Umiłowanej żonie: pamiętaj, że każda przeciwność to tylko pretekst, by wzrastać
I
1
Doktor Alicja zerknęła do swoich notatek po raz kolejny. Prowadziła skrupulatnie notatnik badawczy. Wierzyła, że w nadciągających czasach będzie jej potrzebny. Czuła, że musi spisać to wszystko, co kłębiło jej się w głowie.
Ciemny notes nosił na sobie ślady zużycia. Ściskała go nerwowo i wyglądała przez okno opustoszałego budynku. Ulica była cicha. Było bezpiecznie.
— Klasyczny przykład rodziny neuropsychotycznej — powiedziała na głos. Zaczęła spisywać swoje spostrzeżenia. Jednocześnie, jednym okiem, zerkała nerwowo na zewnątrz. Przez silne skupienie nie zwracała uwagi na smród, jaki panował w ciasnym pokoju, na piętrze budynku. Dookoła leżały luźno ciuchy i trochę śmieci. Przejrzała je wcześniej, w poszukiwaniu czegoś przydatnego. Nie znalazła nic, co mogłaby wykorzystać.
— Jasna cholera! — przeklęła głośno, gdy długopis zaczął odmawiać posłuszeństwa. Przez moment chciała rzucić niewielkim notesem, ale szybko powstrzymała impuls. Wiedziała, że to, co w nim zapisuje, jest bezcenne.
Wstała tylko i przeczesała dłonią długie, zaniedbane włosy. Zaczynały już jej przeszkadzać. Rozejrzała się jeszcze dokładniej po pokoju. Nie przejmowała się tym, że robi jeszcze większy bałagan. Raczej nie zanosiło się na to, żeby prawowici właściciele szybko wrócili. Nie zanosiło się, żeby powrócili kiedykolwiek. Prawdopodobnie nie żyli już, albo błąkali się bez celu.
— Nie wierzę, że nie mieliście tutaj jednego sprawnego długopisu — mówiła do siebie na głos. Szuflady i półki były pełne różnorodnego sprzętu, ale nie mogła znaleźć nic, co nadawałoby się jako przyrząd do pisania.
Zaburczało jej głośno w brzuchu. Uświadomiła sobie, że od paru ładnych dni nie zjadła porządnego posiłku. Tylko trochę puszkowanego żarcia, które równie dobrze mogłoby służyć za karmę dla psa. Głód nie pozwalał jej się skupić i straciła czujność. Chodziła od pokoju, do pokoju w nadziei, że znajdzie długopis i coś do zjedzenia.
Drzwi do salonu były zamknięte, więc uznała, że za nimi musi znajdować się coś wartego zbadania. Tylko wyjęła scyzoryk, który podarował jej kiedyś mężczyzna, z którym była. Minęły wieki. Nie miała pojęcia, co się z nim działo. Tylko uśmiechnęła się w duchu i delikatnie włożyła wytrych w zamek. Nauczył ją tego. Skutecznie.
Gdy wyważyła zamek i uchyliła drzwi z pomieszczenia od razu wybiegły dwa koty. Wyglądały na wygłodzone. Podbiegły do jej nóg i zaczęły się przymilać.
Alicja zareagowała nerwowo. Zaklęła głośno, prawie kopnęła jedno ze zwierząt. Odsunęła się.
— Odczepcie się! — krzyczała do zaskoczonych zwierząt. Te stanęły jak wryte. Nerwowo odsunęła się do tyłu, ale ściana korytarza uniemożliwiła jej dalszą ucieczkę.
Chwyciła pusty wazon, który leżał tuż obok, na drewnianej komodzie. Najpierw wymachiwała nim przed nosem zwierząt. Koty zaczęły miauczeć nerwowo. Potem rzuciła wazonem, ale nie chciała uderzyć żadnego z kotów. Chciała jej tylko przestraszyć. Nawet pomimo faktu, że zgodnie z jej hipotezą, koty miały swój duży udział w tym całym zamieszaniu, które jak kula śniegowa przewaliło się przez świat. Nie miała serca robić im krzywdy.
Wazon, zamiast roztrzaskać się w drobny mak, tylko uderzył z hukiem o ścianę i wylądował na podłodze w całości. Zwierzęta wystraszyły się i uciekły. Odetchnęła z ulgą. Nie na długo. Na końcu korytarza, gdzie przez oszklone drzwi wpadało do środka domu trochę popołudniowego słońca, dało się słyszeć dźwięk.
Była na siebie wściekła, że tak łatwo straciła czujność. Nie powinna. Powinna była być w pełni świadoma tego, co się dzieje wokół niej. Głód i zmęczenie nie pozwalały jej na to.
Klamka poruszała się powoli. Ktoś stał po drugiej stronie drzwi i próbował wejść do środka. Naciskał klamkę raz za razem.
Gdy tutaj przyszła, dom był otwarty i zamknęła za sobą drzwi. Teraz nie wiedziała, czy ma uciekać, czy walczyć. Czy po prostu zmierzyć się z tym wszystkim.
Klamka poruszyła się po raz kolejny, a Alicja zamarła ze strachu. Tłumaczyła sobie, że ktokolwiek stoi za drzwiami, zaraz pewnie odejdzie i zostawi ją w spokoju. Prawda była jednak taka, że ze strachu nie była w stanie się poruszyć.
Ktoś niezdarnie próbował otworzyć drzwi kluczem. Wyglądało na to, że nie może trafić do dziurki, albo ma problemy z wybraniem odpowiedniego klucza. Trwało to wszystko bardzo długo. Nienaturalnie długo.
Naszły ją myśli, że być może wszystko jest w porządku i tak naprawdę to nikt groźny. Zebrała się w sobie i wreszcie udało jej się poruszyć. Bardzo powoli, ostrożnie, by nie wywołać niepotrzebnego dźwięku, zbliżyła się do drzwi.
Wychyliła głowę w taki sposób, by mogła dostrzec, przez wąski pasek przezroczystego szkła, zdobiący wejście, kto stoi po drugiej stronie.
Widziała. Kobieta. Około czterdziestoletnia. Ubranie zanieczyszczone, włosy rozczochrane. Niezgrabne ruchy dłoni. Automatycznie chciała to wszystko zanotować i sięgnęła do plecaka po notes, ale szybko porzuciła ten zamiar. To były klasyczne objawy uśpionej neuropsychozy. Najprawdopodobniej właścicielka tego domu. Wróciła, gdziekolwiek była.
Głupie myśli przeszły Alicji przez głowę. Żywy okaz badawczy. Kobieta była drobniejsza od niej, pewnie też wyczerpana chorobą. Nie powinna stanowić dla niej, postawnej, wysokiej kobiety większego zagrożenia. Mogłaby zostać tutaj i obserwować rozwój choroby, neuropsychozy.
No właśnie, choroba. Nikt tak naprawdę nie wierzył, że to choroba o podłożu fizjologicznym. Międzynarodowe środowisko medyczne prawie jednogłośnie stwierdziło, że narastająca fala zachowań depresyjnych oraz nasilenie wybuchów agresji, to naturalne zjawisko psychologiczne. Ludzie mieli tak reagować na trudne, ostatnie dekady, pełne problemów związanych ze zmianami klimatu i przemianami politycznymi.
Doktor Alicja nigdy w to nie uwierzyła. Miała przeczucie, że za tą dziwaczną, psychologiczną epidemią, kryje się coś więcej. Kryje się choroba, najpewniej zakaźna. Intuicja naukowca mówiła jej, że niektóre zwierzęta, koty, mają jakiś swój udział w jej rozprzestrzenianiu się. Nikt nie chciał jej wierzyć.
Podeszła cicho do drzwi. Po drugiej stronie postać uparcie próbowała dostać się do środka. Nieskutecznie. Naprzemiennie naciskała klamkę i wkładała klucz do dziurki.
Alicja wyczekała na odpowiedni moment i otworzyła zamek, który blokował wejście. Serce waliło jej jak młotem, ale próbowała wyglądać na spokojną. Wciąż nie wiedziała, co prowokuje u chorych ataki agresji i napady neuropsychotyczne. Nie mogła ryzykować, że są to reakcje mimiczne, odpowiedź na zachowanie innych ludzi.
Nieznana kobieta nacisnęła klamkę po raz kolejny i tym razem drzwi się otworzyły, a ona weszła do środka. Alicja zauważyła, że trzyma ona w rękach siatkę z nieokreśloną zawartością. Kobieta spojrzała na lekarkę i wpatrywała się w nią przez dłuższy czas, jakby analizowała całą sytuację.
— Dzień dobry — powiedziała, zamknęła za sobą drzwi i jak gdyby nigdy nic skierowała się do kuchni. Musiała manewrować pomiędzy różnymi sprzętami i śmieciami, które walały się po podłodze. Robiła to niesprawnie i potykała się co kilka kroków. Szła powoli i zatrzymywała się co jakiś czas.
— Ma pani długopis? — Alicja chciała nawiązać kontakt. Starała się to zrobić ostrożnie, by nie sprowokować kobiety. Tamta stanęła jak wryta i nie ruszała się dłuższą chwilę.
— Tak. Jest w szafce — odparła powoli i podeszła do lodówki. Po drodze kopnęła zabawkę, która leżała na podłodze. Zamyśliła się i dodała: — Musisz posprzątać zabawki. — Potem otworzyła lodówkę i długo w niej grzebała.
Alicja podeszła nieco bliżej, by widzieć, co kobieta robi. Przez moment ogarnęło ją złe przeczucie i chciała się wycofać i po prostu opuścić dom. Naukowa ciekawość wygrała. Została.
Kobieta wreszcie wyjęła z lodówki długopis i podała go Alicji. Podeszła do zlewu i wysypała do niego zawartość siatki. To była cała masa różnorodnych przedmiotów i Alicja nie mogła dostrzec niczego wartościowego, ani konkretnego.
Pojedynczo kobieta wyjmowała ze zlewu przedmioty i chowała je do wnętrza kuchenki. Pusta, szklana butelka. Gruby patyk. Puszka aluminiowa. Zwykłe śmieci, to nie miało żadnego sensu.
Alicja wyjęła powoli notes, nie odrywając oczu od kobiety. Podeszła do stołu i usiadła. Długopis, który od niej dostała, był sprawny. Zaczęła notować.
— Jak masz na imię? — zapytała. Kobieta na moment przerwała to, co robiła. Spojrzała w kierunku Alicji, ale nie patrzyła na nią, tylko przed siebie, w pustkę.
— Imię… — wyszeptała i zamarła.
— Weronika. — Alicja przerwała milczenie.
— Jestem Weronika. — Kobieta powiedziała i wróciła do swoich zajęć, czyli przekładania zebranych śmieci ze zlewu do kuchenki.
Alicja zaczęła notować, jednocześnie mówiła cicho pod nosem to, co pisała:
— Kobieta, czterdzieści lat. Typowa syllogomania. Pacjentka gromadzi przedmioty, bez żadnych widocznych zastosowań. Ruchy spowolnione, reakcje opóźnione. Można łatwo pomylić z objawami depresji. — Przerwała na moment i zamyśliła się. Po chwili dodała i zanotowała: — Obecność kotów w mieszkaniu. — Podkreśliła to ostatnie zdanie grubą linią.
Zdjęła ostrożnie plecak i wyjęła dwie puszki z konserwą rybną. Otworzyła.
— Weroniko, zjedz ze mną proszę — powiedziała i położyła jedną puszkę po drugiej stronie stolika. Kobieta podeszła posłusznie i zaczęła palcami wybierać z puszki kawałki ryby i jeść.
Alicja zrobiła to celowo, by lepiej przyjrzeć się kobiecie. Na jej twarzy widać było objawy wyczerpania. Blada cera i podkrążone oczy świadczyły o anemii. Musiała sporo stracić na wadze w ostatnim czasie. Znów ktoś mógłby to wszystko wziąć za objawy depresji. Nie wierzyła jednak, że to problem czysto psychologiczny. Nie wierzyła, że depresja mogłaby nagle osiągnąć poziom pandemii i sparaliżować cały świat. Choroba musiała mieć inne podłoże.
— Jaki dzisiaj mamy dzień Weroniko? — zapytała spokojnym głosem, gdy kobieta skończyła jeść. Zastanawiała się długo i myślała, wpatrując się w dal. W jej oczach brakowało życia. Sprawiała wrażenie pustej skorupy.
— 2030? — podała rok, spojrzała pytająco na Alicję i przez moment zdawało się, że dusza powróciła do jej ciała.
— Dziękuję. — Alicja była zszokowana. Nie widziała wcześniej, by ktoś cofał się wstecz o więcej, niż dekadę. Jeśli jej hipoteza była prawdziwa, to choroba mogła rozwijać się w uśpionej formie przez co najmniej kilkanaście lat. Chory, który miał za sobą typowe objawy neuropsychozy, zwykle pamiętał jakąś datę z przeszłości. Uznała, że to musiała być data, która korelowała w jakiś sposób z momentem zarażenia. O ile rzeczywiście miała tutaj do czynienia z czynnikiem zakaźnym.
Pacjentka wstała i stanęła na baczność. Patrzyła bez ruchu przed siebie, w nieokreśloną dal. Tak samo Alicja patrzyła w przyszłość. W ponurą rzeczywistość tego, co było jeszcze przed nią.
2
Pacjentka, Weronika, przez większą część dnia zachowywała się zupełnie normalnie. Potrafiła wykonać wszystkie, proste czynności, jakich zdrowy człowiek podejmuje się, by przeżyć.
Alicję martwiło jedynie to, że kobieta była tutaj sama. Celowo przyjechała do odludnej wsi, by nieco odetchnąć od szaleństwa, jakie ogarnęło świat. Chciała uzupełnić trochę zasobów. Pomyśleć o tym, co tak bardzo trawiło jej umysł w ostatnich dniach. Neuropsychoza.
Na pierwszy rzut oka nic tutaj nie miało sensu. Weronika, szczupła kobieta, ubrana w brudne dżinsy i koszulę, siedziała na kanapie i wpatrywała się bez ruchu w ekran telewizora. Pusty ekran. Ciekawe było to, że zasilanie w domu wciąż działało. Kobieta jednak nie kwapiła się, by uruchomić telewizję.
Kilka dekad wcześniej przez Europę przeszła fala zielonej technologii i ludzie masowo instalowali sobie na dachach instalacje fotowoltaiczne. Pewnie dlatego w domu był prąd. Na wsiach oddalonych od miast już od dawna ciężko było o inne źródła elektryczności. Linie wysokiego napięcia, przeżarte przez korozję, pourywały się. Nie nadążano z ich reperowaniem.
Weronika chwyciła pilot od telewizora i wycelowała w ekran. Próbowała naciskać przyciski. Monitor nie zareagował.
Alicja obserwowała z bezpiecznej odległości swoją pacjentkę i żmudnie notowała jej zachowania. Pozornie zachowywała się normalnie. Jednakże czegoś brakowało. Tak, jakby nie miała duszy. Jakby jej umysł pozbawiony był świadomości.
— Dzień dobry. — Weronika nagle spojrzała na Alicję. Przeraziło ją to. Patrzyła się jej w oczy, po raz pierwszy, odkąd się spotkały.
— Dzień dobry… — Alicja odparła spokojnie.
— Ja… przepraszam… — kobieta zaczęła nieśmiało, jakby w głowie układała sobie wszystko to, czego doświadcza, w spójną całość. — Napijesz się herbaty?
— Poproszę.
Weronika wyszła na moment, ale z salonu Alicja mogła wciąż widzieć ją, jak powoli krząta się w kuchni. Wróciła z dwiema pełnymi szklankami. Były pełne zimnego, brunatnego płynu.
— Dziękuję. — Alicja powiedziała i udawała, że pije. Nie chciała jednak ryzykować zatrucia i po prostu zbliżała szklankę do ust.
Weronika uśmiechnęła się. To były pierwsze emocje, jakie zawitały na jej twarzy, odkąd się spotkały. Świadczyły o tym, że jej dusza powróciła do ciała.
— Jak długo pani tutaj mieszka? — Zaczęła Alicja.
— Oh. — Kobieta zastanawiała się przed każdym zdaniem. — Niedawno się tutaj wprowadziliśmy z mężem. — Zamyśliła się, gdy to powiedziała.
— Jesteś mężatką?
— Tak, niedawno wyszłam za mąż. To dobry człowiek. Cieszę się, że go poznałam. — Gdy skończyła mówić, wzięła duży łyk brązowej brei i jej twarz przeszył zniesmaczony grymas.
Alicja uniosła szklankę i powąchała jej zawartość. Raczej nie miała specyficznej woni.
— Gdzie jest twój mąż? — zapytała.
— Oh…
— Czy wszystko w porządku?
— Nie, tylko…
— Przepraszam, nie musisz mówić. Po prostu jestem ciekawa.
— Ja nie pamiętam. — Kobieta ukryła twarz w dłoniach, jakby intensywnie myślała i próbowała sobie przypomnieć. Alicja zmieniła szybko temat w obawie, że wywoływanie u niej stresu mogłoby sprowokować atak neuropsychotyczny:
— Ładna okolica — powiedziała.
— To prawda. — Kobieta rozweseliła się i uśmiechnęła. Zaczęła patrzeć przez okno w dal i Alicja miała wrażenie, że znów opuszcza ją świadomość.
To musiała być już zaawansowana faza choroby. Według jej obserwacji, początkowo chorzy wykazują tylko nieliczne objawy, które dodatkowo pokrywają się z trudami codzienności. Są zmęczeni, ospali. Mają problemy z koncentracją a trudniejsze czynności wykonują wolniej, niż zazwyczaj. Podobnie, jak ma to miejsce w demencji.
Jednakże to spowolnienie reakcji organizmu jest tylko pozorne. Działa tak, jakby ciało przygotowywało się na poważny wysiłek. Chory ma pierwszy atak neuropsychozy. Wtedy nie jest już tak różowo.
Weronika nagle wstała ze stołka. Zrobiła to bardzo szybko, aż Alicja wystraszona cofnęła się do tyłu.
— Wiem, mój mąż! — krzyknęła tamta. — Przypomniałam sobie. Wyszedł do piwnicy, po ziemniaki na obiad. — Była uradowana, jej twarz promieniała. Żwawymi ruchami, nie zważając na Alicję, ruszyła w kierunku, o którym mówiła. Zaczęła nawoływać głośno:
— Kochanie! Kochanie!
Alicja podążyła za nią. W myślach notowała kolejne objawy. Nagłe napady euforii i przypływ energii. Wzmocniona koncentracja. Zaburzenia integracji sensorycznej. Niechęć do higieny.
Gdy pomyślała o tym ostatnim, aż skrzywiła się z obrzydzenia. Od kobiety śmierdziało przeraźliwie i dopiero teraz zapach dotarł do nozdrzy Alicji, gdy obie znalazły się w ciemnym i ciasnym korytarzu, który łączył dom z piwnicą. Zapach był intensywniejszy, gdy zagłębiali się coraz bardziej w jej czeluści.
Kobieta nic nie robiła sobie z półmroku, jakby inne, wyostrzone zmysły pozwalały jej na żwawe przemieszczanie się w połowicznym mroku.
— Kochanie! — krzyknęła po raz kolejny, a grube, kamienne ściany pochłonęły większość tego hałasu.
— Cholera, co ja robię. — Alicja powiedziała do siebie na głos. Pomagała sobie, trzymając dłonią wilgotnej, gładkiej ściany.
Zgubiła kobietę, ale tylko na moment. Zwróciła uwagę, że tamta przestała już nawoływać nieobecnego męża. Bardzo wolno zbliżyła się do głównego, obszerniejszego pomieszczenia w piwnicy. W rogu paliła się słabo żarówka w czerwonawym odcieniu. Weronika przykucnięta szukała czegoś na podłodze.
— Kochanie… — wyszeptała. Alicja mogłaby przysiąc, że w jej głosie słychać było łzy i smutek. Ogarnęło ją złe przeczucie. Serce podeszło jej do gardła. Chciała szybko wracać z powrotem na górę, gdy od nagłego napadu klaustrofobii i odoru zakręciło się jej w głowie. W pośpiechu uderzyła kolanem o drewniany przedmiot, który opierał się o ścianę piwnicy. Narobiła hałasu i Weronika odwróciła głowę w jej stronę.
Jej oczy błyszczały. Być może od łez. Być może od szaleństwa, które zaczynało pulsować w jej głowie. Alicja dostrzegła jeszcze, że na posadzce piwnicy, tuż obok Weroniki, leży coś, czego kształt przypomina ludzkie ciało. Obie kobiety spoglądały sobie w oczy i chwila ta przeciągała się w wieczność.
— Kochanie… — wyszeptała Weronika, a jej głos był mechaniczny i pusty. Z ciemności wyłonił się drobny kształt i przebiegł Alicji tuż obok nóg. To musiał być jeden z kotów, które wcześniej spotkała. Spanikowała. Odwróciła się i zaczęła nerwowo iść w kierunku wyjścia. Próbowała opanować bezgraniczny strach, który chciał sparaliżować jej ciało.
Słyszała kroki, które zbliżały się w jej stronę. Weronika. Jej ciało, nawet drobne, ale wzmocnione nagłym zastrzykiem hormonów, zbliżało się w jej kierunku.
Alicja potknęła się, ale wstała szybko. Jej oczy coraz lepiej widziały w ciemności korytarza i szybko dotarła do drzwi. W pośpiechu uderzyła o coś nogą po raz kolejny.
Szarpała się z zamkiem, gdy poczuła na plecach dotyk kościstej dłoni. Krzyknęła. Jednocześnie otworzyła drzwi, wyskoczyła z piwnicy i zatrzasnęła je za sobą. Oparła się całym ciałem. Cisza. Ale tylko przez krótki czas. Ktoś uderzył w drzwi, potem znowu, już mocniej. Weronika chciała się wydostać. Zaczęła wrzeszczeć.
Alicja tylko spojrzała na wątłą zasuwkę, która była jedyną przeszkodą, przed otwarciem drzwi.
— Myśl — mówiła do siebie, by zmotywować się do działania. Na szczęście hałasy wkrótce ucichły i Alicję otoczyła cisza otoczenia. Równie przerażająca, co wrzaski Weroniki.
Znalazła kawałek grubej deski, który walał się po podłodze razem z innymi śmieciami. Udało jej się zabić wejście do piwnicy z pomocą dwóch gwoździ i kawałka metalowej rurki. Tak, na wszelki wypadek.
Usiadła przy stoliku w kuchni tak, by jednym okiem wciąż widzieć drzwi do piwnicy. Medytowała i skupiała się na oddechu tak długo, aż adrenalina opuściła jej żyły i zaczęła znów myśleć jasno.
Nigdy by nie przypuszczała, że tak szybko natrafi na pacjentkę w zaawansowanym stadium neuropsychozy. Na takim odludziu. Widocznie nie było jej dane odpocząć. Nie teraz.
Poczuła piekący ból, który promieniował od strony lewego kolana. Spodnie były w tym miejscu rozszarpane i brunatne. Mocno krwawiła. Przeklęła i sięgnęła do plecaka. Resztki mocnego alkoholu wykorzystała jako środek dezynfekujący. Nie była pewna, czy to wystarczy. Jeżeli miała do czynienia z chorobą zakaźną, jak sama hipotetyzowała, to właśnie mogła ulec zakażeniu.
Ale czy już nie była zarażona od dawna? Skąd mogła wiedzieć? Jeśli początkowe objawy były takie prozaiczne, że całe środowisko medyczne nie powiązało faktów, to skąd miała mieć pewność, że już od dawna nie jest nosicielką?
Czuła się ostatnio zmęczona i senna. Traciła koncentrację. Jej myśli odpływały. To jednak mogły być objawy zmęczenia i nieprawidłowego odżywiania. Nie pamiętała, kiedy ostatnio przespała spokojnie całą noc. Kiedy zjadła coś gorącego. A może to była uśpiona neuropsychoza.
Zmęczoną twarz otarła brudnymi od kurzu dłońmi. Nigdy tak nie robiła. Unikała zarazków na dłoniach. Walnęła pięścią w stół. Wewnątrz walczyła sama ze sobą. Z rezygnacją, która wdzierała się w jej serce. Walczyła, by ta zmieniła się w gniew, bo tylko ten motywował ją do dalszego działania.
Z wnętrza piwnicy usłyszała głośny trzask i spojrzała w tamtą stronę.
— Zamknij się! — wrzasnęła i po raz kolejny walnęła pięścią w stół. — Skup się. — Zaczęła się dyscyplinować. — Co mogło wywołać atak? Skup się, to ważne. — Głośno myślała.
W piwnicy musiały być ludzkie zwłoki. To by wyjaśniało ten odór, który wrzynał się w nos jak brzeszczot. Ciężko było oddychać. Być może był to mąż tej kobiety. Alicja zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem traumatyczne zdarzenie, silne emocje, nie prowokują reakcji hormonalnej, która stymuluje napad agresji neuropsychotycznej. To miało sens, ale jednocześnie intuicja podpowiadała jej, że to zbyt proste. Musiało być w tym coś więcej. Coś, czego nie mogła dostrzec na pierwszy rzut oka.
Z głodu zaburczało jej w brzuchu, a w kuchni, znikąd, pojawił się jeden z kotów. Podszedł do niej.
— Odczep się ode mnie! — wrzasnęła do niego. Nigdy nie lubiła kotów. Zaczął ogarniać ją gniew, co zwykle działo się, gdy była bardzo głodna.
Kot nie robił sobie nic z jej zachowania. Ostrożnie badał zaśmieconą podłogę i zatrzymał się dopiero przy opróżnionej puszce po rybie, którą niedawno jadły razem z Weroniką. Zaczął dokładnie oblizywać jej zawartość.
Alicję ogarnął taki szał, że przez sekundę chciała wstać i rzucić stołem z całej siły. Opanowała się jednak.
— Nie jesteś chora — powiedziała sama do siebie i wzięła kilka głębokich oddechów.
3
Wraz z wieczorem nastała nieprzebrana cisza. Alicja siedziała na stołku przy oknie i patrzyła się na główną drogę, jaka przebiegała przez wieś. Popękany asfalt oznajmiał, że minęło wiele lat od czasu, gdy ostatni raz ktoś ją reperował.
Tylne wejście Alicja zastawiła stertą śmieci i puszek. Gdyby ktoś tamtędy wszedł, usłyszałaby. Mogłaby błyskawicznie opuścić dom przez głównie drzwi. Zniknąć i uniknąć potencjalnego zetknięcia się z kimś groźnym. Może chorym.
Gdyby jednak ktoś zaskoczył ją od strony drogi, wtedy mogłaby wymknąć się tylnym wejściem. Dzięki takiemu rozwiązaniu czuła się bezpieczniej.
Ale tylko odrobinę bezpieczniej. Tak naprawdę przeżywała nieustanny stres i ten zżerał ją od wewnątrz jak pasożyt.
Gdy mrok ogarnął już wiejskie tereny, postanowiła, że wyjdzie zbadać okoliczny teren. Musiała poszukać zapasów i żywności. Mogła przeszukać okoliczne, pojedyncze domy. Liczyła też na to, że bliżej centrum wsi znajdzie jakiś sklep.
Zbliżyła się do drzwi, które oddzielały parter od piwnicy. Przyłożyła ucho do szorstkich desek, z których odrywały się kawałki starego lakieru. Cisza. Jej pacjentka musiała zasnąć.
Gdy wychodziła z domu, potknęła się o kota, który zaczął ocierać się o jej nogę. Zaklęła i odsunęła się z obrzydzeniem. Wyszła szybko na zewnątrz i wygoniła zwierzę.
— Jeszcze raz mnie przestraszysz, to zamorduję cię i zjem! — wrzasnęła za nim, ale w sekundę potem skarciła samą siebie. Nie powinna robić tyle hałasu. Jeżeli we wiosce była jedna kobieta, to bardzo możliwe, że byli i inni ludzie. A jeśli kobieta była chora na neuropsychozę, to pozostali mieszkańcy również mogli chorować. O ile jej hipoteza o tym, że podłoże neuropsychozy jest zakaźne, była prawdziwa.
Gdy przeszła kilkadziesiąt metrów, zaczęła mówić do siebie pod nosem:
— Ciemno jak w dupie. — Potem powiedziała jeszcze kilka nieznaczących zdań i zaśmiała się sama do siebie z tego powodu. Zadziwił ją fakt, jak bardzo człowiek samotny zaczyna wariować. Rozmawia sam ze sobą. Majaczy. Śmieje się bez przyczyny.
Kątem oka dostrzegła duży cień, który przemknął może kilka metrów obok. Bezszelestnie. Zamarła w bezruchu i wpatrywała się w pustkę. Widziała jednak tylko ciemność.
Chmury spowiły niebo. We wsi nie było żadnych, sztucznych źródeł światła. Mrok był niesamowity i Alicja zaczynała wątpić, że wybranie się na zwiad o tej porze to był dobry pomysł.
Sytuacja zmusiła ją do tego. Wolała nie rzucać się w oczy, więc ukrywała się, jak tylko mogła. Spała z samego rana, czujnie, tylko kilka godzin. Potem jeszcze raz, gdzieś koło południa. Była to raczej drzemka, niż głęboki, odżywczy sen. W nocy siedziała czujna lub penetrowała okolice tam, gdzie akurat przebywała.
— Zdawało ci się tylko — powiedziała do siebie na głos i rozluźniła się nieco. Wreszcie dotarła do kolejnego domu. Ogrodzony był drewnianym płotem. Niektóre z balasek próchniały. Chwyciła jedną z nich i szarpnęła. Potem pociągnęła jeszcze mocniej i całe przęsło pękło i przewróciło się. Mogła wejść do środka.
Domek z cegły był otwarty, jak wszystkie budynki, które tutaj napotkała. Wewnątrz śmierdziało nieświeżą rybą, po podłodze walały się odpadki i śmieci. Zrobiło jej się niedobrze na myśl o tym, że miałaby znaleźć cokolwiek do jedzenia w takim brudnym miejscu. Głód jednak doskwierał jej coraz mocniej, dlatego zawzięła się i ostrożnie weszła do środka.
Poruszała się bardzo wolno, krok za krokiem, co kawałek odsuwając nieokreślony przedmiot, który akurat leżał na podłodze. Ręką wymacała na ścianie przełącznik do światła, ale prądu nie było. Widocznie ten dom nie posiadał instalacji słonecznej.
— Cholera — zaklęła.
Po niemałych trudach udało jej się dostać do kuchni. Tylko najsłabsze światło wpadało przez kwadratowe okno. Na wpół po omacku dotarła do lodówki i uchyliła jej drzwi. Zamiast czegoś do jedzenia, uderzył w nią jednak tylko przenikliwy odór zepsutej żywności.
Zasłoniła sobie usta i szybko zamknęła drzwiczki od lodówki, by nie zwymiotować. Nigdy nie wymiotowała, bała się tego. Zrobiła to tylko odruchowo. Pospiesznie odsunęła się od lodówki i zaczęła otwierać szafki. Dłonią sprawdzała, co kryły szuflady. Coś przebiegło jej po dłoni. Mysz, lub niewielki szczur.
Wrzasnęła z całych sił wystraszona. Potem zaklęła.
W jednej z szuflad znalazła baterię.
— Tak! — powiedziała i wyjęła z plecaka latarkę. Bateria pasowała. Ale była już prawie wyczerpana, bo żarówka latarki dawała tylko blade, żółte światło.
— Musi mi wystarczyć… — Już szybciej przejrzała resztę szuflad i dolną część regału. Znalazła trochę detergentu, który mogłaby użyć i jedno opakowanie makaronu, które wciąż było szczelnie zamknięte. Resztę żywności zaczęły już spożywać myszy i pozostali, drobni mieszkańcy tego domu.
Gdy opuszczała to miejsce, naszło ją wrażenie, że nie jest sama. Kątem oka dostrzegła wysoki cień o kształcie człowieka. Stał tuż przy wyjściu bez ruchu.
— Dzień dobry — powiedział.
Alicja przerażona zaświeciła w tym kierunku latarką i w tym samym momencie cień zniknął.
— Czyżbym… wariowała? — zapytała sama siebie. Była lekarką. Powinna wiedzieć coś na ten temat. Zaczęła wymieniać kolejne, możliwe przyczyny omamów wzrokowo-słuchowych:
— Zatrucie, niedobory pokarmowe, niewyspanie… — zawahała się — neuropsychoza? — Zastanawiała się, czy chorzy też doświadczają halucynacji.
Ostatecznie stwierdziła, że po prostu jej się przewidziało i czym prędzej ruszyła w stronę domu, gdzie w piwnicy zaryglowała kobietę. Żywą kobietę. Nawet, jeśli tamta była agresywna, to nie mogła jej ot tak zostawić samą sobie, na pewną śmierć z pragnienia i wycieńczenia.
Gdy wróciła, postanowiła, że nie będzie aż tak bardzo ostrożna i zapaliła świeczką, jaką udało jej się znaleźć wśród gratów i śmieci. Ktoś z zewnątrz mógłby ją teraz dostrzec. Przyjemne, kameralne światło wypełniło kuchnię, a cienie tańczyły na ścianach wesoło. Alicja odetchnęła z ulgą. Usiadła przy stole i spojrzała na plastikowe opakowanie z makaronem. Świderki. Tak dawno nie jadła makaronu. W myślach już gotowała sobie poranną ucztę.
Zmęczona położyła głowę na twardym opakowaniu, tak, jak siedziała. Powiedziała sobie, że tylko na moment sobie odpocznie. Odpłynęła w ciągu kilku sekund w głęboki niebyt.
Przez całą noc śniło jej się, że gotuje sobie makaron i zjada go ze smakiem. Robiła makaron w sosie pomidorowym. Zapiekany ze szpinakiem. Zupę pomidorową z makaronem. Makaron z bananami. Spaghetti z mięsem z kota. Widziała, jak łapie to zwierzę i wrzuca je do garnka z wrzącą wodą, żywe. Tamto szarpie się, wyskakuje z wody i rozrzuca wszystkie naczynia dookoła siebie, robiąc przy tym dużo hałasu. Wtedy się zbudziła.
Zerwała się na równe nogi. Był już ranek i słońce wpadało przez okno do środka kuchni. Hałasy były prawdziwe. Rozejrzała się po stole. Leżały na nim trzy talerze.
Za jej plecami ktoś tłukł się garnkami. Obróciła się więc nerwowo i prawie wywróciła, gdy na jej drodze stanęło krzesło, na którym spała.
— Dzień dobry. — Weronika krzątała się w kuchni, gotowała coś i zmywała naczynia. Woda jednak nie płynęła z kranu i wyglądało to dość komicznie.
— Dzień dobry. — Alicja odpowiedziała automatycznie i przełknęła ślinę. Powoli wycofywała się, ale też obserwowała swoją pacjentkę. Ta musiała w jakiś sposób wydostać się z piwnicy. Nawet pomimo jej żmudnej barykady.
— Usiądź, zjedzmy razem. — Weronika była bardzo miła i Alicja odniosła wrażenie, że zwraca się do niej, jak do córki. Poczuła się dzięki temu pewniej. Postanowiła zostać i obserwować swój obiekt. Usiadła tak, by wciąż mieć szansę ucieczki w razie czego. Chciała też zachować stosowny dystans, by zmniejszyć ryzyko ewentualnego zakażenia.
Kobieta tymczasem wyjęła z szafki talerz i zaczęła nalewać do niego coś z wielkiego garnka, który stał na kuchence. Nic się jednak nie gotowało. Kuchenka była wyłączona.
— Smacznego kochanie — powiedziała i wręczyła Alicji przed nos talerz pełen brudnego płynu. Kobieta użyła makaron, który Alicja znalazła w nocy. Zalała go tą mazią i dodała trochę drobnych odpadków. Zimna zupa ze śmieci nie wydała się Alicji zbyt smakowitą opcją.
— Jak się czujesz Weroniko? — zapytała pewnie. Chciała nawiązać kontakt i zbadać pacjentkę.
— Oh, nie żartuj sobie ze mnie.
— Nie, nie żartuję, przepraszam.
— Więc co to znowu za Weronika? Mam być zazdrosna?
— Zazdrosna? Nie… — Alicja nie wiedziała co powiedzieć. Kobieta zdecydowanie myliła ją z kimś innym.
— Jakbyś przyniósł te ziemniaki, o które prosiłam, to byś miał ziemniaczaną. Ale przyniosłeś makaron, więc masz maka… — Zaczęła mówić, ale przerwała nagle, jakby nie wiedziała, co ma dalej powiedzieć.
— Cholera jestem taka głodna, nie masz czegoś prawdziwego do jedzenia? — Alicja wściekła się, że kobieta zniszczyła jej śniadanie. Powiedziała to tonem pełnym pretensji. Tamta chyba odebrała to i odparła gniewnie:
— Jeśli nie smakuje ci zupa, to sam sobie ugotuj!
— Nie, jest bardzo dobra! — Zaczęła się bronić w obawie, że może sprowokować kolejny atak neuropsychozy.
— Nawet nie spróbowałeś!
— Wiesz… hm, kochanie…
— Tak?
— Jesteś zmęczona. Może się położysz i odpoczniesz, a ja pozmywam?
— Rzeczywiście. Jestem trochę zmęczona. — Kobieta powiedziała to i od razu ziewnęła głęboko.
— Połóż się tutaj. — Alicja delikatnie zaprowadziła ją do kanapy, przed telewizor w salonie.
— Nigdy nie zmywasz. Nienawidzisz zmywać.
— Dzisiaj zrobię dla ciebie wyjątek — powiedziała, gdy kobieta usiadła. Potem zbliżyła do niej głowę, bo chciała pocałować ją w głowę, żeby jej gra wyglądała na bardziej szczerą. Smród od kobiety był jednak tak odrzucający, że odechciało jej się wszystkiego i szybko się oddaliła.
— Idziesz? Nie obejrzysz ze mną serialu?
— Nie, wiesz… Ja pójdę jednak po te ziemniaki. Jutro zrobisz mi ziemniaczaną. — Kobieta jednak nic nie odparła na te słowa i tylko zaczęła się gapić na pusty ekran telewizora. Alicja tymczasem, korzystając z okazji, podeszła do drzwi od piwnicy. Deska, którą przybiła, była wyszarpana. Wyglądało to raczej tak, jakby ktoś usunął ją z zewnątrz.
Nie chciała tego robić, bała się. Coś jej jednak mówiło, że musi zejść do piwnicy i zobaczyć, co tam się znajduje. Chciała wiedzieć, co się wydarzyło w tym domu. Z kieszeni wyjęła swoją podręczną latarkę.
4
Wnętrze piwnicy było mroczne i wilgotne. Smród wylewał się z każdego zakamarka. Przesączone nim były kamienne, zimne ściany wąskiego przejścia. Podłoga była mokra od odoru. Skraplał się na suficie i kapał Alicji na głowę.
— Po jaką cholerę tutaj weszłam — powiedziała do siebie na głos. Ręką przysłaniała sobie usta, by tak bardzo nie czuć wszechobecnego smrodu zgniłej ryby i kompostu. Była lekarką, znała ten zapach aż za dobrze. Był to zapach rozkładających się, ludzkich zwłok.
— Lepiej wracaj — zmotywowała się, ale ciało nie było jej posłuszne. Kierowana głodem i w mniejszym stopniu ciekawością, ostrożnie przemieszczała korytarz. Ręką powoli popchnęła pierwsze ze starych, drewnianych drzwi. Zsyp na węgiel. Sterta paliwa zalegała pod ścianą. Zdziwiła się. Nie widziała węgla od lat. W całej Zjednoczonej Europie praktycznie zrezygnowano ze stosowania tego brudnego paliwa. W Środkowej Europie, skąd pochodziła, stosowały go nieliczne elektrownie, ale to było wszystko. Ale tutaj? W Ameryce? Widocznie czarny rynek węglowy miał się wciąż dobrze. Albo mieszkańcy korzystali z biedaszybów, lub czegoś podobnego. Nie miała pojęcia.
Ruszyła dalej. Wolniej. Jednocześnie chciała iść, chciała zobaczyć zwłoki, zrobić oględziny. Może ocenić, dlaczego ktoś umarł. Czy zamordowała go kobieta, jej pacjentka, nazywana przez nią Weroniką? Nie wierzyła w to. Albo nie chciała wierzyć. Jeśli chorzy na neuropsychozę byliby zdolni do takiego rodzaju przemocy, to miałoby to olbrzymie reperkusje dla całego świata i społeczności ludzi.
Z drugiej strony chciała stamtąd uciekać. Chciała opuścić to śmierdzące miejsce i tą chorą kobietę. Ciekawość wygrała. I głód.
Gdy uchyliła kolejne drzwi, w słabym świetle latarki zobaczyła drewnianą skrzynię. W ciasnym pomieszczeniu, oprócz smrodu ludzkiego ciała, dało się wyczuć zapach stęchłych warzyw. W skrzyni rzeczywiście były ziemniaki. Z bulw wyrastały długie kłącza, ziemniaki zaczęły rosnąć. Alicja pomyślała, że od dawna nikt tutaj nie był.
Bulwy były miękkie, ale oceniła, że wciąż nadają się do jedzenia. Prawdziwe jedzenie. Potrzebowała tylko nieco wody, ognisko, garnek i miałaby ucztę. Nie, stwierdziła, że raczej wrzuci ziemniaki prosto do ogniska i tak upiecze.
Wzięła kilka największych i wypchała sobie kieszenie. Rozglądała się za czymkolwiek, co nadawałoby się do przetransportowania większej ilości na górę, ale nic nie znalazła.
Gdy miała już pełne wszystkie kieszenie i ziemniaki ciążyły jej wyraźnie, niechętnie poszła dalej. Chciała zbadać zwłoki człowieka, które gniły gdzieś na końcu korytarza tej piwnicy.
I rzeczywiście, ciało leżało sobie, jak gdyby nigdy nic. Był to rosły mężczyzna, ubrany w codzienne ciuchy. W słabym świetle latarki nie mogła zobaczyć wiele więcej. Leżał w niezbyt obszernym pomieszczeniu, które musiało służyć mu niegdyś za warsztat.
Przykucnęła nad ciałem. Nie miała rękawic. Brzydziła się. Mimo tego delikatnie, końcówkami palców, chwyciła za koszulę. Pociągnęła. Jego brzuch był wydęty. Musiał rozkładać się już od dawna i gazy wypełniły jego wnętrzności. Teraz to wszystko mogło eksplodować w każdej sekundzie, a tego by nie chciała.
Wstała w pośpiechu, aż potknęła się i przewróciła. Latarka wypadła jej z rąk i poturlała się pod stare, drewniane meble. Jednocześnie zgasła i zrobiło się nagle bardzo ciemno.
— Jasna cholera! — wydarła się histerycznie. Przeklinała pod nosem nerwowo i zaczęła przeszukiwać dłonią podłogę. Była brudna od wilgotnego kurzu. Z ciała musiały zacząć wysączać się płyny.
Alicja wstała więc na równe nogi. W tym samym momencie w piwnicy zapaliło się światło. Mocno raziło ją w oczy, więc przysłoniła ręką twarz. Usłyszała powolne kroki. Ktoś schodził na dół.
Ogarnęła ją panika. Była przyszpilona w tej ciasnej piwnicy. Nie miała jak uciekać. Nie miała jak się bronić. Mogła tylko przeklinać w duchu samą siebie za to, że w ogóle tutaj zeszła.
Miała nadzieję, że Weronika idzie na dół, by sprawdzić, czy znalazła ziemniaki. Zbliżyła się w tamtym kierunku. Na ostatnim stopniu wąskich schodów, które prowadziły na dół do piwnicy, stała mała dziewczynka. Patrzyła się na nią, policzki miała zapadnięte. Spuchnięte oczy mówiły Alicji, że dziecko jest odwodnione.
Odwróciła głowę. Miała przeczucie, że jej się tylko wydaje. Że ma coraz silniejsze i bardziej realistyczne halucynacje. To mógł być jeden z objawów neuropsychozy. Przecież Weronika także myliła ją z kimś innym.
Spojrzała ponownie w kierunku schodów. Dziewczynka stała tam dalej. Miała zaledwie kilka lat. Smutek bił z jej twarzy i Alicji też zrobiło się smutno.
— Czy pani też jest chora? — Usłyszała jej cichy głos. Zaskoczona długo wahała się, co ma na to odpowiedzieć.
— Nie, dziecko, nie jestem.
— Mama jest chora. Tata też. — Alicja, słysząc to, nieświadomie spojrzała za siebie. Wciąż leżały tam ludzkie zwłoki. Prawdopodobnie ojca tej dziewczynki.
— Jak masz na imię? — zapytała opiekuńczym głosem.
— Weronika.
— To śliczne imię. — Nie zwróciła uwagi na przypadkową zbieżność imion dziecka i jej pacjentki. Dziewczynka tylko ukłoniła się subtelnie. Alicja przejęła inicjatywę, gdy poczuła dodatkowy przypływ motywacji. Powiedziała:
— Chodź skarbie. Pewnie jesteś głodna, co?
— Tak. Mama jest chora. Ona nie umie już gotować.
— Wiem skarbie. Ale nie martw się, ja umiem. Masz ochotę na pieczone ziemniaki? — zapytała i chwyciła dziewczynkę za rękę. Przestała martwić się tym, że może się zarazić. Po prostu ogarnął ją ten ludzki instynkt, który często nazywa się mylnie macierzyńskim. Ale nie jest to do końca trafne określenie. Ta opiekuńcza iskra tli się w każdym człowieku, nie tylko w matkach.
Alicja wyprowadziła dziewczynkę z piwnicy i wzięła ją na ręce. Podeszły do salonu, gdzie jej pacjentka siedziała bez ruchu i wpatrywała się w ekran telewizora. Pusty monitor. Alicja pomyślała, że w sumie to śmieszne i nie ma większej różnicy, czy telewizor jest włączony, czy też nie. I tak to, co w telewizji można zobaczyć, to równie dobrze można oglądać pusty ekran. Wartość jest ta sama.
Dziewczynka jednym haustem wypiła resztki wody, które Alicja miała ze sobą i tak skrupulatnie je oszczędzała. Bóg wie, jak długo siedziała gdzieś tutaj sama. Głodna, zmęczona.
— Chowałaś się tutaj? — zapytała jej. Zastanawiała się, dlaczego nie napotkała jej wcześniej. Wydawało jej się, że dość dobrze przeszukała cały dom. Dziewczynka tylko pokiwała głową.
Alicja tymczasem podeszła do kuchenki, ale tak, jak się spodziewała, nie działała.
— Rozpalimy ognisko! — powiedziała wesoło i podała dziecku rękę. Dłoń miało lepką od brudu, ale nie zwróciła na to uwagi. Zapomniała o swoje pacjentce. Zapomniała o całym, bożym świecie. To były dla niej błogie chwile. Liczyła się tylko ta wybiedzona dziewczynka i to, by ją nakarmić i napoić.
Dziecko było już tak zrezygnowane, że bez słowa skargi podążyło za Alicją do ogrodzonego fragmentu ogrodu, jaki połączony był z domem.
— Usiądź sobie kochanie — poleciła swojej nowej podopiecznej — ja zaraz przygotuję coś do zjedzenia — dodała.
Dziecko tylko milczało, ale nie spuszczało zrezygnowanych oczu z Alicji. Obserwowało, jak ta zbiera wszystkie kawałki drewna i papieru, jakie tylko znajdowały się w pobliżu. Potem otwiera szczelne pudełeczko, które kiedyś służyło za pojemnik na krem nawilżający, z wnętrza wyciąga suche pudełko zapałek. Nie pierwszy raz rozpalała ognisko w partyzanckich warunkach. Nie pierwszy raz jej się to udało.
Wyjęła z kieszeni ziemniaki, które wyniosła z piwnicy. W świetle dnia wyglądały raczej skromnie. Ale miała ich ze sobą całkiem sporo. Stwierdziła, że część z nich jednak ugotuje.
Z plastikowej beczki, która łączyła się z rynną opadową nabrała nieco wody do niewielkiego garnka. Był to stały element jej wyposażenia. Zawsze była przygotowana na to, by szybko rozpalić ogień i zagotować wodę.
Deszczówka trochę śmierdziała, ale nie miała za bardzo innego wyjścia. Opłukała starannie ziemniaki, jednocześnie uśmiechając się do małej Weroniki. Dziecko zrobiło się żywsze na widok potencjalnego jedzenia. Jego serduszko urosło. Alicji, widząc to, również.
— Wrzucisz to do ogniska? — podała jej ziemniaka. Weronika wzięła pełna entuzjazmu i podbiegła do ogniska, ale nie bardzo wiedziała, co ma dalej robić. Tylko spojrzała pytająco na Alicję.
Dziecko w takich warunkach musi szybko nauczyć się samodzielności. Inaczej nie przetrwa.
— Nie bój się. Po prostu wrzuć ziemniak w te czerwone patyki, ale nie wkładaj ręki do ogniska — poinstruowała ją. Dobrze wiedziała, że ręka automatycznie cofnie się, jeśli poczuje nadmierny gorąc. To wrodzona reakcja. Dziecko było bezpieczne. Niezdarnie wrzuciło ziemniak do ognia, ale ten wyturlał się z powrotem. Weronika spojrzała pytająco na Alicję.
— Bardzo ładnie! Teraz weź patyk, o taki. — Podała dziewczynce kawałek długiej gałęzi i dodała: — I popchnij ziemniaka głębiej do ognia.
Po krótkim czasie wszystko już było przygotowane. Ziemniaki piekły się w żarze ogniska, a nad nim, na prostej konstrukcji z gałęzi, bulgotała woda w kociołku. W niej gotowały się ziemniaki i trochę dzikiej pokrzywy.
— Ile masz lat Weronika? — zapytała i jednocześnie sprawdziła blaszanym widelcem, czy ziemniaki w garnku są już miękkie.
— Nie wiem. — Dziecko odparło po dłuższej chwili zastanowienia.
— Nic nie szkodzi. — Powiedziała to, ostrożnie zdjęła z ognia naczynie z ziemniakami i odcedziła warzywa. Głód jest najlepszą przyprawą. Po raz pierwszy od wielu dni zjadła ciepły posiłek. Zwykłe, gotowane ziemniaki, ale smakowały jej w tamtym momencie jak prawdziwa ambrozja. Żałowała jedynie, że przygotowała ich tak mało. Większość zostawiła Weronice, która pałaszowała je z wielkim smakiem.
— Nie za gorące? — zapytała dziewczynkę w obawie, że ta się poparzy. Tamta tylko przecząco pokiwała głową. Nie przestała jeść nawet na sekundę.
Gdy skończyła, uśmiechnęła się szeroko, ale nieśmiało i powiedział:
— Dziękuję! — To jedno słowo roztopiło Alicji duszę. Po raz pierwszy, od wielu tygodni, poczuła, że jej życie ma jakikolwiek sens.
— Nie ma za co kochanie. Wiesz, że jestem lekarką? — powiedziała.
— Naprawdę?! — Weronika zrobiła wielkie, zdziwione oczy. Wyglądała na bardzo podekscytowaną. — Przyszła pani zbadać mamę?
— Tak. Ale będę potrzebowała twojej pomocy, twoja mamusia jest bardzo chora. Pomożesz mi?
— Tak!
— Świetnie. Może chcesz jeszcze trochę ziemniaków? — zapytała. Dziewczynka z ekscytacji nic nie powiedziała, tylko podbiegła do Alicji i obserwowała uważnie, jak tamta wyjmuje patykiem ziemniaki z wnętrza ogniska. Po chwili prawie wyrwała jej patyk i sama zaczęła wygrzebywać upieczone bulwy.
— Bardzo ładnie! — Alicja pochwaliła ją. — Ostrożnie, są bardzo gorące. Odczekała chwilę i podała dziewczynce rozłupany, upieczony ziemniak. Potem pokazała, jak ta ma go jeść. Upieczony ziemniak był jeszcze smaczniejszy, niż te gotowane.
Nie wytrzymała i krzyknęła radośnie z całych sił:
— Boże, jakie to dobre! — Na co Weronika tylko zaśmiała się radośnie.
5
Życie nigdy nie toczy się tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Przeznaczenie ma za nic nasze plany. W jednej chwili wszystko wydaje być w porządku i ten stan trwa. W kolejnej, nagle, bez żadnych zapowiedzi, wszystko rozpada się jak domek z kart. Wydarzenia, jedno za drugim, zabierają ostatnie nadzieje na to, że mamy jakąkolwiek kontrolę nad tym, czego doświadczamy.
Alicja odczuła tę prawdę bardzo dobrze. Żyła sobie prosto, aż do trzydziestki. Potem przez świat przebiegła cała seria zdarzeń, których nikt się nie spodziewał. No, może i ktoś się spodziewał. Może i byli tacy, co ostrzegali, że tak będzie. Jednak nikt w to nie wierzył. Nikt nie wierzył, że porządek społeczny runie. Alicja nie wierzyła. Ufała, że społeczeństwo stoi na twardym fundamencie. Ale to wszystko okazało się jedynie wątłym, drewnianym domkiem, postawionym na piasku przez jakiegoś desperata.
Najpierw pojawiła się dziwna epidemia. Ludzie umierali z odwodnienia, wywołanego przez silne epizody biegunki. Umierało ich jednak za mało i wielu nie wierzyło, że to jakaś prawdziwa choroba. Alicja wierzyła. Pandemia zjawiła się, zabiła, kogo miała zabić i zniknęła nagle. Ludzie jednak byli zmęczeni. Mieli dość obostrzeń, narzucanych przez rządy wszystkich państw świata. Nie wolno było organizować imprez, gromadzić się, zbliżać do siebie na ulicy. Każdy miał mieć obowiązkową maseczkę na twarzy, inaczej mógł liczyć się z poważną karą, a nawet prześladowaniem ze strony władzy wykonawczej.
Czy tak miał wyglądać świat demokratyczny? Gdzie wybierani przez większość reprezentanci społeczeństwa, tak naprawdę zachowywali się niczym średniowieczni monarchowie? Wykorzystywali władzę, by gnębić obywateli, którzy nie chcieli ugiąć się pod tym przymusem?
Gdy choroba zniknęła, sprawa umilkła, a jakiekolwiek dowody zamieciono pod dywan. Wtedy pojawili się Oni. I na moment wszyscy zapomnieli o tajemniczej chorobie.
Obcy. Nikt nie mógł powiedzieć, że to medialne kłamstwo. Gigantyczne obiekty, które zakrzywiały pole grawitacyjne, zawisły na krótki czas nad morzami i oceanami świata. Nie dały żadnego sygnału. Żadnej wiadomości. Po prostu były tam, jakiś czas i każdy, kto tylko miał ochotę, mógł je podziwiać. Nazywano je Aniołami. Potem zniknęły nagle, równie szybko, co się pojawiły. Wraz z nimi zniknęła większość wielorybów i waleni. Ziemskie wody stały się o wiele uboższe.
Wydawać by się mogło, że to było dużo. Ludziom należał się odpoczynek. Pandemia i obcy, to zbyt wiele, jak na jeden raz. Nie jesteśmy sami w kosmosie? Jesteśmy tylko słabym gatunkiem małpy, wrażliwym na choroby, które mogą w mgnieniu oka zmieść nas z powierzchni planety?
Wtedy pojawił się kolejny problem, którego nikt się nie spodziewał. Którego nikt nie chciał. Ludzie, zmęczeni tym wszystkim, po prostu nie wierzyli, że to prawda. Nagle świat zaczął pogrążać się w dziwnym otępieniu i zmęczeniu. Jakby trawiła go depresja.
Zaczęło się bardzo niewinnie. Coraz więcej ludzi spóźniało się do pracy. W pracy mylili się w bardziej wymagających czynnościach. Krótkie epizody zmęczenia przedłużały się coraz częściej i intensywniej. Światowa Organizacja Zdrowia nie miała odwagi po raz drugi popełnić błędu sprzed paru lat. Nie ogłosiła pandemii. Eksperci uznali, że ludzkość ma do czynienia z epidemią depresji, wywołaną kontaktem z pozaziemską cywilizacją.
Alicja w to nie wierzyła.
— Czy pani będzie badała mamę? — zapytała Weronika, nieśmiało stanęła tuż za Alicją. Ta nachylała się nad kobietą. Dziecko było już żywsze i zdrowsze. Nareszcie najedzone. Jego matka siedziała bez życia na kanapie.
— Tak kochanie, zobacz. Wiesz co to jest? — Alicja wyjęła ze swojego plecaka stetoskop. Nigdy się z nim nie rozstawała. Uznała go za sprzęt pierwszej potrzeby. Weronika tylko pokiwała głową, że nie wie.
— Najpierw zbadam ciebie, dobrze? — powiedziała. Patrzyła dziewczynce w oczy i wyjaśniała całą procedurę. Potem zbadała ją dokładnie. Nie zauważyła niczego podejrzanego, prócz kości żeber, wyciskających się spod cienkiej skóry dziecka.
Z kobietą nie było tak dobrze. Miała płytki oddech i nie miarowy puls. Wykazywała silne oznaki niedożywienia i anemii. Alicji było już wszystko jedno, czy się zarazi neuropsychozą, czy nie. Prawdopodobnie już była zarażona. Mogła teraz jedynie obserwować, jak wygląda przebieg choroby u innych. Przynajmniej byłaby przygotowana na to, co niechybnie ją czeka.
— Twoja mama jest bardzo głodna. Musimy ją nakarmić.
— Zrobimy dla niej więcej ziemniaków? — Weronika była pełna entuzjazmu. Zarażała Alicję tą energią.
— To świetny pomysł.
— Tak, ziemniaki są super! — odparła dziewczynka. Rzeczywiście były super. To było warzywo doskonałe w czasach głodu. O ile oczywiście plonu nie niszczyła stonka ziemniaczana.
— Tylko mama jest słaba i nie da rady gryźć. Co innego możemy jej ugotować? — zapytała. Miała to we krwi. Motywowała dziecko do myślenia i do pracy. Chciała jak najszybciej nauczyć ją samodzielności.
— Mleczko? — Weronika spytała niepewnie.
— Gdybyśmy tylko miały mleczko, to byłoby super!
— Ja mam mleczko! — Weronika stanęła na równe nogi i szybko pobiegła przed siebie.
— Zaczekaj. — Alicja podążyła za nią na górne piętro domu. Gdy weszła do dużego, zagraconego pokoju, służącego niegdyś za sypialnię dla rodziców, dziewczynka zniknęła jej z oczu. Przez moment wystraszyła się.
Trwało to jednak tylko chwilę i dało się słyszeć hałas, dobiegający z szafy. Weronika wyskoczyła wesoło z wielkiego mebla. Zasłaniał on połowę ściany i był pełen różnego rodzaju ciuchów.
— Mleczko! — Weronika krzyknęła radośnie i wręczyła Alicji cylindryczne, metalowe pudełko. Pełne było mleka w proszku dla dzieci.
— Jesteś bardzo mądra skarbie — powiedziała i spojrzała Weronice czule w oczy. — Chowałaś się w szafie? Cały czas? — zapytała.
— Tak. Tatuś zabudował szafą garderobę i mogę się tam schować. Pokażę pani. — Chwyciła Alicję za rękę i pociągnęła do wnętrza kryjówki. Za stertą ciuchów był kawałek lekkiej płyty ze sklejki i Weronika swobodnie przesunęła go, odsłaniając to, co się za nim kryło. Ciasna garderoba. Dla dziecka w jej rozmiarze, aż nadto obszerna.
W kącie, tuż przy rurze od ogrzewania, leżała warstwa pomiętych kocy i poduszka.
— To twoje łóżko? — Alicja wskazała na posłanie.
— Tak proszę pani. Tutaj śpię, blisko rury, żeby było mi cieplej. Ale rura jest zimna. — Weronika podeszła i teatralnie objęła rurę dłonią. Potem położyła się na swoim łóżeczku i zwinęła w kulkę jak kot.
— Jesteś bardzo mądrą dziewczynką. A teraz chodźmy szybko, nakarmimy mamusię! — Nie mogła wyjść z podziwu dla tego dziecka. W obliczu problemów, schowało się ono za szafą, zgromadziło trochę jedzenia i próbowało przetrwać.
Gdy zeszły z powrotem do salonu, kobiety nie było już na kanapie i Alicja przestraszyła się. Weronika dostrzegła to bardzo szybko i równie szybko zareagowała.
— Mamusia, tam! — Chwyciła Alicję za dłoń i pociągnęła do ogrodu. Kobieta stała tam z konewką w ręku i próbowała podlewać wystający z ziemi, betonowy słup energetyczny. Konewka była pusta.
Weronika nabrała śmiałości, pełna nadziei na to, że Alicja wyleczy jej matkę, podbiegła do niej i zaczęła mówić:
— Mamusiu, mamusiu, jest tutaj pani doktor! Nie bój się mamusiu, proszę! — Krzyczała do kobiety, ale tamta nie reagowała. Dziecko bało się jej dotknąć, chociaż wyraźnie chciała to zrobić.
Alicja wzięła wodę, w której gotowała ziemniaki i dosypała do niej mleko. Weronika przyglądała się badawczo.
— Damy to mamie do picia — powiedziała. Przelała część do kubka.
— Mamusia jest czasem bardzo zła i wtedy, jak tata jest smutny. Tatuś gdzieś poszedł. Po ziemniaki. Nie wrócił.
— Już dobrze kochanie. Podasz to mamie. — Alicja próbowała uspokoić zdenerwowaną Weronikę. Wręczyła jej kubek z ciepłym mlekiem. Dziewczynka ostrożnie, by nie uronić kropelki podeszła do swojej matki i powiedziała powoli:
— Mamusiu napij się, poczujesz się od razu lepiej. To jest mleko dla dzieci, ale pani doktor powiedziała, że nie możesz dobrze gryźć, więc wszystko jest w porządku. Możesz to wypić. No, zobaczysz. — Wyciągnęła swoje drobne dłonie w kierunku kobiety. Alicja obserwowała wszystko bacznie z boku.
Kobieta zatrzymała się i spojrzała na swoją córeczkę. Potem na kubek z białym płynem. Wzięła go w dłonie niepewnie. Ręce zaczęły jej się trząść i wypuściła go. Upadł na trawnik i mleko się rozlało.
— No już dobrze kochanie, nic się nie stało. — Alicja uspokoiła wystraszoną Weronikę i nalała kolejną porcję mleka. Tym razem pomogła kobiecie się napić. Ta piła łapczywie.
— Mamusiu, zaraz poczujesz się lepiej!
— Ty też się napij skarbie. — Podała porcję Weronice i ta także chętnie wypiła. Potem zaprowadziła kobietę do środka i pomogła jej usiąść na kanapie.
— Na co mamusia jest chora? — Weronice powróciły siły i dziecięca energia. Zaczęła wiercić się na fotelu i biegać od matki do Alicji i z powrotem. Ta zastanawiała się, co może odpowiedzieć małej dziewczynce na to pytanie.
— To jest choroba, która się niedawno pojawiła. — Zamyśliła się po tych słowach.
— Czy może pani wyleczyć mamusię?
— Niestety nie wiem kochanie. Spróbuję. Zrobię wszystko, co w mojej mocy. Pomożesz mi?
— Tak! — Weronika krzyknęła radośnie i rzuciła się w ramiona Alicji. Nigdy nie lubiła dzieci. Przy tej dziewczynce jednak coś w niej pękło.
Zdawała sobie sprawę, że będzie to dla niej duży balast. Dziecko zmniejszało jej szansę na przetrwanie, a już na pewno tam, gdzie zmierzała. Ogród. Na południowy wschód od pustynnych terenów, gdzie przebywały, znajdowała się wielka kolonia karna, otoczona wysokim, kamiennym murem.
Ostatnią nadzieję widziała w grupie kobiet, która zamieszkiwała gdzieś na tych terenach. Tworzyły organizację. Dziwną organizację. Kiedyś zaproponowały jej nawet członkostwo, ale to było dawno temu.
— Robi się już późno skarbie. Położymy się spać, dobrze? — Dziewczynka tylko pokiwała głową. Alicja dodała: — Czy możemy przenocować w twojej kryjówce?
— A mamusia pójdzie z nami?
— Oczywiście. Pomożemy jej. Wiesz, to bardzo dobra kryjówka, gdy tutaj przyszłam, to cię nie znalazłam!
— Naprawdę? Tatuś powiedział mi, żebym się tam szybko chowała, gdy będę przestraszona. Bo tam mnie nikt nie znajdzie.
— Mądry człowiek. Ty też jesteś bardzo mądra.
Wstały i pomogły kobiecie wyjść po schodach na górę. Było to trudne. Matka dziewczynki powłóczyła nogami. Weronika dzielnie pomagała jej pokonywać kolejne stopnie.
Wreszcie po wielu trudach wczołgały się wszystkie do kryjówki dziecka i zasunęły za sobą drzwi.
— Tutaj będziemy bezpieczne. Ty z mamusią zaśniecie, a ja będę chwilę czuwała, czy ktoś nie idzie — powiedziała. Planowała poczekać, aż dziecko zaśnie. Musiała jeszcze przygotować sygnały alarmowe przy drzwiach. Nie była do końca pewna, czy to dobry pomysł spać razem z neuropsychotyczną kobietą. Na pewno było to dobre dla dziecka. O ile ta nie dostanie napadu.
Nie zamartwiając się zbytnio tym wszystkim, przygotowała, co planowała i zasnęła obok. Pierwszy raz od dawna głębokim snem.
6
— Gdzie my jesteśmy? — Alicję wybudziły ze snu nerwowe pytania kobiety. Zareagowała natychmiast, próbując ją nieco uspokoić:
— Proszę pani… — Tamta jednak była wyraźnie skonfundowana. Spojrzała na Weronikę i powiedziała pełna emocji:
— Weroniczko, kochanie. — Chwyciła ją w ramiona i mocno przycisnęła do siebie.
— Mamusiu!
— Wszystko w porządku? Gdzie my jesteśmy? Kim pani jest? — Kobieta zauważyła wreszcie Alicję. Spojrzała na nią pytająco, bez agresji.
— Dzień dobry — Alicja nie bardzo wiedziała, jak zacząć — nazywam się Alicja Fletcher. Jeśli pozwolisz, wszystko ci wyjaśnię.
Przerwała jej Weronika, która nie mogła powstrzymać swojej radości na widok trzeźwo myślącej matki. Krzyknęła tylko:
— Mamusiu, to jest pani doktor. Ona cię wyleczyła! Dziękuję pani doktor! — Rzuciła się Alicji na szyję, potem szybko wróciła do matki, jakby chciała odzyskać utracone z nią chwile.
— Dzień dobry. Jestem Magdalena Nuttall. Przepraszam, trochę jestem zaskoczona tym wszystkim i nie bardzo pamiętam…
— Wszystko ci wyjaśnię. Może zejdziemy na dół i napijemy się czegoś? — Alicja wstała z podłogi i otrzepała z ubrania kurz. Niewiele to pomogło. Jej ciuchy były brudne i nie widziały pralki od tygodni.
Kobiety wygramoliły się ze schowka za szafą i zeszły na dół. Magdalena przypomniała sobie swój dom.
— Co tu się stało!? — zapytała retorycznie. Szybko zeszły na dół, do kuchni.
— Proszę usiąść. Spróbuję przygotować coś ciepłego do picia. — Alicja poleciła Magdalenie i ta posłusznie usiadła. Próbowała przepraszać za bałagan:
— Tutaj… Ja nie wiem, skąd to wszystko się wzięło… — Ręką wskazała na walające się po podłodze graty i śmieci. Zerknęła na Weronikę, która nie mogła oderwać się od jej ręki. — Kochanie, czy nie chcesz przypadkiem do toalety? — zapytała, widząc, że dziecko przebiera nogami. — Chodź, zaprowadzę cię. — Wstała i wzięła szczęśliwą dziewczynkę na ręce. Dziecko bało się zostawić matkę nawet na moment. Widziała to.
— Przeproszę panią na chwilę.
— Jestem Alicja. Po co tak oficjalnie.
Alicja przygotowała gorący wywar. Zaparzyła resztki kawy, jakie znalazła w domu. Nie czuła się po kawie zbyt dobrze, ale stwierdziła, że wszystko jej jedno.
Magdy i Weroniki nie było dłuższy czas. Gdy wróciły, Alicja wiedziała już dlaczego. Kobieta umyła się i przebrała ciuchy dziecku. Z jej twarzy biło przerażenie, które próbowała ukryć pod maską uśmiechu. Uśmiechu dla Weroniki.
Dziewczynka trzymała matkę za rękę i wesoło opowiadała jej wszystko, czego doświadczyła. Wspominała coś o Alicji. Ta nie słuchała jednak. Bardziej interesował ją fakt, że Magdalena, jej pacjentka, odzyskała naglę pełnię władz umysłowych. Mówiła i reagowała na pytania bez żadnych problemów. Przebrała się i umyła. Zajęła się dzieckiem. Jej dusza wróciła do ciała.
Alicja, z medycznej ciekawości, zastanawiała się, co mogło sprawić tę nagłą poprawę. Czyżby odzyskała siły umysłowe, gdy się najadła? A może to przez mleczko dla dzieci? Dodaje się do niego zwykle różne substancje, które mogą mieć działanie neurostymulujące.
— Magda, powiem ci to wprost. — Alicja zaczęła nieśmiało. Nie chciała przerywać pięknej scenki, w której dziecko odzyskuje utraconą matkę i obie nie mogą nacieszyć się swoją obecnością.
— Powoli dociera do mnie, co się tutaj stało. — Magda wcięła jej się w słowo niespodziewanie.
— Wczoraj podałam ci… Podałyśmy ci z Weroniką — poprawiła się — mleko modyfikowane dla dzieci. To jakiś preparat oparty o proteiny sojowe?
— Tak, moja Weronia go bardzo lubi. Miała problemy z trawieniem białek mleka krowiego.
— Rozumiem. Wydaje mi się, że jesteś poważnie chora…
— Wiem. To jakiś problem zakaźny, ale szeroko ignorowany w świecie medycznym na obecną chwilę. — Magda przerwała jej po raz kolejny i Alicję zamurowała. Kobieta wiedziała więcej, niż ta przypuszczała.
— Skąd ten pomysł? Wszystkie instytucje badawcze twierdzą zgodnie, że to epidemia depresji.
— Niemożliwe. Ustaliłyśmy, że mamy do czynienia z czynnikiem zakaźnym nieznanego pochodzenia.
— Może to obcy? Oni coś przywlekli i rozsiali?
— Tak dalece bym nie hipotetyzowała. Niestety choroba zaczęła trawić Ul… — Kobieta zamyśliła się i przetarła oczy dłońmi. Była wciąż na skraju wycieńczenia, pomimo nagłej poprawy.
— Ul? — Alicja nie wiedziała, o czym kobieta mówi. Podała jej kawę, którą z trudem zaparzyła z dodatkiem mleka modyfikowanego. — Napij się tego. Dodałam to mleko. Jeżeli zawiera jakieś substancje, które wspomagają rekonwalescencję…
— Nie. Nie sądzę, żeby to było ważne.
— Nie?
— To klasyczny przebieg choroby. Naprzemienna poprawa i nawroty. To przypadek, że odzyskałam świadomość. Ale i tak nie do końca wróciłam, czuję to. Za każdym kolejnym napadem jest coraz gorzej… — Znów schowała twarz w dłoniach i Weronika zmartwiła się. Powiedziała cicho:
— Mamusiu. — Po czym usiadła matce na kolanach. Ta tylko przytuliła mocno dziecko i pocałowała czule w głowę.
— Widzę, że wiesz więcej o tej chorobie, niż ja. Badam tę sprawę od dłuższego czasu, ale nie mam żadnego wsparcia znikąd.
— Wiem, gdzie znajdziemy pomoc.
— O tak. Pomoc by się nam przydała. — Alicja powiedziała to, uniosła kubek z gorącą kawą i wzięła duży łyk. Sama dodała sobie dużą ilość mleka modyfikowanego w nadziei, że może to jakoś zahamować rozwój choroby. Już raczej nie łudziła się, że nie jest zarażona.
Weronika tymczasem zaczęła zjadać wesoło papkę, przygotowaną przez Alicję z ziemniaków i mleka. Była szczęśliwa.
— Dziękuję, że zajęłaś się Weroniką.
— Nie ma za co. Pojawiłam się tutaj dosłownie parę dni temu. Weronika zajmowała się sama sobą.
— Jesteś taka mądra. — Magda powiedziała do swojej córeczki, na co ta uśmiechnęła się szeroko.
— Wybacz mi, ale moja głowa szaleje. Mam natłok myśli. Nie pamiętam zbytnio niczego, co się działo w ostatnim czasie. Jakbym obudziła się z wielkiego kaca. I głowa mi pęka. — Ostatnie zdanie Magda powiedziała z wielkim trudem, po czym zacisnęła zęby.
Alicja tymczasem sięgnęła do plecaka. Wygrzebała w nim pomięte opakowanie ze środkiem przeciwbólowym i podała kobiecie.
— Weź, mam trochę ibuprofenu.
— Dziękuję, ale nie. Możliwe, że czynnik patogenny wchodzi w reakcje z niektórymi lekami przeciwzapalnymi… — Przerwała nagle.
— Wszystko w porządku?
— Tak. Tylko… Słabo mi.
— Chcesz się położyć.
— Nie wiem, czy możemy sobie pozwolić na taki luksus. Powinnyśmy ruszać od razu.
— Ruszać? Dokąd chcesz iść? — Alicja była zaskoczona.
— Wiem, kto nam może pomóc. Moje siostry. Ul. — Magda powiedziała to w taki sposób, że Alicja nagle połączyła wszystkie fakty w jedną całość.
— Ul. Czyżbyś mówiła o rdzeniu Kasandry? — zapytała. Magda nie zareagowała na to pytanie.
— Niedaleko, w Ogrodzie… Pracowałam w podziemnym bunkrze… — Głos zaczął jej się łamać i Alicja przestraszyła się, że świadomość znowu ją opuszcza. Po krótkiej tylko chwili wytchnienia.
— Spokojnie. Wyruszymy najszybciej, jak tylko się da. Wydaje mi się, że zmierzam w tym samym kierunku. — Uspokoiła Magdę tymi słowami. Chwilę siedziały w milczeniu i patrzyły, jak Weronika kończy śniadanie.
— Skończyłam. Dziękuję! — Dziecko wykrzyknęło radośnie i odsunęło talerz, który wylizało do czysta.
Alicja przyglądnęła się kobiecie. Miała ładną, symetryczną twarz i długie, ciemne włosy. Charakterystyczne dla rdzennych mieszkańców Ameryki Południowej, którzy musieli być jej przodkami. Wciąż poruszała się wolniej, niż przeciętny człowiek. Choroba musiała wywoływać trwałe uszkodzenia neuronalne.
— Zaopiekuj się proszę Weroniką. Zaprowadź ją do sióstr. Ona ma olbrzymi potencjał psioniczny. Tak, jak przypuszczałyśmy, jest pierwszą znaną, wrodzoną mentalistką… Przynajmniej zgodnie z moimi oszacowaniami. — Magda znowu odzyskała jasność umysłu. Alicja tylko skinęła głową porozumiewawczo. Obie wiedziały dobrze, że choroba może nagle przyjąć nieoczekiwany przebieg i Magdzie pogorszy się. Nie miały wiele czasu. Rzeczywiście musiały zbierać się jeszcze tego samego dnia.
— Pochodzisz z Ula. Niesamowite. Opowiesz mi wszystko po drodze. — Alicja postanowiła dłużej nie marnować czasu. Wstała i wzięła swój plecak. — Zabierzemy wszystko, co mamy wartościowe i ruszamy. Okiem rzuciła na drzwi do piwnicy. Chciała wziąć trochę ziemniaków na drogę. Magda dostrzegła to i zasmuciła się. Chyba celowo unikała tego tematu.
— Piwnica… — wyszeptała i łzy spłynęły jej po policzku. Nagle wszystko sobie przypomniała.
— Wiem, widziałam, nie musisz nic mówić. — Alicja uspokoiła ją pewnym siebie głosem. Zaczęła pakować przydatne rzeczy. — Macie plecaki? — zapytała.
— Mamusiu, nie płacz. — Weronika uspokajała matkę.
— Nie płaczę kochanie. Coś mi wpadło do oka.
— Podmucham i wtedy to wypadnie. — Weronika delikatnie dmuchnęła matce w twarz.
— Dziękuję kochanie. Już mi lepiej. A teraz chodź. Spakujemy się.
— To idziemy do tego Ula? — Weronika zapytała zaciekawiona.
— Tak kochanie. Musimy zabrać wszystko, czego potrzebujemy.
Wkrótce wszystkie były gotowe do wymarszu. Alicja stwierdziła, że jednak zrezygnuje z kolejnej wyprawy do piwnicy i raczej spróbują zdobyć trochę jedzenia gdzieś w drodze. Nie powinno to być trudne. Sporo małych miasteczek w Stanach Zjednoczonych Ameryki opustoszało w ostatnich latach i wciąż można było w nich natknąć się na sklepy lub składy z żywnością, np. puszkowanym jedzeniem.
— Chciałabym go pochować. To był dobry mężczyzna. Miał bardzo niskie PSI, jak na samca. — Magda powiedziała to, chwyciła w dłoń torbę i pomogła Weronice założyć niewielki plecak. Potem wzięła dziecko za rękę i mocno ścisnęła.
— Tutaj blisko, mam zaparkowany samochód. — Alicja zaczęła przedstawiać swój plan. — Problem polega na tym, że nie mam zbyt dużo paliwa. Mapy, które posiadam, nie są zbyt dokładne. Całe szczęście jednak udało mi się naładować mój sprzęt. — Z głębokiej kieszeni w płaszczu wyjęła smartfon i pokazała go Magdzie. — Niesamowite, że macie w domu prąd.
— Tak, panele słoneczne. System działa niezawodnie od lat.
— Przy pomocy GPS powinno nam się udać dojechać do stacji benzynowej. Zatankujemy i jedziemy prosto do Ogrodu. Mamy przed sobą kilkaset kilometrów drogi.
— To odludne tereny. Nie powinnyśmy napotkać większych problemów.
— Co właściwie tutaj robiliście? Na tym odludziu?
— To długa historia. — Wszystkie trzy ruszyły ostrożnie przed siebie. Miasteczko było opustoszałe.
— Nie musimy się tutaj nikogo obawiać, prawda? — Alicja chciała po raz kolejny się upewnić. Raczej nie miała ochoty walczyć z nikim, ani spierać się o zapasy.
— Nie, raczej nie. Ta wioska. Miałyśmy tutaj eksperymentalnie wychowywać nasze dzieci. Elsi upierała się, że nie potrzebują do tego modelu rodziny. Wolałyśmy jednak, by wychowywać je w rodzinie, takiej z ojcem i matką. Poza Ogrodem.
— Elsi?
— Elsi Parsons jest głową działu PSI. Dużo by o niej opowiadać. Gdy była małym dzieckiem przeszła przez piekło wojny w Chinach. Przeżyła tylko dzięki temu, że ktoś ocenił u niej występowanie cech biseksualnych. Skończyło się to dla niej przymusową operacją korekty płci.
— Przykro to słyszeć. Czytałam o tej wojnie. To była masakra.
— Co to jest masakra? — Weronika co jakiś czas dawała znać, że żyje i słucha bardzo uważnie tego, o czym kobiety rozmawiają.
Nie minęło dużo czasu, gdy wszystkie znalazły się w samochodzie. Odpaliły bez problemu i ruszyły.
7
Jechały spokojnie przez pustynny step stanu Kolorado. Tereny były odludne. Wypełniał je spokój. Susza, jak na całym obszarze Wielkich Równin, zamieniała w pył resztki roślinności. Od lat nikt nie uprawiał tych pól. Klimat zrobił się tutaj zbyt niegościnny.
Alicja przysypiała przy kierownicy, bo droga była monotonna. Weronika spała od jakiegoś czasu, pomimo, że wciąż był jasny dzień. Wtulała się w matkę. Magdalena wpatrywała się w otaczającą pustkę.
— Jak przejdziemy przez mur? — zapytała wreszcie, gdy dostrzegła, że Alicja zaraz uśnie przy kierownicy.
— Mur? — Alicję nieco otrzeźwiło to pytanie. Mówiły szeptem, by przypadkiem nie wyrwać ze snu Weroniki. Dziecko spało słodko i chociaż tyle spokoju jej się należało po wszystkim, czego musiała doświadczyć.
— Wysoki mur otacza Ogród.
— Tak, coś słyszałam. Będziemy się martwić, jak dotrzemy na miejsce. Na razie musimy zdobyć paliwo, inaczej czeka nas piesza wyprawa, a tego bym nie chciała.
— Nie damy rady pieszo. — Magdalena wyjrzała przez okno na step. Milczała jakiś czas. Potem powiedziała: — Wiedziałam, że to głupi pomysł, by opuszczać Ul. Dlaczego dział się tak o to uparł? Elsi stwierdziła, że dziecko potrzebuje miłości stada, a nie rodziny. Jako jedyna była temu przeciwna.
— Zostałaś zmuszona, żeby się wyprowadzić? — Alicja szczerze się zainteresowała, dzięki czemu mogła nieco skupić się na drodze. Całe szczęście było pusto, więc nawet, gdyby zdarzyło jej się usnąć za kierownicą, to co najwyżej zjechałyby na bok z trasy.
— Nie, nie zmuszona. Raczej przegłosowana. Zgadzamy się na to, co mówi większość.
— Ciekawe. Demokracja.
— Powiedzmy. To raczej taki racjonalny konsensus.
— Twoja córka, Weronika, ile ma lat? — zapytała Alicja. Magdalena zastanawiała się przez moment, co kobieta odebrała jako oznakę neuropsychotycznego osłabienia. Wiedziała, że jedzie z tykającą bombą, która w każdej chwili, z nieokreślonego powodu, może dostać neuropsychotycznego szału. Kwestią czasu było to, że znów powróci do psychologicznego stanu indyferencji psychologicznej.
— Sześć. Zatrzymamy się tutaj? — Magdalena wskazała na budynki, które pojawiły się niewyraźnie na rozmytym horyzoncie. Jedno z licznych miasteczek tego obszaru było coraz bliżej.
— Tak. Nie mamy żadnych zapasów. Brakuje nam wody. Wyczerpałam praktycznie wszystko, co miałam przydatnego, żeby dotrzeć do twojego miasteczka. Czemu się wyprowadziłaś? — Naciskała dalej na ten temat, chociaż dostrzegła, że nie bardzo podoba się on Magdalenie.
— Jak mówiłam, siostry tak zadecydowały. Wychowujemy kolejne pokolenie i chciałyśmy zapewnić im optymalne warunki rozwoju psionicznego.
— No właśnie, o co chodzi z tym rozwojem psionicznym?
— To długa historia, może kiedyś ci wyjaśnię.
Jechały jeszcze chwilę w milczeniu, gdy wreszcie dotarły do miasteczka zamieszkiwanego jedynie przez duchy przeszłości. Opustoszałe budynki, ich szare ściany i suche drzewa, coś sprawiało, że ciarki przechodziły po plecach.
— Nie podoba mi się tutaj. — Alicja powiedziała i zaparkowała w cieniu pierwszego z brzegu domu.
— Poczekaj, aż trafisz do Ogrodu. Wstrzymaj swoje narzekania do tego czasu. — Magdalena odparła jej. Alicja wolała nie naciskać. Powtarzała sobie, by zajmować się tylko jednym problemem na raz. Inaczej łatwo straciłaby resztki zdrowia psychicznego.
Weronika zbudziła się prawie od razu, gdy się zatrzymały.
— Muszę siku — powiedziała i odpięła sprawnie pas bezpieczeństwa. Wyskoczyła z samochodu i od razu podbiegła do matki, chwytając ją za dłoń.
— Miasteczko wydaje się opuszczone. Poszukajmy chwilę czegoś do jedzenia i odpocznijmy. Co wy na to? — Alicja zapytała kompanki. Poprawiła plecak i rozejrzała się na wszystkie strony. Domki były niewielkie i znacznie od siebie oddalone. Nie otaczały je żadne ogrodzenia, co wydało jej się dziwnym kontrastem w porównaniu ze Środkową Europą. Tam każdy odgradzał swoje włości wielkim płotem, o wysokości przynajmniej dwóch metrów.
— Nie ma tutaj żywej duszy. Poczekaj, Weronika tylko się załatwi i rozejrzymy się.
Po chwili kobiety spacerowały główną drogą. Wszystkie domy były pozamykane. Ktoś opuścił dawno to miasteczko.
— To wygląda na sklep. — Alicja podeszła do przeszklonego wejścia. Było zamknięte i opustoszałe. Widziała półki, na których kiedyś musiał leżeć towar.
— Jak znajdziemy tutaj coś do jedzenia, to będzie cud. — Magdalena wzięła pustą butelkę i rzuciła nią w drzwi. Chciała w ten sposób zbić szybę i włamać się do środka. Butelka jednak tylko odbiła się z hukiem. Weronika zapiszczała wesoło.
— Pozwól mi to zrobić — odparła Alicja, widząc niezdarne próby swojej koleżanki. Z kieszeni wewnątrz płaszcza wyjęła scyzoryk. Prezent od niego. Miał wytrych. Robiła to już tyle razy. Tym razem mocowała się nieco dłużej, ale zamek wreszcie kliknął.
— Zapraszamy! — Magdalena krzyknęła radośnie i ponagliła Weronikę do środka. We wnętrzu było sucho, powietrze było zakurzone, ale też przyjemnie chłodniejsze, niż na zewnątrz.
— Nic tutaj nie ma. Zaplecze? — Alicja ruszyła na tyły sklepu. Udało im się znaleźć trochę konserwowanego jedzenia. Upchały je sobie do plecaków.
Obładowane i zadowolone wyszły na zewnątrz, by powrócić do swojego pojazdu. Magdalena zauważyła w górze stadko sępów, które kręciły się dookoła.
— Co się stało? — zapytała Alicja, gdy zauważyła jej zaniepokojenie.
— Nie, to nic. — odparła tamta. Po chwili dodała: — Sępy. Po prostu one zbierają się zwykle nad padliną. Ktoś lub coś musiało tutaj umrzeć.
— To akurat nic dziwnego w tych warunkach.
Poszły dalej, gdy nagle Weronika zauważyła coś na drzewie i wskazując palcem, zapytała:
— Mamusiu, czy to jest kotek?
Kobiety zerknęły w stronę suchego konaru. Był bladobrązowy. Podobnie jak majestatyczne, wielkie zwierzę, które leżało sobie na jednej z jego gałęzi. Kamuflaż sprawiał, że dopiero dziecko o silnym, młodym wzroku je dostrzegło. Były bardzo blisko.
— To jest puma. Tak daleko na wschód od gór? — Magdalena była zaskoczona tym widokiem i z niedowierzaniem przecierała oczy raz za razem.
— Wygląda groźnie — powiedziała Alicja. W tym samym momencie zwierzę poruszyło się i po prostu zeskoczyło na dół. Przeciągnęło się i ostrożnie ruszyło w kierunku kobiet.
— Chodźcie, powoli. Oddalimy się, to może da nam spokój. — Magdalena poszła pierwsza, trzymając kurczowo za rękę Weronikę.
— Mamusiu, on jest głodny. — Dziewczynka odezwała się, wskazując na pumę. Kobiety jednak były zbyt przestraszone, by zwracać na dziecko uwagę. Przyspieszyły, gdy zwierzę wydało z siebie przeciągnięty, przeraźliwy ryk.
— Tam, schowajmy się za tym budynkiem. — Magdalena przyspieszyła kroku. Zbliżyły się do niskiego domku. Gdy się zbliżały, zza niego wychylił się kolejny kot. Sprawiał wrażenie większego, niż pierwszy, którego dostrzegły.
— Co?! Kolejna? Myślałam, że one są samotnikami.
— Nie zawsze. Gdy są w trudnej sytuacji, łączą się w niewielkie stada. To oznacza, że są wygłodzone.
— Świetnie, że wiesz tyle o tych zwierzętach. Teraz powiedz mi, jak możemy uniknąć zostania ich lanczem. — Alicja zaczęła w stresie dowcipkować. Zza rogu budynku wyszły jeszcze dwa mniejsze kocięta i bardzo subtelnie obwąchiwały glebę.
— Czy one nas… otaczają?? — Alicja próbowała nie wrzeszczeć, by nie prowokować ataku. Wskazała tylko na prawo od siebie, gdzie znikąd wyłoniła się kolejna, szarobrązowa puma. Ogromny samiec musiał ważyć sto kilogramów. Gdy się poruszał, widać było mięśnie, które napinały mu się na udach.
— Mamusiu, one są tylko głodne… — Weronika ciągnęła Magdalenę za rękaw koszuli. Ta zignorowała ją słowami:
— Nie teraz kochanie, chodź tutaj. — Wzięła ją na ręce w przypływie instynktu, by chronić ją za wszelką cenę. Nawet cenę własnego życia.
Alicja tymczasem zainspirowana słowami dziecka, sięgnęła ostrożnie do plecaka. Schyliła się i wyjęła konserwę.
— Może ona ma rację. Dajmy im konserwy, to się odczepią — powiedziała i scyzorykiem otworzyła pierwszą puszkę.
Weronika zaczęła wiercić się na rękach i Magdalena opuściła ją z powrotem na ziemię. Dziecko poczekało niecierpliwie, aż Alicja odetnie wieko od puszki, wyrwało jej z rąk konserwę i pobiegło co sił w kierunku największego z kotów.
Magdalena zareagowała histerycznie na ten niespodziewany ruch ze strony dziecka. Zaczęła biec za nim, ale nie mogła nadążyć, ze strachu i wyczerpania. Jęczała coś i wymachiwała rękami.
Samica z młodymi zaryczała wściekle i Alicję ogarnął paraliżujący strach. Jedyne, co była w stanie zrobić, to wyjąć kolejną puszkę z mielonym mięsem. Otwarła wieko i tej. Weronika tymczasem podbiegła do wielkiego kota, który był w stosunku do niej, jak koń do dorosłego człowieka. Jego majestatyczna głowa sięgała wyżej i musiał schylić się, by powąchać zawartość puszki, którą Weronika prawie wetknęła mu do nosa.
Dziecko gestykulowało coś przy tym żywo i wydawało niskie dźwięki, przypominające warczenie.
Magdalena dobiegła do dziewczynki i objęła ją z płaczem ramionami. Ta wygrzebała palcem z puszki trochę mięsa i zjadła ostentacyjnie, by puma mogła to widzieć. Potem położyła puszkę na ziemi.
Kot schylił się. Powąchał zawartość bardzo dokładnie. Jego wielkie nozdrza rozszerzyły się i było słychać głośny świst wdychanego powietrza.
Wychylił wielki jęzor i z pomocą zębów opróżnił momentalnie zawartość puszki. Jego silna szczęka pogięła metalowe opakowanie, jakby było zrobione z kartonu.
Samiec oblizał się, uniósł głowę i zaryczał krótko. Wszystkie pumy w okolicy ruszyły nagle w jego stronę. Było ich kilkanaście. Zjawiły się nagle z każdej strony. Musiały bacznie obserwować kobiety, gdy wchodziły do sklepu. Ich potencjalne ofiary.
Alicję ogarnęło dziwne przeczucie i podbiegła także w kierunku Magdaleny i Weroniki. Podała dziewczynce kolejną puszkę.
Ta wyrwała ją z jej rąk i podskokami znalazła się tuż przy dwóch małych kociakach. Wydłubała im zawartość puszki przed nosem. Dosłownie ją połknęły, oblizując dokładnie palce Weroniki. Ta zachichotała i spojrzała na zszokowaną matkę.
Tymczasem Alicja nie nadążała z otwieraniem kolejnych konserw. Była świadkiem dziwnego zdarzenia.
— Mamusiu, pani puma jest bardzo wdzięczna! — Weronika krzyknęła zaraz po tym, gdy wielka samica wydała z siebie wysoki pisk. Zupełnie, jakby rozumiała, co tamta mówi.
— Boże, nie mam już więcej. — Alicja oddała Weronice ostatnią puszkę i nerwowo przeszukiwała plecak.
— Weronika, skarbie, możesz powiedzieć pani pumie, że mamy dla nich więcej jedzenia, o tam, w sklepie? — Nagle Magdalena zrozumiała, o co w tym wszystkim chodzi. Jej córka zaczęła wesoło gestykulować w kierunku stada. Zwierzęta porykiwały. Dwa gatunki, w jakiś dziwny sposób, porozumiewały się ze sobą.
Nie minęło wiele czasu, gdy wszystkie pumy odeszły najedzone, by odpocząć. Zapas konserw uszczuplił się praktycznie do zera, ale przynajmniej kobiety nie stały się obiadem. To było bardzo dużo.
— To było świetne kochanie. — Alicja powiedziała do Weroniki, gdy zmęczone wróciły wreszcie do samochodu. Ta tylko uśmiechnęła się.
— Tak przypuszczałam. — Magdalena powiedziała tajemniczo. — Moje dziecko ma cechy telepaty. To najdalszy znany nam poziom umiejętności psionicznych.
— Nie wiem, co powiedzieć. — Alicja nawet nie próbowała dociekać. Miała aż nadto wrażeń, jak na jeden dzień. — Ojciec byłby z niej dumny — dodała.
— To nie był jej prawdziwy ojciec.
— Jak to?
— Weronika jest córką moją i Elsi.
— Tej transseksualnej kobiety z Ula? Wiesz co, zdrzemnijmy się lepiej i poszukajmy paliwa. Opowiesz mi wszystko w dalszej drodze.
8
— Waham się, czy ci to mówić, ale chyba nie mam innego wyjścia — powiedziała Magdalena. Pocałowała Weronikę w głowę, gdy ta przytulała się do niej mocno. Na powrót stała się szczęśliwym dzieckiem. Nie wyglądała już jak ta drobna biedota, którą Alicja spotkała jeszcze w jej rodzinnym domu.
— O co chodzi?
— Wybacz. Po prostu jesteś osobą z zewnątrz. Nie wiem, czy mogę ci zaufać.
— Posłuchaj — zaczęła Alicja — nie wiem, co ci chodzi po głowie. Ale sytuacja jest kryzysowa. Moim celem jest zdobycie wiedzy o chorobie. Tylko to mnie teraz interesuje.
— Spróbuj mnie zrozumieć. — Magdalena powiedziała i na moment przerwała, jakby zastanawiała się nad czymś. Wyjrzała przez okno samochodu. Wzięła głęboki oddech.
— Powiesz mi lub nie. Z tobą, czy bez ciebie i tak zmierzam do tego całego Ula. Zresztą parę lat temu zaproponowano mi członkowstwo w Rdzeniu Kasandry.
— Tak? Nie zgodziłaś się?
— Na początku nie chciałam, ta cała instytucja wydała mi się bardzo dziwna. — Przerwała na chwilę, bo dotarła do skrzyżowana. Sygnalizacja świetlna nie działała. Drogi były puste w każdym kierunku. Mimo tego zatrzymała się i rozejrzała na boki. Potem pojechała dalej, jak zawsze zgodnie z ograniczeniami prędkości.
— Rzeczywiście, jak się nad tym zastanowić.
— Potem dowiedziałam się, czym zajmuje się Rdzeń i zaintrygowało mnie to. Wtedy nagle dostałam informację, że jednak nie jestem dobrą kandydatką.
— Tak? Pytałaś dlaczego?
— Mhm. Chodziło chyba o ten współczynnik, jak to się nazywało?
— PSI?
— Tak, chyba o to. Miałam za dużo punktów, czy coś.
— Ciekawe. Pamiętasz, jaki miałaś wynik?
— Nie wnikałam. Zrozumiałam jedynie, że mam wynik powyżej setki i to mnie dyskwalifikuje. W tamtym czasie nie potrzebowali agentów zewnętrznych, więc dalej nie naciskałam. Nigdy nie pcham się tam, gdzie mnie nie chcą. — Ostatnie zdanie powiedziała z dumą godną samowystarczalnej osoby.
— No właśnie. Mam takie przeczucie co do ciebie. Jakby drzemała w tobie silna, ukryta agresja. — Magdalena powiedziała Alicji w twarz to, co myślała. Po tych słowach obie milczały długo i jechały w ciszy.
Po kilkunastu godzinach żmudnej jazdy, udało im się wreszcie dotrzeć do Ogrodu. Był to jednak dopiero początek problemów.
Alicja zatrzymała samochód kilkadziesiąt metrów przed murem, który okalał to miejsce. Niekończąca się ściana rozciągała się w dwie strony i niknęła gdzieś za horyzontem. Była wysoka na kilkanaście metrów. Z miejsca, gdzie były, nie widać było żadnego wejścia, bramy, niczego.
Kobiety wyszły z auta i zaczęły rozprostowywać kości. Milczenie przerwała zaciekawiona Weronika. Wskazała rączką w kierunku muru i zapytała:
— Mamusiu? Co to takiego?
— To jest Ogród kochanie. Mur, który go otacza.
— Ogród?
— Tak. To jest takie miejsce, gdzie mieszkałam, zanim wyprowadziłyśmy się do tatusia.
— Aha.
— Jak wysoki jest ten cały mur? — spytała Alicja. Otwartą dłoń przyłożyła sobie do czoła, by zatrzymać oślepiające, popołudniowe słońce. Rozglądała się na boki, oczu nie odrywała od muru.
— Średnio kilkanaście metrów wysokości.
— Nie uda nam się go tak po prostu minąć. Otacza cały Ogród.
— Tak, wielkim okręgiem o średnicy stu mil.
— A ty, jak się wydostałaś na zewnątrz?
— Śmigłowcem.
— Tak, przydałby nam się śmigłowiec.
— Co to jest śmigłowiec? — wtrąciła się zaciekawiona Weronika. Biegała w pobliżu samochodu i raz po raz podlatywała do matki, by sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku.
— To taka wielka maszyna, która potrafi latać i robi dużo hałasu. — Magdalena opisowo, z teatralnym tonem odpowiedziała Weronice na pytanie i dziewczynka bardzo się zaaferowała.
— Naprawdę?! Będziemy latać?
— Nie kochanie, nie dzisiaj.
Alicja przerwała im beztroską rozmowę i spytała:
— Jesteście głodne?
— Tak! — Weronika krzyknęła radośnie.
— Chyba zatrzymamy się tutaj na noc. Na tym pustkowiu. — Alicja rozejrzała się. Płaski jak naleśnik step ciągnął się w każdą stronę. Jedynymi śladami ludzkiej działalności była asfaltowa droga i niskie słupy elektryczne. No i mur okalający Ogród.
— Nie mamy innego wyjścia.
— Tam, zobacz. Weronika, ty masz najlepszy wzrok. — Alicja podeszła do dziecka i wzięła je na ramiona. Nie był to dla niej żaden wysiłek. Była wysoką i postawną kobietą. Kiedyś dużo ćwiczyła kalinistykę.
Uniosła Weronikę wysoko w górę i spytała:
— Co tam widzisz?
— Widzę… — Weronika zaczęła mówić. Ta zabawa jej się spodobała i chichotała głośno. Twarz Magdaleny rozpromieniła się szczerze na widok jej szczęśliwej córki. Spojrzała również w tamtą stronę i powiedziała:
— To chyba jakieś drzewa.
— Sad?
— Albo rzeka. No, może rzeka to zbyt mocne słowo. Po prostu tymczasowe koryto.
— Woda. Przydałaby nam się. Zrobimy tak — Alicja przedstawiła swój plan — podjedziemy do tych zarośli i spróbujemy rozpalić ognisko. Nie wiem, jakie jeszcze dzikie zwierzęta możemy napotkać na tym odludziu. A Weronika pewnie nie gada w każdym zwierzęcym języku, prawda skarbie? — spytała, a dziecko tylko zaśmiało się.
Wkrótce kobiety zaparkowały samochód przy grupce niskich drzew, które wyglądem przypominały raczej przerośnięte krzewy. Alicja nie potrafiła rozpoznać ich gatunku. Drzewa rosły w korycie czegoś, co musiało okresowo być rzeką. Trafiły jednak na moment, gdy koryto było wyschnięte.
— Nie ma wody. Może głębiej? — Alicja ułamała kawałek suchej gałęzi. Drewno było kruche i sztywne. Wbiła go głęboko w dnie piaszczystego koryta. Wyjęła. Końcówka była wilgotna. — Mamy szczęście — powiedziała i podeszła do bagażnika samochodu, skąd wyjęła małą saperkę.
— Możemy jakoś pomóc?
— Nazbierajcie dużo suchych gałęzi. Poszukam wody i rozpalę ogień. Mamy ze sobą trochę mąki. Spróbuję ugotować coś dobrego. Co ty na to Weroniczko? — Uśmiechnęła się do dziecka, które zareagowało radośnie i oddaliło się nieco, by zebrać chrust. Korzystając z okazji Magdalena zwróciła się do Alicji:
— Posłuchaj… — Zawahała się.
— Możesz mi wszystko powiedzieć. Teraz siedzimy w tym wszystkie.
— Ok. — Magdalena skinęła głową. — Nie sądzę, abym długo pozostała świadoma. Przypuszczam, że gdy tylko przejdę w fazę REM, nastąpi reakcja fizjologiczna, która uruchomi nieświadomą reakcję chorobową.
— Rozumiem.
— Boję się tego…
— Nie martw się. Zrobię wszystko, żeby dotrzeć do Ula. Bez was się nie ruszam.
— Dziękuję. — Magdalena pozwoliła sobie uronić kilka łez i instynktownie objęła Alicję. — Zaopiekuj się nią. — Dodała i od razu otarła łzy, by jej dziecko przypadkiem tego nie zauważyło.
— Mamo zobacz! — Weronika podbiegła ze stertą gałęzi, by się pochwalić.
— Ślicznie kochanie! Przynieś jeszcze więcej. — Magdalena zachęciła ją i dziecko pobiegło po nową dostawę chrustu. — Posłuchaj — kontynuowała — tędy nie przejdziemy przez mur. Kieruj się na południe. W Las Animas jest muzeum. Wiem tylko, że tam ukryty jest sposób na to, by dostać się do środka Ogrodu.
— Hm, ciekawe.
— Niestety bardziej ci nie pomogę. Zacznę lepiej zbierać to drewno.
Alicji udało się dokopać do wody. Magda z Weroniką zebrały pokaźną stertę suchych gałęzi, co nie było trudne. Drzewa były wymęczone od suszy i ledwo co rosły. Gałęzie miały kruche.
— Kto ma ochotę na naleśniki? — spytała Alicja. Weronika zaciekawiona podbiegła do niej i tylko powtórzyła głośno, kalecząc słowo:
— Naleśniki?
— Nie jadłaś nigdy naleśników?
— Nie!
— Zaraz zjesz.
Gdy ognisko płonęło, Alicja zbudowała prowizoryczną kuchenkę z grubych gałęzi. Na płaskiej powierzchni położyła grubą, żeliwną patelnię.
— Wiedziałam, że kiedyś mi się to przyda. — W drugim naczyniu rozrobiła mąkę i mleczko dla dzieci. Dolała resztę pitnej wody, jaką posiadały. Udało jej się zrobić coś, co przypominało płynne ciasto naleśnikowe.
Magdalena tymczasem usiadła blisko ogniska i pozwoliła Weronice usiąść jej na kolanach. Była wyraźnie zmęczona i jej myśli odpływały. To nie był dobry znak.
— W porządku? — Alicja zapytała jej i delikatnie wlała trochę ciasta na żeliwną, rozgrzaną patelnię. Zaskwierczało głośno i zaintrygowana Weronika podskoczyła radośnie.
— Słucham? — Magdalena ocknęła się. Jednak wciąż jeszcze była z nimi. Wciąż świadoma, ale z każdą minutą coraz mniej.
— Zaraz zjesz jeszcze trochę tego mleka. Mówię ci, że zawiera jakieś substancje, które łagodzą przebieg neuropsychozy. — Magdalena tylko uśmiechnęła się, słysząc to. Ziewnęła przeciągle.
Siedziały jeszcze bez słowa, wpatrzone w żar ogniska, które rozjaśniało nadchodzący wieczór. Słońce schowało się za horyzontem. I tylko mur straszył ich swoim majestatem, swoją prostotą.
Alicja zwinęła w rulon dwa naleśniki na raz i podała je Weronice, mówiąc:
— Uważaj skarbie, są gorące.
Dziecko wyrwało jej jedzenie z rąk i zaczęło wesoło zjadać. Smakowało mu wyraźnie.
— To było zbyt piękne. — Zaczęła nagle Magdalena.
— Co masz na myśli?
— Ul. Rdzeń.
— Pomysł intrygujący. Zebrać w kupie najtęższe umysły ludzkości i pozwolić im w spokoju, z dala od problemów społecznych, rozwijać się.
— Tak, zbyt piękne. Na początku było super. Ale potem zdarzył się wypadek. Wszystkie wiedziałyśmy, że to nie mógł być wypadek. Ale milczałyśmy same przed sobą. Wtedy któraś z sióstr zaczęła przejawiać silne objawy utajonej neuropsychozy. Wszystko posypało się jak domek z kart.
— Smutne. Co się wydarzyło?
— Nie wiem do końca. Gdy przegłosowano moje odejście, Weronika była malutka. Gdy odchodziłam, pozornie wszystko jeszcze było stabilne. Wkrótce jednak przestałam otrzymywać sygnały z Ula.
— No tak, pewnie coś się wydarzyło. — Alicja była szczerze zaintrygowana. Jeżeli Ul już nie funkcjonował, to cały jej plan nie miał najmniejszego sensu.
— Niestety nie mam pojęcia, co takiego. Wtedy zaczęła sypać się sytuacja na świecie i tutaj, w Stanach Zjednoczonych.
— Ktokolwiek jeszcze tak nazywa ten kraj?
— Haha, rzeczywiście. Od czasu, gdy Stany rozpadły się, to mało kto jeszcze tak mówi.
Weronika wkrótce zasnęła najedzona. Na ognisku gotowała się jeszcze woda, która miała służyć kobietom w dalszej podróży. Alicja skrzętnie pilnowała, by mieć pełny zapas, czyli kilka pięciolitrowych baniaków, które wszędzie ze sobą woziła.
Magdalena posmutniała.
— Już czuję, że znikam… — wyszeptała.
— Spokojnie. Może jeszcze zostaniesz z nami.
— Nie robię sobie złudzeń. Jutro będziesz zdana na siebie. Nie wiem, jak Weronika to przeżyje.
— To bardzo rezylientne dziecko. Poradzi sobie bez problemów.
— Mam nadzieję.
Magda, zmęczona, zasnęła prawie równie szybko, jak Weronika. Alicja zbadała jeszcze w tym czasie najbliższą okolicę, ale nie znalazła niczego ciekawego. Sprawdzała, czy w pobliżu nie ma przypadkiem węży, które mogłoby zwabić ciepło ogniska. Nie spotkała żadnego.
Zanim położyła się sama i usnęła czujnym snem, spojrzała jeszcze raz na niekończący się mur, jakby przygotowywała się do pojedynku z nim.
II
9
— To jest zdecydowane nadużycie przywilejów członka Rady. — Dało się słyszeć niski, niezbyt donośny głos. Należał do człowieka, który nie posiada pewności siebie, charakterystycznej osobom wysoko postawionym w hierarchii społecznej. Głos należał do kobiety. Ta była szczupła, raczej wysoka, miała barki szerokie i dobrze zarysowane mięśnie przedramion. Jej sylwetka nie była kobieca. Jej głos również łatwo było pomylić z głosem męskim.
— Elsi, to jest sytuacja awaryjna.
— Mimo wszystko nalegam, byśmy skorzystały z naszej wspólnej decyzji.
— Usiądź proszę. — Korpulentna kobieta odpowiedziała jej bardzo spokojnym głosem. Jej podeszły wiek nadawał jej powagi. Siedziała w fotelu o wysokich podłokietnikach. Pokoik był kameralny, niewielkie okno na ścianie wpuszczało do środka nieco światła dnia. Ale było to nic więcej, jak tylko złudzenie. Okno było płaskim wyświetlaczem LCD, który na żywo przekazywał obraz z zewnętrznej kamery monitoringu. Cała piątka ludzi znajdowała się nie na powierzchni, ale około pięćdziesięciu metrów pod ziemią.
— Uspokój się Elsi, Hypatia ma rację.
— Jestem spokojna. — Kobieta usiadła i poprawiła rzadki, ale długi warkocz szatynowych włosów, zarzuciła go subtelnie na plecy.
Rita Montalcini była doświadczoną medyczką, pochodzącą z Bliskiego Wschodu. Miała już swoje lata, była drugą najstarszą matriarchą w Ulu, zaraz po Hypatii. Siedziała tuż obok niej i Elsi dobrze wiedziała, że obie wspierają się w tej decyzji.
— Kathy, ty też nie masz nic przeciwko temu? Czy to nie jest zaprzeczenie tego, co tutaj budujemy? Kathy, pracujemy razem. — Elsi zwróciła się do młodszej kobiety, która cicho stała w rogu pokoiku, chowając się za plecami starszych Matek. Miała srebrną protezę nogi, dlatego zwykle stała na zebraniach i unikała siadania, gdy tylko mogła.
— Wiesz… — odparła nieśmiało, zerkając na reakcje pozostałych Matek.
— I ty? Sofia? Przeciwko mnie? — Ostatnią, piątą z Matek była pochodząca z Rosji Sofya Kovalevskaya. Pewna siebie kobieta w średnim wieku, która miała za sobą sporo ciężkich doświadczeń w moskiewskich burdelach. W odpowiedzi tylko ziewnęła przeciągle, jakby w ogóle nie interesowało jej to, co się dzieje wokół niej.
Elsi widząc, że nie ma wsparcia od żadnej z Matek, rozluźniła się w fotelu i uśmiechnęła łagodnie sama do siebie.
— Wiesz dobrze, że ona nie powinna tutaj zostać. To ty kierujesz działem PSI. Sama wiesz najlepiej, że to nie byłoby dobre dla jej rozwoju. — Rita co prawda była lekarką, ale nie miała doświadczenia w pracy z dziećmi.
— No właśnie powtarzam wam, że nie macie racji. Mówię to jako ekspertka w temacie rozwoju psionicznego. Gdzie jest ta cała technokracja, o której tak dużo dyskutowałyśmy?
Hypatia nagle wstała powoli i tylko spojrzała na Elsi napiętym wzrokiem, aż przeszły ją ciarki. Potem bez słowa wyszła z pokoju i zniknęła. Lubiła wieczorami samotnie spacerować po Ulu, zapuszczała się szczególnie na jego dolne, techniczne poziomy. Jak mówiła, w ten sposób medytowała. Nikt nie śmiał jej przeszkadzać.
Chociaż sama twierdziła, że pozostawi ważne decyzje większości mieszkanek Ula, Elsi wiedziała, że to nieprawda. To były pozory. Hypatia wtrącała się w różne sprawy, a już szczególnie w sprawy społeczne. Aspirowała do roli królowej w społeczności, która miała być demokratyczna. Nikt nie ośmielił się jej sprzeciwić. Miała zbyt duży autorytet. No i razem z Ritą tworzyły nierozłączny duet, dwie najpotężniejsze matriarchy.
— Nie sądzicie, że ona robi to ostentacyjnie? — Elsi zapytała retorycznie, bo dobrze wiedziała, że i tak nic to nie zmieni.
— Magdalena urodzi pierwsze nasze dziecko. Nie możemy zdecydować pochopnie, co się z nim stanie — powiedziała Rita tonem, który nie znosił sprzeciwu.
— Po co w ogóle to nasze nieoficjalne zebranie? Przecież i tak już zadecydowałyście razem z Hypatią. A raczej to ona zadecydowała.
— Elsi, to nieprawda. I nie jesteśmy tutaj bez powodu. Chcemy twojego wsparcia. Przecież to dziecko jest biologicznie też twoje. Twoje i Magdy.
— W porządku. Nie sprzeciwię się waszej decyzji. Ale musicie wiedzieć, że moim zdaniem nadużyłyście swoich wpływów.
— Dobrze, zanotuję sobie twoją uwagę. A więc sprawa postanowiona, czy ktoś chce jeszcze coś powiedzieć? — Rita spojrzała najpierw na Sofię, ale ta tylko patrzyła przed siebie z założonymi rękoma. Potem zerknęła na Kathy. Kobieta nieśmiale zerknęła na podłogę i pokiwała przecząco głową.
— Ja chcę coś powiedzieć — odezwała się Elsi — wyjaśnij mi proszę, dlaczego chcecie zesłać ją poza Ogród? To nonsens.
— Zapomniałaś, że Ogród to kolonia karna? Chcesz, żeby dziecko wychowywało się w takim miejscu?
— Proszę cię. Mamy praktycznie pełną kontrolę nad tym sektorem. Sama wszystkiego doglądam. Moje konstrukty społeczne są bardziej rezylientne, niż to wskazywały wasze wątłe modele. — Podkreśliła ostatnie zdanie subtelną dozą pogardy. Rzadko kiedy pozwalała sobie na coś takiego. Tym razem jednak dopuszczała do głosu te emocje, które się w niej kotłowały.
— Sofia, mówię ci, masz klasyczne objawy utajonej neuropsychozy. — Tym razem Elsi zwróciła się do Rosjanki na kanapie. Chciała zwrócić na siebie jej uwagę. Tamta wreszcie się odezwała:
— Nie, jestem tutaj. Jestem w pełni świadoma — powiedziała i głęboko ziewnęła. — Nie wyspałam się chyba tylko.
— Dobrze wiesz, że wykluczyłyśmy możliwość przeniesienia neuropsychozy do Ula. — Rita próbowała mówić tonem znającego się na rzeczy lekarza.
— Doprawdy? Wykluczyłyśmy to przez głosowanie?
— Myślę, że twój współczynnik PSI się degraduje. Powinnaś…
— Nie mów mi proszę o moim współczynniku PSI — Elsi oburzyła się — Dobrze wiem, co powinnam… Zresztą, to nie ważne. — Szybko opanowała rodzący się w niej gniew. Matka miała rację. Powinna kontrolować emocje.
— Rozumiem, że skończyłyśmy? — Elsi powiedziała, wstała wyprostowana i wymownie spojrzała Ricie w oczy. — Jeżeli coś stanie się Magdzie i jej dziecku, to ja umywam od tego ręce — dodała i zwróciła się do wyjścia.
— Dobrze wiesz, że konsekwencje naszych wspólnych decyzji ponosimy także wspólnie. — Rita próbowała coś jeszcze mówić, ale Elsi nie zwracała uwagi. Skierowała się od razu do krętych schodów. Postanowiła poszukać Hypatii i jeszcze raz, ostatni raz spróbować, przy pomocy logicznych argumentów, wpłynąć na jej decyzję.
Sprawa dotyczyła intrygującego problemu, jaki narodził się ostatnimi czasy w ich niewielkiej, liczącej siedemdziesięciu pięciu członków społeczności.
RobMed, we współpracy z BioLabem stworzył projekt rozmnażania. Nie byle jaki projekt. W Ulu nie było mężczyzn, bo do tej pory nie spotkano żadnego, którego współczynnik PSI pozwalałby na przyjęcie go do grona społeczności. Badaczki wykorzystały zwykłe komórki ciała, by zasymulować rozwój strukturalny komórek płciowych. Dzięki temu udało im się wytworzyć plemniki. Skorzystały do tego z materiału genetycznego Elsi, bo ta, jako jedyna w Ulu, posiadała zestaw chromosomów płciowych XY. Urodziła się mężczyzną. W ten sposób kobiety chciały zachować różnorodność genetyczną na możliwie dużym poziomie.
Elsi biegła żwawo krętymi schodami, które prowadziły w głąb Ula, do niższych poziomów, gdzie oczyszczano wodę i gromadzono skrzętnie energię elektryczną. A ta była na wagę złota. Odkąd Ogród został odcięty od dostaw energii z zewnątrz, prądu brakowało ciągle. Wiatrak nie mógł nadążyć z produkcją. Hydroelektrownia zasilała raczej społeczność miasteczka. Ul był zdany na siebie.
Wtedy jedna ze sprytnych kobiet z BioLabu zbadała fragmenty skał z dna Ula i zasugerowała, że niezbyt głęboko powinny znajdować się złoża uranu. Ruszył projekt brudnej elektrowni nuklearnej, która wykorzystywałaby ciepło odpadowe promieniotwórczości, do produkcji energii elektrycznej.
Roboty, zbudowane przez RobMed, zajmowały się pracami górniczymi. To tam musiała wędrować Hypatia. Tak sądziła Elsi.
Zawahała się, gdy po metalowej drabince zeszła na ostatni, betonowy poziom. Wąskie, ciasne przejście było przysłonięte. Miało to zminimalizować ewentualne ryzyko wycieku promieniotwórczego.
Elsi zastanawiała się, po co w ogóle Hypatia się tutaj zapuszcza. To nie miało sensu. W kopalni nie było czego szukać. Z drugiej strony powinna teraz zająć się swoją grupą. Ale musiała z nią porozmawiać. Nie mogła tak tego zostawić. Czuła się odpowiedzialna za to dziecko. To była krew z jej krwi. Nie mogła pozwolić, by dziecko zesłano poza Ogród. Przecież świat stopniowo pogrążał się w chaosie utajonej neuropsychozy, nawet, jeśli działo się to tak wolno, że niewielu to dostrzegało.
— Po co ona tutaj poszła? — zapytała głośno sama siebie i spojrzała w ciemny tunel. Przyklęknęła. Chciała krzyknąć, ale powstrzymała się. Tak do końca to nie wiedziała, czy Hypatia rzeczywiście tutaj była. Nikt zbytnio nie interesował się, gdzie spacerowała. Po prostu Elsi tak wywnioskowała i nie znalazła jej na innych poziomach.
Gdy tak wpatrywała się w nieprzeniknioną czeluść, zaczęła słyszeć regularne kliknięcia. Na początku bardzo ciche, potem coraz głośniejsze. Ktoś wychodził po drabinie w górę szybu. Prawdopodobnie robot.
Wstała na równe nogi. Światło na moment przygasło, ale po chwili zaświeciło się. To był normalny objaw niedoborów energii elektrycznej.
Wreszcie na szczycie szybu pojawiło się źródło hałasu. Mężczyzna. Miał nowoczesną protezę, zamiast ręki, taką samą, jak posiadała jedna z Matek, Kathy. Nie zdążył jeszcze wyjść z wąskiego tunelu, wystawał do pasa. Spojrzał na Elsi i długo się w nią wpatrywał, jakby system mu się zawiesił.
— Co ty tutaj robisz? — zapytała wreszcie, przerywając milczenie. Znała tego człowieka bardzo dobrze. Kiedyś zjawił się w Ulu i ocalił go przed atakiem z zewnątrz. Dawno go nie widziała. Nie miała pojęcia, że jest tutaj, raczej sądziła, że błądzi gdzieś po Ogrodzie, lub że dawno ulotnił się z tego miejsca.
Mężczyzna nie odpowiedział, tylko przez sekundę spojrzał gdzieś w dal, parę metrów za plecami Elsi. Dobrze znała mowę ciała ludzi. Ten drobny gest powiedział jej bardzo dużo. Działo się coś podejrzanego i nie powinna tam być. Mężczyzna coś ukrywał.
Udawała, że nie zauważyła. Powiedziała tylko miłym głosem:
— Nie wiedziałam, że jesteś w Ulu. Jak idą prace w kopalni? — Chciała dać mu do zrozumienia, że niczego nie podejrzewa. Instynktownie ustawiła się w pozycji, z której mogłaby się bronić. Coś mówiło jej, że powinna się bać. Zerknęła w kierunku wyjścia.
— Nie masz ochoty rozmawiać, co? Ja już chyba sobie pójdę. — Dobrze wiedziała, że dolne poziomy nie mają monitoringu. Mogłaby tutaj zniknąć i nikt by się nie zainteresował.
Ruszyła w stronę schodów, kątem oka obserwując dziwnego mężczyznę. Wtedy ten ruszył się gwałtownie. Zrobił silny, sierpowy zamach protezą ręki. Uniknęła ciosu w ostatniej chwili. Instynktownie złożyła ręce w gardę. Zaczął ją atakować. Wyprowadzał kolejne ciosy, ale Elsi była doświadczona w sztukach walki. Trenowała regularnie razem z Piętnastką. Wykonała kilka uników i korzystając z okazji, gdy przeciwnik stracił nieco równowagę, uderzyła go kolanem z całej siły w krocze.
— Przepraszam! — krzyknęła. Pamiętała jeszcze z czasów młodości, jak to jest mieć przyrodzenie. Jak wrażliwy to punkt na ciele mężczyzny. Późno zmuszono ją do operacji zmiany płci.
Mężczyzna nie zareagował, tylko dalej atakował, z coraz większym szałem. Wreszcie zmienił taktykę i rzucił się na Elsi tak, że nie mogła zrobić skutecznego uniku. Złapał ją protezą za dłoń i szarpnął z całej siły.
Usłyszała tylko głośne chrupnięcie kości i poczuła tak silny ból, że zemdlała.
10
— Elsi, nie ruszaj się. — To były pierwsze słowa, jakie usłyszała, gdy się ocknęła. Ogarnął ją strach i zaczęła wyrywać się ze stołu operacyjnego. Stały nad nią znajome twarze z RobMedu, Edris Rice i Gladys Dick.
— Hej, co się dzieje?? Co wy robicie?! — wrzasnęła, wciąż na wpół tylko świadoma. Instynktownie oderwała od swojej lewej dłoni zwitek cienkich kabli.
— Elsi, to my. Uspokój się, to ci wszystko wyjaśnię. — Edris stanęła tuż przed nią, zdjęła maseczkę i spojrzała się Elsi w twarz. — Już? OK? — zapytała.
— Dobra, OK. Już oddycham. — Elsi na kilka sekund zamknęła oczy i wzięła głęboki wdech. Wraz z wydechem zlał się na nią błogi spokój. Poczuła dziwne mrowienie w lewej dłoni. Spojrzała na nią. Jej ręka była cała w strzępach.
— Nie patrz na to. — Gladys szybko zakryła jej rękę prześcieradłem. Tymczasem Elsi usiadła na łóżku. Powoli docierało do niej, że znajduje się w ciasnym ambulatorium Ula. Fioletowe światło, które biło z nieokreślonego miejsca w pomieszczeniu, miało dwojakie działanie. Antyseptyczne, a także sygnalizujące, że właśnie ktoś przechodzi operację i nie należy wchodzić do pomieszczenia.
— Co z moją ręką? — Elsi powoli przypominała sobie co się wydarzyło. — Co z tym facetem?
— Twoja ręka jest w opłakanym stanie. Masz pogruchotane wszystkie kości. Żadna z nas tego nie poskłada. Wątpię, że ktokolwiek na świecie odważyłby się choćby spróbować. — Edris ze spokojem wyjaśniła Elsi jej sytuację. Zignorowała drugie pytanie.
— Rozumiem. Robicie mi protetykę? — zapytała zdziwiona Elsi. — Zaraz, nie powinnaś zapytać mnie o zgodę, czy coś?
— No tak, ale Matki dały zielone światło.
— Co? Przecież ja jestem jedną z Matek. Zresztą, nieważne. Jaki mamy dzień? Co z Magdą. — Elsi zeszła z łóżka i stanęła na nogi. Podłoga była przyjemnie chłodna dla jej bosych stóp.
— Co robisz? Jesteś pod częściową narkozą! — Edris próbowała ją powstrzymać, ale bezskutecznie. Elsi tylko wzięła kolejny, głęboki oddech i skierowała się w stronę drzwi. W tym momencie interesowała ją już tylko Magdalena. Wkrótce, wbrew jej opinii, miała zostać wydalona z Ula, a nawet zesłana poza Ogród. Chciała się z nią zobaczyć, zanim to nastąpi.
Gdy wyszła z ambulatorium, drogę zastąpiła jej kobieta ubrana w dopasowany, srebrno-czarny strój. Jedna z Piętnastki.
— Sonia? Coś się stało? — Elsi zapytała zaskoczona. To nie było normalne.
— Posłuchaj Elsi…
— Zaraz, co tutaj się dzieje? — powiedziała Elsi i pozwoliła, by fakty ułożyły jej się w całość w głowie. — No mówże!
Sonia nie zwlekała z odpowiedzią:
— Wczoraj wieczorem jedna z sióstr zeszła skontrolować stan pracy robotów w kopalni.
— Tak, poszłam tam wczoraj popołudniu i…
Sonia przerwała jej:
— Pozwól mi proszę skończyć.
— Dobrze, przepraszam. — Elsi powiedziała to i zakręciło się jej w głowie. Usiadła na białym, niskim krześle z tworzywa sztucznego. Było idealnie dopasowane do krągłości sylwetki.
— Znalazła tam ciebie, nieprzytomną.
— Tak.
— Znalazła też Hypatię. — Sonia zamilkła, gdy to powiedziała.
— Rozumiem. Co z Hypatią? Szukałam jej wczoraj, chciałam się z nią zobaczyć.
— No właśnie. Czyli szukałaś ją, potwierdzasz to?
— Tak i…
— Znalazłaś? — zapytała. W tym samym momencie z ambulatorium wyszły Edris i Gladys. Wszystkie trzy kobiety otoczyły Elsi i patrzyły na nią przenikliwym, osądzającym wzrokiem.
Elsi nie była byle kim. Była ekspertką od psychopatologii, wybitną psycholożką i socjolożką. Potrafiła czytać mowę ciała i nawet rozpoznawać kłamstwo u sióstr. Jej umiejętności w tym zakresie graniczyły z telepatią.
Rozpoznała więc, o co w tym wszystkim chodziło. Zapytała tylko, aby się upewnić:
— Co się stało Hypatii?
— Ty mi powiedz. — Sonia dalej dociekała. Edris wtrąciła się w rozmowę:
— Myślę, że powinniśmy dokończyć twoją operację, zgodnie z zaleceniami Matek. Potem sobie porozmawiacie.
— Nie chcę żadnej operacji — Elsi zaczęła mówić zdecydowanym tonem, co robiła raczej rzadko — chcę tylko zobaczyć się z Magdą.
— Magda została zabrana śmigłowcem dziś rano.
— Co?? Jak to?! Nie dałyście mi się z nią nawet pożegnać?
— Elsi, powiem to wprost. — Sonia po raz kolejny jej przerwała.
— Nie musisz, wszystko wiem. Coś stało się Hypatii. Przypadkowo byłam w tym samym miejscu. Jestem podejrzana, tak? O co? Pobicie?
— Elsi, Hypatia nie żyje. — Gladys powiedziała to chłodnym tonem koronera. Dodała jeszcze: — Miała liczne rany głowy, od uderzeń. Twoja dłoń jest silnie pokaleczona…
Elsi zatkało i musiała wziąć kilka oddechów, by dojść do siebie. Do tej pory w Ulu nie wydarzyło się nic, co miałoby jakikolwiek odcień przemocy. To nie było możliwe, nie w rozumieniu teorii psionicznej, którą Elsi opracowała lata wstecz.
Elsi opracowała algorytm, który dzięki oszacowaniu reakcji badanego na symulacje mimiczne twarzy ludzi, oceniał jego współczynnik inteligencji psychospołecznej, w skrócie PSI. Można było w ten sposób określić, czy dany człowiek posiada potencjał kryminalny. W Ulu znajdowały się wyłącznie kobiety o niskim PSI, co gwarantowało, że nie są one zdolne do egoistycznej przemocy. Elsi była druga, albo trzecia od końca, miała jeden z najwyższych współczynników, bardzo niestabilny. Balansowała na granicy utajonego przestępcy.
— Elsi, czy to ty zamordowałaś Hypatię? Pobiłaś ją pięścią w nerwach? — Zaczęła zastanawiać się Sonia.
— Boże, wiesz przecież, że mam wysoką samokontrolę.
— Tak, masz też wysoki współczynnik PSI.
— Pamiętaj, że twój PSI bywa wyższy, od mojego.
— Owszem — bąknęła Sonia i zmieniła temat: — Pozostałe Matki potwierdziły, że rozmawiały z tobą po południu. Wszystkie twierdzą jednogłośnie, że byłaś bardzo silnie pobudzona emocjonalnie i…
— Kurwa! Jestem opanowana! — Elsi wrzasnęła, ale w sekundę się opanowała, zdając sobie sprawę, że w ten sposób sobie nie pomaga.
— Nie ważne. Chodźmy. — Sonia ponagliła Elsi, by ta wstała. — Zaprowadzę cię do twojej kwatery. Chciałabym, żebyś jej nie opuszczała, aż do czasu zebrania Rady.
— Co? Żartujesz sobie?
— Nie, nie żartuję.
— Słuchaj, widziałam tam tego faceta, wiesz, tego, z którym razem walczyłaś, gdy napadnięto na Ul.
— Elsi, jesteś najbliższym facetowi człowiekiem, jaki przebywa w Ulu od dawna.
— Monitoring? Sprawdziłaś monitoring? — Elsi upierała się, ale posłusznie szła za Sonią. Weszły do windy i rozstały się z dwiema lekarkami. Elsi czuła, że ręka pulsuje jej coraz bardziej. Chwyciła się za nią drugą dłonią, ale tylko zabolało ją mocniej.
— Powinnaś to zoperować. — Sonia powiedziała i uruchomiła windę. Jechały tylko parę sekund, na poziomy mieszkalne. Gdy wyszły z windy uderzyło ich wilgotne, chłodne powietrze, które krętym korytarzem pięło się górę naturalnym szybem wentylacyjnym, jakim była klatka schodowa. Ściany porośnięte były soczystą zielenią.
— Będziemy cię obserwować — powiedziała Sonia, gdy zostawiła Elsi w jej kwaterze. Był to wygodny pokój, niewielki, połączony z kuchnią i łazienką. Kolejne piętra Ula miały kształt okręgu. Wybudowano go w opuszczonym szybie po silosie nuklearnym, jeszcze z czasów dwudziestowiecznej, zimnej wojny.
Kobieta skierowała się do swojej apteczki i łyknęła sporą dawkę środka przeciwbólowego. Potem łyknęła jeszcze dwie tabletki spiramicyny. Miała nieustanne nawroty zakażenia dróg moczowych i tylko ten antybiotyk, z dostępnych w Ulu, działał. Ale musiała brać go regularnie, gdy tylko nawracały objawy.
Usiadła przy swoim laptopie osobistym. Zauważyła, że zablokowano jej większość możliwości administracyjnych edycji głównej bazy danych Ula. Jako Matka miała wszystkie uprawnienia. Teraz część z nich jej odebrano.
Całe szczęście działał komunikator i Elsi postanowiła, że skontaktuje się jak najszybciej z Magdą. Niestety Magda nie zgłaszała się.
— Myśl Elsi. — Zmotywowała się głośno. Przy ograniczonym dostępie do systemów Ula nie mogła wiele zdziałać.
Nie bardzo wiedziała, co się wydarzyło. Jeżeli Hypatia naprawdę nie żyła, to sprawcą musiał być ten mężczyzna z protezą ręki, którego widziała poprzedniego dnia. Zaatakował ją. Potem wymknął się w jakiś tajemniczy sposób i nikt niczego nie zauważył.
To nie było jednak wiarygodne. Monitoring Ula obejmował prawie wszystkie poziomy, a wejście było tylko jedno. Nikt nie wślizgnąłby się tutaj, gdyż czujne oczy Piętnastki obserwowały nagrania z kamer dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Elsi szybko rozważała w głowie wszystkie możliwe wyjaśnienia. Jedynym prawdopodobnym wyjaśnieniem było dla niej to, że mężczyzna wcale nie opuścił Ula. Tylko zaszył się gdzieś i czekał na dogodny moment. A jeśli zabił Hypatię i zaatakował ją, to było prawdopodobne, że niebezpieczeństwo groziło pozostałym siostrom.
Innej możliwości nie chciała do siebie dopuścić. Nawet, jeśli jej mózg uporczywie próbował ją jej podsunąć. Wszystko dało się wyjaśnić znacznie prościej. Bardziej elegancko. W dwóch słowach: napad neuropsychotyczny.
Co prawda Rada ogłosiła na drodze konsensusu, że czynnik patogenny, który inicjuje neuropsychozę, nie dotarł do ich społeczności, ale Elsi nie była do końca przekonana. Brakowało jej siostrom bezpośrednich objawów utajonej neuropsychozy. Nie było wśród nich epidemii depresji. Nie było deprywacji higienicznej. Wreszcie żadna z nich nie wykazała napadów emocjonalnych.
Ale czy to wszystko nie wynikało z faktu, że były to specjalnie wyselekcjonowane ze społeczeństwa kobiety? Które potrafiły się kontrolować znacznie bardziej, niż zwykli ludzie?
Elsi zauważyła też, że w pewnym okresie znacznie zmniejszyło się zużycie wody i detergentów w Ulu. To mogła być oznaka niechęci do higieny, nawet, jeśli bardzo subtelna.
Przyznała więc sama przed sobą, że jest to realna możliwość. Odnalazła Hypatię poprzedniego wieczoru. Miała atak neuropsychotyczny, potem w przypływie szału zamordowała ją i skaleczyła sobie przy tym poważnie dłoń. Facet z protezą tylko jej się przyśnił, był takim podświadomym symbolem.
Nie chciała się jednak poddać. Obiecała sobie, że wyczerpie wszystkie inne możliwości, zanim na poważnie rozważy właśnie tę.
Poczuła, że musi wziąć prysznic i zmyć z siebie te wszystkie emocje. Było tego za wiele. Pocieszyło ją to nawet, bo świadczyło o tym, że nie ma wstrętu przed higieną osobistą. Może wcale nie była chora, a w Ulu wydarzyło się coś naprawdę strasznego.
11
Przyłożyła dłoń do błyszczącej słabym światłem, kwadratowej płytki przy drzwiach. Czytnik biometryczny. System od razu rozpoznał rozkład jej linii papilarnych. Drzwi rozsunęły się błyskawicznie.
W Ulu podobne drzwi broniły dostępu do każdego z poziomów oraz do kilku innych, ważniejszych pomieszczeń. Teraz Elsi przyszła do swojej dobrej przyjaciółki, jednej z Matek, Kathleen. Dobrze wiedziała, że ta młoda i nieśmiała kobieta nie może spać gdzieś we wczesnych godzinach porannych, między drugą, a czwartą rano. Nie inaczej było tym razem.
— Kathy? Śpisz? — zapytała cicho na wypadek, gdyby ta jednak spała. Mimo trudnej sytuacji, nie chciała jej tak po prostu budzić.