E-book
19.99 13
drukowana A5
29.99
Bękart paryski
30%zniżka

Bezpłatny fragment - Bękart paryski


Objętość:
100 str.
ISBN:
978-83-8467-248-8
E-book
za 19.99 13
drukowana A5
za 29.99

NA DOBRANOC

Słuchajcie, wy kurwie, i wy, stare dziwki,

Oto bajka nowa, ostra jak doszywki!


Za lasami, za morzem, gdzie rewolta błyska,

Gdzie żandarm anarchistów pałuje po pyskach,

Żyła piękna królewna, luksusowa suka,

Co uciech szukała od prącia do fiuta.


Ciposławą ją zwano w paryskim narodzie,

Bo ruchać się lubiła przy każdej pogodzie.

Nosiła tiul drogi, poszarpany w kwasie,

I bez przerwy marzyła o wielkim kutasie.


Miała zamek wspaniały, z lożą honorową,

Gdzie rząd marnował kasę, a sztukę narodową

Sprzedawano za grosze katarskim oligarchom,

By minister Margot mogła dogodzić swym zachciankom.


Lecz królewna Ciposława, choć w złocie pływała,

Trzy potężne chuje w swej sypialni miała.

Trzy lance mordercze, trzy zgniłe namiętności,

Co jej w nocy łamały te luksusowe kości.


Pierwszy szedł do królewny sam markiz de la Roche,

Co w rządzie dusił budżet, grosz skąpiąc do grosza.

Urzędnik wysoki, chudy niczym żmija,

Co oficjalnym dekretem swych wrogów zabija.


Gdy markiz zrzucał gacie z orłem na rozporku,

Nie było tam miłości ani owocowych wtorków.

Jego prącie rządowe, sztywne jak ustawa,

Wbijało się w królewnę — i to nie zabawa!


Rżnął ją z powagą państwową, bezwzględnie i krwawo,

Jakby podatkiem dławił całe lewe prawo.

Zamiast westchnień miłosnych — urzędowe sranie,

Głuchy pomruk dekretu na jedwabnym sianie.


A królewna pod nim sapała z radości,

Bo za to chędożenie, bez żadnej litości,

Zostawiał jej franki i państwowe czeki,

Więc ssała mu drąga przez calutkie wieki.


Drugi fagas to Xavier — buntownik cyfrowy,

Co rewolucję w necie ogłaszał z Dąbrowy.

Wariat w szpilkach od projektanta, z naciąganym lokiem,

Co w lewej ręce smartfon trzymał pod swym okiem.


Pachniał gazem, benzyną i drogą perfumą,

Mówił o Karolu Marksie z lewacką zadumą.

Jego lanca miłosna — niczym raca płonąca —

Wybuchała gwałtownie i bez końca paląca.


Xavier wpadał w Ciposławę w skórzanych portkach,

Myśląc tylko o lajkach na internetowych frontach.

Gdy ją dusił za gardło i w odbyt ją smagał,

Robił selfie aparatem i o lajki błagał!


Królewna zaś dupą kręciła w tym szale,

Ciesząc się, że ten burdel nagrywa się wspaniale.


Trzecim katem sypialni był Hektor Grim stary,

Reżyser z Odéonu, co wierzył w koszmary.

Wyglądał jak wampir, co uciekł z cmentarza,

I wulgarnym cytatem z klasyków przerażał.


Jego męskość, niestety, rzadko kiedy stała,

Neuroza go i chandra bez przerwy zgniatała.

Więc Hektor przed aktem musiał reżyserować,

Kazać królewnie płakać, udawać, chorować.


Szeptał opisy gnilne, rynsztokowe frazy,

By ten wiotki instrument zmusić do ekstazy.

Gdy w końcu z trudem wetknął swą artystyczną lancę,

Brzmiało to jak requiem w grobowym dystansie.


Sado-masochizm czysty, kampowa udręka,

Przy której cała klasyka francuska pęka.

Lecz dziewka go znosiła, bo ten wariat chudy

Mówił o jej szparze bez plebejskiej nudy.


Lecz razu pewnego, gdy dym miasto spowił,

Los potworny żart trzem gachom przygotował.

Spotkali się w mansardzie, u wezgłowia łóżka,

Gdy z zamku została już tylko wydmuszka.


Prezydent uciekł w gaciach, sieć netu wyłączona,

I każda ich potęga leżała zgnieciona.

Stoją trzej nadzy faceci — bez władzy, bez lajków,

Jak stado durnych capów z rynsztokowych bajek.


A Ciposława usiadła, zapaliła cygaro,

I splunęła na nich z pogardą niezrównaną.

„No i co, wy kurwiarze, wielcy panowie świata? —

Zawołała królewna, śmiejąc się jak zatracona.


— Paryż wasz się spalił, został wam ten burdel,

Gdzie każdemu z was zwiotczał wasz imperialny dunder!

Więc marsz do pościeli, ssać i rżnąć na zmianę,

Bo tylko to łóżko w ruinach wam zostawione!”


I rzucili się na nią, w trupim blasku słońca,

Trzej wariaci, trzej gachy — rżnący się bez końca.

BĘKART PARYSKI

Rozdział 1
Metoda Stanisławskiego i zapach gazu łzawiącego

Trzy krople roztworu azotanu srebra do każdego oka. Tylko tak można było uratować białka przed żółcią tytoniu i tą nieznośną, plebejską mgłą, która od trzech dni wdzierała się przez nieszczelne dziewiętnastowieczne ramy okienne Théâtre de l’Odéon. Julien de Valois mrugnął gwałtownie, pozwalając, by słona, metaliczna wilgoć spłynęła po jego policzkach, idealnie omijając świeżo nałożony podkład z domieszką sproszkowanej perły.

Za oknem Paryż rzygał historią. Bruk stukał o tarcze żandarmerii z monotonią źle napisanego jambu, a zapach palonych opon Micheline mieszał się z wonią drogiego Chablis, które Julien sączył przez słomkę, by nie zważyć karminu na wargach.

— Trzęsą ci się ręce, Olympe — syknął Julien, nie ruszając ani jednym mięśniem twarzy. Ruch był wrogiem botoksu, a botoks był jedynym spoiwem trzymającym w ryzach jego pięćdziesięcioletni, dotowany przez państwo narcyzm.

Madame Olympe, poruszająca się po garderobie z gracją tarantuli w żałobie, nawet nie drgnęła. Jej palce, twarde i pożółkłe od kleju do peruk, dociskały właśnie koronkową nasadę sztucznej brody do lewego policzka aktora.

— To nie moje ręce się trzęsą, mon chéri — wycharczała, a z jej ust ulatniał się zapach miętowych pastylek i starego teatru. — To fundamenty tego burdelu. Xavier znowu podpalił furgonetkę z transmisją satelitarną na Boulevard Saint-Germain. Podobno wyglądał olśniewająco w tym czarnym jedwabiu od Ricka Owensa. Policja biła go z widocznym podziwem.

Julien uśmiechnął się wewnętrznie. Xavier. Jego dwudziestodwuletnia emfazą podszyta katastrofa. Kochanek, który traktował marksizm jak linię kosmetyczną, a rewolucję uliczną jako przedłużenie swojego profilu na TikToku.

Nagle drzwi garderoby otworzyły się bez pukania, z impetem godnym trzeciego aktu prowincjonalnej farsy. W przymglonym świetle żarówek stanął Hektor Grim. Wyglądał jak skrzyżowanie wygłodzonego charta z XIX-wiecznym grabarzem. Jego czarny płaszcz ociekał podejrzaną, tłustą mazią — zapewne krwią któregoś z demonstrantów lub sosem z taniego kebaba, którym reżyser zwykł gardzić z taką samą pasją, jak komercyjnym sukcesem.

— To jest genialne! — wrzasnął Hektor, rozpościerając ramiona, jakby chciał objąć cały ten płonący syf za oknem. — Słyszycie ten ryk? Tłum na zewnątrz nie krzyczy z biedy, Julien! Oni krzyczą, bo brakuje im katharsis! Te policyjne pałki, ten gaz… to jest najczystszy Antonin Artaud! Teatr Okrucieństwa w darmowej dystrybucji!

— Hektorze, kochanie — Julien uniósł subtelnie jedną brew, co kosztowało go potężny skurcz nadoczołowy. — Jeśli jeszcze raz wniesiesz do mojej garderoby ten zapach proletariackiego potu, każę Olympe otruć cię tym tanim ginem, który trzymasz w rekwizytorni. Gram dzisiaj Racine’a. Potrzebuję chłodu, marmuru i ciszy, a nie twojej neurotycznej erekcji na widok płonącego śmietnika.

Hektor podbiegł do toaletki, chwycił kryształowy kieliszek Juliena i wypił resztkę wina, zostawiając na szkle tłusty ślad palca.

— Racine nie żyje, ty starzejąca się kukło! — zaszydził reżyser, twarzą w twarz z aktorem. Julien poczuł na skórze jego gorący, gorzki oddech. — Dzisiaj na scenie masz krwawić. Kiedy dojdziesz do monologu o zdradzie, masz patrzeć na lożę rządową. Margot Castelnau tam siedzi. Przyszła prosto z posiedzenia kryzysowego w Pałacu Elizejskim. Ma na sobie pióra, które drżą przy każdym wybuchu granatu hukowego. Chcę, żebyś plunął na nią tekstem. Ona prywatyzuje nasz teatr, Julien. Sprzedaje twoją garderobę sieciówce z tanią odzieżą.

Julien spojrzał w lustro. W gęstym, barokowym odbiciu widział ich trzech: siebie — jako monumentalne, pudrowane kłamstwo; Hektora — jako sępa karmiącego się cudzym obłędem; i Olympe — która w tle, z nieludzkim spokojem, czyściła mały, srebrny skalpel służący do podcinania żyłek w teatralnych rekwizytach.

— Margot to prymitywna kobieta z prowincji, która myśli, że kultura to to samo co luksusowa torebka — powiedział cicho Julien, biorąc od Olympe puderniczkę. — Ale płaci za mój botoks. Jeśli mam dzisiaj zginąć na scenie od koktajlu Mołotowa mojego własnego chłopaka, to przynajmniej zrobię to w pełnym oświetleniu rampy. Olympe, podaj mi wachlarz. Ten Paryż zaczyna mnie nieubłaganie nudzić.

Z dołu, zza żelaznych kurtyn, dobiegł pierwszy, głęboki dźwięk teatralnego gongu. Pierwsze uderzenie. Gdzieś na ulicy eksplodował samochód, a fala uderzeniowa delikatnie zatrzęsła flakonikami perfum na blacie. Spektakl czas zacząć.

Rozdział 2
Dieta z surowego mięsa i tiulu

Salon w Ministerstwie Kultury przy rue de Valois pachniał jak zakrystia, w której ktoś zapomniał sprzątnąć zwłoki kardynała. Woń wiekowych, dębowych parkietów i wosku pszczelego mieszała się tu z drażniącym, chemicznym odorem drogich perfum Margot Castelnau — kompozycji opartej na syntetycznym piżmie, palonym cukrze i czymś, co Julien zawsze diagnozował jako „zapach przedśmiertnego strachu przed utratą dotacji”.

Za potężnymi okonami, osłoniętymi ciężkim, bordowym aksamitem, Paryż dogorywał w spazmach. Światła policyjnych kogutów przecinały sufit gabinetu niczym błękitne lasery na podrzędnej dyskotece na przedmieściach, a odległe eksplozje granatów hukowych nadawały rytm sztućcom uderzającym o porcelanę z Sèvres.

— Ta sarnina jest stanowczo zbyt młoda — zauważył Julien, leniwie obracając na srebrnym widelcu kawałek krwistego tatara. — Brakuje jej tego szlachetnego, gnilnego posmaku, który tak pięknie koresponduje z pani obecną polityką kulturalną, Margot. To mięso smakuje kapitulacją.

Margot Castelnau, siedząca u szczytu mahoniowego stołu, poprawiła gigantyczny kołnierz z czarnych piór koguta, który okalał jej szyję niczym ortopedyczny gorset haute couture. Jej twarz, naciągnięta do granic wytrzymałości chirurgicznego skalpela, przypominała maskę z porcelany, na której ktoś z trudem namalował usta. Przy każdym ruchu jej powiek można było odnieść wrażenie, że uszy przesuwają się o centymetr w tył.

— Drogi Julien — zaćwierkała Margot, a jej głos miał ostrość tłuczonego szkła. — Kapitulacja to domena artystów, którzy nie potrafią zapełnić sal bez państwowego garnuszka. Ja nie kapituluję. Ja optymalizuję. A teatr Odéon, z całym szacunkiem dla twojego niewątpliwie historycznego talentu, generuje koszty, które wolelibyśmy przeznaczyć na cyfryzację sztuki ulicznej. Anarchiści są dziś tańsi w utrzymaniu. Mają lepsze zasięgi.

— Anarchiści? — Hektor Grim, siedzący naprzeciw Juliena w rozchełstanej koszuli splamionej woskiem, parsknął histerycznym śmiechem. — Nazywa pani tych chłopców w ubraniach od projektantów anarchistami? Xavier, powiedz pani minister, ile kosztowały te glany, którymi tak wdzięcznie kopałeś dziś rano tarczę żandarma.

Xavier, który do tej pory ostentacyjnie ignorował towarzystwo, przeglądając coś na swoim tytanowym smartfonie, uniósł głowę. Jego twarz, bezczelnie piękna, symetryczna i całkowicie pozbawiona empatii, była rozświetlona blaskiem ekranu. Na lewym policzku miał malowniczą, fioletową pręgę — pamiątkę po popołudniowym starciu z policją, która wyglądała tak perfekcyjnie, jakby nałożył ją profesjonalny charakteryzator.

— Buty były z darów od sponsora, Hektorze. Krytyka kapitalizmu wymaga odpowiedniej amortyzacji stopy — rzucił Xavier z leniwym, prowokującym uśmiechem, patrząc prosto na Margot. — Zresztą, pani minister doskonale wie, że moje dzisiejsze tweety podbiły giełdowe notowania spółki, która buduje te nowe, prywatne centra rozrywki na gruzach teatrów. Prawda, Margot? Moje rewolucyjne instastories podniosły frekwencję na pani konferencji prasowej o trzysta procent.

Julien poczuł, jak Chablis w jego żołądku gwałtownie kwaśnieje. Ta potworna, cyfrowa symbioza między jego młodym kochankiem a tą starzejącą się harpią z rządu była bardziej obsceniczna niż jakikolwiek akt seksualny, którego był świadkiem. Xavier nie walczył o wolność; on budował markę osobistą na zgliszczach świata, który Julien spędził całe życie idealizując.

W kącie salonu, niemal niewidoczna w cieniu potężnej szafy bibliotecznej, stała Madame Olympe. Przyniosła ze sobą garderobiany kufer Juliena, rzekomo na wypadek, gdyby aktor musiał natychmiast zmienić charakteryzację przed ucieczką z oblężonej dzielnicy. W rzeczywistości stała tam jak sęp, z dłońmi schowanymi w kieszeniach fartucha, chłonąc każde słowo.

— Olympe — syknął Julien, nie odwracając głowy. — Nalej mi wody. Moje gardło wysycha od tej waszej taniej ironii.

Suflerka podeszła do stołu z kryształową karafką. Kiedy pochyliła się nad talerzem Margot Castelnau, z rękawa jej czarnej sukni wysunął się mały, pognieciony świstek papieru i upadł prosto w różowy sos tatara pani minister.

Margot zamarła. Spojrzała na papier, potem na Olympe. Na kartce, pismem przypominającym rany szarpane, nabazgrano tylko jedno zdanie: „Wiem, kto sfinansował koktajle Mołotowa pod bramą Pałacu Elizejskiego”.

— Co to ma znaczyć? — Margot próbowała zachować swój oficjalny, urzędowy ton, ale jej lewa brew, ta mniej ostrzyknięta botoksem, drgnęła niebezpiecznie.

Madame Olympe uśmiechnęła się, pokazując rząd zbyt żółtych, rzadkich zębów. Wyglądała w tym momencie jak postać z najmroczniejszego koszmaru Hektora Grima.

— To tylko propozycja nowej kwestii do trzeciego aktu, pani minister — wycharczała suflerka, cofając się w cień. — Wydaje mi się, że dramaturgia tego wieczoru wymaga małego zwrotu akcji. Julien, kochanie, nie jedz tego mięsa. Sarny, które giną w stresie, zostawiają w tkankach zbyt dużo kortyzolu. A ty przecież tak bardzo nienawidzisz zmarszczek.

Hektor Grim gwałtownie wstał od stołu, omal nie przewracając krzesła. W jego oczach płonął ten sam obłędny, reżyserski zachwyt, który Julien widział w garderobie.

— Intryga gęstnieje! — zawołał reżyser, klaszcząc w dłonie. — Klasyczny układ sił! Władza, sztuka, młodzieńcza rebelia i plebejski sekret! Margot, twoje pióra trzęsą się tak cudownie. Julien, spójrz na nią! To jest poza, którą musisz skopiować w monologu Kleopatry!

Julien jednak nie patrzył na Margot. Patrzył na Xaviera. Młody influencer po raz pierwszy odciągnął wzrok od telefonu. Jego palce zamarły nad ekranem, a na dnie jego zimnych, błękitnych oczu pojawił się cień czegoś, co u normalnego człowieka można by nazwać paniką.

Rozdział 3
Reżyseria strachu

Sala prób numer cztery, ukryta pod samym dachem teatru Odéon, przypominała wnętrze porzuconego XIX-wiecznego akwarium. Ściany, obłupane z tynku do gołej, wilgotnej cegły, pociły się skondensowaną parą wodną. Przez potężny, półkolisty lufcik w suficie wpadało fioletowe światło paryskiej nocy, przerywane regularnymi, zielonymi błyskami policyjnych flar. Zapach gazu łzawiącego, który na dole był tylko drażniącą sugestią, tutaj, na poddaszu, osiadał na języku ciężkim, pieprznym posmakiem cynku.

Julien stał na środku pustego podestu, ubrany jedynie w jedwabny szlafrok w kolorze znoszonej purpury i ciężkie, sceniczne koturny, które dodawały mu dziesięciu centymetrów groteskowego majestatu.

— Za mało upokorzenia, Julien! — Głos Hektora Grima dobiegł z mroku, gdzieś zza reżyserskiego stolika, na którym ponuro lśniła pusta butelka po dżinie. — Twoja Fedra nie cierpi z powodu kazirodczej miłości. Ona cierpi, bo skończyły jej się zapasy drogiego kremu do twarzy! Chcę widzieć na twojej skórze pot, a nie ten twój wieczny, zatwierdzony przez agencję aktorską chłód!

— Hektorze, kochanie — Julien wychrypiał tekst, ostrożnie dawkując powietrze, by nie podrażnić strun głosowych paryskim smogiem. — Moja Fedra nosi w sobie chłód wersalskich marmurów. Nie będę tarzał się po tej brudnej podłodze tylko dlatego, że twój terapeuta znowu odmówił ci zwiększenia dawki neuroleptyków. To jest teatr słowa, a nie rzeźnia dla niespełnionych sadystów.

Hektor wyskoczył z cienia. Jego ruchy były nerwowe, ptasie. W ręku trzymał ciężki, żeliwny świecznik — rekwizyt ze starego spektaklu — którego podstawa uderzała o deski sceny z głuchym, niepokojącym stukotem przy każdym kroku.

— Słowa? — reżyser podszedł tak blisko, że Julien poczuł na policzku gorący, pachnący tytoniem oddech. — Słowa straciły ważność, kiedy Xavier wrzucił do sieci zdjęcie płonącego ministerstwa. W tym momencie, Julien, twój wykwintny język jest warty mniej niż algorytm TikToka. Twoja jedyna szansa na ocalenie to autentyczny, fizyczny strach. Margot Castelnau podpisała dokumenty. Jutro rano ten teatr przestaje być instytucją narodową. Stajesz się bezrobotną, starzejącą się ciotą z nadmiarem kwasu hialuronowego w policzkach.

Julien drgnął. Słowo „starzejący się” uderzyło go mocniej niż jakakolwiek policyjna pałka. Spojrzał w dół, na swoje dłonie — w półmroku sali prób wydawały się nienaturalnie blade, pokryte siatką drobnych, sinych żyłek, których nie zdołał ukryć nawet najlepszy fluid od Chanel.

W tym samym momencie z najciemniejszego kąta sali, zza sterty starych, zakurzonych dekoracji do „Hamleta”, dobiegł metaliczny dźwięk. To Madame Olympe, siedząc na odwróconej suflerskiej budce, spokojnie ostrzyła mały nóż do tapet o brzeg żelaznej rury.

— Hektor ma rację, Julien — wycharczała, nie przerywając monotonnego, rytmicznego zajęcia. Szych, szych, szych — ostrze tańczyło na metalu. — Xavier właśnie opublikował nowy manifest.

Pisze tam, że teatr burżuazyjny musi spłonąć razem z jego ikonami. Wymienił cię z nazwiska, mon chéri. Nazwał cię „woskowym eksponatem dawnej ery”. Twoje luksusowe auto na rue de Tournon właśnie dogasa. Osobisty wkład twojego kochanka w rewolucję.

Julien poczuł, jak pod jedwabnym szlafrokiem skóra pokrywa mu się gęsią skórką. To nie była gra. To był precyzyjnie wyreżyserowany lincz psychologiczny. Hektor i Olympe, ta toksyczna para teatralnych sępów, karmili się jego rozpaczą, próbując wycisnąć z niego rolę, która miała zaspokoić ich sadystyczne ambicje.

— Kłamiesz, ty stara jędzo — szepnął Julien, ale jego głos stracił swój imperialny blask. Stał się cienki, kruchy, jak wyschnięty pergamin. — Xavier mnie kocha. Ja go stworzyłem. Ja zapłaciłem za jego pierwszy garnitur i jego pierwsze, bezczelne publikacje.

— Xavier kocha wyłącznie swoje odbicie w ekranie, na którym wyświetlają się statystyki udostępnień — Hektor zaśmiał się cicho, niemal czule, i nagle uniósł żeliwny świecznik wysoko nad głowę Juliena.

W tym ułamku sekundy zielona flara z zewnątrz rozświetliła salę prób jaskrawym, trującym blaskiem. Julien spojrzał w górę i zobaczył twarz Hektora — wykrzywioną w spazmie czystego, reżyserskiego obłędu. Zrozumiał, że ten człowiek jest zdolny go zabić na tych deskach, byle tylko uzyskać idealny, tragiczny wyraz twarzy do finałowej sceny.

— No dalej, Fedro! — wrzasnął Hektor, a świecznik zaczął opadać z impetem. — Powiedz swoją kwestię! Powiedz mi o strachu przed nicością!

Julien nie cofnął się. Zamiast tego zamknął oczy, napiął mięśnie twarzy i z głębi gardła, kalecząc struny głosowe, wykrztusił monolog z taką nienawiścią i jadem, jakich ten teatr nie słyszał od stulecia. To nie był Racine. To była sekcja zwłok jego własnego życia.

Kiedy otworzył oczy, świecznik wisiał centymetr od jego czoła. Hektor uśmiechał się szeroko, a z jego kącika ust sączyła się strużka śliny.

— Genialne — szepnął reżyser, opuszczając broń. — Absolutnie wybitne. Olympe, zapisz to. Jutro gramy to z pełną widownią. Jeśli do tego czasu nie spalą nam dachu.

Z dołu, z korytarza, dobiegł nagle głośny, metaliczny huk rozbijanych drzwi wejściowych. Ktoś wdzierał się do teatru. I nie był to żaden z koneserów klasycznego dramatu.

Rozdział 4
Anarchia w szpilkach

Huk rozbijanych witryn na parterze niósł się po klatce schodowej Odéonu niczym echy wystrzałów w pustej krypcie. Julien zamarł na scenie, wciąż czując na czole chłód żeliwnego świecznika Hektora. Zapach spalonego karmelu i gazu z zewnątrz nagle zgęstniał, ustępując miejsca czemuś przerażająco drogiemu — woni niszowych, skórzanych perfum, które Julien sam kupił Xavierowi na ostatnie urodziny w butiku przy Place Vendôme.

Po marmurowych schodach prowadzących na poddasze zastukały obcasy. Nie były to jednak ciężkie, rewolucyjne glany, a nieprzyzwoicie wysokie, lakierowane szpilki z krwistoczerwoną podeszwą.

W drzwiach sali prób stanął Xavier.

Wyglądał jak upadły anioł z wybiegu couture, który przed chwilą przeżył katastrofę helikoptera w luksusowym kurorcie. Czarna, tiulowa spódnica z najnowszej kolekcji Margieli, narzucona na obcisłe, skórzane spodnie, była lekko poszarpana na dole, a jego biała, jedwabna koszula nosiła artystyczne ślady sadzy. W prawej ręce, obwieszonej srebrnymi sygnetami, trzymał markowy koktajl Mołotowa — butelkę po limitowanej edycji szampana Cristal, z której szyjki sterczał nasączony benzyną pasek jedwabnej apaszki.

— Julien, kochanie, twój profil na Instagramie umiera — rzucił Xavier zamiast powitania, nawet nie patrząc na aktora. Lewą ręką błyskawicznie uniósł smartfon, robiąc szybkie selfie na tle mrocznej, odrapanej ściany sali prób. Zielone światło flary z lufcika idealnie podkreśliło jego kości policzkowe. — Ponad dwadzieścia minut bez żadnej relacji. Fani zaczynają myśleć, że policja zamknęła cię w tym twoim skansenie dla emerytów.

Julien poczuł, jak purpurowy jedwab jego szlafroka zaczyna ciążyć mu na ramionach niczym ołowiany całun.

— Przyniosłeś tu ogień, Xavier? — Głos Juliena był zimny, pozbawiony tej teatralnej emfazy, którą tak ostentacyjnie prezentował przed chwilą. — Do mojego teatru? Do miejsca, które karmiło twój bezwstydny narcyzm przez ostatnie dwa lata?

Xavier parsknął cichym, melodyjnym śmiechem. Podszedł bliżej, a obcasy jego butów stukały o deski z precyzją metronomu.

— Twojego teatru? — Młody chłopak zatrzymał się tuż przed nim, bacznie przyglądając się sproszkowanej perle na policzkach aktora. — Otwórz oczy, Julien. Margot Castelnau właśnie sprzedała ten budynek funduszowi inwestycyjnemu z Kataru. Jutro rano ta sala stanie się ekskluzywnym butikiem z bielizną, a tam, gdzie stała suflerska budka Olympe, będą sprzedawać organiczne smoothie za dwadzieścia euro. Ja tylko przyspieszam proces. Tworzę content. Spalenie Odéonu z tobą w roli głównej to będzie najważniejszy performance tej dekady. Ponad milion wyświetleń w pierwsze pięć minut.

Hektor Grim, który do tej pory stał w cieniu niczym zahipnotyzowany sęp, nagle wyszedł do przodu. Jego oczy dosłownie płonęły reżyserską ekstazą. Podbiegł do Xaviera, wyciągając chude, kościste palce w stronę butelki z benzyną.

— To jest genialne kompozycyjnie! — wrzasnął Hektor, chwytając Xaviera za ramię. — Nero i jego Rzym! Julien, rozumiesz to?! Twój kochanek podpala twój ołtarz w imię wolnego rynku i zasięgów! To jest absolutny koniec sztuki, czysty, kampowy nihilizm! Xavier, stój tak! Olympe, przesuń reflektor, musimy złapać ten cień na jego szyi!

Madame Olympe nie poruszyła się jednak z miejsca. Wciąż siedziała na odwróconej skrzyni, a jej nóż do tapet miarowo stukał o żelazną rurę. Klik. Klik. Klik.

— Chłopak zapomniał dodać jednego szczegółu, Hektorze — wycharczała stara suflerka, celując ostrzem w stronę Xaviera. — Ten jego luksusowy bunt jest w całości sponsorowany przez samą Margot. Karta kredytowa, którą Xavier zapłacił za tę benzynę i jedwabne szpilki, należy do funduszu reprezentacyjnego Ministerstwa Kultury. Nasz mały rewolucjonista to tylko piesek salonowy, którego Margot wypuściła z rąbka, żeby podbić słupki oglądalności przed wyborami.

W sali prób zapadła nagła, lodowata cisza, głębsza niż ta po najgorszej premierze. Nawet odległe huki z ulicy wydały się na moment stłumione.

Xavier zamarł. Jego bezczelny, prowokujący uśmiech na ułamek sekundy zgasł, odsłaniając twarz przerażonego dziecka, które zostało przyłapane na kradzieży słodyczy. Smartfon w jego ręce drgnął nieznacznie.

Julien spojrzał na niego. W tym barokowym, trującym świetle paryskiej nocy zobaczył całą nędzę ich obojga. On — starzejąca się ikona, kurczowo trzymająca się resztek dawnego blichtru; Xavier — cyfrowa kukła, poruszana sznurkami przez cyniczną minister w piórach koguta. Wszystko było wyreżyserowane. Nawet ta rewolucja.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 19.99 13
drukowana A5
za 29.99