E-book
15.75
drukowana A5
77.26
drukowana A5
Kolorowa
113.87
AUSCHWITZ

Bezpłatny fragment - AUSCHWITZ

LEKARZY ZWIERZĄT

Objętość:
428 str.
ISBN:
978-83-8467-110-8
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 77.26
drukowana A5
Kolorowa
za 113.87

Motto

Mamo! Tato! Przecież ja byłam grzeczna —

rozpacz dziecka zabieranego od matki w KL Auschwitz

CZĘŚĆ I


WSTĘP

W kolejnej publikacji omawiającej losy polskich lekarzy zwierząt w latach II wojny światowej prezentuję materiał zebrany podczas wielu lat badań historycznych zawartych we wspomnieniach, pamiętnikach, artykułach czy dokumentach znajdujących się w licznych archiwach (Instytutu Pamięci Narodowej, Centralnym Archiwum Wojskowym w Rembertowie, Archiwum Arolsen, Archiwum Yad Vashem, Archiwum Uniwersytetu Warszawskiego czy Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu — dokumenty Akademii Medycyny Weterynaryjnej z Lwowa) oraz wywiadów i rozmów z rodzinami uwięzionych lekarzy.

Przez ponad dwadzieścia lat badań losów poddanych martyrologii lekarzy zwierząt historia ich życia była przez autora często uzupełniana o drobne szczegóły i była publikowana w wielu artykułach w czasopismach czy publikacjach książkowych na przestrzeni wspomnianych lat. Dzisiaj — zdaniem autora — nastał czas na podsumowanie tych dociekań i zamknięcie badań w określonej ramie czasowej w jednej publikacji.


Tytuł prezentowanej Państwu publikacji książkowej Auschwitz lekarzy zwierząt swoim przesłaniem nawiązuje do publikacji autora pt. Katyń lekarzy zwierząt, dokumentującej wymordowanie przez Rosjan polskich oficerów w Katyniu, Charkowie, Kalininie i w więzieniach zachodniej Ukrainy i zachodniej Białorusi i wcale tytuł niniejszej publikacji Auschwitz lekarzy zwierząt nie dotyczy tylko uwięzionych w obozie Auschwitz ale ma stanowić szersze pojęcie, podobnie jak Katyń, który obejmuje także inne miejsca zbrodni. Auschwitz stał się symbolem zbrodni popełnionych przez Niemców w formie osadzenia, tortur fizycznych i psychicznych oraz mordów w przeróżnych postaciach i w różnych obozach niemieckich wielu obywateli różnych narodowości. Przedstawione podsumowanie badań autora dotyczy losów polskich lekarzy zwierząt/lekarzy weterynarii.

W prezentowanej publikacji nie uwzględniam ofiar gett, gdyż omówione one zostały w książce autora Martyrologia Żydów lekarzy weterynarii w okupowanej Polsce. Nie omawiam także uwięzionych w więzieniach policji porządkowej, policji bezpieczeństwa — kripo i gestapo (np. Fort VII Poznań, Pawiak w Warszawie czy Radogoszcz w Łodzi) czy obozów pracy przymusowej — chyba, że uwięzienie było początkiem osadzenia i przekazaniem więźnia do obozu koncentracyjnego czy zagłady.

Obozy koncentracyjne (Konzentrationslager) to miejsca przetrzymywania osób zwykle bez wyroku sądowego. Jest to bardzo szerokie pojęcie i obejmuje więzienie aż po miejsce zagłady. Obozy koncentracyjne to przede wszystkim: Auschwitz, Buchenwald, Dachau, Kaiserwald, Mauthausen-Gusen, Ravensbrück, Sachsenhausen, Stutthof, Neuengamme. W obozach koncentracyjnych Niemcy osadzali głównie Żydów.


III Rzesza niemiecka stworzyła osobne obozy zagłady:

— Auschwitz-Birkenau (Konzentrationslager Auschwitz)

— Sobibór (SS-Sonderkommando Sobibor),

— Bełżec (SS-Sonderkommando Belzec),

— Treblinka (SS-Sonderkommando Treblinka),

— Kulmhof [Chełmno nad Nerem] (SS-Sonderkommando

Lange, SS-Sonderkommando Bothmann)

— Majdanek (Konzentrationslager Lublin)


KL Auschwitz-Birkenau (Oświęcim-Brzezinka) — German Nazi Concentration and Extermination Camp powstał w czerwcu 1940 roku. W pierwszym transporcie 758 więźniów z Tarnowa do Auschwitz znalazł się lekarz weterynarii Roman Nieć (szerszy biogram wewnątrz publikacji).

W oddali Brama Śmierci — fot. C. Marciniak, Ludwigshafen

KL Auschwitz-Birkenau był największym niemieckim nazistowskim obozem koncentracyjnym i obozem zagłady, gdzie życie straciło ponad 1,1 mln osób. W publikacji niniejszej wymienię nazwy wielu obozów koncentracyjnych i niemal wszystkich obozów śmierci, gdyż w nich więzieni byli lekarze weterynarii i w nich umierali. Od sierpnia 1943 r. rozpoczęto ewakuację obozu. 27 stycznia 1945 r. obóz został wyzwolony przez 100 Lwowską Dywizję Strzelecką z 60 Armii.


Wśród osadzonych w niemieckich obozach koncentracyjnych/obozach śmierci odszukałem 115 — polskich lekarzy weterynarii.


Książka Auschwitz lekarzy zwierząt opowiada martyrologię tych lekarzy weterynarii. Opowieść wzbogaca kolekcja zdjęć wykonanych ponad 80-lat po wojnie przez fotografa ZDF — Carla Marciniaka z Ludwigshafen.

Autor: Poeticbent. Źródło: Jaźń. Jest to polska wersja File: WW2-Holocaust-Poland.PNG przesłana przeze mnie wcześniej.

Mapa pokazuje wszystkie nazistowskie obozy zagłady (tzw. obozy śmierci) — czytamy na stronie wikipedia.pl — a także wybrane obozy koncentracyjne i przedwojenne miasta polskie okupowane podczas II wojny z gettami żydowskimi założonymi przez nazistowskie Niemcy. Główne trasy deportacji zaznaczone są strzałkami. Miejsca wielkich masakr, białą czaszką.


Plan sytuacyjny:

Domena publiczna — Wikimedia.pl — 2005, Plan de situation des trois camps d’Auschwitz, źródło: http://www.memoire-juive.org/3_auschwitz.htm, autor: Dominique Natanson

Obozy zagłady:

Sobibór — SS-Sonderkommando Sobibor — niemiecki nazistowski obóz zagłady istniejący od maja 1942 roku do grudnia 1943 roku w wsi Sobibór przy stacji kolejowej na linii Chełm — Włodawa w dystrykcie lubelskim Generalnego Gubernatorstwa.

Brama wjazdowa do obozu. Autor nieznany. Domena publiczna.

Uwięzionych zabijano w stacjonarnych komorach gazowych przy użyciu gazów z silników spalinowych. Liczba zamordowanych wyniosła ok. 180 tys. osób.


Bełżec — SS-Sonderkommando Belzec/Dienststelle Belzec der Waffen SS — niemiecki nazistowski obóz zagłady istniejący od marca 1942 roku do czerwca 1943 roku w pobliżu wsi Bełżec i stacji kolejowej w dystrykcie lubelskim w Generalnym Gubernatorstwie.

Ofiary zabijano w stacjonarnych komorach gazowych przy użyciu gazów z silników spalinowych. Liczba zamordowanych wyniosła ok. 450 tys. osób. Z ośrodka zagłady udało się zbiec i przeżyć wojnę tylko 2–4 osobom.


KL Treblinka — SS-Sonderkommando Treblinka — niemiecki nazistowski obóz zagłady istniejący od lipca 1942 roku do listopada 1943 roku nieopodal wsi i stacji Treblinka, gmina Kosów w powiecie sokołowskim, przy linii kolejowej Siedlce — Sokołów Podlaski — Małkinia.

Liczba ofiar KL Treblinka sięgnęła ok. 800 tys. osób. Największy niemiecki ośrodek zagłady w Generalnym Gubernatorstwie, a drugi po Auschwitz-Birkenau w okupowanej Europie.


Majdenek — Konzentrationslager Lublin, Vernichtungslager Lublin, Kriegsgefangenenlager Maydanek, KL Majdanek — niemiecki, nazistowski obóz koncentracyjny i jeniecki w Lublinie, istniejący w latach 1941–1944, pełniący przez pewien czas funkcję obozu zagłady.

Niemcy zamordowali ok. 78 tys. osób. Z obozu zbiegło ok. 200 osób.


Kulmhof — SS-Sonderkommando Lange, SS-Sonderkommando Bothmann — niemiecki nazistowski obóz zagłady istniejący od grudnia 1941 roku do kwietnia 1943 roku i ponownie od kwietnia 1944 roku do stycznia 1945 roku we wsi Kulmhof am Nehr [Chełmno nad Nerem] w gminie Dąbie w powiecie kolskim w niemieckim Kraju Warty.

W Kulmhof am Nehr Niemcy zamordowali ok. 200 tys. osób. Nie znamy liczby osób, którym udało się przeżyć uwięzienie w obozie, natomiast znane są personalia sześciu więźniów, którym udało się z niego zbiec i przeżyć wojnę.

LISTA UWIĘZIONYCH LEKARZY ZWIERZĄT W NIEMIECKICH OBOZACH KONCENTRACYJNYCH

Poniżej przedstawiam dotychczasową listę nazwisk uwięzionych i zamordowanych lekarzy weterynarii. Niemcy w obozach koncentracyjnych i obozach zagłady uwięzili 115 lekarzy zwierząt a zamordowali/zginęło/zmarło — 60 z nich(†,✡, ✝).


1. Babiak Piotr ✝

2. Balicki Artur †

3. Bardach Zachariasz ✡

4. Baumunk Julian †

5. Bielawski Mieczysław

6. Biniszkiewicz Władysław †

7. Boguszewski Daniel

8. Bornstein Lipman ✡

9. Bross Stefan ✝

10. Bujwid (Jurgielewicz) Helena

11. Bystroń Marian †

12. Czajkowski Stefan

13. Czopp Henryk ✡

14. Dębiński Zbigniew

15. Drechsler Oskar

16. Dróżdż Bolesław

17. Dürstenfeld Henryk

18. Engelhardt Friedrich †

19. Fiałkowski Stanisław

20. Fijałkiewicz Stefan †

21. Filipowicz Stanisław

22. Fiutak Bolesław †

23. Friese Artur ✝

24. Frużyński Adam

25. Fuchs Izrael ✡

26. Garczarczyk Stanisław †

27. Gaworski Mieczysław †

28. Gelb Szymon

29. Geller Wolf

30. Gintrowicz Kazimierz

31. Głogowski Ignacy

32. Głombik Jan †

33. Goldinberg Majer ✡

34. Goldman Ignacy ✡

35. Goldstein Aba

36. Góralewicz Roman †

37. Gracz Szczepan

38. Groszek Zygmunt

39. Grzymała-Grabowiecki Mieczysław †

40. Gutharc Abraham ✡

41. Guzek Władysław †

42. Hołyński Wiktor †

43. Isserles Maksymilian ✡

44. Janiszewski Stanisław †

45. Kalinowski Bolesław

46. Kamiński Karol ✝

47. Kensik Anastazy †

48. Kiejna Edward

49. Klabecki Kazimierz †

50. Konopacki Jan †

51. Kopista Janusz †

52. Kosiński Bronisław †

53. Kosmala Roman

54. Koszutski Władysław

55. Kowalczyk Tadeusz

56. Krupski Jan

57. Krzysztoforski Władysław †

58. Kubic Józef †

59. Kulesza Przemysław

60. Kwiatkowski Edmund

61. Langer Bogdan †

62. Latała Marian

63. Ledziński Roman †

64. Lemm Edmund †

65. Lewkowicz Władysław

66. Madejczyk Władysław †

67. Malczewski Mieczysław †

68. Mancewicz Wacław

69. Marcinkowski Wiktor †

70. Markowski Józef

71. Matuszewski Stefan †

72. Mendelcwejg Wolf ✡

73. Mirkowski Jan †

74. Modelski Zygmunt

75. Nieć Roman

76. Niedzielski Tadeusz

77. Obitz Kurt ✝

78. Ornatkiewicz Eugeniusz †

79. Ostrowski Stefan †

80. Perenc Aleksander

81. Piątkowski Edward †

82. Pinkus Jehosua George ✡

83. Piwowarczyk Zdzisław †

84. Pomczański Mieczysław

85. Próchnicki Tadeusz †

86. Rembelski Maksymilian †

87. Rogowski Stanisław

88. Rolbiecki Piotr †

89. Rostkowski Tadeusz

90. Różański Eugeniusz

91. Rybacki Edward

92. Szmitz Jonasz ✡

93. Szmitz Karol ✡

94. Szmutz Paweł

95. Semel Adolf ✡

96. Sękiewicz Mieczysław

97. Sielicki Aleksander

98. Skibiński Czesław †

99. Skorski Czesław

100. Steckiewicz Erazm

101. Stokłosa Eryk †

102. Stróżyński Józef

103. Szkup Wacław

104. Szymański Władysław

105. Śniegocki Sylwester †

106. Talko Tadeusz.

107. Teski Czesław †

108. Tyralik Eugeniusz

109. Urbański Rajmund

110. Walczak Józef

111. Wilczyński Zygmunt

112. Wolwowicz Zbigniew

113. Zalasiński Mieczysław

114. Zarosiński Antoni

115. Zieliński Tadeusz


PIĘTNAŚCIE RELACJI/OPOWIEŚCI I ZEZNAŃ ŚWIADKÓW LEKARZY ZWIERZĄT/WETERYNARII Z ŻYCIA W NIEMIECKICH OBOZACH KONCENTRACYJNYCH I OŚRODKACH ZAGŁADY

Na wstępie, przed przystąpieniem do przedstawienia stosunkowo krótkich biogramów lekarzy zwierząt osadzonych w obozach koncentracyjnych, przybliżę kilka szerszych opowieści/relacji o bohaterskich postawach kolegów w celu pełniejszego zobrazowania ich życia w obozach, ich postępowań i zachowania, w jakże trudnych warunkach oraz często tragicznego końca ich życia.


OPOWIEŚĆ PIERWSZA — Daniel Boguszewski

Daniel Boguszewski — Archiwum UW

Opowieść oparta o publikację lekarza wet. Daniela Boguszewskiego, którą w oddzielnej przesyłce dostarczył autorowi dr Tadeusz Pastuszczak z Iławy. Artykuł „Garść wspomnień z obozów koncentracyjnych”, Życie Weterynaryjne nr 2, 1966, 49—52:

W chwili wybuchu wojny w dniu 1. IX. 1939 r. byłem studentem IV roku Wydziału Wet. na Uniwersytecie Warszawskim. Działania wojenne 1939 r. rzuciły mnie na tereny wschodnie. W chwili wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej byłem internowany w obozie wojskowym na Litwie (Ukmerge-Wiłkomierz). W parę tygodni później znalazłem się w Generalnym Gubernatorstwie w okolicy Końskich i odszukałem swoją rodzinę wysiedloną przez Niemców z poznańskiego.

W Końskich poznałem ówczesnego pow. lek. wet. kol. Narbutowicza i miejscowego lek. wet. kol. Sella, którzy na podstawie zaświadczenia wydanego przez nieodżałowanej pamięci p. Terpiłowską, kierowniczkę Dziekanatu Wet. UW, załatwili mi pracę w rzeźni. Niestety nie trwało to długo. Po pół roku zostałem aresztowany przez gestapo (skrzynka kontaktowa) i po dwutygodniowych badaniach w Kielcach wylądowałem w bloku 9 w Oświęcimiu.

Początki w Oświęcimiu były tragiczne. Nie wolno było jeszcze otrzymywać paczek, ja jeszcze do tego miałem tak zwaną „Postsperrę”, to znaczy zakaz pisania i otrzymywania listów.

Tak więc prócz głodu, nieludzkiego traktowania, bardzo ciężkiej fizycznej pracy, niepewności czy przeżyje się do jutra (ciągłe egzekucje w tym okresie), dołączyła się jeszcze troska o los najbliższych, w stosunku do których w związku z moim aresztowaniem, gestapo mogło wyciągnąć brutalne konsekwencje.

Pierwszym moim przydziałem pracy w Oświęcimiu było komando regulacji Soły. Od godziny 6 rano do 18, po kolana lub nawet po pas w wodzie, umacniałem faszynami brzeg Soły. Z komanda liczącego 150 więźniów w tym okresie ubywało przeciętnie 30—40 osób dziennie. W tym czasie spotkałem w obozie swojego dawnego znajomego, pow. lek. wet. z Torunia kol. Mieczysława Grabowieckiego. Kol. Grabowiecki przyjechał do obozu jednym z pierwszych transportów i pracował w kancelarii obozowej. Dzięki jego staraniom zostałem przeniesiony do lepszej pracy na terenie drwalni obozowej. Pomoc kol. Grabowieckiego w stosunku do mnie nie skończyła się tylko na tym. W miarę swoich jakże skromnych możliwości co jakiś czas wspomagał mnie pomocą prowiantową (chleb, Margaryna), bez której na pewno nie przetrzymałbym tego okresu.

Kol. Grabowiecki był czynnym aktywistą konspiracji obozowej, wykrytej przez Niemców w końcu 1942 r. i z grupą dwudziestu paru kolegów — więźniów (płk Lisowski) rozstrzelany na początku grudnia. W tym samym okresie dowiedziałem się o śmierci w szpitalu obozowym dobrze mi znanego sprzed wojny kol. lekarza wet. Władysława Madejczyka z Pabianic, syna śp. Juliana, również lekarza wet. Znowu nastały ciężkie dni głodu, a w końcu przyszło najgorsze co mogło spotkać więźnia oprócz śmierci — tyfus plamisty. Naprawdę do dzisiaj nie wiem jak go przeżyłem. W każdym razie nie zgłosiłem się do rewiru (szpitala), wiedząc, że grozi mi to zagazowaniem. Przez trzy tygodnie z temperaturą powyżej 40 st. Chodziłem do pracy. Najważniejszą rzeczą było przejść przez bramę obozową, tak do pracy, jak i z powrotem, aby nie zostać zauważonym przez dyżurnych esesmanów.

W okresie rekonwalescencji tak jak mogli pomagali koledzy, poza tym zniesiono mi „Postsperrę”, a do obozu pozwolono przysyłać paczki początkowo o ciężarze 250 gram. Sądzę, że właśnie to zaważyło o moim życiu.

Pewnego dnia już po apelu, pijąc jakieś ziółka, które stały w beczkach na rogach ulic obozowych (wody nie wolno było pić ponieważ była chlorowana) zostałem kopnięty przez przechodzącego esesmana i straciłem przytomność. Kiedy się ocknąłem stał nade mną jakiś więzień i pomagając mi wstać wdał się ze mną w rozmowę, a raczej zaczął mnie wypytywać — kto, skąd, co robiłem na wolności. Podprowadził mnie na mój blok i zapisując mój numer i nazwisko powiedział mi na pożegnanie, że postara mi się dopomóc.

Dwa dni później wyczytano na apelu mój numer i polecono mi nie iść do pracy, a zostać na bloku. Wtedy już byłem pewny, że to koniec. Numery wyczytano rano i pozostające na bloku były likwidowane tego samego dnia w krematorium lub na bloku 11. Utwierdziła mnie w tym przekonaniu liczba zatrzymanych więźniów (53) oraz to, że zaraz po wyjściu z obozu oddziałów roboczych, kazano nam wszystkim stawić się pod kuchnią, gdzie czekała już na nas grupa esesmanów. Tam nastąpiła jeszcze jedna selekcja i, o dziwo, jeden z esesmanów zabrał mnie ze sobą i po drodze powiedział mi, że odprowadza mnie do „Tierpflegerkomando”, gdzie od dnia dzisiejszego zostałem przeznaczony do pracy.

Stajnie „Tierpflegerkomando” znajdowały się w bezpośrednim sąsiedztwie obozu. Kiedy tam mnie doprowadzono pierwsza osobą, którą spotkałem, był ten kolega, który mnie podniósł na ulicy. Był to kolega Tadeusz Zieliński, pełniący funkcję głównego lek. wet. — więźnia na terenie obozu oświęcimskiego /…/. Tymczasem chciałbym omówić organizację tzw. „Tierpflegerkomando” w Oświęcimiu.

Obóz koncentracyjny w Oświęcimiu był nie tylko obozem pod każdym względem samowystarczalnym, ale dawał SS olbrzymie zyski. Wszystkie wsie okoliczne były wysiedlone, tak że o ile się nie mylę 14 tys. ha należało do obozowej gospodarki rolnej. Oprócz gospodarstwa czysto rolniczego, prowadzono tam hodowlę świń (Oświęcim-Rajsko), hodowle kur (Harmense), hodowle królików oraz stawy rybne. Poza tym w Oświęcimiu do obsługi „Tierpflegerkomando” należało 5 stajni koni roboczych i jedna stajnia wyjazdowa, tzw. „Reitstall”. Oprócz tego w Rajsku była jeszcze jedna stajnia robocza, która wraz z fermą kur na Harmensach obsługiwali koledzy, kol. Roman Nieć i Zygmunt Modzelewski (lub Moldzyński), a także więźniowie z pierwszych transportów. /…/.

Przydzielono mnie do stajni wyjazdowej, przez pierwszy tydzień dosłownie nic nie robiłem. Koledzy ukrywali mnie przez cały czas pracy w sianie, dostawałem dożylnie glukozę i inne środki wzmacniające „rozchodowane” z apteki stajennej, a oprócz tego wszyscy dożywialiśmy się śrutem owsianym kradzionym koniom, dosłownie ze żłobu i następnie gotowanym w malutkiej komórce, przeznaczonej na gotowanie wody do opatrunków i zabiegów.

Z tego okresu muszę przypomnieć jeden smutny wypadek. W parę dni po moim przeniesieniu do stajni wyjazdowej, przyprowadzono tam nowego kolegę, którego „wykrył” tak jak mnie w obozie nieoceniony Tadzio Zieliński. Kolega tym był kol. Balicki, pow. lek. wet. w Łasku, gdzie został aresztowany. Przybył on do nas w stanie kompletnego wyczerpania fizycznego z powodu panującej wówczas w obozie krwawej biegunki. Koledzy otoczyli go najserdeczniejszą opieką, niestety nie dało się w tych warunkach już nic zrobić. Po dwóch dniach zakończył życie.

Czas teraz, żeby powiedzieć parę słów o kol. Tadeuszu Zielińskim. Uniwersytet Warszawski ukończył w roku 1930 lub 1931. W chwili wybuchu wojny pracował jako rejonowy lekarz wet. w Łęcznej woj. lubelskie i tam też został przez gestapo aresztowany. Po przejściu badań w Zamku w Lublinie, jednym z pierwszych transportów lubelskich zostaje przywieziony do Oświęcimia i skierowany do pracy przy koniach, początkowo jako furman.

Dzięki dobrej znajomości języka niemieckiego, dostaje funkcję lekarza wet., zdobywa zaufanie lekarza wet. SS — renegata norweskiego, który od tej pory zdaje na niego wszystkie sprawy związane z leczeniem zwierząt, mało tego — kolega Zieliński właśnie przez niego ściąga do komanda wszystkich kolegów, o których zdołał się w obozie dowiedzieć (wielu ukrywało swój zawód, wielu występowało pod obcym nazwiskiem).

Już po uwolnieniu dowiedziałem się, że przeżył wojnę. Zaraz po uwolnieniu leżał ciężko chory w szpitalu amerykańskim w Monachium. Niestety kontaktu z nim nie udało mi się nawiązać, a tak wiele mu zawdzięczam.

Na czym polegała moja praca w „Reitstallu”? Nasze komando wstawało wraz z kucharzami i „kartoflarzami” o godz. 3.30, pobudka dla całego obozu była o godz. 5 rano. Po przyjściu do stajni koledzy obrokowali konie, a moim obowiązkiem było przejrzeć kopyta, kończyny i stwierdzić ogólną kondycję koni. Około godziny 7 rano przychodzili „nadludzie”. Przy akompaniamencie wrzasków i bicia wybierali sobie konie pod wierzch lub do bryczek, w celu wyjazdu na teren obozu. Trwało to około jednej do dwóch godzin. Po wyjeździe ze stajni ostatniego konia, do południa była względna chwila wytchnienia. Względna, gdyż po terenie ciągle kręcili się esesmani, z których każdy po wejściu do stajni wynajdywał jakieś niedokładności i karę wymierzał na miejscu…

Po sprzątaniu stajni, jeden z kolegów, zwykle Rosjanin, wychodził z miotłą przed budynek i udając, że zamiata rozglądał się czujnie wokoło. W razie zbliżania się niebezpieczeństwa ostrzegał resztę obsady stajni gwizdem. A co robiła ta reszta? Reszta w dwóch lub trzech wiadrach gotowała wtedy śrut owsiany, który ratował nas od śmierci głodowej.

Z tego okresu chcę wspomnieć jeszcze o wypadku, który mógł skończyć się dla mnie i dla moich kolegów tragicznie. Pewnego dnia przyszło do stajni ”Reitstallu” dwóch więźniów-prominentów obozowych pracujących w tzw. Arbeitsdienstdiestelle, Polak Mietek (nazwiska nie pamiętam) wiem, że pochodził z Bydgoszczy i Niemiec Otto, z karteczką od esesmana, kierownika komanda, ażeby im wydać konie z wozem, gdyż jadą do Rajska, żeby przewieźć stamtąd pewne rzeczy do obozu.

Wraz ze mną był pisarz komanda Roman Szaliński i wspomniany już przed tym kapo inż. Heczko. Konie wraz z wozem wydaliśmy im za pokwitowaniem. Podczas wieczornego apelu okazuje się, że brak jest trzech więźniów. Stoimy na apelu do godziny pierwszej w nocy. O godzinie pierwszej już esesmani wiedzą, że brak właśnie dwóch Arbaitsdienstów i jeszcze jednego więźnia oraz koni z wozem. Konie znaleziono rano w stodole we wsi Budy odległej 7 km od obozu.

Na drugi dzień rano pisarza Romana, kapo Heczko i mnie zamknięto w bunkrze nr 11, jako podejrzanych o pomoc w ucieczce. Przez trzy dni byliśmy badani w oddziale politycznym obozu. Nie będę opisywał badań, gdyż nie jest to celem moich wspomnień, w każdym bądź razie długo musieliśmy przychodzić do siebie — ja przez te trzy dni osiwiałem.

Później będąc w Oranienburgu dowiedziałem się od transportów przybyłych z Oświęcimia, że Otto został złapany w Bydgoszczy i wykręcił się, jako Niemiec, porcją 50 kijów i dwumiesięcznym bunkrem. Mietka nie złapano. Doczekał się końca wojny na wolności. Co się stało z trzecim uciekinierem i kto nim był, nie wiem do dzisiaj.

W tym okresie rozstrzelano z wyroku gestapo kol. Fijałkowskiego, absolwenta Akademii Lwowskiej oraz Edmunda Kwiatkowskiego, kolegę z mojego roku na Wydziale Wet. UW. Również w tym czasie przybył do nas nowy Kolega lekarz wet. Roman Góralewicz z Zakopanego. Aresztowano go razem z żoną, która okropnie storturowana przez gestapo wkrótce zakończyła życie w Brzezińce.

Pod koniec 1942 roku już nie wystarczało jedno krematorium obozowe mogące spalić 100—150 trupów dziennie. Zaczęły przychodzić transporty prosto do gazu z ominięciem obozu. Zadymiło sześć krematoriów Brzezinki.

Krematorium — fot. C. Marciniak z Ludwigshafen

W marcu 1943 r. zaczęto wysyłać z Oświęcimia duże transporty do innych obozów. I tak w dniu 13 marca z transportem 3 000 więźniów zostałem przewieziony do kamieniołomów w KL Gross-Rosen, obecnie Rogoźnica koło Strzegomia.

/…/. Cały nasz transport wykuwał w skale rów kanalizacyjny łączący Striegau z Gross-Rosen. Z obozu do pracy biegaliśmy 5 do 6 km, w trepach z jednego kawałka drzewa (tzw. saboty). Tzw. obiad dowożono na miejsce. Pracowaliśmy od 6 rano do 18. Po zakończeniu pracy również biegiem, wracało się na apel, z ta różnicą, że każdy z więźniów musiał przynieść kamień do budowy obozu o wadze około 20 kg. Kto kamień zgubił lub nie doniósł, miał szczęście o ile wymigał się porcją 25 kijów. /…/. Ale i to się wkrótce skończyło. Transport nasz był przeznaczony do fabryk zbrojeniowych.

Po trzech miesiącach pobytu w Gross-Rosen przewieziono nas węglarkami do Sachsenhausen, a następnie do obozu przy fabryce Heinkla w Oranienburgu.

Tam spotkałem swojego kolegę gimnazjalnego z Torunia Tadeusza Cieślika (obecnie członka stałej Delegacji Polskiej przy ONZ), który jako stary więzień tego obozu wyrobił mi pracę w szpitalu obozowym. Praca była dobra, najważniejsze że pod dachem, w każdym bądź razie można by spokojnie czekać końca wojny, gdyby nie bombardowanie i głód. Oranienburg leży w odległości 30 km od Berlina. Co dzień i co noc widzieliśmy bombardowanie stolicy III Rzeszy. W nocy przy łunach pożarów można było w obozie czytać gazety.

W lipcu 14 lipca 1944 roku w południe, jedna z eskadr lecących na Berlin skręciła nagle na nasz obóz, który mieścił się w centrum fabryki Heinkla. W wyniku dziesięciominutowego bombardowania zginęło 2 tys. więźniów i 1 tys. SS. Fabryka i obóz przestała istnieć. W obozie zaczyna panować rozprężenie. Przysyłają nowe oddziały SS, które szybko zaprowadzają „porządek”. Ginie przy tym znowu około 300 jeńców. Po tygodniu z niedobitków, SS formułuje nowy transport do obozu przy fabryce Junkersa w Halberstadt (Harzgebirge), którego obozem macierzystym jest Buchenwald.

/…/. Pilnują nas kombatanci z I wojny światowej, siłą wcieleni do SS. /…/. Staruszkowie, świeżo zmobilizowani, często chorują. Stale wysiadują u nas w rewirze prosząc o lekarstwa, gdyż do swojego szpitala do miasta mają trzy kilometry. /…/. W tym czasie głodujemy wszyscy straszliwie. /…/. Jak strasznie wtedy głodowaliśmy, niech zilustruje to następujący fakt: na jednej Sali rewiru czuliśmy od pewnego czasu tak nam dobrze znaną woń rozkładającego się trupa. Postanowiliśmy zbadać sprawę. I co się okazało. Na piętrowej pryczy, na III piętrze, znaleźliśmy rozkładającego się trupa, a obok niego leżał jego rodzony brat, który od tygodnia ukrywał śmierć swojego brata, ażeby móc pobrać za nieżyjącego jego porcję żywnościową. Obydwaj bracia byli przed aresztowaniem znanymi adwokatami paryskimi.

W marcu 1945 roku przysyłają do nas transport 1 300 Węgrów z Dachau. Transport ten był w drodze dwa tygodnie i jak sami więźniowie stwierdzili dojechało z nich do nas tylko 1/3. Po tygodniu umiera dalszych 600 osób. Krwawa biegunka zbiera swoje żniwo.

W dniu 2 kwietnia 1945 r. zmienia się załoga obozowa. Przychodzą młodzi 16 i 17-letni fanatycy hitleryzmu. Makabra zaczyna się od nowa.

W Wielki Piątek, wobec zbliżania się wojsk amerykańskich, zostaje zarządzona pierwsza ewakuacja obozu. Maszerujemy prawie miesiąc. Kto nie nadąża za kolumną, ten ginie. Przez ten czas dostaliśmy dwa razy ciepłe jedzenie — koninę z zastrzelonych przez samoloty koni. W dniu 13 maja 1945 r. jesteśmy wolni. Liczymy się. Z 3 tys. ludzi nie doliczyliśmy się nawet 2 tysięcy zawszonych szkieletów, reszta została na szlaku ewakuacyjnym, żeby nigdy nie wrócić do domu”.


OPOWIEŚĆ DRUGA — Tadeusz Niedzielski

T. Niedzielski — Archiwum UW

Rozpocznę relacją Waldemara Konopki z książki „Łęczyński wrzesień 1939” Marii Kieres-Kramek i Eugeniusza Misiewicza: „20 września o godz. 11.00, ciężkie karabiny maszynowe zaczęły ostrzeliwać most lubelski i pozycje Niemców rozlokowanych na zachodnim brzegu rzeki. W tym czasie dziesięcioletni Waldek Konopka wraz z rodzicami i rodzeństwem siedział w schronie wykopanym na podwórzu Wysokińskich w kol. Trębaczów, jakieś ćwierć kilometra od mostu. Dzień wcześniej w ich domu pojawiło się nocą trzech polskich oficerów. Poprosili jego ojca Bronisława, byłego policjanta i rezerwistę WP o pomoc w rozeznaniu terenu na zachodnim brzegu Wieprza. Ojciec Waldka naszkicował plan rozmieszczenia pozycji niemieckich, a od polskich oficerów otrzymał nożyce do przecięcia drutów telefonicznych.

Gdy ucichły odgłosy bitwy, B. Konopka pobiegł na miejsce boju. Kilkunastu żołnierzy niemieckich leżało zabitych, a ranni opatrywani byli przez doktora Niechaja i weterynarza Niedzielskiego. Wraz z nimi z karabinem na ramieniu, był Burlik i jeszcze kilkunastu Łęcznian. Dziesiątki jeńców niemieckich siedziało w przydrożnym rowie…”.


Tadeusz Niedzielski

Urodził się 1 grudnia 1905 r. w Mękarzowie w woj. kieleckim, s. Ignacego i Marianny Gawrońskiej. Dyplom lekarza weterynaryjnego nr 168 uzyskał 15 czerwca 1931 r. na Wydziale Weterynaryjnym Uniwersytetu Warszawskiego. Po ukończeniu studiów przybył do Łęcznej i po Janie Zwierzchowskim objął stanowisko miejskiego lekarza weterynarii.

W 1939 r. uczestniczył w bitwie o most na rzece Wieprz i został aresztowany przez gestapo w 1940 r. Osadzony na Zamku Lubelskim skąd wywieziony został do obozu koncentracyjnego Auschwitz. Przeżył obóz. Szerzej o pobycie w obozie opowiem po przedstawieniu dalszych relacji związanych z atakiem na most w Łęczycy.

Atak na most lubelski na rzece Wieprz przeprowadził zorganizowany ad hoc oddział Wojska Polskiego złożony z około 100 żołnierzy przy wsparciu przez dwudziestu ochotników z Łęcznej. Oddziałem tym dowodził kpt. Stefan Józef Żabicki wraz z trzema porucznikami. Atak poprzedził ostrzał pozycji niemieckich z trzech ciężkich karabinów maszynowych. Zabili jedenastu Niemców, kilkunastu raniąc i wielu biorąc do niewoli. Ciężko rany został kpt. Stefan J. Żabicki (który zmarł) oraz czterech dalszych żołnierzy. Ale Oddział przebił się w kierunku Kijany — Lubartów i poszedł na pomoc walczącej stolicy.

Już w październiku 1939 r. rozpoczęły się poszukiwania Polaków uczestników walki o most. Aresztowano i uwięziono na Zamku w Lublinie: Konstantego Burlika, Kazimierza Paseckiego, Franciszka Wronowskiego… Wacława Niechaja i Tadeusza Niedzielskiego.

Kolejne wspomnienie Jana Strzyżewskiego z książki „Łęczyński wrzesień 1939”: „Był 11 listopada 1941 r. Było jeszcze ciemno, gdy kilkunastoletni Janek Strzyżewski i jego matka Paulina, pieszo wyruszyli z Łęcznej do Lublina. Trasę te pokonywali już po raz trzeci, chodząc na każdą z rozpraw odbywających się w sprawie Aleksandra i innych Łęcznian, od miesięcy więzionych na Zamku. Gdy dotarli do rogatek miasta, skierowali się w kierunku sądu na Krakowskie Przedmieście 43. Tego dnia miał być ogłoszony wyrok. Sala wypełniona ludźmi, sędziowie, niemieccy żandarmi z psami i kilku więźniów. Wśród nich jego starszy brat — Olek. Te ogromne warczące wilczury i wyrok: skazani na śmierć! I głośny płacz matki. Janek ukrył twarz w dłoniach. Rozpłakał się…”.

„Tragiczny epilog — czytamy we wspomnianej pozycji — Łęczyńskiego września nastąpił 31 grudnia 1941 roku w Lublinie. Tego dnia hitlerowcy rozstrzelali w Rurach Jezuickich pięciu Łęcznian: K. Paseckiego, K. Burlika, A. Strzyżewskiego, Fr. Wronowskiego i R. Denisa. Z innych aresztowanych, W. Niechaja rozstrzelano (?) 3 VII 1940 r., trzech zmarło w celach Zamku — B. Konopka, W. Domaciuk, J. Miksuła, a T. Niedzielskiego wywieziono do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Pozostałym udało się przeżyć”.

Tadeusz Niedzielski w KL Auschwitz. Nr obozowy 5990.

Opowieść o uwięzieniu w obozie oparta będzie na obszernych cytatach współwięźnia, lekarza weterynarii Daniela Boguszewskiego (KL Auschwitz nr 63737, Gross-Rosen nr 8810, Sahsenhausen-Oranienburg nr 64252, Buchenwald-Halbsertstadt nr 75013), który w art. „Rola lekarzy weterynarii w życiu konspiracyjnym obozów koncentracyjnych” opublikowanym w „Życiu Weterynaryjnym” nr 11, 1970 stosunkowo szczegółowo zaprezentował swój pobyt oraz pobyt innych kolegów lekarzy wet. w tym Tadeusza Niedzielskiego.

„Pierwszymi lekarzami weterynarii, którzy włączyli się czynnie do ruchu oporu na terenie obozu oświęcimskiego byli Koledzy: Mieczysław Grabowiecki, Tadeusz Niedzielski, Roman Nieć i Zygmunt Modzelewski [Zygmunt Modelski]. Doktor Grabowiecki, powiatowy lekarz weterynarii z Torunia, został na skutek donosu volksdeutscha aresztowany w dniu 10 lipca 1940 r. w Łowiczu i osadzony jako jeden z pierwszych więźniów w Oświęcimiu. Początkowo pracował w kancelarii obozowej, a następnie — w magazynie depozytów więźniów, w tzw. Effektenkammer. Pozostali trzej koledzy pracowali w tzw. Tierpfleger Kommando, tj. brygadzie mającej za zadanie opiekę nad żywym inwentarzem w obozie. Początkowo tylko w samym Oświęcimiu był inwentarz żywy (stajnie robocze i wyjazdowe SS oraz dwie chlewnie). Później, w miarę wysiedlania ludności cywilnej z okolicznych wsi, zaczęto zakładać stajnie, chlewnie i fermy drobiu w gospodarstwach przyobozowych, takich jak: Budy, Rajsko, Harmense i Babica. We wszystkich tych ośrodkach pracowali funkcyjni lekarze wet. — więźniowie. Całością pracy lekarzy wet. więźniów kierował Kolega Tadeusz Niedzielski, podlegający bezpośrednio lekarzowi wet. SS z załogi obozu.

Trzeba przyznać, że obydwaj następujący po sobie lekarze wet. SS z załogi obozowej wykazywali wiele cech ludzkich w stosunku do więźniów. Jeden z nich był pochodzenia Duńczykiem, drugi — Austriakiem, zresztą obydwaj byli przymusowo oddelegowani do SS. Kolega Niedzielski, samorządowy lekarz wet. z Łęcznej, woj. lubelskie, mający prawo poruszania się po całym obozie, wyszukiwał lekarzy wet. w innych kompaniach na podstawie danych dostarczonych mu z kancelarii obozowej przez kol. Grabowieckiego, a następnie przez lekarza wet. SS powodował przeniesienie ich do Tierpfleger Kommando.

Świeżo przybyły do komanda Kolega wprowadzany był w życie konspiracyjne komanda i obozu dopiero po otrzymaniu o nim dokładnych danych z kancelarii obozowej i po dokładnej dłuższej obserwacji. Najważniejszym zadaniem Tierpfeger Kommando, zlecanym przez dowództwo organizacji obozowej, było zaopatrywanie, w miarę możności, przede wszystkim obozu kobiecego w Rajsku i w Brzezince w lekarstwa oraz przerzucanie tam zaoszczędzonej przez nas żywności. Na ręce nieżyjącej już dziś pisarki Zofii Kossak-Szczuckiej szły do Rajska i Brzezinki dwa lub trzy razy w tygodniu paczki z lekarstwami i szczepionką przeciwtyfusową Weigla, którą sobie tylko wiadomymi drogami zdobywali z zewnątrz kol. kol. Grabowiecki, Niedzielski i Nieć.

Również obóz męski w Oświęcimiu zaopatrywany był w miarę możności w lekarstwa z apteki Tierpfleger Kommando. Lekarstwa te następnie były oficjalnie rozprowadzane do leczenia zwierzą obozowych, a ordynowanie leków i książkę rozchodu podpisywał lekarz SS. Niepowetowaną stratę poniosła organizacja przez rozstrzelanie na terenie bloku jedenastego, w dniu 25 stycznia 1943 r., płk. Dziamy i kol. Grabowieckiego. W dniu tym egzekucją objęto 51 więźniów oskarżonych o stworzenie na terenie obozu organizacji bojowej. Do dekonspiracji przyczynili się niemieccy więźniowie kryminalni”.

Ściana Straceń na dziedzińcu pomiędzy blokami 11 i 10 — fot. C. Marciniak z Ludwigshafen

Uwięzienie w KL Auschwitz doktor Tadeusz Niedzielski przeżył. Po uwolnieniu wyjechał na Zachód. Zmarł w 1994 r.


OPOWIEŚĆ TRZECIA — Jerzy Testewicz

Opowieść dotycząca lekarza weterynarii Jerzego Testewicza związana jest z jego wyczekiwaniem w więzieniu na transport do KL Auschwitz. Ponieważ szczęśliwy przypadek, o którym piszę poniżej, zaoszczędził mu osadzenia w obozie i może przeżycia wojny, dlatego też nie został umieszczony w biogramach wśród lekarzy zwierząt uwięzionych w obozach koncentracyjnych i na obozowej liście lekarzy weterynarii.

Jerzy Testewicz — Archiwum UW i fot. J. Testewicza przekazana przez córkę doktora P. E. Misiewiczowi. Autor dziękuję p. Misiewiczowi za możliwość wykorzystania w/w zdjęcia.

Drugim lekarzem weterynarii żyjącym i pracującym w Łęcznej był Jerzy Testewicz. Urodził się 7 listopada 1912 r. we wsi Niemce, pow. Lubartów, s. Feliksa i Anny Koperskiej. Dyplom lekarza weterynaryjnego nr 175 otrzymał w 1940 r. na Wydziale Weterynaryjnym Uniwersytetu Warszawskiego.

We wrześniu 1940 r. otrzymał nakaz pracy i skierowanie do Łęcznej, gdzie przybył wraz z żoną Aliną z d. Herwy. Otrzymali mieszkanie w domu przy ul. Boźniczej z przylegającymi doń zabudowaniami lecznicy i stajni dla chorych zwierząt.

Jerzy Testewicz jako poruszający się bez podejrzeń za dnia i w nocy po okolicach podejmuje współpracę z organizacjami podziemnymi. Jednakże w miesiącach letnich 1941 r. zostaje aresztowany przez gestapo i osadzony w katowni „Pod Zegarem”, gdzie przeszedł okrutne śledztwo. „Przez cały okres okupacji podziemia gestapo przy ulicy Uniwersyteckiej 3 zapełniali ludzie przywożeni na przesłuchania, bądź z więzienia na zamku, bądź z miejsca aresztowania. Trafiali tu zarówno mężczyźni, jak i kobiety, różnych zawodów i w różnym wieku. Nawet dzieci trafiały do katowni gestapo” — pełny opis w książce Z. Mańkowskiego: „Hitlerowskie więzienie na Zamku w Lublinie 1939 — 1944.

Po szczęśliwym zakończeniu przesłuchań został uwięziony na Zamku w Lublinie. Piszę o szczęśliwym zakończeniu, gdyż wielu aresztowanych przewożono na Zamek w workach papierowych, a lekarz wystawiał fikcyjny akt zgonu.

Jerzy Testewicz oczekiwał na Zamku na transport do KL Auschwitz. O pobycie w więzieniu lekarza weterynarii dowiaduje się żona komendanta tego więzienia, gdyż poszukiwała pomocy do swojego ukochanego chorego psa. Komendant nakazuje więźniowi zająć się jego psem. Doktor Jerzy Testewicz szczęśliwie ratuje psa. W nagrodę wycofano go z transportu do KL Auschwitz i dostał przydział do pracy w stajni zamkowej, a w 1942 r. uzyskuje całkowite uwolnienie.

Wraca do Łęcznej i pracuje dalej jako lekarz weterynarii.

Szerszy biogram dr. Jerzego Testewicza odszukałem w publikacji Eugeniusza Misiewicz, pt. Łęcznianie III, Łęczna 2012. Za zgodą autora przytaczam biogram w całości wraz ze zdjęciami:


Jerzy Testewicz urodził się 7 XI 1912 roku w Niemcach k. Lublina. Jego rodzice, Feliks i Anna z d. Koperska, w podlubelskim Czerniejowie mieli majątek ziemski z hodowlą koni.

Jerzy Testewicz — przystojny młodzieniec i we wczesnym dzieciństwie

Ojciec, wcielony do armii rosyjskiej, zginął w czasie działań wojennych na wschodzie 1915 roku. Owdowiała matka, przy wsparciu swojego brata dalej zarządzała majątkiem, a syna — jedynaka, absolwenta lubelskiego liceum wysłała na studia do Warszawy. Jerzy studiował na Wydziale Weterynarii Uniwersytetu Warszawskiego, a w 1939 roku otrzymał dyplom lekarza weterynarii. Po wybuchu wojny powrócił do Czerniejowa.

W okresie studiów poznał swoją przyszłą żonę Alinę Herwy — wówczas studentkę dziennikarstwa.

Alina Herwy, ur. 8 IV 1914 r. w Rawie Ruskiej, c. Edwarda i Stefanii z d. Osińskiej, pochodziła z Przemyśla. Po maturze podjęła studia w Wyższej Szkole Dziennikarskiej w Warszawie, które ukończyła w 1939 roku. Po otrzymaniu dyplomu młoda adeptka dziennikarstwa znalazła pracę w „Kurierze Warszawskim”. Po wybuchu wojny, wraz z koleżanką z uczelni, opuszcza stolicę i pieszo zmierza do Przemyśla. W drodze zatrzymują się w Czerniejowie — w domu rodzinnym kolegi ze studiów Jerzego Testewicza. Po dotarciu do celu okazuje się, że miasto zajęli Sowieci, a rzeka San jest linią graniczną miedzy Wehrmachtem a Armią Czerwoną. Wraz z Jurkiem, który bryczką odwoził ją do domu, powracają do Czerniejowa. Kilka miesięcy później pobierają się. Niedługo po ślubie Jerzy dostaje nakaz pracy i we wrześniu 1940 r. zostaje skierowany do Łęcznej. W styczniu ściąga tutaj żonę. Mieszkają w domu przy ulicy Bożnicznej, z przylegającą doń lecznicą i stajnią dla chorych zwierząt.

Latem 1941 roku J. Testewicz, za działalność konspiracyjną prowadzoną jeszcze w Czerniejowie, został aresztowany przez gestapo i wywieziony do katowni „Pod Zegarem” w Lublinie. Po okrutnych przesłuchaniach, pobity i zmaltretowany — 13 sierpnia trafił do szpitala więziennego na zamku, skąd po kilku dniach został przeniesiony do celi więziennej. Od niechybnej wywózki do obozu koncentracyjnego uratował go przypadek — wyleczył chorego psa należącego do żony komendanta więzienia na zamku. Prawdopodobnie to za jej wstawiennictwem komendant Peter Domnick, miłośnik zwierząt — wbrew panującym zwyczajom oraz regulaminowi wykreślił z listy wywozowej do Oświęcimia więźnia politycznego J. Testewicza i skierował go do pracy w stajni zamkowej, powierzając mu opiekę weterynaryjną nad inwentarzem. Na zamku Jerzy przesiedział do maja 1942 roku, a po zwolnieniu powrócił do domu i pracy w Łęcznej. /…/.


Po wyzwoleniu doktor Testewicz od podstaw organizował służbę weterynaryjną na terenie miasteczka i gminy. Położył spore zasługi w walce z pryszczycą — jedną z najgroźniejszych chorób zwierząt w tamtym okresie. W 1961 roku siedzibę lecznicy przeniesiono na Pasternik, do nowego budynku z salą operacyjną, zapleczem, mieszkaniami służbowymi dla lekarzy. Testewiczowie zamieszkali w jednym z nich. Alina zajmowała się prowadzeniem domu i wychowaniem dzieci: Marka, Krystyny i Piotra.

Dzieci Aliny i Jerzego Testewiczów: Marek, Krystyna i Piotr

Poza obowiązkami domowymi, będąc dziennikarką z wykształcenia i osobą pełną inwencji oraz werwy, aktywnie włączała się w życie społeczno-kulturalne miasteczka. Udzielała się społecznie w pracach szkolnego komitetu rodzicielskiego oraz Komitetu Budowy Szkoły Tysiąclatki w Łęcznej. Z powodzeniem prowadziła szkolny zespół teatralny. …Wystawiliśmy — jak wspominała za życia — m.in. 3- aktową bajkę „Baba Jaga przed trybunałem krasnoludków”, „O chłopcu, który zgubił czas” czy piękną basn „Kopciuszek”. Dzieci grały w strojach wypożyczonych z Teatru Miejskiego w Lublinie, a na spektakle przychodziły tłumy mieszkańców…

Alina Testewicz z synem Markiem, Łęczna, marzec 1945 r.
Jerzy Testewicz z córką Krystyną, lata 50. XX w. Łęczna, 1946 r.,

Testewiczowie, mając na względzie dobro swoich dzieci i ograniczone możliwości dalszego ich kształcenia w Łęcznej, w 1962 r. kupili dom jednorodzinny w Lublinie przy ul. Hryniewieckiego 18. Alina przeniosła się z dziećmi do Lublina, a J. Testewicz pozostał w Łęcznej. Nadal mieszkał w lokalu służbowym i kierował łęczyńską lecznicą do czasu przejścia na emeryturę w 1975 r.

Za ofiarną i długoletnią pracę został odznaczany m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.


Jerzy Testewicz zmarł w 1999, a Alina 2003 roku. Pochowani są w grobowcu rodzinnym w Czerniejowie.


OPOWIEŚĆ CZWARTA — Władysław Lewkowicz

Władysław Lewkowicz w młodości i obok w wieku dojrzałym

Urodził się 15 sierpnia 1921r. w Kaliszu, s. Stanisława i Stanisławy, w rodzinie oficera Wojska Polskiego. Miał dwie siostry. Rodzice przenieśli się do Poznania, gdyż ojciec służył w 7 Dywizjonie Artylerii Konnej. Mieszkali w koszarach przy ul. Bukowskiej. Następnie całą rodzinę przeniesiono do Warszawy i tam Władek ukończył gimnazjum.


Później była wojna. Obozy koncentracyjne. Pierwsze było więzienie — Pawiak, następny — KL Auschwitz-Birkenau (3 lata) i trzeci — KL Buchenwald (2 lata). Uwolnienie i krótki okres u gen. Maczka. Powrót do kraju — liceum w Busku Zdroju, Warszawa i studia weterynaryjne na Uniwersytecie Warszawskim. Dyplom lekarza weterynarii w 1952 r. Praca w Lecznicy dla Zwierząt w Poznaniu. W 1973 r. obrona pracy doktorskiej: Badania nad okresem karencji przy leczniczym stosowaniu antybiotyków u zwierząt gospodarskich.

Nominacja na stanowisko Powiatowego Lekarza Weterynarii w Poznaniu.

Zmarł 19 października 2010 r. Pochowany na starym Cmentarzu Jeżyckim w Poznaniu.


Opowieść doktora:

Przed wrześniem 1939 r., jako osiemnastolatek byłem na krótkim szkoleniu wojskowym i gdy wybuchła wojna a Niemcy znaleźli się w pobliżu stolicy, na apel prezydenta miasta Warszawy Starzyńskiego zgłosiłem się do obrony miasta. Byłem na placu Unii Lubelskiej, budowałem barykady, uczestniczyłem w przewracaniu tramwajów i kopaniu dołów. Przeżywaliśmy silne naloty. Ginęło wielu młodych ludzi. Najwięcej na Placu Trzech Krzyży. Podczas jednego nalotu zostałem zasypany, znalazłem się w szpitalu. Opatrzyli mnie lekarze z Poznania. Od tego czasu mam problemy z kręgosłupem.

Po zajęciu Warszawy przez Niemców nie potrafiliśmy się z tym pogodzić. Chcieliśmy dać mieszkańcom jakąś nadzieję, rozrzucaliśmy ulotki — „Polska żyje”! A złapany zostałem w mieszkaniu przy Alejach Ujazdowskich, za wrogą działalność na szkodę III Rzeszy. Nie wiem czy przyszli specjalnie czy też przypadkowo. W każdym bądź razie 12 lub 13 sierpnia 1940 r. wylądowałem na Pawiaku. Po trzech dniach z pierwszym transportem, wagonami bydlęcymi, przewieziony zostałem wśród 1660 podobnych mieszkańców Warszawy do Auschwitz.

Takimi wagonami „bydlęcymi” dowożono więźniów do obozu. Fot. C. Marciniak, Ludwigshafen

Nic nie wiedzieliśmy, że jesteśmy w jakimś Konzentration Lager. Na rampie powitały nas krzyki, szczekanie psów, bicie. Zagonili nas do łaźni. Ciepła i zimna woda. Wręczyli pasiaki i numer. Ja dostałem 3121. Trzeba było przyszyć do bluzy i spodni pasiaka. Po roku dopiero numery tatuowali. Na początku dwa miesiące byłem w szpitalu obozowym. Jedyny chodzący wśród leżących po operacjach. Był to bardzo trudny okres w obozie. Po wyjściu ze szpitala na jeden dzień trafiłem do komando kopiącego studnię. Gdyby nie udało mi się przenieść do innego komanda tam bym zginął.

Władysław Lewkowicz w Auschwitz

KL Auschwitz, sam dla siebie określam, jako wielkie imperium zła prowadzące ku zabijaniu. Zjawisko największej nienawiści człowieka do drugiego człowieka. Dla mnie do dzisiaj niezrozumiałe. Z tej nienawiści wyrósł największy cmentarz na świecie, który pochłonął przeszło 2 mln istnień ludzkich. Historia świata nie zna tak cynicznie zorganizowanego zabijania bezsilnych ludzi. Nie oszczędzano starców i dzieci. Nie do opisania był tragiczny widok i krzyk rozpaczy matek oraz odrywanych od nich dzieci: Mamo! Tato! Przecież ja byłem grzeczny. Do dzisiaj przypomina mi się ta rozpacz, powracająca dalekim głuchym echem, utrwalona na stałe w mojej świadomości. Straszne to były czasy dla ludzkości.


Wymordowano gazem tylko w Auschwitz aż 1,1 miliona Żydów. Później, ten sam los spotkał 23 tysiące Cyganów. Podobny los czekał być może, również Polaków i inne narody. Takie piekło na ziemi mógł wymyśleć tylko człowiek opętany diabłem, jak Hitler. Przecież świat jest i mógłby być piękny. Nasz ostatnio zmarły duchowny i poeta ks. Twardowski pozostawił piękne poezje i przesłanie dla całej ludzkości: Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą.


Hitler w ten sam sposób zabrałby się za likwidację pozostałych narodów. Potrzebował nas na początku do pracy. Polacy ginęli najczęściej z głodu i wycieńczenia. Słabych, bezsilnych i chorych zabijano przy pracy i każdej innej okazji. Śmierć była w pełnym poniżeniu, brudzie, wśród przekleństw i w poczuciu bezsilności, bardzo często w ekskrementach. Rozstrzeliwania odbywały się po pseudo-wyrokach gestapo z okupowanej Polski. Wyroki wydawał również szef gestapo obozowego SS-man Maksymilian Grabner. Widziałem, stał wyprostowany jak struna, z rozkraczonymi nogami krzyczał: schnel, schnel albo los, los, los polnische schweine, hunde do biednych, mocno wystraszonych skazańców polskich. Rozstrzeliwania były bardzo częste. Dotyczyły nieraz dziesiątków więźniów. Pierwsze 11 listopada 1940 r. Byłem wówczas na bloku 4, kiedy zabił pięciu młodych naszych kolegów. Wszyscy na chwilę przed śmiercią krzyczeli: Niech żyje Polska!


Kolejne egzekucje wykonywał rapporführer Palitsch. Strzelał w tył głowy karabinkiem małokalibrowym. Miał on na sumieniu tysiące zastrzelonych. Pamiętam na przykład dzień 27 maja 1942 r., kiedy to zostało zastrzelonych 168 więźniów z transportu krakowskiego. Psychicznie ciągle jestem jeszcze w dniu 28 października 1942 r., kiedy to nad ranem wyczytano numery 280 skazańców z województwa lubelskiego. Dzień ten był bardzo tragiczny w moim życiu. Żegnałem się z wieloma moimi najlepszymi kolegami, imieniny Tadeusza, żegnałem na zawsze kilku solenizantów. Pamiętam doskonale ich blade twarze, przerażone oczy i duże krople łez spływające po policzkach. Młodzi chłopcy, życia jeszcze nie poznali. Drżącym głosem prosili: nie zapomnijcie o nas! Takie prośby bardzo zobowiązują żywych do przekazania następnym pokoleniom ich życia, śmierci, ich historii. Pomyślałem wówczas, dlaczego świat jest taki okrutny?! Dlaczego?! Oni przecież tylko kochali swoją ojczyznę.


Zastanawiam się, czy takie wydarzenia powinienem opowiadać? Przyprowadzono rodzinę z zewnątrz obozu — mąż, żona i trójka dzieci. Wspomniany wcześniej Palitsch strzelił w potylicę niemowlęcia, z rozerwanych młodziutkich naczyń krwionośnych krew bryzgnęła wokoło. Niemowlę rzucało się jak ryba. Resztę tej akcji przemilczę, gdyż jeszcze po tylu latach bardzo to przeżywam. A wyzbyty z sumienia rapportführer Palitsch dumnie chodził po obozie, zawsze z cynicznym i ironicznym uśmieszkiem, zapewne traktował nas i oceniał jako swoje przyszłe ofiary. Patrzył podobnie jak rzeźnik w ubojni na zwierzęta.


Innym sposobem uśmiercania było szpilowanie. Dotyczyło to pojedynczych więźniów, np. nie przyjętych do szpitala obozowego, niezdolnych do pracy tego dnia i nagle chorych. Również więźniów z bunkra bloku śmierci, celem opróżnienia cel dla następnych skazanych. Tak przecież zginął nasz święty o. Maksymilian Kolbe. Śmierć ta następowała po wbiciu długiej igły wprost do serca i wstrzyknięciu fenolu. Pamiętam jak chcieliśmy uratować naszego dobrego kolegę z pracy. Nazywał się Tadeusz Klemens. Zachorował na tyfus plamisty. Przez parę dni podtrzymując go przemycaliśmy przez bramę wyjściową kontrolowaną przez SS-manów. Kiedy wychodziliśmy do pracy poza obozem (Rajsko) jako komando Gärtnerei. Po przesileniu już tej choroby, nie miał sił udawać, że porusza się na własnych nogach, został zatrzymany i zaszpilowany.


Do uśmiercania ludzi gazem początkowo specjalnie przystosowano dwa większe domki wiejskie, znajdujące się blisko rampy kolejowej i obozu Birkenau. Napis przy wejściu brzmiał: Waschraum (umywalnia). Tam rozbierano ofiary do naga, a kosztowności i ubrania zbierano i później wysyłano do Reichu. Słyszałem, że początkowo gaz był nietestowany i ofiary umierały w długich cierpieniach.

Puste puszki po gazie Cyklon B/ZYKLON B GIFT’GAS! — [środek do uśmiercanie ludzi — wcześniej stosowany do dezynsekcji] — fot. C. Marciniak, Ludwigshafen

W lipcu 1941 r. chorych i niezdolnych do pracy, słabych, wycieńczonych i z licznymi ranami 515 Polaków wysłano, po selekcji przeprowadzonej przez lekarzy SS, do szpitala w Sonnenstein. Zabito ich w szpitalnej łaźni gazem — dwutlenkiem węgla. W tym samym roku we wrześniu testowano gaz już w samym bunkrze bloku śmierci. Próbowano go na 500 jeńcach sowieckich oraz na 250 chorych Polakach. Uszczelniono drzwi i okna w bunkrze. Po kilku godzinach otwarto wejście. Widok był tragiczno-makabryczny. Nie będę opisywał co słyszałem od kolegów sprzątający zwłoki. Było to wielkie pobojowisko nagich i bosych ciał walczących o odrobinę tlenu. Ten tragiczny obraz pozostawiam bez bliższych opisów. Może jeszcze jeden przykład. Mieszkałem w bloku 10, którego okna wychodziły na podwórze bloku śmierci. Widzieliśmy i słyszeliśmy, jak wypędzono przeszło 500 jeńców gołych i bosych na podwórze późnym wieczorem. Zbici byli w jedną masę z powodu zimna tej nocy. Ogrzewali się nawzajem własnymi ciałami. Przeraźliwy był ich jęk i wołanie Bohu, Bohu, Bohu. Potem wpędzono ich do bunkrów na tragiczną śmierć.


W pośpiechu wybudowali cztery wielkie krematoria, które mogły w pełni zadowolić oprawców. Przystosowano je do uśmiercania i spalania już tysięcy ofiar na dobę. Wzmogły się transporty z całej Europy. Patrząc na te kominy krematoryjne pomyślałem sobie: kto następny?

Krematorium — fot. C. Marciniak, Ludwigshafen

Już nie będę opowiadał o mordowaniu więźniów za fikcyjną próbę ucieczki, za udaremnienie której strażnik dostawał 3 dni urlopu. Gdy zastrzelił więźnia próbującego uciec z obozu. Więc fingowali próby… I szczęśliwi jechali do domów, by spotkać się ze swoimi bliskimi, dziećmi czy dziatkami!


W 1943 r. przetransportowano mnie do Konzentrationslager Buchenwald. Tam na nas przeprowadzano eksperymenty medyczne oprócz tego pracowaliśmy przy budowie toru kolejowego. Badania naukowe prowadzone były dla firmy Behring-Werke z Marburga i berlińskiego Instytutu Roberta Kocha. Eksperymenty rozpoczęto już 15 listopada 1939 r. Przyszli do nas na blok i sprawdzili nam temperaturę ciała. Nie miałem podwyższonej. Podali nam jakąś szczepionkę, osiemdziesięciu ludziom, najprawdopodobniej szczepionka ta szła do Afryki dla żołnierzy ale wcześniej sprawdzali skutki na nas, na więźniach. Ktoś po niej umarł. Ktoś inny miał wysokie ciśnienie. Ja byłem o tyle zadowolony, że nie chodziłem do pracy. Siedziałem na bloku i trzy razy dziennie mierzono mi temperaturę i ciśnienie.

Po dwóch latach przeżycia w KL Buchenwald nastąpiło wyzwolenie obozu. Tuż przed nadejściem Amerykanów, wezwanych na pomoc przez Polaka radiotelegrafistę, dużą część obozu ewakuowano. Obóz wyzwolono 11 kwietnia 1945 r. Organizacja podziemna działająca w obozie, także należałem do niej, zorganizowała powstanie więźniów. Jedyne takie wśród niemieckich obozów. Przejęto szturmem posterunki obozowe i większą część terenu. Amerykanie nie mieli wiele do roboty.

Dr W. Lewkowicz z przyjacielem

OPOWIEŚĆ PIĄTA I SZÓSTA — Stanisław Janiszewski i Zdzisław Piwowarczyk

Stanisław Zygfryd Janiszewski

S. Janiszewski — Archiwum UW

Urodził się 25 lutego 1909 r. w Stawiszynie, s. Józefa i Petroneli z Płoneckich. Do szkoły średniej uczęszczał w Kaliszu. Dyplom lekarza weterynaryjnego otrzymał w 1935 r. na Wydziale Weterynaryjnym Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1935 — 1936 uczestniczył w kursie podchorążych rezerwy w Wołyńskiej Szkole Podchorążych Rezerwy we Włodzimierzu Wołyńskim, który ukończył w stopniu kaprala podchorążego.

W 1939 r. pracował jako samorządowy lekarz weterynarii w Łodzi.


Zmobilizowany jako lekarz weterynarii rezerwista uczestniczył w kampanii wrześniowej 1939 r. Pułk artylerii lekkiej walczył w składzie macierzystej 25. Dywizji Piechoty. Od 1 do 3 września wspierał walczącą piechotę na odcinku „Prosna”. Dalszy opis walk podaję za A. Zawilskim: „Po walkach granicznych pod Krotoszynem została wycofana na przedmoście pod Kołem, skąd weszła do bitwy nad Bzurą. 9 IX zdobyła wespół z 69. Pp Łęczycę, 12 IX st. kol. Ozorków. W trzeciej fazie bitwy nad Bzurą walczyła z masą pancerną wroga w rejonie Adamowej Góry, Juliopola i Ruszek. Razem z 17. DP zatrzymała uderzenie 4.DPanc i pułku SS Leibstandarte „Adolf Hitler”. Po przejściu Bzury dotarła do Puszczy Kampinoskiej i Palmirskiej do Warszawy, gdzie całością sił weszła w skład obrony”.

Nie znamy dokładnej daty dostania się do niewoli oraz aresztowania przez Niemców i osadzenia w obozie koncentracyjnym Neuengamme. Nr obozowy 22667. W kwietniu 1945 r. więźniów z obozu ewakuowano do portu w Zatoce Lubeckiej. Następnie zostali siłą zaokrętowani na statki. Stanisław Janiszewski znalazł się na Cap Arcona.

Z Archiwum KZ-Gedenkstätte Neuengamme — mail 30. 11. 2020 — otrzymałem odpowiedź dotyczącą postawionego wcześniej pytania i braku odpowiedzi. Z dostarczonego dokumentu Karty WVHA dowiadujemy się, że do KL Auschwitz-Birkenau trafił 30 stycznia 1943 r. jako lekarz i przeniesiony do KL Neuengamme 25 sierpnia 1943 r. już jako robotnik niewykwalifikowany.

Fot. Dokumenty 1233 — Arch. 3646771. Hamburg Index: Janiszewski Stanisław, Kalisz nr 22 667 died 3.5.45 Cap Arcona Arch., Bad Arolsen [dostęp 28.02.2021]


Fot. Arch. 84611000. Pierwsze formularze spisane odręcznie dotyczące zdarzenia w Neustadt in Holstein — lista ofiar zatonięcia statku „Cap Arcona” — www.archiwumits, Arolsen Archives. International Center on Nazi Persecution, Bad Arolsen, Niemcy [dostęp 25.11.2020].

Zginął 3 maja 1945 r. na statku „Cap Arcona” zatopionym przez lotników angielskich


Zdzisław Piwowarczyk

Z. Piwowarczyk — Archiwum UW

Urodził się 28 sierpnia 1913 r. w Dobryszycach, s. Michała. Według dokumentów z teczki osobowej — zaliczył II rok studiów 28 października 1938 r. W aktach osobowych nie ma dalszych informacji.

Lekarz weterynaryjny — absolwent Wydziału Weterynaryjnego Uniwersytetu Warszawskiego. Po studiach mieszkał w Radomsku. S. Jakubowski w biogramie pisał: W okresie okupacji brał udział w konspiracji AK jako zastępca, a następnie komendant obwodu Radomsko — w stopniu podporucznika. Aresztowanie jego przez gestapo nastąpiło na naradzie lekarzy weterynarii w Radomsku w 1943 r. Uwięziony w obozie koncentracyjnym Neuengamme. Zginął 3 maja 1945 r. w czasie „ewakuacji” na statku Cap Arcona wystawionym na radzie Zatoki Lubeckiej na skutek bombardowania przez aliantów.

Płk. dr hab. Z. Łyjak w opisie biogramu lekarza wet. Zdzisława Piwowarczyka dodaje: ps. „Orlicz”, ruch oporu — AK. Był zastępcą, a następnie komendantem obwodu AK w Radomsku. Aresztowany w 1943 r. podczas narady lekarzy weterynarii w Radomsku i uwięziony w Neuengamme. Zginął od pocisków alianckich podczas ewakuacji drogą wodną.

Podczas kwerendy w archiwum ITS w Bad Arolsen (Niemcy) znaleziono zapis: Pirowcyk Zdzisław ur. 28 sierpnia 1913 r., lekarz weterynaryjny, aresztowany przez Sipo 3 czerwca 1943 r. i dostarczony do obozu koncentracyjnego Neuengamme. Więzień otrzymał numer 22856. W dniu 20 października 1943 r. nie był już aresztowany.


26 kwietnia 1945 r. na statek SS Cap Arcona przepędzono 6500 więźniów obozu koncentracyjnego Neuengamme wraz z 400 więźniami podobozu Auschwitz — Wesoła, którzy przeżyli „marsz śmierci”. 2 maja 1945 r. sztab aliancki podał otwartym tekstem komunikat: „wzywamy wszystkie jednostki morskie pływające pod banderą niemiecką do natychmiastowego zawinięcia do portu. Wszystkie statki niemieckie spotkane na morzu po godz. 14.00 w dniu 3 maja zostaną zbombardowane. Powtarzam…”. Dowództwo upadającej III Rzeszy pozostawiło oflagowane statki na redzie, jakby oczekiwano właśnie ich zbombardowania. I tak się stało. Przypuszcza się, że i tak te statki z więźniami miały być przez nich zatopione. Zatopienia dokonał 198 dywizjon RAF. Wielu rozbitków, którym udało się dopłynąć do brzegu, byli zabijani przez marynarzy Krigsmarine i uzbrojonych cywilów (władze brytyjskie umożliwiły pozbycie się mundurów przez Niemców z SS i innych formacji?). Uratowało się około 350 więźniów.

Wydarzenie to przedstawił jeden z uratowanych, Michał Lech. Tragedię 3 maja br. opisała Aleksandra Czajkowska https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/75-rocznica-zbombardowania-statku-cap-arcona/rvkwy3m [dostęp 3.05.2020]


Piekło na wodzie. Jak alianci zbombardowali ocalałych więźniów obozów koncentracyjnych:

Takiego wyzwolenia nikt z nich się nie spodziewał. Pierwszy zatonął „Thielbec”, a kiedy był już prawie zanurzony pod wodą, rozpoczął się ostrzał „Cap Arcony”. Przestraszeni i wycieńczeni więźniowie biegali po pokładach, Niemcy nie mieli nad nimi żadnej kontroli. Zaczęła się rozpaczliwa walka o życie. Wcześniejszy ostrzał spowodował pożar okrętu. Wokół leżeli zakrwawieni lub poparzeni więźniowie, martwi lub wyjący z bólu.

Kilkanaście minut trwało, zanim Michał Lech, stojący na płonącej części statku, zanurzył się w wodzie. Nie mógł wypłynąć na powierzchnię, ponieważ zimno sparaliżowało jego ciało. W końcu złapał oddech. Na „Cap Arconie” było więcej szalup ratunkowych niż na „Thielbecku”, ale nie były dostępne dla więźniów. Niemcy pospiesznie opuszczali szalupy płonącego już i w połowie zatopionego statku.

Kiedy uderzały z dużą prędkością o wodę, hitlerowcy wypadali z nich. To była jedyna szansa dla więźniów. Część z nich razem z Michałem przejęła jedną szalupę i walcząc o życie, jak najszybciej odpływała od reszty, która usilnie chciała dostać się na pokład łodzi. Znajdowali się 5 km od brzegu.

Więźniowie po pokonaniu kilku kilometrów w wodzie pod ostrzałem dopłynęli do brzegu, gdzie czekali na nich Niemcy, którzy dobijali ocalałych. Kiedy alianci zorientowali się, że zbombardowali statki z więźniami, natychmiast ruszyli na pomoc. Dopuszczający się zbrodni żołnierze niemieccy uciekli lub zostali aresztowani, pozostawiając przy życiu garstkę ocalałych.

Płonący statek Cap Arcona. Fot. 3 maja 1945 r. Royal Air Forc http://www1.uni-hamburg.de/rz3a035//arcona.html

Do opisu przedstawione powyżej pragnę dodać fragmenty zeznania kolejnego uratowanego z Cap Arcona Jana Karcza, złożonego przed sędzią Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce — www.zapisyterroru.pl [dostęp 25.11.2020]: zbliżający się zwycięski pochód wojsk alianckich daje hasło władzom niemieckim do likwidacji obozu w Neuengamme-Hamburg. Na teren obozu zjeżdża duński i szwedzki Czerwony Krzyż i zajmuje się losem obywateli duńskich i norweskich, którzy i tak — nawiasem mówiąc — mieli najlepsze warunki obozowe, w szczególności pod względem wyżywienia, higieny i pracy. Zajmuje się ewakuacją lżej chorych więźniów przebywających na rewirze, ewakuuje ich do obozu śmierci w Bergen-Belsen, a w ten sposób zyskuje w obozie dogodniejsze warunki, rozmieszczając obywateli duńskich i norweskich w blokach, w których każdy z nich ma swoje łóżko, podczas gdy więźniowie innych narodowości gniotą się po trzech i czterech na jednej pryczy. W tym miejscu muszę podkreślić z całą bezstronnością życzliwość więźniów norweskich dla Polaków, która objawiała się w udzielaniu pomocy w dostarczaniu żywności, przez co narażali niejednokrotnie własne życie.

W połowie kwietnia 1945 duński i szwedzki Czerwony Krzyż ewakuuje rewiry 1, 2, 3 i 4, łącznie około 3 tys. osób, do obozu śmierci w Bergen-Belsen. Ciężko chorych zostawia się na miejscu bez żadnej pomocy, gdyż lekarze i sanitariusze zostali już wywiezieni. Pozostawione ofiary oczekują niechybnej śmierci. /…/.

Apel z 20 kwietnia daje więźniom pewność, że obóz w całości zostanie ewakuowany. Władze wyznaczają grupę czterystu więźniów, tzw. prominentów, przeważnie Polaków, która jako pierwsza opuszcza obóz i pod silnym konwojem SS-manów odstawiona zostaje na „okręt śmierci” Cap Arcona. W następnych dniach wyprowadzane są z obozu, również pod silnym konwojem SS-manów, grupy więźniów, liczące od 1 do 2 tysięcy więźniów, by po raz ostatni oglądać druty kolczaste obozu. Grupy te pociągami towarowymi odstawiane są do Lubeki, skąd przewozi się je holownikami na okręt Cap Arcona, zakotwiczony na pełnym morzu, w odległości około 7 km od wybrzeża. Poszczególne grupy transportowe więźniów przebywają w ten sposób w drodze około siedmiu dni zupełnie bez jedzenia i picia. Ogół więźniów, mimo tych fatalnych warunków ewakuacyjnych, trzyma się dobrze i jest pełen nadziei, że zbliżające się wojska alianckie przyniosą im w tej ostatniej już podróży utęsknioną wolność.

Ja znalazłem się w jednej z ostatnich grup ewakuowanych więźniów, transport mój trwał około pięciu dni. Kilku więźniom udało się w porcie Lubeka zawiadomić przedstawicieli Szwedzkiego Czerwonego Krzyża, że nie jesteśmy przestępcami kryminalnymi, jak to głosi SS, lecz więźniami politycznymi z obozu Neuengamme oraz o tym, że zostaniemy wywiezieni na okręt o trzech kominach, stojący na pełnym morzu, a także prosić Czerwony Krzyż o powiadomienie o tym wojsk alianckich. To uspokoiło nas, nabraliśmy otuchy, że pod opieką wojsk alianckich nic nam już nie będzie grozić.

W porcie dowiedzieliśmy się, że dowództwo Cap Arcona odmówiło przyjęcia nas, zawszonych i chorych na tyfus więźniów, do swoich luksusowych wnętrz. Między dowództwem okrętu a eskortującą nas załogą SS toczą się pertraktacje, w końcu przychodzi kategoryczny rozkaz od Himmlera, by statek przyjął więźniów wraz z dotychczasową obsługą i wiózł nas pod znienawidzoną przez nas flagą hitlerowską. Nadmieniam, że załoga chciała pierwotnie wypłynąć pod flagą Czerwonego Krzyża. Następuje przeładowanie więźniów z holowników na Cap Arcona. Okręt ten ma pojemności 27 561 ton, 196 m długości, 25,8 m szerokości i dwie turbiny. /…/.

Na okręcie stłoczono olbrzymią liczbę więźniów, którzy z trwogą oglądają się za oddalonym około 7 km wybrzeżem. Załadowano również wszystkie dokumenty polityczne, dotyczące obozu w Neuengamme-Hamburg /…/. W ten sposób okręt, jako pływająca twierdza, jest dla więźniów w dalszym ciągu obozem koncentracyjnym. Najniższe pokłady są nieoświetlone, tworzą ciemne lochy, do których ładuje się około tysiąc więźniów, narodowości polskiej i rosyjskiej, rzekomo za złe sprawowanie się podczas transportu. Wyżywienie na okręcie składało się z około 150 gramów chleba, pół litra rzadkiej zupy i trochę czarnej kawy jako całodzienny wikt. /…/. Wszyscy spodziewają się bliskiego końca wojny. Na okręcie gwarno niczym w ulu, słychać mieszaninę wszystkich języków, przesyconych zemstą w stosunku do dotychczasowych ciemiężycieli i największego z nich — Hitlera.

28 kwietnia obserwujemy z okien kabin niezwykły ruch na morzu dziesiątek łodzi podwodnych i mniejszych niemieckich morskich jednostek wojennych, które niespokojnymi manewrami dają nam odczuć o niezdecydowaniu. W szeregi więźniów zaczyna wkradać się niepokój, gdyż znają dobrze swoich katów i mogą spodziewać się z ich strony czegoś najgorszego, nawet wysadzenia okrętu.

30 kwietnia z pokładu Cap Arcony zostaje wybranych około 3 tys. najsłabszych więźniów i załadowuje się ich na przycumowany obok okręt Athen. Około 800 m od Cap Arcona kotwiczy Thielbeck, na którym znajduje się 3 tys. więźniów z obozu Neuengamme- Hamburg. Do zaokrętowanych więźniów dociera wiadomość, że strona aliancka postawiła Niemcom ultimatum, aby do 3 maja 1945, do godziny drugiej po południu wszystkie statki będące na pełnym morzu zawinęły do portu, w przeciwnym razie zostaną zbombardowane. Po tej wiadomości zniknęły nagle wszystkie łodzie podwodne i morskie jednostki wojenne niemieckie, a trzy okręty wyładowane więźniami pozostały nadal na pełnym morzu.

W tym czasie zbliżyły się do nas trzy barki wypełnione więźniami z obozu Stutthof, mieszczące po około tysiąc osób każda. 2 maja w porze nocnej niemiecka obsługa wszystkich trzech barek opuszcza je, udając się motorówką do brzegu. Dwie z tych barek przy pomocy żagli skonstruowanych przez więźniów własnym pomysłem, odpływają i znikają nam z oczu, natomiast trzecia wylatuje w powietrze, wysadzona przez Niemców, którzy przedtem ją opuścili. Na drugi dzień z rana zauważyliśmy pływające zwłoki ludzkie, co upewniło nas o wysadzeniu barki. Cała obsada więźniów z tej barki zginęła. Więźniowie z dwóch barek, które zdołały odpłynąć, dobili szczęśliwie do brzegu, gdzie wpadli znowu w sidła SS-manów, którzy trzymali ich całą noc pod strażą, by odstawić ich z powrotem na okręty stojące na pełnym morzu. Około 150 więźniów z tej grupy zostało rozstrzelanych przez SS-manów, zaś resztę uwolniły 3 maja wojska kanadyjskie. Wiadomości o losach tych dwóch barek otrzymałem od kolegów więźniów już po wyzwoleniu.

3 maja obsada więźniów i załogi okrętu Cap Arcona liczy 7 480 ludzi. Tego dnia o 14.30 rozpoczyna się jego bombardowanie przez samoloty angielskie. W tym samym czasie okręt Athen, stojący już pod pełną parą, odpływa do brzegu, by zabrać pozostałych na brzegu więźniów obozu Stutthof. Po pierwszym bombardowaniu Cap Arcona wywiesza białą flagę. Okazuje się jednak, że jest to już za późno. Na okręcie Athen znajduje się działko przeciwlotnicze, które ostrzeliwuje atakujące samoloty i strąca jeden z nich. Załoga okrętu Thielbeck wywiesza również białą flagę ku ogólnej radości więźniów, którzy przekonani są, że już im nic nie grozi. Bombardowanie Cap Arcony trwa dalej, okręt staje w płomieniach. Wśród więźniów panuje zamieszanie, słychać krzyki i jęki. Równocześnie bombardujące samoloty lotem nurkowym atakują Thielbecka, przy czym trzy bomby trafiają w sam kadłub, przebijając go. Okręt pomału tonie. /…/. Thielbeck zanurza się szybko w morzu, wciągając w otchłań wszystkich, którzy znajdowali się w pobliżu. Słychać straszne krzyki, po chwili wszystko uspokaja się, ginie ślad po okręcie. Spośród więźniów w liczbie około trzech tysięcy, ludzi młodych, uratowało się tylko 95 osób, w tym 22 Polaków. O szczegółach zatonięcia Thielbecka dowiedziałem się od ocalałych kolegów.

Cap Arcona płonie w dalszym ciągu. Samoloty ostrzeliwują lotem nurkowym lewy jego bok, okręt przechyla się, kładzie się na lewą burtę i powoli tonie w głębinie morskiej, około 25 m w tym miejscu liczącej. Obsada okrętu skacze do wody, chwyta kawałki drewna i stara się odpłynąć z falą na pełne morze. W tym samym czasie wojska kanadyjskie zajmują miasto Neustadt i wysyłają na ratunek dwie łodzie ratunkowe z obsługą Niemieckiego Czerwonego Krzyża. Łodzie te ratują przede wszystkim Niemców i małą liczbę więźniów. Cap Arcona liczyła wraz z załogą 7 480 osób, z czego uratowało się około pięciuset. Kadłub jej sterczał przez parę miesięcy, a może jeszcze i do dziś dnia, niczym wyspa na oceanie, widoczna z brzegu. Około 3 km od miejsca zatopienia Cap Arcony widoczna jest druga jakby wyspa po zatopionym okręcie Deutschland, na którego pokładzie miało znajdować się około 4 tys. więźniów, których los jest mi nieznany.

Okręt Athen, na który zostałem przetransportowany z Cap Arcony jeszcze przed zbombardowaniem tegoż, przybił do brzegu, gdzie został ciężko uszkodzony pociskami z działek kanadyjskich. Załoga ratowała się, skacząc do wody i spuszczając się na sznurach do pomostu, oddalonego od okrętu o kilka metrów. W tym czasie na pokładzie zostało zastrzelonych przez SS-manów kilkanaście osób, które z głodu rzuciły się na beczki z kapustą. Z okrętu Athen uratowało się około 2,5 tys. osób z ogólnej liczby 3 tys. osób. W grupie ośmiu kolegów wydostałem się na ląd i natrafiliśmy już na wojska kanadyjskie. W ten sposób odzyskaliśmy wolność. Do 21 lipca 1945 roku przebywałem w Neustadt, skąd transportem liczącym trzysta osób, z portu Lubeka wyjechałem do Szwecji w celach kuracyjnych.


OPOWIEŚĆ SIÓDMA — Stanisław Rogowski

Były student Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie. Osadzony w obozie koncentracyjnym Auschwitz i tam zamordowany.

Urodził się 28 czerwca 1911 r. w Czortkowie, s. Tadeusza i Marii. Świadectwo dojrzałości uzyskał w Gimnazjum im. J. Słowackiego w Czostkowie w 1930 r. W latach 1930—1931 studiował weterynarię na Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie. Następnie przeniósł się na polonistykę UJK, której także nie ukończył. Poeta, pisał wiersze „Panny leśne” (1935) i „Wieczór oczekujących” (1938). Zginął jako poeta w 1940 r. w więzieniu. Chociaż na stronie www.archiwumkorporacyjne.pl podano, że w obozie koncentracyjnym Auschwitz (8 grudnia 1940 r.).

Przytoczę obszerny cytat z Internetowego Polskiego Słownika Biograficznego (1988, t. 31), autor biogramu: Rościsław Skręt (ipsb.nina.bov.pl/a/biografia/stanisław-rogowski — dostęp 11. 11. 2017):

„Wiersze zaczął drukować — jak się zdaje — w „Kurierze Lwowskim” (1931), w r. 1933 wszedł do powstałej wtedy we Lwowie grupy artystycznej «Rybałtów» oraz do zespołu redakcyjnego „Sygnałów” od początku istnienia pisma, z zespołu tego wystąpił już po kilku tygodniach. Później drukował — prawie wyłącznie poezje — także, poza „Sygnałami”, w lwowskich czasopismach: „Nowe Czasy”, „Dziennik Polski”, a następnie w warszawskich: „Gazeta Polska”, „Pion” i „Skamander”. Należał wraz z Józefem Czechowiczem, Tadeuszem Hollendrem, Karolem Kurylukiem i Julianem Przybosiem — do komitetu organizacyjnego zapowiadanego na październik 1934 we Lwowie wielkiego zjazdu młodej literatury, impreza ta jednak nie doszła do skutku. Pierwszy tomik poetycki Rogowskiego pt. Panny leśne (Lw. 1935) ukazał się dzięki subwencji przyznanej autorowi za staraniem Wilama Horzycy przez Min. WRiOP i został bardzo życzliwie przyjęty przez krytykę jako «piękny debiut indywidualnego talentu o bogatej skali sugestywnej rytmiki i barwnego kolorytu» (Kazimierz Czachowski), niezależny zarówno od skamandrytów, jak i poetów awangardowych, a bliski Bolesławowi Leśmianowi i Stanisławowi Maykowskiemu. Zaś po pojawieniu się jego drugiego zbiorku Wieczór oczekujących (Lw. 1938) określono jego twórczość jako «osobliwą mieszaninę liryczności i konstruktywizmu» i «chaos organizowany» oraz podkreślono w niej inspirację pieśni ludowej (W. Kubacki). W r. 1938 R. przeniósł się do Warszawy. Podczas okupacji pracował jako szklarz. Zagarnięty 19 IX 1940 w wielkiej obławie w inteligenckich dzielnicach Warszawy, został 21 IX wywieziony przez Niemców do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, gdzie zmarł 8 XII 1940. Prochy jego pochowano w r. 1941 na cmentarzu Powązkowskim.

W końcu r. 1939 lub na początku 1940 r. ożenił się. Jego powstałe w czasie wojny wiersze drukowało pośmiertnie konspiracyjne czasopismo „Nurt” (1943 nr 3) oraz opracowany przez Stefanię Skwarczyńską i Mirosława Żuławskiego i również konspiracyjnie wydany zbiór utworów poetów lwowskich „Śpiew wojny” (1944)”.


OPOWIEŚĆ ÓSMA — Uciekł z KL Auschwitz. Marian Latała

Opis losów lekarza weterynarii, Mariana Latały, przedstawiałem już kilka razy w książkach i czasopismach. Ostatnia pełna wersja znalazła się w książce Sprzymierzeni w zbrodni oraz w miesięczniku „Życie Weterynaryjne” 2025, 10, s. 100—103. Kolejny raz opisuję trudy życia doktora w związku z telefonem od wnuczka informującym o posiadaniu i zobowiązaniu się do dostarczenia dalszych danych, dokumentów i wspomnień.


Jednym ze 196 więźniów KL Auschwitz, któremu na przestrzeni czterech lat działalności niemieckiej machiny zbrodni skutecznie udało się uciec, był Marian Latała z Bełchatowa. Z obozu Auschwitz uciekł także rotmistrz Witold Pilecki.

Brama wyjazdowa do KL Auschwitz — fot. C. Marciniak, Ludwigshafen

Widniejący napis na bramie KL Auschwitz — ARBEIT MACHT FRAI [Praca czyni wolnym] — zawiera w pierwszym wyrazie błąd, odwrotnie umocowana litera B [przypadek czy działanie celowe więźniów?]. Slogan zawieszono nad bramami wejściowymi w kilku obozach (Auschwitz, Dachau, Gross-Rosen, Sachsenhausen, Theresienstadt, Flossenbürg) ale w pozostałych litera B umieszczona jest poprawnie.


German Nazi Concentration and Extermination Camp (1940—1945) — powstał w czerwcu 1940 r. i był największym niemieckim nazistowskim obozem koncentracyjnym i obozem Zagłady, gdzie życie straciło ponad 1,1 mln osób. W tym przede wszystkim Żydzi, 150 tys. Polaków, 23 tys. Romów i 12 tys. Rosjan i in. narodowości.


Wśród Polaków zamordowanych w niemieckich obozach śmierci i koncentracyjnych odszukałem 59 lekarzy zwierząt.


Załoga SS w KL Auschwitz składała się przede wszystkim z Reichsdeutsche (obywateli Niemiec), ale służbę pełnili także esesmani pochodzenia niemieckiego, czyli Volksdeutsche będący obywatelami państw okupowanych lub państw satelickich Rzeszy: Rumuni, Słowacy i Węgrzy. To przedstawiciele tych narodów, oprócz Niemców, mają także krew na rękach niewinnych zamordowanych przez nich ludzi.


Sprzymierzeńcy Hitlera z Rumunii. Do 4 września 1940 r. Rumunia zachowywała nominalną neutralność (internowano żołnierzy Wojska Polskiego oraz przedstawicieli Rządu RP). Od 1941 r. udział wojsk rumuńskich po stronie Osi w wojnie ze ZSRR.


Sprzymierzeńcy ze Słowacji. Wojska Słowackie wraz z Niemcami zaatakowały 1 września 1939 r. swojego sąsiada. Słowacja obok Niemiec i Rosji stała się trzecim państwem w II wojnie światowej przeciw Polsce. Słowacja współpracowała także w realizacji Holokaustu. Historyk z IPN, Maciej Korkuć, podkreślił: „W 1941 r. Słowacy przyjęli ustawy antyżydowskie. Utworzono cztery obozy przejściowe pilnowane przez funkcjonariuszy słowackiej Hlinkowej Gardy wspieranej przez instruktorów z SS. Deportowano ok. 70 tys. Żydów. Zdarzało się, że słowackie formacje również bezpośrednio likwidowały Żydów — obywateli polskich na terenach okupowanych. Tak było chociażby w Zubrzycy Górnej, skąd 2 czerwca 1943 r. słowaccy funkcjonariusze wywieźli kilka rodzin — w sumie 20 osób narodowości żydowskiej”.


Akolicy węgierscy. Węgrzy nie zgodzili się wziąć udziału w ataku na Polskę w 1939 r. Dodatkowo otworzyli granice dla uchodźców z Polski. 20 listopada przystąpili do Paktu Trzech. Wojska węgierskie wzięły udział w agresji na ZSRR od 28 czerwca 1941 r. W kwietniu 1941 r. w Nowym Sadzie węgierska policja i żandarmeria wymordowały tysiące Serbów i Żydów. Ostatnie oddziały węgierskie poddały się 8 maja 1945 r.


Rozpoczynamy od przypomnienia biogramu Mariana Latały.

Na świat przyszedł 24 stycznia 1906 r. w niewielkiej wiosce Kozłów Biskupi nad Bzurą, jako syn Franciszka i Agnieszki, z domu Zaręba. Kozłów Biskupi znany jest z podjęcia uchwały narodowowyzwoleńczej w 1905 r. wprowadzającej język polski jako urzędowy w gminie.

Ogrodzenie pod napięciem — fot. Carl Marciniak z Ludwigshafen

Niebawem rodzice przeprowadzili się do szybko rozwijającego się w tamtych latach miasta — Sosnowca i Marian w 1917 r. rozpoczął naukę w ośmioklasowej Wyższej Szkole Realnej im. Stanisława Staszica, a ukończył ją w 1926 r., otrzymując świadectwo dojrzałości z Gimnazjum

Państwowego im. S. Staszica w Sosnowcu. 5 października 1926 r. został immatrykulowany na Wydział Weterynaryjny Uniwersytetu Warszawskiego. Dyplom lekarza weterynaryjnego numer 202 uzyskał w 1936 r.


Konieczne poprawienie daty otrzymania dyplomu lekarza weterynarii na Wydziale Weterynaryjnym Uniwersytetu Warszawskiego na podstawie informacji z Archiwum UW: „Marian Latała otrzymał dyplom i tytuł lekarza weterynarii na podstawie uchwały Rady Wydziału z dnia 25.01.1932 r.”.


Zaraz po studiach podjął pracę samorządowego lekarza weterynarii w Bełchatowie, w pow. piotrkowskim. Placówka weterynaryjna mieściła się przy ul. Józefa Piłsudskiego (dawnej ul. Piotrkowska — droga wylotowa na Piotrków Trybunalski). Według informacji pozyskanych z Muzeum Regionalnego w Bełchatowie możemy napisać: że „budynek weterynarii przetrwał do dziś w niezmienionej formie, to efekt starań, jakie Marian Latała podejmował od początku pobytu w Bełchatowie”. Był żonaty. Mieli dwie córki.

Archiwum UW

W informacji udostępnionej z Muzeum, które przekazał pracownik Muzeum, Cezary Bukowiec, czytamy: „już na samym początku wojny Latała stracił żonę, wszystko wskazuje jednak, że nie na skutek działań agresora niemieckiego, lecz w wyniku choroby”. Mowa jest o tyfusie, ale w związku z pobytami żony doktora w Rabce można podejrzewać, że przyczyną śmierci była panująca wówczas gruźlica. Z przekazanej informacji z Muzeum w Bełchatowie dowiadujemy się także, że: „W okresie okupacji w jego domu odbywało się tajne nauczanie, musiał zatem być zaangażowany we współpracę z polskim podziemiem działającym na terenie Bełchatowa. Zresztą był o to podejrzewany przez Niemców. Tym bardziej, że w związku z wykonywaną pracą i obowiązkami służbowymi, poruszał się dość często i swobodnie po terenie miasta i okolic. Przez długi czas unikał aresztowania, chociaż przynajmniej dwukrotnie został zatrzymany przez patrole niemieckie. Szczęście opuściło doktora w sierpniu 1943 r. Aresztowano go i osadzono w więzieniu w Piotrkowie Trybunalskim. Potem trafił do Łodzi, skąd w grudniu 1943 r. wywieziono go do Oświęcimia”.


Z kartoteki obozowej wynika, że mieszkał przy Breslauerstrasse 1 w Bełchatowie, był wyznania rzymsko-katolickiego i że w pierwszych dniach grudnia 1943 r. został aresztowany przez Stapo (Staatspolizei-Stapo — policja państwowa) z Łodzi i 3 grudnia wysłany do KL Auschwitz. W obozie otrzymał numer 165421, który został wytatułowany na lewym przedramieniu. Przez 2 miesiące żył w trudnych warunkach i wykonywał ciężkie roboty fizyczne. Od 9 lutego 1944 r. zajmował się już pracą przy wodociągach i po kilku dniach — 15 lutego wyszukany przez kolegów z zawodu trafił do podobozu w Babicach (Wirtschaftshof Babitz) i wykonywał prace związane z wyuczonym zawodem lekarza weterynarii.


Marian Latała miał więc w porównaniu z innymi więźniami w miarę ustabilizowane uwięzienie. Słyszał i rozmawiał z kolegami o ucieczkach z obozu. Podkreślano i omawiano ucieczki udane, gdyż skutki tych nieudanych obserwowali na placu apelowym. Po pokazie fizycznego znęcania się nad uciekinierem, następowało publiczne rozstrzelanie lub powieszenie. W 1944 r. skutki nieudanych ucieczek były mniej drastyczne dla współwięźniów i ich rodzin — potrzebna była siła robocza, a transporty więźniów wysyłano w głąb Rzeszy.

Muzeum Aschwitz-Birnekanu

Marian Latała w skrytości zaplanował sobie ucieczkę z obozu. Z zamiarów zwierzył się koledze, także lekarzowi weterynarii, który zajmował się psiarnią w podobozie Brzezinka-Babice, Kazimierzowi Gintrowiczowi (uwięziony pod przybranym nazwiskiem) i ten postanowił, że zaopatrzy go w mundur kolejarza… W sobotę 14 października 1944 r. założył mundur kolejarza i przygarbiony, zmarnowany pracą, przeszedł bez okazywania dokumentów przez bramę w podobozie Babice.

Archiwum Arolsen

Inną wersję, może bardziej realną, poznajemy z korespondencji z Muzeum Regionalnym z Bełchatowa: „Marian Latała opiekował się końmi. Jednak gdy kilka z nich padło, Niemcy zagrozili doktorowi, że zostanie rozstrzelany, jeśli temu nie zaradzi. Gdy w nocy 14 października 1944 r. rozchorowały się kolejne trzy konie, Marian Latała podjął decyzję: albo da się rozstrzelać, albo zaryzykuje i najwyżej i tak zginie, ale podczas ucieczki. Informacje, które to wydarzenie opisują, na ogół brzmią następująco: gdy około północy zachorowały trzy kolejne konie, doktor poinformował pilnujących go strażników, że musi pozostałym podać lekarstwo, które znajduje się w drugim końcu stajni. O dziwo poszedł po nie bez eskorty. Udało mu się przeciąć druty (te w Babicach ponoć nie były pod napięciem) i zbiec do pobliskiej rzeki Soły, gdzie ukrył się w pobliżu kanału ściekowego. Alarm wszczęto szybko, ale doktor wybrał dobrą kryjówkę.


Psy tropiące zgubiły jego zapach. Przez kilka godzin przeprawiał się przez rzekę, próbując oddalić się możliwie jak najbardziej od niebezpiecznego miejsca. Po wyjściu na brzeg, przemoczony i zziębnięty, no i pewnie zdesperowany, doszedł do budki dróżnika, który w pierwszej chwili odmówił mu jakiejkolwiek pomocy. Ostatecznie jednak pomógł dostać się do pociągu. Brak informacji jak, ale wiadomo, że dostał się do siostry mieszkającej w Bielsku Białej, gdzie według przekazu znajomy chirurg usunął mu obozowy tatuaż. Potem brak jest informacji. Wiadomo, że do końca wojny ukrywał się w lasach w okolicy Miechowa. W połowie 1945 r. wrócił do Bełchatowa. Zmarł na gruźlicę 2 listopada 1947 r. w Bełchatowie. Pochowany jest w Maczkach (dzielnica Sosnowca), gdzie spoczywa również jego żona”.


Ucieczka z KL Auschwitz zakończyła się więc sukcesem. A już po wojnie Marian Latała poddał się obowiązkowej rejestracji lekarzy weterynarii i pracował w zawodzie. Z korespondencji z rodziną prowadzonej przez Archiwum PMAB z Oświęcimia wiadomo, że zmarł 2 listopada 1947 r.


Marian Latała wśród lekarzy weterynarii jest kolejną ofiarą wojny. Jego zgon niewątpliwie związany jest z osadzeniem w obozie koncentracyjnym i rozwinięciem się choroby zakaźnej, ale także z niemal sześciomiesięcznym okresem ukrywania się pod koniec wojny.


Nawiązałem kontakt z wnuczkiem dr. Mariana Latały, Wojciechem Jadczykiem z Jędrzejowa.

W oczekiwaniu na informacje od niego próbowałem znaleźć miejsca, w których doktor mógł się ukrywać. Myślałem o partyzantach działających w Rzeczypospolitej Partyzanckiej czy o oddziale Sosienka i nawet znalazłem informacje o punkcie przerzutowym dla uciekających z Auschwitz w okolicy drewnianego mostu na Sole w miejscowości Łęki. Rzeczywistość okazała się znacznie prostsza.


Pierwszą informacją, którą otrzymałem od Wojciecha Jadczyka było przesłaniu portretu ślubnego jego dziadków:

Alicja i Marian Latałowie. Źródło: archiwum prywatne Wojciecha Jadczyka

Pojawiała się konieczność sprostowania kilku informacji w podstawowym tekście:

• Nie jest prawdą, że uciekając z obozu, dostał się do siostry mieszkającej w Bielsku Białej, gdzie miejscowy chirurg usunął mu obozowy tatuaż, ale uciekając z obozu, dotarł do kolegi — lekarza weterynarii — który usunął mu tatuaż.

• Nie jest także prawdą, że do końca wojny ukrywał się w lasach w okolicy Miechowa. Ukrywał się w Miechowie u siostry, stamtąd do G.G. i do Strzemieszyc, gdzie dziadkowie brali ślub. Ukrywał się u rodziny w Strzemieszycach Wielkich.

Zdjęcie dziadków zrobiono krótko po ich ślubie.


Poniżej przedstawiam kilka dokumentów, które otrzymałem od wnuczka dra Mariana Latały.

Księga zmarłych

Powyżej Księga zmarłych. Alicja Latała (żona doktora Mariana Latały) zmarła w wieku 32 lat z powodu tyfusu brzusznego.

Akt zgonu Mariana Latały. Źródło: archiwum prywatne Wojciecha Jadczyka

Akt zgonu Mariana Latały — 2 listopada 1947 r., a w nim nazwisko żony — Zofia Doenisz, nauczycielka z Warszawy. Czy to druga żona Mariana Latały? Takie pytanie zadałem wnuczkowi. Odpowiedź: „Marian ożenił się drugi raz. I ma do dziś żyjącą córkę z tego małżeństwa, Agnieszkę Latałę, zamieszkałą w Warszawie”.


Niniejszy protokół z 1948 r. niewątpliwie dotyczy lekarza weterynarii o nazwisku Latała, ale jak pisze do autora wnuczek dr. Mariana Latały: Wyjaśniła się sprawa z tym 1948 rokiem. W tym protokole pomylono imiona i sprawa dotyczy młodszego brata Mariana, Jana, który też skończył weterynarię na UW i właśnie w 1948 r.

Protokół z 1948 r. Źródło: archiwum prywatne Wojciecha Jadczyka


Protokół z 1948 r. Źródło: archiwum prywatne Wojciecha Jadczyka


Protokół z 1948 r. Źródło: archiwum prywatne Wojciecha Jadczyka


Protokół dotyczący zatrudnienia Mariana Latały na stanowisko miejskiego lekarza weterynarii miasta Bełchatów. Źródło: archiwum prywatne Wojciecha Jadczyka


Protokół dotyczący zatrudnienia Mariana Latały na stanowisko miejskiego lekarza weterynarii miasta Bełchatów. Źródło: archiwum prywatne Wojciecha Jadczyka
List z kopertą Auschwitz z 20 lutego 1944 r. Źródło: archiwum prywatne Wojciecha Jadczyka
List z kopertą Auschwitz z 20 lutego 1944 r. Źródło: archiwum prywatne Wojciecha Jadczyka

Wnuczek, Wojciech Jadczyk, tłumaczy miejsce ukrywania się dziadka po ucieczce z obozu [korespondencja internetowa 20.04.2023]:


„Co do losów po Oświęcimiu to na 99% po ucieczce znalazł się w Strzemieszycach Wielkich. Zanim tam trafił, ponoć jakiś kolega usunął mu tatuaż. Ponieważ od daty ucieczki (14.10.1944 r.) do wyzwolenia Strzemieszyc Wielkich jest krótki okres (oficjalnie Dąbrowę Górniczą, do której w chwili obecnej należą Strzemieszyce Wielkie, wyzwolono 27 stycznia 1945 r.) — niecałe 3 miesiące i nie wydaje mi się prawdopodobne, żeby został przetransportowany na terenach okupowanych do miejsca zamieszkania, czyli do Bełchatowa (gdzie de facto był pewnie poszukiwany), potem „przerzucany” do Generalnej Guberni do Pałecznicy koło Miechowa, żeby dostać się do siostry. Prawdopodobnie pomieszano fakty dotyczące brata Mariana — Jana Latały, który też miał być aresztowany, ale został poinformowany i ukrył się przed Niemcami. Możliwe, że to jego „przerzucono” do GG do siostry.


Dlaczego Strzemieszyce Wielkie? Rodzice Alicji Latały, z domu Gomoliszewska, to byli Aleksander i Maria Gomoliszewscy. On był leśniczym i dostał w przydziale leśniczówkę w miejscowości Maczki (obecnie dzielnica Sosnowca). Mieszkali w tej leśniczówce wraz z pięciorgiem dzieci m.in. z Alicją — przyszłą żoną Mariana. W 1932 r. niestety Aleksander Gomoliszewski zmarł i cała rodzina (Maria z dziećmi — niektóre z dzieci były już na studiach) musiała opuścić leśniczówkę. W Strzemieszycach Wielkich wybudowali dom Państwo Czerniakowie (Strzemieszyce Wielkie wtedy ul. Źródelna 11 — takiego adresu używała moja Mama, dzisiaj ul. Źródlana 7). Udostępnili odpłatnie 2 pokoje rodzinie wdowy Marii Gomoliszewskiej. W tym domu m.in. miała miejsce uroczystość weselna Mariana i Alicji, z domu Gomoliszewskiej.


Maria Gomoliszewska zmarła 10 października 1945 r., tak że jeszcze przebywała w Strzemieszycach, gdy był tam jej zięć, Marian (żona Mariana już nie żyła od 1939 r. — zmarła na tyfus w Krakowie, dzieci — 2 córki, Maria i Teresa (moja Mama) przebywały w Bełchatowie pod opieką rodziny. Tam też trafił Marian po ucieczce. Moja Mama używała słów „do końca”, czyli do końca wojny. Tylko nie był ukrywany pod adresem Źródelna 11, ale 2 domy w stronę kościoła, czyli pod dzisiejszym adresem Źródlana 1 (na jakimś stryszku) […]. W załączeniu przesyłam plik z nagraniem mojej Mamy, która wypowiada się w tym temacie. Co prawda Mama w momencie nagrania miała już lekką demencję (nagranie z 06.08.2018 r.), ale ja jestem za tym ustaleniem, ponieważ wcześniej wiele razy o tym mówiła [po przesłuchaniu nagrania mogę stwierdzić, że wypowiada się pięknie i stosunkowo jasno — dop. Autora]. Dawniej co rok jeździliśmy na groby do Maczek, gdzie są pochowani Marian i Alicja i przy okazji odwiedzaliśmy Strzemieszyce. Generalnie pobyt w Oświęcimiu i ucieczka odbiła się bardzo na zdrowiu Mariana. Często bywał w szpitalach (Bełchatów, Piotrków Trybunalski).


Ponoć do domu, w którym przebywał, został przetransportowany przez szwagra, Jana Gomoliszewskiego (nota bene żonaty z Emilią Latała — takie dwa małżeństwa „na krzyż” — skumali się na ślubie Mariana i Alicji) w worku (był bardzo wychudzony) jako niby worek z ziemniakami (informacja od córki Jana Latały).


Przed chwilą dopytałem córkę w/w Jana Gomoliszewskiego na okoliczność, jak jej ojciec przebywał w tym czasie w Strzemieszycach. Jan Gomoliszewski mieszkał z żoną i dziećmi w domu na rogu ul. Źródelnej. Są to nie do końca potwierdzone fakty, ale możliwe, że Marian znajdował się w domu, w którym wynajmowali mieszkanie (ponoć 1 pokój) jego siostra Emilia z mężem, Janem.


OPOWIEŚĆ DZIEWIĄTA — Ostatni zapis biogramu. Bogdan Langer

Bogdan Langer. Źródło: H. Noskowicz-Bieroniowa,
Ciągle czekają z obiadem, Wyd. Literackie, 1987

Urodził się w 1875 r. w miejscowości Liszki, w pow. krakowskim. Naukę kontynuował w c.k. Gimnazjum Nowodworskiego w Krakowie i w latach 1887—1892 zaliczył cztery klasy. W sierpniu 1899 r. otrzymał dyplom lekarza weterynarii we Lwowie na Akademii Weterynaryjnej. Po studiach pracował w Grybowie (1904) i przez siedem lat w Tuchowie (1904—1912). Na początku lutego 1912 r. został przeniesiony służbowo do Krakowa. W latach 1912—1914 pracował jako młodszy weterynarz, a po I wojnie światowej — weterynarz w Magistracie miasta Krakowa. W 1931 r. pracował jako miejski lekarz weterynarii w Krakowie. Figuruje w „Spisie lekarzy weterynaryjnych w Rzeczypospolitej Polskiej z 1939”, Warszawa 1939, s. 72.


Langer Bohdan, dyplom miał otrzymać w 1899 r. S. Jakubowski napisał w biogramie: „W okresie okupacji aresztowany przez gestapo i uwięziony w Oświęcimiu, gdzie zmarł”. Wymienia imię: Bohdan.


Bogdan Langer urodził się 21.06.1874 r. w Liszkach, k. Krakowa, lekarz weterynarii, działacz społeczny, żołnierz Wojska Polskiego i Armii Krajowej. W 1898 r. ukończył Akademię Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie. Pracował w Zarządzie Miejskim w Krakowie, był zastępcą kierownika Oddziału Weterynaryjnego. W latach 30. angażował się w szerzenie oświaty sanitarnej, pomoc dla bezrobotnych oraz ubogim studentom. Jako ochotnik walczył we wrześniu 1939 r. Podczas okupacji był żołnierzem ZWZ, brał udział w organizowaniu pomocy dla więźniów, jeńców wojennych i rodzin ofiar nazistowskiego terroru. Został aresztowany 17 kwietnia 1942 r. jako jeden z zakładników w odwecie za zabójstwo niemieckiego oficera na lotnisku w Czyżynach, a następnie przewieziony do obozu koncentracyjnego Auschwitz (nr obozowy 34744). 3 czerwca 1942 r. został zamordowany.


W kartotece obozu Auschwitz znajduje się informacja, że Bogdan Langer zginął 3 czerwca 1942 r. w obozie: „LANGER BOGDAN (NUMER WIĘŹNIARSKI: 34744), URODZONY: 1874-06-21, MIEJSCE URODZENIA: LISZKI, ZAWÓD: WETERYNARZ.

Zdjęcia obozowe Bogdana Langera. Źródło: Archiwum Państwowe Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu

LOSY: 1. 1942-05-05, Auschwitz, przybycie do obozu. Zginął 3.6.1942 r. w KL Auschwitz”.


W książce Ciągle czekają z obiadem Helena Noskowicz-Bieroniowa umieściła rozdział dotyczący lekarza weterynarii B. Langera:


„Do końca aktywny społecznik:

Nigdy tego nie zapomnę, choć minęło już czterdzieści lat — mówi Andrzej Langer — Był 27 kwietnia 1942 r. Dochodziła piąta rano. Obudzony gwałtownie światłem latarki elektrycznej, dostrzegłem obok łóżka umundurowaną postać z trupią główką na czapce. Pyta po niemiecku: „Imię? Nazwisko? Ile masz lat?”. Odpowiadam. Gestapowiec wychodzi do sypialni rodziców. Z mojego łóżka przez uchylone drzwi widzę ubierającego się bez pośpiechu ojca. Mama mu w tym pomaga. Trzej umundurowani gestapowcy kręcą się po całym mieszkaniu. Zaglądają do szuflad biurka ojca. Przeglądają leżące na nim książki i papiery. Nie zabierają niczego. Ojciec żegna się z nami. Jest spokojny. Czy pomyślał, że to ostatnie pożegnanie? Krótkie uściski i słowa, które zapamiętam na zawsze i pragnę przekazać moim dzieciom: „Miejcie ufność w Bogu. Służcie Polsce i ludziom”. Ojciec wychodzi, nieponaglany w asyście gestapowców, wsiada do samochodu czekającego dwie kamienice dalej. Mama zachowała przytomność umysłu. Przewidując możliwość rewizji, sprawdza dokładnie, czy w domu nie ma czegoś podejrzanego. Kontaktujemy się z sąsiadami. Tej samej nocy były też aresztowania w pobliżu. Mama podjęła energiczne starania o uwolnienie ojca. Uczyniła absolutnie wszystko, co było w jej mocy. Wykorzystała wszystkie legalne i nielegalne drogi, do prób wykupu włącznie. Była nawet w siedzibie gestapo przy ul. Pomorskiej. Przyjęto tam od niej paczkę z bielizną i lekami, nie uzyskała jednak żadnych istotnych informacji o losie ojca. Wszystkie te starania okazały się bezskuteczne.”


Z więzienia przy ul. Montelupich Bogdan Langer został 5 maja wywieziony do Oświęcimia i oznaczony numerem 34744. Z akt zachowanych w Muzeum oświęcimskich wynika, że zginął 3 czerwca 1942 r.


„Z obozu — jak pisze syn — nadeszła do domu jedna jedyna kartka pocztowa, datowana 10 maja 1942 r. Napisał, że jest zdrowy, że powodzi mu się dobrze, pracuje jak wszyscy. Że spotkał wielu znajomych. Prosił, by nie wysyłać pieniędzy ani niczego innego. Pozdrawiał nas serdecznie, polecając opiece Bożej. A 5 czerwca 1942 r. otrzymaliśmy telegram z wiadomością o śmierci, podpisany przez komendanta obozu. Parę dni później przyszedł jeszcze niemiecki policjant i łamaną polszczyzną powiadomił mamę, że ojciec zmarł „na słabe serce”. Data śmierci ojca została jeszcze potwierdzona w lipcu 1942 r. urzędowym aktem zgonu. A jednak nie wierzyliśmy w śmierć ojca. Żywiliśmy nadzieję, że żyje i wróci do nas. Tą nadzieją żyliśmy długo. Aż dobiegł końca czas powrotów ludzi oderwanych od rodzin przez wojnę, a ojciec nie wracał.”


To był człowiek mocno związany z epoką, w której żył, na miarę swych sił i możliwości kształtował ją swą postawą. Prawie całe życie spędził ojciec w Krakowie. Urodził się 21 czerwca 1874 r. Po ukończeniu Gimnazjum św. Anny w Krakowie studiował w Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie. Z dyplomem (1898) rozpoczął pracę w Grybowie. Od 1902 r. pracował w Krakowie.


Walczył w pierwszej wojnie światowej jako oficer armii austriackiej w stopniu nadporucznika. Po wojnie powrócił do pracy w Magistracie Stołeczno-Królewskiego miasta Kraków na stanowisko starszego miejskiego lekarza weterynarii, a następnie starszego inspektora weterynarii i zastępcy kierownika oddziału weterynaryjnego. Po osiągnięciu wieku emerytalnego w 1935 r. został przeniesiony w stan spoczynku. W 1939 r. zgłosił się do służby weterynaryjnej wojska polskiego jako ochotnik.


Był gorącym patriotą. Człowiekiem mądrym, prawym, życzliwym ludziom. „Wiele czasu ojciec poświęcał pracy naukowej, osiągając liczące się rezultaty naukowe w chirurgii weterynaryjnej. Zajmował się także dydaktyką, popularyzacją oświaty sanitarnej, a ponadto publicystyką gospodarczą, szczególnie po przejściu na emeryturę.


Wielką pasją ojca był teatr. Całe życie prowadził rozległą działalność charytatywną. W latach międzywojennych pomagał niezamożnej młodzieży akademickiej w Krakowie. W okresie kryzysu w latach trzydziestych działał skutecznie na rzecz poprawy bytu bezrobotnych nauczycieli. Podczas okupacji niósł pomoc ofiarom wojny, jeńcom i więźniom. Uczestniczył w działalności Armii Krajowej. Taki mi pozostał w pamięci: szlachetny, odważny, do końca aktywny społecznik. Jestem przekonany — kończy syn — że życie ojca było pożyteczne, godne pamięci i naśladowania.

Został zamordowany w obozie zagłady jako człowiek 68-letni”.


W biogramie Bogdana Langera zaprezentowanym przez Jerzego Dębskiego w publikacji Oficerowie Wojska Polskiego w obozie koncentracyjnym Auschwitz w 1940—1945. Słownik Biograficzny znajduje się kilka nowych faktów: Bogdan Langer urodził się w rodzinie Józefa i Augustyny, z domu Berger. Żonaty z Kazimierą, z domu Wyczesany. „W latach 1918—1921 brał udział w wojnach o niepodległość Rzeczypospolitej, posiadając przydział służbowy do Okręgowego Szpitala Koni nr V. Po demobilizacji w 1921 r. przeniesiony został do rezerwy z przydziałem mobilizacyjnym do Zapasowej Kadry Oficerskiej Okręgowego Szpitala Koni nr V przy Dowództwie Okręgu Korpusu nr V w Krakowie, a w 1924 r. ze względu na wiek został bez zmiany przydziału mobilizacyjnego przesunięty do oficerów pospolitego ruszenia […]. Mieszkał przy ulicy Starowiślnej […]. 27 kwietnia 1942 r. został aresztowany we własnym mieszkaniu przez funkcjonariuszy KdS für den Diskrikt Krakau i osadzony w więzieniu przy ulicy Montelupich w Krakowie” — cyt. ze wspomnianej książki.


W nawiązaniu do „popularyzacji oświaty sanitarnej” pokazuję skany (dwie strony) Apteczki Domowej, w jej drugiej części Bogdan Langer przybliża Apteczkę podręczną dla zwierząt (1923). Napisana dokładnie sto lat temu i wiele zaleceń do dziś zachowuje aktualność:

KOLEJNA OPOWIEŚĆ. PRZEŻYŁ KL GROSS-ROSEN. PRZEMYSŁAW JÓZEF KULESZA

W ostatniej publikacji książkowej „Utrwalone skrawki życia” omówiłem tragiczny los Stanisława Garczarczyka, który zamordowany został w KL Gross-Rosen i podkreśliłem: „Po omówieniu ponad 440 biogramów zamordowanych lekarzy weterynarii mogło się wydawać, że limit tych, którzy oddali swoje życie za wolną Polskę, dawno został już wyczerpany. Niestety ciągle znajduję dokumenty świadczące, że było inaczej. Ciągle dopisuję nowe nazwiska”.

We wspomnianej powyżej książce zaprezentowałem także losy lekarzy weterynarii, którzy przeżyli osadzenie w obozach koncentracyjnych. Przeżyli KL Mauthausen-Gusen — Oskar Drechsler i Roman Kosmala oraz KL Auschwitz-Birkenau — Tadeusz Kowalczyk i Aleksander Sielicki.

W przygotowywanej Relacji zamierzam przybliżyć „okruchy życia” lekarza zwierząt, któremu udało się przeżyć uwięzienie w KL Gross-Rosen. Pomimo urągającej wszelkiej przyzwoitości poniżenia człowieczej godności wolę jednak opisywać takie życiorysy niźli te bohaterskie, w których tragicznie zakończono młode życie.

Przemysław Józef Kulesza

Urodził się 6 kwietnia 1900 r. w Warszawie, s. Czesława. Świadectwo dojrzałości otrzymał w Ośmioklasowym Gimnazjum im. M. Reja w Warszawie. W 1920 r. immatrykulowany na Wydziale Lekarskim UW. Ponieważ „teczka studenta” uległa zniszczeniu trudno podać jak potoczyły się dalsze losy Przemysława Kuleszy na medycynie. Podane wcześniej informacje pochodzą z Albumu Studentów. W latach 1924—1929 był członkiem Korporacji Akademickiej „Lechicja” opartej na studentach i absolwentach farmacji w Warszawie. Był prezesem semestru letniego w 1928 r. Dyplom lekarza weterynaryjnego uzyskał na Wydziale Weterynaryjnym Uniwersytetu Warszawskiego w 1931 r. Po studiach pracował w nadzorze sanitarno-weterynaryjnym w Zakładach Mięsnych w Skierniewicach.

W 1944 r., zaraz po wybuchu Powstania Warszawskiego, Niemcy podjęli akcję prewencyjną w większych miastach Polski i aresztowali wielu przypadkowych mężczyzn. Prawdopodobnie w takiej akcji aresztowany został bohater naszego rozdziału. Przemysław Kulesza aresztowany został 17 października 1944 r. przez gestapo i uwięziony w Skierniewicach. O tym zdarzeniu opowiada na następnych stronach w swoich wspomnieniach Ignacy Głogowski: W sierpniu 1944 r. dostałem się do więzienia gestapo w Skierniewicach wraz z przyjacielem, Przemysławem Kuleszą lekarzem wet. ze Skierniewic, u którego przejściowo zamieszkałem. Z więzienia wysłano nas obu z całą grupą do obozu koncentracyjnego Gross Rosen.

Z więzienia w Skierniewicach przewieziony 4 grudnia 1944 r. do Obozy Koncentracyjnego Gross-Rosen, a w 1945 r. przeniesiony do Podobozu KL Gross-Rosen — AL Niesky Wiesengrund. Podobóz ten rozpoczął działalności 9 czerwca 1944, a zakończył 18 kwietnia 1945 r. Ponad 1000 więźniów pracowało przymusowo w fabryce firmy Christoph und Unmack AG. Na krótko przed zajęciem obozu Niesky przez 2 Armię Wojska Polskiego został ewakuowany wraz z innymi w miarę sprawnymi jeńcami do wsi Brandhofen.

Po wojnie wrócił do Polski. Pracował w zawodzie. 6 września 1973 r. zmarł tragicznie.

Niezwykle interesujący opis losów więźnia AL Niesky i ewakuacji znalazłem na stronie www.genealodzy.pl/index.php? z 27 listopada 2011 r. a podpisany pseudonimem Jerzy Wnukbauma, który postanowiłem w obszernej części zacytować:

„On trafił do Niesky. Odtąd pracował na rzecz Christoph und Unmack AG i przyczyniał się do zwycięstwa III Rzeszy. W połowie 1944 roku komendantura obozu koncentracyjnego Gross-Rosen urządziła tu jeden z licznych podobozów, w którym m.in. wykonywano wagony kolejowe. By nie był darmozjadem i skąpej, obozowej racji żywnościowej nie otrzymywał za darmo, troszczyła się załoga SS z lagerführerem Wilhelmem Seiboldem i rapportführerem Kirschem na czele. Z powierzonego im zadania wywiązywali się rzetelnie, z niemiecka dokładnością. Na skutek wycieńczenia i chorób wzrosła śmiertelność. Wykruszone szeregi uzupełniano więźniami z Gross-Rosen. Dopiero po dwóch miesiącach istnienia obozu jego kierownictwo zdecydowało się przeznaczyć jeden z bloków na tzw. rewir, mający uchodzić za obozowy szpital. Do jego obsługi wyznaczony został więzień, lekarz Leonard Zychski. Brak środków medycznych zastępował troskliwym podejściem do swych pacjentów. Trafiali do niego więźniowie, którzy mieli temperaturę powyżej 39 stopni C. Z mniejszą szli do pracy. Jedynymi dostępnymi lekarstwami były: węgiel, jodyna i krople miętowe. Nie wystarczyło to do ratowania życia. Na początku 1945 roku dawał się odczuwać zbliżający się front. Każde przesunięcie frontu ku zachodowi wzmacniało wiarę w wyzwolenie i dawało nadzieję. To jednak powodowało wśród obozowej załogi SS coraz większe zdenerwowanie i w konsekwencji zaostrzenie terroru. W obliczu zbliżającej się Armii Czerwonej w drugiej połowie lutego 1945 roku zarządzono ewakuację obozu. Kilkuset więźniów, w tym jego, popędzono w głąb Rzeszy pozostawiając na miejscu grupę chorych, nie nadających się do transportu. Groźby ich likwidacji nie ukrywała pozostawiona do ich pilnowania załoga SS. Dostali takie rozkazy. Dlatego gdy oddziały pancerne 2 Armii Wojska Polskiego podjęły bój o miasto, pozostawiona w nim obozowa załoga SS rozpoczęła likwidację więźniów ostrzeliwując cały obóz z karabinów maszynowych… Nie udało się oprawcom wymordować wszystkich. 18 kwietnia 1945 roku miasto i obóz zdobyte a wolność odzyskała pozostała przy życiu garstka więźniów. On w tym czasie znajdował się we wsi Brandhofen, dokąd popędzono kilkuset więźniów po ewakuacji obozu w Niesky. Choroby, zimno, głód oraz morderczy marsz przesądziły o losie wielu ludzi. Do najsłabszych strzelano. Gdy dotarli do Brandhofen kolumna marszowa była już mocno przerzedzona. W obliczu szybko poruszających się wojsk radzieckich 19 kwietnia Niemcy zlikwidowali obóz w Brandhofen wyprowadzając więźniów na zachód. Na miejscu pozostała kilkudziesięcioosobowa grupa chorych, przeznaczonych do likwidacji. W tej grupie znalazł się i on. Bóg nad nim czuwał. 21 kwietnia wojska radzieckie pokrzyżowały niemieckie zamiary zdobywając obóz i oswabadzając znajdujący się w nim więźniów. 22 kwietnia był już wolnym człowiekiem. Postanowił wrócić do Kielc do żony. Wraz z kilkom towarzyszami niedoli pieszo udali się do kraju. /…/ Po powrocie do Kielc poszedł na punkt Polskiego Czerwonego Krzyża, gdzie odebrał zasiłek 200 zł a następnego dnia otrzymał parę drewniaków. Zameldował się w tutejszym komisariacie MO gdzie dostał zaświadczenie stwierdzające, że nie jest policyjnie notowany i cieszy się dobrą opinią wśród społeczeństwa. Zaczął normalnie żyć. Podjął pracę.

/…/ Po wojnie w którejś z gazet przeczytał artykuł o oddziałach pancernych 2 Armii LWP. Zachował ten wycinek. Była w nim wzmianka o oswobodzeniu obozu w Niesky. Autor podał w nim 42 nazwiska uratowanych niedobitków z Brandhofen. Na tej liście znaleźli się: Bobryszow Iwan, Brzozowski Stanisław, Buliński Adam, Czajczyński Henryk, Czerwiński Wiktor, Dąbrowski Tadeusz /…/ Kosmal Józef, Kubasiewicz Jerzy, Kulesza Przemysław (podkreślenie W.A.G.), Maklas Wiktor /…/.

Dokładnie w 24 rocznicę wyswobodzenia obozu w Brandhofen Główna Komisja badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce przysłała mu odezwę z prośbą o opisanie jego przeżyć w obozie i wskazanie sprawców, którzy dopuścili się zbrodni. Celem niecodziennej prośby miało być udokumentowanie cierpień i przeżyć więźniów a także udowodnienie zbrodni jakich dopuścili się hitlerowcy na narodzie polskim. Jednym z jej punktów było też ewentualne pociągnięcie ich do odpowiedzialności karnej jeśli do tej pory jej uniknęli. Boże! Dokąd ten koszmar będzie trwał? Tej nocy w ogóle się nie kładł. Znowu odżyły wspomnienia i w głębi serca kiełkująca złość, że organizacja zajmująca się badaniem zbrodni hitlerowskich przez szereg lat nie wywiązywała się należycie ze swoich zadań. Dopiero bezsenna noc przyniosła odpowiedź. Parę dni wcześniej oglądał Polską Kronikę Filmową i zapamiętał jak czytający ją lektor mówił, że ze Związku Radzieckiego wróciły do kraju jakieś dokumenty. Z wiadomych przyczyn nie dodał, że skrzętnie zbierane, zabierane i pośpiesznie wywiezione do Moskwy… Mogło się więc zdarzyć, że Główna Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich mogła nie dysponować pełna listą byłych więźniów i nazwiskami ich katów. Po wyzwoleniu polska bezpieka robiła wszystko by niemieccy zbrodniarze żyli bezkarnie. Z autopsji wie, że podczas kilku spotkań z panami z UB na które był wzywany, nie interesowały ich warunki, terror i zbrodnie popełnione w obozie. Interesowała ich jego /…/ przynależność do AK. Podczas spotkań z nimi, rozsiadający się za biurkami panowie nie kryli co mogą jeszcze zrobić „zaplutemu karłowi reakcji” i gdzie może sobie wsadzić przedwojenne odznaczenia. /…/

Dzisiaj położył się spać zirytowany. Nie popsutym zegarem. Rano odda go do naprawy i nie będzie sprawy. W dzisiejszym dzienniku usłyszał, że jakiś zagraniczny dziennikarz użył sformułowania „polskie obozy koncentracyjne”. Nasi dziennikarze nie są wcale lepsi. W tym samym dzienniku prowadzący go mówił o obozie w Oświęcimiu. Odniósł wrażenie, że tylko z treści nie wynikało, że nie był to obóz harcerski, językowy, kondycyjny czy Bóg raczy wiedzieć jaki. A można przedstawić wszystko prosto zgodnie z prawdą. Żaden szanujący się dziennikarz w stosunku do obozów Gross-Rosen czy Stutthof znajdujących się na terenie byłej Rzeszy nie powie Obóz w Rogoźnicy czy Obóz w Sztutowie. O obozie KL Auschwitz większość z nich mówi — obóz w Oświęcimiu a przecież w latach do których się odwołują nie było takiego. W latach 1940 do 1945 był tu KL Auschwitz. Nawet polsko brzmiące obozy: Majdanek, Treblinka, Sobibór, Bełżec… miały pełna nazwę poprzedzoną skrótem KL — (Konzentrationslager). Mimo zapowiadającej się bezsenności, tej listopadowej nocy szybko usnął i spał jak nigdy dotąd. Nie słyszał nawet tykania i bicia zegara. Prawda! Musi go rano oddać do naprawy. Śnili mu się jego rodzice, koledzy z Legionów i Obozu, okupacja, wyzwolenie, droga powrotna do Kielc, szpital w Częstochowie… Znowu zobaczył anioła tylko niewyraźnie, w oddali, za mgłą”.

Jerzy Wnukbaum

Przemysław J. Kulesza zmarł tragicznie 6 września 1973 r. Powtórzyłem zdanie, gdyż próbowałem ustalić co oznaczają słowa: „zmarł tragicznie”. Znalazłem informację, że w Tygodniku Powszechnym w tamtym czasie ukazała się wiadomość o śmierci Przemysława Kuleszy. W tym celu zwróciłem się z prośbą do red. Wojciecha Pięciaka z Tygodnika Powszechnego o udostępnienie wspomnianej informacji. Otrzymałem następującą odpowiedź: „Obawiam, że się Pan rozczaruje… We wskazanym przez Pana numerze znalazłem tylko krótką notkę w rubryce „Zmarli” (na stronie 2). Kopię załączam. Rubryka „Zmarli” miała wtedy taki szczególny charakter: chodziło o odnotowanie śmierci osób niekoniecznie znanych, ale takich, które — mówiąc kolokwialnie — coś ważnego w życiu zrobiły i często nie mogły liczyć (tj. ich rodziny) na wzmiankę w gazetach partyjnych. Przez wiele lat redaktorem tej rubryki był Władysław Bartoszewski — to była jego rubryka autorska (choć nie wiem, czy był nim wtedy, w 1973 r.)”.



OPOWIEŚĆ JEDENASTA — Ignacy Głogowski

W dwumiesięczniku Szkolnego Koła Miłośników Historii Lokalnej w Zespole Szkół Ogólnokształcących w Kamiennej Górze „Kamienna Góra. Miasto Langhansa” z 2013 i 2014 r. w nr 5 (52) 2013, 1 (53) 2014 i 2—3 (54—55) 2014 znalazłem wspomnienia zatytułowane „Pierwszy powojenny weterynarz w powiecie kamiennogórskim” i następujący tekst redakcji: „Prezentujemy drugą i ostatnią część Jego Obozowych wspomnień, które mają dla nas dużą wartość historyczną”.


Oto obszerne fragmenty wspomnień dr. Ignacego Głogowskiego [za zgodą Redakcji]:

„Zdawało nam się, że 18.02.1945 roku będzie pierwszym miłym dniem w obozie. Wszystko co dobre, podobno trwa krótko i o godzinie 18-tej, 18 lutego skończyła się nasza radość. Do obozu zaczęła zbliżać się kolumna marszowa, która rano ewakuowała się. W drodze, esesmani otrzymali rozkaz powrotu do obozu na skutek przerwania trasy na Drezno. Jak zwykle koniec kolumny niósł kilkanaście trupów — żniwo śmierci, pierwszych godzin marszu. Powracający podnieśli alarm, że w wielu pryczach brak jest desek i wkładów, że uszkodzone są zasłony okienne z grubego czarnego papieru. Drutem szyliśmy z nich wdzianka pod pasiaki dla ochrony przed wiatrem i przejmującym chłodem na apelach. Całą pozostałą grupę postawiono na apelu i rozpoczęła się spowiedź generalna, prowadzona przez władzę obozową, która rano wymaszerowała. Władze wybrane przez nas zostały wyłączone z kolumny i oświadczono nam, że wszyscy jesteśmy komunistami, że zostaliśmy w obozie, licząc na bliskość frontu i prawdopodobieństwo zajęcia terenu przez wojska radzieckie. Za to spotka nas teraz zasłużona kara. Wymiar obozowej sprawiedliwości, w myśl dewizy „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” zaczął działać natychmiast. Lager- Altester Peters z czarnym wilkiem (bandyta) wziął odwet na koledze Wojciechowskim za to, że ośmielił się przez kilka godzin pełnić funkcję, tylko jemu przynależną. Powalonemu na ziemię, skoczył na klatkę piersiową, łamiąc mu żebra. Podobny los spotkał całą grupę, wybranych przez nas władz obozowych. To był dopiero początek. Kapo kuchni, uzbroił swoje komando w pałki drewniane — otrzymali je również inni funkcyjni — i zaczęła się krwawa młocka całej kolumny, trwająca do utraty sił przez bijących. Kolumna zeszła z apelu o godzinie 2-giej w nocy, zabierając z placu około 40 trupów i ciężko rannych, a wśród poruszających się o własnych siłach uczestników apelu nie było ani jednego, który nie byłby lżej lub ciężej ranny. Przed rozejściem się na bloki ogłoszono nam, że od tej chwili stanowimy S.K. obozu Landeshut (karna kolumna) i aby żaden więzień tej grupy nie ukrył się, natychmiast poddano nas oznakowaniu przez wymalowanie czerwoną olejną farbą koła na pasiakach, kurtkach i berecie oraz szerokich lampasów po bokach na spodniach. Oznajmiono nam, by żaden nie zgłaszał się na rewir na opatrunek, bo opatrunku nie otrzyma więzień karnej kolumny. Karna kolumna, jako wydzielona grupa była użyta do najcięższych prac i w ciągu kilkunastu dni wymordowana za wyjątkiem kilkunastu więźniów, których wskazał czwartego dnia na rannym apelu lekarz obozowy, również więzień z pochodzenia Polak — jako tych, którzy w ostatnich dniach przed ewakuacją przebywali na rewirze jako ciężko chorzy. Wśród tych wybrańców byłem również i ja, jako że od końca grudnia 1944 do 10 lutego 1945 roku leżałem w izolowanej celi, chory na różę, po kopnięciu w twarz przez esesmana. Jest to jedynie krótki wycinek z życia małego obozu koncentracyjnego w Kamiennej Górze. Wydaje mi się, że nawet tak bogata mowa polska, ma za mało słów, aby oddać wszystkie okropności przeżyć więźniów obozów koncentracyjnych ustroju faszystowskiego”.


W kolejnym numerze dwumiesięcznika Szkolnego Koła Miłośników Historii Lokalnej w Zespole Szkół Ogólnokształcących w Kamiennej Górze, redakcja zaprezentowała inne wspomnienia dr. Ignacego Głogowskiego pt. „Z krwi i łez powstała Najjaśniejsza Rzeczpospolita”:

„Nastroje więźniów w filii obozu koncentracyjnego Gross-Rosen w Landeshut od dnia 7 maja 1945 roku uległy przemianom dotychczas nie obserwowanym. Wszystkie komanda pozostały w obozie, a więźniom pozostawiono pełną dyspozycję czasową między apelami. Wykorzystanie tego czasu było bardzo urozmaicone. Energiczni zabrali się do trzepania koców inkrustowanych wbitymi w nie pchłami i wszami. Grupy więźniów, powiązanych wspomnieniami z wędrówki ludów w pierwszych dniach września 1939 roku, z zadowoleniem oglądali podobną wędrówkę cywilnej ludności niemieckiej na drogach otaczających obóz. Poza tym wszyscy politykowali. Postawa esesmanów i ich prognozy o ewentualnej likwidacji więźniów w bunkrach w pobliżu obozu, nie robiły już na nas przygnębiającego wrażenia, jako że gorzej być nie mogło. Uniwersalnym tematem były sprawy kulinarne. Zwłaszcza starsi więźniowie, głośno planowali zestawy posiłków, które spożyją jak tylko opuszczą obóz. Apel wieczorny w dniu 8 maja ogłoszono już o godzinie 17.00. Lager Altester, blokowi i kapo wyłączyli z kolumn blokowych więźniów funkcyjnych oraz pojedynczych zaufanych fachowców — fryzjerów, krawców, szewców i kucharzy, tworząc grupę, która o godzinie 20 opuściła obóz. Grupa ta udała się przez Lubawkę do Czech, o czym dowiedzieliśmy się następnego dnia tj. 9 maja 1945 roku. Z tym dniem wszyscy więźniowie zaczęli nowe życie na kredyt. (…)

Okupanci piastowskiej rubieży, odmaszerowali. Pozostała zmaltretowana faszystowskim uciskiem ludność niemiecka i pełnoprawni gospodarze, czyli Polacy z obozu. Z naszym dobrym samopoczuciem jako gospodarzy, nie było tak idealnie, jako że w okolicznych lasach pozostały grupki fanatyków hitlerowskich. Od pierwszej chwili naszą ostoją i opiekunem stała się Komenda Wojenna i jej dowódca — mjr Archangielski.


Polski zmysł organizacyjny, ułożył dalszy ciąg wydarzeń dnia 9 maja 1945 roku jak i dni następnych. Ani na chwilę nie zapomnieliśmy przypowieści o dobrym ojcu i siedmiu synach. Aby nie tracić równowagi ducha, ci wszyscy, którzy nie poddali się psychozie zdobycia ręcznego wózka, zapakowania na niego trochę łachów — które trudno było nazwać odzieżą — i wędrówki w swoje strony, zamieszkali zbiorowo w hotelu „Karkonosze” — „Kaiserhof”, nie jako stado potulnych owieczek, ale każdy z automatem trzymanym za swoim łóżkiem, służącym do samoobrony. Zmieniając mieszkanie w końcu czerwca 1945 roku, gdy opuszczałem pokój hotelowy z teczką w ręku i kieszeniami marynarki wypchanymi chlebem, zabrałem i automat. W nowym pokoju zajął on swoje miejsce za łóżkiem i na jesieni miałem z tego powodu wiele przykrości, jako że w nawale wrażeń przeżywanych codziennie, zupełnie o nim zapomniałem i nie zdałem broni w przewidzianym terminie. To bojowe pogotowie gospodarzy Kamiennej Góry podyktowane było codzienną szeptaną propagandą, że właśnie dzisiaj w nocy będzie napad na nas, ze wszystkimi smutnymi następstwami. A każdy z nas cieszył się życiem i wolnością a tym samym nie chciał umierać bez walki. Na szczęście obawy były zbędne i napadu nie było. W ciągu dnia nie było czasu pomyśleć o takich sytuacjach. Na każdym kroku spotykały nas honory ze strony miejscowej ludności w postaci głębokich ukłonów i usuwania się z drogi, zwłaszcza, gdy ktoś ukazał się na ulicy z odkrytą głową. W obozie było stosowane rygorystycznie golenie głowy od czoła do karku w partii środkowej na szerokość trzech palców. Ścieżki te bardzo wolno porastały i były otoczone wielkim sentymentem, ze strony ludności niemieckiej.


Wstępna praca organizowania się nowego życia sprowadziła się do rejestracji i opieki nad towarzyszami niedoli, którym stan zdrowia nie pozwalał swobodnie poruszać się. Jedynym źródłem informacji w ciągu kilku pierwszych dni była Komenda Wojenna. Dopiero 18 maja mjr Archangielski przywiózł ze sztabu armii w Legnicy ogłoszenie o granicy na Odrze i Nysie, co wywołało entuzjazm i nasiliło pogoń za prawdziwą herbatą i kawą ziarnistą, dla uczczenia dobrej wieści. Pasmo dobrych wiadomości jak ogniwa łańcucha snuje się nieprzerwanie.

Dnia 19 maja zjeżdża do Kamiennej Góry władza administracyjna z ob. Kalamanem, jako pierwszym pełnomocnikiem na obwód nr XXVIII na czele. Grupa ta w składzie 25 osób kooptuje spośród zasiedziałej Polonii chętnych do pracy i organizuje teren na wzorach polskiej administracji międzywojennej.


Jak grzyby po deszczu wyrastają dzień po dniu organa władz, MO, (…). Do pracy przywołuje się pozostałych na miejscu dotychczasowych pracowników Niemców i rusza machina administracyjna. (…) Dokonuje się spisu rolnego, który wykazuje duże nadwyżki bydła. Ponad 10 tysięcy sztuk poszło z terenu powiatu Kamienna Góra na zagospodarowanie terenów zniszczonych działaniami wojennymi. Pracę ułatwia wyjątkowa sytuacja, jako że wszyscy się znają i wszystko o sobie wiedzą oraz, co najbardziej rzutuje na harmonię współpracy, to absolutny brak zawiści. Każdy ma tyle funkcji ile tylko może unieść. Dowodem wielkich braków kadrowych jest fakt, że piszący te słowa otrzymał dekret powiatowego lekarza weterynarii na cztery powiaty: Kamienną Górę, Jelenią Górę, Jawor i Złotoryję, a oprócz tego był pełnomocnikiem akcji żniwnej i łącznikiem między administracją a Komendą Wojenną. Poprawa na tym odcinku następuje w końcu maja, z chwilą zorganizowania się PUR i przybycia grupy operacyjnej, która zaczęła zabezpieczać obiekty przemysłowe, przekazywane przez Wojskowe Władze Radzieckie. Opiekę nad opuszczonymi obiektami większej własności rolnej, objęły w pierwszym etapie wojska radzieckie i z chwilą zorganizowania się powiatowego Urzędu Ziemskiego, były przekazywane polskiej administracji rolnej. W kilka dni po grupie administracyjnej nadciąga do Kamiennej Góry jednostka Wojska Polskiego pod dowództwem płk. Kondrackiego i szefa sztabu — mjr. Wesołowskiego. PUR działa sprawnie. Nadchodzą transporty repatriantów i przesiedleńców, przeważnie z pow. Nowy Sącz, a jednocześnie zaczynają osiedlać się na terenie powiatu zdemobilizowani żołnierze. Nie ma reguł bez wyjątków. Również i u nas nie brakło tych zwykłych i tych bardziej wybrednych szabrowników. Ci drudzy bez większego nakładu pracy odjeżdżali do „centrali” obładowani kryształami, porcelaną Rosenthala, aparatami fotograficznymi, obrazami, dywanami. Tryby zegara dziejów przesunęły się o kolejne lata i trudno kusić się o skalę porównawczą dnia dzisiejszego z okresem maja 1945 roku. Mam pełne przeświadczenie, że przelana krew naszego żołnierza na wszystkich frontach II wojny światowej, ogrom cierpień, udręki i poniżenia godności ludzkiej więźniów obozów koncentracyjnych, miliony spopielone w krematoriach i wszystkie ofiary naszego Narodu nie poszły na marne. Ze zgliszcz i popiołów, z krwi i łez powstała Najjaśniejsza Rzeczpospolita, niepodzielne dobro całego Narodu, znającego jak żaden inny naród świata wartość wolności i pokoju, o które stale należy walczyć”.


Po zamknięciu tych wspomnień zwróciłem się z prośbą do p. Jana Lubienieckiego, nauczyciela z ZSO Kamienna Góra, z prośbą o wyrażenie zgody na przedruk zaprezentowanych fragmentów wspomnień. Ku mojemu zaskoczeniu p. Jan Lubieniecki przesłał mi „Wspomnienie okupacyjne” dr. Ignacego Głogowskiego wyjaśniające tajemniczy kontakt z lotnikami w 1942 r. Ponieważ mamy do czynienia z oryginalnym tekstem postanawiam go zaprezentować w tym miejscu — łamiąc chronologię:


„Był marzec 1942 r. Pełniłem wtedy obowiązki lekarza wet. we Włoszczowie. Po powrocie z terenu powiatu — w godz. wieczornych dowiedziałem się o wizycie w godzinach przedpołudniowych kieleckiego gestapo w moim mieszkaniu we Włoszczowie. Byli poinformowani, że jestem w pracy na terenie gminy Moskorzew — na przeglądzie i poborze koni na podwody dla Wehrmachtu. Szefem komisji naborowej był Oberst Graf von Rau i ta okoliczność najprawdopodobniej wpłynęła na to, że nie pojechali za mną w teren, tylko pozostawili wezwanie do stawienia się mojego w siedzibie gestapo w Kielcach — na ulicy Skarbowej nr 13. Udział z urzędu w komisji, wielokrotnie wprowadzał mnie w niebezpieczne zakłopotanie, bo rola moja sprowadzała się do ustalenia wieku przyprowadzanych koni i podawania go komisji urzędującej z boku. Oświadczenie moje „zu jung” za młody lub „zu alt” za stary — wystarczyło by koń zatrzymany, został zwolniony i zadowolony gospodarz wracał szczęśliwy do domu. Ale byli i tacy, którzy uważali za stosowne wrócić do mnie, po odprowadzeniu konia do wozu i głośno dziękować mi za uratowanie konia, co w środowisku naboru było naprawdę podpadające. W tym momencie ratowałem się głośna perswazją dla gospodarza, nie mogące zrozumieć, że Wehrmacht do transportu przyfrontowego potrzebuje dobrych koni, a nie takich pokurczy i rupieci jak jego koń!


Wezwanie miało termin dwudniowy i następny dzień wykorzystałem na zorientowanie się — drogą kontaktów miejscowych o powodach wezwania. Wywiad nie wskazywał na jakąś przykrą sensacjeę i postanowiłem zastosować się do zalecenia. Nie mając żadnej pewności powrotu, wybrałem się jak zwykle w teren pracy — nawet w burce. Niemile zaskoczyło mnie usłyszenie mojego nazwiska, wypowiedzianego przez dyżurnego gestapowca w okienku dyżurki, przed elektrycznie zatrzaskiwanymi drzwiami, które otworzyły się bezszelestnie i znalazłem się w mrocznym korytarzu. Zająłem miejsce na ławce pod ścianą i zapaliłem papierosa. Za chwilę gasiłem go, na ryk jednego z gestapowców, zgorszonego moim zachowaniem. Po dłuższym oczekiwaniu, wezwano mnie do gabinetu szefa. Hauptman Handke, siedział za biurkiem, w pokoju poza nim byli dwaj lejtnanci i młody tłumacz — najprawdopodobniej student.

Ustalenie moich personaliów, utknęło na sprawie stopnia zawodowego i nazwiska. Koniecznie wmawiali we mnie, że jestem doktor Glochowski, ja z kolei — jak przysłowiowy diabeł od święconej wody, broniłem się przed tym tytułem, wyjaśniając, że jestem tylko lekarzem wet. i nie wolno mi korzystać ze stopnia doktora. Mimo perswazji z ich strony i przytaczania mi, obowiązujących w Rzeszy przepisów uparcie twierdziłem o słuszności mojego stanowiska. Zmiana nazwiska Glogowski na Glochowski — może zgodnie z fonetyką niemiecką też wprowadziła trochę zamieszania.


Szef przewracał i wertował jakieś zapiski, prowadził rozmowę z moim tłumaczem i po wpisaniu do protokołu całej najbliższej rodziny z dokładnymi adresami — usłyszałem konkretne pytanie. Proszę podać nam nazwiska pana znajomych oficerów lotnictwa?


Obydwaj lejtnanci siedzieli po obu krańcach biurka i zdawałem sobie sprawę, że pilnie obserwowali moją twarz i ewentualne reakcje na pytania. Wyraziłem zdziwienie i bez wahania dałem odpowiedź — nie znam zupełnie i nie utrzymywałem żadnych kontaktów z oficerami lotnictwa i to tym bardziej, że nigdy nie służyłem w wojsku, a koledzy lekarze wet. byli zawsze powoływani na szkolenia do Grudziądza. Tłumacz wyjaśnił mi, że gestapo wie na pewno, o takich moich znajomych i o kontaktowaniu się z nimi i jeśli dobrowolnie nie podam potrzebnych im danych, to Sicheheitspolizei ma pewne sposoby na wydobycie ze mnie potrzebnych informacji.


Temat, ten był centralnym zagadnieniem przez trzy godziny i na twierdzenie zdenerwowanego szefa Handke, który zlecił tłumaczowi powiedzieć mi „On musi znać oficerów lotnictwa” — poprosiłem o możliwość zadania jednego pytania. Gdy zezwoli zapytałem tłumacza, czy zna pełne znaczenie polskiego słowa „musi”, i po uzyskaniu twierdzącej odpowiedzi powiedziałem — nie muszę znać i nie znam oficerów lotnictwa, i jeśli gestapo wie na pewno, to proszę podać mi takie nazwiska a ja potwierdzę. Mój sposób zachowania się i wyjaśnień wprowadziły nowy element do przewidywanego przez gestapo przesłuchania, bo w pewnej chwili usłyszałem zlecenia szefa Handke do tłumacza — teraz jest on wolny.


O szczęśliwa niewiedzo — nieświadomości!! Poprosiłem o poświadczenie mojej bytności w danym dniu w Kielcach na przesłuchaniu, a jednocześnie doprowadziłem do szału gestapo, gdy upomniałem się o zwrot kosztów dojazdu z Włoszczowej do Kielc i diety. Z całą pewnością, gdyby nie fakt dużego niedoboru terenowej służby lekarsko-weterynaryjnej, cofnąłby decyzję mojego zwolnienia. Usłyszałem na moje wystąpienie „niech ta świnia cieszy się, że stąd wychodzi” co inteligentny tłumacz przekazał mi w wersji zmienionej „takich spraw my tutaj nie załatwiamy”.


W czasie przesłuchania byłem urzeczony biegłym pisaniem protokołu przez szefa na maszynie o klawiszach bez jednego znaku. Podsunięty mi do podpisania elaborat na zapewnienie, że zawiera tylko moje odpowiedzi i wyjaśnienia podpisałem i wyszedłem przez te same drzwi, które mnie wpuściły i za wieloma zamknęły się na zawsze. I jeszcze raz. O błogosławiona nieświadomości. W drodze na dworzec kolejowy przyszło olśnienie, że gestapo więcej wiedziało ode mnie. To jednak ci różni nieznani mi osobnicy zjawiający się u mnie w domu, w różnych porach dnia z prośbą o zmianę na drobne banknotu 100 zł (jeden numer i serię miałem zapisane), zostawiający lub zabierający niewielkie pakiety to na pewno poczta spadochronowa o czym nawet nie pomyślałem i szczęśliwie nie skojarzyłem tego zjawiska w czasie przesłuchania. Baczno obserwujący nas obserwatorzy boczni, na pewno odkryliby refleks wahania, czy też mojej niepewności i to byłby koniec mojej kariery życiowej. Wróciłem do domu i codziennej pracy. Skończyły się odwiedziny okresowe nieznajomych ze 100 złotowymi banknotami, ale przybyło nowe urozmaicenie w postaci stałej obserwacji przez 24 godziny, zajmowanego przeze mnie parterowego domku jednorodzinnego przy szosie kieleckiej. Stan taki trwał od przesłuchania w Kielcach do trzeciej niedzieli kwietnia 1942 r. Ta niedziela to splot dziwnych wydarzeń. O godzinie 9 zadzwonił telefon. Telefonował właściciel klucza Małuszyn — Ob. Stanisław Potocki i prosił o interwencję w jego stadninie, bo kilka sztuk młodzieży zachorowało w ciągu ostatniej doby, a jedna już padła. Prosiłem o podanie mi objawów choroby. Podejrzewałem zakażenia stada influenzą koni, jednostka chorobowa zawleczona przez frontowe oddziały Wehrmachtu. W pewnej chwili relacjonowania mi objawów choroby usłyszałem: przerywam naszą rozmowę, bo widzę przez okno gabinetu, że przyjechały z Moskarzowa moja matka i siostra, muszę je przywitać, a potem zatelefonuję wtórnie. Odłożyłem słuchawkę bezwiednie stanąłem przy oknie osłoniętym siatkową firanką w tym samym pokoju, gdzie był telefon. Dzień był pogodny, ulica w niedzielnym bezruchu. W tym czasie od strony Kielc nadjechał Packard — limuzyna odkryta, dawniej własność Pawła Potockiego z Chrząstkowa, a obecnie służbowy wóz szefa gestapo kieleckiego. Packard zjechał na obrzeże szosy i zatrzymał się na przeciw wejścia na podwórze zajmowanego przeze mnie domu. Z wozu wysiadł znany mi już z przesłuchania Handke z oficerem gestapo, a w wozie na przednim siedzeniu pozostał szofer i drugi oficer gestapo. Nie miałem żadnych wątpliwości. Do żony zajętej przygotowaniem śniadania w sąsiednim pokoju powiedziałem, że przyjechało po mnie gestapo, na co usłyszałem spokojną dobrą radę — jak tak to uciekaj. Domek zajmowany miał wejście przez sień od podwórza i dodatkowe wyjście oszkloną werandkę — do maleńkiego ogródka, z którego można było wyjść furtką na ulicę, gdzie stał samochód gestapo w odległości około 10 metrów — w kierunku miasta. Zdążyłem włożyć marynarkę, polecić sprzątnąć moje nakrycie ze stołu i zlecić otworzenie drzwi od sieni, do których stukali już gestapowcy. Wyszedłem z pokoju na werandkę, a stąd do ogródka i wspomnianą furtką na ulicę. Odruchowo spojrzałem w kierunku samochodu. Dwaj gestapowcy na przednim siedzeniu byli zajęci zapalaniem papierosów od jednej zapałki. Jak manekin skierowałem się w kierunku Kielc i po przejściu około 150—200 metrów wstąpiłem do domku zajmowanego przez Ob. Konrada Kotulskiego. Krótko wyjaśniłem mu, że w domu mam gości a u niego jestem, bo wzywał mnie do chorego konia. Zapytał kto widział mnie wchodzącego do jego domu? Na to pytanie nie byłem w stanie dać mu odpowiedzi. Konrad zadeklarował zorientować się w sytuacji — mnie prosił do drugiej izby i wyszedł. W tym czasie wyjąłem z kieszeni bloczek receptowy i zapisałem trzy zastrzyki veratryny dla konia. Konrad wrócił zatroskany i doradził abyśmy przenieśli się z domu do stodoły, bo w tej chwili dom zajmowany przeze mnie jest otoczony żandarmerią, a część żandarmów i volksdojczów podobno otoczyło kościół, gdzie mogłem być na nabożeństwie. W stodole Konrad ułożył mnie na deskach pod złączeniem dachu ze ścianą, rzucił kilka wiązek słomy na mnie i wyszedł. Wrócił po godzinie, doradzając wyjście z miasta do lasu. W drodze poinformowałem go, że w pokoju na stole została recepta na trzy zastrzyki dla konia i po powrocie powinien ją zniszczyć. Zostałem w lesie i do Włoszczowej nie wróciłem. Po paru dniach dotarłem do Częstochowy, gdzie po kilku tygodniach wyrobiłem sobie nową kenkartę na nazwisko Borowicz Zygmunt z zawodu kancelista. Kraj spowijała noc okupacji ze wszelkimi jej okropnościami. Już w nowym wcieleniu przeszedłem poniewierkę człowieka wyobcowanego ze środowiska i bezdomnego. W sierpniu 1944 r. dostałem się do więzienia gestapo w Skierniewicach wraz z przyjacielem, Przemysławem Kuleszą lekarzem wet. ze Skierniewic, u którego przejściowo zamieszkałem. Z więzienia wysłano nas obu z całą grupą do obozu koncentracyjnego Gross Rosen. Z numerem obozowym 87993 przerzucono mnie na Komando do Landeshut u. Schlesen. I wbrew obowiązującym prawom obozowym „Bij i bij” i stąd nikt nie wyjdzie inną drogą — tylko przez ten komin (krematorium). W dniu 9 maja 1945 r. odzyskałem wolność. Ważyłem wtedy 39 kg przy wzroście 166 cm. Z chwilą przejęcia terenu przez polskie władze administracyjne zgłosiłem się do pracy zawodowej w Kamiennej Górze i tu pozostaję stale. Bodajże we wrześniu 1945 r. wieczorem, zadzwonił dzwonek u drzwi wejściowych mego mieszkania. Otworzyłem i w korytarzu stał oficer Wojska Polskiego i pytał o mnie, sądzę — poznał mnie od razu i zorientował się, że nie wiem z kim rozmawiam. Poprosiłem by wszedł do oświetlonego mieszkania. Tu sprawa wyjaśniła się natychmiast. A więc Konrad. Wyjątkowo miłe spotkanie. Konrad od razu zadeklarował cel odwiedzin. Dowiedział się, że żyję i postanowił odnaleźć mnie, by podziękować mi jak twierdził, za uratowanie mu życia. Nie wytrzymałem nerwowo i gorąco zaprotestowałem, boć to on wyprowadził mnie do lasu i uchronił od niechybnej śmierci. Powoli, powoli — rzekł miły gość. Jak wyjaśnię to dojdziemy do kompromisu. I tak zaczął. W drodze do lasu pamiętnej niedzieli kwietniowej powiedział mi pan o recepcie na trzy zastrzyki dla konia i poprosił bym po powrocie zniszczył ten świstek. Nie znam się zupełnie na tych waszych przepisach, ale uwagę moją zwróciła data przepisu. Była napisana data następnego dnia. Jednocześnie dowiedziałem się, że gestapo szukało pana jak przysłowiowej igły w stogu siana do godzin wieczornych. Postanowiłem sam nie wiem czemu w poniedziałek rano, wykupić zapisane zastrzyki. Zdziwienie właścicielki apteki było ogromne. Wyjaśniłem jej, że pan czeka u mnie, by zrobić koniowi zastrzyk i nie wiem dlaczego, ale podobno ma pan mało czasu więc chciałbym możliwie szybko otrzymać lekarstwo. Po powrocie do domu wyrzuciłem jeden zastrzyk do ognia pod kuchnią, a dwa położyłem na szafie. I tak spokojnie upłynął czas do soboty popołudnia. Byłem w domu, gdy weszło trzech gestapowców. Po ustaleniu mojej tożsamości, jeden z nich oświadczył wręcz. Wiemy, że ostatniej niedzieli wyprowadziłeś doktora Głogowskiego w Włoszczowej. Za podanie nam miejsca jego pobytu dostaniesz nagrodę przy czym otworzył teczkę wypełnioną paczkami banknotów — jest tutaj 100 000 zł. Wybieraj. Albo powiesz nam, gdzie on jest, albo przekonamy cię, że mamy sposoby zmusić cię do szczerości. Ścierpła na mnie skóra i energicznie zaprzeczyłem jakoby podobna sytuacja miała miejsce! I przyszło olśnienie! Z góry przepraszam za dość nie przychylną opinię o panu. Poprosiłem, by pozwolili mi złożyć wyjaśnienia. Zacząłem od tego, że jest pan niesolidny, bo naraził mnie na wydatek za zastrzyki dla konia, w poniedziałek w rannych godzinach kiedy spotkałem pana z teczką na Podzamczu — na ulicy. Przyszedł pan do mnie, zbadał konia zapisał zastrzyki, pierwszy nawet zrobił, ale dwa następne leżą i są niepotrzebne. Koń przestał upadać na lewą przednia kończynę już po pierwszym zastrzyku i to wielkie szczęście, bo wiosenne prace w polu w całej pełni, ale niepotrzebne koszty przez pana niesolidność poniosłem! Przez dłuższą chwile naradzali się, następnie wzięli leżące na stole zastrzyki i dwóch pojechało do apteki — jeden pozostał przy mnie. Po godzinie wrócili. Kontrola w aptece była zgodna z podanym przez niego wyjaśnieniem. Gestapowcy odjechali zostawiając mnie w domu.

Podziękowaliśmy sobie wzajemnie za uratowanie życia”


OPOWIEŚĆ DWUNASTA — Mielczysław Zalasiński

Wśród licznych materiałów otrzymanych od syna doktora znajduję maszynopis zatytułowany „Z akcji partyzanckiej „Burzy” na Rzeszowszczyźnie oraz publikacje zamieszczone w czasopiśmie „Sławno” w rubryce „Za kolczastymi drutami” autorstwa Mieczysława Zalasińskiego (publikacja ukazało się także w formie broszury). W celu zachowania wartości historycznej wymienionych publikacji przytoczę obszerne fragmenty. Zachowując chronologię dat, jako pierwszy zacytuję tekst dotyczący życia w partyzantce:

„Szybko upływa czas. Zajęcia codziennym trudem, ani spostrzegliśmy się, że oto minęło 52 lata od chwili, gdy na śmiertelnie zranionej Ojczyźnie umilkł huragan wojny. Wielki Jubileusz zwycięstwa nad hitleryzmem skłania każdego Polaka, a zwłaszcza żołnierzy frontowych i partyzantów do historycznych rozważań i osobistej refleksji. Zawodna jest pamięć ludzka i trudno już dzisiaj po tylu latach, z dokładnością chronologiczną przedstawić fakty tamtych dni. Zapominamy o okropnościach minionej wojny, staramy się usunąć je z pamięci. Są jednak sprawy o których się nie zapomina i mimo upływu czasu stają się one zawsze aktualne. Wprawdzie nie można odtworzyć wszystkich faktów, które ukształtowały dzień dzisiejszy, ale wierny mojej pamięci, postaram się również naświetlić krótką historię oddziału partyzanckiego „Burza” na Rzeszowszczyźnie. Ostatnio prasa bardzo dużo poświęca miejsca akcji partyzanckiej podczas okupacji. Również prasa poświęca dużo miejsca działalności konspiracyjnej i partyzanckiej AK, co przejawia się często w postaci publikowanych artykułów. Mimo pewnych osiągnięć publikacyjnych, słusznie uczestnicy tej akcji podkreślają, że mimo wszystko za mało się pisze o działalności partyzanckiej niektórych inspektoratów AK. Jako młody chłopak, pseudo „Kordian”, brałem udział w walkach z Niemcami w ugrupowaniu „Lisa” — rejonu III-go Dębica. W świadomości mojej utkwił mi dzień 20 sierpnia 1944 roku, który będzie mi towarzyszył do końca życia i którego nigdy nie zatrę w pamięci. Tegoż to dnia zawisła nad naszym oddziałem groza i poniżenie. W tym to pamiętnym i jakże bolesnym dniu zostaliśmy otoczeni przez oddział Wehrmachtu i żandarmerię hitlerowską w sile 3 000, we wsi Gębiczyna, w której stacjonowało nasze dowództwo i ochrona w sumie 80 żołnierzy AK. Niespodziewanie Niemcy uderzyli na nas z ogromną przewagą od strony lasu, uzbrojeni w broń maszynową i działa polowe. W tej tragicznej dla nas sytuacji doszło do zaciętej, ale jakże nierównej walki. W walce zginęło 4 oficerów i 2 podoficerów. Niektórym z kolegów udało się wyrwać z pierścienia konno, inni pod osłoną snopów zboża próbowali przedostać się do lasu, ale niestety nie wszystkim to się udało. W walce tej zostałem ranny i udało mi się z wielkim wysiłkiem woli — w tym zamieszaniu, ukryć w łanie rosnących opodal ziemniaków i czekałem dalszego losu. Ucieczka dalej była niemożliwa, ponieważ Niemcy obstawili cały teren. Kiedy ucichła strzelanina, Niemcy przystąpili do penetrowania pola. Przeszukali pole z ziemniakami i zabierali ukrytych partyzantów, których okropnie bito, kopano i maltretowano w nieludzki sposób. Wprawdzie broni już nie mieliśmy, bo przed naszym odkryciem zakopaliśmy gołymi rękoma, a właśnie tej broni domagali się Niemcy. Zabrali nas z rękami podniesionymi do góry do niemieckiego dowództwa, gdzie wraz z innymi kolegami trzymano nas przez cały dzień na okropnych torturach, pragnąc wydusić z nas nazwiska dowódców, pseudonimy oraz dane dotyczące naszej grupy. Różnymi sposobami i podstępem starano się wydobyć wiadomości o partyzantach i ich ugrupowaniu. Pamiętam jak jeden z partyzantów nazwiskiem Rynkar z Łąk Dolnych, pobity do nieprzytomności — ciało miał zmasakrowane w postaci jednej sinej plamy — ale nie ujawnił ani słowa i jego postawa była dla nas hartem i przykładem. Po przeprowadzeniu pacyfikacji w okolicznych wioskach, aresztowano większość mężczyzn powyżej 16 lat, podejrzewając ich współudział w partyzantce i wraz z nami wywieziono ich do więzienia politycznego „Montelupich” w Krakowie, a stamtąd do obozu koncentracyjnego Flossenburga, gdzie z kol. Rynkarem przeżyłem barbarzyństwo hitleryzmu ze swym okrucieństwem, gdzie za drutami kacetu kryło się kłębowisko ludzkiej nikczemności i potworności. Przeszedłem tę straszną gehennę i znów wracam do tych, którzy walczyli, cierpieli i tworzyli historię Polski. Z dramatu naszej drogi chcemy swym potomnym pozostawić granitowy testament, aby umieli cenić czas pokoju”.

I następny tekst zatytułowany:

„Więzienie Montelupich w Krakowie”. Część I — pochodzący z cyklu wspomnień „Za kolczastymi drutami” — rozpoczynający się wierszem:

„Drutami otoczony skrawek świata/Gdzie ludzie tylko numerami są/Gdzie brat spodlony podli swego brata/A cały świat pokryty łzą/Tam tyle krwi i tyle łez przeciekło/Że gdzie ktoś zapyta gdzie jest piekło/To śmiało odpowiedzieć możesz mu/To Flossenburg/Królestwo zła gdzie nie ma Boga…

(Tymi słowami zaczyna się obozowe tango!)


Po przeprowadzonej pacyfikacji 20 sierpnia 1944 r. wsi Gębiczyna i Goręczyna, gdzie znajdowało się nasze ugrupowanie AK przywieziono nas do więzienia w Tarnowie. Tam pod nadzorem SS, po 3 dniach głodówki (podano nam jedynie czarną kawę) załadowano nas ponownie w samochody ciężarowe i zawieziono do więzienia Montelupich w Krakowie. Po wyładowaniu na dziedzińcu więzienia z okrzykiem „Polnische Banditen” wepchnięto mnie do celi więziennej, gdzie znajdowało się 3 więźniów, a to prof. dr Stanisław Hubert, prawnik ze Lwowa, dr prawa Bartel oraz mgr farmacji z Krakowa. Po zapoznani z panującymi rygorami w więziennej celi, ogarnęła mnie otucha i otrząsnąłem się z tragedii jaką przeżyliśmy w czasie pacyfikacji przez żandarmerię niemiecką.

Na drugi dzień rano otrzymaliśmy porcje chleba i czarną kawę z RGO czyli komitetu opieki z Generalnej Guberni, który zbierał żywność i pieniądze dla więźniów politycznych aresztowanych przez Gestapo i SS.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 77.26
drukowana A5
Kolorowa
za 113.87