E-book
9.56
drukowana A5
65.67
Barbarzyńskie wspomnienie

Bezpłatny fragment - Barbarzyńskie wspomnienie

Dom amazonek


3.4
Objętość:
593 str.
ISBN:
978-83-8221-242-6
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 65.67

Rozdział 1

Na rozległej polanie pośrodku gęstego lasu stała drewniana chałupa z dachem pokrytym strzechą. Z wysokiego komina bez pośpiechu wydobywał się dym i płynął wysoko ponad koronami leśnych drzew. Ptaki, niecierpliwie latając wokoło chaty, głośno zapowiadały nadejście nowego dnia. Jednak nie wszystko było dzisiaj takie jak zawsze… Jedna z łań, przechadzając się ostrożnie po ściółce, była świadkiem niecodziennego widoku. Chatę już od jakiegoś czasu obserwował Czarny Jeździec. Jego twarz była ludzka, lecz dziwne oczy błyszczały czerwienią. Z daleka nie można było rozróżnić rysów jego skrytego głęboko pod kapturem oblicza. Stalową zbroję przykrył długi czarny płaszcz. Koń — czarny jak jego pan — nerwowo stukał kopytami. Jeździec pogalopował ku chacie, której wcześniej się przyglądał.

Gdy zapukał, odpowiedziała mu głucha cisza. Dom był otwarty. Ostrożnie pchnął drzwi i wszedł do środka. Przy każdym jego kroku drewniana podłoga niemiłosiernie trzeszczała. Na ścianach znajdowało się kilka obrazów przedstawiających martwą naturę oraz pejzaż leśny. Czarny Jeździec znalazł się w przestronnym pokoju. Pod ścianą duży regał uginał się pod ciężarem książek, a przy nim stał drewniany stół, na którym ktoś zostawił opasłe tomy w twardych oprawach oraz pojedyncze zapisane drobnym pismem kartki. Po drugiej stronie wisiały półki z woluminami, a pod nimi stało łóżko zaścielone puchatym brązowym kocem. Naprzeciw drzwi rudawy ogień trzaskał i skwierczał w kominku, a obok leżało dziecko w wiklinowym koszu. Owinięty w białą tkaninę chłopczyk spał niespokojnie, o czym świadczył jego nierówny oddech. Pomiędzy czarnym jeźdźcem a dzieckiem stanął czarodziej ubrany w brązowy skórzany płaszcz podróżny, który przysłaniał jego szaty.

Magowie byli jedną z najbardziej interesujących ras na świecie. Niezwykle długowieczną, przy czym bardzo wolno starzejącą się i posiadającą wady, o których woleliby nie mówić i które skrzętnie trzymali w tajemnicy. Posiadali również moc, dzięki której rządzili żywiołami, leczyli, mącili w umysłach i władali pozagrobowymi, innymi, nieznanymi i niezrozumiałymi dla pozostałych, tajemniczymi światami. Czarodziej znajdujący się w pokoju miał długą brodę, która świadczyła o jego wieku, a w jego oczach można było dostrzec aurę łagodności i mądrości. Mag wznosił złowrogo ku intruzowi żelazną laskę, z której emanowało ostre czerwone światło.

— Daj mi je — wysyczał Czarny Jeździec, podchodząc bliżej do czarodzieja i wyciągając ku niemu rękę w stalowej rękawicy.

— Precz stąd! — odparł mag, wznosząc kij jeszcze wyżej.

— Przyjacielu… — Jeździec spojrzał mu w oczy, w których pojawił się ból i niepewność.

— Proszę, idź stąd… — Głos czarodzieja się załamał.

— Nie zrobię mu krzywdy.

— Ja dobrze wiem, co chcesz mu zrobić… — Czarodziej znów spojrzał na Czarnego Jeźdźca wyzywająco. — To samo, co zrobiłeś z jego ojcem. Nie zabierzesz go stąd, dopóki ja tu jestem. Precz!

Z końca laski wystrzeliły czerwone promienie i jeździec zniknął, rozpływając się we mgle. Mag szybko odwrócił się w stronę dziecka, niepokojąc się o nie, jednak chłopiec nadal spał. Oparł głowę o laskę i spojrzał na niego, uśmiechając się łagodnie…

***

Nagle z paleniska, które żarzyło się na środku okrągłego kamiennego pomieszczenia, wystrzeliły iskry. Ściany pokryte były grubymi kłodami drewna, ułożonymi ciasno od podłogi aż po dach, który podpierały kamienne kolumienki. U góry znajdowała się otwarta dziura, która umożliwiała ulatywanie dymu ku niebu, a jednocześnie nie pozwalała na to, by śnieg czy deszcz dostawały się do środka. Pomimo otwartej przestrzeni w chacie było stosunkowo ciepło. Za oknami sypał śnieg, jednak chłopiec zdawał się tego nie zauważać. Wpatrzony był oczyma wyobraźni w obraz Czarnego Jeźdźca znikającego w czerwonym świetle i spojrzeniem pełnym emocji obserwował maga, który siedział na niewielkim drewnianym stołeczku, opowiadając historię nie tylko jemu, ale również zgromadzonym dookoła ogniska dzieciom w różnym wieku.

Czarodziej miał długą białą brodę i siwe proste włosy, a na nosie małe okulary, w których odbijały się tańczące energicznie płomienie rozpalonego ognia. Za nimi widoczne były niebieskie, wypełnione łagodnością oczy. Ciemnoczerwone szaty w wielu miejscach ozdobione były napisami w języku elfickim. Obok czarodzieja stał oparty o krzesło żelazny kostur, pokryty runami podobnymi do tych, jakie znajdowały się na szatach jego odzienia. W zwieńczeniu laski błyszczał czerwony kamień.

***

Chłopcem, który z uwagą słuchał opowieści czarodzieja, był dwunastoletni barbarzyńca o imieniu Numek. Miał on długie, brązowe, kręcone włosy oraz oczy w tym samym kolorze. Wyróżniał się spośród innych dzieci w grupie; był raczej cichy i przygaszony. Należał do wojowniczej rasy barbarzyńców, krępych niczym krasnoludy i jednocześnie wysokich jak ludzie, posiadających niezwykle grubą skórę, odporną na niskie temperatury. Mały barbarzyńca ubrany był w grubą szarą skórę wilka oraz ciepłe skórzane spodnie. Buty miał wysokie, przed kolano, by gruba warstwa śniegu pokrywająca ulice miasta nie dostawała się do środka i nie ziębiła w stopy.

W pomieszczeniu było ciemno, jedynie blask ognia sprawiał, że skupione w kręgu dzieci mogły zobaczyć swoje twarze. Naprzeciw chłopca, po prawej stronie czarodzieja, siedział barczysty młodzieniec. Krótko ostrzyżony z niebieskimi, szeroko otwartymi oczami. Z uwagą obserwował czarodzieja sypiącego kolejne porcje proszku, dzięki któremu iskry strzelały z płomieni, a jęzory ognia zaczęły jeszcze dynamiczniejszy taniec. Chłopak ubrany był w skórę dzika oraz szerokie bawełniane spodnie. Naprzeciwko niego siedziała piętnastolatka, która razem ze swoimi trzema koleżankami również wsłuchiwała się w opowieść maga. Chłopiec uśmiechnął się, widząc tę wiecznie plotkującą blondynkę, której usta praktycznie w ogóle się nie zamykały teraz taką milczącą i zasłuchaną. Dziewczyna miała długie, kręcone jasne włosy, szerokie usta pokryte krwiście czerwoną szminką, pewnie ukradzioną od matki, oraz zbyt wyraźny makijaż na twarzy. Jej sarnia skóra była błyszcząca i pokryta futrem przy szyi oraz przy nadgarstkach. Spodnie miała grube, skórzane, a buty wysokie na szerokim obcasie. Oczy dziewczyny były koloru ciemnej zieleni. Jej koleżanki — brunetka, blondynka i ruda — również miały długie włosy, wyraźny makijaż i szminkę na ustach. Chłopiec mógłby się założyć, że tę samą co ich przywódczyni.

Po lewej stronie, kilka miejsc dalej, siedział jego najlepszy przyjaciel z dzieciństwa. Chłopiec o rok młodszy od niego. Barczysty, większy od Numka, co wcale nie było czymś wyjątkowym. Właściwie każdy w mieście, może poza kobietami, chociaż też nie wszystkimi, był bardziej barczysty od niego. Numek z dużą determinacją starał się przybrać na wadze i dorównać swoim kolegom. Niestety bezskutecznie. Jego kolega miał sięgające do ramion długie kręcone czarne włosy, dość mocno jak na tak młodego chłopca zarysowaną męską szczękę, oraz oczy koloru niebieskiego. Jego nos był szeroki, a usta uśmiechnięte. Chłopak nie należał do tych, którzy każdą wolną chwilę poświęcają treningom walki oraz doskonaleniu swoich zdolności bojowych. Wolał towarzystwo książek oraz czarodzieja, dzięki którym mógł bez pamięci chłonąć opowieści o dalekich krainach oraz o wydarzeniach sprzed wieków. Co więcej, przyjaciel Numka był księciem samego Hagradu i jedynym synem lorda Gordana. Chłopiec miał w tym momencie na ramionach niedźwiedzią skórę, a na nogach — grube spodnie ze skóry barana. Kiedy spojrzenia obu młodzieńców się spotkały, książę Nardan, pieszczotliwie nazywany Nardi, uśmiechnął się do Numka, który w tej samej chwili poczuł dotyk dziewczęcej dłoni, gdy jedna z dziewczynek przytuliła się do jego barku. Nardi, kiedy to zobaczył, spiorunował wzrokiem przyjaciela, który poczuł się z jednej strony skrępowany, z drugiej — dumny. Dziewczynka miała długie, proste, czarne włosy oraz małe niebieskie oczy. Była bardzo piękna i całkowicie naturalna. Nie jak jej starsze koleżanki. Miała na sobie miękkie futro jelenia, a na nogach skórzane spodnie oraz buty z baraniej skóry.

Mag nagle wstał i zapalił pochodnie przytwierdzone do ścian, odgarniając resztki mrocznej atmosfery, którą sam wytworzył swoją opowieścią oraz sztuczkami wywoływanymi przez ogień. Dzieci zaczęły wychodzić na zewnątrz. Dziewczynka o imieniu Ania gwałtownym ruchem puściła chłopca i poszła w stronę brata. Była pierwszym dzieckiem lorda Gordana. Niezwykły dziewczęcy urok oraz buntownicza mina były od zawsze bardzo atrakcyjne dla Numka, zwłaszcza że Ania wiele razy wstawiała się za nim, kiedy inni chłopcy, starsi i lepiej zbudowani, śmiali się z niego. Rodzeństwo wyszło na zewnątrz, narzuciło na głowy duże kaptury i zostawiło przyjaciela z czarodziejem, który — wziąwszy do ręki kostur — zmierzał również do wyjścia, by odprowadzić swojego wychowanka do domu.

Mag Renkard, który należał do hagradzkiej rady czarodziejów, nie był związany więzami krwi z chłopcem, jednak Numek traktował go jak przybranego wujka, który zajmował się nim, odkąd tylko pamiętał. To właśnie on opowiadał dzieciom najciekawsze historie i legendy. Razem z nimi brał udział w wielu zabawach. Młody barbarzyńca zawsze mógł liczyć na jego wsparcie i otworzyć się przed nim całkowicie. Jeszcze nigdy nie zawiódł się na radach starego maga.

Historia, którą opowiedział tego wieczora czarodziej, stała się dla barbarzyńców legendą z powodu występującej w niej postaci, dobrze im znanej i zagrażającej ich światu. Opowieść oprócz przestrogi niosła też nadzieję na zwycięstwo i pokonanie zła — nadzieję, która rosła w sercach mieszkańców Hagradu — miasta leżącego na dalekim i mroźnym Południu, gdzie zima trwała przez cały czas, a śnieg i lód były wszechobecne. Wysokie i grube kamienne mury broniły mieszkańców Hagradu.

Życie w barbarzyńskim mieście nie należało do łatwych. Każdy od małego musiał nauczyć się walczyć, by przetrwać w srogim klimacie Południa. Strażnicy na murach czuwali dzień i noc, a zwykli mieszkańcy do swoich codziennych obowiązków podążali ulicami miasta poprzez bruk pokryty śniegiem. Place ćwiczebne, z których dobiegały odgłosy i okrzyki walki, zajmowały znaczną część miasta. Budynki mieszkalne, zbudowane z grubego i twardego kamienia, oblepione były lodem. Dachy w całości pokrywał śnieg, a z ich krawędzi luźno zwisały sople.

Mieszkańcy — pomimo surowego trybu życia, zimnego i trudnego klimatu — byli jednak zadowoleni i dumni ze swojego miasta i z domu. W Hagradzie znajdowały się bowiem również piękne ogrody, pełne drzew i żywopłotów pokrytych śniegiem. Fontanny dopełniały piękna miasta. Woda nie była w nich zamarznięta, lecz płynęła swobodnie. Miejsce, w którym się znajdowały, było bardzo lubiane przez mieszkańców chcących oderwać się od codziennych kłopotów i przenieść się myślami gdzieś daleko, w zupełnie inną rzeczywistość.

Na ubiór barbarzyńców składały się bardzo grube stroje z futer niedźwiedzich i wilczych, grube rękawice i buty z mocnej skóry. Żołnierze i wojownicy, których tutaj nie brakowało, chodzili ubrani w żelazne zbroje i kolczugi. Na głowach nosili hełmy, które również chroniły ich przed mrozem. Byli niezwykle wysocy i dobrze zbudowani dzięki nieustannym ćwiczeniom. Kobiety ubierały się w grube futra i rękawice podobne do tych, jakie nosili mężczyźni.

Jedną z atrakcji odrywających chłopców i dziewczynki od ćwiczeń były walki na placach treningowych. Numek, pomimo swojej nieśmiałości, przejawiał niezwykły dar do walki mieczem. Już od najmłodszych lat pokonywał dużo starszych od siebie na sparingach nadzorowanych przez dorosłych trenerów — barbarzyńców w żelaznych kolczugach, którzy bardzo często karcili swoich uczniów za błędy techniczne. Numek wiele razy słyszał kąśliwe uwagi wypowiadane podniesionym głosem przez swoich nauczycieli, jednak nigdy z tego powodu się nie poddawał. Ciągle rozwijał swoje umiejętności i piął się w górę.

Teraz, gdy mag zamykał drzwi mosiężnym kluczem, młody barbarzyńca stał po kolana w grubej warstwie śniegu i niecierpliwie poruszał się na mrozie. Na głowę założył kaptur podszyty futrem, który szczelnie ochraniał go przed ostrym, mroźnym wiatrem. Idąc za czarodziejem, który pewnie stawiał krok za krokiem w wysokiej warstwie śnieżnego puchu, Numek nie odzywał się zupełnie, choć od długiego czasu coś nie dawało mu spokoju… Kiedy mijali ściany budynków pokrytych szklistą warstwą lodu, mały wojownik mógł się uważniej przypatrzyć mieszkańcom miasta, którzy, tak jak i oni, szli opatuleni kapturami, skupieni na dotarciu do swoich domostw możliwie jak najkrótszą drogą. Obok nich przeszła właśnie starsza otyła kobieta, która kątem oka spojrzała na Numka. Skręcając za róg jednego z budynków, z którego zwisały niebezpiecznie ostre sople lodu, zobaczyli dużego kudłatego psa przechadzającego się po śniegu. Pies miał gruby czarny pysk oraz długi, puchaty ogon, którym energicznie machał, rozganiając spadające płatki śniegu. Kiedy zobaczył czarodzieja i jego wychowanka idących do domu, zaszczekał przyjaźnie i podbiegł do chłopca. Numek uśmiechnął się szeroko i natychmiast pogłaskał kudłacza po głowie i długich uszach. W alejce, w której właśnie się znajdowali, poustawiane były ogromne beczki z żywnością i wodą pitną — zamknięte oraz zapieczętowane. Drzewa, których korony pokryte były grubą warstwą mroźnej bieli, kwitły przez cały rok, a pod śnieżnym przykryciem skrywały bujną szatę roślinną. Numek cały czas szedł skulony, patrzył pod nogi, ponieważ wiatr oraz opady śniegu utrudniały mu nie tylko widzenie, ale również poruszanie się po mieście.

Cały czas głowę zajmowała mu jedna myśl, kwestia, o którą chciał zapytać swego opiekuna. Gruby i długi płaszcz maga, pokryty wilczym futrem przy kołnierzu oraz przy krawędziach, zasłaniał szaty, lśniące czarnymi runami tylko wtedy, gdy wiatr podwiewał jego poły. Ubranie, jakie miał na sobie Renkard, teraz w wielu miejscach pokryte było zimną śnieżną bielą. Na jego okularach skraplał się śnieg, a czerwone światło wydobywające się z kamienia na lasce odbijało się od zalegającego na ulicach białego puchu. Idąc dalej za magiem, Numek przeszedł obok dwóch strażników ubranych w grube stalowe zbroje, pokryte brunatną skórą niedźwiedzia i czarną — borsuka. Na głowach mieli szczelnie zamknięte hełmy przypominające wyszczerzone paszcze wilków, ich ręce zabezpieczone były stalowymi naramiennikami, natomiast nogi — nagolennikami. Pokryte szarym futrem grube buty z łosiej skóry zostawiały na śniegu wyraźne i głębokie ślady. Ręce strażników oparte były o rękojeści stalowych mieczy wiszących u ich boku. Jeden z nich spojrzał z góry na opatulonego kapturem chłopca. Numek zastanawiał się, dlaczego żołnierz na chwilę zatrzymał się, by na niego spojrzeć. Po chwili jednak wartownik podążył za swoim towarzyszem, a chłopiec pobiegł za oddalającym się czarodziejem, który zbliżał się już do ich domu.

Brzęk kluczy w zamku poprzedził skrzypienie ciężkich drzwi, które zostały otwarte na zewnątrz. Chłopiec szybko potruchtał w stronę ciepłego pomieszczenia, a mag zdjął płaszcz i powiesił go na wieszaku stojącym w kącie nieopodal wejścia. Izba, w której się znaleźli, była niezwykle przestronna. Pod ścianą stało wiele regałów, które uginały się pod ciężarem książek. Śnieżyca sprawiała, że przez duże i zamarznięte okna niewiele światła wpadało do pokoju. Renkard podszedł do stojącej przy ścianie lampy olejnej. W szklanym kloszu delikatnie podrygiwał płomień. Pod oknami znajdował się prostokątny stół z drewna dębowego, a na nim wazon pełen białych lilii, karafka do połowy napełniona białym winem oraz głęboki kieliszek z grubego ozdobnego, rżniętego szkła. Na środku pomieszczenia leżał okrągły dywan, granatowy z żółtą nicią tworzącą na nim runiczne wzory. Oprócz regałów, kilku stolików i dużego stołu było tu niewiele przedmiotów. Sala miała bardzo dużo wolnego miejsca. W pokoju znajdowały się jedne drewniane drzwi, łączące pomieszczenie z kuchnią, oraz schody prowadzące na wyższe piętro. Na ścianie, pod barierką schodów, stał kominek, a leżące w środku szczapy drewna błyszczały żywicą. Pod sufitem natomiast zawieszony był żyrandol, składający się z dwóch połączonych ze sobą okręgów, na których ustawione zostały rzędy świeczek, teraz zapalonych. Numka za każdym razem intrygowało i dziwiło to zjawisko. Zastanawiał się, w jaki sposób wszystkie zapalały się w tym samym momencie i do tego jeszcze bez użycia ognia. Renkard podszedł zdecydowanym i pospiesznym krokiem do jednej z dużych waliz leżących na podłodze przy regale z książkami. Gdy otwierał jej wieko, chłopiec mógł zobaczyć, jak wiele ksiąg oraz różnego rodzaju aparatury alchemicznej, począwszy od zwykłych próbek z menzurką, a skończywszy na szklanych rurkach służących do mierzenia, znajduje się na półkach. Czarodziej zaczął przeglądać księgi, a niektóre z nich wkładał z powrotem do walizki. Mag nawet nie spojrzał na swojego wychowanka, kiedy ten cicho podszedł do niego i zapytał:

— Jutro wyjeżdżasz do Lokrandu? — Głos małego wojownika był pełen zawodu.

— Czemu pytasz? — Czarodziej odwrócił się, spojrzał na niego znad swoich okularów. — Wydawało mi się, że rozmawialiśmy już na ten temat.

— Dlaczego nie możesz mnie zabrać? — Numek nie dawał za wygraną. Bardzo chciał wyruszyć na tę wyprawę i źle się czuł z myślą, że już niedługo zabraknie przy nim czarodzieja.

Spojrzał na jedną ze ścian, na której zawieszona była mapa piaszczystej pustyni z zaznaczonym na niej miastem, na którego temat słyszał i czytał wiele fascynujących opowieści. Lokrand to miasto tętniące życiem. Jego mieszkańcy, pochłonięci tańcem, śpiewem i wystawnymi ucztami, oddawali się przyjemnościom oraz nauce, zgłębiając filozoficzne pisma, księgi oraz papirusy. Niektórzy z nich spisywali nawet własne przemyślenia. Po ulicach przechadzały się egzotyczne zwierzęta, takie jak kapibary czy hipopotamy. Miasto miało swój park pełen palm oraz ptaków: papug, kolibrów, tukanów. Chłopiec znał opowieści o romansach, które zaczynały się wieczorem w cieniach drzew tego lasku. Nad tym wszystkim górował kolorowy jasny pałac zbudowany z błyszczącego szkła, które w magiczny sposób odbijało promienie pustynnego słońca, okrywając okolicę wielobarwną poświatą. Należał on do najpotężniejszego władcy ludzi — lorda Tarandala — człowieka mężnego oraz honorowego, ale o łagodnym usposobieniu; wojownika, który nie tylko prowadził swoich ludzi do walki, ale również sam ich bronił oraz świętował z nimi jak równy z równym. Chłopiec podszedł do mapy i tęsknym wzrokiem spojrzał na zaznaczony na niej czarny punkt. Dookoła ziemia była pokryta falującą pomarańczową linią, symbolizującą zalegający na pustyni piasek. Numek urodził się w Hagradzie, mieście, gdzie od zawsze panowała mroźna i surowa zima, dlatego ciężko mu było sobie wyobrazić tak wysokie temperatury. Przez to miasto zdawało się mu jeszcze bardziej fascynujące. Mapa była umieszczona w przyozdobionej złotymi listkami złotej ramie, podobnie jak obrazy zawieszone na ścianie.

Czarodziej wkładał swoje szaty, bieliznę oraz kosmetyki do kolejnych waliz.

— Ponieważ nie jesteś jeszcze gotowy, by wyruszyć w tak niebezpieczną podróż — westchnął Renkard. Długo zmagał się z pytaniem, a teraz patrzył ze smutkiem na swojego wychowanka.

— Mógłbym ci pomóc… — w głosie chłopca wciąż tliła się nadzieja. — Być dla ciebie wsparciem.

Mag odłożył walizkę i jedną z grubych ksiąg, a następnie podszedł do Numka, stając naprzeciw niego.

— Wiem — uśmiechnął się, z dumą patrząc mu w oczy. — Obiecuję ci, że pojedziesz na swoją wyprawę… — Chłopiec cały czas słuchał w milczeniu. — Ale jeszcze nie teraz… — rzekł głośno, po czym odwrócił się gwałtownie.

— Powiedz mi, dlaczego nie dziś… — zażądał ze złością Numek.

— Bo nie mogę pozwolić, by ten potwór cię znalazł! — krzyknął mag.

Chłopiec zbladł. Renkard nigdy nie mówił, że ktoś go szuka. Ta informacja wstrząsnęła nim, jednak w dalszym ciągu nie odpuszczał.

— Jestem wojownikiem Hagradu — powiedział dziarsko dwunastolatek, prostując się. — Potrafię się o siebie zatroszczyć.

Mag uśmiechnął się, widząc dumną i niewzruszoną twarz Numka. Podchodząc do chłopca, przytulił go.

— Jestem z ciebie dumny. W przyszłości staniesz się wspaniałym wojownikiem i będziesz gotowy na swoją wyprawę.

Chłopiec westchnął ciężko, pogodziwszy się z tym, że zostaje w mieście, i mocniej przytulił się do swego wujka. Pożegnał się z nim, mówiąc, że już późno i chciałby się położyć, po czym pobiegł po schodach na górę do swojej sypialni.

Górny korytarz był wąski, znajdowało się tam tylko dwoje drzwi prowadzących do oddzielnych pokoi. Poprzez umocowaną wzdłuż korytarza barierkę chłopiec mógł jeszcze zobaczyć krzątającego się na dole czarodzieja. Na ścianie pokrytej jasnymi deskami wisiał obraz wojownika Hagradu — z zamkniętym żelaznym hełmem, w stalowej grubej zbroi, na której znajdowały się zdobienia: po prawej stronie umieszczono postać niedźwiedzia, po lewej — wilka, szykujących się do skoku.

Numek wpadł do pokoju z dębowymi ciemnymi drzwiami i szybko rzucił się na swoje łóżko. Płakał. Nie mógł powstrzymać potoku łez. Na dole starał się dumnie maskować swoje prawdziwe odczucia, jednak kiedy był już sam, pozwalał, by emocje z niego ulatywały. Łzy płynęły mu po policzkach, a myśli krążyły wokół mapy, która wisiała w salonie. Leżał na narzucie z jeleniej skóry, na łóżku, którego nagłówek był przysunięty do jednej ze ścian, a nad nim wisiały dwa krótkie miecze. Trochę dłuższe stalowe noże, które dostał od swojego wujka na jedenaste urodziny. Wśród barbarzyńców już od najmłodszych lat dzieci były przyzwyczajane do posługiwania się toporami, mieczami, łukami oraz innymi rodzajami białej broni. Numek najbardziej lubił te krótkie miecze wiszące na ścianie. Technika walki dwiema broniami jednocześnie nie tylko dobrze mu wychodziła, ale również sprawiała mu dużą radość. Na prawo od łóżka stał masywny regał wypełniony przywiezionymi przez maga książkami, pełnymi opowieści dawnych bohaterów, a obok niego biurko z lampą olejną i kartkami zapełnionymi rysunkami chłopca. Obok biurka stał kosz na śmieci pełen zmiętych kartek i niedokończonych rysunków — nieudanych prób, niedopracowanych szkiców. Chłopiec spojrzał na drugą ścianę, przy której stała komoda na jego ubrania, bieliznę, koszulki i kurtki ze zwierzęcych skór, oraz skrzynia z figurkami wykonanymi z drewna — wojownikami, zwierzętami, takimi jak konie, wilki i niedźwiedzie, oraz wieloma zabawkami zręcznościowymi, łącznie z kendamą, na której zawieszona była kulka wykonana z gumy. Zabawa polegała na tym, że Numek musiał trafić kulką w wydrążenie w trzonku. Mały barbarzyńca podszedł do komody i — przebierając się w piżamę — spojrzał przez okno na dużą kulę księżyca, której promienie przenikały przez przemarznięte okno do jego pokoju. Niewielkie światło dawała lampa olejna postawiona na biurku. Podłoga była drewniana, a sufit podparty dębowymi grubymi kłodami. Numek wsunął się pod grubą i ciepłą puchową kołdrę, nasunął na siebie koc i — mimo że miał oczy opuchnięte od łez — zasnął mocnym snem.

Rano promienie słoneczne, z trudem przedostające się przez okno pokryte grubą lodową taflą, zbudziły chłopca. Numek szybko wybiegł na korytarz i ruszył w kierunku łazienki, by obmyć zaspane oczy i jak co dzień przeprowadzić rytuał mycia zębów. Z dołu już dochodził go zapach gotowanej owsianki z dodatkiem orzechów, migdałów i… — ku wielkiemu zaskoczeniu Numka — bananów. Widocznie jakaś karawana kupiecka zawitała do Hagradu. Chociaż jego miasto znajdowało się na dalekim i mroźnym Południu, od czasu do czasu pojawiał się w mieście wóz kupiecki wyładowany po brzegi różnymi towarami — jedzeniem, egzotycznymi przyprawami, rozmaitą bronią, zbrojami, malowidłami oraz księgami, papirusami i mapami. Otworzywszy dębowe drzwi, wszedł do łazienki wyłożonej malutkimi płytkami w kolorze ciemnej zieleni. Na ścianach znajdowały się zapalone świeczki osłonięte szklanymi kloszami postawionymi na półeczkach, które wystawały ze ścian. Naprzeciwko drzwi znajdowała się duża balia, do której mogłyby wejść przynajmniej cztery osoby. Wanna przez cały czas wypełniona była wodą, systematycznie wymienianą. Zrobiona została w całości z drewna, lecz siedząc w niej nie czuło się szorstkiej powierzchni, ale przyjemną gładkość. Numek zdjął piżamę i zanurzył się w ciepłej wodzie, zmywając z siebie ślady wieczornego zmęczenia. Po odświeżającej kąpieli chłopiec podszedł do dużego lustra zawieszonego obok drewnianej balii i — wytarłszy się bawełnianym ręcznikiem — zaczął szczotkować zęby, wypłukując brud do drewnianego kubła stojącego obok misy. Następnie przebrał się w swoim pokoju w czyste ubranie. Mały barbarzyńca włożył luźne skórzane spodnie oraz bawełnianą koszulę z futrem białego lisa przy kołnierzu. Włosy miał potargane, więc wziął do ręki szczotkę i zaczął walczyć z nimi, by po chwili zbiec na dół do salonu, pośrodku którego stał kwadratowy drewniany stół przykryty granatowym obrusem. Stała na nim biała waza pełna parującej i znakomicie pachnącej owsianki. Zastawę przygotowano nie dla dwóch, ale dla trzech osób. Talerze były w kolorze pasującym do wazy, ze wzorem w kształcie winorośli. Obok stał dzbanek z sokiem z winogron oraz trzy szklanki pełne orzeźwiającego napoju. Chłopiec ze zdziwieniem spojrzał na trzy nakrycia, zastanawiając się, dla kogo jest to dodatkowe. Czarodziej z kimś jeszcze krzątał się po kuchni. Mały barbarzyńca zbiegł szybko po schodach i — wchodząc do kuchennego pomieszczenia — zobaczył swojego najlepszego przyjaciela rozmawiającego z Renkardem, który w białym fartuchu mył ogromny gliniany gar po owsiance. Nad nim wisiały szafki z metalowymi talerzami oraz sztućcami. Pośrodku znajdowało się miejsce na palenisko, nad którym jeszcze niedawno stał kocioł. Pod oknem, które lekko przymarzło lodem, stały drewniane regały z wieloma szufladami, a po drugiej stronie znajdowała się pompa, z której sączyła się woda do małej studzienki w podłodze. Ściany były białe, pełne wiszących na nich chochli, tasaków, patelni oraz skór dzików, saren i zająców.

— Witaj, Nardi — zaczął Numek i usiadł koło przyjaciela na drugim drewnianym taborecie. — O czym tak plotkujecie? — zapytał chłopiec i uśmiechnął się.

— Witaj, Numek. — Młody książę był wyraźnie przejęty wcześniejszą dyskusją z czarodziejem. — Rozmawialiśmy o podróży do Lokrandu.

— Niestety ominie mnie ta przyjemność — odpowiedział chłopak, starając się okazać obojętność.

Jego przyjaciel popatrzył na maga, który kończył płukać garnek.

— Chodźcie na śniadanie. — Czarodziej wyszedł do salonu, a za nim podreptali obaj chłopcy. Wszyscy usiedli przy stole i zaczęli z apetytem pochłaniać owsiankę.

— Skąd wzięliście banany? — zapytał Numek.

— A skąd moglibyśmy je mieć, geniuszu? — z przekąsem odpowiedział młody książę.

— W mieście pojawił się wóz kupiecki — rzekł barbarzyńca, udając, że nie usłyszał sarkazmu w głosie przyjaciela.

— I to nie byle jaki wóz. — Nardi był podniecony, pochłaniał jedzenie i jednocześnie już nakładał sobie kolejną porcję. Renkard patrzył na chłopców z lekkim rozbawieniem, obserwując ciekawość świata zarówno u jednego, jak i drugiego.

— Wóz, który przyjechał, obładowany jest najróżniejszymi towarami pochodzącymi z wielu miast — Nardi mówił dalej prawie na jednym wydechu. Numkowi właśnie w tym momencie zaświeciły się z zaciekawienia oczy.

— Czyli są tam towary przywiezione z Lokrandu… — Chłopiec oderwał się od swojej miski i wstał od stołu. — Możemy tam pójść? — spytał z przejęciem maga, który spojrzał na swojego wychowanka z wypisaną na twarzy surową powagą, po czym roześmiał się i odpowiedział:

— A jeśli bym wam zakazał, to nie poszlibyście tam?

Numek cały poczerwieniał na twarzy i wlepił wzrok w stół.

— Poszlibyśmy — wydukał z siebie.

— Więc znasz już odpowiedź. — Rozbawienie nie zniknęło z twarzy czarodzieja, a chłopiec, gdy tylko to usłyszał, spojrzał z radością na swojego przybranego wujka i rzucił się mu na szyję, przytulając się do jego szat.

— Tylko zjedz śniadanie — usłyszał od maga i zaczął szybko pochłaniać talerz owsianki.

Wypił duszkiem sok z winogron i w jednej chwili znalazł się przy swojej kurtce, która wisiała na wieszaku. Nardi też już stał przy drzwiach. Czarodziej za każdym razem nie mógł się nadziwić, jak sprawnie chłopcy potrafią się wyszykować, kiedy im na czymś naprawdę zależy.

Barbarzyńca spojrzał na młodego księcia. Długie i kręcone czarne włosy, a na nich zimowa czapka z niedźwiedziej sierści. Miał na sobie także gruby płaszcz ze skóry niedźwiedzia brunatnego. Nardi zapiął się szczelnie pod szyją i założył jeszcze bawełniany czarny szalik, którego końcówki luźno opadały na jego barczyste ramiona. Chłopcy wyszli na zewnątrz i szybkim krokiem udali się w stronę bramy miasta. Nardi prowadził swojego przyjaciela po dobrze im znanych terenach. Nie trzymali się głównej drogi, przy której było wielu mieszkańców Hagradu. Zamiast tego szli wąskimi alejkami pomiędzy wysokimi budynkami, gdzie zapuszczali się tylko nieliczni, przede wszystkim z obawy przed wystającymi lodowymi soplami, które mogły się w każdej chwili urwać z krawędzi dachu. Co dziwne, nigdy nie doszło do takiego wypadku, choć tymi alejkami przechodziło dużo dzieciaków, które chciały sobie skrócić drogę. Bruk pod ich stopami był tylko delikatnie przysypany śniegiem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 65.67