E-book
6.83
drukowana A5
27.02
Autopornografia

Bezpłatny fragment - Autopornografia


Objętość:
69 str.
ISBN:
978-83-8221-759-9
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 27.02

Każdy kiedyś dotknie swojej najskrytszej strony.

Tomik dedykuję mojej całej Rodzinie, Przyjaciołom i Braciom w doli i niedoli.

Czasy dzisiejsze

Sos winegret

Kolacja przy świecach

Kłótnia

Czasy dzisiejsze nie sprzyjają namiętności

Gdzieś się leci

Na kogoś leci

Każdy twój oddech oswobadza moje ciało

Delikatność naskórka

Przemijanie


Jesteśmy jak lekarze

Badamy wytrzymałość na ból drugiej osoby

To są cienkie nitki

Wióry przeszłości zakochania

Sypią się z dnia na dzień

A my gnamy

Lekko zapominając że warto jednak przystanąć


Nie po to to niebo nam dano

By tak sobie nad głowami stało

By tak bardzo zapomniane jak to o czym każdy marzył

Dlatego nie rezygnować

Choć najprostsze to w życiu dosłownie

I unieść głowę odziać pióropuszem gwiazd

I płynąć


Dziś tonę w orgazmach kłótni i codzienności

Bo za mało czasu na namiętność

Na młodość choć żadna twarz na starą nie wygląda

Jacy jesteśmy w środku

Jacy jesteśmy naprawdę

Czy budujemy swoje serca na wzór szczęścia

Czy tylko pragnień


Wiesz ja ci na żadne z tych pytań nie odpowiem

Byleby w zgodzie z samym sobą

Miłości tak fantazyjnie mówić o tobie

Wierności wieczności namiętności

Ze wszystkiego ości

Jeśli nerwami i na siłę chce się ten świat uprościć

Zamknij teraz oczy


Jeśli nie widzisz nic znaczy

Że nie czytałeś

Że uciekło skupienie

Taki świat

Jeśli jego częścią twoje ciało dusza

Porwij to

Nie słuchaj

Deszcz

Nie mogłem znieść że deszcz

tak jak wczoraj gwałci Cie codziennie

pieści Twoje nagie rzęsy

nagie oczy

wydłubuje bród spod ust

gdzie słowa kłębią się jak demony nocami

demonicznie

diabolicznie

licznie

demagogicznie

onirycznie

onanistycznie

pysznie

gorączkowo

bestialsko

amatorsko

romantycznie

kwadratowo

wijąco

duszpastersko

pornograficznogramofonowo różczko moja

fantazyjnie

jak na filmie


wyprawa nie była jawna

bo zamieniłem miłość do Ciebie

w chorą zazdrość

w tak chorą zazdrość

jak 145 kaftanów bezpieczeństwa na nieruchomym ciele


ten deszcz

jak on może

odbiera Ci cnotę

mozolnie pracuje na Twoje upodlenie

a Ja gapię się na to codziennie

i trochę głupio bo to Twoi bogowie

oddają mocz na głupotę naszych czasów

Programowalni

w loży rozedrganych ust

na chwilę przystaniemy

delikatny kozi oddech

zmanipulował ostatni powiew wolności Twojej duszy


ty kiedyś byłaś rybą

ale morze wyschło

piasek roztrwonili

wyrwali spod łusek

developerzy nowego wszechświata


wszechświata bez wartości idealnych

na marginesie Twoich powiek wypisali komendy

zaprogramowali umysł

zaprogramowali duszę

rozebrali z emocji


nadzy jak wygnani z raju

zabłąkani ale jedzą tylko fast foody

chińskie tanie żarcie

jakby ktoś przed chwilą beknął zażarcie

smród dusz


czy ktoś tu jeszcze istnieje naprawdę

czy ktoś czegoś szuka

poszukuje

cichy szept w oddali bawi się w echo

pomieszane z policyjną syreną


byłaś kiedyś syreną ale Cie osuszyli

pozbawili mocy

zeskrobali

wyskrobali jak ustawa antyaborcyjna

rozpromieniałaś wtedy

gonitwa w bitwie sumienie i kariera

nie ma manier kiedy chodzi o rzeczy ważne

chcesz w mordę

albo do mordy

podły karli kształt już zakołysał utraconymi nadziejami

nad dziurą którą otwiera kat pod nogami


byłaś kiedyś larwą motylem

chyba śnisz!

Ja nic takiego nie powiedziałem bo te banały

pachną kałem jak najgorsze szambo

gdy deszcz wybije jak zęby północ pod sklepem nocnym

otwórz oczy

idźmy

albo przystańmy

przestańmy w końcu pierdolić

programowalni jak każdy

Wiersz na W

wypisałaś mi deszcz na oczach

trudny sen od wczoraj

zniewalał tajemnicą nieważkości

jesteś inna niż wtedy


kilka włosów mniej

Ja kilka wąsów do przodu

nieroztargnione wieczory

dzielone jak na pchlim targu smak ubóstwa


nie mogę się skupić

cały czas nie mogę się skupić

jak szczeniak przy pierwszym wytrysku

istota dziwności


później naiwność

wiara w miłość

wypłowiałość

drogie samochody


naturalność to przeżytek z XX wieku

teraz są trendy

teraz są nieskazitelne rumaki zachodu

przewrotne matrony sukcesu z bólem dupy


galopujące fortepiany namiętności

rozbierają mnie swoim anielskim feelingiem

angielskie śniadania bywają romantyczne

chyba że ktoś ma problemy z żołądkiem


bekon ach ten bekon

chilijskie gazety są miękkie jak nigdy przedtem

wzrusza mnie wiele rzeczy

np. celowość podróży


nie mogłem wymyślić większej bzdury

gdzie

jesteś

strapiona nonsensem powszedniości


ile mogłem tyle zrobiłem

reszta?

reszty nie trzeba

do widzenia

Włosy

obóz koncentracyjny moich myśli

pamiętam jak was wiązałem

jak kucyka

jakby mi zaczęły wypadać garściami

samobójstwo


a dzie tam

pierdolić duchowość

jeśli chodzi o włosy

to nienasycenie bije zewsząd

lata młodości


ten pukiel

rozczesywać czesu czesu

anioły we włosach

łój

naturalizm


włosowaty smak raju

jestem sobą

rybą w Twoim oddechu

spierdalaj

lepiej daj na porost


pachy pachną pchłą niewierną

włosień kręty

przygrywaj mi na okarynie zwątpienia

księżniczko zgniła

przetłuszczona


włosy włosienie włosiwa

siwe rekiny

siwe włosy z pizdy

ciekawe czemu

akurat tam


na wzgórku wszechświata

nie siwieją

jest nadzieja

ale wyłysieć można

jak wyłysieje


samobójstwo

ile sekund dłużej

peruka złudzeń

plastikowy szept

owłosionych


skąd macie tyle pierza

łyse chuje

dzyn dzyn

i już nie ma przeznaczenia

posmaruj mnie kremem

duszę mi wysmaruj

wymaż ze mnie złe wspomnienie

nieskazitelna


warkoczami opleć moje łzy

pierdole łysotę ludzkości

rzygowiniątko wykonało swoje

teraz można pluć dredlokami

pożądania


krzyczę

aaaaaaaaaaaaaaa

psychiatryczny

hiacynt

miłości

Hymn genitalny

Najpierwotniejszy z krzyków

Delikatnie jak skalpel

Głaszcze prawość

I lewość moja

Pobudzona


Rozpinam Ci koszule

Zrywam język w takt płonący

Oczy pełne życia

Iskra

Seksulizacja podniebienia


Podniebne loty

Zwiewne na policzkach rumieńce

Szeptem gasisz pragnienia

Taka jestes

Dziwka


Za moment rozkosz

Razi ogromem muskulatury

Przenosi lazury skóry

Jedwab piekliwy

Poeta uczciwy


Skurwiel

Natańcz natrzyj mi tego miodu

Będziemy się radować knować psować

Psioczyć jak za lat dawnych

Zwykło się walić łobuzy


Nie smakiem a uniesieniem

Nie płaczem a uwielbieniem

Nie rzygiem a posmakiem

Wierny

Spermy


Wiernym

Krwi pijnym wsysem

Ledwie dysze

I ty dyszysz

Wszyscy dyszymy


I tobie dziś w ofierze

Składamy

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 27.02