s-k-i!

Gotował się, burzył, a wszystko przecież na nic, bo raz, że ten temat był wcale nie na czasie, a dwa, że głos jego i tak zaginął w tłumie. Co to zmieni? Na razie był spokój, enklawa nasza własna, kawałek naszego własnego quasiraju, gdzie każdy z nas znalazł dla siebie małą przystań, gdzie nikt nie miał wstępu prócz naszych słów i myśli. Naszych grzesznych czynów.

— Dzięki Bogu żyjemy w czasach nieopodatkowanej prostytucji.

Powtórzył.

— Ty Boga w to nie mieszaj.

— Bóg jest wielki! Popatrz.

I wyjął telefon, by mi pokazać sówki.

— Spójrz na tę. Dobra, co?

— Czy ja wiem…

— Najlepsza! Już zapisuję jej numer, nowa w mieście. Chciałoby się powiedzieć: ma ryja panna.

— Co oferuje?

— Zobaczmy…

Zaczął szukać. I nagle posmutniał, opuścił go entuzjazm.

— Co jest? — zapytałem.

— Nic nie jest. Nic zupełnie. Właśnie o to chodzi, że nic.

— Nie rozumiem…

— Nic nie ma w ofercie, co mogłoby mnie skusić. Nawet źdźbła fantazji.

— Pokaż, nie wierzę.

Zabrałem mu telefon.

— No nie jest tak źle, jest francuz, hiszpan…

— Nuda. To dobre dla naszych kolegów, kierowników katedr. Oni tak lubią po bożemu, wsunąć się pod kołderkę, zgasić światło…

— Ma ładne nogi.

— Co z tego?

— Bardzo ładne.

— Nic nie rozumiesz, wcale. Po co ci miecz, jak nim nie umiesz władać? Równie dobrze mogłaby być beznoga.

— Nie przesadzaj.

— Zobacz.

Wyrwał mi telefon.

— Nie ma fetyszów w ofercie, nie ma Arka — powiedział.

— Może ją skusisz, namówisz.

— Szkoda czasu. Ładna, nie powiem, od razu mnie złapała, lecz pusta, nijaka, bez krztyny wyobraźni. Bez polotu. A to jest podstawa. Takiej coś więcej zaproponuj to się zgorszy. Nagle się zrobi wstydliwa jak dziewica. Nogi rozłożyć to chętnie, lecz poza tym? Wszystko ponad to zmienia ją w zakonnicę.

— Może.

— Wiem to. Myślisz, że tylko raz już się nadziałem na ten towar? Setki razy! Więcej!

— Przed chwilą chciałeś zapisywać numer.

— Bo jak widzę nową, to mi od razu dyga.

— To masz teraz problem.

— Poradzę sobie z nim.

W głosie miał dumę. Przeglądał oferty.

— Ta jest fetyszystką.

Pokazał mi jej zdjęcie.

— No, no… — powiedziałem.

— No nie…

— Co znowu?

— Zobacz.

— Całkiem niezła.

— Nie ma zdjęcia stóp. Trzynaście zdjęć i każde jedno w butach.

— Lubisz buty.

— Lubię, lecz trzeba je zdjąć w pewnym momencie. Jak inaczej? Musi być pełnia, komplet. Co, mam kupować kota w worku?

Był wymagający.

— To jest mój problem — powiedział. — To, o czym mówiłem. Im się wydaje, że każda może wszystko. Że rynek wymaga fetyszów, więc się ugną, a ta się nadaje do tego jak ty do…

— Ej!

— Nieważne.

— Dokończ.

— Co dokończyć? To o tobie?

— To o sówkach.

— Zobacz tylko.

Pokazał mi kilka ogłoszeń.

— Ta, ta, tamta — powiedział. — Żadna z nich nie ma pełnego spektrum fotek. Jak jako klient mogę się czuć swobodnie, gdy widzę połowę towaru, a nie całość?

— Rzadko pokazują twarze…

— Twarze! Najmniej ważne. Nie idziesz ją matce przedstawić, lecz…

— No racja…

Jak miałem przyznać się, że lubię ładne buzie?

— Dlatego — powiedział — potrzebne są przemiany. Nie zmiany — przemiany, a nawet rewolucje. Daleko idące w tej kwestii transformacje, by klient był wreszcie jak człowiek traktowany.

— Jak człowiek?

— Dziś jak pies się czuję. Płać tylko, chłopie, a reszta nas nie rusza. Tylko kasa. Tak myślą rajfurzy i ci od internetu. Wiesz, goście z portalu. Administratorzy, kierownicy, jak tylko chcesz ich nazwać. To im winno leżeć na serce nasze dobro. Nasze! Bo za tym jest pieniądz, rozumiesz, jeszcze większy.

— Co proponujesz?

— Ha! A co ja mogę?

— A gdybyś mógł jednak?

— To proste. Przymus zdjęcia. Każda część ciała obfotografowana. Obowiązkowa dla każdej z sówek sesja. Garść wytycznych. Jak noga, to w bucie i bez, w pończosze, goła, jak biust, to tak samo, a nie że jedna fotka, w dodatku zrobiona naprędce, bez zastanowienia, i już ogłoszenie gotowe…

— Wielu to wystarczy.

— Wielu!

— Większości właściwie.

— Wiesz, co to jest większość? Większość nie czyta dziś książek, słucha disco-polo (tak powiedział) i pomyśl, na kogo głosuje. To jest twoja większość.

— No dobrze, lecz…

— Co „dobrze”?

— To właśnie się sprzedaje. Nie książka, nie płyta z dziełami na orkiestrę, nie nasze poglądy na scenę polityczną, a właśnie to wszystko, co proste i przyjemne.

— Przyjemne!

— Dla większości wprawdzie…

— Nie zgodzę się z tobą. Są jeszcze koneserzy, stoimy w ostatnim szeregu jeszcze dzisiaj, lecz czas nasz nadejdzie i wspomnisz moje słowa: wybije godzina naszego panowania.

Wciąż przesadzał.

— Fetysze to procent, margines… — powiedziałem.

— Właśnie dlatego są ważne, wyjątkowe. Myślisz, że będę się kłócił o liczebność? Przeciwnie, schlebia mi to, że tak nas mało. Nie chcę być nigdy w większości.

— Nawet gdy chodzi o orientację seksualną?

Rzuciłby mnie oliwką, lecz jej nie miał.

— Spłycasz tę sprawę — powiedział.

— Ty ją rozdmuchujesz.

— Problem jest w głowach.

— To prawda.

— Lecz nie naszych. Nie fetyszystów, a sówek. Co mówiłem wcześniej? Im się wydaje, że stopa równa stopie, pierś piersi równa, a szparka równa szparce… Co za brednie! To rodzaj handlu, to produkt jest produktem, trwa walka o ludzi w znaczeniu: konsumentów. Nasz klient, nasz pan. Gdzie ich maniery, respekt? Gdzie ta tradycja kupiecka z dawnych czasów? Gdzie?

Chciał mnie szarpać za poły marynarki, lecz w porę udało mi się wyrwać z jego objęć.

— Stopa i łydka, i udo, słowem noga, to wszystko musi być spod igły, jak z obrazka. A ta śmie podstawiać mi girę jak u drwala, pękatą i wielką, z haluksem aż do Krymu. Wierzysz?

— Wiem o tym, przeglądam stale portal.

— I co, nie przeszkadza ci to?

— No wiesz…

— Ja wiem, ty jesteś ten, no, jak was nazwać…

— Chcesz mnie obrazić?

— A skąd! Chcę tylko stwierdzić…

— Że jestem normalny.

— Że jesteś trochę dziwny.

— Ja dziwny? I mówi to ktoś, kto…

— Dobra, dobra. Szaleńcom świat zdrowych wydaje się dziwaczny. Zwracam honor.

— Ty szaleńcem?

— Znasz mnie.

— Znam i dlatego nie mogę w to uwierzyć.

— W co? W mój fetyszyzm, o którym wiesz od dawna?

— Nie, nie, tylko w twoje przyznanie się do błędu.

— Błędu! Dobre.

— No dobra: do dogmatu.

— Mocne słowo.

— Chodziło mi o to, że wiesz, że masz z tym problem.

— Z czym?

— Jak to? Z seksem.

— Co? Ja tak powiedziałem?

— Nazwałeś sam siebie szaleńcem.

— To przenośnia.

— Mówiłeś: mam fetysz.

— I jestem z tego dumny!

— A nie wiesz przypadkiem, że to jest anomalia?

— Przyjemna.

— Niszcząca.

— Ha! Kogo?

— Twoje związki.

— Nie mówmy o rzeczach, które nie mają miejsca.

— Właśnie o tym mówię, że nie mają.

— Przyganiał raz kocioł garnkowi.

— Kto jest kotłem? Jestem jak mało kto tolerancyjny.

— Jak cholera.

— Wątpisz?

— Przyjaźnisz się ze mną. Bo chyba jest to przyjaźń?

— Chyba.

— Ergo nie jest najgorzej, lecz masz swoje przesądy.

— Ja przesądy?

— Z prowincji.

— Znalazł się z metropolii!

— Chodziło mi o to…

— Że jestem głupi wieśniak.

— Doktorze, przepraszam…

— „Panie doktorze”, kurwa!

I tak mój humanizm wyszedł na światło dzienne.

— „Panie”, niech będzie — powiedział.

Wybuchnął śmiechem.

— Kłócimy się o coś, co…

— Kto się kłoci?

— Robercik, Robercik…

Zaśmiałem się nieszczerze, bo trochę mnie dotknął opinią na mój temat.

— Pochodzę z miasteczka — powiedziałem.

— Wiesz, gdzie mam miasteczka?

— Mamy tam kościół i basen, i dwa supermarkety…

— I co z tego? Wielkość miasta mierzy się liczbą prostytutek. Popatrz.

Zaczął wyliczać wyniki, sprawdzając portal sówek.

— Warszawa tysiąc dwieście ogłoszeń, Kraków, poczekaj, tysiąc sto, Siedlce…

— Dlaczego Siedlce?

— Tak dla kontrastu, to raczej małe miasto. Zresztą nie wiemy, nie znając liczb, już sprawdzam.

— Ale dlaczego Siedlce?

— Co masz do Siedlec? Nie wiem. Tak przyszło mi do głowy. Nigdy tam nie byłem.

— Ja będę — powiedziałem.

— Ty będziesz?

— Jadę na konferencję.

— To, bracie, już sprawdzam, złożyło się wspaniale.

— Skąd o tym wiedziałeś? Jeszcze ci nie mówiłem.

— To czysty przypadek. Czekaj… Nie ma przypadków! Po prostu zesłano ci mnie, bym cię prowadził. Zobacz.

Pokazał mi wynik. Trzydzieści osiem. Tylko.

— To rzeczywiście bardzo małe miasto — powiedziałem.

— A nie mówiłem? Sówkometr prawdę ci powie.

— I co ja tam będę robił?

— Jak co? To, co wszędzie.

Spojrzałem sceptycznie na Arka. Poweselał.

— Po co się jeździ na wszelkie konferencje? — zapytał.

Wiedziałem po co. Na pewno nie po to, by głosić referaty, rozwijać naukowo czy konfrontować myśli. Jeździ się dla sówek. Co miasto, inna sówka. To seksturystyka krajowa, nie lokalna, choć Arek uprawiał nawet tę zagraniczną. Ja tę pierwszą. Nigdy nie byłem u sówki w mieście, w którym mieszkam, bo czułem się dziwnie z tą myślą, coś mnie hamowało. Jedynie wyjazdy dawały mi odwagę, wiedziałem, że więcej jej nie spotkam, że nikt nie będzie wiedział. Bo muszę się przyznać do jednej ze swych zasad: nie chadzam dwa razy do jednej i tej samej, po prostu dlatego, że bym się tego wstydził. Tak jak kobiet. Kobieta ocenia, zapamiętuje, sprawdza. Kobieta testuje. Kobieta kpi z potknięcia. Należę do mężczyzn strachliwych i wrażliwych, nie sądzę, bym mógł się pochwalić plonami w tym temacie. Po prostu robiłem, co trzeba, no i tyle, nie brałem udziału w żadnym wyścigu szczurów. Cnotą (doceni Pan pewnie ten paradoks) bycia z sówką był fakt, że nie trzeba się starać. To jest gnuśność, wiem to. Lecz życie uczyło mnie od dawna bycia takim, po licznych porażkach zacząłem kalkulować i stałem się zimny, cyniczny, zły ktoś powie, aczkolwiek wspomnienia katastrof we mnie trwały, tych wszystkich miłości kochanych w jedną stronę, jedynie przeze mnie, bez śladu wzajemności, spełnionych przez chwilę, przez sen, przez nocne spazmy, a jeśli coś więcej w tym było, to i tak był koniec, bo bałem się zawsze być sobą, bałem się oddania. I taki był finał podrygów komedianta. Im dalej zaszedłem, tym mocniej się cofałem. Do dzisiaj niczego nie robię na sto procent. Jak wchodzę w kobietę, to tylko do połowy, jak gdybym miał uciec, zawrócić w każdej chwili. Potencjalny odwrót. Straciłem coś dawno i tracę wciąż na nowo, a strata kolejna, następna, jeszcze jedna, wciąż zmusza do tego, aby przybierać pancerz. By się chować. Kulić. Próbować stawiać opór. A życie przeminie gdzieś obok, niezauważenie. Tymczasem…

— Po co? — zapytał Arek.

— By trochę pozwiedzać, poznawać ludzi, miejsca…

— Aby ciupciać!

Rozbawił mnie tym słowem. Był jak dziecko.

— W Siedlcach?

Powątpiewałem.

— A co jest złego w Siedlcach?

— Podobno nigdy tam nie byłeś.

— I już żałuję, bracie. Spójrz tylko. Trzydzieści osiem sówek.

— Mało.

— Nie dałbyś im rady.

— Wystarczy jedna.

— Właśnie.

— I to mówi człowiek, który wydziwia wiecznie. Serio, Siedlce?

— W czym lepsze są Kraków, Warszawa albo Wrocław?

— Tam jest wybór.

— Wybór!

— Też jestem wybredny, nie tak jak ty, ale zawsze…

— Bierz, co dają. Jesteś w stolicy, bierz sówkę. W Piździwólce? Sówka!

— Tam nie ma…

— Są wszędzie. Pół miasta tego chwasta.

— Właśnie: miasta…

— We wsiach nie dają? Zajrzyj do którejś z obór. Przepatrz stodoły, wygódki…

— Ty byłeś kiedyś na wsi?

— W młodości czytałem Chłopów.

— W młodości…

— Nie tak dawno. A skąd to pytanie?

— Wsie bardzo się zmieniły. Świat poszedł do przodu.

— Mentalność się nie zmienia.

— Myślisz, że spotkasz tam dziewczę całe w pąsach, z warkoczem, w spódnicy, karmiące ziarnem gęsi, co czeka jedynie, aby rozłożyć nogi?

— Na sianie.

— Zapomnij.

— Na wsiach jest dużo łatwiej. W ogóle prowincja…

— Bo co?

— Tam rządzi instynkt. Natura, rozumiesz?

— To głupi stereotyp. I kto go powtarza? Pan doktor z Bożej łaski.

— Skoro tak mówisz… W końcu jesteś ekspertem.

— Od czego?

— Od prowincji.

— Wiesz co? Nie będę przeczył. Pokażę ci jeszcze, co znaczy nasza siła. Pojadę do Siedlec i zrobię tam porządek, a sówki na długo zapamiętają moje imię.

— Zabrzmiało, jakbyś miał zamiar rozsiewać nasienie po rowach i rynsztokach…

— Bo zamierzam! Będę! Natura i instynkt, czy coś to tobie mówi?

— Coś kojarzę…

— Świetnie. Więc możesz szykować się na sprawozdanie. Aż będziesz mnie prosił, abym oszczędził smaczków. Zawstydzę cię. Ciebie! Będziesz zasłaniał uszy.

— Spokojnie, bo spalisz się w blokach…

— To spróbuję znowu. Do skutku, do końca.

— Wszystkie trzydzieści osiem?

— Nie idę na ilość, kolego, lecz na jakość.

— Dobrze. Podobno wybrzydzasz, zanim się zdecydujesz.

— Bo tobie wydaje się, że tylko ty wymagasz.

— Czego może wymagać mężczyzna bez fetyszów?

— Nastroju chociażby, warunków odpowiednich…

— To, bracie, przepadłeś…

— Bo co?

— Bo kto to sprawdzi? Widziałeś, by któraś nie miała w informacji, że ach, atmosfera wspaniała, cudowna, jak z kochanką, jak niemal u mamy, i cuda, i niewidy…

— Nie widziałem.

— Właśnie.

— A czy ty widziałeś, by któraś powiedziała: mam stopy koślawe i cycki oklapnięte?

— To widać na zdjęciach.

— Słyszałeś o retuszu?

— Dlatego powtórzę to, co już mówiłem: podstawą jest opis lub raczej repertuar. Jeżeli się godzi na fetysz, jest w następnej rundzie. Lecz aby przejść dalej, musi mieć teraz fotkę. Kilka ujęć nogi, w każdej konfiguracji. Tu nie oszuka, nie poprzestawia palców. Nie zrobi ze stopy greckiej egipskiej, nie ma siły.

Bo mimo miłości do greki, nie znosił greckiej stopy, uważał ją zawsze za coś obrzydliwego. Używał nawet określenia, że dziewczyna cierpi na grecką stopę. Cierpi!

— Zostaje mi tylko empiryzm — powiedziałem.

— Chcesz sprawdzać je wszystkie?

— Przecież ja zawsze sprawdzam.

— A wstępna selekcja?

— Podobna jak u ciebie. Opisy i zdjęcia, tak, wiem, że to naiwne, lecz tyle mam danych i z tego biorę wynik. No i rozmowa. Jej głos. Jak do mnie mówi. Ten pierwszy telefon mnie nigdy nie oszukał. Dziewczyna udaje albo jest naturalna, wystarczy sekunda, by o tym się przekonać. Tych pierwszych nie lubię.

— Rozłączasz się?

— No pewnie. Mam swoje zasady. Poza tym, jak mówiłeś? Pół światu tego kwiatu?

— Powiedzmy…

— No właśnie. Nie będzie tej, to będzie inna.

— Pamiętaj: masz tylko czterdzieści możliwości.

— Trzydzieści osiem.

— Ten rynek wciąż się zmienia. Zamawiaj już teraz, bo któraś się rozmyśli.

— Albo dojdzie nowa.

— Albo-albo…

— Pytanie, czy czekać.

— Kiedy masz konferencję?

— Pojutrze.

— Zamawiaj!

— Nie każda zapisuje. Najlepiej umawiać się i zaraz jechać.

— To powiedz, że jedziesz z daleka.

— Zawsze to robię.

— Ergo kogo ja uczę… Doktora, sorry: pana.

Rozkręcał się Arek, był coraz mniej poważny, choć temat rozmowy traktował bardzo serio, powracał on w naszych rozmowach jak bumerang, zawsze, raz jako dygresja, a innym razem główny wątek, z wszystkiego mogliśmy wyłowić motyw sówek. Sto skojarzeń naraz. Dorośli mężczyźni, doktorzy, dość poważni, a nagle wpadali w spiralę erotyki, łóżkowych fantazji (pozałóżkowych także, bo te zwłaszcza Arek polecał, za te ręczył). Psy na baby. Ukryty samczy instynkt. Wychodził z nas demon w momentach najmniej dobrych, i oby nie słyszał nas nikt w tych chwilach żaru, w tych razach popiołu, co sypał się z nas samych, zalewał nam usta i myśli swoją czernią. Miał nas. Miał nas w ręku. To było silniejsze niż wszystko. To było ponad nami. Rządziło, dzieliło i elektryzowało.

— Czas sprawdzić, którą wybrać.

— Nie potrzebuję porad — powiedziałem.

— Porada to mało. Ty potrzebujesz wsparcia. Ty musisz mieć pomoc, opiekę, albo klęska. Ty szukasz mentora, inaczej zgubisz drogę.

— Ta droga jest prosta.

— Jest kręta niczym trawers.

— Potrafię nią chodzić.

— Połamiesz sobie nogi.

— Przewodnik się znalazł.

— Mistrz, hultaj, alpinista.

Spojrzałem na niego jeszcze wnikliwiej, głębiej.

— Coś bardzo zależy ci, bym…

— Zawsze mi zależy. A teraz tym bardziej. Zazdroszczę ci tych Siedlec.

— Bo co?

— Bo to kolejne miasto do kolekcji. A tam mnie nie było jak dotąd. Czas to zmienić.

— Chcesz jechać tam ze mną?

— Pojadę w drugą stronę. Na razie mam plany podboju na rok naprzód. Lecz kiedyś tam dotrę, musisz mi przetrzeć szlaki.

— To odpowiedzialność…

— Od kiedy jesteś taki skromny?

— Przed chwilą mówiłeś, że nie dam sobie rady.

— Ja tak mówiłem? Dasz radę, ale ze mną. Popatrzmy, co słychać u naszych koleżanek.

Znów zaczął przeglądać oferty, uważnie tak jak zawsze.

— Trzydzieści osiem ogłoszeń, cztery fetyszystki — powiedział. — Wyciągnij sobie procent.

— Mało.

— Mało! Zobacz. I ja mam coś wybrać z tych czterech kandydatur?

— Ty tam nie jedziesz.

— Na razie. A w przyszłości? Poza tym ty jedziesz.

— Mnie jakoś to nie kręci…

— Pomyśl o innych czasem! Co miałbym począć? Cztery. A jeszcze w żadną nie wszedłem. To znaczy: nie kliknąłem.

— Zawsze to jednak wybór. W pewnych okolicznościach przy czterech kandydatkach mógłbyś mieć problem z wyborem przez urodzaj.

— Nie tym razem.

— Co oferują?

— Łącznie aż trzy fetysze.

To „aż” wypowiedział z pogardą, z drwiną, żalem.

— Jakie? — zapytałem.

— Bielizny, stóp, psychiczny.

— Więc w czym tkwi twój problem? To nieźle, jak na Siedlce.

— Musiałbym znowu kupować kota w worku. Wyobraź sobie: żadna nie ma zdjęcia. To znaczy takiego, jakiego się wymaga.

— Jakiego ty wymagasz.

— Wierz mi, sam nie jestem.

— Na myśli masz stopy rzecz jasna.

— Fetysz stóp bez stopy! Gdyby podały chociaż rozmiar albo rodzaj… Lecz nie, oferują i tyle, chcesz, to kupuj. Nie chcesz, to trudno. Kto na to się nabierze? Czy one naprawdę nie znają się na handlu?

— To raczej usługi.

— Czy znasz usługodawcę, który skrzętnie ukrywa przed światem swój arsenał? Przeciwnie: wystawia go na światło dzienne, no chyba że ma coś do ukrycia, tu jest problem… Pewnie nie mają się czym chwalić w kwestii palców. A może pękają im pięty. Niektórych to nakręca…

— Masz jeszcze bieliznę i… Co tam było jeszcze? A ty uczepiłeś się tych stóp jak ksiądz ołtarza.

— Bo to jest na czasie. Świat porno na tym stoi. Modelki od tego zaczynają.

— Modelki czy aktorki?

— Wszystko jedno. Jak nazwiesz dziewczynę, która robi to za kasę?

— Proste: sówka.

— A taka, co daje się nagrywać?

— Sówka gwiazda.

Westchnął.

— Droga modelek do sławy — powiedział — wiedzie prosto. Od stóp do głów. Od stóp. Aż do końca. Tu niebo jest limitem.

— W sensie, ten, no, Bóg? Że niby czegoś wzbrania…

— W sensie niebieskie i wielkie, po którym płyną chmurki.

— Od stóp do wieczności? Od pucybuta do milionera prawie. Nawet element jest wspólny: noga, but, rozumiesz…

— Ta droga wygląda dziś tak, słuchaj uważnie. Najpierw okazuje się, że mają ładne stopy…

— Te modelki?

— Dziewczyny normalne, z miast, ze wsi… Ktoś im o tym mówi.

— Przestań.

— No co? Posłuchaj mnie. Dziewczyna sama o tym nie wie, mówi jej to facet. Czasami zboczeniec poznany na ulicy, czasami ktoś z branży, rozumiesz, skaut tak zwany.

— I co?

— I dziewczyna ta trafia przed kamerę.

— Tak od razu?

— Nie, najpierw są zdjęcia, spotkania, kolacyjki… Skracam.

— No dobra.

— Dziewczyna jest modelką. Może się tak nazywać. Jest dumna z osiągnięć, pieniędzy, pierwszej sławy. A to dopiero zaczyn. Bo najpierw na filmach jest sama. Bawi się stopami. Wygina je, liże… Aż sam się podnieciłem…

— Wychodzę stąd…

— Czekaj. Potem jest obok facet. Gdy ona to robi, on się masturbuje.

— Kurwa!

— To jest proces. W następnym filmiku…

— Ja nie chcę o tym słuchać.

— W następnym filmiku… A kasa ciągle rośnie, dziewczyna stopniowo rozkręca się, powoli, kontrakty, oferty, rzekome jej decyzje, a prawda jest taka, że wsiąkła już po uszy. Forsa kusi. Poza tym nie robi nic złego, to proste, dość przyjemne. Nie musi przerzucać sakw mąki gdzieś na zapleczu sklepu. W dodatku na prowincji. Ona jest w mieście, w ogromnym pięknym kraju, rozumiesz, Ameryka, pobliże Hollywoodu.

Zrobiłem oczami gest kogoś, kto umiera. A on mówił.

— W następnym filmiku gość spuszcza się na stopy.

— Ja jem!

— Przecież już zjadłeś. Poza tym, co cię gorszy? Posłuchaj…

— Wychodzę.

— Następny film to footjob. Dziewczyna go pieści stopami. Nawet nie widać twarzy. Po prostu to pierwsze dni sławy. A ona wciąż chce więcej. Bo skoro zrobiła to stopą, to może ręką, buzią…

— Skończ już, błagam.

— I ciągnąć zaczyna raz po raz. Cała seria filmów. Z widoczną już twarzą. Pełny czas antenowy. Następnie jest…

— Nie chcę…

— A ona chce. Posłuchaj. Następnie jest…

— Wierzę. Wierzę, że tak to działa. Lecz przestań już mnie tym zanudzać.

— Jesteś dziś jakiś dziwny. Naprawdę potrzeba ci sówki. Siedlce. Masz już bilet?

— Potrzeba mi ciszy. Spokoju od tej gadki…

— Następnie jest klasyk tak zwany. Potem anal. Dziewczyna rozkręca się, pozwala już na wszystko. Kolejnym etapem jest grupowa miłość. Dwóch, trzech, czterech gości, a potem stado czarnych.

— Ja pierdolę…

— Serio.

— Pieprzony rasisto.

— Wypraszam sobie! Rasizm? Masz trzy główne rasy: biała, żółta i czarna.

— No dobra. Skończyłeś?

— Są jeszcze międzyczasy. Różnego rodzaju dewiacje, dziewczyna jest na czasie. A potem…

— Nie chcę wiedzieć.

— A potem różnie bywa. Dziewczyna nawraca się, czasem na katolicyzm, pomaga sierotom w Ugandzie, wspiera środowisko… Albo zostaje aktorką, już pełnoprawną, gwiazdą. Bywa ekspertką od kwestii politycznych. To głos pokolenia. Czasami sięga bruku, alkohol i leki, nierzadko narkotyki. Kariery są różne. Spójrz na rodzimy rynek.

Nie chciałem. Wolałem tam nie patrzeć.

— A te oto sówki — powiedział — są jak wszystkie inne. Z czterech dwie chcą dopłatę. Dopłatę! Za fetysze! Za to, że będziesz całował ją po stopach. Albo jej włożysz pomiędzy… Tylko tyle. Za każdą dziurkę bierze normalną cenę, a stopa kosztuje pięćdziesiąt złotych więcej. Gdzie ja żyję? Kobieta (kobieta podkreślam, niekoniecznie sówka) chce żebyś jej wsadził jak najgrubszego w dupkę… To ona powinna ci płacić. To dla niej też przyjemność. Bo jeśli tak nie jest, to czemu chce dopłatę? Świat się kończy! Dziewczyna za kasę woli rozłożyć nogi, niż dać ci powąchać skarpetkę. Ja pierdolę!

— Ochłoń.

— Jak mogę ochłonąć? Jak mogę być spokojny? Tu toczy się walka o moje być lub nie być. Fetysze kosztują jak zboże.

— Sówki nie są tanie.

— Zdzierają coraz więcej.

— A kto tym steruje? Sam rynek. Popyt, podaż.

— Spotkanie kosztuje sto, dwieście, trzysta złotych. Ergo fetysz powinien kosztować maks pięćdziesiąt. Tymczasem jest droższy o tyle, czasem więcej. Jak, pytam, do kurwy nędzy, to możliwe?

— Demokracja. Żyjemy w państwie prawa i sprawiedliwości…

— Ceny są zaporowe.

— Ciesz się, że bez podatku.

— Nie wypowiadaj przy mnie więcej tego słowa.

Wściekł się. Minęły minuty, nim wrócił znów do normy. Powaga mieszała się u niego z entuzjazmem, a złość była tylko pochodną rozbawienia. Ręce drżały. Przesuwał je wolno po zbyt wysokim czole, spoconym z napięcia, rozgrzanym od emocji, aż wreszcie zostawił je na ogolonej twarzy, ściągniętej i nieco zmęczonej, mało męskiej. Rozdawał spojrzenia dziewczynie zza bufetu, kręcącej się blisko, jakby podsłuchiwała, rozdawał je ścianom, pustym stolikom wokół, aż w końcu gotowy był, by spojrzeć na mnie.

— Wracając do ciebie — powiedział — to trzeba coś ci znaleźć.

— Co znaleźć?

Pokazał telefon.

— Sówkę. A co chciałeś?

— Tę drogą, złą sówkę?

— Tę samą.

— Sam ją znajdę…

— Chcesz młodą? A może trochę starszą?

— Nie musisz…

— Blondynka? Co ty tam jeszcze lubisz?

— O ta.

Pokazałem, by tylko się odczepił.

— No nie wiem… Dla ciebie to chyba aż za dobra.

— Bo co?

— Boś z prowincji.

Wkurzał mnie coraz bardziej.

— Długo tak jeszcze będziemy? — zapytałem. — Pieprzyć o tym samym?

— Aż do śmierci. Albo emerytury.

— Śmierć nadejdzie szybciej.

— Przestań. Jest jeszcze tyle sówek do poznania.

— Sówek? Może kobiet?

Jak gdyby sówka nie była kobietą, a kobieta… sówką.

Schował telefon.

— Szanujmy się. Odkąd poznałem, co to sówka, z daleka się trzymam od kobiet, szkoda kasy.

— Kasy? Jak w tym dowcipie: jaka jest różnica pomiędzy seksem za pieniądze a tym nie za pieniądze?

— To nie dowcip.

— Życie?

— Nie trzeba umieć liczyć. Ten pierwszy zawsze cię wyniesie taniej, wiem coś o tym.

— Też wiem.

— Więc co jątrzysz?

— Dla sporu.

— Dla sporu?

— Dla naukowej refleksji.

— Znalazł się pan doktor.

— Dobrze, że „pan”, jest postęp.

Puste kubeczki po kawach służyły dłoniom za zabawki.

— Poza tym czas — powiedział. — Dla kobiet nie mam czasu.

— Ani zdrowia.

— Owszem. Trzeba mieć nerwy ze stali, twardą dupę.

— A tu wprost przeciwnie: twardość z drugiej strony.

Zaśmialiśmy się po równo.

— Ergo sam widzisz — powiedział — że szkoda naszych starań. Tu nic nie musisz, a możesz. Możesz wiele.

— A wciąż większość ludzi wybiera inną opcję…

— Znów ta pieprzona większość! Coś ci powiem. Nic nie obchodzi mnie, co robią inni. Wcale. Ja robię swoje i to jest dla mnie ważne. Niech tylko nikt mi nie mówi, co ma robić, jasne?

— Twoje marzenia są…

— Jakie?

— Dość naiwne. Wiesz, że za prześcieradła robią wszyscy wokół? Wszystkich to obchodzi. A gdyby nasz rektor dowiedział się o tobie…

— To co?

— To… Sam nie wiem. Lecz wyobrażam sobie…

— Że wziąłby ode mnie namiary na te sówki.

— To prywatnie. Natomiast służbowo mógłby cię nawet zwolnić. To specyficzna uczelnia, ma opinię świętej. Ty działasz na jej niekorzyść.

— A ty?

— Co ja?

— To są prywatne sprawy. Sam chodzisz na sówki, a mądrzysz się jak dziekan.

— Nie chodzę, a chadzam. To różnica.

— Znalazł się pan profesor.

— Poza tym nie ciągnie się za mną ta opinia.

— Jaka?

— Króla sówek.

— A za mną?

— I owszem.

Arek był połechtany.

— Co z tego? — powiedział. — To jest komplement, bracie. Szacunek wśród kumpli, tęskne spojrzenia kobiet. Im więcej twój licznik wskazuje, tym dla ciebie lepiej. Im imponują te sprawy, doświadczenie, wierz mi.

— Mówisz, jak gdybyś chciał im zaimponować.

— Dlaczego miałbym nie chcieć?

— Nie sypiasz z kobietą, jeżeli nie jest sówką. Mylę się? A może o czymś nie wiem?

— I co z tego? Liczy się instynkt, jestem mężczyzną, do cholery. Ty nie jesteś?

Dostrzegłem w spojrzeniu naprzeciw cień wyzwania.

— Jestem — powiedziałem.

Bez przekonania jednak.

— Jestem i wiem, o czym mówisz.

Chyba — chciałem dodać.

— To zabawa, gierka. To coś się uprawia jak gdyby mimochodem. To od wszystkiego silniejsze, ode mnie i od ciebie. Po prostu stroisz się w piórka i kręcisz kuprem.

— Kuprem? — zapytałem.

— Kuprem. Jak u pawia. Nie wypaść z gry, stary. To jest nasz cel. Rozgrywać to do końca. Nawet jeżeli już się nie angażujesz. Gra się toczy.

Pochylał się nad stołem, zniżając głos do szeptu.

— Jesteś największym dziwkarzem w uczelni — powiedziałem.

— A ty drugim.

Spojrzałem na niego i czułem, że miał rację.

— Zresztą jest nas wielu — powiedział. — Spójrz na Mariusza.

— Oho, o wilku mowa.

Bo w tym momencie do sali wchodził Mariusz. Wysoki, zgarbiony, niezdrowo wychudzony, z zapadłą, smutną twarzą, oczami błądzącymi, skulony w głąb siebie, szemrzący coś pod nosem i z dziwną fryzurą maskującą łysinę.

Nie zauważył nas, choć byliśmy tam sami.

— Mariusz!

Arek go zawołał.

Ten stanął, popatrzył, zamrugał złą powieką, wydawał się tonąć za łzawą taflą oczu, a wargi zmarszczyły się w rodzaj uśmiechu, bo wreszcie nas poznał lub ściślej: zaczął poznawać.

— Cześć, Mariusz — powiedziałem.

— Cześć.

Odburknął. Usiadł.

— Co słychać? — zapytał go Arek.

— Co?

— Co słychać, bracie?

Przesadny entuzjazm pytania raził w uszy. Bo Mariusz jak zwykle niemal nie ruszał twarzą, a wszystkie emocje zaklęte były w dłoniach: wciąż je pieścił.

— Nic. Właściwie — powiedział. — Chociaż… Bo wiecie przecież…

— Tak, wiemy — powiedział Arek.

Ja też wiedziałem dobrze.

Mariusz był historykiem, znaliśmy go z wydziału. Jak każdy historyk był bardzo specyficzny, choć w kwestii tej pobił na głowę swój instytut. Ubierał się dziwnie i czesał jeszcze gorzej, lecz to był element profesji mediewisty. Tam każdy wyglądał, jakby mieszkał w archiwum, w głębokiej piwnicy przy świetle jednej świecy. Lub na strychu. Na odludziu pełnym. Trochę zdziczały, nietowarzyski, śliski. Lecz z nim była sprawa najgorsza: miał obsesję. To też nie wyjątek, w tej branży nie mieć świra to tak jakby nie być, nie istnieć, nic nie znaczyć. Jednakże obsesja Mariusza była groźna, bo mogła pozbawić go zaszczytów, powagi i kariery.

— Bo wiecie, że nie było bitwy pod Grunwaldem?

Był pierwszy z nas u progu profesury, robił habilitację i miał publikować serię swoich badań. Właśnie wtedy…

— Nie było, nie było, nie było tamtej bitwy.

Właśnie wtedy wyszło na jaw to, co odkrył, albo właściwie co sobie uroił.

— Mówiłem wam? Zbadałem to, dotarłem do archiwów. Historia pisana na nowo. Świat stanie na głowie.

Stanął. Lecz po to, by zniszczyć Mariusza, obśmiać, by zamknąć mu usta, zrobić zeń wariata. A on swoje. Że nie, że nie było, że spójrzcie, wysłuchajcie. Lecz nikt go nie słuchał, nie chciał podawać ręki. Stał się z dnia na dzień niechciany na salonach. Persona non grata. Utracił autorytet. Utracił to wszystko, na co pracował lata. Bo nikt mu nie wierzył. Nie zrobił profesury, a nawet był bliski urlopu zdrowotnego. Bilet w jedną stronę.

— Wiecie, że przenieśli mnie na wydział teologii?

Przenieśli go nawet na wydział teologii. Zdegradowali znanego historyka. By nie kłuł już w oczy kolegów i studentów, tych, którzy go znali, których na zawsze stracił. Niewielu ostało się przy nim, a ci, co się ostali, jak dziecko zaczęli go traktować, jak atrakcję, tu w plecy klepnęli, za nimi się zaśmiali, aż żal było patrzeć. Miał tylko mnie i Arka. Choć Bóg raczył wiedzieć, czy mówił do nas prawdę, czy jego odkrycie było właściwie jego, czy miał poprzedników, dziwacznych pobratymców, czy nikt ich nie słuchał, bo byli niewygodni? Nikt z nas nie wiedział, bo nikt się na tym nie znał, on był historykiem, a my filologami. Po prostu był kumplem, niegroźnym i przyjaznym, a reszta nie miała znaczenia, była poza nami.

— Na wydział teologii! Mnie! Nawet nie chodzę do kościoła. Bóg mi świadkiem.

Miał manię. Powtarzał każdemu, kogo spotkał, że nigdy nie było Grunwaldu, że jest na teologii, a trójcę dopełniał ten fakt: był dusigroszem, rozprawiał na przykład o cenie za obrusy.

— Organizowałem konferencję, wiecie, i mi kazali zapłacić za obrusy. Za obrusy! Siedemdziesiąt złotych. Siedemdziesiąt! Za wynajem. Wziąłem z uczelni, bo skąd je miałem dostać? Z domu? Z burdelu? Z kościoła, do którego nie chodzę?

Ciągle się powtarzał. Potrafił sto razy napomknąć o tym samym. Już sam zapominał, co komu gdzie powiedział, więc każdy na pamięć znał wszystko, o czym mówił, a czuł wciąż potrzebę uzewnętrznienia myśli.

Miał żonę i dzieci i im też opowiadał, że Grunwald, że obrus, nieszczęsna teologia, aż mieli go dosyć, a Arek fantazjował, udając głos żony Mariusza: Mariusz, zrób to wreszcie, no weź mnie, no proszę, no przestań o tym gadać, ja czekam gotowa, no bierz mnie, mam ochotę… A Mariusz w tych skeczach jedynie mówił swoje. Wszystko to działo się, kiedy nie słyszał, bo przy nim nie ważył się Arek na dowcipy, był grzeczny, rozważny i pełen zrozumienia. Z Mariuszem zaś było stopniowo coraz gorzej, bo własna rodzina przestała mu wystarczać, zabrakło kolegów, studentów w uczelni, bo wszyscy zaczęli go zbywać, a więc szukał: by ujście dać swoim teoriom, zaczepiał obcych ludzi, z początku przypadkiem, jak gdyby mimochodem, w przychodniach, kolejkach i wszelkich poczekalniach, aż w końcu po prostu zwyczajnie na ulicy. Wie pani, że nie było tej bitwy pod Grunwaldem? Pan słyszał o nowym odkryciu, wie pan, Grunwald? A pani kojarzy, że jestem historykiem, co jest oficjalnie nie w swoim instytucie? A pan wyobraża to sobie, proszę pana, że obrus pożyczyć kosztuje dziś fortunę? Cały Mariusz.

A potem dokonał odkrycia: ludziom można płacić. Ludzie gotowi są wszystko sprzedać, kupić, wystarczy zapłacić i można mówić wiecznie, i można przekonać do prawdy całe rzesze. I znalazł swą niszę (zgadł Pan, to pomysł Arka), i chodził na sówki, by z nimi tylko gadać. Gdziekolwiek był Arek i gdzie ja też bywałem, tam wcześniej był Mariusz, zamęczał sówkę słowem, kazała mu płacić podwójnie, a on gadał. A sówka błagała go pewnie, żeby przestał. Nie po to zaczęłam się kurwić (to znów kabaret Arka), byś teraz przychodził i nawet mnie nie dotknął. Szanuj mnie trochę. Za kogo ty mnie bierzesz? Rżnij mnie, rozumiesz, no weź mnie wreszcie, weź mnie… Rozpina mu spodnie, a jemu nawet nie drgnie, po prostu wykłada swój temat, sówce pęka głowa, nie po to rzucała uczelnię, by się uczyć, wolałaby zostać zerżnięta i mieć spokój, a tak musi słuchać, że Grunwald, teologia…

Z tą bitwą pod Grunwaldem to była taka sprawa, że chyba (powtarzam: chyba, bo nie jestem pewien) chodziło mu o to, że była w innym miejscu, po prostu to miejsce nie zwało się Grunwaldem. Używał jednakże nie całej wypowiedzi, lecz skrótem myślowym przemawiał: nie było tejże bitwy. I stąd ten ostracyzm środowisk, w których działał, bo wszyscy myśleli, że chłop podważa dogmat. Nie było bitwy pod Grunwaldem — mawiał. Lecz nigdy nie kończył, że była inna bitwa, bo on to rozumiał, a skoro on, to wszyscy, tak sobie zakładał, fiksując coraz bardziej.

Biedny człowiek z niego. Taki skąpy, a musiał fortunę zostawiać głupim sówkom. Trudno. Przynajmniej dał upust swojemu podnieceniu, tej chuci, co była w nim silna jak libido. I czekał w korytarzu (to znowu słowa Arka), przed blokiem, gdziekolwiek, aż przyjdzie jego kolej, współbraci od sówki zaczepiał, mówił: wie pan, nie było Grunwaldu, a ten, że co pan powie? Tak czas im umilał, przynajmniej do momentu, aż go nie poznali na wylot, wtedy uciekali. A sówki przestały odbierać jego połączenia. Na szczęście ten biznes, najstarszy wszak na świecie, rozwijał się ciągle, wciąż dając nowy towar, a Mariusz się rzucał na niego, pies na baby. Tyle że taki, co to ich nie powącha, nie dotknie, spojrzeniem choć jednym nie zaszczyci, a tylko do dusz ich przemówi, do umysłów, serc ich, ten człowiek niewinny i dobry, nasz pan doktor Mariusz.

— Bo wiecie…

— Tak, wiemy.

Powiedzieliśmy chórem.

A on nam posmutniał, jakby się dało bardziej.

Arek zmienił temat.

— Jak sówki?

— Jak sówki?

Powtórzył tylko za nim.

— Próbujesz na boku ten tego?

— Ja mam żonę.

— Żonę! On ma żonę, słyszysz? A jak ma się jedna do drugiej? W czym to sobie przeczy?

Mariusz jedynie pokręcił zakolami.

— Mnie tam jedynie o zrozumienie chodzi.

— Żona cię nie rozumie? Do sówki leć, do sówki!

— Przecież latam.

— Pięknie. Lecz obok lądujesz, a nie na niej, bracie.

— Na niej?

— Na niej! W niej! Nie obok…

— One są dziwne.

— No bo je źle traktujesz.

— Jak źle, gdy z szacunkiem…

— I to jest właśnie błędem. Nie możesz zostawiać kobiety samej sobie.

— Nie mogę?

— No pewnie. Ona ma swoją godność. Nie możesz przyjść sobie i nawet jej nie dotknąć. Dziewczyna ma swoje uczucia. Nawet sówka. Co więcej, powiem: zwłaszcza. Ma swoje marzenia, ma swoje aspiracje. A ty tam przychodzisz i nie chcesz jej. Nie można bardziej urazić kobiety, niż nie próbując zaciągnąć jej do łóżka. Sam pomyśl. Co ona pomyśli o tobie? Co o sobie myśli? Kształtujesz jej umysł, wszak jesteś pedagogiem. Wykładasz historię, musisz być dla niej wzorem. Na tobie spoczywa odpowiedzialność za nią. To często młode dusze, nie pozwól im zabłądzić. Nie jesteś klientem jak pierwszy lepszy z brzegu. Ty jesteś doktorem! W przededniu profesury! A ona tam czeka rozgrzana i gotowa, i prosi oczami, dotykiem, całą sobą…

— To wszystko dlatego.

— Co?

— Dlatego nie chcą słuchać. Dlatego przestają odbierać telefony.

Spojrzałem na Arka, a Arek spojrzał na mnie. Wejrzenie Mariusza błądziło gdzieś daleko.

— Nie ma straty — powiedziałem. — Sówek ci nie zabraknie.

— A jeśli zabraknie?

— Masz na to moje słowo.

Jego głos brzmiał cicho, był zawsze mało męski, wysoki, łamliwy i jakby zbyt nieśmiały, aż trudno uwierzyć, że to głos wykładowcy, lecz zdanie następne wybrzmiało z pełną siłą.

— Bo wiecie, nie było Grunwaldu… Nie było… Nie, nie było…

Rozdział 2

Mam trzydzieści cztery lata. Ostatni raz spałem z kobietą, której nie zapłaciłem, gdy miałem lat dziewiętnaście. Lecz wtedy też nie było to za darmo. Bo zawsze się płaci, jak lubił mówić Arek. Płaciłem uczuciem, którego miałem wiele, tak dużo, że czułem, jak we mnie ciągle rośnie, wypełnia mi płuca i brzuch, a przede wszystkim głowę, dostając się w końcu do krocza, na końcu (podkreślam: na końcu). Bo wtedy kochałem zupełnie nie fizycznie, zupełnie niewinnie, jak dziecko, którym byłem, pomimo że prawo czyniło mnie dorosłym. Dorosłość ta przyszła dopiero dużo później, gdy związek się skończył, a miłość pozostała. Głupia miłość. Oddałem jej wszystko, co miałem, lecz to mało. Bo chciała wciąż więcej i więcej, a mogłem jej dać siebie. Nic poza tym. Wyjechałem. Prowincja jej dała lepszego kandydata, bo on był tak blisko, a ja byłem daleko, próbując zapewnić i dla niej lepszą przyszłość, bo wtedy myślałem, że stanowimy jedno. Miasto mnie wciągnęło. Uczyłem się czytać literaturę wieszczów, a ona czekała (czekała! — chciałbym tego), a raczej nudziło się jej na mnie czekać, a rzadkie spotkania przestały jej wystarczać. Dawne dzieje.

— Ja ciebie tak kocham — mówiła — jak nikt inny.

— To ja ciebie kocham.

— Nie, ja.

— Ja ciebie bardziej.

— Ja bardziej cię kocham sto razy.

— A ja tysiąc.

— Milion!

A dzisiaj wspominam ją przez pryzmat sówek. Gdy kocham się z nimi („kochać się” — dziwne słowo), czasami po latach przychodzi mi do głowy, czasami ją widzę, czasami to z nią jestem, choć nie wiem dlaczego, choć było to tak dawno. W łóżku nie była potęgą. Nie była nią poza nim. A jednak sentyment dla pierwszych prób miłosnych, dla pierwszych kontaktów na serio, bez hamulców, bez nagłych szlabanów stawianych przez dziewczyny, zwyciężał, brał górę, zostawił ślad na zawsze. Lubiła to. Pamiętam. Prosiła mnie o jeszcze. Nie mogłem narzekać na ilość, na jej ciało. Bo miała dwie piersi tak świeżo rozkwitnięte, dziewczęce dwie sutki gotowe na pieszczotę, i łono dziewicze, gdzie przecierałem szlaki, do krwi, aż do końca, do jej głośnego jęku. A teraz minęło piętnaście lat i więcej, a ciągle nie mogę pogodzić się z jej stratą. Wiem, to śmieszne. Czy Pan mi uwierzy, że wciąż coś do niej czuję? Nie, nie kocham, to inny rodzaj uczuć, to raczej tęsknota za tym, co było pierwsze, za łatwą młodością, za delikatnym ciałem, za ciepłem jej wnętrza, które mi oddawała, jak gdyby nie było prócz niej innej kobiety. Były. Lecz bałem się sięgnąć po którąś, by nie przegrać. By znów tak nie cierpieć, jak wtedy po rozstaniu, gdy świat nagle runął, gdy wszystko mi zabrano, a jedno zostało: uczucie w głowie, w brzuchu, jak dym wypełniało mi płuca (zacząłem wtedy palić), i lata minęły, nim się z tym pogodziłem. A może wciąż godzę się z dnia na dzień, to trwa nadal. Nie mogłem być z inną. Nie mogłem lub nie chciałem. Bo wszelkie okazje plątały moje nogi, więziły mi ręce w kajdanach niewidzialnych, a język był drętwy przez lęk, który mną rządził, aż wreszcie dotarło to do mnie z siłą gromu: odpuść. Nie szukaj niczego, co może cię zniszczyć. Nie próbuj (to dziwne, przecież nie ta, to inna, rozstania są normą, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, a jednak nie dla mnie, byłem skrzywiony, inny, przesadna wrażliwość czyniła mnie dziwadłem).

Tak zostało. Przestałem próbować, skończyłem ze staraniem, bo było wygodnie żyć tak, jak żyć zacząłem, bez śladu uczucia i zaangażowania, bez zobowiązania, bez wstydu, bez ryzyka. Najpierw była próba. Ot tak, z ciekawości, chciałem odreagować. Poszedłem do sówki na całkiem miękkich nogach, spocony ze strachu, zupełnie rozstrojony (musiała go lizać pięć minut, nim mi stanął). Myślałem, że będzie to rodzajem zemsty, że skoro jest z innym, to ja mogę być z sówką. Że będzie przyjemnie i lepiej niż z nią dawniej. Że to mi rozwiąże problemy, da wytchnienie, spokój. Tak nie było. Początek był straszny, miałem drewniane dłonie, a biodra chodziły mi jak potłuczone. Po prostu mnie spięło, to było nieco chore, bo przecież nie można zapomnieć pewnych ruchów, instynktów, natury, a ja jakbym zapomniał, przynajmniej odniosłem wrażenie, że nie umiem. A cały ten akt seksualny trwał żałośnie krótko, i pierwszy raz byłem szczęśliwy, że tak było.

— No widzisz, i po bólu — powiedziała sówka.

Pamiętam jej słowa, jakby to było wczoraj. Najgorsze, co można usłyszeć od kobiety: „No widzisz, i po bólu”, gdy było już po wszystkim.

Bo ból się wtedy zaczął, a nie skończył. I chciałem opuścić jej pokój jak najszybciej, wkładałem w pośpiechu koszulę, nie dopiąłem spodni, a ona leżała zajęta sama sobą, wytarła ręcznikiem spocone dolne miejsce. Chciało mi się rzygać.

— Wróć jeszcze.

Wesoła z nad wyraz łatwej kasy, bo już jej zdążyłem zapłacić, chcąc mieć z głowy.

Wybiegłem, a wieczór przywitał mnie obsesją. Lampy uliczne świeciły samotnością. Trzymałem się ściany, niepewny, mogłem upaść, a mały staruszek popatrzył na mnie. Wiedział. Zacząłem biec. Wiedzieli wszyscy. Wszyscy! Ścigali mnie ludzie, ich śmiechy, młodzi, starzy, dewotki i księża, za nimi brać studencka, za nimi kloszardzi, a po nich policjanci. Przed sąd z nim! Był z sówką! Doścignąć! Złapać! Zabić!

Pośpiesznie dotarłem do wiaty przystankowej, a tam się rzuciłem pod pierwszy lepszy tramwaj. Chciałem się rzucić. Lecz tylko wskoczyłem, ci za mną gdzieś zniknęli, choć koniec problemów nie nadszedł, wprost przeciwnie: sto twarzy zwróciło się nagle w moją stronę, a każda przywiodła mi na myśl powieść horror. Wyblakłe oblicza i tępe noże śmiechów, ich oczy tak puste, jak wtedy moja kieszeń, ich palce wbijane pod żebra, pod powieki, języki wężowe gotowe, by mnie liznąć. Jak język tej sówki po kondomowym prąciu, tak im się przesuwał po zębach, brudnych, zgniłych. Znów poczułem mdłości, znów chciałem dokądś uciec, lecz pewność mnie naszła, że nie mam przecież dokąd.

— Przepraszam, proszę pana…

Ktoś szarpał mnie za ramię. Staruszka powstała, by mi ustąpić miejsca.

— Niech pan tu usiądzie, wygląda pan…

Wysiadłem. Pobiegłem przed siebie, nikogo już nie było, zniknęły uśmiechy i mocne ciosy spojrzeń, lecz trwała samotność, trwał wstyd, budził się chaos. To wtedy poczułem, że to się musi skończyć. Że nie, nigdy więcej, że nie chcę żadnych sówek. Że nie, to nie dla mnie. I obiecałem sobie: ten pierwszy raz z sówką zostanie też ostatnim.

Następna, po paru miesiącach, była milfem (gdyby nie wiedział Pan, co to milf… Chociaż Pan wie na pewno wszystko jako pisarz, a zwłaszcza w tym temacie, z całym szacunkiem, prawda…). Dostojna, jak dama, i znała się na rzeczy. Od progu witała mnie jasnym uśmiechem. Pomimo jej wieku (mogła być moją matką), jej usta kusiły, a oczy były młode, z kolei jej szlafrok skrywał prawdziwe skarby. Te piersi, te uda (to chyba nie fetysze?), to wszystko zdawało się przemawiać, mówić: bierz mnie, i jakoś jej lata, jej klasa, doświadczenie, działały kojąco na moją młodą duszę, bo byłem Werterem, tak samo nieporadnym, tak samo za głupim, aby się nawet zabić, tak samo naiwnym życiowo, lecz nie dla niej, bo ona mnie wzięła pod skrzydła, szlafrok nagle opadł, a to, co ujrzałem, wprawiło mnie w gotowość.

— Denerwujesz się?

Jej głos był taki ciepły.

Przyznałem się od razu.

— Nie trzeba. Będzie dobrze.

Chwyciła mi rękę, już nieprzyjemnie mokrą, i pierś w nią włożyła, ogromną pierś matrony. Co miałem robić? Ścisnąłem ją, zbyt mocno, lecz ona pisnęła jak dziewczę, nic poza tym. Speszyłem się trochę, lecz wzięła drugą rękę i miałem je obie: pierś lewą i pierś prawą, choć jak można wierzyć, że ma się takie piękno, a zwłaszcza, gdy w dłoniach nie mieści się, wystaje.

— Bardzo się boisz.

Stwierdziła, nie spytała.

A ja wyglądałem niczym lunatyk z boku, z rękami wspartymi na jej wydatnym biuście, a z ciałem dalekim, w dystansie, pochylony, jak męska dziewica, pokraka, głupi dzieciak, co boi się ścisnąć dziewczynę w wolnym tańcu.

— To piersi — powiedziała. — Są po to, by je pieścić. Kobieta jest dumna, gdy może je pokazać.

Jej głos koił. Mówiła z pozycji kobiety doświadczonej, traktując mnie trochę jak ucznia, lecz z szacunkiem, i rola ta bardzo zaczęła mi pasować, aż chciałem się oddać jej zaraz (ja jej, wie Pan?). Chciałem być z nią.

— Lubisz moje piersi? — zapytała.

— Bardzo.

Odpowiedź zabrzmiała inaczej, niż bym pragnął, aczkolwiek nie dała mi poznać, że to widać, że nawet nie umiem rozmawiać, co dopiero…

— Chcesz je?

Skinąłem na znak, że bardzo, bardzo… Milczałem, by przestać się już kompromitować.

— To weź sobie. Mocniej.

Cytuję wszystkie słowa. Nie było tam wstępów czy zbędnych prezentacji. Pytała, czy lubię jej piersi, czy je zechcę, a nawet nie wzięła mnie jeszcze do sypialni. Staliśmy w korytarzu. Ja, ona, dwa posągi. Dwie dłonie, dwie piersi, widziałem też podwójnie. A ona mówiła, po prostu była miła, nie będąc wulgarną czy w żadnym razie sztuczną. I tym mnie ujęła, to było samo sedno, to tego szukałem i tego nie znalazłem, gdy byłem u pierwszej, zmęczonej życiem, brudnej, choć przecież pachnącej tanimi perfumami. Brudnej wewnątrz. Ta była jak kryształ, pachniała samą sobą, ten zapach u kobiet najbardziej mnie pociągał, kobieta nie musi nic robić, aby pachnieć, kobieta nie musi nic robić, żeby kusić. Ona tylko była. Tylko tam stała, szeptała ciepłe słowa, a ja już ją chciałem, od razu, teraz, teraz… To jej siła. Umiała budować napięcie, była tajemnicza. A serce gdzieś w środku jej biło jak dziewicy, coraz mocniej.

— Weź, proszę…

Ściskałem je, gładziłem. Dwie dłonie ruszały się po nich jak po mapie. Jak gdybym chciał znaleźć zgubiony dobrą drogę.

— Co o nich myślisz?

Musiałem odpowiedzieć.

— Są takie…

Zaśmiała się.

— No proszę, powiedz.

— Są takie… cudowne.

— Cudowne?

— I wspaniałe.

Zabrakło mi słów. Gdzie były te wszystkie książki, które przeczytałem?

— Co jeszcze?

— Najlepsze, najpiękniejsze, słodkie.

— Spróbuj.

Nie zrozumiałem, a ona się zaśmiała. To nie był jednakże śmiech drwiny, ale uśmiech. To miłe wzniesienie jej warg, przyjazne wsparcie, to wszystko czyniło z niej damę, moją panią.

— Posmakuj — powiedziała. — Są twoje, głuptasie.

A więc posmakowałem. Mój język wędrował po dwóch jej nagich szczytach, co dla mnie nie były zdobyte nigdy wcześniej, nie było tam wbitych proporców, flag, obcych chorągwi, w ogóle nie była dla mnie sówką, była moja, tylko. Nie miałem przed sobą obrazu wszystkich mężczyzn, co kiedyś przetarli te szlaki, przecierali ciągle, co już przechadzali się po nich długo wcześniej, co ślad zostawiali po sobie, ryli inicjały, a były ich stada, tabuny, całe armie. Nie myślałem o tym. Po prostu cieszyłem się nią i żyłem chwilą. Jej dłonie gładziły mi plecy. Stałem tam zgarbiony, schylając się nad nią, wargami drażniąc sutki, szerokie i ciemne jak dwoje wielkich oczu.

— I jak? — zapytała.

— Najsłodsze.

— Tak?

— Naprawdę.

— Poczekaj na więcej.

— Nie mogę się doczekać.

I pchnęła mnie mocno, nie godząc się na sprzeciw (a jakże bym mógł się sprzeciwiać!), do sypialni, gdzie stało jej łóżko tak bardzo wysłużone, tak wiele widziało i czuło, ale co tam. Myślałem jedynie o jej sterczących piersiach. O wnętrzu, bo przecież mówi się: patrz na wnętrze. Była naga. Tak bardzo chciałem ją rozebrać, lecz nie mogłem. Zdejmować ubranie kawałek po kawałku, jak gdyby to była sympatia moja słodka, ta pierwsza dziewczyna lękliwie ufająca, dająca mi siebie w milczeniu, po raz pierwszy. Tak nie było. To była kobieta o doświadczeniu sówki i sówka, co była kobietą z doświadczeniem. Pot mnie oblał. Niewielka wątpliwość zakradła się do serca, co biło za szybko, za głośno, zbyt zdradliwie.

— Rozluźnij się.

Jej dłonie były wszędzie. Na włosach, na barkach, na całym moim ciele.

— Wciąż się boisz. Przestań.

Zaśmiała się krótko. Miała uroczy uśmiech.

— Nie zrobię ci krzywdy.

Sięgnęła po mój pasek. Odpięła go szybciej, niż mógłbym sam to zrobić. Szarpnięciem wyjęła go całkiem, trzasnęła niby batem, a potem opięła nim moją drętwą głowę. Jej twarz była blisko. Zbyt blisko — pomyślałem. Wyczułem gorzki oddech i nie wiem skąd to wziąłem, lecz nagle wspomniałem o tamtej pierwszej sówce. Po prostu zjawiła się, stanęła w moich myślach, a mdłości wróciły z podwójną siłą ciosu, wraz z nimi zawroty i mroczki przed oczyma.

— Co z tobą?

Odpuściła. Spojrzała w moje oczy, jej piersi wciąż tam były, te same, niezmienione, a moje spojrzenie gubiło się na ścianach.

— Może usiądź?

Usiadłem. Jak debil. Jak gołowąs.

Przez chwilę tak stała nade mną, załamując ręce, trzęsąca się, naga, nie wiedząc, co tu począć, lecz trwało to moment, najkrótsze z krótkich wahań, bo zaraz jej uśmiech powrócił, a z nim rezon. Za wiele się działo w tych ścianach, w jej sypialni, za wiele przeżyła w zawodzie i poza nim, by pierwszy prawiczek (zapewne tak myślała) mógł wybić ją z rytmu, zaskoczyć swoim strachem. Była damą. Już to mówiłem, lecz muszę to powtórzyć. Miała klasę. Wielką. Tak wielką jak piersi, o których zapomniała, na chwilę nie była maszyną, pięknym ciałem, lecz drugim człowiekiem, myślącym i troskliwym, i to mnie zaczęło podniecać, wyjście z roli, na nowo zechciałem ją posiąść, mdłości przeszły.

Usiadła tuż obok, trzymała mnie pod rękę, a drugą gładziła mi udo.

— Lepiej?

— Lepiej.

— To stres — powiedziała.

— To stres.

— Jesteś studentem?

Musiałem się przyznać, przecież to było widać.

— Na pewno się uczysz zbyt pilnie.

Zadrwiła.

Dłoń na udzie.

— Na pewno na co dzień jest z ciebie grzeczny chłopiec.

Na co dzień! Pamiętam dokładnie, stwierdziła, że „na co dzień”, a to oznaczało, że zawsze, lecz nie wtedy. Umiała mnie pobudzić, dodała mi odwagi, jednakże do końca stawiałem pewien opór. To ona nagle zaczęła mnie zdobywać, musiała się starać, nie miała z tym problemu. Tak lubiłem. Taką ją pragnąłem. Tak to było.

— Mój chłopiec, studencik, a może… mój mężczyzna?

I palce chwyciły rozporek, a raczej to, co skrywał.

— Powiedz — powiedziała. — Kim jesteś? Albo nie mów. Pokaż.

Siedziałem tuż obok i czułem każdy dotyk, jej ciepło mieszało się z temperaturą wokół. Zastanawiałem się (za długo!), co z nią dalej robić, gdy naraz puściła mnie, powstała, przeszła parę kroków, a potem stanęła oparta o drzwi tyłem, aż mogłem podziwiać dwa kształty jej pośladków. Teraz albo nigdy — pomyślałem. Wstałem. Sięgnąłem od tyłu po piersi. Były świetne. A ona jęknęła, otarła o mnie łydkę, czekając na więcej, zniecierpliwiona pewnie. Poczułem, że wracam do siebie, wzrok był ostry, a serce wciąż biło, ale jakby łagodnie. Lizałem jej szyję. Zaśmiała się, piszczała.

— Co jest w tym śmiesznego?

— Łaskoczesz — powiedziała.

— Dopiero zaczynam.

— Zaczynaj…

— Chcesz?

— Do końca.

Za jednym szarpnięciem stanęła znowu przodem. Patrzyła mi w oczy, zdziwiona moją zmianą, a raczej zmianami, bo to był rollercoaster, raz w górze, raz w dole, to karuzela uczuć. Bo chciałem, nie chciałem, znów chciałem i tak w kółku, więc dałem sam sobie tę radę: przestań myśleć. Przestałem.

Miałem ochotę na pocałunek w usta, lecz gdy się schyliłem, uciekła w drugą stronę.

— Nic z tego, kochanie. Dostaniesz inne skarby.

Jej palce powoli rozpięły mi koszulę.

Ta wątła klatczyna (bo to nie była klatka), te żebra na wierzchu, ten szczupły brzuch, to wszystko, czyniło mnie chłopcem, ja ciągle byłem dzieckiem, a przy tej kobiecie odczułem to podwójnie.

Dotknęła moich sutek.

— Nie wiem, na co mogę sobie pozwolić — powiedziała.

— Na wszystko.

Zaryzykowałem.

Nie trzeba było więcej. Zaczęła mnie szczypać, a potem gryźć i lizać, jej tempo wciąż rosło, jak intensywność bólu. Nie było mi dobrze. Ja byłem prosty chłopak, i jestem do dzisiaj, nie mam w sobie nic z Arka. Dlatego przerwałem, znów chciałem pocałunku, a ona ponownie broniła ust jak twierdzy.

— Niegrzeczny, niegrzeczny…

— Przecież lubisz niegrzecznych.

— No wiesz? Skąd ta pewność?

— Zaraz to udowodnisz.

Sięgnąłem do spodni, a ona mi pomogła, ściągnęła je ruchem tak wprawnym, aż mnie zdziwił. Nie powinien. To sówka, matrona, to milf, królowa nocy.

— Pokaż, co tam masz…

— To twoje.

— Moje?

— Twoje.

Zachichotała.

Byłem nagi. Speszyłem się.

Nie myśl o niczym — pomyślałem.

I tak się dokonało…

Wspominam tę drugą dość miło, nawet bardzo. Właściwie z uczuciem, o którym trudno mówić. To jakiś sentyment, wkroczyła w moje życie i tkwi w nim do dzisiaj, choć już jej nie spotkałem. Już wtedy opracowałem zasadę: jedna na raz. Poza tym nie sądzę, by była jeszcze w branży, choć takie kariery czasami trwają długo. Wiem zaś jedno: to z nią mnie naszedł impuls, to ona wskazała mi drogę, jej zawdzięczam wiele. Bo nie zniechęciła mnie, tak jak to było z pierwszą, przeciwnie — umiała rozpalić we mnie ogień. Mały płomień. I poszła lawina, za falą druga fala, a za nią kolejna i jeszcze, aż do teraz. To przez nią przez długi czas lubiłem starsze damy, za klasę, podejście, za zaangażowanie. Stare wyjadaczki. Znały się na rzeczy. Prócz nich były młode, studentki lub trzydziestki, ta młodość zmieniała się wraz z moim każdym rokiem, bo „stare” za chwilę już były w moim wieku i nagle stawały się „młode”, czas się kurczył.

Pamiętam, co druga mówiła na odchodne.

— Bądź grzeczny.

— Nie będę.

— Pamiętaj o mnie.

— Zawsze.

I tak jakoś poszło. Zamknęła drzwi z uśmiechem, bo miała w kieszeni wypłatę za godzinę, choć dłużej musiała się mną opiekować, niż trwała cała reszta, aczkolwiek to było urokiem starszych sówek. Była kochanką, lecz trochę także matką, i byłoby to z pewnością zbereźne, obrzydliwe, aczkolwiek ten rodzaj kontaktu był mi obcy, ta miłość matczyna nie całkiem mnie dosięgła, dlatego podskórnie tego potrzebowałem, opieki i wsparcia, wszystkiego, co mi dała. Pamiętam i będę pamiętał jej ostatnie słowa. „Pamiętaj o mnie”.

Mam tę scenę w głowie.

Kolejna sówka była dużo młodsza. Musiałem wymazać z pamięci pierwszą próbę. Prawie się udało. Nie była zbyt miła i chciała forsę z góry, co było praktyką, z którą się nie spotkałem. Później już niemal zawsze płaciłem tuż po wejściu, jak gdyby dwie pierwsze były tu wyjątkami. Ta stawiała warunki. To możesz, to wzbronione. Jej wykład trwał dłużej niż moje na niej ruchy (bo była leniwa, rzuciła się na łóżko, zostając w niezmiennej pozycji aż do końca), mówiła tak długo o swoich preferencjach, że myśleć zacząłem, kto komu będzie płacić. Paleta jej usług była imponująca, aczkolwiek do każdej usługi była gwiazdka — tak zwany kruczek prawny, zniechęcający przypis, aż człowiek obawiał się cokolwiek robić. Chciałem uciec. Lecz wtedy wróciła z dna głowy tamta pierwsza. No nie — pomyślałem — zrobię to. Za ojczyznę.

Jedynym jej plusem był fakt, że była ładna. Cholernie działała na moją wyobraźnię. Cud buzia i ciało, naprawdę piękne dziewczę, zacząłem żałować, że musi się sprzedawać, choć może nie musi, a lubi, kto to wiedział, z pewnością natomiast wolałbym jej nie płacić. To znaczy wolałem, by była tylko moja, choć miała charakter zupełnie nieprzystępny, ten typ roszczeniowca (u sówek to strzał w stopę), po prostu to powiem: wolałbym płacić więcej, nie wprost, nie gotówką, ale podarunkami, niedzielną atrakcją za miastem, kolacją, śniadaniami, zwyczajnie tym wszystkim, czym płaci się kobiecie. Pomimo jej minusów. Miała wady, owszem. Lecz kto z nas ich nie ma, niech pierwszy rzuci kamień. Ja nie rzucę. A ładna dziewczyna u boku może kusić. Wyglądałbym dobrze z nią obok. Jakie to przedmiotowe! Ale co tam. Wróciłem na ziemię, rzuciłem się w wir sówek, zmieniałem sypialnie częściej niż rękawiczki.

Czwarta nie brała prysznica, przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Piątej nie pamiętam. Szósta… Tak szósta, to ona mnie urzekła, młodziutka dziewczyna, chcąca się wyrwać z miasta. Marzyła o studiach, przynajmniej tak mówiła, pytała o wszystko, musiałem dużo zmyślać. Jej buzia zamknęła się dopiero wtedy, gdy znalazłem na to sposób, dałem jej zajęcie. Jak psu kość. Czasami przerywała, by znowu coś powiedzieć. A kiedy w nią wszedłem, szeptała mi do ucha. Po wszystkim raz jeszcze zaczęła opowiadać, wciągnęła mnie raptem w historię swego życia, godzina minęła, a ona wciąż gadała. Zbyt późno spostrzegłem, że siedzę tam za długo, na szczęście nie chciała ode mnie więcej forsy. Pamiętam jej uśmiech, jej delikatny dotyk, jej głos za piskliwy, by mógł być miłym głosem, a jednak coś było w tych rozszalałych słowach, w nieśmiałym spojrzeniu, gdy dałem jej pieniądze.

— Nie przeliczysz?

— Ufam ci — powiedziała.

Więc mogłem ją oszukać. A jednak nie przyszłoby mi łatwo tego zrobić. Po prostu to była dziewczyna tak szczera, tak prawdziwa, że tylko potwory mogłyby chcieć ją skrzywdzić. Ja nie chciałem. Pragnąłem jednego — pozostać z nią tam dłużej, pomimo gadulstwa, jakie ją cechowało, pomimo tych wszystkich kłamstewek z mojej strony, bo była urocza, zwyczajna, koleżeńska. Tak, tego słowa szukałem — była jak koleżanka, aż chciało się zabrać ją na plotkowanie, wypić razem kawę. Ten rodzaj przyjaźni z łóżkowym zakończeniem, z bonusem w postaci wzajemnej przyjemności. Była fajna. Fajna. Ten wyraz nam został po Niemcach jak czynszówki i jako filolog mam zwyczaj go unikać, a jednak użyję tu tego przymiotnika: była fajna. Tyle.

Powrotu do niej byłem chyba najbliżej, choć trudno zrozumieć powody tamtych wahań. Musiałem zawalczyć ze sobą, by nie upaść, by znów nie odwiedzić jej kiedyś, nie złamać własnych zasad. Lecz potem zaczęła się znowu era milfów: siódemka, ósemka, dziewiątka, potem przerwa. Żadna do pięt nie dorastała dwójce, a jedna z nich była zwyczajnie obrzydliwa. Dziesiąta jęczała tak sztucznie, aż mnie mdliło. Następna nie chciała mi zrobić dobrze buzią. Dwunasta skarżyła się na bóle pleców, zrzędziła przy każdej pozycji, każdym ruchu.

— Za dużo pracuję — powiedziała. — To nie na moje zdrowie.

Trzynasta nie była pechowa. Uprzejma, zgrabna, a co ważne tania. Kupiła mnie swoją prostotą. Chciałem więcej. Lecz więcej nie było, tak wcześniej, jak i potem, jedynie wspomnienia tej jednej oraz innych, ich ciał, ich zachowań, ich cen, apartamentów. Pierwszych rozmów, głosu, gdy odbierały telefon.

— Słucham?

— Chciałbym umówić się z tobą na spotkanie.

— Kiedy?

— Najchętniej wieczorem.

— Po siódmej będę wolna.

— Gdzie mieszkasz?

— Wesoła. Zadzwoń, gdy będziesz blisko.

— Zadzwonię na pewno. Do zobaczenia.

Koniec.

Albo:

— No słucham… Kto mówi?

— Ja… Znaczy…

— Mój chłopaczek… Nieśmiały mój. No co tam?

— Ja chciałbym… się z tobą umówić.

— Umówić, mówisz? Dobra.

— Wieczorem?

— Wieczorem? No nie wiem… Wiesz, mam grafik. I coś podpowiada mi, że będę w pracy. Nie możesz od razu? Nie lubię z wyprzedzeniem…

— Od razu nie mogę. A może być dwudziesta?

— Dwudziesta? Chłoptasiu, no przecież mówię, nie wiem. Na tę chwilę może, a jeśli coś się zmieni?

— To powiesz, że jesteś zajęta.

— Miły chłopiec! A co jeśli znajdzie się sponsor całonocny?

— Nie wiem…

— Ty pewnie na chwilę, mam rację? Ile ci się zejdzie? Piętnaście minut za dwieście, tak samo jak godzina. Żadnych zniżek. Jasne? Dawałam za stówkę za kwadrans kiedyś, lecz z tym koniec. Przychodził mi taki raz po raz na pięć minut, skasował mi licznik i zostawałam z setką. To był interes? No powiedz. Nie ma głupich. Możesz przyjść nawet na minutę, ale płacisz dwieście.

— Dobrze. To znaczy, ja się zastanowię jeszcze.

— Poczekaj, chłopaczku, poczekaj, hola, hola. Nie musisz uciekać, porozmawiajmy moment.

— Nie trzeba…

— Przeciwnie. Nie zrażaj się, co z tobą? Ode mnie dostaniesz to wszystko, co najlepsze, wierz mi.

— Ja chyba już nie chcę.

— Chcesz, chcesz, po głosie słyszę. Zrobimy tak, słuchaj…

— Naprawdę…

— Chcesz stargować? Ja znam takich dobrze. Co sobie o mnie myślisz? Że dam ci za darmo? A może ci dopłacę? Wam w głowach się wszystkim przewraca.

— Kończę.

— Czekaj! Skąd pośpiech u ciebie? Nie trzeba tak się spieszyć. Kobieta nie lubi… A zresztą. Punkt dwudziesta?

— Nie wiem.

— To ty dzwonisz do mnie czy ja do ciebie, chłopcze? Dwudziesta. Plus minus.

— A jeśli ktoś się znajdzie?

— Kto niby?

— Twój sponsor. Ten buhaj całonocny.

— Nie przesadzałabym z tą całą nocą. Bo taki zapłaci, posapie, sen go zmorzy…

— Do rzeczy.

— Spokojnie. Coś taki niecierpliwy? Już ja cię rozluźnię, poczekaj. Do dwudziestej…

— A co z tym sponsorem?

— Coś go się tak uczepił? To był taki przykład, teoria, jedna z opcji. Zadzwoni być może, a może nie zadzwoni. Co ja wróżka?

— A jeśli zadzwoni?

— No to masz dzisiaj pecha. Masz rączki, kochanie? Bo będą ci potrzebne.

— Rezygnuję.

— Czekaj! Nikt raczej nie zadzwoni. A jeśli zadzwoni, to dam mu po dwudziestej. Długo planujesz mnie raczyć swoim małym?

— Nie wiem.

— To kto ma to wiedzieć? Wyciągnij średnią, oblicz.

— Już nic nie planuję.

— Mam zrobić to za ciebie? Ustalmy: godzinę. Najwyżej pogadamy.

— O czym?

— O życiu.

— Wolałbym nie.

— No dobra. To spodnie podciągniesz i pójdziesz, twoja strata. Lecz płacisz, pamiętaj, tyle co za godzinę.

— Nic nie płacę.

— Chłopcze… Jeżeli uważasz, że zrobisz mnie na szaro…

— Niczego nie zrobię, po prostu rezygnuję. Rozmawiam dlatego, że tak mnie wychowano: nie wolno odchodzić bez słowa pożegnania. Więc mówię: na razie.

— Poczekaj! Jesteś?

— Jestem.

— Ustalmy, że przyjdziesz, a potem zobaczymy.

— Co mamy zobaczyć?

— Jak długo, jak, za ile.

— Mówiłaś, że dwieście.

— Może zostaniesz dłużej?

— Nie przyjdę do ciebie nawet na pół godziny.

— Bo płaciłbyś całość, pamiętaj, żadnych zniżek.

— Żegnam.

— Poczekaj, chłoptasiu. Przyjdź.

— Dobra, przyjdę.

— Przyjdziesz?

— Dwudziesta u ciebie. No to do zobaczenia.

— Poczekaj! A adres? Nie znasz adresu przecież.

— No tak.

— Chciałeś uciec?

— Nie, skąd.

— Niegrzeczny chłopiec. Nu, nu.

— To podaj adres. I kończmy.

— Zamierzasz mnie wystawić? Zamierzasz mi głowę zawrócić i mnie olać? Co ty myślisz? Że ja na pieniądzach zasypiam i się budzę? Że czasu mam tyle, że mogę go marnować? Co? Odpowiedz.

— Nie wiem.

— Czego nie wiesz?

— Niczego.

— Niczego nie wiesz? Czas to pieniądz.

— Mój też. Impulsy mi lecą na karcie.

— Dzwonisz z budki?

— Z komórki.

— To co mi tu kręcisz? Nu, nu. Mój ty bezczelny. Przyjdziesz?

— No nie wiem.

— Mężczyzna musi wiedzieć.

— Wystawisz mnie.

— Przestań.

— Już kiedyś ktoś tak zrobił. Dzwoniłem sprzed bloku i całowałem klamkę.

— Dziś będziesz mnie całował. Gdzie tylko chcesz…

— Już nie chcę.

— Niegrzeczny.

— Lecz grzecznie żegnam panią.

— Poczekaj!

— Co znowu?

— Przyjdź do mnie. Punkt dwudziesta.

— A adres?

— Różana.

— Różana ile?

— Zadzwoń.

— No przecież teraz dzwonię.

— Nie teraz, tylko później. Żebyś się nie dobijał. Wiesz, mogę być zajęta, jeśli za wcześnie przyjdziesz.

— Nie przyjdę.

— Za wcześnie?

— W ogóle.

— Ty chłoptasiu! Niech ja cię dostanę, poczekaj do dwudziestej.

— Nie szkoda ci czasu? Masz przecież tylu chętnych… Na pewno ktoś dzwoni, a ja blokuję linię.

— Pyskaty typ z ciebie. Ale ja lubię takich.

— To dobrze. Dwudziesta?

— Więc będziesz?

— Tak. Coś jeszcze?

— Na pewno?

— Sto procent.

— Tam jest maleńkie bistro. Zadzwoń stamtąd. Masz bardzo blisko do mnie.

— Dobrze.

— Jesteśmy umówieni?

— Pa.

— Do widzenia, piękny.

I tak to mniej więcej wyglądało.

Albo tutaj:

— Tak?

— Cześć, ja w sprawie spotkania, chciałbym się umówić.

— No dobra. Sto pięćdziesiąt za godzinę.

— Tak wiem, widziałem ogłoszenie.

— Jak skończysz wcześniej, wypad.

— Wiem, wiem.

— Francuz w gumie w cenie.

— Tak, widziałem.

— Anal za dopłatą.

— Nie jestem zainteresowany… Ja tylko…

— Wiem, że na razie możesz nie być. Potem może będziesz. Wierz mi, niejedno widziałam i przeżyłam. Facet dostaje małpiego rozumu przy kobiecie. Wam się wydaje, że wszystko z nami można. Pięćdziesiąt dodatkowo.

— Dobrze.

— Nie wchodzi w grę fetysz.

— Nie jestem fetyszystą.

— Nie zrobię dla ciebie dominacji. W żadną stronę.

— Wiem, czytałem.

— Tak, każdy niby czyta, a potem wielkie zdziwienie i pretensje.

— Potrafię czytać ze zrozumieniem.

— Ja tego nie wiem, więc mówię. Żadnych brutalnych zachowań. Bo dzwonię po policję.

— Jestem poważnym człowiekiem.

— Żadnych przekleństw.

— Przekleństw?

— Zdziwiony? A może mnie chciałeś poniżać, co? Chciałeś?

— Skąd.

— Na pewno?

— Daj spokój. Wiem, do kogo dzwonię. zapoznałem się z ofertą.

— Nie wpuszczę cię do siebie nietrzeźwego.

— Wiem to.

— Ani tym bardziej pod wpływem narkotyków.

— Bardzo dobrze.

— Co tam jeszcze? Aha, hiszpan. W cenie.

— To miłe z twojej strony.

— Musisz być czysty.

— Będę.

— I sam. Żadnych kolegów.

— O której możemy się spotkać?

— Będziesz z kolegami?

— Dlaczego? Będę sam.

— Bo nie odpowiedziałeś. Lepiej nie próbuj nic kręcić. Ja znam was aż za dobrze.

— Nas?

— Mężczyzn, chłopców.

— Zaufaj mi. Nie jestem…

— A co może pedał? Albo impotent? Albo…

— Ostatni raz pytam, o której, albo kończę.

— Grozisz mi?

— Grożę?

— Chcesz stawiać mi warunki? To ja tu jestem od zasad. Ja tu rządzę, jasne?

— Sądziłem naiwnie, że to ja tutaj płacę.

— I co?

— I ja wymagam. A nie wymagam wiele.

— Bo chcesz mnie tylko zerżnąć?

— Tego nie powiedziałem.

— Więc czego chcesz?

— Nieważne. Właściwie to już nie chcę.

— Bo co? Bo nie daję każdemu i wszystkiego? Bo mam swoją godność?

— Bo jesteś uprzedzona.

— A jednak obrażasz! Wiedziałam, że tak będzie.

— Po prostu nie lubię, gdy…

— Wiesz, czego ja nie lubię? Czy o tym pomyślałeś? Czy ciebie obchodzi, co czuję, jakie mam marzenia?

— Są, zdaje się, mężczyźni, którzy je mogą spełnić. Na waszym portalu widziałem ogłoszenia panów. Tam może spróbuj i stawiaj wymagania. Myślę, że oni je ziszczą. Tak to działa.

— Za kogo ty mnie masz? Za tę, co musi płacić?

— Teraz to ty obrażasz.

— Bo co?

— Bo ja ci płacę.

— Ja taka nie jestem.

— Ty jesteś lepsza, prawda?

— A co, pomyślałeś, że jestem zwykłą dziwką?

— Po naszej rozmowie stwierdzam, że niezwykłą.

— Nie zrozumiałam.

— Trudno.

— Traktujesz mnie jak szmatę?

— W ogóle cię jeszcze nie traktuję.

— Ale będziesz.

— Nie sądzę, bym miał tę okazję.

— Przecież dzwonisz.

— Owszem. Lecz jestem klientem i nawet będąc w sklepie, nie muszę kupować niczego, czego nie chcę.

— Bo jestem towarem?

— To była metafora.

— I myślisz, że możesz tu sobie tak przebierać? Jak w markecie?

— Mogę. Słyszałaś chyba pojęcie „demokracja”? A „wolny rynek”? „Prawo” i „sprawiedliwość”?

— Nie strasz mnie.

— Straszę?

— Traktujesz mnie z wyższością.

— Ty też masz ambicje, plany i aspiracje.

— Dziękuję, że wreszcie to jednak zrozumiałeś.

— Lecz jesteś też, nie zapominaj, rodzajem przedsiębiorcy. Przedsiębiorczynią.

— Że co?

— Świadczysz usługi. A z nimi masz powinności.

— Co sobie wyobrażasz?

— Że albo jesteś w branży…

— Albo?

— Poza nią. Chyba nikt cię nie zmusza? Bo wiesz, jeśli jest inaczej, to przestępstwo i musiałbym je zgłosić.

— Musiałbyś?

— Jako uczciwy obywatel.

— Ha, nie rozśmieszaj mnie, uczciwy obywatel? Uczciwy obywatel nie poszedłby na dziwki.

— Zdziwiłabyś się. I coś mnie zastanawia: więc jednak nią jesteś?

— Kim?

— Dziwką.

— Dziwką?!

— To był cytat. Z ciebie.

— Nie jestem żadną dziwką.

— Lecz powiedziałaś przecież… Poza tym chcesz pieniądze.

— To co?

— Nic, nic. Właściwie…

— Więc chciałbyś za darmo?

— Za darmo nie da rady.

— No właśnie, chociaż tyle. Tutaj się rozumiemy.

— Tylko tutaj.

— Bo co?

— Bo poza tym twój towar nie zachęca.

— Ty znowu swoje? Nie jestem towarem.

— W pewnym znaczeniu jesteś. Handlujesz usługą, która dotyczy ciebie. Bezpośrednio.

— I co? I mam wszystko porzucić? Swój honor, sentymenty?

— Wybrałaś zły zawód.

— Wybrałam tak, jak chciałam.

— Nie lubisz dawania. Dawania przyjemności. A to jest podstawa. Jak chcesz w tym odnieść sukces? Stawiając się tyłem w kierunku konsumenta? Niektórzy to lubią, to prawda, lecz dosłownie. A ty się ustawiasz w przenośni.

— Po co mi to mówisz?

— Bo skoro już tracę swój czas na tę rozmowę, to chciałbym przekazać ci jakieś przesłanie.

— Tracisz czas?

— Tak jakby.

— Przecież się umawiamy.

— Nie byłaś zbyt zachęcająca jak na razie…

— Może mam cię prosić?

— To też nie byłoby zbyt dobre.

— Co ty powiesz? A może mam klęknąć?

— Mówiłem: nie. Nie trzeba. Lubię po prostu miłe dziewczyny. Tylko tyle. Albo aż tyle. Bo dla wielu z was to wymóg nie do przejścia.

— Nie jestem jedną z wielu. Co sobie wyobrażasz?

— To prawda, nie jesteś. Rzadko się z tym spotykam.

— Z czym niby?

— Z tym…

— Słucham.

— Nie wiem, jak to określić. Nie chciałbym cię dotknąć…

— To po co do mnie dzwonisz? Ty wiesz w ogóle, czego chcesz?

— Nie bardzo. To znaczy coraz mniej. Wydaje mi się, że jeszcze parę minut temu byłem pewien. A teraz już nie jestem.

— Przeze mnie, chcesz powiedzieć?

— Nie chciałem tego mówić.

— Nie musisz, to jasne. Wiesz co? Bez łaski. Żegnam.

— Na razie.

— Poczekaj.

— Tak?

— To chcesz czy nie chcesz?

— Mówiłaś, że kończysz.

— A ty, że chcesz mnie zerżnąć.

— Nie sądzę, bym użył tego słowa. Nawet jestem pewien, że go nie użyłem.

— Nieistotne. Zrób to. Straciłam już wystarczająco dużo czasu.

— Wiesz co? Nie chcę.

— Jak to? Za kogo się uważasz? Żarty sobie robisz?

— Nie pasujemy do siebie.

— A co to ma do rzeczy?

— Dla mnie ma.

— Zboczeniec.

— Co proszę?

— Zwykły dewiant. Dochodzisz przez telefon? Dotykasz się? No powiedz.

— Nie wiem, o czym mówisz.

— To po co tu dzwonisz, skoro zaczynasz psioczyć? To nie sekstelefon. Szanujmy się. To nie call center.

— Dobrze.

— I co?

— Jestem zboczony. Chyba jestem. Bo skoro potrzeba miłej atmosfery jest czymś dziwnym…

— Ty mi tu oczu nie mydl. Chcesz czy nie chcesz?

— Nie chcę.

— To nie.

— Na razie.

— Wal się.

To właśnie Polaków z sówkami rozmowy. Bywa różnie.

Czternasta… U niej minąłem się na progu ze współbratem. To znaczy z klientem, który właśnie wychodził. Osobliwe. Dziewczyna nie dała po sobie tego poznać, jej gest pożegnania się z tamtym zlał się z innym — z rodzajem uśmiechu na moje przywitanie. Pełen profesjonalizm. Nawet powieka jej nie drgnęła. Żadnych słów wyjaśnień. Po prostu wepchnęła mnie do środka, tylko tyle. Kazała mi poczekać. Słyszałem, jak szybko podmywa się w łazience. Potem wyszła do mnie. Ten sam wąski uśmiech, te same lśniące oczy. Właściwie wszystko wokół mówiło mi, bym uciekł, lecz coś mnie w niej jednak urzekło, to była moja słabość: spotykam dziewczynę i głupio jest mi odejść. Wiem, to smutne. Po prostu mi szkoda tych sówek, więc cóż, zamknąłem oczy, na wszelki wypadek nie chciałem jej całować, a miałem w zwyczaju zostawiać na nich ślady, na brzuchach, na piersiach, na udach, na policzkach (jeśli broniły swych ust, szukałem zastępstw). A tu — dystans. Nic więcej prócz mechanicznych ruchów, prócz paru szybkich sztychów, prócz modlitw, by wszystko skończyło się za chwilę. Jęczała jak każda, a ja myślałem sobie: jak musi mnie nisko oceniać, jakże musi cierpieć. To takie naiwne chcieć zrobić sówce dobrze, a jednak czasami udaje się ten wyczyn. To się czuje. Wie się. A ta mnie poznała od jak najgorszej strony. Czy to mnie przejęło? Więcej tam nie wróciłem. Lecz jakoś tak głupio to wyszło, jakoś dziwnie. Na pewno mnie miała za egoistę w łóżku, z pewnością nazwała mnie wtedy żółtodziobem. Po wszystkim wtuliła się we mnie, coś powiedziała szeptem, a ja już myślami błądziłem jak najdalej. Kłamała. Nie słuchałem jej, lecz wiem, że łgała w ścianę. Bo nie patrzyła w oczy. Mówiła na pewno, jak było jej cudownie, jak chętnie powtórzy to ze mną i tak dalej. Brednie. Znów torsje poczułem u sówki, tak jak już kilka razy. Znów przeze mnie. Bo czyja to wina, że (głupi!) chciałem zostać? Że jakiś mój kodeks nakazał mi nie uciec? Czułem obrzydzenie. Do siebie, do niej. Więc wstałem, ubrałem się, nie patrząc na nią, i wyszedłem. Za drzwiami już czekał następny potępieniec.

— Jaka jest? — zapytał.

Widać, nie stracił głowy. Nie zgorszył go wcale mój widok, wprost przeciwnie — wywęszył okazję, by dobrze zbadać teren. I chciał z niej skorzystać, z uśmieszkiem obscenicznym, jak gdyby odnalazł przypadkiem bratnią duszę. Miał mnie. Dla niego z pewnością dziewictwo nie istniało, istniała jedynie przyjemność. Godność? Czystość? Gdzieżby. Emocje opadły, więc mogłem odpowiedzieć, choć wolałbym uciec, nie musieć z nim rozmawiać, nie musieć się zdradzać z wyglądem, z tym, że jestem. Wolałbym nie istnieć, móc zapaść się pod ziemię, a on niewzruszony wciąż czekał na odpowiedź. Stał bez wstydu. To wtedy pojąłem, jak mało ciągle umiem, jak mało widziałem, jak wiele muszę przeżyć. Wdech, wydech, w powietrzu poczułem tamten zapach — jej marne perfumy zmieszane z wonią mężczyzn. Wielu. To wszystko składało się na jedną aurę, drażniącą i duszną, a nadto obrzydliwą.

— Wspaniała — powiedziałem. — Najlepsza. Wyjątkowa.

— Naprawdę?

Ucieszył się jak dziecko.

— Naprawdę. Sam pan się przekona.

— A jaki tam pan…

Przedstawił się.

Stęknąłem jakieś imię.

— A jęczy? — zapytał.

— Jak nakręcona.

— Super. Bo wiesz, lubię jęki.

— Ta szepce ci do ucha. Że jeszcze, że mocniej, że więcej…

— Ha! Coś dla mnie.

— I mierzwi ci włosy. Lub wbija ci paznokcie. Mam w ranach pośladki i plecy.

— Dynamit, nie kobieta!

— Lubi ostro.

— Świetnie!

— Widać, że nimfomanka.

— Nakręcam się, stary.

— Poczekaj, aż tu wyjdzie. Naprawdę dziewczyna jest warta swojej ceny. Ten temat zgłębiła na studiach chyba, wierz mi. Profesjonalizm pełny. Jak z kochanką.

Rozejrzał się wokół i zniżył głos do szeptu.

— Połyka?

— Jak głodna. Aż trzęsą się jej uszy.

— Jezu…

— Aż oblizuje wargi.

— O tak!

— Aż cieknie jej po brodzie.

— Mów mi jeszcze…

— Lubi klapsy.

— Tak!

— I mocny język, bluzgi…

— A anal?

— Wszystko w cenie.

— Ja pieprzę…

— Każda pozycja wchodzi w grę.

— A biust?

— Jak dwa melony. Ugniatasz do woli, wibruje pod dotykiem. Stworzony do tego, by kochać po hiszpańsku. Wiesz co mam na myśli?

— Oj wiem! Głębokie gardło?

— Po same migdałki.

— Dobra, bo nie wytrzymam…

I wtedy wyjrzała. Z tą samą maską sówki, jak wtedy, gdy wyszła jakiś czas temu, by mnie wpuścić. Taka sama. Ten sam wąski uśmiech, te same jasne oczy, jak gdyby nie było w tej scenie nic dziwnego. Ja się krępowałem. Tylko ja. Bo facet wyglądał, jak ktoś, kto nie zna wstydu, kto nie zna pojęcia obrzydzenia. Ona także. Ekspertka przyjęła petenta. Biurokratka. Przez moment staliśmy jak starzy dobrzy kumple, my dwaj no i ona, ubrana prawie wcale. Nieumyta. Czułem mój zapach zmieszany z setką innych. Jej włosy, jej ciało, wszystko śmierdziało strasznie, a klient nic nie czuł, wiedziałem, że mu stoi, to widać po oczach, nie da się tego ukryć.

— Co tak stoicie? — zapytała.

Taka tam gadka szmatka.

Co mielibyśmy niby robić? Rżnąć ją?

— Gadacie sobie? O mnie?

— O tobie.

Ja milczałem.

— I co o mnie mówicie?

— Że jesteś taka fajna.

— Naprawdę? Jak miło…

Spojrzałem na zegarek.

— Poczekaj — powiedziała — może wejdziecie obaj?

Facecik zaświecił oczami — dwie latarnie.

— Co tacy zdziwieni? Nie mówcie, że nie chcecie.

On spojrzał tak na mnie, jak gdyby chciał mnie prosić.

— Nie dam rady — powiedziałem.

— Dlaczego?

To on spytał.

— No właśnie dlaczego? Podobno jestem fajna.

— Zmęczyłaś mnie bardzo.

— Odpoczniesz. Skąd ten pośpiech? Mam czas.

— Ale ja go nie mam.

— Przesadzasz. Godzinka…

— Naprawdę nie dam rady.

— Ty nie dasz? Widziałam cię w akcji. Byłeś boski, mmm, wierz mi…

Nie wierzyłem. Kłamała jak każda. Jak ja, gdy ją chwaliłem. Ten klient to chłonął, lecz ze mną tak nie było. Po prostu widziałem w niej coś, co mnie brzydziło, bardzo. Jej kurewstwo. Nie była dziewczyną, jakich zawsze szukałem, nie była nieśmiała, nie była naturalna. Była zwykłą kurwą. W każdym znaczeniu tego słowa. Stworzoną, by to robić. Jej głos, jej postawa, aktorstwo z telenowel, to wszystko czyniło z niej tę, której nie chciałem. Szukałem wśród sówek diamentów. Ja, poławiacz pereł. Tak, wiem, to naiwne, szukać w burdelu świętej, lecz mnie nie chodziło o świętość, nic z tych rzeczy. Pragnąłem kobiety otwartej, szczerej, ciepłej, co nie gra, nie wchodzi w sypialni w żadną rolę. Mierziło mnie wszystko, co było plastikowe: począwszy od głosu, po biust, poprzez spojrzenie. Wrażliwość na sztuczność wciąż miałem wyostrzoną, gardziłem oszustwem. Dlaczego mu skłamałem? Dlaczego nie chciałem go ostrzec: słuchaj, stary, dziewczyna jest brudna, aż klei się od potu, taśmowo przyjmuje kolejnych kandydatów, do końca, oporu, dopóki jest przytomna, na ilość, na rekord. Dlaczego? Karma wraca. Lecz prawdę mi powie osoba, która stwierdzi: a czego szukałeś wśród sówek? Czego chciałeś? Że będzie czekała na ciebie? Będzie tylko twoja? Że będzie przeżywać przyjemność, szczerą rozkosz? Z tobą? Dlatego, że to ty? Jesteś kretynem. Poszukaj dziewczyny w kościołach, bibliotekach. Być może tam znajdziesz tę prawdę… Gówno prawda! Tam większe kurewstwo niż tutaj — chciałem krzyknąć, lecz znów byłem z nimi, z klientem i z tą sówką, na klatce schodowej jej bloku, na rozdrożu.

— No chodź — powiedziała.

A facet aż podskoczył.

— To warto rozważyć — powiedział.

— No chodź, nie pożałujesz.

— Naprawdę przeceniasz moją zdolność regeneracji.

— Już ja się postaram… Zaczniemy od masażu. Odprężysz się trochę, wyciszysz… Moje ręce leczą.

Dotknęła mi twarzy. Aż mną wstrząsnęło. Straszne.

— No chodź, nie daj się prosić. A może mam klęknąć, co? Chcesz? Tak cię przekonam?

Oblizała wargi.

A klient już prawie dochodził, byłem tego pewien.

— Wystarczy mi to, co już mi dałaś.

— Czyżby? Nie dałam aż tyle, bym mogła nie dać więcej.

I wtedy do głowy przyszła mi myśl geniusza.

— Nie mam już więcej forsy.

— Nie masz?

Posmutniała.

— To szkoda…

— Pożyczę — powiedział klient.

Szlag go! Co za dewiant.

— Słyszałeś? Pożyczy!

— Nie chcę mieć długów.

— Przestań. Jak mówię „pożyczę”, to nie na żaden procent.

— Nie mam z czego oddać.

Przez chwilę się namyślał.

— A co tam! Dziś ja stawiam. Oddasz, jak będziesz przy kasie.

— Nie będę.

— To nie oddasz.

Facecik napalił się jak Francuz na karabin.

— To co? — zapytała dziewczyna. — Będziemy tak tu stali?

Staliśmy na klatce, naprzeciw nas był judasz, a coś mi mówiło, że ktoś nas obserwuje. Czułem się jak nagi. Wprawne, kpiące oko. Jakiś starzec. A może staruszka. Wiedzieli, co się dzieje? Że ładna sąsiadka to sówka? Że chce nas mieć dwóch naraz?

— Wchodzimy — powiedział facet. — Nie ma tu nad czym myśleć.

— No właśnie, bo wiecie, ja później nie mam czasu. Pracuję do późna, mam grafik tak napięty…

— Nie mogę. Odpadam. Beze mnie.

Facecik wziął mnie na bok.

— Co jest z tobą?

Szeptał. Przez zęby. Trzymał mnie za łokieć.

— To okazja jedna na milion. Zawsze o tym marzyłem. Już jako mały chłopiec. Trójkącik, rozumiesz? Zabawa na dwa baty.

Chciało mi się rzygać.

— Weźmiemy ją razem, ty z przodu, a ja z tyłu. Chyba że wolisz odwrotnie, mnie tam bez różnicy. Dam ci wolną rękę. Nie jestem konfliktowy. Lecz zgódź się, cholera, wytrzeźwiej, oprzytomnij.

— Przepraszam, że muszę cię zawieść, ale idę.

— Czekaj. Chłopie, błagam. No spójrz na nią tylko.

Spojrzałem. Szał to nie był. Wgryzała się właśnie w paznokieć, chciała odgryźć skórkę.

— No widzisz? — zapytał. — Nie każ jej dłużej czekać. Aż prosi się o to.

— Nie.

— Czego się boisz?

Znowu myśl geniusza.

— Że się zakocham.

— Zakochasz? W dziwce?

— W tobie.

— We mnie?

Powiedział to najpierw, dopiero potem pojął.

— Jak we mnie?

Puścił łokieć.

— Normalnie, jestem gejem.

— Ge… Ge…

Aż spurpurowiał.

— Owszem.

— Niemożliwe.

— Czemu?

— Co u niej robiłeś?

— Miała mnie leczyć. Bezskutecznie.

— O w dupę…

— W dupę, w dupę.

Pojął aluzję. Odsunął się, przestraszył, że aż mi było głupio.

— Rozumiesz, że widząc cię nago, mógłbym chcieć…

— Wystarczy.

— No chyba, że lubisz, to wtedy…

— Nie!

— Na pewno?

Strzeliłem mu minę, karykaturę geja.

— Na pewno, na pewno.

Był w szoku.

Ja zły na siebie. To dość homofobiczne.

Zrobiłem krok do przodu. Tym razem to ja go chwyciłem, wyrywał się, ścisnąłem mocniej.

— Więc weź tę panienkę i rżnij ją za nas obu.

— Będę…

Puściłem go, cofnął się, zatrzymał na dziewczynie.

— I jak? — zapytała.

— Co jak? Ten pan już idzie.

Na „pan” mi powiedział.

— Jak idzie?

— Szybkim krokiem. A my też idziemy, tylko że w drugą stronę.

Machnąłem im ręką, jakby na pożegnanie.

Dziewczyna zdziwiona i zła dała się ciągnąć, a klient wciąż patrzył z przestrachem wprost na mnie, idąc ciągle tyłem. Zniknęli za drzwiami, a ja poczułem ulgę.

I tak odmówiłem trójkąta. Gdyby Arek wiedział…

Piętnasta też chciała we trójkę, ale z koleżanką. Czekały we dwie, zaczajone, pewne siebie, a chciały rzecz jasna podwójną stawkę. Taki bonus. Ta druga była brzydka jak noc listopadowa, co pierwszą czyniło też brzydką w jakiś sposób. Był w niej jakiś smutek, czego cholernie nie lubiłem u tych kobiet. Lecz dałem jej szansę.

— Nie mam pieniędzy, skarbie.

— Bankomat jest za rogiem.

— Nie mam karty.

— Jak to?

— Nie biorę ze sobą na akcję. Wiesz, gdybym miał zginąć…

— Zginąć?

Nic nie zrozumiała.

— U mnie? Zginąć? Jak to?

— Nie zakładałem tego wprawdzie.

— Właśnie.

— Ale nie zakładałem też podwójnej stawki.

— Podwójnej! Za trójkąt? Kochanie, to promocja.

A tamta milczała, nawet jej twarz nie drgnęła. Jej wyraz był tępy, bez śladu zamyślenia, po prostu sterczała tam wśród nas jak młodsza siostra. Głupia, brzydka siostra. Nie uśmiechała się wcale, nie chciała mnie zachęcić, zwyczajnie sądziły, że rzucą hasło „trójkąt”, a mnie to podnieci i ruszę prosto na nie, z opaską na oczach, pół kroku od przepaści. Czy były sprytne? Wątpię. Z pewnością starały się ogłaszać jako duet, a kiedy nie było odzewu (a nie było raczej…), zaczęły zastawiać pułapki, kto wie, ilu w nie wpadło. Taki podstęp. Nie znosiłem tego. Lubiłem od zawsze granie w otwarte karty, a tutaj przychodzę i muszę się z nią szarpać, bo ma koleżankę, która się nudzi w kuchni. Niech gotuje, sprząta! Nie, woli dać mi dupy. Rozłożyć nogi jest prościej, bardziej się opłaca. Spojrzałem na tę drugą, a ta wciąż bez uśmiechu, patrzyła zaklęta jak gdyby w swej brzydocie, nie na mnie rzecz jasna, na styk ściany z podłogą, wstydliwa, znudzona, a może tylko zimna. Bo skoro nie myśli, to pewnie także nie wie, że mężczyzn nie można traktować jak zwierzęta, że mamy swój honor, upodobania, serce. Przynajmniej niektórzy. A ona: nie, nie sądzę, mężczyźni to potwory, a ona zdejmuje legginsy z ud jak kloce i świeci spoconą tkanką pełną tłuszczu. Boże… To wyobraźnia, lecz wystarczyła w pełni, by mnie zahamować, zniechęcić i powstrzymać.

— Nie skorzystam — powiedziałem.

A żeby to potwierdzić, sięgnąłem po klamkę.

Ta narobiła pisku.

— Dokąd idziesz, wariacie!

Druga ciągle milczała.

— Idę. Po prostu wychodzę.

— To trójkąt, dwie dziewczyny.

Zaczęła tłumaczyć mi, sądząc, że nie rozumiem. Nie mogło się zmieścić w jej małej, ładnej główce, że mogę odmówić takiej uciechy. Jak to? Dwie na jednego (przypomniał mi się klient, co minął się ze mną tamtego dnia w drzwiach sówki; on chciał dwóch na jedną, a co dopiero tutaj…). Dwie! Ja jeden! Aczkolwiek nie było to nigdy moim celem, a zwłaszcza z tą drugą, z kimkolwiek, z pierwszą lepszą. Byle jaką.

— Dwie?

Udałem głupka.

— No dwie!

— Miała być jedna. Do dwóch umiem liczyć, choć jestem humanistą.

Zdradziłem się.

— Możesz być dla mnie i profesorem, świętym, ale to jest trójkąt…

Miałem wrażenie, że nadużywa tego słowa.

— Trójkąt! — powiedziała.

— Co kto lubi.

— Więc co lubisz?

Wreszcie zechciała mnie zapytać. Bo dotąd wciskała mi to, czego nie chciałem, chcąc sprzedać mi towar, który miała na zbyciu.

— Lubię miłe dziewczyny — powiedziałem.

— Miłe?

Była w szoku.

— Tak, miłe, pogodne, otwarte, sympatyczne…

— Ja jestem otwarta.

Chciałem zapytać: tylko? Wybrała tę cechę spomiędzy kilku innych, jak gdyby zwietrzyła znów szansę na odsprzedaż.

— Bo proponujesz trójkąt?

— To mało? Co mam ci jeszcze zaproponować? Graniastosłup?

Nie była zbyt dobra (to nas łączyło) z matmy.

— Nie zrozumiałaś mnie wcale.

— Najwyraźniej.

— Ja szukam dziewczyny, która będzie ujmująca. A ty na mnie krzyczysz.

— Ja krzyczę?

Starała się uśmiechnąć.

Ta druga wciąż trwała, żyjąc we własnym świecie.

— Nie krzyczę, tylko nie mogę pojąć…

— Właśnie.

— Co właśnie?

— Może nie musisz niczego pojmować? Może powinnaś posłuchać raz klienta?

— Klienta?

Zdziwiona.

— Gdybym was miała słuchać…

— To co?

— To z gumy bym musiała być, na głowie stawać, szpagat robić. Na sufit kłaść nogi. Kobieta to nie lalka!

— Jak dla mnie nie musisz…

— Co sobie wyobrażasz? Że łatwo w tym zarobić?

Zaczęła się wyżalać.

— Niełatwo — powiedziała. — To orka na ugorze. Czasami już nie mam siły na nic. A gdzie życie? Gdzie jest rodzina w tym wszystkim, przyjaciele, pasje?

Już prawie zacząłem jej współczuć.

— Gdzie to wszystko? I przyjdzie mi taki, i jeszcze kręci nosem.

— We dwie łatwiej, mówisz?

Pytałem z ciekawości.

— Nie łatwiej, a drożej.

— Dwa razy dwa to cztery. Dzielicie się po pół, jak sądzę?

— Gdzie po pół! Nic nie wiesz.

Ta druga podniosła po raz pierwszy wzrok. Aż mnie zmroziło.

— Ja biorę trzysta — powiedziała pierwsza — a ona bierze stówkę.

— Dlaczego?

— Bo się uczy. Poza tym spójrz na nią.

Spojrzałem. Miała rację.

— Więc jak? — zapytała.

Nie była zwykłą sówką. Te zwykle nie mówią w ten sposób o pieniądzach. A ona sięgała mi ręką po portfel jak Cyganka. Żebrała. Maska nagle spadła. Nie była już ładna, wypełzło z niej zmęczenie, jej twarz się zmarszczyła, a oczy podkrążyły. Niema prośba. I znów mi zadrżało sumienie, znów w części chciałem uciec, a w części jej pomóc, nie skrzywdzić, nie ośmieszyć. Było mi głupio. Być może w tym świecie trzeba być nieugiętym, bez uczuć, bez duszy, a ja nie byłem taki. Szkoda mi jej było. Co miałem robić? Znów dałem jej szansę.

— Posłuchaj — powiedziałem — zostanę tu godzinę, lecz z tobą, pasuje? Inaczej sobie idę.

Przez chwilę myślała.

— Nie dasz się skusić?

— Nie dam.

Była zawiedziona.

Podeszła do drugiej i coś jej powiedziała, szepnęła do ucha, żebym jej nie usłyszał, a tamta bez słowa schowała się za drzwiami, z pewnością w ich kuchni, i tyle ją widziałem.

— Chodź — powiedziała pierwsza.

— Uśmiechniesz się?

— Uśmiechnę.

I wreszcie zaśmiała się szczerze. Albo sztucznie, nie wiem. Lecz była w tym słodycz, której oczekiwałem.

Zmęczenie jej ciała odczułem bardzo szybko, bo prawie nie dało się z nią nic zadziałać. Z pewnością w jej planach był trójkąt różnoboczny, gdzie druga pracuje, a ona się przygląda. No i liczy kasę. Burdelmama taka. To jeden z najgorszych stosunków, jakie miałem. Po prostu zrobiłem to samo, co z czternastą — w pośpiechu, bez starań, w kilkudziesięciu ruchach. Jakbym chciał mieć to wreszcie z głowy. Może chciałem. Była zła po wszystkim. Jak gdyby dawała po raz pierwszy za pieniądze. Być może naprawdę to debiut bez tej drugiej, premiera spektaklu zwanego prostytucją, raz jeden musiała wziąć wszystko w swoje ręce, w dodatku zgarnęła te marne dwa banknoty. Skandal. Ja także nie byłem szczęśliwy. Miałem rodzaj kaca. Nie było mi wcale przyjemnie, było źle i dziwnie. Nie wspomnę rzecz jasna, że znacznie przepłaciłem, miewałem dziewczyny tańsze i dużo lepsze: po pierwsze przyjemne, ładniejsze, uśmiechnięte, a wreszcie oddane aktowi w stu procentach. Ta miała pretensje, że tak to się skończyło. Że odpowiedzialność nie mogła się rozłożyć. Wszystko spadło na nią. To ona jest sówką, nie tylko sutenerką. I wtedy pojąłem jej prośby, jej starania, bym wziął też tę drugą, bym zgodził się na trójkąt. I wtedy stanęła przede mną jej decyzja, by jednak pójść sama, to zawsze jakaś kasa. Przełknęła ślinę wtedy. Dotarło to po czasie. Twarz zbladła, zadrżała, nie była wciąż gotowa. A jednak zrobiła, co trzeba było zrobić. Została sama. Po raz pierwszy ze mną. I pewnie szepnęła tej drugiej, by czuwała. Milcząca i cudaczna, a może tylko chora, bo fakt niesprawności wyczytać można z twarzy, sterczała za drzwiami, gotowa, by tam wkroczyć, z patelnią lub wałkiem, gdybym zaczął rozrabiać. Nie zacząłem. Po prostu skończyłem, co miałem skończyć. Tyle. A niesmak pozostał na długo, właściwie trwa do dzisiaj. Starałem się sobie obiecać: koniec z filantropią. Przestanę litować się nad pierwszą lepszą sówką. Przestanę się godzić na każdą, bojąc się ją skrzywdzić, bo coś mi mówiło, że też mają uczucia. Biedne sówki. Miewałem przez takie myślenie długie przerwy. Nie chciałem ich ranić, co było przecież głupie. Dla sówki zranieniem był wszakże nie sam klient, lecz właśnie odwrotnie — jego niedobór, zastój. Poza tym stwierdziłem, że jeśli jej nie skrzywdzę, to zrobi to inny, być może jeszcze bardziej. Więc znowu wracałem, wpadałem w ciąg, to nałóg, raz po raz oddając przysługi tym bezradnym. Taki byłem.

— Proszę.

Dałem jej pieniądze. Dopiero teraz. Z tego wszystkiego zapomniała wcześniej ich zażądać. Trzy razy liczyła te dwa zmięte banknoty.

— Zgadza się?

— Niech będzie.

— Niech będzie?

Wkurzyła mnie tym.

— Normalnie biorę trzysta.

Normalnie nie dałbym nawet stówy — chciałem krzyknąć. Ale milczałem.

— To cześć — powiedziałem.

Szarpnąłem klamkę. Napotkałem opór.

— Nie mogę otworzyć — powiedziałem.

— Możesz go puścić.

Wrzasnęła do tej drugiej. Ta miała taką krzepę, że nie dałbym jej rady.

Dom wariatów — pomyślałem.

Za drzwiami stała tamta. Patrzyła w podłogę, wstydliwa i rumiana, kobieta ochroniarz o gabarytach szafy, być może ciut mniejsza, ale szeroka w barkach. Była cicha. Stąpała jak kot na tych za dużych stopach, a mogła mnie nieźle podrapać, powalić jednym ciosem. Byłem wściekły.

— Trzymała te drzwi — powiedziałem.

Miałem nadzieję, że gdy to powiem głośno, zrozumie ten absurd, może jej będzie głupio. Gdzieżby.

— Trzymała, co myślałeś?

— Po co?

— Dla bezpieczeństwa.

— Nie wierzę.

— A gdybyś coś mi zrobił?

— Co by ci dały zamknięte drzwi?

— Nie mógłbyś uciec.

Bingo.

— A kto trzyma drzwi, gdy uprawiacie trójkąt?

Zastanowiła się.

— Wtedy nie trzeba.

— Bo co?

— Bo mamy większość. Przewaga w sypialni wystarczy, by się bronić.

Spojrzałem na drugą, na te jej grube ręce. Naprawdę niełatwo by było ją przepchnąć. Kawał baby. W dodatku jej umysł nie skrywał żadnych myśli. To maszyna. Gotowa, by zabić, udusić, urwać głowę.

Nie wszystkie dziewczyny nadają się na sówki — pomyślałem. A zwłaszcza ta pierwsza, z jej strachem, złym myśleniem, że wszyscy mężczyźni chcą ją brutalnie zgwałcić. Już nawet nie wspomnę o innych jej przywarach, bo było mi z nią niczym z fantomem. Jak z dmuchaną lalką. Nawet gorzej. Lecz miałem, co chciałem, płaciłem za to cenę i trzeba mi było uciekać stamtąd rychło, aczkolwiek zachciało mi się ją edukować (głupi!), ten tkwiący gdzieś we mnie pedagog dawał znaki.

— Dlaczego to robisz, skoro nie ufasz? — zapytałem.

— A co cię to obchodzi? To moja sprawa. Tylko.

Z pieniędzmi w kieszeni nie była już tak miła.

— Nie tylko, jak widzę. Co z twoją koleżanką?

Zastanowiła się chwilę.

— To moja siostra — powiedziała. — Młodsza siostra. Jest trochę chora. Bo co?

— I nie wstyd ci?

Wybuchła śmiechem.

— Będzie mi mówił o wstydzie! Dziwkarz!

Miała rację.

Nie chciałem już dłużej tam zostawać. Spojrzałem na zegarek. Dałem jej dwieście, choć wszystko trwało krótko. Wciąż nie minęła godzina od początku. A wstyd był wciąż większy i większy z każdą chwilą. I wcale nie taki, który mnie czasem naszedł, gdy było po wszystkim, kiedy płaciłem sówce, lub kiedy wyszedłem, oślepiał mnie świat świateł i wszystko zdawało się obce, złe i brzydkie. Nie. Tym razem wstydziłem się za nią. Choć nie tylko. Bo trochę też wstydu zostało mi dla siebie, lecz wstydu innego: wstydziłem się głupoty, wstydziłem się uczuć, które mówiły „zostań”, wstydziłem się czegoś, co miałem wciąż dla sówek — szacunku, powagi związanej z ich profesją, rodzaju afektu, widziałem w nich kobiety, nie rzeczy, przedmioty, nie szmaty tak jak inni. I to mnie gubiło. Zgubiło także wtedy. Spuściłem spojrzenie jak chora siostra sówki, bez słowa chwyciłem za klamkę, gotów uciec.

— Zastanów się.

Nie zrozumiałem.

— Namyślaj się na trójkąt.

Po wszystkim, co padło, wciąż chciała więcej kasy. Czy mnie to dziwiło? Podobał się jej klient, bo zrobił to sprawnie, na wszystko się zgadzając, oddając decyzje w jej ręce. Świat stanął na głowie. Zamiana pozycji nadawcy i odbiorcy, klienta i sówki, wszystko nie tak, na odwrót. Dlaczego w tym tkwiłem? Znowu się odwróciłem, znów klamka w milczeniu została poruszona.

— To jak będzie?

— Przyjdę.

Nie uwierzyła.

— Serio?

— Zadzwonię do ciebie.

— No dobrze. Będę czekać.

— To cześć.

— Pa, kochanie.

Teraz „kochanie”, jasne. Nie zadzwoniłem więcej. A cierń, który czułem gdzieś w środku, był prawdziwym cierniem.

Leczyłem się trochę, znów mając wątpliwości, znów bijąc sam siebie po głowie, znowu poszcząc, aż wszystko minęło, aż powróciły siły, a w miejsce szarości zjawiły się kolory. Chciałem lepiej, więcej. Chciałem wszystkiego bardziej. Chciałem odnaleźć szczęście. A gdzie miałem szukać, jeżeli nie u sówek? Jeżeli nie w płatnej miłości? Jeżeli nie w szczerości? Bo to były szczere relacje, z małymi wyjątkami, jak ta, którą miałem ostatnio, kłamliwa, niegodziwa. Czas zapomnieć. Już czas, aby rozdać ponownie, wreszcie wygrać. Mój czas miał nadchodzić, choć wolno, to z pewnością. Nie chciałem go spędzić samotnie. Nigdy więcej.

Następne trzy sówki były Ukrainkami. Do pierwszej trafiłem przypadkiem, sądziłem, że jest Polką, właściwie to nic nie sądziłem, po prostu tam poszedłem, a ona mnie w sobie rozkochała, w sobie i w swojej nacji, aż później szukałem już tylko Ukrainek, nie chciałem żadnej innej. Szukałem na ścianie wschodniej, były też we Wrocławiu, właściwie wszędzie można je było spotkać, gotowe na wszystko, niektóre się zdradzały, niektóre mówiły „posmakuj Ukrainki”, niektóre poznałem po nicku (choć były także Polki, co się podszywały pod sówki zza granicy, bo te miały wzięcie, i trzeba było sprawdzać, i ciągle uważać na podłe gry rodaczek). Lecz często dziewczynę ze wschodu trudno było poznać. Niektóre się bały, miały jakieś powody. Nie chciałem się mieszać w ich sprawy, chciałem być tylko blisko, czuć dotyk, ich czułość i wschodni temperament. On istnieje. Słowiańskość objawia się po prawej stronie mapy. Nie w środku, gdzie każdy chce dążyć do zachodu, gdzie każda dziewczyna wygląda jak Brytyjka, jak gwiazdka z ekranu, nijako, źle i sztucznie. Więcej ma z Niemki niż z urody Rosjanki, jej delikatności, jasności, szczerej buzi. Piękna. I pewnie są tacy, którym się to podoba. Być może są nawet w większości. Świat jest zły i chory. Lecz dla mnie nie było nic ponad tę urodę, nie północ, południe, na pewno nie zaś zachód. Po prostu natura rodząca się na wschodzie, gdzie pełnia rozkwitu nie ma ograniczenia. Gdzie kwiatek jest kwiatkiem, a niebo czystym niebem, gdzie ptak śpiewa głosem słowika, gdzie szumią las i zboże. Pewnie wychodzi znów ze mnie prowincja, tak, być może. I pewnie kojarzy mi się to z dzieciństwem na wsi. I pewnie mam w sobie obrazy z tamtych czasów. I pewnie się nie znam — ktoś powie — ale mnie nie przekona. Ja pragnę tych kobiet, ja chcę je mieć dla siebie. Te Olgi, Iryny, Wiktorie, Walentyny. Wszystkie. Ktoś śpiewał, że Polki to najpiękniejsze panie. Pan mi wybaczy, Panie Macie, ale to nonsens, absurd, bzdura! I owszem są ładne, lecz przereklamowane. Daleko im wszakże do Rosji, Ukrainy. Cokolwiek mi mówi w tej sprawie patriotyzm, cokolwiek podpowie mi scena polityczna, jakkolwiek wygląda dziś świat, ja mówię prawdę — najwięcej urody odnajdzie Pan na wschodzie. Zresztą pewnie Pan wie (komu ja to mówię?). Lubiłem je z racji tej ich bezpośredniości. Dziewczyny wiedziały, czego chciały od życia. I jak ono wygląda. Polki żyły wciąż w kłamstwie, ścigały się z zachodem, a wszystko, co wokół, było iluzją, niczym więcej. Natomiast sąsiadki zza miedzy były pewne siebie, urocze, radosne, gotowe chwytać chwile. Lubiły nas, mężczyzn. To chyba klucz: one nas lubiły. Po prostu stosunek jest dla nich naturalny. W łóżku po prostu czynią cuda. Lubią siebie. Kochają się kochać. Kochają. Są kochane.

I mógłbym tak długo, lecz trzeba przejść do sedna (być może rodaczki mnie za to znienawidzą). Choć piszę tu prawdę, jak było, nie upiększam, bo kimże ja jestem, by bawić się w stylistę? Te chwyty zostawiam talentom, zawodowcom, dla siebie mam tylko klawisze komputera. Moje myśli płyną. Palce wystukują. A reszta jest tylko koszmarem korektora, gorzkim snem wydawcy. Redakcja wskazana. Do rzeczy, tak, do rzeczy.

Do pierwszej poszedłem niepewny. Miałem w pamięci tamte, co chciały trójkąta, choć były do niczego. Nawet w duecie jedna nie dała rady, a jak by się miała odnaleźć w wielokącie? W kwadracie? W czymkolwiek? Z tym jej drewnianym ciałem i umysłem. Nie byłaby w stanie zachować przy tym twarzy. Mierz siły na zamiary, głupia sówko. Znaj swoje słabości. Nie wystarczy urodzić się z dziurką, by być ciastkiem (to się powinno Panu spodobać, co, mam rację?). Dobrze. Dość słów padło o tej, która mnie tak zawiodła. O ile myślałem wciąż o niej do spotkania z tamtą, to wszystko zmieniło się, gdy ją ujrzałem. Cudo. Otwarła mi drzwi nie sówka, ale nimfa. Najlepsza uroda ze wszystkich, które znałem. Na zdjęciach już była niczego sobie (choć bez twarzy), lecz buzia przebiła najśmielsze moje myśli. Aż straciłem oddech. Znów serce mi biło jak podczas pierwszych podejść, gdy sówki uczyły mnie życia, nieopierzony młokos. A wtedy wróciło napięcie, czułem w spodniach napór, dziewczyna witała mnie całą sobą (całą!), widziałem to w oczach, w uśmiechu, w dłoniach, stopach (pamiętam, jak Arek zachwalał Ukrainki; najlepsze nogi — mówił), po prostu wszędzie, wszędzie! Nie chciałem jej zawieść, to głupie, wiem, naiwne, bo przecież to sówka, ja przecież jej płaciłem, to tylko dziewczyna, której nie ujrzę więcej, więc skąd sentymenty, skąd stres, skąd wątpliwości… Lecz skoro już miałem zadanie i chciałem wypaść dobrze, zazwyczaj dopadał mnie pech, zazwyczaj się spalałem. Wciąż byłem na studiach, od lat nie byłem w związku, a seks uprawiałem z przerwami miesięcznymi. Jak mogłem pokazać jej siłę? Miałem być samcem alfa? Ja byłem najwyżej w połowie alfabetu, a może pod koniec, zależnie od nastroju. Ja i ona. Jak woda i ogień. Jak bestia i jak piękna. Jak dwie mijające się komety. Jedna zaraz zgaśnie. Wiedziałem to, czułem, że mogę nie dać rady, że każda porażka dawała znać o sobie, że każde potknięcie z uczelni, osobiste, to wszystko czyniło mnie słabym, coraz słabszym. Boże! Ile ja dałbym, by umieć jej dogodzić. Dać jej orgazm. By szczerze prosiła o więcej, aż trzęsła się z rozkoszy. Dać przyjemność. Więcej: dać serię przyjemności, wzajemną i pełną, my dwoje, jedno ciało, wijące się razem, spojone, dobrze znane, aż wiatr niósłby krzyki na wszystkie inne piętra. Ile dałbym za to! By już mnie nie chciała wypuścić, by powiedziała mi „zostań”. Na noc, tydzień, miesiąc, na zawsze. Miej mnie, proszę. Jeszcze. Chcę mieć cię dla siebie, dla ciebie rzucę wszystko, dla ciebie się zmienię, mów, czego sobie życzysz. Ja dałbym odpowiedź: nie zmieniaj się, bądź sobą, bądź taka, jak teraz, jak tu, za pierwszym razem. A ona, oddana, dałaby także usta. Niczego nie broniąc, dałaby całą siebie. Wyobrażałem sobie: to ja, taki męski, ideał wszystkich kobiet, bożyszcze z betonem w nogawce, ze skałą, stalą, spiżem! Lecz byłem tam sobą, tak, sobą, niczym więcej, i miałem w nogawce krótki kawałek mięśnia. Pulsował z napięcia, przekrwiony oraz drżący, gotowy wystrzelić, zakończyć w każdej chwili. Hańba. Zdrada. Akurat w momencie, gdy był mi tak potrzebny. Akurat przy sówce, która mnie tak urzekła. Szlag!

Spokojnie. Oddychaj — myślałem. Oddychałem. Dziewczyna chwyciła się drzwi, prawie się kładła na nich, sprężysta i wiotka, no i ten uśmiech! Białe zęby. Usta… Spokojnie. Oddychaj. Nie daj się wybić z rytmu. To ty tutaj rządzisz. Rozniesiesz ją. Spokojnie…

— Salut! To znaczy witaj — powiedziała.

Wyczułem lekki akcent. Lecz lekki, naprawdę, jak letni powiew nocą.

Już chciałem powiedzieć: dzień dobry, cześć, cokolwiek, lecz byłem zbyt wolny, przejęła ciężar za mnie.

— Jestem Irka.

— Robert.

Zdradziłem swoje imię. Pierwszy raz. Co ja właściwie robię? To dziewczę działało jak magnes, miało mnie pod kontrolą, kręciło mną zręcznie wokół ślicznego palca, by zaraz uderzyć do głowy niczym wino. Bajka!

— Przepraszam za akcent, jestem z Ukrainy.

Zdziwiło mnie to, ale nie zniechęciło.

— To dziwne uczucie — powiedziała. — Takie ambiwalentne.

— Ambiwalentne?

— Jest takie słowo, prawda?

— Tak, jest, jest, oczywiście.

— Poprawiaj mnie, gdybym coś złego powiedziała.

— Nie mówisz niczego złego. To znaczy mówisz dobrze. Bardzo dobrze. Zdziwiłem się tylko, bo… Nieważne. Mówisz świetnie.

— No powiedz dlaczego.

Prosiła. Całą sobą.

— To słowo jest trudne. Chyba. Bo nie dla mnie. Ja jestem…

Już chciałem powiedzieć: studentem filologii; mam kontakt z językiem, studiuję tu i tutaj, pochodzę z prowincji, dokładnie stąd i stamtąd, mój ojciec nie lubi mnie, odkąd się urodziłem, a matka przez lata była alkoholiczką. Mój brat jest daleko, pracuje w Ameryce i ma gdzieś nas wszystkich, a mnie chyba najbardziej. Mam sto siedemdziesiąt siedem centymetrów wzrostu i ważę za mało, przeszedłem trochę chorób, wrażliwość nie wpływa korzystnie na stosunki, mój penis jest odchylony nieco w lewo i zbyt krótki (chyba), choć nie mam porównania, nigdy go nie mierzyłem. Już chciałem powiedzieć całą historię życia. Już chciałem powiedzieć, gdzie mieszkam, słowem wszystko, tak na mnie działała, tak chciałem jej zaufać, tak bardzo pragnąłem, by ona mi ufała.

— Jesteś…? — zapytała.

— Studentem filologii.

Na tym zakończyłem.

— A co to znaczy?

— Studiuję język polski. I literaturę.

— Super. Uwielbiam czytać.

— Stąd tak dobrze mówisz?

— Też. Mam kontakt z ludźmi, to jest ważne. Dwa lata temu byłam na kursie. W wakacje. Trzy miesiące.

— I to wystarczyło?

— Relatywnie.

Po polsku mówiła lepiej niż większość Polek.

— A nierelatywnie?

— Mam braki. Duże braki.

Zmierzyłem ją wzrokiem, od głowy przez wszystko inne, nawet wstrzymując spojrzenie na stopach, choć to dziwne. Nie miała żadnych braków. Nie w sobie, w ciele, nigdzie, a nawet w języku (jak to zabrzmiało!). Nigdzie. I chciałem jej o tym powiedzieć, ale zamiast tego przypomniał mi się fragment rozmowy sprzed minuty.

— Dlaczego mówiłaś, że czujesz się ambiwalentnie?

— Bo jestem z Ukrainy.

— I co?

— I mieszkam w Polsce.

— Polacy kochają Ukrainki!

Byłem tego pewien.

Zaśmiała się.

— Dziękuję. To bardzo miłe, ale…

— Bez „ale” poproszę. Chyba cię nikt nie skrzywdził?

— Nie, nie, to nie o to… Ja tylko bardzo tęsknię.

— Tęsknisz?

— Za krajem, rodziną, przyjaciółmi.

Chciałem ją przytulić. I mogłem to zrobić, przecież jej za to płacę, a jeśli nie za to, to jest to chyba w cenie. Nie umiałem. Na moment, na jedną najkrótszą z najkrótszych chwil ujrzałem, jak w oczach jej zjawił się szklisty ślad wilgoci. Potem zniknął. Jej twarz pojaśniała, powrócił śliczny uśmiech, a dłonie zaczęły poruszać się radośnie, pełne życia. Pasji. Spełnione i pragnące spełniać na nowo każde z życzeń.

Staliśmy na progu sypialni, ani na zewnątrz, ani w środku, a czas płynął obok, minęło kilka minut, a może — kto wiedział? — już nawet kilkanaście, gadając o niczym, bez sensu, bez napięcia, jakbyśmy spotkali się tam nie w jednym celu. Może tak było. Może wolałem jej słuchać, spoglądać w oczy, czuć ją. I może chciałem ją trzymać za rękę, tylko tyle. Aż tyle. Lecz była sprytniejsza niż ja, nie chciała stracić szansy, i znała profesję, dla której tam przyszedłem. Znała życie. Już wtedy wiedziałem, że będzie mi z nią dobrze, że uśmiech nie zejdzie z jej twarzy, naturalny, słodki, nie grany, wmuszony w nią siłą, bo trzeba, bo wypada. Była inna. Lepsza. Jak ekskluzywny towar. Za tę cenę Polka nie miałaby trzech zębów, śmierdziałaby czosnkiem i jeszcze narzekała. A ona… A ona…

Wciągnęła mnie do środka.

— Nie mówmy, nie mówmy — powiedziała.

— Uwielbiam z tobą mówić.

Mówiłem jak pierwszy lepszy, zabrzmiało to dziecinnie, a głos mi się łamał, wysoki, zniekształcony. Chciałem być kim innym. Lecz wciąż byłem sobą z moimi słabościami, z moimi myślami, ze stosem ograniczeń, z tysiącem barykad, które przede mną stały, wzbraniając mi ruchu, wstrzymując mnie w działaniu. Bałem się. Po prostu. Pociłem się i drżałem. Wróciło napięcie, myślenie: nie dam rady. Zawiodę. Nawet nie ją, samego siebie. Nie będę mógł spojrzeć samemu sobie w oczy.

— Tak?

— Znamy się chwilę, a ja mam wrażenie, że dłużej, że od zawsze…

Mój głos był coraz gorszy. Co ja w ogóle gadam? Pieprzyłem trzy po trzy zamiast naprawdę pieprzyć. Ją, tę sówkę. Co by powiedział na to Arek? Jesteś mężczyzną! Płacisz jej, wymagasz! A ja odkładałem ten moment, chciałem zewrzeć szyki, rozkazać sam sobie: no zrób to, zrób to, zrób to! Lecz wciąż nie umiałem, wciąż byłem wycofany, czekałem, właściwie nie wiedząc nawet na co, próbując opóźnić mój wymarsz, atak, bitwę, wojnę, próbując odpędzić od siebie to, co miało nadejść. Co musiało nadejść. Co nadeszło.

Zaczęła mnie wolno rozbierać, rozpinać mi koszulę. Jej palce chwytały guziki, stworzone, by to robić. Z jej buzi nie schodził ten jakże piękny uśmiech, a między wargami pojawiał się jej język. Gdzieś w kąciku. Czuła radość. Bawiła się, to było widać. A ja zamiast cieszyć się z tego, nią się cieszyć, chwilą, być w ciągu najbliższej godziny najszczęśliwszym z mężczyzn, nie mogłem się skupić, nie mogłem ruszyć ręką, a przecież tak bardzo pragnąłem ją pieścić, dotknąć wszędzie, pobudzić najbardziej ukryte zakamarki ciała, by każdy milimetr zapłonął, aby wybuchł, by rozkosz zabrała ją w podróż, bilet w jedną stronę. Lecz nic z tego. Owszem, myślami już ją miałem, aczkolwiek nie myśli miały grać główną rolę. To nie był mój pokój w ciemności, x lat temu, gdy umysł swobodnie wędrował po ciałach koleżanek, po ciałach aktorek albo zmyślonych dziewcząt, a dłoń się zniżała, schodziła coraz niżej. Wtedy byłem sobą. Czułem się odważny. Najbardziej namiętny z kochanków, najbardziej męski z mężczyzn. Lecz świat rzeczywisty przytłoczył mnie, zaskoczył, nie dawał mi szansy udowodnienia sobie, że wiem, że potrafię, porażka gnała klęskę, jak łatwe jest wszystko w projekcji, w wyobraźni. A tam miałem żywą kobietę, przepiękną, mój ideał, i choć była sówką, nie miało to znaczenia. Dla mnie nią nie była. Bo sówki starałem się traktować jak dziewczyny, jakbyśmy się znali od dawna, jakby łączyła nas przyjemność. Nie z każdą się dało, o czym pisałem wyżej, aczkolwiek starałem się zawsze dać im szansę. Jej chciałbym dać wszystko, ale czy dałbym radę? Ostatni raz czułem się tak chyba przy drugiej. Był moment kryzysu, lecz koniec był udany, skończyło się dosyć szczęśliwie, nawet bardzo. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Dlaczego — pytałem, lecz nikt nie odpowiadał.

Znałem to z moich poprzednich prób podboju. Miałem dwa wyjścia: albo jej przerwać, jak tamtej, wyjść na durnia, spróbować ochłonąć, powoli dojść do celu, swoim tempem, lub zaryzykować i skończyć po sekundzie, okazać się durniem być może jeszcze większym. Co za życie! Dlaczego tak bardzo ona na mnie działała? Dlaczego właściwie mógłbym się w niej zakochać? Dlaczego, dlaczego, dlaczego — setki pytań w głowie, a czas przecież nie stał, wciąż płynął, ona wciąż działała, koszula leżała rzucona na podłogę.

— Czekaj — powiedziałem. — Porozmawiajmy…

— O czym?

Zdziwiona tak słodko, że mógłbym ją polizać.

Wstrzymałem ją w biegu, jej ruchy były wolne, jej dłonie na torsie zamarły.

— Nie chcesz mówić?

To było tak głupie pytanie, że aż chwyciło.

— Chcę — powiedziała. — Dlaczego nie. Gadajmy. Ja tylko myślałam, że…

— Chciałbym cię poznać.

— Poznać?

Klęczała przede mną, jej oczy były wielkie, musiałem być pierwszym klientem tego typu. Który jej nie wziął od razu w przedpokoju. Który się na nią nie rzucił. Który przegrał.

— Tak, poznać. Jeżeli nie masz nic przeciwko temu.

— Nie mam, no pewnie.

Była urocza. Jaka ona była świetna…

— Bo wiesz jednak jesteś z innego kraju… — powiedziałem. — Mam szansę cię poznać, wymienić doświadczenia.

— No dobrze.

Była chętna. Na wszystko. Aczkolwiek czekała, aż będę ją prowadził. Dawała mi działać w konwencji, którą chciałem, nie będąc wciąż pewną, w co my właściwie gramy. Patrzyła na mnie ciągle. Spojrzenie topiło ten lód, który był we mnie, gorące i mocne, na wskroś przeszywające.

— Możemy podszkolić twój język — powiedziałem.

Oblizała wargi.

Poczułem, że spodnie są dla mnie nazbyt ciasne.

— Mówiłeś, że chcesz rozmawiać…

— Bo chcę… To ta bariera językowa…

— Żartowałam!

— Żartowałaś?

— Tak. Pomówmy o moim języku, ale…

— Ale co?

— Mówiłeś, że mówię poprawnie. Kłamałeś?

— Skąd! Ja tylko…

— A może nie miałeś na myśli polskiego, a mój własny?

Siedziałem na łóżku, mając ją tuż pod sobą, wśliznęła się między nogami, mała żmija. A mówiąc „mój własny”, liznęła mnie po sutce, następnie po drugiej. Zaczęła mnie całować. Po klatce piersiowej, po brzuchu, ciągle na mnie patrząc, jej oczy robiły mi więcej niż jej język. Ta jej bezpośredniość rodem ze wschodu wzięta, godne nagrody i pochwał zaangażowanie, ta wiedza na temat dawania przyjemności, to wszystko czyniło z niej bóstwo, chciałem ją wyznawać. Chciałem oddawać jej cześć, do niej się modlić, choć było to przecież bluźnierstwo, bałwochwalstwo. A jednak gotowy byłem dla niej umrzeć, gotowy na piekło, na czyściec, co tam jeszcze było, gotowy na wszystko, byleby móc z nią zostać i byleby patrzeć, jak robi to, co robi. A robiła świetnie. Jej usta, jej oczy, to było niczym jedność, szły razem wiedzione po sznurku, wprost do celu. To był konglomerat, całe jej ciało (całe!), a była, zdawało się, kobietą tak jak inne. Z innymi jednakże nie miałem takich wrażeń, choć było ich wiele i były bardzo różne, i młodsze, i starsze, blondynki i brunetki, uprzejme i chamskie, dobre i gorsze w łóżku. Być może to przerwa sprawiła, że tak było, że byłem narwany, okropnie wyposzczony, lecz przerw takich miałem na pęczki, zawsze je robiłem, bo nie stać mnie było na regularne randki. Coś się ze mną działo. Coś ze mną robiła, specjalnie lub niechcący, rzuciła czar, urok, ukradła moją duszę. Przesadzałem, owszem. Po prostu była piękna. Po prostu kipiała od seksu, miała cudowne ciało, a uśmiech (powtarzam się pewnie) robił robotę zawsze, bo dla mnie podstawą był właśnie on. I oczy. To rodzaj zboczenia, powiedziałby mi Arek, a choćby tak było, nie miałem sobie za złe. Chciałem więcej. Lecz chcieć nie oznacza potrafić, to bolesne, a ja byłem gotów na ból, choć nie na taki.

— Miałem na myśli…

— Tak?

Nie przestawała. Jej wargi błądziły, słyszałem jej cmoknięcia, końcówka języka zaczęła mnie łaskotać, a plamy wilgoci, które pozostawiała, przyjemnie chłodziły, chciałem je mieć na zawsze. Jak tatuaże. Zachować na pamiątkę. By wszędzie były ze mną.

— Znam różne trudne słowa — powiedziałem.

— Tak?

— No pewnie, pewnie…

— A znasz słowo „bierz mnie”?

— To dwa… Nie jedno…

— Widzisz? Musisz mnie podszkolić. Więc zrób to.

— Mam cię szkolić?

— Weź mnie.

Rzuciła się na mnie, właściwie położyła, bo było to takie subtelne, delikatne. Wciąż była ubrana, choć tylko w cienką bluzkę, a jednak poczułem jej piersi, jej uda mnie oplotły. Miała szorty. Tyle. Nie miała wyglądu ani ubioru sówki, choć wcale nie było to wadą, wprost przeciwnie. Było piękne. Zwyczajna dziewczyna, co była niezwyczajna. Prawdziwa sympatia, oddana, zawsze wierna. Sprawiała wrażenie najlepszej przyjaciółki. Nie mogłem przestać myśleć. Oddychałem. Zaczęła całować mnie wciąż bardziej intensywnie, po torsie, po szyi (tak, omijała usta), a ja się broniłem, wierciłem, musiała czuć się dziwnie, choć ciągle starała się przebić mur, dawała z siebie wszystko. Aż w pewnym momencie zrzuciłem ją na plecy. Spojrzała zdziwiona tą moją gwałtownością, objąłem ją w pasie, schyliłem twarz do twarzy i zamiast iść dalej, zacząłem z nią rozmawiać.

— Co robisz tutaj, w Polsce?

Spytałem o to sówkę!

— Studiuję — powiedziała.

Jak gdyby nigdy nic. Jak gdybym się nie zbłaźnił. Tak jakby ta przerwa w rozkoszy była normą.

— Studiujesz?

Studentka! Jak mnie to podnieciło!

— Dlaczego się dziwisz?

— Nie dziwię się, po prostu…

— Po prostu myślałeś, że…

— Nic nie myślałem. To dobrze. Studia są ważne.

— Też tak uważam. Chciałam zawsze studiować.

— Dlaczego tu, w Polsce?

— Na Ukrainie bieda. Rodzice wysłali mnie tu po lepsze życie.

Lepsze — pomyślałem. Po lepsze życie sówki.

— Na pewno za nimi tęsknisz.

— Bardzo! — powiedziała.

Rozparła się cała na łóżku, patrzyła prosto w sufit i o czymś myślała. Na pewno o rodzinie. Przez moment — najkrótszy — sądziłem, że zapłacze, lecz była szczęśliwa wspomnieniem, nie zła ani smutna. Uśmiechała się. I ja też się do niej przyłączyłem w tym uśmiechu, z bezsprzeczną pewnością, że nic się nie wydarzy. Już nic więcej. Musiała wystarczyć mi ślina pod koszulą i obrys jej piersi pod bluzką, którą miała. Tylko tyle. Jej dotyk, jej zapach, jej uśmiech, jej spojrzenie. Już wiedziałem.

— Opowiesz mi o nich?

— Opowiedzieć?

— Jeśli możesz. Chętnie posłucham.

— Ale my…

— Mamy czas.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 54.44