Podziękowania
Chciałbym wyrazić serdeczne podziękowania wszystkim osobom, których pomoc i zaangażowanie przyczyniły się do powstania niniejszej książki.
Moje szczególne podziękowania kieruję do Joanny Baran-Sabik za pracę redakcyjną i wkład w korektę tekstu, a także do Marka Sęka z Radia Paranormalium za opracowanie projektu okładki.
Dziękuję również badaczom nieznanego oraz popularyzatorom tematyki UFO — Piotrowi Cielebiasiowi, Krzysztofowi Dreczkowskiemu, Damianowi Treli oraz Albertowi Rosalesowi z USA za inspirację i wsparcie merytoryczne.
Wyjątkowe słowa wdzięczności kieruję do Pana Grzegorza Miśkiewicza za przygotowanie niektórych grafik stworzonych przy użyciu narzędzi AI, które obrazują wybrane wydarzenia opisane w książce, a także za pomoc informacyjną w postaci udostępnionych publikacji i materiałów źródłowych oraz napisanie jednego z rozdziałów w książce.
Szczególne podziękowania kieruję również do wszystkich osób, które odważyły się podzielić swoimi przeżyciami i relacjami ze spotkań z nieznanym. Wasze świadectwa, nierzadko związane z silnymi emocjami i osobistymi przeżyciami, stały się nieocenionym źródłem inspiracji oraz podstawą wielu opisów zawartych w niniejszej książce.
Dzięki Waszej otwartości i chęci dzielenia się własnymi doświadczeniami możliwe było nie tylko zebranie materiału faktograficznego, lecz także ukazanie ludzkiego wymiaru tych niezwykłych zjawisk. Wasz wkład jest równie ważny jak praca badaczy i popularyzatorów, bez Was ta książka nie mogłaby powstać w obecnym kształcie.
Wstęp
W 2023 r. światło dzienne ujrzała moja książka pt. „Wysoka dziwność” — publikacja, która wywołała duże zainteresowanie Czytelników. Mówiła o zdarzeniach, które w Polsce wciąż pozostają w dużej mierze nieznane, a reakcje Czytelników przerosły wszelkie moje oczekiwania. Wiele osób przyznawało, że opisywane doświadczenia wywołały u nich głębokie zdumienie, a czasem nawet niepokój.
Opowieści o tzw. wysokiej dziwności oraz o żywym folklorze — zjawiskach, w których współczesny świat spotyka istoty znane z polskich legend i demonologii — pobudziły wyobraźnię i wzbudziły fascynację. Moi przyjaciele i popularyzatorzy tematu: Piotr Cielebiaś, Marek Sęk i Artur Wójtowicz wielokrotnie wracali do tych zagadnień w audycjach i debatach internetowych, zachęcając słuchaczy do dzielenia się własnymi doświadczeniami. Opowieści te nie ograniczały się jedynie do UFO. Dotykały także znacznie bardziej zagadkowych zjawisk, które wymykają się prostym wyjaśnieniom i stawiają pytania o granice naszego pojmowania rzeczywistości.
Niniejsza książka jest kontynuacją tej fascynacji. To zapis spotkań ze zjawiskami pozostającymi na granicy znanego i nieznanego, w przestrzeni, gdzie współczesność splata się z dawnym folklorem, a codzienność nagle staje się dziwnie niezwykła. W moim archiwum zgromadziłem obecnie 97 takich opowieści — niczym wyjętych z baśni i legend, które przez wieki zakorzeniły się w ludzkiej świadomości. To zbiór cenny nie tylko dla miłośników folkloru/etnografów, lecz także źródło inspiracji dla przyszłych badaczy i odkrywców nieznanego.
Trzeba jednak pamiętać, że etnografowie i folkloryści, spisując relacje bezpośrednich świadków, rzadko uznawali je za w pełni autentyczne przeżycia. Często traktowali je jako przejaw zabobonów, a czasem nawet jako symptom problemów psychicznych. Podobne podejście widzimy w pracach wybitnego polskiego badacza Bohdana Baranowskiego, który interpretował zdarzenia przez pryzmat przyjętej wcześniej teorii. Nauka w tym przypadku pozostaje więc ambiwalentna i materialistyczna — niewiele historii uznaje za wiarygodne. Podobnie dzieje się w przypadku zjawisk UFO i innych fenomenów paranormalnych, które wzbudzają sceptycyzm ortodoksyjnych ekspertów.
Niewielu zdaje sobie sprawę, że np. baśnie braci Grimm tak naprawdę nie zostały przez nich wymyślone (1810—1815). Autorzy czerpali inspirację z dawnych opowieści o niezwykłych istotach i zjawiskach, przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Jakub (1785—1863) i Wilhelm Grimmowie (1786—1859) — niemieccy językoznawcy i badacze folkloru — na początku XIX w. rozpoczęli systematyczne gromadzenie podań, legend i historii zasłyszanych głównie od mieszkańców wsi. Większość ich notatek z czasem zaginęła, a wiele z pozostałych opowieści zostało przez autorów przekształconych i dostosowanych do realiów epoki.
Choć minęły setki lat, podobne doświadczenia wciąż pojawiają się w XXI w. Rzadko jednak wychodzą na światło dzienne. Tylko nieliczni mają odwagę je ujawniać. To przeżycia wstrząsające, takie, które podważają fundamenty współczesnej nauki i prowokują do zadania pytania: Gdzie kończy się to, co znane, a zaczyna to, co niewyjaśnione?
A jednak w tym chaosie niezwykłości i sceptycyzmu kryje się coś więcej — nić łącząca dawnych świadków z tymi, którzy mają odwagę mówić dzisiaj. Czytelniku, otwierając tę książkę, wkraczasz w przestrzeń, w której legendy wciąż żyją, a granica między rzeczywistością a wyobraźnią staje się płynna. To podróż, która może zmienić sposób, w jaki patrzysz na świat, bo czasem wystarczy jedno spojrzenie w nieznane, aby codzienność zaczęła wydawać się niezwykła.
Część I
1. Żywy folklor i wysoka dziwność
Dla Czytelnika, który po raz pierwszy sięga po tę książkę, pojęcia takie jak: żywy folklor czy wysoka dziwność mogą wydać się równie zagadkowe i nieuchwytne jak same fenomeny, o których tu piszę. Dlatego zacznijmy od krótkiego wyjaśnienia.
Termin wysoka dziwność funkcjonuje w obszarze zjawisk wymykających się zdrowemu rozsądkowi, a szczególnie w badaniach nad ufologią. Spopularyzowali go John Keel — amerykański dziennikarz i ufolog, Jacques Vallée — badacz łączący naukę z otwartością na niezwykłość oraz Salvador Freixedo — autor, który nie bał się zaglądać poza granice tradycyjnej wiedzy. To właśnie oni używali tego określenia do opisania anomalii, które zdają się naruszać same fundamenty rzeczywistości: zakłóceń czasu, materializacji i dematerializacji, tzw. czynnika Oz, nagłych przemian otoczenia, zjawisk zmiennokształtności czy subtelnych ingerencji w ludzką psychikę i percepcję. Wysoka dziwność nie ogranicza się jednak wyłącznie do UFO, obejmuje również fenomeny parapsychiczne, doświadczenia związane z demonologią, a nawet objawienia religijne. Temu zjawisku poświęciłem swoją wcześniejszą książkę pt. „Wysoka dziwność”.
Z kolei żywy folklor to termin nowszy, nieformalny, ale trafnie oddający charakter spotkań ze światem niezwykłym. Obejmuje postacie, które znamy z dawnych podań i baśni, nie tylko polskich. W folklorze angielskim i szkockim znane były jako fairies, u nas przybierały kształt chochlików, skrzatów, gnomów, diabłów i niezliczonych bytów wpisanych w ludową demonologię.
I tu rodzi się pytanie, które Czytelnicy postawią od razu: Czy w XXI w., w epoce sztucznej inteligencji i kosmicznych wypraw, naprawdę ktoś jeszcze spotyka takie istoty? Brzmi to dziwnie i właśnie o to chodzi. A jednak w moim archiwum znalazło się kilkadziesiąt relacji ludzi, którzy nie szukali rozgłosu, a jednak zetknęli się z czymś, co dotąd należało wyłącznie do świata bajek i legend.
Podczas jednej z dyskusji w Radiu Paranormalium pojawiło się określenie żywy folklor. Użyto go, by nazwać współczesne opowieści o demonach ludowych, które wbrew pozorom wciąż pojawiają się tu i teraz, w naszej codziennej rzeczywistości. Termin ten przyjął się na dobre i wszedł do polskiego słownika zjawisk niezwykłych.
Znaczna część historii związanych z wysoką dziwnością znalazła już miejsce w mojej poprzedniej książce. Tym razem jednak, aby dać Państwu przedsmak tego, czym jest zarówno wysoka dziwność, jak i żywy folklor, opowiem jedną szczególną historię z mojego archiwum. To zdarzenie, które niczym soczewka skupia w sobie najważniejsze elementy wysokiej dziwności:
„Prawdopodobnie był to rok 1997 lub 1998, ale nie jestem pewna. Miejsce — Lisi Ogon koło Bydgoszczy. Wracałam ze szkoły, było ciemno, mogła być 17:00—18:00, później raczej nie, jesień. Gdy byłam już blisko domu, w pewnym momencie zatrzymałam się, było to niezależne ode mnie… nie mogłam się ruszyć. Pomyślałam sobie: No co jest, idź! Ale nie mogłam. Nie wiem dlaczego, ale automatycznie podniosłam głowę do góry i zobaczyłam nad sobą obiekt, którego nie potrafiłam zidentyfikować. Pomyślałam sobie (dosłownie pamiętam te słowa): „Zawsze chciałam zobaczyć, ale nie tak blisko”, chociaż w sumie nigdy nie myślałam, żebym chciała taki obiekt zobaczyć, czy jakikolwiek inny, niczego specjalnego nie wypatrywałam. Ciężko mi określić wysokość w metrach, było to mniej więcej na wysokości pośredniej między lasem po lewej stronie, a topolami rosnącymi po prawej wzdłuż drogi. Obiekt był podłużny, miał jasnoszary kolor, jasnosrebrny, niebłyszczący, ale miał jakby jakieś drobinki. Był gładki, płaski. Na jego długości były 3 okrągłe, duże światła jasnożółte, trochę przytłumione, nie dawały żadnej poświaty, nie migotały, nie zmieniały się. Nie były otoczone jakimś mocnym konturem, nie wystawały z obiektu, nie były wypukłe. Dwa światła były przede mną, ja stałam pod trzecim. Odnotowałam cichy dźwięk z tyłu głowy, pomyślałam wtedy (dosłownie): „Nie wiem, do czego to porównać”. Nie wiem, czy był to dźwięk z obiektu, za mną znajdowała się hurtownia mleczarska, ale ten dźwięk zwrócił moją uwagę. Zauważyłam, że nie ma wiatru, nie wiem, dlaczego, czy wcześniej był jakoś odczuwalny. Nie czułam strachu ani zdziwienia, nie zastanawiałam się, co to jest, ale przebiegła mi przez głowę myśl, jak to jest możliwe, że taki obiekt jest tak nisko, nie rusza się i jest cicho.
Po pewnym czasie, trochę dalej i jakby wyżej zobaczyłam duży ekran, nie wiem, ale chyba nie widziałam w tym czasie obiektu, tylko patrzyłam na ten ekran. Zobaczyłam na nim jakby dwa obrazy, u góry po lewej pokój, w którym siedział tata, a po prawej na dole mamę, która idzie z kuchni do tego pokoju. Pomyślałam sobie, że jestem tak blisko domu, że jak nie wrócę, to oni nie będą wiedzieli, co się ze mną stało, że ja muszę wrócić do domu.
Nie wiem, skąd te myśli, ale pamiętam jeszcze uczucie, które ciężko opisać, to nie był strach — tylko czułam taką dużą ciemną przestrzeń wokół siebie, jakąś taką pustkę, poczucie, że ludzie są blisko, ale ja nie mam do nich dostępu. Potem mam wrażenie, że te obrazy przyspieszyły, przesuwały się, jakby ktoś je tasował i jakieś myśli przebiegały przez moją głowę, ale to działo się szybko i nic z tego nie pamiętam. Potem znowu wpatrywałam się w obiekt, nie myśląc, co stało się z ekranem. I za chwilę on lekko ruszył do przodu, by za moment wystrzelić jak pocisk, leciał prosto, skręcił w prawo i pojawiło się — nie wiem — światło (to nie był jakiś duży błysk) i w tym momencie zniknął, i to zrobiło z tego wszystkiego na mnie największe wrażenie. Ja nie widziałam jego kształtu, tylko to jak wyglądał od spodu, nawet jak ruszył, to nie widziałam. Jak przyspieszył — wiedziałam, że się porusza i gdzie jest, ale nie widziałam kształtu, to trwało sekundy. Dalej nie mogłam się ruszyć. Pamiętam, że mówiłam sobie w myślach: „No dalej, rusz się”, ale jeszcze przez chwilę nie mogłam. Miałam ochotę pobiec, ale ledwo szłam, zastanawiając się, czy naprawdę to wszystko widziałam. Nie mogłam w to uwierzyć. W domu wtedy nikomu nic nie powiedziałam. Kilka dni później opowiedziałam koleżance, że w zeszłym tygodniu miałam takie przeżycie, ale nie pamiętam, którego dnia. Nie mogłam sobie przypomnieć, co robiłam przez kilka dni. Wiedziałam, że normalnie funkcjonowałam, chodziłam do szkoły, ale nie mogłam sobie tego przypomnieć. Wiem, że potem opisałam to zdarzenie, pamiętałam miesiąc i rok, narysowałam obiekt, ale po jakimś czasie tę kartkę wyrzuciłam i jestem o to na siebie zła”.
Podczas zdarzenia kobieta odniosła nieodparte wrażenie, że czas nagle uległ zatrzymaniu. Otaczający ją świat jakby zamilkł, nie docierał do niej nawet stały szum samochodów przemierzających pobliską, zwykle hałaśliwą drogę. Zjawisko to doskonale wpisywało się w charakterystyczny dla podobnych doświadczeń czynnik Oz. W zamian wypełnił przestrzeń ledwie słyszalny obcy ton, przypominający delikatne, monotonne buczenie. W jej świadomości narastało poczucie wewnętrznej blokady, jakby myśli przestały płynąć swobodnie.
Najbardziej niezwykły moment nastąpił, gdy w oddali w odległości około 100 m pojawił się duży, jasny, kwadratowy ekran. Początkowo kobieta dostrzegła na nim scenę z pozornie zwyczajnego życia: ojca siedzącego w pokoju oraz matkę, która niosła talerz gorącej zupy. Po krótkiej chwili obrazy zaczęły przesuwać się w zawrotnym tempie, niczym urywki filmowej taśmy. Świadek nie była jednak w stanie ani odtworzyć kolejnych scen, ani sprecyzować chwili, w której ekran nagle zniknął. Pamiętała natomiast, że pokój i korytarz oglądała z niezwykłej perspektywy — jakby patrzyła na nie z góry.
Podczas późniejszego ustalania dokładnego miejsca zdarzenia na mapach Google kobieta wspomniała również o interesującym szczególe, który — jej zdaniem — mógł mieć związek z legendarnymi diabelskimi kamieniami:
„Widzę tu sporo zmian, nie było tych zabudowań po prawej i domków, które są. Dalej po lewej stronie są drzewa czy krzaki, wtedy też coś tam było i stał tam bardzo wysoki głaz, który zniknął kilka dni po zdarzeniu”.
Warto zatrzymać się na dłużej przy samym zjawisku tajemniczego ekranu, na którym wyświetlane były sceny z życia domowego. W pewnym momencie obrazy zaczęły gwałtownie przyspieszać i przesuwały się przed oczami świadka niczym potasowane karty w rękach zręcznego gracza. Sama kobieta opisywała to w następujących słowach: „Potem mam wrażenie, że te obrazy przyspieszyły, przesuwały się, jakby ktoś je tasował.”
Co istotne, podobne przypadki odnotowano także w innych rejonach Polski. Przykładowo — w Nockowej na Podkarpaciu, w 1988 r., na tle świetlistego ekranu pojawiły się zielone istoty. Następnie ekran zaczął gwałtownie zmieniać wyświetlane figury oraz liczbę widocznych postaci. Analogiczną scenę zaobserwowała również para osób siedzących w samochodzie na parkingu. W koronie pobliskiego drzewa wyłonił się ekran, na którym ukazały się obrazy z ich własnego życia. Relację tego niezwykłego zdarzenia można znaleźć w książce Raymonda A. Moody’ego pt. „Życie po życiu”.
Kolejny incydent miał miejsce w 2001 r. w miejscowości Gołąbki (woj. kujawsko-pomorskie). Dwaj grzybiarze usłyszeli nagle trzask łamanych gałęzi, a po chwili dostrzegli przed sobą prostokątny ekran, przypominający telewizor. Ku ich przerażeniu wyświetlała się na nim czarno-biała scena przedstawiająca kolarzy. Wstrząśnięci i pełni obaw mężczyźni natychmiast uciekli z miejsca zdarzenia.
Na tym etapie wielu czytelników może zadać pytanie: Czy zdarzają się sytuacje, w których jednocześnie pojawia się UFO oraz inne fantastyczne istoty, takie jak skrzaty czy krasnale? Odpowiedź brzmi: Tak. Relacje tego typu istnieją, a jeden z najbardziej zaskakujących przykładów pochodzi z Polski. Mowa o groteskowym, a zarazem intrygującym bliskim spotkaniu III stopnia, do którego doszło 9 września 2002 r. w Koszkowie koło Gostynia (Wielkopolska). Wydarzenie to w niezwykły sposób łączy elementy żywego folkloru z fenomenem określanym mianem wysokiej dziwności:
„To było na początku lat 2000. we wsi koło Gostynia Wielkopolskiego. Wtedy było u mnie kuzynostwo i mieliśmy biesiadowanie rodzinne, to była ładna jesień. W każdym razie ‘bractwo’ położyło się spać. W stronę ogrodu odchyliłam zasłonkę i oczom własnym nie wierzyłam, a jeszcze było to, że w domu sąsiada mama seniorka miała wyprawiane 80-lecie urodzin i myślę sobie, że na dworze jakieś hece wyprawiają. Normalnie ta postać to wyglądała jak krasnal i taki łuk z cięciwą miała, ale nie do przodu — jak się trzyma — tylko tak do tyłu. Dokładnie tę postać widziałam. To było coś niesamowitego i ona była w kolorze takiego pomarańczu, niesamowicie jasna, ale światło też było niesamowite na tym polu.
W dali — trudno mi to określić, ale daleko — był taki krąg widoczny i on, jak to zobaczyłam, to stał w miejscu i tak jakby dwa ramiona były, i po bokach były mniejsze kręgi. A ta postać, którą widziałam, to bez przerwy podskakiwała na nogach, jeszcze miała — tak jak w średniowieczu — ciżmy takie. Ja nie mogłam oka oderwać od tego widowiska, ale poprosiłam mojego przyjaciela, który był ze mną i mówię: „Zobacz, czy ty widzisz to samo, co ja?”. On taki obudzony, bo to było gdzieś koło pierwszej w nocy — patrzy przez okno i mówi: „Boże, to samo widzę, co ty”. Potem się położył, a ja jeszcze na to długo patrzyłam.
W pewnym momencie ten pojazd, ten krąg duży zbliżał się do tej postaci. To był świetlisty krąg, zniżył się, ta postać odsunęła się z tego miejsca, bo ona w jednym miejscu podskakiwała i ona się pod ten krąg wsunęła do środka i ten pojazd oddalił się w tym samym kierunku, z którego przyleciał. Na drugi dzień wychodząc do ogrodu miałam pościnane gałęzie, bo tam rosły drzewa owocowe. Pod płotem sąsiada to były gałęzie przewrócone w odwrotnym kierunku, czyli siła tego pojazdu musiała być taka, że tę stertę gałęzi ściętych drzew przerzuciła w odwrotnym kierunku, a maliny, które były po przeciwnej stronie przy drodze, miały popalone liście. To była soczysta zieleń, a tam były takie rdzawe i brunatne, popalone po prostu liście. Nic wtedy mnie nie ciągnęło, aby wyciągnąć aparat i robić zdjęcia. W obrębie stodoły na drugi dzień słyszeliśmy dziwny dźwięk — jakby telefon dzwonił. To było bardzo dziwne. Sąsiadka tej samej nocy się przebudziła i mówiła, że jakiś wariat w nocy pole orał, bo było tak jasno. Wydawało mi się, że to była odległość jakieś 30 m od okna. To była bardzo wysoka postać, szczupła, ręce miała złożone do przodu, jakby ten łuk trzymała. Zarysu twarzy nie widziałam, to było takie świetliste. Czapka była taka jak u krasnali, taka z czubkiem wysokim. Na stopach ciżmy z takim nosem ku górze, ale tak, żeby to jakiś konkretny ubiór był, powiedzmy, to nie, powiedzmy, że to był kombinezon. Kiedy ten pojazd zbliżył się nad tę postać, ona wniknęła do niego i powoli oddalił się w kierunku, z którego przyleciał”.
Następnego dnia, w miejscu, gdzie unosił się obiekt UFO, odkryto ślady mogące świadczyć o jego fizycznym oddziaływaniu. Gałęzie, które wcześniej opierały się o pobliski płot, leżały przewrócone w przeciwnym kierunku, natomiast część krzewów malin nosiła wyraźne ślady przypaleń. To zjawiska, które dzień wcześniej nie występowały. Pani Joanna wykonała dwa zdjęcia dokumentujące obszar obserwacji oraz widoczne fizyczne ślady obecności UFO.
Podczas rozmowy zapytałem świadka, czy w miejscu, gdzie widziana była postać skacząca po trawie, zauważono jakiekolwiek ślady. Wydawałoby się, że powinny być, skoro teren porastała roślinność. Jednak ku zaskoczeniu żadnych wydeptanych ścieżek, odgnieceń nie znaleziono. Co ciekawe, wygląd samej postaci doskonale wpisuje się w dawny folklor. Jedynym elementem „niepasującym” był fakt, że towarzyszyło jej UFO.
Zjawisko UFO i tradycyjny folklor mają ze sobą znacznie więcej wspólnego, niż przypuszcza wielu badaczy. Wciąż dominujący w ufologii obraz kosmitów odwiedzających Ziemię i prowadzących badania nad ludzkością staje się coraz bardziej anachroniczny. Ten mit odchodzi stopniowo w zapomnienie, ustępując miejsca nowemu spojrzeniu łączącemu fenomen UFO z dawnymi wierzeniami i legendami. W obu przypadkach zauważamy bowiem nie tylko powiązania z niezwykłymi obiektami, lecz także wyraźną interakcję pomiędzy paranormalną siłą a człowiekiem, przede wszystkim na płaszczyźnie psychicznej.
Jednym z najbardziej intrygujących i zarazem kluczowych aspektów omawianego fenomenu jest niezwykłe, wręcz ponadnaturalne poczucie czasu oraz doświadczenie zmiennej rzeczywistości. Motyw ten powraca nie tylko w dawnych przekazach folklorystycznych, w których ludowe podania i wierzenia pełne są opowieści o spotkaniach z istotami nadprzyrodzonymi, ale również we współczesnych relacjach osób twierdzących, że zetknęły się bezpośrednio z niezidentyfikowanymi obiektami latającymi.
Świadectwa te bardzo często zawierają elementy utraty lub całkowitego zaburzenia poczucia czasu, nagłej zmiany otoczenia, a także klasycznego czynnika Oz, czyli poczucia wejścia w odmienny, trudny do opisania stan rzeczywistości. Wiele osób podkreśla, że w trakcie takiego kontaktu miały wrażenie przeniesienia do innego wymiaru, świata rządzącego się odmiennymi prawami, gdzie czas płynął w sposób nielogiczny i zupełnie inny niż w naszej rzeczywistości.
Zjawisko to w niezwykle sugestywny sposób przypomina dawne wierzenia ludowe, według których demony, duchy, wróżki posiadały zdolność porywania ludzi do swojego królestwa. Tam, zgodnie z tradycyjnymi opowieściami, czas ulegał spowolnieniu lub przyspieszeniu, a powracający do świata ludzi bohaterowie często odkrywali, że w rzeczywistości minęły całe dni, miesiące, a nawet lata, choć im samym wydawało się, że nieobecni byli zaledwie przez chwilę.
Znane są liczne przypadki, w których świadkowie często przebywający w zupełnie zwyczajnych okolicznościach, na przykład w samym centrum zatłoczonego miasta, nagle zostawali odizolowani od otaczającej ich rzeczywistości i na krótką chwilę przeniesieni do zupełnie odmiennego rodzaju przestrzeni. Jeden z najbardziej zagadkowych incydentów tego typu miał miejsce w 2015 r. w samym sercu Warszawy, gdzie zwykła, codzienna sceneria niespodziewanie ustąpiła miejsca doświadczeniu, wykraczającemu poza wszelkie logiczne wyjaśnienia.
To, co w dawnych podaniach i baśniach opisywano jako porwanie przez skrzaty, duchy lub inne istoty nadprzyrodzone do ich tajemniczego świata, we współczesnym wydaniu objawiło się jako spotkanie z nieznanym fenomenem, wymykającym się naukowym definicjom. Świadek zdarzenia relacjonował, że nagle znalazł się w całkowicie obcej i niezwykle sugestywnej rzeczywistości, której elementy nie miały żadnego odpowiednika w znanym mu świecie.
Podczas tego niezwykłego doświadczenia zobaczył nie tylko niecodzienne, trudne do jednoznacznego opisania istoty, lecz także tajemniczy tunel, zdający się prowadzić ku innemu wymiarowi oraz krajobrazy o przedziwnej, nierzeczywistej strukturze. Całość tworzyła obraz, który bardziej przypominał wizję ze snu lub starą legendę, a nie rzeczywistość, a jednak pozostawiła ona w świadomości świadka niezatarte wrażenie realności i głębokiego poruszenia.
Oddajmy teraz głos świadkowi:
„W sierpniu około godziny 18:00—19:00, 20 sierpnia 2015 r., jadąc do domu z Żoliborza do rodziców na Mokotów na Wiktorską, wyszedłem na wysokości przed ulicą Piękną. Idąc wzdłuż ulicy Nowowiejskiej, wszedłem na Plac Konstytucji. W odległości mniej więcej 10—20 m zauważyłem, idąc po lewej stronie przed przejściem dla pieszych, przed takim jak gdyby łukiem w kierunku innej ulicy, niską osobę wysokości około 30—40 cm.
W momencie, kiedy tę osobę zauważyłem, był to mężczyzna, zdziwiło mnie to, że wokoło mnie jak gdyby nastała cisza, te osoby, które wokół widziałem, nie zwracały w ogóle uwagi na to, co ja widzę i to, co robię. W odległości 5 m on stał na takim drugim schodku, na wysokości tej wysokiej lampy, pokazał mi ręką, abym się do niego zbliżył. W momencie, kiedy ja się zbliżyłem do niego, jak gdyby wszystko ustało, nic nie słyszałem, tylko jego słowa, co on do mnie mówił. Powiedział w ten sposób: „Chciałem ci coś pokazać, bo jestem zainteresowany takimi osobami jak ty, lubię zwierzęta i lubię się nimi opiekować”. On powiedział, że opiekuje się właśnie wyłącznie zwierzętami. Chciał mi coś pokazać. Odwróciłem się, czy nikogo nie ma, ale ci, co chodzili, szli obok mnie i mijali mnie, jakby nie widzieli i on zza pazuchy wyjął taki patyczek, różdżkę, nie wiem, jak to nazwać i dotknął tym schodów, tego drugiego podejścia i to się wszystko rozsunęło i powiedział: „Chodź ze mną”. Tunel był wysokości około 1 m, szedłem prawie na kolanach, szedłem około 10 minut i wszystko było porośnięte takim mchem. Były po bokach takie inne wejścia, jedno zarośnięte mchem, ale on powiedział, że tutaj nie wchodzimy, bo tam jest wieczna zima. Odsunął ten mech i zobaczyłem spore jezioro, które było zamarznięte i lód taki, że mróz z 30—40 stopni. Zasłonił i powiedział, że idziemy dalej. Wszedłem w przestrzeń może z 50 m i zobaczyłem przyrodę, ale tak fantastyczną, że nie da się tego słowami opisać. Nie ma na ziemi takiej roślinności, kwiatów, drzew. Po tym wszystkim podziękował mi, odprowadził do wyjścia, ja wyszedłem i nagle się to wszystko zamknęło”.
Oczywiście wielu czytelników może słusznie zauważyć, że świadek mógł cierpieć na zaburzenia psychiczne lub doświadczać halucynacji. To najprostsze wyjaśnienie, którym najchętniej posługują się przedstawiciele nauki. Ale czy rzeczywiście jest ono trafne?
Nic nie wskazywało na to, by opisywana osoba zmagała się z jakimikolwiek problemami psychicznymi. Co więcej, na rozmowę zgodziła się dopiero po kilku próbach, co świadczy o dużej ostrożności i niechęci do nagłaśniania swojej historii. Całe zdarzenie dokumentował na miejscu Przemysław Więcławski, który spotkał się ze świadkiem osobiście. Warto dodać, że mężczyzna ten określany jest jako osoba sensytywna, co jak pokażemy później, ma istotne znaczenie. Gdyby podobna historia wydarzyła się kilka wieków temu, najpewniej zostałaby opisana jako „porwanie” człowieka do krainy istot nadprzyrodzonych, zwanych fairies. W gruncie rzeczy mamy tu do czynienia z tym samym fenomenem, tyle że interpretowanym w różnych ramach czasowych: dawniej poprzez folklor, dziś poprzez pryzmat ufologii.
W tej menażerii wysokiej dziwności warto przytoczyć kolejną opowieść: historię z Włocławka z połowy lat 80. XX w. Choć brzmi ona niezwykle, widziana była oczyma 9-letniego chłopca, który przeżył coś, co doskonale wpisuje się w tematykę żywego folkloru:
„To była niedziela, lat miałem może 9, w niedzielę — wiadomo, wszyscy śpimy dłużej, wiem, że była piękna pogoda, słońce za oknem, w naszym pokoju wisiały takie zasłony, bardzo cienkie, prześwitujące. W pokoju było jasno. Ja spałem na czymś w rodzaju łóżeczka dziecięcego, rodzice spali na tapczanie w odległości — powiedzmy — metra ode mnie.
W pewnym momencie obudziłem się na skutek bólu, poczułem silny ból w prawym pośladku. Obudziłem się, usiadłem na tym łóżku, spojrzałem na to miejsce na materacu, bo takie miałem wrażenie, że mnie coś ugryzło, ukłuło. Proszę Państwa, to co zobaczyłem, to do dzisiaj tego nie zapomnę i naprawdę nie chciałbym tego więcej przeżyć. W materacyku łóżeczka widniała czarna dziura, ale to idealnie płaska, nie było widać wnętrza. Z tej dziury wystawał, nazwę to ‘łeb’, trudno powiedzieć ‘głowa’, podobna do lisa z potężnymi zębami, ciemnoszara. Jedno, co tak szczególnie zapamiętałem, to oczy tego ‘potwora’, tak to trzeba nazwać, to były oczy ludzkie, oczy te to były naprawdę ludzkie oczy, tak niepasujące do wizerunku zwierzęcia. Mało tego, ta istota mówiła do mnie i wiem, że mi groziła w ten sposób, że do końca mojego życia nie opuści mnie i będzie mi wszelkimi sposobami szkodziła. Drugie moje wrażenie, to takie, że średnica tego otworu to 15—20 cm i ta istota szarpała się w tym, tak jakby chciała się wydostać…
Po chwili to, powiedzmy, zniknęło, przerażony chciałem obudzić rodziców, nie potrafiłem tego zrobić, nie potrafiłem wydobyć z siebie głosu. Położyłem się, przykryłem się prawie na nos kołdrą i usiłowałem uspokoić się. Po krawędzi zasłony, o której wspominałem, zobaczyłem wspinającą się małą istotkę o wymiarach może 30 cm, owłosioną, to było skrzyżowanie goryla z Godzillą, bo posiadało ogon, taki gadzi, ale było owłosione, bardzo powolnym, takim leniwym ruchem wspinało się po krawędzi tej zasłony, doszło do samego końca i przeszło jakby na drugą stronę, dalej nie widziałem nic. Wtedy odzyskałem dopiero głos, zacząłem niesamowicie krzyczeć, płakać, rodzice się oczywiście zerwali, nie można było mnie długo uspokoić”.
Studiując dawny folklor, możemy natrafić na relacje, które doskonale korespondują z tzw. czynnikiem Oz. Termin ten został opisany w latach 80. XX w. przez brytyjską badaczkę UFO, Jenny Randles. Zauważyła ona, że charakterystyczne dla wielu obserwacji poczucie dziwnej ciszy, izolacji czy przebywania w odmiennym stanie rzeczywistości ma swoje odzwierciedlenie w literaturze. Sama nazwa nawiązuje do książki Lymana Franka Bauma pt. „Czarnoksiężnik z Krainy Oz”, w której główna bohaterka Dorotka zostaje porwana przez wiatr i trafia do magicznej krainy, miejsca, gdzie wszystko wygląda inaczej i spotyka tam przedziwne postacie.
Na podobne zjawiska wskazuje Damian Trela, legnicki badacz UFO, który na swoim blogu przytacza osobliwą historię ilustrującą wysoką dziwność fenomenu. Świadek najpierw zauważył UFO, następnie jasny ekran, po czym nastąpiło coś, co można określić jako przejście do innego stanu rzeczywistości.
Wydarzenie to miało miejsce w październiku 1987 r. Dwaj bracia wracali późną nocą samochodem do Wojcieszowa, kiedy dostrzegli czerwoną kulę, unoszącą się nad górą Połom. Zaintrygowani, postanowili podjechać bliżej, aby sprawdzić, z czym mają do czynienia:
„(…) Idę dalej, przeszedłem jeszcze z 50 m i dotarłem do takiej linii energetycznej, zasilającej znajdujący się za mną zakład przeróbczy. Minąłem tę linię i stała się przedziwna rzecz. Kiedy jeszcze przed chwilką czułem dokuczający mi powiew wiatru, to nagle przestałem go czuć, słyszeć. Głośno pracujące wentylatory nagle wyłączyły się. Jeszcze przed chwilką słyszałem je wyraźnie, a po przekroczeniu,,magicznej” granicy nagle wyłączono je. Nawet odwróciłem się na chwilę, żeby zobaczyć, co się stało, ale światło z zakładu było widoczne z oddali i wskazywało, że w tym miejscu ludzie nadal pracują. Całkowita cisza i w dodatku ta ciemność, która mnie ogarnęła. Nic nie było widać. Było tak ciemno, że można było potknąć się o własne nogi. Co ciekawe, światło z ekranu w międzyczasie pociemniało i w jego miejscu było widać już taką ciemniejszą ciemność. Strasznie się zląkłem i po minucie stania zawróciłem.
Kiedy doszedłem do auta, mój brat dalej siedział za kierownicą otumaniony. Odjechaliśmy z tego miejsca i po chwili byliśmy już przed domem. Nie rozmawiałem już z bratem na temat tego, co tamtej nocy widzieliśmy obaj. On sam niechętnie wracał pamięcią do tamtych wydarzeń”.
Jak się okazało, dźwięki otoczenia, które wcześniej nagle zanikły, powróciły w chwili, gdy świadek, wracając do samochodu, przekroczył niewidzialną, jakby magiczną granicę.
Mówiąc o fenomenie wysokiej dziwności, nie sposób pominąć zdarzenia dokumentowanego przez Damiana Trelę, związanego z niezwykłą istotą widzianą przez dzieci w kanale. Wydarzenie to miało miejsce latem 1963 r. w Leśnicy na Dolnym Śląsku. Świadkami była grupa kilkuletnich dzieci, które spędzały czas na okolicznych łąkach. Przez łąkę przepływał niewielki strumień, częściowo skryty w kanale pod ulicą. Dzieci często zaglądały tam i przechodziły nim w kucki, traktując to jako zabawę i przygodę.
Tego letniego dnia doszło jednak do dwóch niezwykłych zdarzeń. Pierwsze dotyczyło tragicznej śmierci motocyklisty, który zginął w pobliżu miejsca późniejszej obserwacji. Drugie, znacznie bardziej osobliwe — wydarzyło się, gdy dzieci postanowiły jak zwykle wejść do kanału. Tym razem jednak wszystko wyglądało inaczej, dziwniej niż zwykle:
„Gdy dzieci weszły do strumyka, wszystko wyglądało inaczej, pierwsza z nich, dziewczynka, która przykucnęła, zaglądała do kanału i na jego końcu ujrzała zamiast wylotu białą ścianę. Na jasnym tle dostrzegła srebrną, dość masywną postać, podobną do nurka, wysoką na ok. 1,5 m. Panowała zupełna cisza, nie było słychać nawet szelestu strumyka, który zawsze miał miejsce. Świadek stała jak sparaliżowana i czuła jakby od istoty emanowała niezrozumiała energia, jakby coś „zasysało” ją (świadka) do środka. Istota była dobrze widoczna, miała na sobie srebrny, nieprzylegający do ciała kostium, bez widocznych guzików czy suwaków. Na głowie widać było okrągły hełm przypominający bańkę, od którego czubka głowy do pleców wychodziła karbowana rurka takiego samego koloru jak strój. Humanoid emanował jasnym, momentami rażącym światłem i w prawej ręce trzymał coś przypominającego „czarny kij”.
Najbardziej zastanawiającym elementem tego zdarzenia — oprócz ciszy i dziwnego odrętwienia dziewczynek — był fakt, że postać stała tam całkowicie wyprostowana. Fizycznie wydawało się to niemożliwe, ponieważ aby dotrzeć do końca kanału, trzeba było iść w pozycji kucającej. Kolejnym zaskakującym szczegółem była jasna ściana widoczna na końcu przejścia. Wszystko wskazuje na to, że doszło tam do swoistego „zastąpienia” otoczenia inną rzeczywistością. Wydarzenie to rozegrało się, w mojej ocenie, nie tyle na płaszczyźnie fizycznej, ile raczej w zmienionej świadomości świadka.
Podobne konotacje możemy odnaleźć w dawnym folklorze i w licznych relacjach o wysokiej dziwności. Jeden z przykładów pochodzi z archiwum Fairy Investigation Society i dotyczy obserwacji „poruszającego się drzewa” z twarzą. W opisie pojawiały się także nietypowe symptomy związane z zaburzeniami czasu i uczuciem mrowienia:
„Raport nr 57 opisuje doświadczenie mężczyzny po pięćdziesiątce, który spacerował z przyjacielem i jego psem przez leśną polanę w pobliżu Chilworth w Hampshire w Anglii w 2007 r. Obaj zobaczyli drzewo: pędzące przez pola w naszym kierunku, a gdy przecinało ścieżkę przed nami na następnym polu, mogłem zobaczyć przyjazną, uśmiechniętą twarz w korze. Obaj przeżyliśmy to samo i opisaliśmy to sobie nawzajem w ten sam sposób. Miało około dziesięciu stóp wysokości. Pies również zatrzymał się, żeby na nie spojrzeć. Co ciekawe, opisano również głęboką ciszę przed doświadczeniem, utratę poczucia czasu i mrowienie podczas doświadczenia, które uznał za pokaz specjalnie wystawiony dla niego i jego przyjaciela ( i być może psa)”.
J. Randles podkreśla, że tego rodzaju zdarzenia nie muszą wcale rozgrywać się w sensie czysto fizycznym. Zamiast tego mogą stanowić rezultat procesu związanego z przeniesieniem świadomości jednostki do odmiennego wymiaru, swoistej „krainy innej rzeczywistości”, bądź też z radykalnym rozszerzeniem zakresu ludzkiej percepcji. W tym ujęciu nie chodziłoby więc o faktyczne opuszczenie świata materialnego, lecz o doświadczenie graniczne, w którym ludzki umysł zostaje wystawiony na bodźce wykraczające poza standardowe ramy poznania.
Takie interpretacje przywodzą na myśl zarówno współczesne badania nad wirtualną rzeczywistością, która potrafi wytwarzać niezwykle sugestywne i realistyczne iluzje, jak i eksperymenty nad substancjami psychodelicznymi — zwłaszcza DMT, znaną z wywoływania doświadczeń spotkań z istotami o niejasnym statusie ontologicznym. To właśnie analogia do efektów DMT wydaje się szczególnie istotna, ponieważ otwiera przestrzeń do refleksji nad tym, czy folklorystyczne opowieści o kontaktach z nadprzyrodzonymi bytami nie są w istocie symbolicznym zapisem doświadczeń transowych, zmienionych stanów świadomości lub spontanicznych wizji o charakterze psychonautycznym.
Jest to niezwykle ważny aspekt w badaniach nad istotami znanymi z tradycji ludowej. Zrozumienie, że kontakt z nimi nie musiał mieć charakteru czysto materialnego, lecz mógł być formą rozszerzonego przeżycia świadomości, pozwalał spojrzeć na dawne podania w nowym świetle — nie jako na fantastyczne bajki, ale jako na świadectwa odmiennych stanów percepcji, które współczesna nauka dopiero zaczyna wyjaśniać:
„Wygląda na to, że do bliskich spotkań dochodzi tylko w szczególnym stanie „ufoświadomości” pewnych ludzi. Jeśli tak, to do kontaktu z obcymi istotami nie jest potrzebna żadna fizyczna rzeczywistość. Do kontaktu może dochodzić, ale wyłącznie w obrębie umysłu, coś w rodzaju telepatycznej rozmowy telefonicznej z ET. W grę również może wchodzić aspekt wewnętrznego rozwoju człowieka, sprawiający, że takie przeżycia są niezbędne dla naszego przetrwania”.
Podobne punkty odniesienia możemy dostrzec również w przypadku żywego folkloru, który, mimo zmieniających się epok i form przekazu, wciąż zachowuje ten sam psychiczny ładunek i oddziałuje na odbiorców w zbliżony sposób. Tradycyjne podania, legendy czy wierzenia ludowe nie są więc jedynie zbiorem archaicznych historii, lecz stanowią zapis doświadczeń o silnym nacechowaniu emocjonalnym i symbolicznym, które uruchamiają w człowieku te same mechanizmy wyobraźni, lęku, fascynacji czy poczucia tajemnicy.
2. Fairies i związki z miejscami prehistorycznymi
Wielu badaczy dawnego folkloru zwracało uwagę na ścisły związek pomiędzy obecnością wróżek (fairies) a miejscami, które od najdawniejszych czasów kojarzono z tajemnicą — prehistorycznymi budowlami, kurhanami i kopcami grobowymi. Konotacje te nie występują wyłącznie w dawnych zapiskach etnograficznych, lecz powracają także we współczesnych relacjach osób odwiedzających takie miejsca. Można więc dostrzec pewną ciągłość: przestrzeń naznaczona przez pradawne dzieje staje się naturalnym „kanałem” opowieści, w którym przeszłość, wyobraźnia i doświadczenie nadprzyrodzone splatają się ze sobą.
Jedna z najstarszych znanych historii tego typu została spisana przez kronikarza Williama z Newburgh w XII wieku. Opisał on słynny przypadek tzw. zielonych dzieci, które jak twierdzono — miały wyłonić się z innego świata. William odnotował również opowieść o wróżkach zamieszkujących kopiec grobowy Willy Howe, pochodzący z późnego neolitu i wczesnej epoki brązu w East Riding of Yorkshire. To świadectwo ukazuje, jak bardzo pradawne budowle były postrzegane nie tylko jako relikty minionych czasów, ale również jako bramy do innych wymiarów istnienia.
Do tego samego wniosku doszedł archeolog Leslie Grinsell, który w swojej klasycznej publikacji pt. „Folklore of Prehistoric Sites in Britain” (1976) zebrał aż 60 przykładów spotkań z istotami znanymi z tradycji ludowej, mających miejsce w pobliżu kurhanów z epoki brązu w Anglii i Szkocji. W jego pracy znajdziemy także relacje dotyczące niezwykłej muzyki, jaką rzekomo słyszano na kopcach grobowych. Były to odgłosy przypominające piszczałki, flety czy skrzypce — dźwięki tak sugestywne, że często interpretowano je jako muzykę fairies, mającą wabić lub oszołomić przypadkowych przechodniów.
Takie przykłady ukazują, że folklor i przestrzeń materialna od wieków tworzą nierozerwalny związek. Kamienie, kurhany i grobowce stają się nośnikami pamięci zbiorowej, a jednocześnie punktem styku tego, co ziemskie z tym, co nadprzyrodzone. To właśnie dzięki nim folklor nie tylko przetrwał, ale nadal pozostaje żywy, wciąż nadając sens miejscom, które — mimo że ich pierwotna funkcja dawno się zatarła — nadal budzą w ludziach te same uczucia fascynacji i tajemnicy.
Podobną historię zanotowano w okolicach mojego miasteczka, Ropczyc, przy tzw. kopcu tatarskim — choć nie wiadomo, czy jest on powiązany z wróżkami.
Pewnego wieczoru znajomi siedzieli w samochodzie, gdy nagle usłyszeli niezwykłe odgłosy, przypominające dzieci bawiące się w pobliżu. Po wyjściu z auta głosy wydawały się przybliżać, choć na polach nikogo nie było widać. Przestraszeni świadkowie postanowili opuścić to miejsce.
Wielu badaczy utwierdza się w przekonaniu, że prehistoryczne miejsca miały szczególne znaczenie dla fairies, często powiązane z kultem zmarłych przodków. W Irlandii wróżki określa się mianem ludzi kopców — to tam pojawiały się najczęściej, choć nie wszystkie wzgórza, które zamieszkiwały, były kopcami grobowymi.
Oprócz kopców wróżek istnieją w Anglii także kręgi kamienne, w których dochodziło do manifestacji fairies.
W swojej książce pt. „The Fairy-Faith in Celtic Countries” (1911) Evans Wentz opisuje liczne powiązania fairies z kręgami kamiennymi. Jedna z opowieści pochodzi od 60-letniej Marie Ezanno z wioski Carnac. Według jej relacji w świetle Księżyca wróżki tańczyły w megalitycznych kręgach. W miejscach, gdzie tańczyły, pojawiały się grzyby, a człowiek nie powinien tańczącym przeszkadzać, gdyż były niezwykle mściwe.
Do dziś w Irlandii i Anglii zachowały się miejsca i kamienie związane z fairies, które są chronione przed zniszczeniem. W licznych zapisach odnajdujemy dziesiątki relacji o magicznych istotach zamieszkujących grobowe kopce czy kamienne kręgi. Dla wielu społeczności fairies były bezpośrednio powiązane ze zmarłymi przodkami.
Czy istnieją współczesne relacje tego typu? Otóż tak — i jedną z nich warto przytoczyć. Dr Neil Rushton, absolwent archeologii na Uniwersytecie w Southampton, z czasem zainteresował się również folklorem związanym z fairies. Specjalizował się w historii średniowiecza, a także badał prehistorię, w szczególności okres neolitu i epokę brązu.
W 1996 r. Rushton podróżował po Anglii, dokumentując prehistoryczne miejsca. To właśnie podczas jednej z takich wypraw natknął się na zjawisko, które idealnie wpisuje się w tematykę niniejszej książki. Co istotne, nie był to zwykły mieszkaniec odwiedzający okolicę, lecz wykwalifikowany archeolog, osoba posiadająca wiedzę i doświadczenie pozwalające dokładnie ocenić obserwowane miejsce i zjawisko:
„Tak więc pewnego wieczoru — około godziny przed zachodem słońca — znalazłem się w West Kennet Long Barrow, ciesząc się ciepłem zanikającego dnia i atmosferą tej niesamowitej budowli. Rozbiłem namiot z boku i udałem się do komnaty z zamiarem medytacji, praktyki, którą rozwinąłem w ciągu poprzedniego roku, aby poradzić sobie ze stresem i napięciem życia uniwersyteckiego. West Kennet Long Barrow to budowla powstała ok. 3500 r. p.n.e. i — jak wszystkie tego typu kurhany, służyła do pochówku szczątków ludzkich, już pozbawionych mięsa i organów. Usiadłem w komorze końcowej i zapadłem w stan medytacji, mając nadzieję, że żadni inni goście go nie zakłócą. Zajęło mi to około 20 minut, aby wejść w „,strefę” i się zrelaksować. W tym momencie poczułem ciche buczenie, którego doświadczyłem wcześniej podczas medytacji. Miałem otwarte oczy i wpatrywałem się uważnie w korytarz prowadzący od wejścia. I tam właśnie pojawiła się wróżka. Mała postać, około dwóch stóp wzrostu, kroczyła korytarzem w moim kierunku, zatrzymała się jakieś pięć stóp ode mnie i wpatrywała się we mnie. Nie było żadnego dźwięku — poza ciągłym brzęczeniem. Pozostała tam może przez dziesięć sekund, a potem zdawała się cofać, znikając w świetle z wejścia. Cały incydent trwał nie dłużej niż pół minuty. Wróżka (tak jak wtedy ją postrzegałem i nadal postrzegam) przypominała istotę zilustrowaną przez Briana Frouda w jego książce z 1978 r. z Alanem Lee. Poniższy obraz jest bliskim powiązaniem. Przez kilka lat przed tym incydentem przesiąkłem ilustracjami wróżek Frouda i interesowały mnie jego nieco niejednoznaczne stwierdzenia na temat tego, jak postrzegał istoty, które manifestował w swoich dziełach. Więc cokolwiek faktycznie doświadczyłem, czy byłem predysponowany do zobaczenia tego typu istoty, będąc w medytacyjnym stanie świadomości, siedząc w starożytnej komorze grobowej? Czy doświadczenie było zakodowane zgodnie z moimi oczekiwaniami? To są pytania, na które nigdy nie odpowiedziałem, ale poczucie obecności w komorze było przytłaczające. Nie było strachu, być może z powodu stanu medytacyjnego, tylko uczucie radości, nawet rozbawienia z powodu tego, czego doświadczyłem. Poczułem, jakby istota mnie szukała i mnie badała, jakby w jakiś sposób należała do kurhanu i była po prostu zainteresowana tym, że się pojawiłem i dostroiła moją świadomość do miejsca, w którym mogła ze mną wchodzić w interakcje, choćby na krótko i bez wyraźnego celu. Siedziałem tam jeszcze przez dziesięć minut, zastanawiając się czy wróci, a także upewniając się, że nie zasnąłem i nie śniłem o tym. Ale ta szczególna chwila minęła. Wstałem, opuściłem kurhan, wszedłem do namiotu i szybko zasnąłem. To był przełomowy moment w moim życiu. Chociaż badałem tematykę forteańską i ezoteryczną przez kilka lat, nigdy nie doświadczyłem niczego, co można by nazwać nadprzyrodzonym. Ale to spotkanie było ostateczne. Było to gnostyczne uświadomienie, ułatwione przez spotkanie twarzą w twarz z nieludzką inteligentną istotą. Intensywność chwili pozostała ze mną przez lata, ale nie miałem więcej podobnych doświadczeń, pomimo spędzenia czasu w różnych prehistorycznych miejscach w nadziei na ponowne spotkanie. Dopiero gdy zdecydowałem się eksperymentować z różnymi związkami psychodelicznymi, ponowie doświadczyłem istot typu wróżkowego, choć w zupełnie innym kontekście”.
Do eksperymentów Neila Rushtona z fairies jeszcze powrócimy w dalszej części książki, ponieważ rzucają one zupełnie nowe spojrzenie na istoty z dawnego folkloru.
3. Gnomy z Wollaton Park i inne spotkania z udziałem wielu świadków
Czytelnicy moich książek mogli zapewne dostrzec pewną interesującą regułę: adresatami spotkań z magicznymi postaciami, a w czasach współczesnych również z UFO, bardzo często są dzieci lub pojedyncze osoby dorosłe — jakby doświadczenie to było przeznaczone tylko dla wybranej jednostki. Skojarzenia nasuwają się same: podobną prawidłowość można zauważyć w opisach bliskich spotkań typu CE III, w których świadkami z reguły bywają pojedyncze osoby, a relacje mają charakter subiektywnego i niezwykle intensywnego przeżycia.
Nie oznacza to jednak, że zjawisko zawsze pozostaje wyłącznie w sferze jednostkowego doświadczenia. W historii współczesnych spotkań z istotami utożsamianymi z wróżkami istnieją również takie przypadki, które nawiązują do dawnych przekazów folklorystycznych, a ich świadkami było kilka osób jednocześnie. Szczególnie interesujące są relacje, w których grupy obserwatorów donosiły o widzeniu niewielkich postaci poruszających się w niezwykły sposób i budzących skojarzenia z tradycyjnymi wyobrażeniami fairies.
Jak dotąd udało się udokumentować co najmniej trzy takie wydarzenia, z których dwa miały miejsce na terenie Anglii — kraju o wyjątkowo bogatej tradycji ludowych podań związanych z wróżkami, elfami i duchami miejsc. Wydaje się, że właśnie tam, gdzie pamięć o folklorze najdłużej przenikała codzienność i krajobraz, najłatwiej odnaleźć współczesne echa dawnych wierzeń.
Pierwszy przypadek zdarzył się w Wollaton Park w Nottingham. Grupa sześciorga dzieci w wieku od 8 do 10 lat: Angela Elliott i jej brat Glen, Andrew Pearce i jego siostra Rosie, Patrick Olive oraz Julie (nazwisko nieznane) wracała z parku do domu 23 września 1979 r. około godziny 19:30, gdy zapadał zmrok. Była to noc związana z równonocą, co samo w sobie jest kolejnym czynnikiem sprzyjającym pojawianiu się niezwykłych zjawisk. Kiedy dzieci znalazły się w okolicach bramy parku, usłyszały dźwięki przypominające dzwonki, dochodzące z bagnistego terenu, odgrodzonego od głównych alejek. Po chwili zaczęły wyłaniać się niezwykłe istoty, które dzieci porównały do bajkowych gnomów lub krasnali.
Według relacji dzieci było ich około sześćdziesięciu. Miały zielonkawe, pomarszczone twarze, białe, długie brody, czerwone czapeczki z pomponami, niebieskie tuniki i żółte rajtuzy. Ich wzrost dochodził do połowy wysokości dzieci w wieku 8 lat — czyli około 50 cm. Gnomy poruszały się dziwnymi pojazdami, goniły dzieci po parku i śmiały się w groteskowy sposób, ale nie wykazywały wobec nich agresji.
Samochody, którymi poruszały się gnomy, miały barwę biało-czerwoną i zachowywały się w nietypowy sposób. Potrafiły przeskakiwać przeszkody, nie wydawały żadnych dźwięków i nie pozostawiały śladów w błocie. Zamiast tradycyjnej kierownicy posiadały ruchome uchwyty. Według relacji dzieci było około 30 pojazdów, a w każdym z nich siedziały dwie istoty. Świadkowie zauważyli również źródła światła w samochodach, a te poruszały się po parku bardzo szybko — około 40—50 km/h.
Cała niezwykła — wręcz nierealistyczna — scena trwała około 15 minut, po czym dzieci postanowiły wrócić do domu, a gnomy zniknęły w krzakach. Następnego dnia w miejscu obserwacji nie znaleziono żadnych śladów w błocie, mimo że pojawiło się tam około sześćdziesięciu istot.
Po powrocie do domów dzieci opowiedziały o przygodzie rodzicom, lecz ci nie uwierzyli. Dopiero następnego dnia relację przekazały dyrektorowi szkoły, który postanowił przesłuchać każde z dzieci osobno i nagrać ich wypowiedzi na magnetofon. Dzięki temu do dziś posiadamy unikalny materiał dokumentujący zdarzenie, w tym także rysunki obserwowanych istot. Według dyrektora relacje dzieci były spójne i wzajemnie się pokrywały, nie wskazując na konfabulację. Pomimo tego dyrektor pozostawał sceptyczny. Transkrypcję nagrania można znaleźć w numerze biuletynu pt. „Fairy Investigation Society Newsletter 5 — 2017”, który w dużej części poświęcony jest zdarzeniu w Wollaton Park. Zdarzenie idealnie wpisuje się w dawny folklor, w którym pojawiają się małe magiczne postacie, określane w tradycji celtyckiej mianem fairies. Współcześnie temat małych ludzi cieszy się coraz większym zainteresowaniem nie tylko w krajach zachodnich, ale również w Polsce.
Już w XVII w. zagadnieniem tym zajmował się irlandzki duchowny i uczony, a zarazem pasjonat folkloru, ks. Robert Kirk (1644–1692). Z niezwykłą skrupulatnością zbierał on i analizował opowieści dotyczące spotkań z fairies, które następnie opisał w swoim manuskrypcie pt. „Tajna federacja elfów, faunów i wróżek”. Dzieło to, przez długi czas pozostające jedynie w rękopisie, zostało opublikowane dopiero w 1815 r. staraniem Waltera Scotta, który dostrzegł w nim unikalne świadectwa wierzeń i tradycji ludowej.
Robert Kirk, podobnie jak wielu jemu współczesnych badaczy, traktował temat wróżek nie jako zbiór dziecięcych bajek, lecz jako realny element świata ludzi, funkcjonujący równolegle z rzeczywistością materialną. Według jego obserwacji istoty te miały szczególnie uaktywniać się o zmroku, kiedy granica między światłem a ciemnością stawała się nieostra. Opisywał je jako byty przypominające duchy ze skondensowanej mgły, eteryczne, ulotne, a zarazem najbardziej wyraźnie widoczne w półmroku.
Postać samego R. Kirka otacza aura tajemnicy. Według legendy został on ukarany przez fairies za to, że odważył się ujawnić ich sekrety w swoim manuskrypcie. Mówiono, że wróżki „wzięły” go wraz z duszą, zabierając do własnego świata. W rzeczywistości, jak odnotowały źródła, ciało Kirka znaleziono na wzgórzu zwanym wzgórzem wróżek, które często odwiedzał podczas swoich badań i medytacji. Trudno o bardziej symboliczny finał losów człowieka, który całe życie poświęcił badaniu granicy między światem ludzi a królestwem istot nadprzyrodzonych.
Podobnego zdania był amerykański badacz i etnograf Edward E. Wentz, który w 1911 r. wydał książkę pt. „The Fairy-Faith in Celtic Countries”, zawierającą liczne opisy nadprzyrodzonych istot.
Generalnie większość obserwacji małych postaci dotyczy dzieci — tak było również w przypadku kolejnej obserwacji w Wollaton Park w Nottingham 30 października 1979 r. 12-letnia dziewczynka zobaczyła sześciu brodatych skrzatów nadjeżdżających małymi samochodami z okolicy zamku Wollaton Castle. Przestraszona uciekła z parku.
W książce pt. „Seeing Fairies” Marjorie Johnson opisuje obserwacje gnomów z 1900 r., także w Wollaton Park — w pobliżu bramy dzieci zauważyły istoty ubrane jak policjanci. Inne relacje mówią o gnomach tańczących w kręgu przy jeziorze w parku. Badaczka folkloru Janet Bord opisała je w swojej książce pt. „Fairies: Real Encounters with Little People”:
„Ponad sześć lat przed fairies z Wollaton, korespondowałam z Marina Fry z Cornwall, która napisała do mnie, podając szczegóły obserwacji fairies, gdy miała prawie cztery lata, około 1940 roku. Pewnej nocy śpiące z nią w jednej sypialni starsze siostry obudziły się, usłyszały dobiegający z ulicy hałas (jedna siostra powiedziała: „muzyki i dzwony”). Spoglądając przez okno, zauważyły niewielkiego mężczyznę w małym niebieskim samochodzie, jadącym w kręgu. Miał około 18 cali wzrostu, białą brodę i niebieski „stożek”, a po chwili zniknął”.
Zdarzeniami z Wollaton Park od nowa zainteresował się historyk dr Simon Young, wydawca biuletynu i portalu Fairy Investigation Society, który opisał dokładnie zdarzenie w książce. Jak się okazuje tajemnica Wollaton Park ma swój ciąg dalszy. Spotkania z dziwnymi istotami wcale nie zakończyły się w tym miejscu, a świadkami było znacznie więcej osób, niż się przypuszczało. Z ustaleń Simona Younga na terenie parku doszło do około dziesięciu spotkań z gnomami, które zostały opisane w jego publikacji. Jedną z takich niezależnych relacji znalazłem na stronie deadbutdreaming:
„Wychowałem się w Wollaton na Charlbury Road, a wtedy większość tego obszaru stanowiły lasy, pola, stare wyschnięte kanały, stawy, hałdy żużlu węglowego, itp., gdzie bawiliśmy się jako dzieci, byliśmy prawdopodobnie około pół mili od głównych bram parku Wollaton, a wtedy można było prawie dojść pieszo do parku Wollaton, nie wychodząc z lasu i pól. Teraz mam 50 lat, więc wracam do końca lat 70-tych. Pewnego letniego wieczoru ja i mój przyjaciel staliśmy na brzegu starego, wyschniętego kanału, był środek lata, może godzina 21:00, właśnie robiło się ciemno, ale nadal można było całkiem dobrze widzieć, spojrzałem na drugą stronę kanału i bezpośrednio naprzeciw nas było małe, błyszczące, białe humanoidalne stworzenie o wysokości około 18 cali, nie można było zobaczyć jego twarzy, ponieważ było zbyt jasne i błyszczące, świeciło na biało jak żarówka, ale miało kształt małej osoby, po prostu czułem, że patrzy na nas i stoi nieruchomo. Mój przyjaciel był naprawdę przestraszony, miał krótkie włosy, ale pamiętam, który kosmyk włosów mu sterczał na głowie. Nie byłem tak przestraszony i wspiąłem się do wyschniętego kanału z zamiarem wdrapania się na drugą stronę, aby lepiej się przyjrzeć, mój przyjaciel podążył za nim, stworzenie pobiegło do małego zalesionego obszaru, a następnie na duże pole. Goniliśmy je, ale pobiegło zbyt szybko, więc po prostu tam staliśmy i patrzyliśmy, jak przemyka się dalej przez pole, aż znikło nam z oczu. Nigdy mi to nie przeszkadzało, ale naprawdę wpłynęło na mojego przyjaciela, bał się lalek i kukiełek brzuchomówczych, zabawek Action Men, wszystkiego takiego. Potem często rozmawiał o tym ze mną przez lata i powiedział mi, że nigdy nie będzie mógł oglądać filmu „Chucky”, ponieważ lalki go przerażają. Niedługo po tym jak usłyszeliśmy o dzieciach, które widziały krasnale w parku Wollaton, pojechaliśmy tam ich szukać, ale nic nie znaleźliśmy”.
Z dalszych ustaleń wynikało, że w tym miejscu zjawiska paranormalne występowały wielokrotnie, co dodatkowo potwierdza niezwykłość lokalizacji. Badania radiestezyjne wykazały, że elżbietańska rezydencja stoi na kopcu zbudowanym z piaskowca, pod którym znajduje się źródło podziemnej wody — nie wypływa ono na powierzchnię. Według brytyjskich badaczy i radiestetów zależności geologiczne w tym terenie mogą powodować zjawiska piezoelektryczne. Podobne efekty były obserwowane w parku w postaci kul światła. Dzieci w Wollaton Park nie dostrzegły jedynie krasnali — pierwszym sygnałem nadchodzącego zdarzenia były tajemnicze światła. Pojawiły się na drzewach i to zapoczątkowało całą obserwację:
„Kiedy spojrzeliśmy w górę, zobaczyliśmy światła na drzewach, można je było zobaczyć w ciemności, pojawiały się. Niektóre na drzewach, a niektóre na ziemi. Kiedy podeszliśmy do drzew, one wróciły, kiedy odeszliśmy od drzew, one wyszły. Kiedy wyszły, zobaczyliśmy wiszące światło na drzewach i mogliśmy zobaczyć twarze. Ciągle nas goniły. Bardzo szybko”.
Wynika z tego, że krasnale i światła były ze sobą ściśle związane i nie jest to pierwsze spotkanie tego typu. Evans Wentz w swojej książce pt. „The Fairy Faith in Celtic Counties” opisuje zdarzenie dotyczące młodego lekarza z Limericku i świateł na niebie, które później zmieniły się w istoty ze światła. Zdarzenie miało miejsce w grudniu 1910 r. Lekarz wracał ze znajomym do domu, kiedy w okolicy Listowel zauważyli światło — a następnie kolejne dwa — poruszające się w różnych kierunkach i zmieniające wielkość:
„Lekarz mówi, że światła miały sześć stóp wysokości i cztery stopy szerokości, a w każdym z nich była „promienna istota posiadająca ludzką formę”. Te dwa światła ślizgały się ku sobie, aż się dotknęły, a istoty wewnątrz mogły przejść między każdym światłem, jakby to była jedna indywidualna kula. Ciała istot powstały z czystego olśniewającego blasku, białego jak blask słońca i znacznie jaśniejszego niż otaczające je żółte światło lub aura. Lekarz opisuje, jak rysy twarzy istot zostały zasłonięte przez jeszcze jaśniejsze światło wokół ich głów. Pisze, że: „Ich głowy były bardzo wyraźnie narysowane przez ten aureolowy blask”. Mój towarzysz widział wszystko, co ja widziałem z pierwszych trzech świateł. Zawsze byłem sceptykiem co do istnienia duchów; teraz wiem, że istnieje świat duchowy”.
Folkloryści znacznie wcześniej odnotowali zdarzenia z fairies z udziałem kilku osób równocześnie. Jedno z takich osobliwych spotkań miało miejsce w 1757 r. w Lanelwyd House w Walii. Świadkiem tego zdarzenia w dzieciństwie był metodysta Edward Williams, który tak to wspominał:
„Było lato 1757 r., około południa. W Lanelwyd House na południe od Bodfari (Walia) czwórka dzieci postanowiła bawić się na zewnątrz, podczas gdy dorośli przygotowywali się do lunchu. Dzieci pochodziły z dwóch rodzin. Była Barbara Jones (15) i jej siostra Ann Jones (11); Edward Williams (7) i jego siostra Jane (10). Dzieci wspięły się przez płotek na pobliskie pole, Cae Caled i zabrały się do zabawy, gdy jedno z nich zauważyło grupę małych ludzi tańczących około siedemdziesięciu jardów dalej. W tym momencie sprawy zaczęły stawać się bardzo dziwne, bardzo szybko. Postacie były,,trochę większe od nas, ale miały karłowaty wygląd”. Ubrane były na czerwono i na głowach miały czerwone chusty w żółte kropki. Tańcząc, trzymały w rękach chusteczki. Wydaje się, że był to jakiś rodzaj szalonego tańca w parach. Nasz narrator porównał to do tańca Morrisa lub tańca May. Postacie tańczyły tak szybko, że dzieci miały trudności z określeniem, ilu było tancerzy:
,,W ich ruchach było coś niezwykle dzikiego”. Dzieci ustaliły, że było ich około szesnastu. Wydaje się, że nie było muzyki. Właściwie nie było żadnego hałasu. W tym momencie jeden z tancerzy odłączył się od grupy i ruszył w stronę dzieci.
„Podszedł do nas wolnym tempem, ale jak na malucha — stawiał długie kroki”. Dzieci pobiegły do furtki tak szybko, jak mogły. Gdy Edward Williams biegł sprintem, „niezwykle krzyczał”. Tiny Edward, który nagrał ten epizod, zapamiętał jako dorosły dokładną kolejność, w jakiej dziewczynki przechodziły przez furtkę: on dotarł do furtki jako ostatni, ponieważ był najwolniejszym i musiał czekać. Najpierw szła Barbara, potem Ann, potem siostra Edwarda, a gdy tylko przybył „elf”, sam Edward został przyciągnięty przez Jane. Tancerz najwyraźniej nic nie powiedział — cisza w opowieści potęguje przerażenie, przynajmniej dla mnie — ale próbował złapać Edwarda, a następnie pochylił się nad płotem w stronę dzieci. Miał „śniadą i ponurą cerę”, a jego skóra była w „kolorze miedzi”. Wyglądał raczej na starego niż młodego. Williams opisał go jako „wojowniczego liliputa”. Dzieci „z bijącymi sercami i głośnymi krzykami” przybiegły w stronę Lanelwyd House. Mężczyźni usiedli już do kolacji i wybiegli, gdy usłyszeli tumult. Ale chociaż tancerze byli zaledwie 150 jardów od drzwi wejściowych, wszyscy zniknęli”.
Ta czwórka dzieci doświadczyła czegoś niezwykle realnego i niebezpiecznego zarazem. Szalony taniec z chusteczkami w dłoniach przywodzi na myśl znany motyw z wielu wesel — taniec w kole z przekazywaniem chusteczki. Czyżby element ten został zaczerpnięty z dawnych podań o wróżkach? Wszystko wskazuje na to, że w Wollaton Park krasnale i widoczne światła były przejawem tych samych zmiennokształtnych fenomenów, o których nie wspominano, gdy wydarzenie w 1979 r. odbiło się szerokim echem w mediach. Niektórzy badacze określają tego rodzaju kule jako inteligentne formy świetlne.
Paul Daveraux, Gary Biltcliffe, Andrew Collins i kilku innych badaczy uważają, że tego typu fenomeny świetlne mogą posiadać własną świadomość. Według Grega Little’a interakcja tych bytów z ludzką świadomością może wywoływać efekt zmiennokształtności oraz różnorodne zjawiska elektromagnetyczne:
„Kiedy plazma się formuje, tworzy wokół siebie elektromagnetyczną powłokę lub bańkę. Kiedy jedna z tych form pojawia się w pobliżu człowieka, elektromagnetyczna bańka otacza zarówno plazmę, jak i odbiorcę. Pole elektromagnetyczne tworzy ścianę energetyczną, tworząc pole interakcji świadomości, co oznacza, że przekonania i stan psychiczny człowieka wewnątrz bańki wchodzą w interakcję z celami plazmy”.
W annałach związanych z żywym folklorem i obserwacjami z udziałem większej liczby świadków można odnaleźć kolejny, również niecodzienny przypadek związany z małymi ludźmi i UFO. Zdarzenie miało miejsce 30 czerwca 1964 r. w Liverpoolu i dotyczyło grupy dzieci, które rzekomo dostrzegły dziwne, małe zielone istoty w kapeluszach, ukryte w pobliskich zaroślach na terenie boiska:
„Latające spodki i skrzaty przybyły do Kirkby w zeszłym tygodniu — przynajmniej według lokalnych dzieci. Dzieci nie były do końca pewne, jaki był związek, ale w piątek dziesiątki podekscytowanych dzieciaków wtargnęło do biur Reportera, chętnych, by powiedzieć, że widziały obie te rzeczy. Ich opis latającego spodka brzmiał: „Dziwny obiekt na niebie, który zmieniał kolor świateł z czerwonego na srebrny i poruszał się najpierw powoli, a potem bardzo szybko”. Frakcja „latających spodków” rywalizowała z grupą „skrzatów” o barwne opisy. Około ośmiu cali wzrostu, w czerwonych i zielonych tunikach, w spodniach do kolan — tak opisywano „małych ludzi”. I oczywiście mówili z silnym irlandzkim akcentem. Pochodzenie tych małych ludzi pozostaje tajemnicą, ale dzieci były tak przekonane, że setki z nich nękały wikarego z Kirkby (Rev. J. Lawton), wkraczając na cmentarz St. Chad w poszukiwaniu małych ludzi. Czasami ich liczba była tak duża, że policja musiała przegonić dzieci”. (…)A małe zielone ludziki? Zobaczył je 14-letni David Wilson. Powiedział: „Widziałem kilka małych zielonych stworzeń o wysokości około dwóch stóp biegających wokół stogu siana na farmie niedaleko posiadłości”. Ale nie wszyscy wierzą w te historie. Wczoraj wieczorem pan M. Coates, dyrektor szkoły podstawowej Roman Road, zaprzeczył, że zwołał specjalne zgromadzenie uczniów, aby omówić małego zielonego ludzika, lub że powiedział dzieciom, aby trzymały się z dala od farmy. Powiedział: „W tych głupich plotkach nie ma ani krzty prawdy”.
Świadkami całego zdarzenia było pięciu chłopców. Około wpół do szóstej wieczorem Mark Smith, 14-letni chłopiec, udał się na farmę, żeby zebrać trochę słomy dla swoich królików. Gdy dotarł na miejsce, dostrzegł grupę około dziesięciorga dzieci stojących w odległości około 20 m od stogu siana. Wtedy ukazał się niezwykły widok. Zza stogu wyłoniły się drobne postacie. Były niskie, mierzyły zaledwie około 0,5 m, a ich sylwetki w ostatnich promieniach słońca zdawały się mieć zielonkawy odcień. Chłopcy patrzyli z osłupieniem, jak istoty poruszały się z zadziwiającą zwinnością, jakby doskonale znały teren:
„Około sześciu lub ośmiu maleńkich ludzi na szczycie sterty: mieli około 2,5 stopy wzrostu i byli ubrani w jaskrawozielone garnitury. Wyglądali, jakby grzebali w stogu siana, jakby czegoś szukali. Ich dłonie wyglądały jak rozświetlone żarówki elektryczne”.
Trudno jednoznacznie ocenić prawdziwość zdarzenia z Liverpoolu, choć wspominał o nim również Jacques Vallée w tekście Passport to Magonia, ze względu na równoczesne występowanie dwóch zjawisk UFO i tajemniczych małych ludzi.
W Norwegii, 28 października 1985 r., w miejscowości Hønefoss dzieci w wieku od 7 do 12 lat, podczas zaćmienia Księżyca dostrzegły opadające z nieba owalne światło. Jedno z dzieci skierowało w jego stronę promień latarki, wówczas światło rozbłysło silnym blaskiem, a w poświacie wokół dziwnego tworu dzieci zauważyły około setki bardzo małych istot, mających 60 cm wysokości. Istoty nosiły na głowach coś, co przypominało pudła i występowały w kolorach: białym, brązowym i czarnym. Przestraszone dzieci uciekły z miejsca zdarzenia i poinformowały o nim rodziców, jednak żaden z dorosłych nie udał się na miejsce, aby zweryfikować relację.
Historie z Wollaton Park, Liverpoolu i Hønefoss można w pewnym stopniu interpretować jako przykłady masowej psychozy wśród dzieci, szczególnie w przypadku zdarzenia z Liverpoolu. Jednak zeznania dzieci z Wollaton Park i inne obserwacje w tym miejscu w mojej ocenie wykluczają typową psychozę lub zwykłe plotki, zwłaszcza kiedy dziwne istoty widzi więcej niż jedna osoba. W takich przypadkach trudno mówić o halucynacjach.
Dr Neil Rushton zwraca w tym kontekście uwagę na istotny wymiar tego typu zdarzeń, wskazując na ich wyjątkowy charakter i spójność relacji świadków:
„Jeśli istoty wróżkowe są w stanie zaprezentować się dwóm lub więcej osobom w tym samym momencie, sugeruje to, że rzeczywiście istnieją w niezależnej rzeczywistości i są w stanie wchodzić w interakcje z ludźmi (i być może zwierzętami ) w naszej fizycznej rzeczywistości, gdy tylko spełnione są pewne warunki”.
Zdarzenia z 1979 r. w Wollaton Park są bezprecedensowe w kontekście żywego folkloru, przede wszystkim ze względu na jednoczesną obserwację gnomów przez sześcioro dzieci. Szkoda, że ówczesne organizacje i kluby ufologiczne w Anglii zignorowały to zdarzenie. Przynajmniej nie słyszałem, aby prowadzone były jakiekolwiek badania w terenie lub rozmowy ze świadkami.
Ignorancja wobec tego wydarzenia wynikała zapewne z faktu, że świadkami były dzieci, a obserwowane stworzenia nie były „kosmitami” tylko gnomami, istotami, które w oczach współczesnej nauki nie mają prawa istnieć. Gdyby sytuacja była odwrotna, zapewne stałaby się sensacją ufologiczną i wywołałaby szerokie zainteresowanie mediów oraz badaczy.
4. Wysoka dziwność na Roztoczu i krasnal na Czartowym Polu
Jeżeli mówimy o niezwykłych zdarzeniach, w których elementy żywego folkloru splatają się z fenomenem wysokiej dziwności, trudno pominąć historię, jaka miała miejsce na Roztoczu, w województwie lubelskim, pod koniec sierpnia 2018 r. To właśnie tam, w ciągu zaledwie jednego dnia, doszło do spotkania z dwoma rodzajami zjawisk, które stanowią główne wątki moich badań nad folklorem istniejącym wciąż w żywej tradycji oraz sytuacją nacechowaną niepokojącą, trudną do racjonalnego uchwycenia anomalią.
O całej sprawie poinformował mnie Marek Sęk z Radia Paranormalium, do którego zgłosił się świadek, przedstawiając opowieść tak niezwykłą, że trudno przejść obok niej obojętnie. Historia, jaką usłyszałem, należy do tych, które automatycznie wywołują dreszcz emocji i poczucie kontaktu z czymś absolutnie niecodziennym. Sam również nawiązałem bezpośrednią korespondencję ze świadkiem, starając się dotrzeć do jak najpełniejszego obrazu zdarzeń. Dzięki temu mogłem przeprowadzić własne ustalenia, oparte zarówno na jego pierwotnej relacji, jak i na późniejszych uzupełnieniach.
W tym przypadku mamy do czynienia z sytuacją wyjątkową, pojawiły się bowiem nie tylko charakterystyczne elementy wysokiej dziwności, lecz także klasyczne zjawisko tzw. missing time, czyli utraty poczucia upływu czasu. To zestawienie czyni całą relację szczególnie cenną i godną uwagi, ponieważ w literaturze przedmiotu oba te motywy bardzo często współwystępują, wskazując na głębszy, być może archetypiczny mechanizm tego rodzaju doświadczeń.
W niniejszej książce będę bazował przede wszystkim na wersji zdarzeń spisanej przez świadka kilka dni po powrocie z Roztocza. To właśnie ona wydaje się najbardziej wiarygodna, ponieważ notowana była niemal „na gorąco”, bez późniejszych zniekształceń pamięci. Takie źródło pozwala uchwycić autentyczny charakter przeżycia i pełnię emocjonalnego napięcia.
Historia rozpoczyna się pod koniec sierpnia 2018 r., kiedy świadek wraz ze swoją koleżanką podróżowali rowerami po lasach Roztocza. Była to ich pasja od wielu lat, dlatego doskonale znali teren, w który zwykle nie zapuszczają się turyści. Pierwsze niezwykłe zdarzenie miało miejsce w malowniczym miejscu o tajemniczej nazwie Czartowe Pole, które od dawna owiane jest diabelską legendą o tańczących na łące demonach. Przez wieki mieszkańcy okolic szeroko omijali tę łąkę, podsycając aurę jej mrocznej tajemniczości:
„W głębokiej puszczy przy brodzie na Sopocie stała karczma, którą arendował stary Icek. Prowadziła tędy dogodna droga z Zamchu do miasteczka Józefów. Karczma tętniła życiem w każdą niedzielę wieczorem. To okoliczni włościanie jadąc na poniedziałkowy targ do Józefowa od popołudnia w niedzielę gościli się, obiecując zapłatę Żydowi w poniedziałek po udanym handlu. Wracając do domu, oddawali dług i do żon wracali z pustą kiesą. Niebiosa wysłuchały próśb stroskanych żon. Pewnego razu w czasie hucznej zabawy w karczmę wypełnioną biesiadnikami strzelił piorun, ziemia zatrzęsła się i karczma wraz z wieśniakami zapadła się. Od tego czasu okoliczni mieszkańcy z daleka omijali to przeklęte miejsce. Ciemną nocą wracał z wesela skrzypek. Kiedy dotarł w okolicę karczmiska, ujrzał palące się ognisko i mnóstwo tajemniczych postaci. Myślał, że bawią się zbóje, bo któż na tym odludziu, w puszczy, mógł przebywać. Chciał niepostrzeżenie przejść obok, ale został zauważony i zaproszony do ogniska. W świetle ogniska widać było ogony, kopyta i rogi — na pewno były to diabły, a właściwie czarty. Zjawy kazały grać do tańca skrzypkowi. Ten przestraszony początkowo wzbraniał się, wymawiając się zmęczeniem i jeszcze daleką wędrówką. Jeden z czartów obiecał skrzypkowi zapłatę. Nie było innej już możliwości, więc zaczął grać i zabawa ta trwała do świtu. Kiedy zapiał kur, czarty zaczęły rozpływać się w porannej mgle, tylko ostatni czart wziął z ogniska garść żarzących się węgli i wrzucił do skrzypiec, mówiąc: „Masz zapłatę” i znikł. Przestraszony skrzypek myślał, że spalą się skrzypce — ale coś zabrzęczało — w skrzypcach zamiast węgli były dukaty. Tak czarty zapłaciły skrzypkowi za wspaniałą zabawę”.
Z Czartowym polem związanych jest kilka legend o diabłach, generalnie miejsce to wzdłuż Sopotu miało być miejscem o złej sławie, gdzie na leśnych skrzyżowaniach, mostach czy strumyku miały działać diabelskie moce. Kilka kilometrów dalej od Czartowego pola znajduje się grupa kamieni na wzgórzu nazwanym Piekiełko, związanych z diabłami. Istnieje kilka legend. Jedna z nich dotyczy proroka — tak nazywano pewnego gospodarza, który wszedł w kontakt z mocami nieczystymi:
„Gospodarz ten potrafił w tajemniczy sposób sprowadzać deszcze lub odpędzać je. Wiodło mu się bardzo dobrze. Kontakt gospodarza z diabłem zapewne był ścisły, choć w samej legendzie nie ma o tym mowy, ale używana przez proroka czarna magia pozwalała mu panować nad siłami przyrody. Ponadto łany proroka dawały zawsze największe plony i zboże na nich było najbardziej dorodne. Diabeł proroka musiał być zatem tak zwanym wychowańcem. Tego typu czarty siedziały na zagrodzie danego gospodarza i pilnowały jego dobrobytu. Wychowaniec odstraszał także ewentualnych złodziei. Cena za usługi wychowańca mogła być jednak wysoka, o czym przekonał się sam prorok. Aktywność diabła w tej legendzie nie kończyła się jednak na zapewnianiu dobrobytu prorokowi. Dbał on także o to, żeby innym w wiosce żyło się ciężko. Ludzie ci plony mieli małe i wszelkie kataklizmy dotykały właśnie ich. Sam charakter proroka także był miły jego wychowańcowi, ponieważ ten bogaty gospodarz nigdy nie pomagał ludziom i życzył im jak najgorzej. Pewnego razu nad wieś nadeszła potężna chmura gradowa. Prorok zamiast schować się przed kataklizmem, wybiegł na pole i zaczął wypowiadać zaklęcia, które miały mu zapewnić sukces w odegnaniu chmury znad swojego pola. Żadne zaklęcia jednak nie działały. Prorok zatem zaczął wszystko i wszystkich przeklinać. Czuł się mocny, mając za sobą takiego sprzymierzeńca — jak diabeł. Człowiek jednak z żadnymi mocami — czy niebiańskimi, czy nieczystymi — równać się nie może. Rozgrywka pomiędzy Bogiem i diabłem o duszę proroka właśnie się zakończyła — prorok, przeklinając nawet samego Boga, stał się ofiarą własnego przekleństwa. Bóg pozostawił duszę proroka do dyspozycji diabła, a ten skwapliwie z tego skorzystał. Moc niebiańska zesłała na ziemię deszcze kamieni, które zniszczyły dobrobyt bogatego gospodarza oraz zakończyły jego ziemską wędrówkę. Symbolika kamieni jako wiecznej kary oraz potępienia jest oczywiście łatwa do odczytania. Po wymierzeniu prorokowi kary, diabeł mógł bez przeszkód zabrać jego duszę do swojego władztwa”.
Inna legenda — zaczerpnięta z tego samego źródła — mówi o diabłach, wilkołakach i czarownicach:
„Z uroczyskiem tym wiążą się przedziwne legendy. Dawno, dawno temu, nieopodal wsi Stanisławów, w Czarnym Lesie działy się przerażające rzeczy. Znajduje się tam góra porośnięta gęstym lasem, a na jej szczycie leżą ogromne głazy. Nikt nie chciałby się tam znaleźć w nocy, gdyż i w dzień jest już wystarczająco ciemno i strasznie. Panuje przenikająca cisza, no i głazy, które są świadkami tego, co się tam działo. One wiedzą wszystko, te wydarzenia są w nich zaklęte. Legenda głosi, że ta właśnie góra była miejscem spotkań diabłów i czarownic. Tam też składano na ołtarzu krwawe ofiary. Spotkania złych mocy odbywały się po to, by pomóc diabłu zbudować piekło na ziemi. Pewnej letniej nocy słychać było upiorne wrzaski, przeraźliwe piski, zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Obudzony tymi nieludzkimi odgłosami mieszkaniec pobliskiej wioski postanowił sprawdzić, co na górze się dzieje. Choć bał się, ciekawość zwyciężyła. Zakradł się po cichu i obserwował, co się dzieje, schowany za krzakiem. Gospodarzem spotkania był szatan. Towarzyszyły mu wilkołaki, wiedźmy i demony. Chłop podsłuchał, że mają wspólnie zbudować piekło. Nagle jeden z nich usłyszał szelest i intruz został złapany. Już szatan miał na niego wydać wyrok, gdy sprytny chłop wykrzyknął: Tak nie uda ci się wykonać zaplanowanego dzieła przed świtem, zanim zapieje pierwszy kur! Mężczyzna wiedział, że jest to najkrótsza noc w roku. Nie wiedząc, że jest to przesilenie letnie, diabeł podjął wyzwanie: Jeśli postawię moje imperium do rana, pójdziesz ze mną do piekła. Wszystkim kazał pracować i gdy piekło było prawie gotowe, zapiał pierwszy kur i nagle zrobiło się widno, a budowla rozpadła się na wiele części. Piekielna siła sprawiła, że miejsce to stało się odludne i tajemnicze. Od tego momentu nosi nazwę Piekiełko, choć upływający czas sprawił, że zaczęła tu królować przyroda i na przekór diabłom zwyciężyło tu jej ziemskie piękno. Ludzie opowiadają też o tym, jak założył się onegdaj diabeł z chłopem, że za jego duszę wybuduje w ciągu jednej nocy piekło. Napracował się czart straszliwie, ale kiedy niósł ostatnią skałę na wrota do piekła, zapiał kur, oznajmiając, że nadszedł brzask. Diabeł przegrał zakład i ze złości cisnął na ziemię wielki głaz, który się rozpadł na małe skałki i zasypał wejście do piekła. Ponoć tam straszy nie tylko o północy, ale i w południe”.
Zespół kamieni na Roztoczu nazywany jest również „diabelskimi”, choć nie posiada klasycznej legendy przypisanej do tego miejsca. Istnieją natomiast opowieści o złych dziewczynach, które miały zniknąć na zawsze w wieczornej mgle lub zostać przemienione w kamienie. Oczywiście, jeśli chodzi o legendy z Roztocza, odsyłam do podanego źródła — jest ich tam naprawdę wiele. Biorąc pod uwagę wszystkie diabelskie opowieści, wyłania się obraz iście „diabelskiego” regionu, do którego chcę zaprosić Czytelników w niniejszym rozdziale.
Nasz świadek, Alan, zafascynowany Roztoczem, znajdował się wówczas na Czartowym polu, gdzie spotkał „coś”, co idealnie wpisuje się w tematykę żywego folkloru. Oddajmy głos Alanowi:
„Jechaliśmy duktem leśnym, żeby po pół kilometra odbić na prawą stronę, trzymać się jakby skarpy w tym wąwozie, gdzie płynie sobie Sopot, czyli ta rzeczka. Rzeczka tak się wije, raz idzie przy skarpie, raz ode mnie odbiega. Jest tam takie miejsce, taki bród, gdzie można tą rzekę przekroczyć. To jest mnie więcej od miejsca, gdzie coś się wydarzyło, 100 m i tam — pamiętam — taka sosna rosła, przy której zaproponowałem, aby oprzeć rowery i zrobić zdjęcia. Parę sekund po tym, co powiedziałem, zza drzew wybiegła postać. Do brzucha mniej więcej wzrostu ją miałem. Była na dwóch nogach, miała dwie ręce. Była przykryta jakimś workiem, jak dla mnie wyglądało to jak worek po ziemniakach, taki brązowy, ni to beżowy, podarty. Biegło niesłychanie szybko. Przebiegło, przecinając nam drogę, ja się zatrzymałem tym rowerem. To, co miałem, wszystko pospadało (aparat i kamera), rzuciłem się w pogoń za tym, nie wiedziałem, co to było. Mnie to przypominało jakiegoś małego człowieka. Zając -niemożliwe — to co, w szmacie biegł? Sarna — nie, dzik też. To miało dwie nogi, dwie ręce, widać wyraźnie, że ma dłonie, było widać uszy, małżowiny uszne było widać, jakieś dziwne siwe włosy, takie dość długie, aż za kark, delikatnie przygarbiona do przodu. Ale patrzyło się przed siebie, ani razu nie odwróciło głowy w moją stronę.
Ja dobiegłem do tej skarpy, to zbiegło w krzaki na dół. Moja koleżanka podbiegła do mnie i zapytała, co to jest. Nie wiem, zobacz — jak to biegnie. W trzcinach nie było tego widać, widać było tylko ślad, bo jak to biegnie, to trzciny się ruszały. Przebiegło na drugą stronę Sopotu. Było widać — to się wdrapywało na tą skarpę, w zasadzie wskakiwało na nią. Ja się patrzę na tę koleżankę i mówię: „Ty widziałaś coś takiego?”. Ona mówi: „Nigdy”. Osoba, która ze mną była, twardo chodzi po ziemi. Ona nie wierzy w zabobony — typu krasnoludki, UFO, jakieś dziwne rzeczy. Ona wierzy w to, co zobaczy.
Generalnie ja zszedłem do tego wąwozu po tych korzeniach, bo tak jest 5 do 6 metrów wysokości pionowa ściana, korzenie są tak jak drabina — tak to wygląda. Na dole było coś w rodzaju jakby ktoś poukładał patyki, gałęzie. Powiązane to było takim jakby juka, takim sznurkiem dziwnym. Ja się pytam, kto buduje takie mostki, kto po nich chodzi w takim miejscu, gdzie woda się podnosi i obniża, a to tam było. Najgorsze to, że ja ten aparat i kamerę miałem przy rowerze na górze, przecież ja mogłem zdjęcia zrobić, rzucić się za tym, kamerować — ja w ogóle o tym nie myślałem. Mieliśmy zagwozdkę do samego Józefowa po tym”.
To było pierwsze ich tajemnicze spotkanie tego dnia z czymś, co wymyka się logice, ale nie ostatnie — o czym przekonamy się poniżej:
„Zatrzymaliśmy się w Józefowie na pizzę na rynku, coś do jedzenia, coś do picia.
W pewnym momencie rozległ się huk, to był tak przeraźliwy huk, to było potężne, to nie było miejscowe — to było słychać ogólnie. Wszyscy, co tam byli, ci ludzie, ci turyści na rynku w tej restauracji — bo to na zewnątrz było — wszyscy się zerwali, jakby dostali jakiegoś uderzenia. Poleciały talerze, wszystkie te jedzenia, picia się powylewały, sztućce, szklanki się powywracały. Po prostu wyrwało wszystkich, nikt nie wiedział, co się stało. Ludzie na rynku odwracali się w każdą stronę, do góry, na dół, co się dzieje — nikt nic nie wiedział. Ja się pooblewałem, idę się obmyć, bo mam cztery bidony przy rowerze, dwa są z wodą, opłuczę się, bo się cały lepię. Na dole przy krawędzi budynku, kiedy opłukałem sobie ręce, gdzieś tam kątem oka patrzę, że gdzieś ludzie się patrzą w moją stronę, tylko tak bardziej w prawo. Wyglądam zza róg budynku, stoją domy w odległości 100 m niecałe. Domy były zasłonięte przez dziwną ścianę, białą ścianę, zakrywała wszystko, nie było widać nic. Wszyscy patrzyli, niektóre osoby robiły zdjęcia. Mówię do swojej koleżanki: „Chodź, zobacz, co to jest”. Podeszła tam do rogu i mówi: „Co to jest?”. Mówię, że nie wiem. Nic się szczególnego nie działo. Zjechaliśmy do lasu około 300 m dalej do tego Gościńca Fryszarowskiego, w prawo oczywiście skręcamy i mamy 5—6 kilometrów w linii prostej do zakrętu, 30 km ogólnie do powrotu do naszej noclegowni i w sumie minęło parę chwil i moje oczy rejestrują z przodu, daleko, że coś tam w lesie widać. Pytam się, czy widzi to, co ja, tam daleko coś białego — bus stoi w poprzek drogi czy co, no ale nic — jedziemy. Trasy zawsze zapisuję na GPS i mierzy mi prędkość, itp. Dojechaliśmy w pewnym momencie do białej ściany w lesie, która rozpościerała się od prawej do lewej, była tak gęsta, nie było nic przez to widać, jakby nożem odkroił po ziemi, ona tak sobie stała w tym miejscu i jeszcze wznosiła się do góry, że nie było widać czubków drzew. Zatrzymaliśmy się przed tą białą ścianą, ja odruchowo zawsze sobie zapisuję trasę. Ja odruchowo zrobiłem to przed wjazdem w to białe. Patrzymy na siebie, nie wiemy, co mamy robić, na ale jedziemy, bo jakiś obrys drogi widać. Pamiętam, że na zegarek spojrzałem — była 17:04. Było 25 stopni C, wjechaliśmy w tą dziwną białą ścianę, w jednej chwili temperatura spadłą do 11 stopni, zrobiło się lodowato zimno, ja myślałem, że zamarznę, ona wyciągnęła taką bluzę, cała się telepie. „Co tu tak zimno?”. Mówię, że nie wiem — jak w lodówce dosłownie. A co leży na ziemi, jakieś białe kulki leżą na ziemi, pełno tego było. Pierwsza myśl, jaka mi przyszła, że to jest jakiś nawóz wysypany przez rolnika, ja jestem rolnikiem z zawodu i miałem styczność z nawozem w różnej postaci. Schyliłem się po to, wziąłem to do ręki, było to normalnej temperatury — nie było ani lodowate, ani gorące. Powąchałem — to nie jest nawóz, na język — to nie jest nawóz. W tym miejscu, kiedy wjechaliśmy w to coś, białe skwierczało, taki dziwny odgłos się unosił, przypominało to jakby się na patelni cebulę smażyło, dosłownie taki dźwięk się unosił w powietrzu. Jedziemy drogą dalej, ona mówi, że tam coś stoi i próbuję przez to białe coś wypatrzyć. Faktycznie jakieś dwie nogi, cztery, co to? Sarna stoi, podjechaliśmy do tego, sarna stała po prawej stronie drogi przy skraju i była odwrócona do nas tyłem, a jej głowa i szyja były skręcone w prawą stronę.
I patrzyła się tylko w prawą stronę, w ogóle na nas nie reagowała. My staliśmy od niej 2—3 m i patrzyliśmy się na nią. Parę metrów dalej stoi kolejna, ale ona stoi przodem do nas, ale patrzy się w tą samą stronę, co ta poprzednia. Co tu się dzieje? Nie boją się ludzi, to niemożliwe, aby zwierzę nie zareagowało, lis, obok lisa zając siedzi, cyrki były, jakby zwierzęta zainteresowane czymś patrzyły w jedno miejsce. To białe — miałem wrażenie — że powoli przesuwało się w prawą stronę, ta biała ściana w tą stronę, w którą się patrzyły. Wszędzie pełno tych białych kulek na ziemi było. I teraz jest rzecz ciekawa — ja mam kolegę, który pracuje w USA, on się zajmuje pozycjonowaniem GPS. Ja do niego zadzwoniłem po powrocie z tego wszystkiego, wysłałem mu ten plik i on do mnie dzwoni po tygodniu i mówi, że tu się pewna rzecz nie zgadza: wy jechaliście tam długą drogą, ale nie zgadza się czas z prędkością i odległość. Te trzy rzeczy się w ogóle rozjeżdżają. W 22 minuty jadąc 8 -10 km/h wychodziło 520 m, a jak zmierzyłem, bo kilka miesięcy później pojechałem w to miejsce, bo nie dawało mi to spokoju, pożyczyłem od geodety sprzęt, co mierzy odległość. Pojechałem, zmierzyłem, pamiętałem, gdzie wjeżdżaliśmy — to drzewo po prawej stronie ścięte jedno jedyne tylko tam stoi, na tym rozdrożu skrzyżowania. To od tego miejsca dojechałem 518—520 m. Jakim cudem jadąc 8 km/h max 10, w 22 minuty myśmy zrobili tylko 500 metrów? Coś tu się nie zgadza. Moim zdaniem tam się coś stało, wygląda, jakby nas tam nie było”. /zachowano oryginalną pisownię/
Z czym właściwie spotkali się świadkowie? Czy mieli do czynienia jedynie ze zjawiskiem meteorologicznym? Tak mogłaby sugerować pierwsza faza obserwacji dziwnej mgły w Józefowie. Przyznam jednak, że takie wyjaśnienie wydaje się mocno naciągane, zwłaszcza że coś zostało ponownie zauważone — tym razem w lesie, nieopodal miejsca, w którym przebiegała postać przypominająca skrzata. Jakby tego było mało, zjawisko w kształcie prostokątnej „mgły” wywoływało niezrozumiałe oddziaływanie na otoczenie: zmieniało temperaturę, a zwierzęta stojące w jej pobliżu wpatrywały się w jeden punkt, jakby zahipnotyzowane, co w świecie zwierząt jest niezwykle rzadkie, zwłaszcza gdy w pobliżu znajduje się człowiek. Dodatkowo na powierzchni ziemi pojawiły się dziwne kulki, które nie przypominały ani gradu, ani nawozu. Kolejną tajemnicą był niezrozumiały upływ czasu, zanotowany zarówno przez świadka, jak i GPS. Wszystko to nasuwa pytania: Z czym tak naprawdę spotkali się tego dnia świadkowie? Dlaczego, mimo że Alan miał przy sobie aparat fotograficzny, nie zrobił żadnego zdjęcia mgły i kulek na ziemi? Biegnąca postać krasnala, wpisująca się w schematy żywego folkloru, pojawia się również w tej historii. Podczas rozmowy mój informator wspomniał, że na jednej z grup dyskusyjnych poświęconych Roztoczu ktoś opowiadał o podobnej postaci widzianej na Czartowym polu. Alan usłyszał od starszej pani mieszkającej w tych okolicach, że w tamtejszych lasach dzieje się coś naprawdę dziwnego:
„Jedna z tych starszych osób opowiadała też o ciekawym spotkaniu, kiedy była mała i zbierali jagody w Puszczy Solskiej. Poszła do „szumu” umyć twarz i dłonie. Wtedy w odbiciu wody zobaczyła małą postać, która spojrzała na nią i czmychnęła za siebie w krzaki. Dziewczyna narobiła takiego krzyku, że zbiegli się wszyscy domownicy. Znaleźli na brzegu po drugiej stronie małe odbicia stóp w piasku”.
W drugim przypadku, kiedy była dorosła, zauważyła małą pokraczną postać uciekającą w rzepak. Roztocze to nie tylko eldorado dla fotografów czy turystów chcących odpocząć z dala od miast i zgiełku. Roztocze to miejsce pełne niezwykłych tajemnic związanych z dawnymi legendami o diabłach i innych demonach. Opisane tutaj relacje wyraźnie wskazują, że miejsce to do dziś jest niezwykle ciekawe pod kątem żywego folkloru czy wysokiej dziwności i w mojej ocenie należałoby w tym celu ten magiczny zakątek,,spenetrować”.
5. Co ma wspólnego odmienny stan świadomości DMT z żywym folklorem?
„Dajesz DMT dziesięciu osobom. Nigdy wcześniej nie przyjmowały DMT, a ty mówisz im, że mogą coś zobaczyć. Jeśli dziewięć na dziesięć osób wróci z opisem elfów, a cztery z nich użyją słowa „elf” bez pytania, uważamy, że powinieneś zbadać fenomen elfów widzianych na DMT”. /Zarkov „Coming of Left Field with Gracie and Zarkov”, High Frontiers 3 1987/
W naszej przestrzeni krajowej ten temat jest wciąż bardzo słabo znany. W zasadzie przechodzi się obok niego obojętnie, jakby był nieistotny zarówno w kontekście relacji związanych z żywym folklorem, tematyką UFO i wysokiej dziwności. Jak wynika z wielu obserwacji, niezwykłe zdarzenia mogą mieć miejsce dosłownie wszędzie i w każdej chwili.
Niektórzy ludzie poprzez głębokie medytacje potrafią wejść w inny stan świadomości, niejako przenosząc się do alternatywnej rzeczywistości. Problem w tym, że nie jest to podróż fizyczna, lecz subiektywna, wewnętrzna. Inni, korzystając z wypracowanych metod — na przykład szamani — mogą doświadczać odmiennych stanów świadomości i dostrzegać istoty lub obrazy wpisujące się w świat bajek. Są też przypadki spontaniczne, kiedy tego typu doświadczenia przytrafiają się bez żadnego przygotowania.
Pojawia się pytanie: Dlaczego tak się dzieje i co steruje naszą nadświadomością, która potrafi podróżować w bezkres naszych marzeń i lęków?
W książce pt. „Wysoka dziwność” pisałem już o DMT, czyli N,N-dimetylotryptaminie — substancji psychodelicznej występującej w niewielkich ilościach w ludzkim mózgu, która może wywoływać doświadczenia przypominające halucynacje, choć w rzeczywistości nimi nie są. DMT znajduje się naturalnie również w niektórych roślinach wykorzystywanych przez dawnych szamanów i praktyków magii.
U ludzi DMT jest wytwarzana w szyszynce mózgu lub w płucach. Jej struktura występuje w istotnych biomolekułach, takich jak serotonina i melatonina. Może odpowiadać za stany podobne do snu, zachowując przy tym swoją ambiwalentną, naturalną obecność.
Pierwszy raz DMT opisano w 1931 r. na podstawie badań niemieckiego chemika Richarda Manske. Jednak dopiero w 1956 r. węgierski chemik i psychiatra Stephen Szára przeprowadził pierwsze doświadczenia na ludziach, umożliwiając wejście w odmienne stany świadomości, w swoistą „rozszerzoną rzeczywistość”, przypominającą sen.
Ponieważ ludzki mózg posiada niewielkie, bezpieczne ilości DMT, teoretycznie można zwiększyć jej poziom, aby zmienić świadomość. Uzyskuje się to poprzez uwolnienie DMT w połączeniu z inhibitorami monoaminooksydazy (MAOI), które hamują naturalnie występujące enzymy w organizmie. Taki mechanizm spowalnia metabolizm i pozwala na gwałtowny wzrost DMT, wywołując zmieniony stan świadomości. Terence McKenna zaproponował termin „samoumieszające się elfy maszynowe” w odniesieniu do doświadczeń uzyskiwania dostępu do innych rzeczywistości. W latach 90. XX w. Clinical Research Center University of New Mexico Hospital, pod kierunkiem dra Ricka Strassmana przeprowadziło badania, które wykazały, że ochotnicy po podaniu różnych dawek DMT doświadczali głębokich zmian świadomości. Niektórzy widywali chochliki, kosmitów, zwierzęta — nie były to jednak halucynacje w klasycznym sensie, lecz doświadczenia tworzące subiektywnie realną rzeczywistość, niczym w „Matriksie”. Wyniki badań R. Strassman opisał w książce pt. „DMT: The Spirit Molecule” (2001).
W najnowszych badaniach przeprowadzonych przez Johns Hopkins School of Medicine Baltimore, pod nazwą „Survey of Entity Encounter Experiences Occupyed In Inhaled N, N-dimethyltryptamine: Phenomenology, Interpretation and Enduring Effects” opublikowanych w prestiżowym piśmie naukowym „Journal of Psychopharmacology”, przebadano 2561 osób po spożyciu substancji psychodelicznej N, N-dimetylotryptaminy (DMT). Badanie wykazało iż 41% wykazywało strach, a najczęstszym obrazem widywanym przez uczestników badania były duchy, obcy, istoty — przewodnicy. Spora część osób powiedziała, że:
„Istota ma cechy bycia świadomym, inteligentnym i życzliwym, istnieje w jakimś realnym, ale innym wymiarze rzeczywistości i nadal istnieje po spotkaniu”.
Neurologia wskazuje, że podobne stany mogą być wywoływane w czasie napadu padaczkowego płata czołowego, zwanego epilepsją. Neurolog Eve LaPlante w swoich pracach podkreśla na podstawie przykładów historycznych i współczesnych, że epilepsja płata skroniowego może generować zmienione stany świadomości, w których nie tylko dostrzega się cudowne krajobrazy, lecz także dochodzi do kontaktów z różnymi bytami.
Być może wszelkie istoty z dawnego i żywego folkloru nie są fizycznymi mieszkańcami naszej rzeczywistości, lecz bytami pochodzącymi z alternatywnych światów, dostępnymi jedynie poprzez odmienne stany świadomości, które mogą być wywoływane między innymi przez DMT. Badania uczestników potwierdzają, że tego typu doświadczenia mają charakter wyraźnie subiektywny, jak również niezwykle realistyczny.
W przeszłości szamani i dawni praktycy magii stosowali podobne metody, wykorzystując określone rośliny lub grzyby, często halucynogenne. Być może stąd wzięły się ryciny przedstawiające tańczące fairies w kręgach grzybowych. Osoba znajdująca się w takim odmiennym stanie świadomości mogła swoje wizje przenosić na malowidła naskalne, które od dawna znane są historykom.
Dr Neil Rushton nie tylko miał okazję w 1996 r. zaobserwować klasyczną istotę z dawnego folkloru, lecz także rozpoczął eksperymenty z DMT. Dzięki nim wszedł w odmienne stany świadomości i zobaczył coś, co bardziej pasowało do świata bajek niż do materialistycznej rzeczywistości, w której żyjemy. Jego prywatne eksperymenty z substancjami psychodelicznymi prowadzone były w latach 2000–2012.
Należy jednak podkreślić, że tego typu doświadczenia są bardzo niebezpieczne: grożą nie tylko utratą zdrowia, ale wręcz życia. Dlatego nie należy próbować ich w warunkach domowych, pozostawiając je wykwalifikowanym naukowcom.
Pomimo stosowania różnych substancji, Rushton nie doświadczył tak wyraźnej i namacalnej obecności, jaką obserwuje się w grobowcu Kennet Long Barrow. Jego doświadczenia nie były jednak całkowicie bezowocne — jednym z przykładów jest obserwacja gromadki wróżek, którą udało mu się zobaczyć w trakcie eksperymentu:
„Gdy siedziałem przed namiotem podczas biwakowania w Glastonbury (nie na festiwalu, ale raczej na małym polu kempingowym, tuż za miastem), przyjąłem dość dużą dawkę 2,5 dimetoksy-4-jodoamfetaminy (DOI), która jest jedną z niewielu psychodelicznych amfetamin. W bardzo krótkim czasie w żywopłocie obok mojego namiotu krzątały się małe humanoidalne stworzenia. Ponownie, moje doświadczenie mogło być zakodowane przez niedawne obejrzenie filmu „Photographing Fairies”, w którym wróżki są przedstawione jako drobne amorficzne istoty świetlne z owadopodobnymi, brzęczącymi skrzydłami. Istoty, których doświadczyłem, pasowały do tego i były to zdecydowanie drobne humanoidalne istoty, brzęczące w żywopłocie. Doświadczenie trwało długo, chociaż DOI jest dobrze znane ze zniekształcenia czasu, więc nie mogę określić dokładnych ram czasowych spotkania (…). Nie było dźwięku ani komunikacji, ale miałem wyraźne uczucie, że są świadome mojej obecności i że patrzą na mnie z rozbawieniem. W pewnym momencie żeńska wróżka podskakiwała na dużym liściu, jakby był trampoliną; ale większość doświadczenia składało się z około pół tuzina bytów — po prostu skaczących, tańczących, siedzących i wspinających się na żywopłot w odległości kilku stóp ode mnie. Chociaż to doświadczenie głęboko mnie poruszyło, odłożyłem je na bok jako niewytłumaczalną anomalię, wywołaną przez stan psychodeliczny”.
Substancja DMT w doświadczeniach psychodelicznych często wywołuje spotkania z różnorodnymi bytami, w tym z fairies. Neil Rushton twierdził, że po zażyciu DMT w ciągu kilku sekund znalazł się w innej, hiperprzestrzennej rzeczywistości, gdzie dostrzegł dziwne metalowe sześciany oraz istoty typu fairies. Byty te komunikowały się z nim nie słowami, lecz poprzez myśli, próbując przekazać jakąś informację, której badacz nie potrafił pojąć. Rushton podkreślał, że jego doświadczenia w żadnym wypadku nie przypominały klasycznych halucynacji, co jest wspólną obserwacją wielu osób stosujących DMT.
Doświadczenia z DMT mogą wskazywać drogę do zrozumienia mechanizmów stojących za obecnością metafizycznych bytów. W 2010 r. fizyk Peter Meyer w raporcie 340 DMT Trip Reports przedstawił relacje wielu osób, które jego zdaniem weszły w kontakt z inteligentnymi bytami w alternatywnej rzeczywistości. Choć wszystkie 340 raportów pozostało anonimowych, regułą były spotkania z fairies. Jeden z uczestników doświadczenia opisał swoje spotkanie w następujący sposób:
,,Na początku podróżowałem do czegoś, co wyglądało jak długi, zakrzywiony tunel. Ściany tunelu były jaskrawe, wielokolorowe. Po nieokreślonym czasie znalazłem się w ogrodzie, który wydawał się zawieszony w niebiańsko — niebieskiej pustce, a nie jako część większej masy lądowej. Ogród miał trawę, kwiaty, drzewa, a nawet płot sztachetowy i wydawał się całkiem przekonujący i solidny. Zauważyłem dwie wróżki, siedzące na huśtawce wiszącej na jednym z drzew. Wydawało się, że zapraszają mnie bliżej, a ja popłynąłem w ich kierunku. Gdy się do nich zbliżyłem, zauważyłem, że lubieżnie bawią się ze sobą, obserwowałem je przez jakiś czas, zanim zauważyłem, że w ogrodzie jest więcej mieszkańców. Było więcej wróżek i to, co zakładam, że były ich dziećmi”.
Raporty Petera Meyera nie tylko wspominają o folklorystycznych bytach, lecz także o kosmitach i innych świetlistych zjawiskach. Z kolei raporty Dawida Luke’a Anomalous Psychedelic Experiences: At the Neurochemical Juncture of the Humanistic and Parapsychological wyraźnie wskazują, że po zażyciu DMT uczestnicy doświadczali wizji gnomów, chochlików, goblinów czy diabłów — typowego przekroju istot folklorystycznych.
W 2022 r. w najnowszym badaniu opublikowanym w Nature Scientific Reports zebrano aż 3778 raportów z eksperymentów z DMT z ostatnich 10 lat. Większość z nich dotyczyła istot kojarzonych z dawnym folklorem. Według wielu badaczy zajmujących się DMT, nie mamy tu do czynienia z oszustwami, halucynacjami ani stanami lękowymi uczestników. W mojej ocenie nauka w sposób niezamierzony „przekazała” badaczom żywego folkloru cenny materiał, który jednoznacznie wskazuje, że kluczowym czynnikiem umożliwiającym kontakt zarówno z istotami z dawnych legend, jak i współczesnymi obserwacjami UFO, jest odmienny stan świadomości. Nie kwalifikuje się tego ani jako przywidzenie, ani jako halucynację — co jest istotne, ponieważ może potwierdzać, że relacje pochodzące sprzed wieków oraz współczesne wcale nie są wytworem wyobraźni czy zabobonów, jak często przedstawiają je folkloryści.
Rick Strassman w swojej książce pt. „DMT: The Spirit Molecule” (2001) opisał doświadczenia uczestników badań przeprowadzonych w latach 1990—1995. Stwierdził, że około połowa badanych doświadczyła spotkań z bytami niematerialnymi. Zauważył również istotny fakt: w raportach dotyczących substancji psychodelicznych z lat 50.XX w. nie odnotowano obecności bytów u osób przyjmujących inne środki niż DMT. Tylko w przypadku DMT uczestnicy widzieli różne byty w niematerialnym świecie. Oczywiście nie jest to w pełni absolutne twierdzenie, ponieważ istnieją również inne stany wywoływane przez środki psychodeliczne, które mogą generować podobne doświadczenia.
Jerry Richardson, ubezpieczyciel z San Francisco, poddany badaniom nad LSD w latach 60. XX w., opisał wszelkie osobliwości związane z dawnym folklorem:
„Widziałem gobliny w zieleni, żółci i błękicie, czerwone diabły o złowrogich, wykrzywionych twarzach; a potem ciała, twarze, duchy w bieli, wyłaniające się znikąd, pędzące w moją stronę, przewracające się na siebie i znikające w głębi mojego umysłu w pozornie niekończącym się pochodzie absurdalnie groteskowych obrazów. Otwarcie oczu zatrzymało obrazy mentalne. Wszystko w pokoju było teraz skapane w osobliwej, żółtej, ciepłej, jarzącej się poświacie. Zwykle raczej niepozorny bałaganiarski i brzydki pokój został przekształcony w coś z bajki”.
Jeżeli uznamy, że doświadczenia związane z DMT i odmiennymi stanami świadomości są możliwe, warto zwrócić uwagę na jeden kluczowy czynnik — wpływ podświadomości uczestników. Osoby, które wcześniej zetknęły się z motywami wróżek w folklorze lub popkulturze, mają w umyśle zapisany swoisty „kod folklorystyczny”. Inni mogą nosić w sobie kod związany z UFO, a jeszcze inni z duchowością. Gdy DMT pobudza świadomość, aktywowany zostaje odpowiedni kod, co pozwala wkroczyć do alternatywnej hiperprzestrzeni i doświadczyć obrazów, które wydają się absolutnie realne.
Znamy współczesne relacje choćby z mojej książki o żywym folklorze i warto zastanowić się, jak je wyjaśnić. Czy w takich sytuacjach jakiś niewidzialny „palec” wstrzykuje DMT? Oczywiście, że nie, to nonsens. Mimo to historie te mają miejsce i nie można ich lekceważyć, zwłaszcza że osoby doświadczające tych spotkań nie znajdowały się w świecie stworzonym wyłącznie przez DMT, lecz w rzeczywistości tu i teraz.
Wygląda na to, że istnieje zewnętrzny czynnik, który wchodzi w interakcję z naszą podświadomością i DMT, sprawiając, że na chwilę doświadczamy obecności chochlików, kosmitów czy innych bytów. Towarzyszą temu zmiany w odczuciu czasu, a czasem nawet przejście do alternatywnej rzeczywistości — zjawisko związane z tzw. czynnikiem Oz.
Podobną koncepcję prezentuje hiszpański badacz i ufolog José Antonio Caravaca. Według niego istnieje zewnętrzna siła, która wchodzi w psychiczny kontakt z człowiekiem, wydobywając z głębi jego podświadomości zapisany materiał i projektując różnorodne obrazy lub zdarzenia. Mogą one obejmować nawet iluzoryczne ślady pozostawione przez UFO czy postacie z folkloru, takie jak chochliki. Tyle, że teoria Caravaca jest teorią dogmatyczną i wg mojej oceny nie tłumaczy fizycznych zdarzeń po UFO, zdjęć czy obserwacji radarowych.
Analiza doświadczeń związanych z DMT oraz odmiennymi stanami świadomości wskazuje, że ludzki mózg posiada nieodkryty potencjał do kontaktu z alternatywnymi rzeczywistościami. Zarówno starożytni szamani, jak i współcześni badacze, tacy jak Rick Strassman czy Neil Rushton, dokumentowali spotkania z bytami, które nie mieszczą się w klasycznym pojęciu halucynacji — od wróżek i chochlików po obce istoty czy świetliste formy życia.
Badania naukowe, historyczne i najnowsze (m.in. raporty z Johns Hopkins School of Medicine oraz Nature Scientific Reports), potwierdzają, że doświadczenia te mają charakter subiektywnie realny i powtarzalny, niezależnie od wcześniejszych oczekiwań uczestników. Istotnym elementem wydaje się być tzw. kod podświadomości, który uruchamiany przez DMT lub inne stany świadomości może projektować obrazy zgodne z wcześniejszymi doświadczeniami, folklorem czy popkulturą, nadając im pozór rzeczywistego kontaktu.
Wnioski płynące z przedstawionych badań sugerują, że obecność bytów z dawnych legend i współczesnych obserwacji UFO może być interpretowana nie tylko jako efekt wyobraźni, lecz jako realny — choć subiektywny — kontakt z innymi wymiarami rzeczywistości. To zjawisko, wymagające odpowiedniej metodologii i ostrożności, stwarza nową perspektywę na zrozumienie relacji między mózgiem, świadomością a żywym folklorem współczesnego świata.
Podsumowując, doświadczenia DMT i odmiennych stanów świadomości otwierają fascynującą przestrzeń badań, w której nauka i tradycja spotykają się w celu zrozumienia tajemnic ludzkiej percepcji oraz obecności bytów wykraczających poza codzienną rzeczywistość. Choć wiele pozostaje w sferze hipotez, zgromadzony materiał dowodowy wyraźnie wskazuje, że świat — znany nam z legend, opowieści i współczesnych relacji — może mieć swoje odbicie w głębi naszej świadomości i stać się dostępnym dzięki niezwykłym stanom psychologicznym i neurochemicznym /czyli dotyczącym procesów chemicznych zachodzących w układzie nerwowym. Chodzi głównie o działanie neuroprzekaźników (np. dopaminy, serotoniny), receptorów, enzymów i innych substancji, które wpływają na pracę neuronów oraz na nasze myśli, emocje i zachowanie/.
6. Krasnale, DMT i stany epilepsji
W marcu 2026 r. skontaktowała się ze mną pewna młoda kobieta, która w trakcie napadu epilepsji dwukrotnie doświadczyła niezwykle realistycznych wizji krasnali i wróżek. Rodzą się więc pytania: Czym właściwie były te przeżycia? Czy jedynie halucynacją o podłożu neurologicznym, czy też czymś znacznie bardziej zaskakującym?
Historia miała miejsce we wrześniu 2022 r. w małej miejscowości Kaliski w województwie mazowieckim. Młoda kobieta, idąc do sąsiada, nagle poczuła się bardzo dziwnie (zaniki orientacji, silny ból głowy), co skłoniło ją do wezwania pogotowia.
Po przeprowadzonych badaniach nie zdecydowano się jednak na przewiezienie jej do szpitala. Atak nie przypominał klasycznej padaczki z drgawkami, jakie zwykle wyobrażamy sobie w takich sytuacjach.
Kiedy kobieta poczuła się lepiej, postanowiła wrócić do domu. Po dotarciu w pobliże stodoły, w której grało radio, atak powrócił — ale tym razem towarzyszyło mu coś niezwykłego.
Oddajmy głos mojej rozmówczyni:
„No i ja coś robiłam w stodole, bo przez to, że miałam nogę w tej ortezie, chodziłam o kuli, to w stodole miałam wtedy więcej miejsca, tak po prostu, do przebywania niż w domu, bo ja mam taki mały domek i dużo zwierząt, więc ja po prostu tam spędzałam czas, ponieważ jeszcze było wtedy bardzo ciepło. Pamiętam to, że sprzątałam, zamiatałam coś i też tak było, że miałam właśnie włączoną muzykę i ta muzyka mi tak zaczęła właśnie zwalniać, tak się rozwlekać, po prostu te słowa takie rozwleczone. I ja tak sobie pomyślałam: „Znowu jest to samo”.
No i w tym momencie, jak ja się przestraszyłam bardzo, bo pamiętałam po tym pierwszym ataku, że to było takie traumatyczne. No i też tak było, że właśnie poczułam ból w głowie, zaczęłam tracić jakoś tak świadomość, zaczęłam tracić orientację, co się w ogóle dzieje, gdzie ja jestem. Natomiast bardzo, ale to bardzo silnie odczułam właśnie — też było dziwne, że ja tak nie widziałam tych postaci — ja odczułam te postacie, że wokół mnie są postacie. I ja wiedziałam po prostu, nawet nie wiem skąd. Odczułam te postacie, że wokół mnie są postacie. Wiedziałam, nawet nie wiem skąd, wiedziałam, że to są krasnoludki i jedyne, co ja wiedziałam, i to z taką stuprocentową pewnością, że one mają spiczaste, czerwone czapeczki.
Byłam w ogóle przerażona, co się dzieje, bo bardzo się bałam, a z drugiej strony miałam też takie w głowie: „Co to, do cholery, czemu, po prostu krasnoludki?”. No, sama z siebie się trochę śmiałam wewnętrznie: „Czemu krasnoludki?”. Natomiast te krasnoludki, no bo ja wiedziałam, że to są krasnoludki, one zaczęły tak mówić mi mentalnie, bo ja też nie tak, że słyszałam głos, tylko miałam takie… mentalnie przekazywały mi, że mam się nie bać, że to jest taki sam atak jak poprzednio, że przecież dałam radę, nic się nie stało, to minęło.
I że ja mam się nie bać, że nic złego się nie dzieje, i żebym podeszła do łóżka, bo ja tam miałam akurat wtedy takie duże łóżko, żebym podeszła do łóżka, bo zaraz zaczyna się ten atak, więc ja jakby stracę równowagę, więc żebym podeszła do łóżka, żeby nic mi się nie stało i żebym usiadła. I za chwilę było mówione, żebym się położyła, że wszystko będzie dobrze i że tak wszystko mi jakby objaśniały, co będzie, krok po kroku. No i potem jeszcze było, żebym się właśnie położyła i żebym się nakryła kocem, bo za chwilę będzie mi zimno. No i żeby mi było ciepło, to żebym się nakryła. I tak generalnie to się mną tak opiekowały, i mówiły mi stopniowo każdą rzecz po kolei, co się będzie ze mną działo. No i właśnie cały czas, żebym się bardzo nie bała. I się pytałam, na przykład: „W ogóle, dlaczego ja, tutaj?”. No i nie wiem, niech się pan ze mnie nie śmieje, ale one mi powiedziały, że dlatego, że jestem szamanem”.
Do powyższego warto jeszcze dodać, iż Anna miała wrażenie, że jest częściowo przyczepiona białym sznurkiem w różnych części ciała, który trzymały owe istoty i ją układały na łóżku. Z perspektywy medycyny taki stan i towarzyszące mu wizje niemal od razu klasyfikuje się jako halucynacje neurologiczne wywołane napadem padaczki. Mnie jednak szczególnie zastanawia fakt, że wizja była niezwykle realistyczna, a pojawiające się w niej istoty komunikowały się, przekazując konkretne i sensowne wskazówki.
Dlaczego jednak kobieta twierdzi, że miała kontakt z krasnalami, choć — jak sama mówi: „Właściwie ich nie widziała”, tylko odbierała je w sposób pozazmysłowy? Skąd wiedziała, że mają czerwone czapeczki? To pytanie otwiera przestrzeń między klasycznym wyjaśnieniem medycznym, a doświadczeniem subiektywnym, miejscem, w którym mózg generuje obrazy równie realne dla osoby przeżywającej jak rzeczywistość zmysłowa.
Jako osoba zajmująca się tzw. żywym folklorem spotykam się po raz pierwszy z sytuacją, w której ktoś zdecydował się podzielić taką relacją. Zwykle w mojej pracy otrzymuję opowieści o UFO, innych istotach folklorystycznych, jednak doświadczenie tej kobiety było wyjątkowe ze względu na realizm i intensywność wizji, które wystąpiły w trakcie napadu epilepsji.
Podobne stany świadomości, związane z wizjami bytów, można także wywołać sztucznie, na przykład za pomocą DMT. Substancja ta otwiera percepcję na obszary i doznania, które na co dzień pozostają poza naszą świadomością. W przypadku padaczki medycyna wyjaśnia takie doświadczenia jako halucynacje neurologiczne, czyli efekt zaburzonej aktywności mózgu. Dlaczego jednak kobieta dwukrotnie doświadczała wizji archetypicznych istot, a nie obrazów bardziej zakorzenionych we współczesności i jej codziennym życiu? Problem staje się jeszcze bardziej złożony w kontekście wizji wywoływanych przez DMT. W tym przypadku nie mamy do czynienia z typowymi halucynacjami padaczkowymi — osoby doświadczające wchodzą w świadomie wywołany, odmienny stan świadomości, który może być równie realistyczny, emocjonalnie intensywny i znaczący jak wydarzenia w rzeczywistości zmysłowej.
To, co z perspektywy medycyny jest halucynacją, dla osoby przeżywającej może stanowić głębokie, znaczące doświadczenie, w którym mózg tworzy spójne narracje, postacie i interakcje. Właśnie ta granica między neurologią i subiektywnym przeżyciem, między nauką a odczuwanym „nadprzyrodzonym” doświadczeniem, sprawia, że historia tej kobiety jest tak fascynująca i warta bliższego przyjrzenia się.
Moja rozmówczyni rozpoczęła leczenie i przyjmowanie odpowiednich leków przeciwpadaczkowych. O wizjach z krasnalami nie opowiadała lekarzowi — można się domyślać, jak mogłaby zostać potraktowana. Co ciekawe, po rozpoczęciu terapii ataki ustąpiły i do tej pory się nie powtórzyły. W trakcie najsilniejszych epizodów (dwóch ataków) doświadczała wizji krasnali, a co szczególnie zaskakujące — także wizji wróżek, dokładnie takich jak w klasycznych wyobrażeniach: delikatne postacie z małymi skrzydełkami:
„Szłam właśnie przez dosyć gęsty taki zagajnik i już mówię: zaczęło coś mnie łapać, już tak mówię: „Już coś mi się zaczyna kręcić w głowie, kurde, no słabo tak w lesie dostać ataku padaczki, ale no dobra, no to co mam zrobić?”. Ja też, powiem szczerze, że dzięki tym krasnoludkom naprawdę przestałam się bać tych ataków. Zaczęłam je nawet traktować trochę humorystycznie. Pamiętam, w tym lesie pierwsze, co zwróciło moją uwagę, to miałam wrażenie, że słyszę z daleka, ale tak z daleka, dziecięcy śmiech. I tak sobie myślę: „Boże, no dzieci tutaj?”, a ja mieszkam w takim miejscu, że tutaj za bardzo nikt nie chodzi do lasu, bo to jest takie bardzo rolnicze miejsce, więc tutaj raczej nie ma tak, że grzybiarze, czy coś takiego. Plus ja chodzę z psem do takich bardzo zarośniętych miejsc, żeby mieć spokój, także mocno się zdziwiłam, że słyszę dzieci w lesie. No i wtedy było takie… coś się gryzące w tym wszystkim.
No i tak jakby, mimo tego, że już tam coś czułam, że chyba mnie coś bierze, to szłam dalej z tym psiakiem, bo wiedziałam, że muszę wyjść z tego lasu, nawet mimo tych dzieci. Natomiast w pewnym momencie po prostu zaczęłam patrzeć przed siebie, po krzakach i widziałam takie postaci, małe, też małe, z tym, że z kolei tutaj miałam tak jakby sam kontur, a wypełnienie tego konturu to było coś takiego jak moro. Ja już ostatnio gdzieś tam wyczaiłam, że to się tak mówi, że to jest „glitch” — czy coś takiego, że po prostu one były takie wtopione w tło, tylko sam obrys. I to były takie małe postacie ze skrzydełkami, takie jak były te dwie dziewczynki, które zrobiły na fotografiach w XIX w. takie sztuczne wróżki, to dosłownie było coś bardzo podobnego, tylko właśnie sam kontur plus takie „glitchowe” wypełnienie. Wiedziałam, że to są wróżki i że ja w ogóle weszłam w jakieś wróżkowe miejsce, tak dosłownie miałam takie poczucie. No i one sobie tam kicały, bawiły się, miałam takie wrażenie, że one sobie po prostu tak biegają. No i w zasadzie to trwało tylko chwilę. Ja się poczułam troszkę gorzej, gdzieś tam usiadłam sobie na pieńku, żeby odpocząć i w zasadzie tyle, odpoczęłam i wróciłam jakoś do domu.”
Zastanawiające jest, dlaczego kobieta widziała wróżki w sposób przypominający zachowanie filmowego Predatora — istoty wtapiające się w tło, niemal niewidoczne, a jednocześnie obecne. Oczywiście absurdalne byłoby twierdzenie, że w lesie rzeczywiście grasowały małe, skrzydlate istoty; w XXI w. nikt w to nie uwierzy i wcale nie musi.
Pozostaje jednak pytanie: tuż przed wizją wróżek kobieta słyszała dziecięcy śmiech — dźwięki, które często pojawiają się w relacjach dotyczących fairies, a nawet spotkań z Bigfootem.
W rozmowie kobieta była przekonana, że to właśnie skrzydlate wróżki emitowały te odgłosy, choć nie jest to do końca jasne.
Bardzo interesującym aspektem pierwszego zdarzenia w stodole było wystąpienie tzw. czynnika Oz, znanego w ufologii i żywym folklorze. Jak pamiętamy, w tle grała muzyka, a w bliskiej okolicy przebywały szczekające psy. Mimo to wizje i dźwięki wydawały się w pełni „osobne” i niezależne od bodźców zewnętrznych, co tylko pogłębia zagadkowy charakter całego doświadczenia:
„W stodole była tylko rozciągnięta muzyka, nawet moich zwierzaków nie słyszałam. Teraz sobie przypomniałam, że jak ten stan zaczął mijać, to jakby z oddali słyszałam szczekanie swoich psów — powoli wracało”.
Analogicznie było w lesie — tam również dźwięki otoczenia były jakby wyciszone. W trakcie rozmowy udało mi się dowiedzieć, że pani Ania (imię fikcyjne) w wieku przedszkolnym, około 1996 r., również miała przeżycie związane z krasnalami — na terenie Wrocławia:
„Pamiętam, jak byłam dzieckiem takim przedszkolnym, za długo się huśtałam na huśtawce, tak że wymiotowałam, wieczorem to wydawało mi się, że widzę krasnale zbierające grzyby, ale generalnie uznałam, że to zatrucie. Krasnale miały czapeczki, na pewno i jakieś niebieskie ubranka. Mimo że byłam w pokoju, to miałam widok na polankę, na której zbierały grzyby. Tak jakbym patrzyła przez portal, bo jednocześnie widziałam, że mama siedzi w fotelu i stoją meble”.
Ania doświadczenia z folklorystycznymi istotami przeżywała już od piątego roku życia, czyli w typowym wieku przedszkolnym, kiedy dzieci nie mają jeszcze zaburzonej percepcji — w takim stopniu jak dorośli. Właśnie dlatego w tym okresie życia dzieci znacznie częściej mają spotkania z istotami z folkloru, UFO, itp.
W wieku przedszkolnym dzieci często nie mają jeszcze rozwiniętej wiedzy o folklorze, UFO i innych zjawiskach. Nie znają ikonografii ani utartych schematów, w które mogłyby wpasować swoje przeżycia, a mimo to opisują spotkania z bytami wykazującymi zadziwiające podobieństwo do istot znanych z dawnych przekazów.
U dzieci szczególnie istotna jest odmienna „architektura” świadomości. Ich umysł nie funkcjonuje jeszcze jako stabilny filtr rzeczywistości, jak u dorosłych. Mechanizmy racjonalizacji, kontroli percepcji i społecznego uczenia się tego, co jest „realne”, dopiero się kształtują.
Z perspektywy neuropsychologii dziecięca świadomość częściej przebywa w stanach podobnych do tych, które u dorosłych pojawiają się dopiero w wyniku medytacji, transu, snu czy działania substancji psychoaktywnych. Można więc powiedzieć, że dziecko naturalnie funkcjonuje bliżej progu, który u dorosłych odpowiada doświadczeniom DMT.
Może to oznaczać, że u dzieci nie jest potrzebna sztuczna (np. zewnętrzna) „aktywacja” podświadomości w klasycznym sensie, ponieważ ich percepcyjny filtr nigdy nie został w pełni zamknięty. W ich przypadku doświadczenie nie jest więc tylko projekcją, lecz bezpośrednim odbiorem bodźca, który dorosły umysł mógłby zignorować.
Miałem okazję zobaczyć wyniki badań EEG Ani, zarówno wykonanych w szpitalu, jak i prywatnie. Z opisów wynikało, że: „Zapis wykazuje niewielkie zmiany w okolicach skroniowych”. Ania próbowała wspomnieć lekarzowi o jednym istotnym fakcie — gorączce. Zauważyła, że za każdym razem, gdy miała napad, temperatura jej ciała była wyższa, podobnie jak wtedy, gdy w wieku około 5 lat twierdziła, że widzi krasnale w domu.
To szczególnie zastanawiające, ponieważ z dostępnej literatury wynika, że padaczka nie zawsze sama w sobie powoduje podwyższoną temperaturę ciała, szczególnie w przypadku ataku drgawkowego, a Ania takiego nie miała podczas epizodów widzenia krasnali i wróżek. Podobny przypadek napotkałem w trakcie swoich badań u 5-letniej dziewczynki, która twierdziła, że widzi skrzaty. W tym przypadku również pojawiała się nagła, wysoka gorączka. Opis tego zdarzenia, oparty zarówno na relacji dziecka, jak i matki, zawarłem w mojej książce pt. „Magiczna rzeczywistość”.
Aspekt podwyższonej temperatury ciała w kontekście kontaktów z nieznanym zasługuje na szczególną uwagę badawczą. Dotychczas był on stosunkowo rzadko uwzględniany w analizach, mimo że może stanowić istotny element towarzyszący tego typu doświadczeniom, zwłaszcza w obszarze zjawisk określanych jako żywy folklor.
W dostępnej literaturze oraz relacjach dotyczących bliskich spotkań z UFO trudno znaleźć jednoznaczne odniesienia do występowania gorączki jako powtarzalnego symptomu. Może to sugerować odmienny charakter tych doświadczeń lub selektywność w raportowaniu objawów fizjologicznych.
Dotychczasowe, nieliczne doniesienia wskazują, że w kontekście spotkań określanych jako MIB i WIB obserwowano pogorszenie samopoczucia oraz występowanie różnorodnych dolegliwości chorobowych, co może stanowić punkt wyjścia do dalszych analiz porównawczych.
W związku z powyższym zwróciłem się do Krzysztofa Dreczkowskiego z prośbą o weryfikację jego archiwum pod kątem przypadków, w których świadkowie zdarzeń związanych z żywym folklorem doświadczali podwyższonej temperatury ciała.
Poniżej lista zdarzeń z archiwum Krzysztofa Dreczkowskiego:
1. Jastrzębie-Zdrój — rozpalenie towarzyszące magii, u około 8-letniej dziewczynki oraz dorosłej kobiety, około 1995 r.
2. Choroba, po której trzeba było leżeć w łóżku, a do której doszło po spotkaniu — ze skrzatem — dwie osoby będące świadkami. Droga między miastem Levice a obszarem wypasu zwierząt zwanym Salmoš, prawdopodobnie pierwsza połowa XX w.
3. Jastrzębie-Zdrój, początek lat 70. XX w. — choroba z wysoką gorączką i towarzyszący jej widok złośliwego skrzata wyśmiewającego się (kobieta ma w tym roku 60 lat, a była kilkuletnim dzieckiem).
4. Wioska Oscadnica, Słowacja, pierwsza połowa XX w. — świadek leżał tydzień chory — w gorączce i dreszczach po spotkaniu dwóch rusałek w postaci ogromnych kobiet. Rodzina twierdziła, że rozchorował się ze strachu.
Podsumowując, z jednej strony mamy wyjaśnienie medyczne — napady padaczkowe, zmiany w aktywności mózgu i możliwe halucynacje neurologiczne. Z drugiej jednak strony pojawia się coś znacznie bardziej nieuchwytnego: spójność tych wizji, ich archetypiczny charakter oraz fakt, że powracają w różnych momentach życia, przybierając formy znane z ludowego przekazu.
Czy są to jedynie projekcje umysłu, który w sytuacji „anomalnej” sięga po głęboko zakorzenione obrazy? A może mamy do czynienia z czymś, co wymyka się współczesnym ramom interpretacyjnym — zjawiskiem na styku neurologii, psychologii i tego, co od wieków określano mianem żywego folkloru?
Opisany przypadek ukazuje niezwykle interesujące połączenie napadów epilepsji z intensywnymi, realistycznymi wizjami istot folklorystycznych — krasnali i wróżek. Doświadczenia te wyróżniają się nie tylko swoją formą, lecz także powtarzalnością oraz obecnością już we wczesnym dzieciństwie.
7. Spotkania z żywym folklorem w Polsce
,,Wydaje się teraz możliwe, że wiele opowieści o duchach i potworach z folkloru i demonologii mogło mieć faktyczną podstawę, lecz było źle interpretowane”.
John A. Keel The Complete Guide to Mysterious Beings
W moich dwóch ostatnich książkach: „Magiczna rzeczywistość” oraz „Wysoka dziwność” przedstawiłem kilkadziesiąt polskich relacji opisujących spotkania z istotami wywodzącymi się z dawnych wierzeń ludowych. Pojawiają się w nich postacie znane z tradycyjnej demonologii: krasnale, diabły, boginki, rusałki, wodniki czy wilkołaki. Nasi przodkowie mieli z nimi do czynienia, a wspomnienia tych zdarzeń zachowały się do dziś w formie opowieści.
Dla wielu etnografów i badaczy folkloru może być zaskoczeniem, że również w XXI w. pojawiają się osoby twierdzące, iż spotkały podobne byty. Nie są to wcale wymysły ani żarty. Wskazują na to chociażby badania nad odmiennymi stanami świadomości czy działaniem DMT. Dlatego uważam, że warto, aby badacze — wolni od uprzedzeń — spojrzeli na ten problem z nowej perspektywy, zamiast automatycznie odrzucać go jako efekt halucynacji czy przesądów.
Podobny schemat można dostrzec w odniesieniu do zjawiska UFO/UAP. Nauka stara się często narzucać proste i ostateczne wyjaśnienia, co nie zawsze znajduje pokrycie w rzeczywistości. Sam, podobnie jak inni badacze tego fenomenu, doświadczyłem tego podejścia. Ale zostawmy na chwilę spory akademickie i wróćmy do tego, co dla mnie najważniejsze: do opowieści o żywym folklorze.
Jak pokazują najnowsze przykłady, folklor wcale nie zniknął wraz z rozwojem cywilizacji.
Po wydaniu „Wysokiej dziwności” w 2023 r. otrzymałem kilkanaście nowych relacji opisujących spotkania z przedziwnymi istotami, które idealnie wpisują się w tradycję dawnych wierzeń, wciąż żywą i aktualną.
Wielu Czytelników pytało mnie, czy będzie kontynuacja tej tematyki. Właśnie spełniam to życzenie: w tej książce przedstawię kilkanaście nowych spotkań z różnych okresów i miejsc w Polsce. Zdarzenia przedstawione będą chronologicznie. Niektóre pochodzą od bezpośrednich świadków, inne z drugiej ręki, jeszcze inne były przechowywane w rodzinnych wspomnieniach.
W tym rozdziale wkraczamy na jeszcze wyższe, bardziej nieprzewidywalne horyzonty dziwności, jakie oferuje żywy folklor. Jeśli Czytelnicy odważyli się już zetknąć z figlarnymi i kapryśnymi chochlikami, to jak zareagują na spotkania z istotami, które dotąd znali jedynie z bajek? Mowa tu o postaci Baby Jagi — legendarnym archetypie słowiańskiego folkloru, który od wieków budzi lęk i fascynację.
Przyznam szczerze, że sam byłem zaskoczony tym, co udało mi się zgromadzić od osób pragnących zachować anonimowość — ich historie i doświadczenia wprowadzają Babę Jagę w zupełnie nowy wymiar. W tej książce aspekt związany ze wspomnianą wyżej postacią oraz wiedźmami zostanie szerzej rozwinięty, odsłaniając przed Czytelnikiem nieznane dotąd zakamarki słowiańskich wierzeń i opowieści.
8. Tajemnicze ślady w Kamienicy Polskiej
(1920 r.) — powtórka z Devonshire
Devonshire — dla wielu badaczy i fortenistów — kojarzy się ze słynnymi „śladami diabła”, które miały pojawić się na śniegu 9 lutego 1855 r. Tej nocy śnieg padał obficie, więc to, co mieszkańcy zobaczyli o poranku, wzbudziło w nich grozę i niepokój.
Pewien piekarz z Topsham, Henry Pilk, obudził się przed świtem i udał się do pracy.
Po wyjściu z domu zauważył na śniegu dziwne ślady w kształcie litery U, przypominające odciśnięte kopyta. Były niezwykłe: miały około 4 cm długości i 8 cm w obwodzie, a rozstaw kolejnych śladów wynosił 8—16 cm.
Wieści o dziwnych odciskach rozeszły się w okolicy bardzo szybko, a miejscowi postanowili sprawdzić, dokąd prowadzą owe ślady. Tajemnica nabrała jeszcze mroczniejszych barw, gdy okazało się, że ciągnęły się przez blisko 160 km i z pewnością nie były dziełem zwykłego zwierzęcia. Co więcej, tajemnicza istota pozostawiła odciski nie tylko na drogach, lecz także na dachach zaśnieżonych domów i ich ścianach, a ślady przecinały nawet małe rzeki.
W okolicy wybuchła panika. Niektórzy mieszkańcy barykadowali się w domach, sądząc, że sprawcą jest sam diabeł. Pojawiło się wiele wyjaśnień, lecz żadne nie dawało jednoznacznej odpowiedzi, kto lub co pozostawiło ślady w Devonshire.
Kiedy zbierałem materiały do niniejszej książki, skontaktowała się ze mną mieszkanka okolic Częstochowy. Opowiedziała, że słyszała od swojego ojca historię, która w polskiej wersji przypominała powtórkę z wydarzeń w Devonshire:
„Działo się to we wsi Kamienica Polska (położonej między Częstochową a Katowicami) Około roku 1920 (tato tak to określał, a tato urodził się w roku 1925), któregoś dnia rano mieszkańcy odkryli na śniegu ślady — jakby ktoś szedł przez pola w linii prostej, prostopadle do biegnącej przez wieś drogi na odległości kilkuset metrów/kilku kilometrów. Ślady urywały się nagle w środku pola, nie było tam dalej już nic. Co zaznaczał tato — na drodze idącej istoty znalazła się stodoła i ślady kroków były również na dachu stodoły. Niestety, nie wiem czy były to ślady butów, czy bosych stóp. Wg mieszkańców (jak opowiadał tato) miał to być „Żyd wieczny tułacz”, niestety, mimo że pytałam, nie uzyskałam o nim bliższych informacji. Co mogę jeszcze dodać? Tato umiał dość precyzyjnie zlokalizować to miejsce (mówił mi, gdzie to konkretnie było, niestety, dziś już nie wiem, gdzie). A kto mu tę historię opowiedział? Dziadek, bądź ktoś inny”.
Wielka szkoda, że nie znamy dokładniejszych informacji na temat tego zdarzenia, bo ślady — podobnie jak w Devonshire — widoczne były na dachu stodoły i urywały się nagle w szczerym polu.
9. Skrzaty w stodole — Ludwikówka (1943/1944)
Poniższa historia nie pochodzi co prawda od bezpośrednich świadków zdarzenia, jednak według mojego informatora można ją uznać za wiarygodną, gdyż była przechowywana w rodzinnych wspomnieniach. Zdarzenie miało miejsce na terenach Kresów Wschodnich, w powiecie stanisławowskim, najprawdopodobniej w latach 1943—1944 i dotyczy relacji o typowych skrzatach grasujących w stodole:
„Wszystko zaczęło się kilka miesięcy temu, od jednej z wielu przeprowadzonych przeze mnie rozmów z moją mamą na temat naszej rodziny, naszych „korzeni”, dalekich i bliskich krewnych. Mama zawsze mi wspominała, że była mocno związana ze swoją babcią, a moją prababcią, której — niestety — nie miałem i już nigdy nie będę miał możliwości poznać z powodu jej naturalnej śmierci wiele lat temu. Kobieta ta urodziła się prawdopodobnie na Kresach Wschodnich, a mieszkała we wsi Ludwikówka, gdzie w czasie II wojny światowej doszło do rzezi ludności cywilnej, dokonanej przez oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii. Moja prababcia opowiadała, że banderowcy szli od domu do domu i mordowali mieszkańców. Ojciec jej i brat kazali im schować się na strychu, a sami otworzyli okno z widokiem na sad, wyskoczyli i uciekli (niestety, mama nie pamięta, co się z nimi stało). Takie to były okrutne czasy. Zdarzenie miało miejsce w późniejszych latach, na terenie gospodarstwa domowego, a ściślej mówiąc, w stodole. Mama opowiedziała mi, jak jej babcia, będąc młodą kobietą, posiadającą już dzieci, pewnej nocy musiała przenocować właśnie w stodole. Babcia opisywała: „Wieczorem, kładąc się spać, usłyszałam śmiechy, takie hi-hi-hi, hi-hi-hi, hi-haa. Dzieci już spały. W rogu tej stodoły stały stare, sznurowane sznurkiem trzewiki, w których była słoma. I to właśnie z nich dochodziły odgłosy śmiechu. Wtedy to zobaczyłam w nich skrzaty, które na przemian wskakiwały i wyskakiwały z trzewików — wyglądało to jakby się zwyczajnie bawiły, bo tylko się cieszyły, skacząc do tych trzewików”. Tak powiedziała. I na tym opowieść zakończyła się. Mama niedowierzała, mówiąc: „Babciu, co ty mi tu takie rzeczy opowiadasz”, na to ona odpowiadała: „Grażyniu, naprawdę tak było”.
Niestety, nie udało mi się dowiedzieć więcej szczegółów na temat wyglądu i zachowania skrzatów, choć całe zdarzenie jest wręcz scenariuszem z bajek, które w pewnych okolicznościach mogą się urzeczywistnić.
10. Małe ludziki w Łukowie (1945 r.)
We wrześniu 2025 r. miałem okazję przeprowadzić rozmowę z 87-letnim mieszkańcem Kudowy-Zdroju, który jako dziecko był świadkiem niezwykłego spotkania w miejscowości Łuków, w województwie lubelskim, najprawdopodobniej pod koniec wojny w 1945 r. Pan Jan, wówczas 7-letni chłopiec, miał po zachodzie słońca wyjść na podwórko, gdzie niespodziewanie zauważył grupę małych postaci. Choć ze względu na upływ czasu świadek nie potrafi dziś odtworzyć wszystkich szczegółów ich wyglądu, jego relacja zachowała się w pamięci jako wyjątkowe i tajemnicze wydarzenie.
Oddajmy teraz głos panu Janowi:
„To było jak był koniec wojny w 1945—1946 r. Wyszedłem sobie pod wieczór na ogród, na podwórko i za jakąś komodą słyszałem coś, widzę taki rząd, takich ludzików chodzących po tej trawie, przeszli koło mnie i koniec. Małe były, ubrane normalnie, jak to ludziki się ubierają. Trudno mi powiedzieć w tej chwili — bo to było chwila — jak to było dokładnie. Było ich kilka: może pięć, może osiem, szło to sobie jedno za drugim, taki spacerek sobie urządziły przede mną. Były może — ja sobie stałem — może do mojego kolana, tej wysokości były, małe”.
Relacja świadka, mimo że niepełna przez upływ lat, pozostaje cennym świadectwem dziecięcego doświadczenia z żywym folklorem. Być może nigdy nie dowiemy się, kim były małe postacie i skąd się wzięły, ale pamięć o tym wydarzeniu wciąż żyje jako fragment osobistej historii.
11. Tańczące krasnale na polanie i świetlista zjawa w lesie — Huta k/Wymysłowa (1948 r.)
Poniższa relacja został przekazana przez syna nieżyjącego już ojca, który jako dziecko i potem dorosły mężczyzna był świadkiem dwóch niezwykłych historii wpisujących się w żywy folklor, dotyczących krasnali tańczących na polanie:
„Nazywam się Michał (nazwisko zastrzeżone) i od dziecka interesuję się ufologią. Dokładnie od momentu, kiedy w 1978 r. obejrzałem w telewizji reportaż o Emilcinie.
W młodości słuchałem Nautilusa, Radia ZET i oglądałem Strefę 11. Parę miesięcy temu natknąłem się na Youtube na audycję „Ufo historie”. Dopiero z programu o „Zjawiskach wysokiej dziwności” dowiedziałem się, że ktoś na serio bierze tematy, którymi przedtem zajmowała się co najwyżej etnografia. Cieszy mnie to bardzo, bo mam teraz komu przesłać opis dwóch zdarzeń, które przytrafiły się mojemu ojcu około lat 1945 i 1948. Ojciec mój — Marian — urodził się na Lubelszczyźnie w 1926 r. Niestety, zmarł w 1995 r. Jego opowieści podaję tak, jak zapamiętałem z dzieciństwa i wczesnej młodości. Daty zdarzeń musiałem sam umiejscowić w czasie, biorąc pod uwagę wydarzenia typu: okupacja, zakończenie wojny, pobór mojego ojca do wojska na dwa lata oraz Rok Junaków, czyli pracy na rzecz odbudowy ojczyzny i koniec czasów kawalerskich, zakończonych małżeństwem z moją matką, które odbyło się w 1949 r.
Mój ojciec Marian urodził się i wychowywał we wsi Wymysłów koło Annopola. Pierwsze zdarzenie lokuję gdzieś pod koniec wojny, na 1945 r. Jako dorastający chłopak mój ojciec oraz jego koledzy ze wsi potrzebowali pieniędzy na papierosy, wódkę oraz na zabawy taneczne.
W tym celu kradli drewno z lasu i sprzedawali je osobie, która gdzieś w okolicy budowała dom lub potrzebowała opału. Najpierw za dnia wybierali odpowiednie drzewo a następnie po zapadnięciu zmroku szli do lasu, ścinali je, obcinali gałęzie i wierzchołek, zarzucali sobie kłodę na barki i transportowali to do klienta. Żeby unieść taki pień, musiało ich być co najmniej sześciu. Byli wśród nich ulubieni kumple mojego taty, którzy przewijali się przez większość jego opowiadań: Puzio Władek i Krasulów Adaś. Był też z nimi starszy brat Władka, Puzio Ignac, organizator tego typu eskapad.
Rzeczonej nocy wszystko przebiegało według ustalonego planu. Drzewo ścięto, obrobiony pień zarzucono na barki i ruszono w drogę. Jednak jak wiadomo — na złodzieju czapka gore — a ścinanie drzewa powoduje hałas, więc w czasie transportu młodzieńcy byli czujni i oglądali się za siebie. W pewnym momencie któryś z nich zauważył sunącą za nimi bardzo wysoką postać, dużo ponad normalny wzrost człowieka. Postać ta podążała za nimi przez las, chłopacy zaczęli się nawzajem popędzać i powoli wpadać w panikę. Gdy wydostali się z lasu na drogę i zobaczyli, że zjawa jest coraz bliżej, w popłochu rzucili kłodę i pobiegli w stronę wsi. Mój ojciec opisywał, że był tak przerażony, że jak wpadł do chałupy swoich rodziców, to w ubraniu i butach wskoczył do łóżka i nakrył głowę pierzyną, i nie chciał wyjść. Dziadkowie śmiali się z niego, że zwariował, a on spał tak w ubraniu i butach aż do rana. Nie pamiętam więcej szczegółów, ale ta wysoka postać, sunąca bez słowa w ciemności, musiała ich bardzo przerazić. Ojciec mój i jego kumple przeżyli wojnę i okupację hitlerowską, gdy przesuwał się front wraz rodzinami i dobytkiem całymi tygodniami ukrywali się w lesie.
Po wyzwoleniu chodzili na zabawy taneczne za Wisłę, gdzie regularnie bili się z miejscowymi. Mimo młodego wieku wiele przeżyli. To nie byli ludzie, którzy by się byle czego wystraszyli.
Drugie zdarzenie, które opisywał mój ojciec, miało miejsce, gdy odsłużył rok w junakach i dwa lata w wojsku, walcząc z bandami UPA w Bieszczadach. Było to około 1948 r. W tym czasie jeszcze nie znał mojej matki i chodził w konkury do jakiejś panny, mieszkającej we wsi Huta, oddalonej o kilka kilometrów na północ od Wymysłowa. Było to latem, ojciec wracał od panny późno, noc była bezchmurna i świecił Księżyc. Po drodze był tam taki lasek, przez który ludzie po zmroku nie chodzili, bo mówiono, że tam straszy. Mój ojciec do strachliwych nie należał, po przeżyciach związanych z walkami z banderowcami bardziej bał się tego, co może zrobić inny człowiek niż moc nadprzyrodzona. Gdy szedł przez ten lasek, w świetle Księżyca zobaczył na polanie grupę krasnoludków, które tańczyły w kółko, trzymając się za ręce. Ojciec opowiadał, że pierwszy raz w życiu poczuł, jak mu włosy stają dęba na głowie. Starając się nie przyśpieszać kroku, przeszedł spokojnie koło tańczących istot i nie zaczepiany poszedł dalej. Krasnoludki nie zwróciły na niego najmniejszej uwagi. Gdy prosiłem tatę, by szczegółowo opisał wygląd tych postaci, mówił, że dokładnie tak jak na ilustracjach z książek dla dzieci. Sięgające człowiekowi do pasa, brodate ludziki w szpiczastych czapkach. Opowieści o tej przerażającej wysokiej postaci i o krasnoludkach słyszałem z ust ojca wielokrotnie, zawsze opowiadał bardzo spokojnie i poważnie. Gdy któreś z mojego rodzeństwa robiło sobie z tego żarty, a matka uśmiechała się pod nosem, bardzo się złościł, że ktoś mu nie wierzy lub uważa, że zmyśla. Wściekał się, klął i powtarzał, że przecież wie, co widział, nie był pijany i nic mu się nie przywidziało.
Na zakończenie chciałem dodać, że mój ojciec był osobą prawdomówną i bardzo honorową. Był prostym i niewykształconym chłopem ze wsi, jakiekolwiek zmyślanie historyjek nie leżało w jego naturze”.
To wszystko, co wiadomo na temat tych dwóch niezwykłych zdarzeń — które w szczególności związane z tańczącymi krasnalami — są szalenie interesujące.
12. „Diabły” na polu — północna Polska (lato 1948 r.)
Poniższą historię otrzymałem od Alberta Rosalesa z USA, który od lat zajmuje się dokumentacją spotkań z nieludzkimi istotami. Z dość lakonicznej informacji wynika, że świadkiem zdarzenia był 12-letni mieszkaniec najprawdopodobniej północnej części Polski.
Z listu wysłanego w latach 90. XX w. do,,Dziennika Zachodniego” wynikało, że świadek zauważył z okna domu coś, co nazwał,,diabłami”. Poniżej relacja, którą otrzymałem od Alberta:
„Był czas zbiorów i wszyscy mieszkańcy wsi pracowali w polu, z wyjątkiem świadka, 12-letniego wówczas chłopca, który pozostał w domu, pilnując go. Bardzo się nudził i włączył radio, ale zamiast muzyki słychać było tylko dziwny gwizd. Radio wydawało się zepsute. Zdjął więc słuchawki i zdał sobie sprawę, że dziwny i nie do zniesienia hałas dobiegał z zewnątrz. Chłopiec otworzył okno i zobaczył dwa małe, bardzo chude stworzenia, oba ubrane w błyszczące, obcisłe stroje. Istoty miały duże głowy i ciemne, skośne, przenikliwe oczy. Jedna z nich miała rogi lub nosiła hełm z rogami. Świadek przestraszył się i doznał szoku, a następnie zemdlał, pozostając nieprzytomnym przez kilka godzin. Jego rodzice znaleźli go leżącego na podłodze. Kiedy doszedł do siebie, powiedział im, że widział „diabła”. Przez całe życie uważał, że przeklęły go „diabły” i że to one są odpowiedzialne za jego niepowodzenia i choroby”.
W zdarzeniu możemy zauważyć elementy ufologiczne, związane z opisem istot o dużych, skośnych oczach, które przywodzą na myśl klasyczne szaraki kojarzone z UFO i abdukcjami. Interesującym szczegółem jest motyw rogów u jednej z istot, którą chłopiec wziął za diabła. Niestety, nie zachowały się dalsze informacje o tym zdarzeniu, prawdopodobnie dlatego, że relacja przetrwała jedynie dzięki przekazowi ustnemu od innych osób.
13. Mali ludzie i „porwanie przez mamunę” na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej
Jura Krakowsko-Częstochowska to niezwykle malowniczy zakątek Polski, położony między Krakowem a Częstochową, słynący z zamków, wapiennych skał i licznych jaskiń, z którymi wiążą się lokalne legendy. W maju 2025 r., podczas zbierania materiałów do nowej książki, jeden z Czytelników zwrócił moją uwagę na temat rzekomych obserwacji małych ludzi w Antolce, Postaszowicach i okolicznych miejscowościach.
Nie dysponuję relacjami z pierwszej ręki, choć do podobnych źródeł dotarł Tomasz Baryła w swojej książce pt. „Antolka (gmina Niegowa) w dokumentach archiwalnych i wspomnieniach, Tom 4: Historie Lokalne na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej” (K4 MEDIA, 2019). Autor opisuje historię jednej z mieszkanek, która miała zauważyć przy starej studni wybudowanej przez rodzinę Filipieckich w okresie międzywojennym małe, nieznane nauce humanoidalne istoty. Niestety, książka nie podaje dokładnego roku ani szczegółowego wyglądu tych postaci.
Szukając dalej, natrafiłem na forum www.forumjurajskie.pl, gdzie w jednym z wątków znalazłem opis podobnych zdarzeń, rzekomo mających miejsce w XIX i XX w.
Z relacji wynikało, że około 10 km od Antolki, w małej miejscowości Postaszowice, mieszkańcy, którzy nocami pilnowali bydła przy ogniskach na łąkach, zauważyli małe istoty podchodzące do ludzi. Jeden z użytkowników forum przytoczył historię przekazaną przez swojego wujka, która wpisuje się w narrację lokalnego żywego folkloru:
„Jego ojciec opowiadał mu, że kiedy dawniej krowy pasali i nocowali na polach przy ognisku, zdarzało się, że zwabieni ogniem przychodzili do nich „mali ludzie”. Nie więksi od dużego psa, twarze mieli dziwne, nic nie mówili, jak któregoś próbowało się złapać albo kijem uderzyć, to z krzykiem uciekał w ciemność”.
Zainteresowałem tym tematem Piotra Cielebiasia, znanego popularyzatora zagadnień związanych z UFO oraz żywym folklorem. Okazało się, że Piotr mieszka bardzo blisko miejscowości, w których odnotowano obserwacje tajemniczych „małych ludzi”. Na swoim kanale poświęconym UFO poruszał temat istot pojawiających się w Antolce i Postaszowicach. Roboczo nazywa je Bigfootami Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Czy jest to trafne określenie, postaram się ocenić później.
W rozmowach ze słuchaczami Piotr dzieli się również niezwykle ciekawą historią związaną z jego własną rodziną. Chodzi o praprababcię, która miała zostać rzekomo porwana z kołyski przez mamunę. Jej historię przekazała Piotrowi babcia, a zdarzenie miało miejsce w okolicach Postaszowic:
„To zdarzenie zostało mi przekazane jako rodzinna legenda i dotyczyło mojej prapra- babci, która miała zostać porwana z kolebki rodzaju hamaka, kiedy jej rodzice pracowali na polu. Do zdarzenia doszło w okolicy góry, wzgórza Kazubiec poprzecinanego jaskiniami, a wzniesieniem, z którego do centrum dzisiejszych Postaszowic jest w linii prostej zaledwie trzy kilometry. (…)Historia, którą przekazała mi babcia, mówiła o owłosionych, przypominających ludzi istotach, przynajmniej jednej ich parze z młodym, która to para podrzuciła swoje dziecko w miejsce ludzkiego, to znaczy one niby zabrały tą moją praprababcię i podrzuciły tego swojego włochatego malucha. Nienaturalne krzyki tego stworzenia zwróciły uwagę ludzi pracujących na polu, no i oni postanowili działać.
Z opowieści wynikało, że uzbrojeni w cepy postanowili odbić dziecko. Te istoty im to dziecko przekazały, ale też dały jasno do zrozumienia, że chcą w zamian ubranie, ubranie rzekomo dla ich małego, owłosionego dziecka. Sprawa, niestety, skończyła się dla tych stworzeń niezbyt dobrze, mieli zostać spacyfikowani i to na amen. W relacji mojej babci, którą przekazali jej krewni, te istoty były nazywane mamunami, czyli jest to inna nazwa dla dziwożonów, boginek. To są taki ludowe demony znane z podmieniania dzieci”.
O wspomnianych demonach ludowych i sposobach podmieniania dzieci szeroko pisałem w mojej książce pt. „Magiczna rzeczywistość”, do lektury której serdecznie zapraszam Czytelników. Czy relacja rodzinna Piotra jest prawdziwa, czy jest jedynie zlepkiem kilku informacji i plotek, jak to często bywa? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć, ale nie należy jej w żadnym wypadku odrzucać, tym bardziej, że istnieje wiele analogicznych historii nie tylko z Polski.
Przypadek, o którym wspomina Piotr, jest niezwykle istotny, a wręcz kluczowy w badaniach nad małymi ludźmi z Antolki i Postaszowic. Potwierdza on, że w XIX i XX w. dochodziło tam do spotkań z małymi istotami. W przypadku historii praprababci Piotra były to istoty małe i owłosione.
Jeśli założyć, że zdarzenia miały miejsce naprawdę, to teoretycznie mogło chodzić o zdziczałych ludzi lub małpy, co również rozważa Piotr na swoim kanale UFO historie. Niestety, nie mamy szczegółowego opisu obserwowanych istot, ale jak słusznie zauważył prowadzący, ludzie wychowani na wsi dobrze rozpoznawali zwierzęta. Skoro określali je jako „małych ludzi” lub „mamuny owłosione”, może chodziło o coś zupełnie innego, coś, co niekoniecznie musiało mieć formę fizyczną.
W komentarzach pod odcinkiem „Bigfooty w Polsce? Tajemnicze hominidy z Jury” pojawiło się kilka ciekawych wpisów słuchaczy. Choć ciężko ocenić ich wiarygodność, warto je przytoczyć, ponieważ wnoszą istotne informacje do tematu, o którym piszę:
„Niedaleko Jury na Śląsku, szczególnie na wsiach, jeszcze 50—60 lat temu starsi ludzie opowiadali np. mojej babci i dziadkowi o tzw. bebokach. Małych jakby diabełkach bardzo znanych na Śląsku w folklorze. Nawet w Katowicach w różnych miejscach są ich małe pomniki. Moja babcia kiedyś opowiadała, że jak zrywała ze swoją mamą czereśnie na działce, to taki jeden szarpał ją za fartuch i chciał trochę czereśni i że uciekł na pole, a na polu była dziura. Że wyglądał jak bardzo małe, brudne dziecko. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale moja babcia bardzo wierzyła w to, co mówiła”.
„Kiedyś miałam kolegę, którego rodzina pochodziła właśnie z omawianych przez Ciebie okolic, tj. wsi Sygontka i Julianka. Opowiadał, wraz ze swoją mamą, o małych polnych/leśnych ludziach, którzy byli znani z podmieniania lub kradzieży dzieci pracującym w polu. Wszystkie te opowiadania miały miejsce na przełomie wieków i dotyczyły raczej młodości pradziadków/dziadków, czyli myślę, że to mógł być okres przed II wojną światową do około lat 60. ubiegłego stulecia”.
W listopadzie 2025 r. Piotr Cielebiaś otrzymał od jednej z osób oglądających jego kanał UFO historie maila, w którym kobieta opisała zdarzenie z dziwnymi istotami w okolicach Antolki w latach 60. XX wieku:
„Opowiadała nam ją moja ciocia, która mieszkała u rodziny w Bystrzanowicach. Pasła krowy koło wsi Dąbrowno, niedaleko Antolki i wracając do domu ze zwierzętami polną drogą, musiała przejść obok dużej kępy drzew. Krowy z jakiegoś powodu zapierały się kopytami, nie chciały obok tych drzew przejść; ciocia ledwo je przeprowadziła, a gdy już minęli tę kępę, krowy wyrwały się i popędziły przestraszone do domu, do Bystrzanowic.
Ciocia usłyszała za sobą szelest i gwizd, i kiedy się obróciła, zobaczyła dwie niskie, ciemne, jakby obrośnięte sierścią postacie o świecących oczach. Przestraszyła się i uciekła za krowami w stronę domu. Opowiadając nam o nich, mówiła, że widziała diabły. Po tej opowieści poprosiliśmy ją o pokazanie tego miejsca i mimo że „stwory” widziała wiele lat wcześniej, ciężko nam było ją namówić. Niechętnie się na to zgodziła”.
W opisanym zdarzeniu nie tylko otrzymujemy kolejne, niezależne potwierdzenie występowania tych samych istot, lecz także pojawia się motyw gwizdu jako formy komunikacji, sygnału lub zapowiedzi pojawienia się bytu nadnaturalnego. Motyw ten jest dość powszechny w folklorze, zarówno słowiańskim — jak i szerzej — europejskim. Nie zawsze występuje u tych samych demonów, jednak sam koncept nadnaturalnego gwizdu jest mocno zakorzeniony w tradycji ludowej. W demonologii ludowej m.in. latawce, utopce czy beboki miały wabić ludzi gwizdem lub ich nim straszyć. Przykłady takie można znaleźć w opowieściach z rejonu Śląska, Małopolski i Podkarpacia, w których wspomina się niekiedy o małych, ciemnych, włochatych istotach, których obecność sygnalizował właśnie gwizd. Znam przypadek z Zagorzyc koło Ropczyc, kiedy w latach 60. XX w. chłopcy potrafili za pomocą gwizdu przywołać małą kulę światła, która pojawiała się obok starego mostu nad rzeczką. Kula miała zazwyczaj pojawiać się, kiedy ktoś gwizdał.
Jeżeli założyć, że wszystkie historie opisane powyżej są w jakimś sensie wiarygodne, to czym mogły być zauważone małe istoty? Możliwość, że były to małpy, dzicy ludzie, a nawet zwykłe zwierzęta, możemy odrzucić z uwagi na ich wyraźnie humanoidalny wygląd. Relacje opisują istoty o wielkości dużego psa, z dziwną twarzą; nie wspominają, czy były owłosione, choć inne historie sugerują obecność włosów.
Piotr nazywa te dziwne istoty roboczo Bigfootami, choć nie w sensie klasycznym. Czy jest to słuszne? W mojej ocenie historie z Jury Krakowsko-Częstochowskiej nie dotyczą klasycznych Bigfootów, lecz czegoś zupełnie innego — czegoś, co bardziej wpisuje się w tematykę ludowego folkloru.
Małe, psotne, owłosione istoty znane były w demonologii ludowej Śląska pod nazwą beboki lub bełty i ich charakterystyka w pełni pasuje do opisywanych postaci. Stanisław Polaczek w książce pt. „Powiat Chrzanowski. Monografia Historyczno-Geograficzna” wydanej w 1914 r. wspomina o dziwnych istotach obserwowanych w okolicy Żarek, które wykazują wiele podobieństw do postaci z Jury:
„Wiara w olbrzymy i dzikich ludzi u naszego ludu uporczywie się utrzymuje. Mają to być ludzie z rogami na głowie, są także ludzie wodni, którzy mają głowy i piersi ludzkie, a resztę ciała pokryte rybią łuską (okolica Rudawy). Na drugim świecie z tamtej strony żyją ludzie dzicy, zupełnie do nas podobni, ale całe ich ciało jest włosem pokryte (okolice Brodeł)”.
Jeśli jesteśmy przy Jurze Krakowsko-Częstochowskiej to posiadam w swoim archiwum historię mieszkańca tego regionu, który jadąc wieczorem samochodem zobaczył coś, co może kojarzyć się z małymi ludźmi lub skrzatami. Do zdarzenia miało dojść jesienią (październik) 2012 r. w Ojcowie, w pobliżu zamku:
„Jadąc alejką przez las do teściowej wraz z żoną i dwójką dzieci dostrzegłem, a właściwie przyświeciłem światłami na coś dziwnego. Był to koniec września — początek października, była tzw. szarówka. Jadąc samochodem wydawało mi się, że dostrzegłem jakąś postać, która — nie wiem jak to opisać — jakby uciekała z tej alejki, ale ta postać jakby bardziej płynęła niż biegła. Była ciemna, nie było widać jakichś wyraźnych rysów twarzy, wzrost może około 30—40 cm. Nie wiem, może minęło 2—3 sekundy i będąc na tym miejscu zatrzymałem samochód. Prawie w biegu wyskoczyłem z samochodu za tym czymś, ale przebiegłem kilka metrów i to jakby rozpłynęło się w powietrzu, wydaje mi się, że potrafię rozróżniać zwierzątka leśne, ale to było coś innego. Wróciłem do samochodu i na pytanie żony odpowiedziałem, że coś mi się przywidziało, nawet nie miałem zamiaru opowiadać jej takich głupot. Za około 2 tygodnie, była to sobota albo niedziela, bo żona pracuje w kuchni w jednym z kilku lokali w Ojcowie, żona weszła blada do domu i sprawiała wrażenie zdenerwowanej, ale nie chciała mi nic powiedzieć. Poszliśmy spać i tak niby bez związku z tą sprawą minął kolejny dzień. Jakiś czas później tak się złożyło, że siedliśmy z żoną wieczorem: ja przy drinku, ona przy lampce wina i tak ogólnie rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, oglądając TV i jakimś trafem był program o jakichś dziwnych zjawiskach, i wtedy żona wypaliła mi, że wracając do domu z pracy jechała powoli, bo była słaba widoczność z powodu mgły i jakiś kilometr-dwa od tej alejki, a raczej tego miejsca, gdzie coś mi się przywidziało, żona powiedziała, że w ostatniej chwili dostrzegła jakąś małą postać na środku drogi. Jak zaczęła ją opisywać, to podałem kilka szczegółów, które ja widziałem i ona je potwierdziła, a na pytanie skąd to wiem, opowiedziałem to, co mi się przywidziało. Gdy zapytałem, czy zawróciła, odpowiedziała, że nie, bo jechała z mamą, a ona jakby nabiła sobie czymś takim głowę, to by się denerwowała, zwłaszcza, że mieszka niedaleko. I teraz takie pytanie — o ile mi się nie przywidziało, to co to mogło być? Tylko proszę o dyskretną odpowiedź, bo jakby to wyszło na jaw, to bym się stał pośmiewiskiem.
Podczas jazdy samochodem ok. 22:00, może nawet po 22:00, żona — wracając z pracy wraz ze swoją mamą (była wtedy dość duża mgła) — podczas jazdy dostrzegła na środku drogi coś, co przypominało humanoidalną postać, a właściwie to niczego jej nie przypominało — była to czarna ok.30—40 cm postać, składająca się jakby z głowy i korpusu, no i jak mówi — zobaczyła to coś na drodze i jechała dalej, i dopiero po ok. 5 sekundach uzmysłowiła sobie, że coś jest nie tak. Na pytanie, czemu nie zawróciła, nie umie racjonalnie odpowiedzieć. Właściwie to chciała, tylko że jechała z mamą i już nie chciało jej się zawracać. Zresztą jak mówi, była dosyć zmęczona. Co do tego drugiego przypadku — to pogoda była przejrzysta — ani nie było pochmurnie, ani burzowo, ale nie była też wtedy jasna, księżycowa noc, która rzuca cień. Tylko tam nie ma lamp ulicznych”.
Nie dowiemy się już dzisiaj, kto lub co stało za dziwnymi istotami pojawiającymi się na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Być może Czytelnicy, którzy zapoznają się z tym tematem, przypomną sobie inne historie lub opowiadania, które mogą rzucić nowe światło na tę sprawę.
14. „Diabeł” z kobietą na plecach i zagubiony czas — Ostrów (1963 r.)
Poniższe zdarzenie reprezentuje wręcz klasyczną historię znaną z licznych zapisów folklorystycznych. W tym przypadku jednak informatorem przekazującym opowieść był brat zakonny, z którym rozmawiał Krzysztof Dreczkowski, nagrywając relację dotyczącą zasłyszanych wydarzeń, wpisujących się w tematykę dawnej demonologii ludowej. Historia miała miejsce w województwie łódzkim w 1963 r. Usłyszała ją matka zakonnika, która dobrze znała zarówno świadka zdarzenia, jak i jego rodzinę. Zapoznajmy się z zapisem rozmowy:
„Kiedyś zdarzyło się tak, że pewien dozorca, który pracował właśnie w cukrowni, wyszedł sobie na obchód. Była to osoba, która niewiele się bała. Kiedy ktoś umarł, trzeba było zmarłego umyć, ubrać — on tam szedł i robił, co trzeba, więc nie bał się takich rzeczy. Szedł sobie, patrząc, czy coś się nie dzieje w tej cukrowni i w pewnym momencie zobaczył dziwną rzecz: jakiś mężczyzna niósł kobietę „na barana”, jak to mówią. Podszedł do nich i zapytał: „Co wy tu robicie?”. W tym momencie kobieta odezwała się i powiedziała coś takiego: „Nie będę zbawiona, jestem potępiona”. Powiedziała jeszcze coś trzeciego, ale dozorca już tego nie zapamiętał. W tej samej chwili mężczyzna przyjrzał się nogom tego, który niósł kobietę i zobaczył, że ma kopyta. Później, kiedy opowiadał tę historię, mówił, że nie wie, jak znalazł się w domu (…). W jedną noc całkowicie osiwiał. Tak właśnie skończyła się ta historia”.
Warto sprostować, że nie była to cukrownia, lecz obiekt związany z przechowywaniem zboża. Dziś znajduje się tam szkoła mundurowa. Najbardziej interesujące w tej historii były jednak dwa elementy: zaginiony czas oraz nagłe osiwienie świadka w ciągu jednej nocy. W dawnym folklorze europejskim istnieją motywy diabła (lub innego demonicznego bytu) niosącego kobietę na plecach, choć najczęściej pojawiają się one w kontekście wątków demonologicznych i opowieści o czarownicach. W wielu ludowych podaniach (szczególnie z terenów Polski, Niemiec i krajów alpejskich) diabeł miał przenosić kobiety na barana.
Kilku polskich etnografów, folklorystów i badaczy demonologii ludowej (Oskar Kolberg, Kazimierz Moszyński, Leonard Pełczyński, Henryk Biegeleisen) pisało o motywach diabła przenoszącego kobiety (np. na sabat, w nocnych podróżach, jako „przewoźnik”). Najczęściej pojawia się to w opracowaniach dotyczących wierzeń demonologicznych i procesów czarownic. Czy kobieta z powyższej historii była czarownicą? — tego nie wiadomo, ciekawostką jest fakt, że w okolicy istnieje miejsce zwane Zła Góra Pazur i uroczysko Dobroń.
15. Spotkanie z krasnalem w lesie — Nowa Dęba (lata 60. XX w.)
Niniejszą historię otrzymałem po jednej z audycji UFO historie prowadzonej przez Piotra Cielebiasia, do którego zgłosił się bezpośredni świadek zdarzenia. Miał zauważyć z dwoma innymi osobami na terenie Podkarpacia postać podobną do krasnala:
„Jako małe dziecko, w drugiej połowie lat 60-tych, widziałem krasnoludka. Szedłem z rodzicami i dziadkami przez las i na poboczu leśnej ścieżki, na zwalonym pniu siedział krasnoludek. Mógł mieć 40—45 cm wzrostu i siedział całkiem nieruchomo, ale nasze spojrzenia skrzyżowały się. Zawołałem: „Patrzcie! Krasnoludek!”. Chciałem podejść bliżej, ale ojciec mnie zatrzymał, mówiąc: „Chodź, nic tam nie ma!”. On siedział wciąż nieruchomy, a my poszliśmy dalej. Kilkadziesiąt lat później spytałem ojca, czy pamięta takie zdarzenie. Teraz odpowiedział, że — o dziwo — świetnie pamięta i że widzieliśmy wszyscy to samo. Kiedy spytałem, czemu nie podeszliśmy i czemu kłamali, powiedział, że kur… się bali. Oprócz tego razu całe życie o tym nie mówiliśmy, ani z mamą, ani z dziadkami. Tymczasem krasnoludek nie wydał mi się straszny, co najwyżej dziwny, bo wyraźnie odbiegał ubiorem od stroju krasnoludka znanego mi z bajek. Miał co prawda długie buty, ale czapkę w typie kaszkietu — zero czerwonych czapeczek. Całe jego ubranie było w kolorach ziemi, tzn. buty, kamizelka i czapka brązowe, a spodnie i koszula zielone, w odcieniach pastelowych. Najdziwniejsza była twarz, bo dzisiaj określiłbym ją jako twarz szaraka! Tyle, że nie szara — a brązowa, o fakturze coś jak welur. Do tego oczy szaraka, nadnaturalnie duże, lekko skośne i całe czarne. Wtedy takie oczy kojarzyły mi się tylko z oczami wiewiórek z kreskówek Disney’a, zwłaszcza w połączeniu z brązową twarzą. To miejsce na leśnych mapach opisane jest jako Maliniec i jest to jedyny w okolicy obszar starodrzewu o charakterze lasu pierwotnego, znajduje się w lesie stalowowolsko-grębowskim, nadleśnictwo Nowa Dęba. Podobno takich relacji z tych lasów jest więcej”.
16. Mali ludzie i kula światła — Warszawa (lata 70. XX w.)
Pewny obszar w Warszawie był niezwykle interesujący pod kątem zdarzeń związanych z UFO. Od końca lat 70. XX w., pomiędzy ulicą Bernardyńską, elektrociepłownią Siekierki oraz Kopcem Powstania (dawniej Górka Czerniakowska) dochodziło do wielu obserwacji UFO. Zdarzenia dokumentowała Grupa Badań NOL pod kierownictwem Kazimierza Bzowskiego, prowadząc również eksperymenty polegające na fotograficznych „polowaniach” na UFO.
Dla wielu czytelników te zdarzenia są znane, dlatego nie będę ich szczegółowo opisywał. Warto jednak wspomnieć, że w bliskiej okolicy bloku, w którym mieszkał Kazimierz Bzowski wraz z kolegami, doszło do dwóch znanych Bliskich Spotkań z UFO III stopnia, po których również pozostały fizyczne ślady w otoczeniu. Jedno CE III rzeczywiście wpisywało się w klasyfikację ufologiczną: lądowanie UFO, obserwacja istot w „kombinezonach”, odlot oraz odkrycie wypalonego owalu w trawie. Świadkami tego zdarzenia były dwie osoby — ojciec z synem.
Jednak chciałbym powrócić do zdarzenia bardzo mało znanego zarówno dla entuzjastów UFO, jak i badaczy żywego folkloru, ponieważ spełnia obie te kategorie. Zdarzenie miało miejsce pod koniec lat 70. XX w., na działkach położonych obok ulicy Bernardyńskiej, a świadkami było kilka osób przebywających na działce. O historii tej niezwykłej obserwacji dowiedział się Przemysław Więcławski, który w 2016 r. skontaktował się z jednym z jeszcze żyjących badaczy, Dariuszem Cichockim z grupy Bzowskiego. Cichocki opisał mu przebieg historii, która kwalifikuje się jako Bliskie Spotkanie III stopnia z udziałem niezwykle małych istot.
Z ustaleń Przemysława Więcławskiego wynikało, że do zdarzenia doszło po zmroku na jednej z działek, na której przebywało kilku mężczyzn. Ich uwagę zwróciło jasne światło, wyłaniające się zza altanki. Ciekawi, czym jest źródło światła, postanowili sprawdzić.
Za altanką unosiła się nad trawnikiem niewielka kula jasnego światła, około 1 m średnicy, obok której poruszały się prawdopodobnie trzy bardzo małe istoty, około 15 cm wzrostu.
Według świadków istoty miały na sobie srebrne skafandry z widocznymi na głowie blond włosami. Po dłuższej chwili postacie wniknęły do kuli światła, po czym obiekt bezgłośnie znikł. Z zeznań świadków wynikało, że postacie próbowały nawiązać kontakt z właścicielką działki, która również obserwowała całe zdarzenie, jednak ze strachu skryła się w altance.
Na drugi dzień jeden z mężczyzn powiadomił Kazimierza Bzowskiego. W trakcie wizji w terenie odkryto, że w miejscu, nad którym unosiła się kula światła, trawa miała dużo ciemniejszą barwę w kręgu o średnicy około 1 m. Według świadków podobna kula pojawiała się jeszcze kilka razy na obszarze działkowym. Właścicielka działki, w obawie o ośmieszenie, odmówiła współpracy z ufologami.
Uwagę zwraca bardzo wymowny wzrost istot — wręcz miniaturowy, ale jednak miały one ludzki wygląd. Czy zdarzenie wpisuje się w żywy folklor? W mojej ocenie — jak najbardziej tak. Właśnie najprawdopodobniej dlatego Kazimierz Bzowski nigdy nie opisywał tej historii: nie było to klasyczne ufologiczne CE III, które przez większość ufologów zostałoby odrzucone jako nonsensowne. Małe postacie, kula światła i ślad na trawie mają wyraźne konotacje z wróżkami z dawnego folkloru.
17. Missing time na polnej drodze i „małe dzieci” — Wólka Łętowska (1981 r.)
W Wólce Łętowskiej na Podkarpaciu, w powiecie leżajskim, wiosną 1981 r., 10-letnia wówczas dziewczynka doświadczyła wydarzenia, które do dziś nie daje jej spokoju. Podczas powrotu z kościoła zauważyła na polnej drodze coś niezwykłego — dziwne istoty, które wyłoniły się z mgły. Choć Monika miała zaledwie 10 lat, stworzenia były od niej jeszcze niższe, o wyraźnie nieproporcjonalnej budowie ciała, ogromnych głowach i trzymały się za ręce. Widok ten pozostawił w niej trwałe wrażenie, które nie zatarło się wraz z upływem lat. Historię poznałem dzięki rozmowie z Markiem Sękiem z Radia Paranormalium w 2023 r., który rozmawiał z dorosłą już kobietą, Moniką (nazwisko zastrzeżone). Szczególnie dziwne w tej opowieści jest to, że Monika wracała z kościoła po godzinie 19:00, mając do pokonania około 2,5 km pieszo. Mimo krótkiej odległości, do domu dotarła dopiero trzy godziny później, około 22:00, co było dla niej zupełnie niezrozumiałe i pozostaje zagadką do dzisiaj.
Poniżej przedstawiono wybrane fragmenty obszernej rozmowy ze świadkiem:
„Chciałam opowiedzieć o historii, o wydarzeniu, którego byłam świadkiem w wieku 10 lat. Było to w 1981 r. na wsi w woj. podkarpackim. Była taka sytuacja, która bardzo mi utkwiła, jakieś piętno na mnie wywarła jako dziecko. Szłam do kościoła na godz. 18:00, miałam ponad 2,5 km do kościoła. Wracałam z tej mszy gdzieś po godzinie 19:00. Szłam pieszo, czasem biegłam, zapadał zmierzch. Zatrzymałam się, bo dostałam małej zadyszki i mnie po prostu kłuło. Zaczęła się unosić mgła z pola. Po prawej były łąki, po lewej pola i las. Tak stanęłam, patrzę się na lewo i patrzę, a tu idą dwie istoty — dwóch małych ludzi. Byli od mnie 8—9 m. Pomyślałam, co tu te dzieci robią, a one idą w ten las, w ciemność idą. Dwie osoby trzymały się za ręce, ja miałam wzrost 1,30 m, te postacie miały jakieś 50—60 cm i widzę nieproporcjonalne sylwetki. Jak stanęłam, one też stanęły, za chwilę jeden z nich odwrócił głowę w moim kierunku i wtedy jakbym dostała paraliżu, jakbym była w jakimś amoku. Nie wiem, jak to nazwać, nie mogłam się ruszyć”.
Po tym czasie dziwnego odrętwienia dziewczynka ocknęła się i stwierdziła, że musi uciekać z tego miejsca. Nie wiedziała, co stało się z postaciami, więc biegła szybko w kierunku swojej wsi. Chciała jak najszybciej dotrzeć do domu, aby jej ojciec, który ją wychowywał, nie zauważył, że wyszła sama do kościoła. Jakież było jej zdziwienie, gdy dotarła do domu, a zegar wskazywał godzinę 22:00.
Czy ten niezwykły missing time miał związek z dziwnymi istotami? Nie można tego wykluczyć. Gdzie przepadły prawie trzy godziny? Gdzie w tym czasie była i co robiła Monika?
Zdarzenie z Wólki Łętowskiej wpisuje się w charakterystykę spotkań z „chochlikami” czy fairies w dawnym folklorze, w którym magiczne istoty spotykały lub przenosiły ludzi w inne światy, a czas w tym doświadczeniu upływał w sposób niezrozumiały dla człowieka.
18. Demoniczna kreatura na podwórku — Świdnica (1982 r.)
Bardzo duża część zdarzeń związanych z żywym folklorem paradoksalnie wcale nie ma miejsca w lasach czy na dzikich pustkowiach. W swoim archiwum posiadam kilkanaście relacji, które pochodzą z miast. Jedna z takich historii miała miejsce zimą 1982 lub 1983 r. w Świdnicy przy ulicy Lenina:
„Była noc. Mieszkałam w kamienicy na parterze. Wersalkę miałam przy ścianie dzielącej korytarz z moim pokojem. Zima. Drzwi od kamienicy ciężkie, trudno było je otworzyć, aby wejść. Zgaszone światło, właśnie miałam zasypiać. Słyszę — biega coś od piwnicy na podwórko w te i z powrotem. Pomyślałam, że pies. Potem myślę — ale jak ten pies przechodzi przez zamknięte drzwi? Wstałam, podeszłam do okna. Księżyc świecił jak szalony. Stoję i patrzę, czy pies nie biega po podwórku. Już miałam odejść od okna, nagle widzę coś ciemnego, wielkiego przy ścianie garażu. Myślę, ale duży pies i chciałam ponownie odejść, ale to coś wyszło na oświetlony śnieg i zobaczyłam ogromną kosmatą postać, która poruszała się na trzech nogach, a jedną łapą odbijała się od ziemi. Zaciekawiło mnie co to i stoję przy oknie pomimo wewnętrznego niepokoju. Owa postać zmierza w stronę drzwi bramy i pod moim oknem się wyprostowała — miała ze 2 m. Wbiegła przez zamknięte drzwi, stanęła pod moimi drzwiami od domu. Stoję pod tymi drzwiami, chcę otworzyć, zobaczyć, ale coś mi mówi: „Nie”. Słyszę, dyszy. Raz chcę otworzyć, raz się boję. Rezygnuję, odwracam się od drzwi — w tym momencie jak to coś rykło i wpadło z hukiem do piwnicy, to ja pod kołdrę, trzęsąc się ze strachu. Do rana nie mogłam zmrużyć oka. Rano sprawdzałam, czy są ślady na śniegu, bo w nocy nie padało. Nie było żadnego śladu. Ta historia jak i inne są prawdziwe, więc proszę nie żartować. Spotkałam diabła — tak myślę. Dodam, że przeszłam śmierć kliniczną jako niemowlę”.
Kobieta, z którą prowadziłem korespondencję, opisała tajemniczą istotę jako bardzo wysoką, mocno owłosioną, a jej oczy miały kolor czerwony, przypominający rozżarzone węgle. Mieszkańcy kamienicy, w której doszło do zdarzenia, odczuwali silny lęk, szczególnie przebywając w piwnicy, a niektórzy słyszeli również dziwne, niespokojne dyszenie, które dodatkowo potęgowało poczucie zagrożenia. Następnego dnia kobieta sprawdziła teren, chcąc upewnić się, czy po „harcach diabła” nie pozostały żadne ślady na śniegu. Okazało się jednak, że miejsce, w którym poruszała się istota, było całkowicie nienaruszone, co tylko dodawało tajemniczości całej historii.
19. Złośliwy nocny krasnal — okolice Słupska (1983 r.)
Poniższą historię poznałem dzięki audycji prowadzonej przez Marka Sęka pt. „Dziedzictwo tajemnic. Rodzinne sekrety. Mówią świadkowie — odc. 106”. Zdarzenie dotyczy dziewczynki z okolic Słupska, która doświadczyła niezwykłego spotkania z czymś, co można by określić mianem żywego folkloru. Relację tę świadek po latach przekazała osobie z rodziny. To właśnie ona podzieliła się historią swojej bratowej, a także innymi opowieściami krążącymi w rodzinie. Część z nich dotyczyła spotkań z tajemniczymi, owłosionymi stworami widywanymi na polnej drodze. Według relacji były to istoty przypominające duże, dwunożne postacie porośnięte gęstym futrem. Dziś podobne opisy moglibyśmy skojarzyć ze zdarzeniami z USA znanymi pod nazwą Bigfoot. Świadkowie tych zdarzeń chcieli pozostać anonimowi, podobnie jak miejsce, w którym doszło do opisywanych wydarzeń. Mogę tylko dodać, że było to w okolicach Słupska. Dzięki informatorowi udało mi się nawiązać kontakt ze świadkiem zdarzenia i przeprowadzić z nim rozmowę na ten temat. Znamienne było to, że w głosie mojej rozmówczyni wyraźnie wyczuwało się lęk, który mimo upływu wielu lat wciąż jej towarzyszy, gdy wraca wspomnieniami do tamtych wydarzeń:
„To jest najbardziej traumatyczne moje przeżycie z dzieciństwa. A mianowicie: kiedy miałam 6 lat, pewnej nocy przebudziłam się, bo czułam, że ktoś zabiera moją kołdrę, szarpie ją. Kiedy otworzyłam oczy w ciemności, bo wiadomo, środek nocy — ale musiała to być jasna noc, bo widziałam tę postać. Widziałam, że ma czerwoną czapkę, szpiczastą nachodzącą na czoło, ale oczu nie zakrywała. W ciemności to było niesamowite: czarna broda, ciemne oczy i paskudna łapa, która sięgała przez bok łóżka po moją kołdrę. Dłoń duża, męska, stara, jakby za duża do postaci. Wyglądało to tak, jakby ta postać była niska — ten krasnal stał na palcach. Jedną ręką był oparty o bok łóżka, a drugą szarpał kołdrę. Ja byłam tak wystraszona, że nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Trzymałam z całych sił rękami kołdrę i kopałam w tę łapę, którą ją ciągnął. W pewnym momencie on zniknął. Więcej nigdy nie widziałam takich postaci”.
Po zdarzeniu dziewczynka opowiedziała rodzicom o swoim przeżyciu z krasnalem. Niestety, rodzice stwierdzili, że był to jedynie zły sen.
20. Nocna wizyta fauna — Bełchatów (lata 90. XX w.)
Poniższe zdarzenie jest jednym z tych, przy których aż skóra cierpnie, ze względu na demonicznie wyglądającą istotę. Ta pojawiła się przy łóżku małej dziewczynki. Dziś, jako dorosła kobieta, postanowiła podzielić się ze mną tą niezwykłą historią, która miała miejsce w Bełchatowie na początku lat 90. XX wieku:
„Miało to miejsce w Bełchatowie. Szczerze to sama nie wiem, co o tym sądzić, bo nie pamiętam żadnego innego wydarzenia z tego okresu aż tak dokładnie jak to, mimo upływu lat, nie zdarzyło mi się też nigdy mieć snu na jawie, ani nie biorę żadnych leków czy innych środków, które by mogły powodować jakiegoś rodzaju halucynacje, wykorzystujące wszystkie zmysły (ani nawet nie mam zamiaru czegoś takiego spróbować…). Załączam też grafikę, którą zrobiłam dwa lata temu, która mniej więcej oddaje to, co widziałam, ale najbardziej zapadła mi w pamięć ta głowa i ogromne żółte oczy. Była to wiosenna noc. Nocowałam wtedy z rodzicami w mieszkaniu cioci, aby ci mogli nadzorować budowę swojego domu w mieście obok. Wszyscy byli pogrążeni w głębokim śnie, kiedy nagle z tego snu wyrwał mnie dziwny niepokój i metaliczno-siarkowy zapach. Czułam, jakby ktoś chciał mi przekazać, bym uważała na coś, co nadejdzie od strony zamkniętych podwójnych drzwi do salonu, w którym spaliśmy. W sekundę poczułam się obudzona — jak gdyby był środek dnia, a nie nocy.
Nagle zauważyłam dziwny, biało-szary dym przenikający przez drzwi, a wraz z nim początek zwierzęcej wręcz nogi, kończącej się czymś w rodzaju kopyta. Natychmiast schowałam się cała pod kołdrę, położyłam tak płasko na plecach jak to tylko było możliwe i wstrzymałam oddech z całej siły. Było mi gorąco ze strachu, lecz postanowiłam, że nie będę dawać znaku życia, aby móc ukryć się przed tym, co przyszło do pokoju, mając nadzieję, że mnie nie zauważy. Jednak moja ciekawość wygrała, nie potrafiłam już dłużej wstrzymywać powietrza i delikatnie odchyliłam kołdrę, przyglądając się nieproszonemu gościowi. Bezchmurne niebo i jasne światło odbite od Księżyca ułatwiało obserwację. Zauważyłam wysoką istotę stojącą na środku salonu. Szczupła, ze skórą w kolorze nadpalonego mięsa, lekko połyskującą — niczym skóra ryby, z głową nieregularną na czubku, bez włosów, jakby poszarpaną i większą niż standardowe proporcje ludzkie. Nogi od pasa w dół rzeczywiście przypominały zwierzęce racice, jakby od dzika, spowite na dole dymem, który wydawał się jakby również był sterowany lub myślący, z przodu kłębił się bardziej, a istota stała na „dywanie” z dymu.
W prawej ręce trzymała przedmiot przypominający trójząb lub dzidę, wystający ponad głowę i patrzyła w przeciwnym kierunku, obserwując meble i pokój. Nie miała na sobie żadnego widocznego odzienia.
Obserwowałam ją, a w głowie miałam milion myśli, przeważał w nich ogromny niepokój i jednoczesna chęć ucieczki, jak i pozostania w bezruchu. Jednak byłam tak sparaliżowana strachem, że nie byłam w stanie się ruszyć. W pewnym momencie istota ta zaczęła powoli obracać głowę w kierunku najpierw okien wychodzących na balkon, a potem na moich rodziców. Najpierw popatrzyła na moją mamę, potem na tatę. Wtedy zobaczyłam jej ogromne żółte oczy z bardzo małymi czarnymi źrenicami, małe usta i ledwo widoczny nos. Zdobyłam się na, jak mi się wtedy wydawało, najgłośniejszy krzyk, lecz coś mnie od środka tak zdusiło (strach?), że udało mi się wydobyć jedynie cichy pisk. W tym momencie istota nagle zwróciła swoje ogromne żółte ślepia na mnie. Zamknęłam szparę w kołdrze, przez którą ją obserwowałam, wstrzymałam resztki oddechu i z głośnym waleniem serca, które było jedynym, co słyszałam, czekałam, co nadejdzie dalej. Zdawało mi się wtedy, że trwa to całe wieki, lecz z pewnością mogło to być max 15—20 sekund. Odchyliłam kołdrę jeszcze raz, będąc pewna, że istota będzie teraz stać tuż nade mną i zrobi mi krzywdę. Tak się jednak nie stało. Pozaziemski gość był już obrócony bokiem do mnie, jakby nie był nami zainteresowany. Robił powolne ruchy nogami, co powodowało szybsze poruszanie się dymu, na którym stał, a dzięki któremu się przemieszczał. Wyglądało to tak, jakby poruszał się w innej gęstości niż ziemska atmosfera, jak gdyby żadne prawa fizyki go nie obowiązywały. Przeniknął przez okna i ścianę na balkon, po czym nagle wystrzelił pod ostrym kątem prosto w dół. Kiedy byłam już pewna, że zniknął, wstałam na równe nogi i zaczęłam budzić tatę, szturchając go za ramiona, gorączkowo opowiadając, co widziałam i krzykiem pytając, czy żyje. Ten na szczęście żył, tak samo jak mama śpiąca obok, ale jedynie wymamrotał coś, że chce spać i zasnął. Następnego dnia przy śniadaniu opowiadałam o zdarzeniu rodzicom oraz cioci i wujkowi, ale oni — kolokwialnie mówiąc, olali tę historię. 6 lat później również w luźnej rozmowie opowiedziałam tę samą historię. Zdziwili się, że w ogóle jeszcze to pamiętam i przypomnieli sobie, że faktycznie taka sytuacja miała miejsce, że już przecież o tym opowiadałam.
A pamiętam to do tej pory, cały czas tak samo”.
Oczywiście nasuwa się pytanie, czy 10-letnia dziewczynka rzeczywiście nie doświadczyła zwykłego snu. Jednak czytając jej relację, trudno postawić taką tezę. Szczegółowe opisy wyglądu tajemniczej istoty, jej nietypowego zachowania oraz otoczenia sprawiają wrażenie, że tego wieczoru w Bełchatowie wydarzyło się coś naprawdę niezwykłego i trudnego do wyjaśnienia w kategoriach codziennego snu.
W ufologii stosunkowo często opisywane są tzw. bedroom visitors, czyli nocne wizyty istot, które pojawiają się przy śpiących osobach. Zwykle są to cieniste, ciemne, często zakapturzone postacie, stojące w pobliżu łóżka. W relacji dziewczynki można dostrzec pewną analogię do tego schematu. Jednak istota mogła być czymś znacznie bardziej zagadkowym i niecodziennym.
21.,,Diabeł’’ w pokoju — Gdynia (1992/1993)
Kolejna uczestniczka naszych badań nad żywym folklorem, mając zaledwie około 4 lat, doświadczyła zdarzenia o charakterze zbliżonym do tego, które miało miejsce w Bełchatowie. Pojawia się tu naturalne pytanie: Czy w przypadku tak młodego wieku możliwe jest, aby świadek zachował w pamięci szczegóły tej historii aż do dziś?
Przeanalizujmy jej opowieść i sami spróbujmy ocenić, jak żywe i wyraźne mogą być wspomnienia z wczesnego dzieciństwa, zwłaszcza jeśli dotyczą one wydarzeń niezwykłych lub trudnych do wytłumaczenia:
„Był to rok prawdopodobnie 1993 lub 1994. Musiałam mieć wtedy między 2 a 4 lata, trudno to dziś dokładnie określić. Na pewno potrafiłam już mówić i wiedziałam, co oznacza „sen”. Relacje innych świadków ośmieliły mnie, by w końcu się tym podzielić. Wiem, że w wielu przypadkach wygląda to podobnie. Mieszkałam wtedy w małym mieszkaniu w kamienicy w centrum Gdyni. Dzieliłam pokój z bratem, spaliśmy razem na dużej rozkładanej rogówce. Łóżko było ustawione tak, że gdy leżałam na plecach, miałam wprost przed sobą drzwi do pokoju. Była noc. Na pewno noc — nie późny wieczór, bo rodzice już spali. Nie wiem, czy się przebudziłam, ale pamiętam wyraźnie, że byłam w swoim pokoju. Nic nie wyglądało inaczej niż zwykle. Żadnych zniekształceń typowych dla snów. Obudziłam się… i wtedy go zobaczyłam. W drzwiach stała postać wysoka, szeroka, wypełniała całe futryny. To był diabeł. Nie taki bajkowy, kreskówkowy. Wyglądał realnie. Cały był pokryty czarnym owłosieniem. Miał ogon, nie jestem pewna, czy powiewał, czy może trzymał go w ręku. Nie miał kopyt, tylko ludzkie stopy. I miał rogi. Stał w drzwiach i patrzył na mnie. Nie wszedł do pokoju. Nie byłam sparaliżowana. Próbowałam obudzić brata, ale był jak kamień, nic go nie ruszało. Nie mogłam pobiec do rodziców — przecież ON był w drzwiach! Jako mała dziewczynka mogłam tylko schować się pod kołdrą, drżąc z przerażenia i mając nadzieję, że nic mi nie zrobi. Po jakimś czasie uchyliłam kołdrę. Już go nie było. Rano, bardzo dobrze pamiętam, że wtuliłam się w mamę, a właściwie w jej nogi i zapłakana mówiłam, że w nocy był diabeł. I że to na pewno nie był sen. (Bałam się wtedy, że może pójdzie też do nich i zrobi im coś złego…).Oczywiście nie zostałam potraktowana poważnie. Pamiętam podśmiewki pod nosem i uspokajanie, że to „na pewno był tylko sen”. Można by założyć, że to faktycznie był sen. Ale dlaczego właśnie to zdarzenie spośród tak wczesnych wspomnień — tak wyraźnie zapadło mi w pamięć? I dlaczego wszystko w tym „śnie” było identyczne jak w rzeczywistości, z wyjątkiem tej postaci w drzwiach? Myślę, że podejście moich rodziców do takich tematów miało duży wpływ na blokadę, z którą zmagam się przez całe życie. Na koniec dodam jeszcze coś. Nie tak dawno, przy okazji rozmowy rodzinnej, temat jakoś wrócił. Powiedziałam o tym ponownie. Mama i tata spojrzeli na siebie wymownie… i nic nie powiedzieli. Dodam też, że od lat zmagam się z przewlekłą depresją i autodestrukcyjnymi zachowaniami, które ciągną się za mną jak cień. Ostatnio pomyślałam, a może naprawdę jakaś „ciemna istota” przyszła wtedy, wiedząc: „O, ta będzie nasza”. To są ciemne myśli. Rzucam je w eter. Ten pierwszy „kontakt” nigdy nie dawał mi spokoju. Czy to był tylko sen? Wszystko we mnie mówi, że nie”.
W dalszej korespondencji pani Dominika (nazwisko zastrzeżone) przedstawiła dość szczegółowy opis istoty, która rzeczywiście przypomina archetypicznego diabła znanego z ludowych rysunków i opowieści. Nasuwa się pytanie, czy 4-letnia dziewczynka mogła widzieć taki obraz. Oczywiście nie można tego wykluczyć, chociaż trudno przypuszczać, aby rodzice pokazywali małemu dziecku rysunki lub podobizny diabłów. Zapoznajmy się teraz z opisem istoty, który w wielu szczegółach odpowiada klasycznemu diabłu z folkloru ludowego:
„Przede wszystkim cisza, żadnych odgłosów, diabeł też się nie odzywał, tylko patrzył prosto na mnie. W pokoju był mój brat, szarpałam go, ale nic go nie ruszało. Zapachu żadnego nie pamiętam. Ogólnie postać była bardzo „ludzka” w posturze. Wysokości drzwi (byłam bardzo mała, więc wysokości drzwi nie podam dokładnie). Oczy miał jakby ludzkie kształtem, ale raczej ciemne, źrenic nie pamiętam. Ogon długi, widać było z boku, poruszał się sam, chociaż nie jestem pewna czy lekko go lewą ręką nie trzymał. Cały był pokryty czarnym, grubym włosiem, takim kędzierzawym, jak czarny baran, oprócz części twarzy: oczy i nos, duży szpakowaty nos, prawie czerwony, ale bardziej jak u „pijaka”. Głowa była pokryta tym samym włosiem, ale były rogi, stosunkowo krótkie, coś może jak u młodego kozła. Nogi — jak całe ciało — w tej „czarnej wełnie”, oprócz stóp, tylko to były jakby w połowie stopy i kopyta, ciężko powiedzieć, dokładnie chyba nie pamiętam, bo skupiłam uwagę ogólnie na całej postaci i wszywających się we mnie oczach”.
22. Tańczące skrzaty — Pabianice (1995 r.)
W moim archiwum dotyczącym postaci z żywego folkloru posiadam znaczną część relacji dokonanych przez dzieci. Z badań FIS wynika, iż dzieci stanowią obecnie najmniejszy procent zgłaszanych obserwacji, a ich relacje bywają oceniane jako mniej wiarygodne ze względu na wiek. Osobiście uważam inaczej — dzieci wcale nie są mniej wiarygodne od dorosłych. Podobne wnioski można wyciągnąć, analizując relacje związane z UFO.
Moim zdaniem dzieci w wieku około 6 lat mogą dostrzegać znacznie szerszy zakres zjawisk niż osoby dorosłe. Co więcej, wiele z tych doświadczeń dzieci przypominają sobie w dorosłym życiu i wracają do nich w swoich opowieściach. Tak było w przypadku wielu moich rozmówców. Jednym z nich był mój informator z Pabianic, który przeżył coś, co doskonale wpisuje się w tematykę żywego folkloru:
„Gdy byłem mały, często budziłem się w nocy (ja spałem w małym pokoju, a mama w dużym), budził mnie hałas typowych imienin, czyli takiej wrzawy pijanych wujków, muzyki i świateł zapalonych. Więc podchodziłem do futryny (nie mieliśmy drzwi ani w małym pokoju, ani w dużym) i zerkałem, co tam się dzieje w dużym pokoju. A tam — ku mojemu zdziwieniu -widziałem skrzaty, które się bawią, tańczą, śmieją, słychać było muzykę, widać różne światła kolorowe. A ja stałem, się temu ukradkiem przyglądałem, choć one to widziały, też na mnie patrzyły i uśmiechały się. Można sobie zadać pytanie: Czemu tam po prostu nie poszedłem? Ale czułem jakiś lęk i wiedziałem, że nie wolno mi tam iść, coś takiego — jakby mama kategorycznie czegoś zabroniła i wiedziałeś, że nie wolno tego zrobić. Przy samej obserwacji nie czułem lęku, tylko zaciekawienie i fascynację, ale wiedziałem, że nie mogę tam pójść i już. Na drugi dzień zawsze pytałem mamy, czy były jakieś imieniny wczoraj, bo była muzyka, światła pozapalane w nocy i tak dalej. Mama oczywiście mówiła, że nic nie było i że mi się coś przyśniło, w sumie nigdy żadnych śladów też nie znalazłem, raczej by w nocy nie posprzątała wszystkiego. To dziwne wydarzenie przytrafiało się nie raz, aż jakoś naturalnie zanikło”.
Najdziwniejsze jest to, że podobne harce skrzatów miały się zdarzyć kilka nocy z rzędu, co jest bardzo rzadko spotykane — nawet w raportach Simona Younga (z całego świata). Świadek po latach jeszcze sprecyzował — na ile mu pamięć pozwala opisać — wygląd istot:
„Co do wyglądu, to ciężko mi sobie dokładnie przypomnieć, a jak sobie to wyobrażam, to nie wiem, czy to nie jest zakłócone obrazem z bajek. Małe, powiedzmy wysokości kota, typowe czapki jak w bajkach, buty szpiczaste i wszystkie się uśmiechały, ale nie tak przyjaźnie jak do dziecka. Bardziej złowieszczo/złośliwie, jakby się cieszyły, że coś odwalają. Może dlatego nigdy nie przeszedłem do pokoju, bo czułem, że to nie jest przyjazne uśmiechanie się do dziecka, żeby się bawić, czy coś. Myślę, że kilka minut mogłem się przyglądać, z tego co pamiętam, patrząc się na to, miałem takie uczucie, że nie powinienem podglądać, coś typu jak mama zakazała czegoś oglądać w TV, bo było to nieodpowiednie dla dziecka, a my byśmy podglądali i się głupio z tym czuli przyłapani. Więc jeśli pamięć nie myli, gdy mnie przyłapali na gapieniu się, to leciałem do łóżka i zasypiałem momentalnie”.
23. Rogata postać w oknie — Kępa Skórecka (2002 r.) i zmiennokształtna istota w Wiśle — Rękowice (2019 r.)
Istnieją zdarzenia, które trudno jednoznacznie zaklasyfikować. Z jednym z nich zetknąłem się w Rękowicach. To historia wpisująca się w pojęcie zmiennokształtności, znane zarówno ze starych opisów folklorystycznych, jak i ze współczesnych baśni i filmów. Zanim jednak przejdę do tej opowieści, chciałbym wspomnieć o innej, dotyczącej rogatej postaci zauważonej przez okno. Obie relacje otrzymałem od mojego Czytelnika, który specjalnie dla mnie zebrał je w terenie. Co istotne, wydarzenia te miały miejsce w niewielkiej odległości od siebie, w dwóch miejscowościach położonych w województwie mazowieckim, na terenie powiatu kozienickiego. Poniżej przytaczam pierwszą historię, związaną z tajemniczą postacią określaną mianem „diabła”: