E-book
5.46
drukowana A5
35.55
American dream

Bezpłatny fragment - American dream

Objętość:
228 str.
ISBN:
978-83-8126-701-4
E-book
za 5.46
drukowana A5
za 35.55

Rozdział 1

Siedziały w samolocie unoszącym je do Frankfurtu, skąd miano je wyekspediować do Stanów. Atrakcyjna brunetka Julia wraz ze śliczną czternastoletnią córeczką o twarzy blond-aniołka Joasią. Zajadały lunch, który wydawał się im iście królewskim posiłkiem. Pachnąca, urzekająca wprost czystość i cała gama barw, o które tak trudno było na czarnym Śląsku, zapowiadały nowe życie w kolorowym świecie. Obie były starannie ubrane i nie czuły się gorszymi wśród eleganckich pasażerów Lufthansy.

„Musisz tam od razu zrobić furorę” — przypomniała sobie Julia z rozrzewnieniem słowa przyjaciółki Olgi pomagającej jej skompletować garderobę.

Wciąż miała przed oczami jej zapłakaną twarz, gdy żegnały się na Okęciu, dokąd przywiozła je swoim samochodem. Olga wiecznie marzyła o życiu na Zachodzie, podczas gdy Julia nigdy nie chciała opuścić Polski. A jednak na lotnisku nie uroniła ani łezki. Nie pamiętając o rozterce związanej z podejmowaniem decyzji o emigracji, cieszyła się, że uwolniła się raz na zawsze od bezpieki. I to było najważniejsze.

Na lotnisku we Frankfurcie, wśród wielobarwnego i wielojęzycznego tłumu poczuła się jak aktorka grającą małą rólkę w amerykańskim filmie. Tak nierealne było całe to kolorowe otoczenie w porównaniu z szarą rzeczywistością w kraju. Czekał już tam na nie przedstawiciel niemieckiego oddziału organizacji zajmującej się europejskimi politycznymi emigrantami udającymi się do Stanów. Przywitał je serdecznie po angielsku. Spiesznie wyprowadził na zewnątrz i wsadził do minibusu Mercedesa. W pomruku bajecznie kolorowych, luksusowych samochodów pomknęli jak po maśle gładką autostradą, wraz z kilkoma innymi zwolnionymi z internowania przybyłymi tym samym samolotem. Joasia siedziała nieruchomo jak sparaliżowana, zszokowana tym, co zobaczyła, a Julia obserwowała przez szybę niezwykły widok. Obie były oszołomione.

Wkrótce znalazły się w urokliwej uzdrowiskowej miejscowości. Miasteczko było śliczne jak z widokówki. Samochód zatrzymał się przed pensjonatem w rustykalnym stylu wynajętym przez organizację dla emigrantów z Polski. Poczuły się jak w raju, tak piękne było to miejsce. Zostały zakwaterowane w dwupokojowym apartamencie z widokiem na wewnętrzny ogród. Po wejściu do saloniku matka rozsunęła wzorzyste muślinowe zasłony i otworzyła okno. Stanęły przy nim, podziwiając jesienne kolory drzew mieniących się od żółci poprzez czerwień aż po brąz.

— Jak tu ładnie! — zachwyciła się Joasia.

W radosnym nastroju zaczęły rozpakowywać walizki i wkładać rzeczy do szafy w sypialni, po czym odświeżyły się w lśniącej czystością łazience z kolorowymi kafelkami i udały się na kolację do przytulnej jadalni, ozdobionej egzotycznymi roślinami w dużych donicach. Niemal wszystkie stoliki były już zajęte. Rozejrzały się i znalazły dwa wolne miejsca przy młodej parze. Przedstawiły się, wymieniając imiona i nazwisko.

— Elżbieta Chamajda, a to mój mąż Filip — odezwała się kobieta, uśmiechając się uroczo. — On jest plastykiem, a ja psychologiem. Nasza córeczka już śpi.

Elżbieta nie była zbyt atrakcyjna, lecz miała jakieś wewnętrzne światło emanujące z jej oczu. Natomiast Filip stanowił okaz „przystojniaka” o południowej urodzie.

Do sali wszedł wysoki blondyn w średnim wieku w nienagannie skrojonym beżowym garniturze i kremowej koszuli z rdzawym krawatem. Przedstawił się jako właściciel pensjonatu i powitał serdecznie zgromadzonych po angielsku. Po czym podał parę organizacyjnych informacji.

Kolacja upłynęła w euforycznym nastroju. Czuli się, jak w innym wspaniałym świecie, pozostawiając za sobą szare, dramatyczne życie. W ogóle nie rozmawiali o „Solidarności”. Był to dla nich zamknięty rozdział, koszmarny sen, z którego obudzili się w beztroskiej rzeczywistości. Po skończeniu smakowitego posiłku długo jeszcze gawędzili, popijając wino. Dopiero nazajutrz, gdy ochłonęli z wrażenia, zaczęły się dyskusje polityczne.

Julia zaprzyjaźniła się z Chamajdami, z innym jeszcze młodym małżeństwem — Lidią i Jerzym Kobielskimi oraz z pewną młodą drobniutką czarnulką Zosią, absolwentką anglistyki, która co dzień prowadziła dla nich lekcje angielskiego. Lidia ukończyła właśnie historię, a jej mąż był inżynierem. Straszny oryginał. Chodził z leksykonem angielskich wulgaryzmów i uczył się ich na pamięć. Natomiast jego żona stanowiła okaz subtelnej wytwornej panny. Julia nie zawarła bliższej znajomości z nikim więcej, gdyż byli to na ogół prości, prymitywni ludzie. Nie wzięła nawet udziału w imprezie powitalnej, bo nie odpowiadało jej to towarzystwo. Joasia po raz pierwszy chyba sprzeciwiła się matce, do rana bawiła się w tym niezbyt kulturalnym gronie. Imponowało jej, że potraktowano ją jak dorosłą. Nazajutrz w całym domu słychać było awanturę pewnej pary małżeńskiej. Kobieta zarzucała mężowi zdradę. „A gdzie zostawiłeś slipy?” — krzyczała. „No gdzie spółkowałeś z tą kurwą?”

Julia i Joasia większość czasu spędzały z ich opiekunem. Horst Kamnitz — zażywny jegomość w średnim wieku miał kręcone, kruczoczarne włosy i czarne jak dwa węgielki małe oczka, którymi świdrował człowieka na wylot. Był niezwykle sympatycznym, bezpośrednim człowiekiem, a przy tym szalenie kulturalnym, przestrzegającym wszelkich zasad savoir vivre’u. Wyglądem i usposobieniem przypominał raczej Włocha niż Niemca. Miał do pomocy starszego pociągającego z butelki Ślązaka jako tłumacza, który nie znał dobrze ani polskiego, ani niemieckiego, lecz dla pana Kamnitza nie miało to specjalnego znaczenia, gdyż nie znający obcych języków nie interesowali go zbytnio. Sam płynnie posługiwał się angielskim i francuskim. Z Julią rozmawiał po francusku, ponieważ dobrze znała ten język. Z Joasią zaś po angielsku, którego dziewczynka uczyła się na prywatnych lekcjach.

W większości przypadków ów luksusowy pobyt w przytulnym pensjonacie trwał zaledwie parę dni. Chodziło tylko o nawiązanie kontaktu ze sponsorem i załatwienie czarterowego lotu do Stanów. Jednak Julia i Joasia spędziły tam przeszło miesiąc, gdyż ich opiekun namawiał je do pozostania w Niemczech. Często zabierał je do eleganckich, pustawych restauracji, gdzie kelnerzy stali rzędem pod ścianą, gotowi na każde skinienie gościa, i odbywał z nimi wielogodzinne rozmowy. Julię obrzucał komplementami, podziwiał jej wiedzę i elokwencję. Zachwycał się inteligencją i dojrzałością Joasi. Zwiedzał też z nimi okolicę, którą były oczarowane. Najbardziej spodobało się im średniowieczne miasto Fulda, gdzie największe wrażenie zrobiła na nich romańsko-gotycka katedra, a także historyczny ratusz i renesansowy dawny pałac biskupi. To był zupełnie inny świat. Wytworny, spokojny, urzekający pięknem architektury i natury. Powietrze pachniało upajająco w porównaniu z zadymionym Śląskiem.

Pan Kamnitz miał niezbyt dobre mniemanie o życiu emigrantów w Ameryce. Twierdził, że Julia będzie tam musiała wykonywać byle jaką pracę i wszystko zdobywać o własnych siłach. W Niemczech natomiast otrzymałaby pomoc od państwa — wysoki zasiłek dla bezrobotnych jako dziennikarka, mieszkanie, bezpłatną naukę języka, a po jego opanowaniu pracę w swoim zawodzie. Przekonywał ją, że cała sprawa polegać będzie wyłącznie na opanowaniu niemieckiego, co przy jej zdolnościach nastąpi szybko. Mówił, że jej wiedza, umiejętności i talent dziennikarski stanowią gwarancję zdobycia pracy w prasie. Wystarczy, żeby pojechała z córką do obozu dla przesiedleńców, i żeby Joasia oświadczyła, że po ojcu — Ślązaku czuje się Niemką.

— Oszalałaś? — oburzyła się historyczka Lidia Kobielska, gdy Julia zasięgała jej rady, czy pozostać w Niemczech. — Chcesz żyć wśród nazistów, którzy będą na siłę robić z ciebie i twojego dziecka Niemców?

Niezdecydowana kobieta przeżywała rozterkę. Z jednej strony nie chciała, żeby jej córka wyparła się ojczyzny, by ona i jej dzieci były Niemcami. Z drugiej jednak urzekł ją ten kraj — natura, architektura, czystość, zewsząd otaczające piękno. A przy tym zawsze podziwiała ów bogaty, prężny naród, wspaniałą tradycję kulturalną, niemieckich filozofów, pisarzy, kompozytorów. Natomiast życia w Stanach obawiała się. Nie miała zbyt dobrego wyobrażenia o amerykańskiej kulturze i stylu życia. Zniechęcał ją też fakt, że będzie musiała tam zaczynać od pracy fizycznej, gdyż zbyt słabo znała język. Jednak decyzję postanowiła pozostawić Joasi. Chodziło przecież o jej przyszłość. Ta zaś stanowczo zaoponowała.

— Mowy nie ma! — krzyczała zdenerwowana. — Nie powiem, że czuję się Niemką! Przecież tatuś jest Ślązakiem, Polakiem, a nie Niemcem. Chcę żyć w Ameryce, bo tam będę mogła pozostać Polką.

Był jeszcze jeden powód, dla którego Julia zdecydowała się na emigrację do Stanów. Obawiała się, że za mirażem dostatniego życia roztaczanym przed nią przez Niemca kryje się konieczność współpracy w bezpieką. Wyczuwała to w pełnych niedomówień rozmowach. Facet wyraźnie oczekiwał na jej pytanie, co musiałaby zrobić, by osiągnąć takie wspaniałe życie, bo oczywiste było, że nie wystarczy deklaracja Joasi, iż czuje się Niemką. Z pewnością był pracownikiem służb specjalnych i zamierzał ją zwerbować. Stąd to jego wyjątkowe traktowanie jej i Joasi. Nikim innym nie zajmował się z takim zaangażowaniem. Wszyscy po paru dniach byli ekspediowani do Stanów.

Przecież w redakcji, w której miałabym pracować, domyślono by się, że nie najlepiej władająca językiem Polka jest donosicielką — myślała zgnębiona. Patrzyliby na mnie z niechęcią.

Było to dla niej nie do pomyślenia. Gardziłaby sama sobą. Przecież tylko dlatego opuściła ojczyznę, by nie mieć z bezpieką nic wspólnego. W redakcji donosicieli nazywano „dwuetatowcami”. Należała do nich siedząca z nią w tym samym pokoju redakcyjnym Zosia, ale wówczas Julia nie przejmowała się tym zbytnio, gdyż przyzwyczajona była do obcowania z takimi ludźmi, traktując to jako zło konieczne, a ponieważ nie miała niczego „nieprawomyślnego” na sumieniu, nie bała się ich. Jednak gardziła nimi bezgranicznie. Nie potrafiła zrozumieć, jak można przyjaźnić się z kimś jedynie po to, by na niego donosić, by go „rozgryźć” i zniszczyć. Stanowili dla niej jakiś perfidny, przerażający gatunek człowieka. W jej mniemaniu taka działalność równała się sprzedaniem duszy diabłu. Nie wyobrażała sobie, że mogłaby stać się kimś takim jak Zosia. Wszyscy z niej drwili. Jej artykuły odznaczały się tak nieporadnym językiem i zawierały tak wiele błędów gramatycznych, że adiustatorka musiała je na nowo pisać.


Elżbieta i Filip Chamajdowie też zostali potraktowani wyjątkowo. Nie mieli niemieckiego pochodzenia, więc w zasadzie nie mogli pozostać w Niemczech, lecz mieszkali tam już od pół roku i nie wysyłano ich do Ameryki ze względu na fikcyjne choroby dziecka. Ich opiekun załatwiał ponoć Filipowi jakieś projekty, za które mu nieźle płacono. Jednak Julia zauważyła, że głównym jego zajęciem było siedzenie w hallu z książką, znad której bacznie obserwował, co się wokół dzieje i niepostrzeżenie przysłuchiwał się rozmowom. Wobec niej dziwnie się zachowywał. Odwiedzał ją często w jej pokoju, siadał na kanapie i… milczał, jakby czekał, co ona ma mu do powiedzenia. Potrafił tak siedzieć przez dłuższy czas, spoglądając jej od czasu do czasu w oczy z pytającym wyrazem twarzy. Zachodziła w głowę, o co mu chodzi i też milczała, zastanawiając się nad tym.

— Tak sobie myślę, że są tu różni ludzie, wśród których polska bezpieka ma pewnie swoich konfidentów, więc z drugiej strony niemiecka czy nawet CIA muszą mieć tutaj swoich — odezwała się kiedyś wreszcie podczas takiej wizyty.

Spojrzał na nią z dziwnym wyrazem twarzy i po chwili wahania rzekł:

— To oczywiste, że gdyby mi coś takiego zaproponowano, zgodziłbym się z czystym sumieniem. Komunistów należy niszczyć wszelkimi sposobami. Najchętniej zająłbym się przygotowywaniem desantu, ale cóż…

— No tak, masz rację. Ja jednak… czułabym się po prostu… donosicielką — powiedziała, ważąc każde słowo. — Nie mogłabym znieść myśli, że ktoś cierpi przeze mnie tak, jak ja przez polską bezpiekę. Mogłabym się pomylić, skrzywdzić kogoś niesłusznym posądzeniem… Po prostu nie urodziłam się Judaszem…

— Co ty powiesz? — Filip spojrzał jej prosto w oczy, uśmiechając się ironicznie.


Nazajutrz pan Kamnitz oznajmił Julii, że jeśli nie jest w stanie zdecydować się na pozostanie w Niemczech, to on nie może dłużej zwlekać z wyekspediowaniem jej do Stanów. Był przy tym miły, nie straszył jej już więcej Ameryką. Na koniec wziął ją wraz z Joasią na dobrą kolację, mocno zakrapianą winem.

Na lotnisku, przy pożegnaniu wręczył jej upominek — płytę berlińskich Filharmoników pod dyrekcją Karajana z piątą symfonią Beethovena, opatrzoną dedykacją:

Music is the highest expression of human feeling, is faith, love and hope. May Beethovens 5 th symphony give you force and optimism for the future. With my best wishes Horst Kamnitz

Rozdział 2

Na lotnisku w Nowym Yorku stanowiącym pośrednią stację ich exodusu stłoczono ich w jakimś małym, obskurnym pomieszczeniu, którego istnienia w tym luksusowym miejscu nikt by się zapewne nie domyślił. Nie było tam ani jednego krzesła, więc najstarsze nawet osoby musiały na stojąco czekać na odbierających ich pracowników organizacji zajmujących się imigrantami. Jakiś człowiek zapowiedział tylko, że mają czekać i znikł. Około godziny czekali cierpliwie, milcząc posępnie. Jednak z upływem czasu zaczęły ich boleć nogi od stania w miejscu w tym potwornym tłoku. Joasia parę razy coś bąknęła, zadając retoryczne pytanie, czy można by się tutaj czegoś napić.

Było to tak szokujące w porównaniu z pełnym szacunku potraktowaniem w Niemczech, że ich dosłownie zamurowało. Całkowicie zdezorientowani nie komentowali poniżającej sytuacji. Pies jednego z emigrantów zrobił kupę. Sprzątający ją człowiek okazał się Polakiem z pochodzenia. Był jedynym Amerykaninem, który powitał ich rozmową na obcej ziemi. Nikt jednak nie miał ochoty na pogawędkę. Osowiali, zmęczeni i przygnębieni, zatopieni byli w czarnych myślach. Nie takiego przywitania się spodziewali. Zajęcie ich rodaka zdawało się symbolicznie wskazywać, na jakie życie mogą tu liczyć.

Oczekiwanie dłużyło się w nieskończoność. Wreszcie zaczęli pojawiać się jacyś niechlujni, żółto- i czarnoskórzy młodzi ludzie, traktujący emigrantów jak bagaż, który należy nadać w dalszą podróż lub na miejscu przekazać odbiorcy. Najwcześniej zajęto się pozostającymi w Nowym Jorku. Jednak Julię i Joasię czekała dalsza podróż na Dziki Zachód.

W końcu i po nie zjawił się młody człowiek o latynoskim wyglądzie. Kalecząc wymowę, wyczytał ich nazwisko. Nie przedstawił się, nie przywitał. A zanim Julia zdążyła otworzyć usta, by nawiązać z nim rozmowę, wydał komendę: follow me i ruszył tak szybkim krokiem, że ledwo zdołały za nim nadążyć. Wyprowadził je z ponurego pomieszczenia do hallu, gdzie mogły wreszcie usiąść w eleganckich fotelach. Wtedy warknął: Wait for me, i znikł.

Pocieszała się myślą, że niedługo znowu znajdą się w wytwornym samolocie unoszącym je do Phoenix. Gdy jednak czekanie przedłużało się, drętwiała ze strachu, że ich cicerone nie zjawi się już więcej. Znała wprawdzie adres swojego sponsora, lecz nie miała pieniędzy na dalszą podróż. W Niemczech wyobrażała sobie, że powita on je na lotnisku w Nowym Yorku, tak jak Horst Kamnitz we Frankfurcie. Był bogatym adwokatem, wujkiem jej przyjaciółki Olgi, która poradziła jej, by spróbowała się z nim w Ameryce skontaktować.

— Mam bogatego wujka w Stanach — powiedziała, podając Julii jego adres. — Nigdy ci o tym nie mówiłam… On nie chce mieć ze mną nic wspólnego. Twierdzi, że jestem komunistką. Ciebie przyjmie z otwartymi rękami, bo byłaś w „Solidarności”. A mieszka w San City koło Phoenix w Arizonie — w miasteczku dla starych milionerów. Jesteś taka śliczna. Znajdziesz tam sobie jakiegoś dobrze sytuowanego wdowca i będziesz żyła jak pączek w maśle.

Gdy Julia załatwiała w amerykańskiej ambasadzie sprawy emigracyjne, konsul spytał ją, czy zna kogoś w Stanach, podała mu wówczas ten adres z zastrzeżeniem, że jest to obca, nieznana jej osoba. I oto w niemieckim pensjonacie okazało się, że człowiek ów zgodził się zostać jej sponsorem, to znaczy pomóc jej stanąć w Ameryce na własnych nogach.

Porównując elegancki hall, w którym teraz siedziały, z pomieszczeniem, gdzie przyjmowano refugees, i sposób, w jaki ich tam potraktowano, zrozumiała, że wbrew temu, co się mówi w Stanach oficjalnie, refugee nie jest w tym kraju człowiekiem godnym szacunku.

To słuszne — pomyślała z goryczą — ktoś kto opuszcza ojczyznę, nie zasługuje na szacunek. Ja nigdy bym tego nie zrobiła, gdyby nie prześladowania bezpieki.

Na szczęście ich przewodnik zjawił się ponownie, wręczył jej bilety do Phoenix i znów znikł bez pożegnania. Odetchnęła z ulgą. Za pół godziny miał nastąpić odlot.


Samolot był o wiele bardziej luksusowy niż ten, którym leciały z Niemiec. Panował w nim kameralny, relaksowy nastrój. Zapadał zmrok, amerykańska pora obiadowa. Piękne, uśmiechnięte stewardessy roznosiły kolorowe dania. Od razu poprawił się im nastrój. Tym bardziej, że na składającym się z trzech foteli siedzeniu znalazły się w towarzystwie sympatycznego Amerykanina. Nie był zbyt urodziwy, lecz wytworny i kulturalny, starannie ubrany w pachnące czystością, kolorowe rzeczy. W jego butach można było przejrzeć się jak w lustrze. Czynił na nich wrażenie kogoś z innego świata, tak bardzo różnił się od ich dotychczasowych znajomych. Od razu przedstawił się i dowiedziawszy się, kim jest Julia, zaoferował jej pomoc w Phoenix. Okazało się, że Amerykanie sporo wiedzą o „Solidarności” i stanie wojennym. Wręczył jej wizytówkę, zachęcając, by się z nim jak najszybciej skontaktowała. Twierdził, że jego żona i syn będą uszczęśliwieni, mogąc je gościć w swym dużym domu.

Mężczyzna był architektem. Mieszkał w wytwornej dzielnicy Phoenix — Scottsdale, gdzie — jak ją poinformował — spędzali zimowe miesiące w swoich luksusowych domach milionerzy z całej Ameryki, których nazywano tam blue birds, jako że pojawiali się jedynie na dwa, trzy najpiękniejsze miesiące w roku, a gdy nastawały tropikalne upały, znów odlatywali.

Cała podróż upłynęła im na miłej pogawędce przy winie, mimo nie najlepszej znajomości angielskiego przez Julię. Nieznajomy uspokoił je, że zabierze je do siebie, jeżeli na lotnisku w Phoenix nikt się po nie nie zjawi. Twierdził, że zdarzają się takie przypadki. Sponsorzy pochopnie zobowiązują się do opieki nad refugee, a później rozmyślają się. Poinformował ją, że wylądują na starym, małym lotnisku, gdzie łatwo jest się odnaleźć, w odróżnieniu od nowego supernowoczesnego, na którym mogłyby być z tym trudności.

Gdy zniżali się do lądowania, spojrzała przez okienko w dół i oniemiała z wrażenia. Pod nimi, w nieogarniętej przestrzeni, roztaczała się urzekająca feeria kolorowych świateł. Poczuła się jak w kosmosie, jakby za chwilę mieli wylądować gdzieś z dala od szarego, pełnego trosk życia na ziemi, na jakiejś przyjaznej planecie witającej ich barwnymi fajerwerkami. Fala ciepła uderzyła jej do głowy, a po plecach przebiegł dreszczyk wzruszenia. Rozpływała się w zachwycie. Jak tu pięknie, spokojnie i bezpiecznie — pomyślała, przytulając Joasię.


Na lotnisku podeszła do nich jakaś ładna brunetka w średnim wieku z trzema ślicznymi dziewczynkami. Okazało się, że jest pracownicą Tolstoy Foundation — organizacji będącej drugim sponsorem Julii, o czym nie miała pojęcia. Kobieta opowiedziała jej, że właściwy sponsor, chociaż wyraził zgodę na sponsorowanie, nie zareagował na dalszą korespondencję organizacji, pomimo trzykrotnego zawiadamiania go o terminie ich przylotu.

Ewa była Polką, co sprzyjało bezpośredniej rozmowie i złagodziło rozczarowanie Julii do wujka Olgi, z powodu którego znalazła się wraz z córeczką w tym zapadłym tropikalnym zakątku Ameryki. Inni działacze „Solidarności” lądowali na ogół w dużych skupiskach polonijnych, w Nowym Yorku, Chicago, Los Angeles. A one znalazły się tutaj zupełnie same wśród obcych ludzi.

Gdy wyszły z lotniska, okazało się, że leje jak z cebra, co stanowiło tam, jak twierdziła Ewa, prawdziwy ewenement. Wsiadły do ogromnego w porównaniu z europejskimi samochodu, by udać się do niej, skąd miała je odebrać inna Polka — Natalia, po powrocie z pracy w restauracji. Miały u niej mieszkać, za co organizacja zobowiązała się jej płacić dwieście dolarów miesięcznie.

Samochód utknął parę razy w ogromnych kałużach, gdyż budowniczowie Phoenix nie przewidzieli deszczu. Spływające po szybach strugi przeszkadzały w oglądaniu egzotycznego krajobrazu. Julia wolała zresztą nie patrzeć. Uginające się pod smaganiem wiatru potężne palmy wywoływały w niej poczucie zagrożenia. Parterowe, drewniane domki w porównaniu z pięknymi willami w Niemczech czyniły przygnębiające wrażenie.

Ewa mieszkała w jednym z takich domów. On pracował jako robotnik w jakiejś fabryce, chociaż był inżynierem, a ona na pół etatu w Tolstoy Foundation. Mówiła dobrze po polsku, lecz dziewczynki tłumaczyły dosłownie z angielskiego i miały śmieszną amerykańską wymowę.


Siedziały przy dużym, okrągłym stole, popijając herbatę w ogromnych w porównaniu z europejskimi szklankach, stojących na grubych plastikowych serwetkach. Tak samo niewspółmiernie duże wydawały się małe łyżeczki. Pokój był tandetnie umeblowany, światło przyćmione ze względu na oszczędność energii elektrycznej. Julia piła powoli herbatę, mdłą z powodu nietypowego rozmiaru łyżeczki do cukru. A szczebiotanie dziewczynek i ich miłej mamusi sączyło do jej świadomości zwątpienie i gorycz. Herbata z trudem przeciskała się przez przełyk, zaś słowa do uszu, bowiem zaczęło jej jakoś dziwnie szumieć w głowie. Dziewczynki wdzięcznie szczebiotały na przemian z mamą o konieczności oszczędzania na wszystkim, łącznie z klimatyzacją, ciepłą wodą, elektrycznością; o niemożności znalezienia jakiejkolwiek pracy w związku z recesją, o tym, jakim szczęściem jest dla Ewy te pół etatu i jak bardzo dziękują Bogu za to, że wysłuchał ich modlitw, by tatuś nie stracił pracy, gdy innych zwalniano.

Julia nie wiedziała, czy to sen czy jawa. Zdawało się jej, że jakieś komunistyczne biesy porwały samolot do Związku Radzieckiego na zesłanie.

Jedyną perspektywą ukazywaną jej przez Ewę było znalezienie zajęcia pomocy domowej u kogoś, gdzie mogłaby zamieszkać z dzieckiem, gdyż organizacja miała się nimi opiekować tylko przez pół roku.

Wreszcie zjawiła się Natalia — rudowłosa piękność z przylepionym sztucznym uśmiechem i smutnymi podkrążonymi czarnymi oczami, mocno umalowana, w eleganckim futrze, choć było całkiem ciepło. Imigrantom zezwolono na zabranie ze sobą do samolotu zaledwie dwu walizek na osobę, nie miały więc problemów z załadowaniem ich całego dobytku do ogromnego, nowiutkiego, srebrzysto-błękitnego Chevroleta Natalii.

Wkrótce znalazły się na nietypowym osiedlu piętrowych murowanych domków, pokrytych szarym tynkiem. Jeden z nich należał do Natalii. W porównaniu z pięknymi willami, z jakimi Julia zetknęła się podczas pobytu w Niemczech, wydawał się jej wyjątkowo brzydki i tandetny. Wchodziło się bezpośrednio do living roomu, tak jak u Ewy. Nie było przedpokoju z wieszakiem na okrycia, ponieważ rzadko się je tutaj nosiło. Od razu rzucało się w oczy, że mieszka tu osoba sfrustrowana. Zarówno na stoliku okolicznościowym, jak i na dużym stole, porozrzucane były bezładnie koperty, broszury, reklamy i gazety. Biała, długowłosa wykładzina dywanowa pokryta była plamami, a eleganckie meble kurzem. Na ścianach wisiały kiczowate obrazy w barokowych, złoconych ramach. Zapełnione drogimi książkami półki świadczyły o wyższych aspiracjach nieszczęsnej kelnerki maskującej sztucznym uśmiechem z trudem skrywane zgorzknienie. Z daleka widać było plamy na szklanych drzwiach tarasowych, ciągnących się przez połowę ściany, której druga połowa należała do kuchni czyniącej wrażenie nieużywanej. Jak się później okazało, chowało się tu wszystkie produkty żywnościowe do lodówek, łącznie z cukrem, mąką, makaronami itp., w celu uniknięcia plagi roaches — ogromnych brunatnych karaluchów, które dawały za wygraną jedynie wtedy, gdy nie miały dostępu do żadnego pożywienia.

— Nie martw się — pocieszyła ją Natalia, widząc jej zmartwioną minę — kobieta zawsze może znaleźć miejsce w jakimś domu jako gosposia. A na razie zajmiesz się moim gospodarstwem i moją córeczką Nicki. Moja matka mieszka u siostry, a poza tym pracuje. Codzienne odbieranie dziecka z przedszkola i zajmowanie się nim aż do mojego powrotu było dla niej zbyt męczące. Teraz… ty się tym zajmiesz — zdecydowała bezczelnie.

— Wiesz, twoim sponsorem jest organizacja Tolstoy Foundation — wyjaśniła. — Oni będą się tobą opiekowali przez pół roku, póki nie staniesz na własne nogi. Płacą mi za twoje mieszkanie, ale oczywiście za pół roku to się skończy. Potem będziesz musiała sobie znaleźć inne miejsce. Mnie nie stać na zatrudnianie gosposi. Tolstoy zakwateruje u mnie jakąś inną refugee.

Julia milczała, poczuła się upokorzona.

Nie proponując im zjedzenia kolacji, Natalia wprowadziła je do pokoju, w którym miały mieszkać. Znajdowało się tam tylko jedno małżeńskie łoże, wbudowana w ścianę szafa i… nic więcej. Po ulokowaniu walizek pokazała im tandetnie urządzoną łazienkę, wyłożoną brudnawymi kremowymi kafelkami, uprzedzając, że ciepłą wodę odkręca tylko czasami w celu wzięcia prysznica, ponieważ instalacja jest uszkodzona, a jej nie stać na naprawę.

Po położeniu się do łóżka Julię ogarnęła rozpacz. Ciałem jej wstrząsnął szloch tłumiony poduszką. Leżąca obok niej na małżeńskim łożu Joasia nie była chyba w stanie zrozumieć, dlaczego matka płacze. Znalazły się wreszcie w tym wspaniałym, wolnym świecie. W Ameryce, o której wszyscy w Polsce marzyli!

— Z pewnością spodoba ci się tutaj — szepnęła i usnęła.

Julia uspokoiła się, przypominając sobie wzruszenie i radość, przeżyte podczas zniżania się do lądowania w Nowym Jorku, gdy pokazywała córeczce przez okienko w samolocie znaną z filmów, imponujących rozmiarów Statuę Wolności.

Rozdział 3

Julia leżała w łóżku, nie mogąc zasnąć. Jak w każdą noc. Z początku miała nadzieję, że w końcu jej organizm przestawi się na nową strefę czasową, lecz minęło już sporo czasu, a szum klimatyzacji wciąż nie pozwalał jej usnąć. Jesienią w Phoenix w dzień panowała dość wysoka temperatura, lecz noce były zimne, więc trzeba było włączać szumiący air conditioning, by ogrzać mieszkanie. Zamierzała poprosić Natalię, żeby zawiozła ją do lekarza po receptę na środek nasenny, lecz ciągle z tym zwlekała. Nie chciała uzależniać się od tabletek.

W Polsce nigdy nie miała problemów z zasypianiem. Przykładała głowę do poduszki i natychmiast usypiała. A tutaj… Jak mogła zasnąć, skoro czuła się jak bezdomny, skopany pies, wyrzucony na bruk? Nocami chciała wyć do księżyca, lecz nigdy go nie widziała przez malutkie okienka, zawsze zasunięte żaluzjami przed oślepiającym słońcem. Nie była już trybikiem w mechanizmie wiary wprawiającym w ruch jej cielesną powłokę. Zdawało się jej, że po tej stronie kuli ziemskiej znalazła się poza sferą przyciągania i oto — pozbawiona pola grawitacji — spadała gdzieś w kosmosie z zabójczą prędkością w czarną otchłań. Jeździła wprawdzie w każdą niedzielę do kościoła, lecz nie potrafiła się modlić. Wiedziała, że Bóg istnieje. Zdawało się jej jednak, że znalazła się poza sferą jego wpływów. Głęboko w pamięci utkwiło jej kazanie pewnego franciszkanina, który przekonywał, że kto nie wierzy w wiekuiste szczęście, nie będzie żył wiecznie z własnej winy, ponieważ nie próbował wysilić się, aby w nie uwierzyć. Niestety, nie potrafiła podjąć żadnego wysiłku w tym względzie.

Do tej pory była osobą religijną, choć nie wyniosła tego z domu. W całej jej rodzinie dorośli chodzili do kościoła tylko w święta. Na niedzielne nabożeństwa, na lekcje religii, do komunii, do bierzmowania posyłano jedynie dzieci. Ojciec jej często powtarzał, że Boga należy mieć w sercu i przestrzegać jego przykazań, natomiast „kto siedzi pod figurą, diabła ma za skórą”.

— To całe straszenie karą za grzechy po śmierci jest potrzebne ciemnym ludziom — pouczał córkę — człowiek inteligentny bez tego wie, jak należy żyć, żeby mieć czyste sumienie. Wie, czym kierować się w życiu.

On zawsze wiedział. Ignorowały na ogół z matką jego rady, zarzucając mu tchórzostwo i czarnowidztwo, lecz później okazywało się, że miał słuszność. Był roztropny, prawdomówny i kryształowo uczciwy. Matka często wyrzucała mu, że zbyt nisko wycenia buty, a potem zżymała się, gdy sprzedał wszystko, żeby zapłacić domiar, gdyż nie chciał oszukiwać skarbu państwa, choć miał o tym państwie jak najgorsze mniemanie.

— Inni jakoś mogli pochować wszystko po rodzinie, nie płacić domiaru i dalej prowadzić warsztat, a z ciebie to taka oferma, ty się wszystkiego boisz! — wymawiała mu, gdy zlikwidował warsztat. — My mogli wszystko do Stefy powynosić i mieć gdzieś urząd skarbowy.

Nie wiedziała w swej naiwności, że wiązało się to również ze zobowiązaniem do donoszenia na klientów.

— A ja nie chcę żyć jak przestępca, co się własnego cienia boi — tłumaczył się.

Ale i tak został zmuszony do życia na bakier z prawem. Jego zarobek w spółdzielni szewskiej pod nazwą — jak na ironię — „Dobrobyt” był tak niski, że musiał dorabiać nielegalnie w domu. Nieraz bał się, że ktoś z sąsiadów, komu przeszkadza stukanie młotkiem, doniesie na niego.

Po powrocie z pracy i zjedzeniu obiadu siadał z powrotem na szewski stołek i znów szły w ruch szydło i dratwa. Pracował dla spryciarza, który potrafił sobie poradzić z urzędem skarbowym. Julia współczuła ojcu, że tak ciężko po całych dniach pracuje. Nawet w niedzielę nie miał wytchnienia. Dopiero późnym wieczorem mył się dokładnie, szorował paznokcie szczoteczką, spożywał kolację, po której kładł się do łóżka i włączał radio, by posłuchać „Wolnej Europy”.


Jednak Julia chodziła w niedzielę na mszę, choć przyznawała nieco racji ojcu. Wszak jej rodzice nie chodzili do kościoła, a żyli zgodnie z dekalogiem. Natomiast mąż koleżanki jej matki co dzień przed pójściem do pracy uczestniczył w mszy, a mimo to miał kochankę. Nieraz dochodziło do jej uszu, jak żaliła się, na jakąś Helgę, a kiedyś podsłyszała jej tajemnicze stwierdzenie, którego nie była w stanie zrozumieć:

— Ta co ja ci będę tłumaczyła, Lodziu! Dość, że ona… — przerwała na chwilę kobieta, patrząc w stronę kąta, w którym Julia czytała książkę. — No, wiesz, nie potrzebuje smoczka. Rozumiesz?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 5.46
drukowana A5
za 35.55