E-book
27.3
drukowana A5
45.81
#Żyjcoś

Bezpłatny fragment - #Żyjcoś


5
Objętość:
214 str.
ISBN:
978-83-8189-708-2
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 45.81

#ByłSobieChłopak

Chłopak z małego miasta.


Nie wiedział on, że drzemią w nim pokłady niesamowitej energii, dobra i chęci pomocy.

Nie poddał się, choć doskonale wiedział, że hołubione przez niego wartości, nie mają już takiego znaczenia, jakie mieć powinny i że może być jedynie gorzej. A w tym wszystkim przyświecało mu przekonanie, że dobro zwycięża.

Mógłbym cię zachęcić, mój drogi czytelniku, byś do końca przeczytał tę książkę i zapewnić, że naprawdę warto to zrobić, ale mam nadzieje, że jeśli dotrzesz do ostatniej jej strony, sam przekonasz się, że miałem racje.


Chcę cię jednak ostrzec, nie zawsze będą to miłe i ciepłe słowa, czasem przeczytasz coś szokującego. Wtedy zapytasz siebie, czy nie mogłem tego napisać inaczej, ale chciałem w tę książkę włożyć jak najwięcej siebie. Dlatego takie, a nie inne słowa użyłem. Bo takie, a nie inne było moje życie. Drogę jaką przeszedłem, aby osiągnąć swój sukces oraz wymarzoną niezależność finansową. Chciałbym, aby moja rodzina, czytając ją zrozumiała, dlaczego w pewnych etapach mojego życia zachowywałem się tak, a nie inaczej, chciałbym, aby moje dzieci, wnuki, prawnuki mogły poznać mnie takiego jakim byłem.


Gdy ja wypytywałem moją rodzinę o pradziadków jacy byli prawie nikt nic nie pamiętał, dlatego nie chcę odchodzić z tego świata nie pozostawiając nic dla potomków oraz ciebie czytelniku.


Życzę Ci również, abyś dzięki słowom zawartym w tej książce, mój drogi czytelniku poczuł, co to dla mnie prawdziwa wolność i niezależność. A jeśli nie jesteś jeszcze gotowy na tak wielkie zmiany, to postaram się chociaż, pokazać ci i przekonać, że nie jest to wcale trudne.


Choć może na początku to trochę tak brzmi, ta książka nie ma być moją biografią. Nie może być jednak inaczej napisana, bo chciałem przedstawić ci prawdziwe zdarzenia z mojego życia, które pozwolą ci bardziej zrozumieć przez co przeszedłem i co doprowadziło mnie do tego, co mam obecnie. Mam nadzieję, że zbiór wybranych przeze mnie moich doświadczeń, pozwoli ci realnie zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi i jak odnalazłem swoje prawdziwe życie.


Wskażę ci drogę, jak w łatwy sposób przejść najtrudniejsze pierwsze jedenaście miesięcy i odnaleźć prawdziwego siebie, gdyż sądzę, że w każdej osobie drzemie niezmierzony potencjał i moc, którą tylko trzeba umieć wydobyć.


Tego ci życzę, abyś dzięki tej książce odnalazł prawdziwego siebie.


Starałem się napisać tę książkę w taki sposób, aby była czytelna i pochłaniało się ją bardzo szybko i łatwo. Bardzo lubię czytać i fascynują mnie książki, które z kartki na kartkę napędzają, dają mi energie, dzięki której chce się jeszcze i jeszcze.


Nie zleciłem napisania jej ghostwriterowi, by pójść na łatwiznę, chciałem by najbliższe osoby, mogły odnaleźć w niej prawdziwego mnie.

Mam nadzieje, że podołam i moja książka też taka będzie, i że dzięki niej dam ci energie i moc do działania.


W owocu mojej pracy, który właśnie trzymasz w rękach, starałem się również przedstawić mój punkt widzenia na pewne sprawy.

Nim zaczniesz mnie oceniać, chciałbym, żebyś poznał mnie takiego jakim byłem i jaki jestem teraz.

Istnieją tylko dwa dni w roku, w których nic nie może być zrobione Jeden nazywa się wczoraj. A drugi jutro, DZISIAJ jest właściwy dzień, aby kochać, wierzyć i żyć w pełni — Tenzin Gjaco

#TrocheOMnie

Jak już wiesz, albo dowiesz się właśnie teraz, to co masz przed oczami to moja pierwsza książka i jak każdy początkujący autor mam obawy czy dobrze zrobiłem składając moje prywatne życie i doświadczenia na ręce publiki.


Oddając się lekturze największych klasyków, można poddać wątpliwości wydanie tej książki oraz to, że moje nazwisko może znaleźć się w czyimś domu na półce, obok Żeromskiego czy Mickiewicza. Sam mam świadomość, tego, że gdzie mi tam do nich.


Jednakże czasy się zmieniły, czytelnik pragnie nie tylko lektury wielkich, a coraz częściej z ciekawości, sięga po tych którzy dopiero chcą się wpisać w historię, lub chociaż szczęśliwym trafem znaleźć się na półce w najpopularniejszych księgarniach w Polsce czy na Świecie.

I właśnie coś takiego spowodowało, że czytasz teraz moją książkę.


Nie zdając sobie sprawy, że przyczyniłeś się tym, że czuje teraz radość, że ją czytasz. Z każdą chwilą coraz większą, gdyż wiem, że w tych czasach coraz mniej ludzi czyta i że z roku na rok niestety statystyki spadają.


Urodziłem się w niespełna dwudziestotysięcznym miasteczku, zwanym Jędrzejowem w województwie Świętokrzyskim. Byś mógł wczuć się bardziej w moją rolę, chciałbym choć trochę przybliżyć ci charakter tego miasta.


Jędrzejów jeszcze za komuny, w latach dziewięćdziesiątych i później, niestety było zarządzane przez nieodpowiednie osoby, nie miało więc możliwości rozwoju. Nie było w nim za dużo fabryk, miejsc pracy i możliwości. Jeśli chciałeś dobrze zarabiać i lepiej żyć, trzeba było wyprowadzić się do pobliskich Kielc lub Krakowa. Nie są to standardowe słowa, prawda? Zazwyczaj zachwala się swoje miasto rodzinne. Powinna być tu jakaś wstawka o malowniczej krainie. Wiem, że nie powinienem tak pisać o moim mieście, ale tak niestety było.


Jeśli jesteś młodą osobą zapewne mnie nie rozumiesz. Mogę ci zaproponować niezawodną pomoc wujka Google. Proszę nie obraź się teraz, nie chodzi mi o to, że nie chce ci o tym opowiedzieć, ale zależy mi na tym byś sam dotarł do tych informacji. Sprawdź o co mi chodzi, co to komuna i początkowe lata dziewięćdziesiąte.


Jeśli jesteś starszy rozumiesz mnie w pełni, o co mi chodzi, jak żyło się w tamtych czasach i jak było ciężko, ale sądzę, że w tamtych latach było podobnie w większości polskich miast nie tylko w Jędrzejowie.


Oby te czasy nigdy nie wróciły. Wszystko stało się lepsze i niech tak pozostanie.


Małe miasto to nie koniec świata!


Pamiętam jak dziś, gdy kilka lat temu burmistrzem Jędrzejowa została osoba z mojego pokolenia, Marcin Piszczek. Osobiście uważam, że w końcu pojawiła się osoba z odpowiednimi kompetencjami, na odpowiednim miejscu. Ma to coś, aby dobrze zarządzać miastem, która wreszcie posiada wizje zmiany na lepsze. Szare i ubogie tereny miasta obecnie przeplatane są pięknymi nowoczesnymi parkami i infrastrukturą.


Jeśli nigdy nie byłeś w Jędrzejowie, a tylko przejeżdżasz obwodnicami, zjedź proszę chodź raz i poświęć chwile, by zobaczyć jakie to piękne miasto. Polecam szczególnie nocą, gdyż posiada jedno z najpiękniejszych oświetleni w kraju, wśród małych miast.


Jeśli mogę być ci przewodnikiem, proponuje byś swoją wycieczkę zaczął od Muzeum Zegarów Słonecznych im. Przypkowskich, które mieści się na rynku, który jest swoistym sercem miasta. A że serce jest organem, które czasem potrzebuje pomocy, z dumą muszę powiedzieć, że nasze serce również otrzyma pomoc, nie długo będzie odnawiany i gdy renowacja dobiegnie już końca rynek będzie piękniejszy niż dotychczas. Natomiast w muzeum, które już ci zachwalałem mieści się trzecia co do wielkości kolekcja zegarów słonecznych na Świecie. W jej zbiorach znajduje się ponad sześćset eksponatów, a w nich perełki z XV w. W muzealnym budynku znajduje się również biblioteka starodruków, zespół wnętrz zabytkowych, mieszkanie Przypkowskich z początku XX w. i apartament z XVIII w. a w piwnicach zbiory dawnej gastronomii i farmacji. Przejdź się również główną ul 11-Listopada, która w nocy nadaje piękno miastu, dzięki wyżej wspomnianemu oświetleniu. Ulicą tą dojdziesz do Archiopactwa Ojców Cystersów ufundowane w 1140 roku, do którego każdy powinien się udać chodź raz w życiu.


Mógłbym jeszcze wiele opowiadać o swoim rodzinnym mieście, ale myślę, że to nie czas i miejsce na to. A jeśli kiedyś już zawitasz do Jędrzejowa, to zapewniam cię, że sam znajdziesz najciekawsze miejsca dla siebie, chcę ci pozostawić nutkę tajemnicy, byś mógł czerpać przyjemność ze zwiedzania i odkrywania.

#OpuśćStrefęKomfortu

Znalazłem się w końcu w takim miejscu w moim życiu, w którym wiedziałem, że jeśli nie podejmę w odpowiednim momencie decyzji, zapewne zostanę tam, gdzie wszyscy, nie wiedząc o innych możliwościach, godząc się na to co daje mi życie. Bo idąc z tłumem nigdy nie zajdziemy dalej niż on. Zdaję sobie sprawę, że jeśli czytasz tę książkę masz prawo zapytać siebie jakie wartości edukacyjne niesie ona ze sobą lub co wartościowego może Ci przekazać mężczyzna taki jak ja. Chłopak z małego miasta.


I tu możesz się mylić dlatego, że jeśli jesteś z dużego miasta nie widzisz kontrastu.


Początkowo możesz zapytać siebie: O czym ten gość pisze?


Jednak, gdy skończysz czytać, przekonasz się, że zatraciłeś się, gdzieś po drodze trochę pogubiłeś, przestałeś być głodny życia, zrezygnowałeś z walki o siebie samego, a ilość otaczających cię bodźców i bliskość wszystkiego, co w dzisiejszych czasach modne: zaczynając od Instagrama, a na Galeriach Handlowych kończąc, tak naprawdę jest tylko twoją słabością.


Twoje życie zaczyna trochę przypominać zaprogramowany komputer? A to co robisz każdego dnia, staje się rutyną?


Jeśli tak jest to z każdym kolejnym dniem może być ci trudniej wyjść ze swojej strefy komfortu, gdyż gdy już postanowisz to zrobić, zacznie brakować ci dotychczasowych przyzwyczajeń.


Nie miałem wszystkiego. A że byłem głodny życia, o wszystko musiałem walczyć. Dla ludzi, którzy mieszkają w miastach, których ludność przekraczająca pięćset tysięcy, to o czym piszę może być tylko niezrozumiałym, niczym niepodpartym użalaniem się. Zlepkiem liter. Bo przecież wystarczy chcieć i działać. Przecież jest wiele możliwości.


Ludzie tacy jak ja, pochodzący z miasteczek czy wsi, moje słowa mogą okazać się, ich myślami spisanymi na papierze. Bo oni wiedzą i zmagają się z tym, że czasem chęci jest wiele, a opcji brak.


Nie znaczy to jednak, że jeśli jesteś z wielkiego miasta, to nie powinieneś kontynuować tej książki. Nie odkładaj jej na półkę, nie skazuj jej na role łapacza kurzu. Zrób coś zupełnie odwrotnego. Karm się nią, póki nie będziesz syty.


Pisząc tę książkę, miałem chwile zwątpienia i zawahania, odkładałem jej wydanie z miesiąc na miesiąc, aż minął grubo pond rok. Aż do momentu, gdy otrzymałem wydrukowaną okładkę i pierwszym egzemplarz mojej książki.


Na początku nie wiedziałem, czy sobie poradzę z poprawnym przekazaniem moich myśli, gdyż tematy, w których będę się zagłębiać nie należą do łatwo rozumianych.

Nie chcę zabierać mojego bagażu doświadczenia do grobu, chcę się nimi podzielić, chce je pokazać i oddać w ręce młodych. By żyło się łatwiej. Byście chociaż wy mieli łatwiejszy start.


Ty zrobisz z tym, co zechcesz. Przyswoisz te rady i dzięki nimi pójdziesz naprzód albo nie zmienisz nic w swoim życiu i nadal będziesz żył tak jak do tej pory.


W tej książki dowiesz się jaką drogę przeszedłem, co było bodźcem do działania, przedstawię ci moje porażki, abyś ty nigdy nie musiał takich popełniać, doradzę jak w działać efektywnie w social mediach, które w dzisiejszych czasach, prawie że niezbędne i które stały się nieodłącznym kluczem do sukcesu.


Zdjąłem klapki z oczu, a motorem napędowym do tego było pierwsze jedenaście miesięcy.

#XImiesiecy

Dlaczego XI miesięcy? ponieważ takiego czasu będziesz potrzebował do tego, aby twoja rodzina i środowisko, w którym żyjesz zaakceptowało to, że ty nie jesteś już tą samą osobą, którą znali do tej pory.


Teraz jeszcze poprowadzę cię. Wyobraź sobie, że idziesz obok mnie droga, którą zaraz opiszę. Wpuszczę cię w swoje życie, pozwolę ci poznać moje prywatne życie i historie jakie mnie spotkały i które obudziły we mnie pragnienie i głód.


Pokaże ci również co może czekać cię dobrego, jak i ostrzegę przed złem, podając ci swój realny, może trochy przykry przykład. Opowiem ci również o mojej młodości, żebyś wiedział, że lekko nie miałem i mam nadzieje, że te fragmenty mojego życia pozwolą ci bardziej uwierzyć w swoje możliwości.


Dowiesz się również o tajnikach jakie można stosować w dzisiejszych czasach, w social mediach, które dobrze wykorzystane pozwolą ci przedstawić się światu z najlepszej strony, w łatwiejszy sposób. Zdradzę ci jak dobierać przyjaznych ludzi wokół siebie którzy, gdy nadejdą chwile zwątpienia lub porażki będę cię wspierać i dodawać powera do działania oraz nauczę cię jak zwalczać toksycznych ludzi. Przeczytasz również fragmenty z książek moich mentorów, które bardzo mnie zainspirowały i mam nadzieje, że ciebie też zainspirują.


Moją ceną jest jedynie prośba byś podążył za moimi radami.

#GirlPower

Mimo że tę książkę pisze mężczyzna, to możesz mi wierzyć, że najwięcej na początku pomogłem właśnie kobietom.


To one pozwoliły mi zrozumieć i zaakceptować, że tak naprawdę, są silniejsze w wielu aspektach życia, od nas mężczyzn. Jak mawiała Marilyn Monroe:

Daj kobiecie odpowiednie buty, a podbije świat.

Przede wszystkim, kobiety są wytrwalsze i jeśli chcą osiągnąć cel, to po prostu to robią jak za pomocą czarodziejskiej różdżki.


W pierwszy etapie mojego rozwoju myślałem głównie by pomóc moim kolegom.


Chciałem, zmienić o nas mężczyznach postrzeganie. By stereotyp o nas nie był powielany w Europie Zachodniej, a polski mężczyzna nie był postrzegany jako ten z wąsami, ogromnym brzuchem i czarną reklamówką w ręce. Sam miałem kiedyś taki balast, ale dzięki ciężkiej pracy udało mi się go zostawić gdzieś po drodze.


Nie będzie to jednak miejsce, gdzie przeczytasz, że to rodzina i przyjaciele mnie do tego zmotywowali, bo było wręcz przeciwnie. Moje pierwsze spotkanie z nimi, tymi którzy może wąsów nie mieli, ale szczycili się hodowlą mięśnia piwnego spowodowały, że mój zapał szybko się wypalił.


Mimo tego, że mówiłem im, że otyłość obciąża ich stawy i zwiększa się możliwość urazów jakich mogą doświadczyć, a zła dieta podwyższa ryzyko chorób. Na nic im były moje słowa. Niestety nic w ich życiu nie chcieli zmieniać, a nawet, część z nich nadal udaje sprawnych i w pełni aktywnych sportowo mężczyzn. Jednak, gdy przychodzi co do czego, po kilku minutach wspólnej aktywności sportowej, mają zadyszkę i to mimo młodego wieku.


Zamiast pomagać moim kolegą, którzy odrzucili moje zapały i od których częściej słyszałem śmiech, niż słowa wsparcia. Otworzyłem oczy i spojrzałem w innym kierunku. I wtedy dostrzegłem moje koleżanki, które jak każdy, miewały swoje problemy. Niektóre z nich zmagały się z chorobami tarczycy, wirusowym zapaleniem wątroby czy nadwagą tuż po ciąży.

#InternetMiPomógł

Tak stanąłem na początku drogi do pomagania innym poprzez social media. Moja walka z nadwagą, zaowocowała w utracie dziewiętnastu kilogramów, w krótkim czasie i o dziwo w dość łatwy dla mnie sposób. Gdy efekty były już widoczne, zaczęły się telefony z pytaniami. Jak to zrobiłem, że tyle schudłem? Były one początkiem moich internetowych spotkań z nieznanymi ludźmi, którzy, zamiast iść do dietetyczki chcieli mojej pomocy.


Zapytasz zapewne, czemu akurat do mnie?


Już pędzę z odpowiedzią.


Ponieważ osiągnąłem coś, co realnie było widać. Moja przemiana szokowała, widząc udostępniane przeze mnie zdjęcia na portalach społecznościowych, tego jak wyglądałem przed i po przemianie.


Nawet dla mnie jest to nie wyobrażalne, jak wyglądałem wcześniej i jaki progres przeszedłem. Gdy patrzę na swoje dawne zdjęcia nie dowierzam w to, jak wyglądałem, że miałem taką nadwagę i tego nie czułem.


W pasie grubo ponad setka, w lustrze patrzę na siebie i widzę dwie szyje. Ale nie przeszkadza mi to. Wmawiałem sobie, że to lustro czy kamera pogrubia itd.


Też tak sobie mówisz?


Boję się, że możesz tak sobie powtarzać aż do śmierci, jeśli nie będzie cię stać na ten pierwszy krok.


Zmianę jaką sobie zafundowałem, bardzo wpłynęła na mój rozwój osobisty. Bardziej uwierzyłem w siebie, w swoje możliwości i postawiłem się ostremu Hejtowi skierowanego w moją osobę.


Większość z was zapewne tak ma, że patrząc na swoje odbicie w lustrze szuka w swoim ciele jakiś mankamentów. Szczerze mówiąc, ja ich nie wdziałem i pewnie część z was też ich nie widzi, bo myśli, że skoro ktoś wygląda od nas gorzej, to my jesteśmy okay. Po co się zmieniać, skoro mogło być gorzej.


To właśnie taka nasza dziwna polska mentalność.


Chciałbym abyś ty też zrobił kolejny krok w walce o lepsze życie. I myślę, że uda ci się to zrobić dzięki moim prostym radą. Postaram się sprawić, że będziesz cieszył się lepszym życiem, tak jak ja cieszę się moim.


Możesz mi wierzyć lub nie. Ale kiedyś byłem chyba największym pesymistą i smutasem w mieście.


Na kolejnych stronach postaram ci się przybliżyć tajniki i zdradzić sekrety, jak osiągnąłem to wszystko, co sprawiło, że moje życie jest lepsze i w końcu czerpie z niego radość. Dam ci również taką porcję motywacji jakiej ja potrzebowałem, aby wystartować i trwać do dzisiaj. Bo na starcie jest ona niezwykle potrzebna! Zresztą co kilka kartek widzisz cytaty, które motywowały mnie do działania, dzielę się najlepszymi dla mnie z tobą. Nawet zaryzykuje stwierdzeniem, że najważniejsza jest właśnie motywacja.


Jeśli masz wsparcie, to już masz połowę sukcesu. Ciesz się z tego i doceniaj takie osoby. Bo są największym skarbem jaki posiadasz.


Przyznam, że nie doświadczyłem takiego luksusu. Nie miałem przy sobie osób, które by mnie motywowały. Ale nie mogłem za to narzekać na ilość hejtu jaki mnie otaczał i który zwalał mnie z nóg.


Kiedyś nie zdawałem sobie z tego sprawy i dlatego ponosiłem porażkę za porażką, tracąc przy tym również bardzo dużo pieniędzy. Kasy brak, efektów brak. A gdy już jakieś się pojawiały były chwilowe i znowu musiałem zaczynać od nowa. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że im więcej porażek, tym lepiej!


Czujesz to? Im więcej porażek, tym lepiej!


Co to ma być?!


W łatwy sposób ci to wytłumaczę.


Lubisz biegać, prawda? Ale zazwyczaj biegasz ze znajomymi, którzy są słabsi od ciebie. Dobierasz ich sumiennie z tym nie z tym tak, no bo po co biegać z kimś lepszym. Czy sądzisz, że będziesz lepszy każdego dnia? Zdecydowanie nie! Aby być lepszym musisz biegać z lepszymi od siebie, tylko w taki sposób osiągniesz progres. Jakież to proste. No nie?


Ćwicząc ze słabszymi twój instynkt i chęć zwycięstwa słabną. Osiadasz na laurach, mając pewność, że i tak zawsze wygrasz, więc nie ma po co się starać. Aż któregoś dnia, obecnie słabsza od ciebie osoba, zapragnie od siebie i swojego życia więcej i bez problemu cię przegoni.


Ćwicząc z mistrzami, może nie osiągniesz ich poziomu zbyt szybko, ale możesz mi wierzyć, z tygodnia na tydzień będziesz się przybliżał do szczytu. Będziesz biegał dalej i szybciej, będziesz czerpał z tego większą przyjemność, pomimo że będziesz z nimi przegrywał. Bo nawet ta ciągła przegrana, będzie twoim własnym zwycięstwem.


Uwierz mi, że tylko w taki sposób możesz szybciej się odpalić i stać się lepszy. Wiem, że to dziwnie brzmi, ale możesz mi wierzyć, że tak się stanie.

Przekonaj się sam. Oczywiście pod okiem trenera lub specjalisty. (Pamiętaj to bardzo ważne, abyś nim cokolwiek zrobisz skonsultował to wszystko ze specjalistą)


Ja chcę ci tylko, pokazać drogę jaką przeszedłem, a ty masz rozpalić w sobie chęć i ducha walki, i zawalczyć o swoje!


Zaczynając kolejną próbę walki o siebie postanowiłem najpierw nauczyć się jak wierzyć w siebie, postanowiłem się wyszkolić, aby znów nie ponieść porażki. Zacząłem od odchudzania i zmiany w aspekcie zdrowia i formy fizycznej, bo wiedziałem, że to pomoże mi też odnieść sukcesy w sferze biznesowej.

Z czytaniem książek i odczytywaniem w nich zawartych myśli autora, jest jak z życiem. Jeśli tylko chcesz i masz odwagę, możesz coś zmienić, a jeśli nie masz zapału niczego zmieniać, nie wyciągać żadnych wniosków, będzie zawsze tak jak do tej pory, będziesz nadal żył w swojej strefie komfortu. Bo po co zmieniać coś, co jest dobre.

Ja postanowiłem zmienić nie jeden aspekt, a całe życie, zrobić obrót o sto osiemdziesiąt stopni.


Pomyślisz teraz jak bardzo do niczego musiało być moje życie. Nie, nie było takie złe. Po prostu czegoś mi w nim brakowało. Nie było to życie, które chciałem wieść. Nie wiedziałem też czego tak właściwie chciałem od życia. Czułem, że stać mnie na coś więcej, mimo zbliżającej się czterdziestki na karku.


Powiedziałem sobie dość! Nie wiedziałem, czy mi się uda. Są dwie drogi albo coś osiągnę albo umrę przegrany. Ale będę mógł powiedzieć, że próbowałem.


Postaram się poprowadzić cię krok po kroku, przez jeszcze nieznaną dla ciebie drogę, która może wydawać ci się trochę straszna. Tak. Będzie czasem strasznie, ale mogę cię zapewnić, że równie pasjonująco i ciekawie. Bo nawet ja, ten który już ją zna, czasem zastanawiam się, otwierając kolejne drzwi, przeskakując kolejną przepaść i zdobywając następny szczyt, czy to już finisz czy coś mnie jeszcze nowego czeka.


Na tą chwile mogę ci powiedzieć, że ta droga, ilość drzwi i szczytów się nie kończy. Życie wciąż mnie zaskakuje, wprawia w zachwyt i niedowierzanie, że jeszcze tyle mogę osiągnąć. Oczywiście czasami też sponiewiera raz mocniej raz mniej, wtedy zawsze zatrzymuje się, wstaję z kolan, otrzepuję i idę dalej z mocniejszą siłą!


Chcę ci jeszcze powiedzieć coś, co nie wiem, czy ci się spodoba. Że ta droga jest jak gra w Mario. Możesz iść tylko w prawo, nie możesz się cofnąć. I tak otwierając kolejne drzwi, na zawsze musisz zamknąć te poprzednie, to jedyna droga do twojego sukcesu.


Pamiętam jak dziś, sytuację, gdy moi znajomymi blokowali mnie i gasili mój zapał. Mówili mi: „Jeszcze zobaczysz, będziesz wracał z tej swojej drogi sukcesu i na kolanach będziesz wszystkich przepraszał. Nie ty pierwszy chciałeś Bóg wie czego”. Kurde, minęło tyle lat i nikogo jeszcze nie przeprosiłem, a i zawracać nie mam ochoty.


Najgorsze, a zarazem najlepsze jest to, że ja już jestem tak wysoko, że gdy oni gdzieś tam na dole do mnie machają, to ja ich już nie widzę.


Najważniejsze to wbić sobie do głowy, że idziesz cały czas naprzód, nie oglądając się na siebie, bo jeśli się zatrzymasz, wszystko wokół ciebie cię pochłonie i wrócisz do miejsca, z którego zaczynałeś.


Teraz pomyślisz, że to przecież niewielka cena. Ale jeśli będąc blisko szczytu nagle spadasz w przepaść. Spadasz razem ze świadomością wielkości, tego jak już blisko chmur byłeś, jak niewiele brakowało, abyś ich dotknął. I leżysz na dnie, przytłoczony szyderczym śmiechem tłumu, który od samego początku czekał na twoją porażkę. „Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami”


Zacznijmy od początku, abyś poznał mnie i zrozumiał co doprowadziło do mojego sukces. Sukcesu, którego większość moich znajomych, niestety, dzisiaj mi zazdrości. Zamiast kilka lat temu ścisnąć moją dłoń i iść ramię w ramię!


Nie obwiniam ich za to, to ich życie i każdy ma prawo decydować sam o sobie.

Nie zamierzam nikogo zmieniać, ale chciałbym każdego nauczyć jak odkrywać i rozniecać w sobie chęć życia i przeżyć go na sto dziesięć procent.

#UrokiMałegoMiasta

Jak już wiesz, urodziłem się Jędrzejowie, niewielkim miasteczku. Pamiętam, jak czytałem w gazetach czy z tego, co uczono nas w szkole, że moje województwo, to mała zakała Polski. Największe bezrobocie, najgorsze perspektywy życia, znikoma ilość fabryk w których by można pracować, najbliższe miejsca oferujące lepsze życie, to dopiero jak już wiesz Kraków, albo Kielce.


Kiedyś wydawało mi się, że pochodząc z takiego miejsca, nie mając znajomości i układów, nie ma szans na odniesienie sukcesu. Teraz widzę jak bardzo się myliłem.


Odniosłem sukces, większy niż ktokolwiek inny stąd.


W małych miasteczkach panuje przekonanie. Każdy chciałby żyć w dostatku, opływać w bogactwach. Ale jak przyjdzie co do czego to jest różnie. Wspaniale jest odnieść sukces, ale nikt nie wie, jak to zrobić.


Jeśli kogoś zapytasz czym jest sukces, nikt ci nie powie, ale bezbłędnie podetnie ci skrzydła i zniechęci do działania. Bo jakim prawem tobie ma być lepiej, przecież inni zasługują na to bardziej. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie ci wmawiał, że powinieneś się skupić na tym, co masz i cieszyć z tego, co życie ci daje. Bo co za dużo to niezdrowo. A inni mają gorzej i nie narzekają. Najlepiej będzie, jak skupisz się na znalezieniu dobrej pracy, dożyciu ciepłej emerytury, by pożyć na niej najlepiej kilka lat.


Zawsze myślałem, że rady od osób starszych, czy bardziej wykształconych, takich po dobrych studiach są bezcenne.


Dziś już wiem i teraz dziele się tym z tobą, że inteligencja nie idzie w parze z wykształceniem. To, że ktoś jest profesorem, nie znaczy, że zawsze musi mieć racje.


Żyjąc w takim małym mieście, nieuniknione jest to, że każdy cię zna, choćby z widzenia. Można było poznać dziewczynę mimo braku telefonu komórkowego.


Czujesz? Żyłem w czasach, gdzie nie było takich rzeczy i poradziłem sobie. Pisząc to czuję się jak dinozaur.


Wracając do tej dziewczyny, aby zdobyć jej adres albo dowiedzieć się, gdzie chodzi do szkoły czy studiuje, wystarczyło popytać na dwóch osiedlach albo w centrum. Zawsze ktoś, coś wiedział. Zawsze znalazła się osoba, która wie wszystko o wszystkich. Niewiele potrzeba było czasu, żeby dowiedzieć się wszystkiego, gdzie mogę ja spotkać, jakie preferuje grono znajomych, jakie jest jej ulubione miejsce. Taki monitoring.


Choć tak naprawę nikt cię nie znał, to i tak wiedział o tobie wszystko i miał o tobie zdanie. Lepsze albo gorsze. Dotyczyło to każdego aspektu życia. Chciałeś znaleźć pracę, to w większości miejsc była już zaklepana, chyba że miałeś osobę, która zna osobę i była łaskawa tobie pierwszemu powiedzieć o tym, że jest gdzieś etat. Jak miałeś taką osobę to 60% sukcesu jest już po twojej stronie, kolejne 40% to rozmowa kwalifikacyjna.


Tak właśnie wygląda życie w małej społeczności, nikt nie jest anonimowy, każdy każdego zna. Musisz liczyć się z tym, że każdy będzie wiedział o tobie wszystko, dopowiedzą sobie na twój temat co będą chcieli, stworzą sobie taką wersję ciebie, jaką tylko będą chcieli.

Jedyne co stoi pomiędzy TOBĄ, a twoim CELEM, to te BZDURY które sobie mówisz, że nie dasz RADY! ~ Jordan Belfort

#SzkolnaPrzygoda

Pierwsze próby, które pamiętam, a bardzo utkwiły mi one w głowie, to Szkoła Podstawowa, w której na jednych z ostatnich lekcji, tuż przed przejściem do Szkoły Średniej, nauczycielka zadawała luźne rutynowe pytania:

Dzieci do jakiej szkoły idziecie?

Każdy z nas odpowiadał wstając z ławki.

Pamiętam jak dziś, prestiżem było Liceum Ogólnokształcące.

Mnie rajcowała w tamtym okresie mechanika i lubiłem coś popsuć i potem naprawiać. Gdy doszła moja kolej z pytaniem:

— Artuś, a ty, dokąd będziesz szedł do średniej szkoły? — zapytała mnie wychowawczyni.

— Proszę Pani ja pójdę do Technikum Samochodowego, będę mechanikiem! — odpowiedziałem.

Nauczycielka odpowiedziała mi ośmieszając mnie przy całej klasie:

Artuś, ty masz słabe oceny, nie kwapiłeś się do nauki, wolałeś w piłkę grać, sądzę, że powinieneś iść do Zasadniczej Szkoły Zawodowej, bo w Technikum Samochodowym nie dasz sobie rady…”


Dzisiaj chciałbym podziękować mojej Pani wychowawczyni, jeśli Pani czyta ten fragment, a może nawet całą książkę, to chcę Pani tylko powiedzieć, że w tamtych czasach nie dawała pani motywacji, a za to bardzo mocno podcinała skrzydła. Mimo wszystko pozdrawiam Panią bardzo serdecznie i życzę wszystkiego najlepszego.


Wtedy załamałem się, gdyż moje marzenia spełzły na niczym, to co chciałem robić, prysło jak bańka mydlana. Uznałem, że jestem słabeuszem i nie mogę iść do wymarzonego Technikum, by nauczyć się naprawiać auta, a będę musiał iść do ZSZ. Oczywiście nie ujmuję Zawodówce, ale w tamtych czasach w koło słyszałem, że uczą się tam uczniowie bez aspiracji.


Tata powiedział mi wtedy:

Synu ze sportu się nie wyżyjesz, musisz mieć zdaną maturę i studia, inaczej sobie nie poradzisz.


Załamałem się, przytłoczyło mnie również to, że ja, młody chłopak, któremu bardziej w głowie gra w piłkę i zabawa niż podejmowanie najważniejszej decyzji w życiu. Wybraliśmy, a tak właściwie tata wybrał.

Będziesz Spawaczem!

Wyjedziesz do Niemiec i będziesz dobrze zarabiał, mam tam znajomości to ci pomogę, ale zaczniesz tak jak nauczycielka Ci kazała od Zawodówki.


W tamtym okresie był to dla mnie ogromny wstyd, większość moich kolegów i koleżanek obrało LO, a ja musiałem iść inną drogą. Obawiałem się jak to będzie, tyle lat razem w podstawówce, a teraz nas rozdzielą i każdy pójdzie w inną stronę.

#Przeprowadzka

Pamiętam ze szkoły podstawowej, że urwisem nie byłem, ale zawsze znajdowałem się w nieodpowiednim miejscu i czasie. Może to zaważyło na decyzji wychowawczyni. Na dywaniku u dyrektora często nie bywałem, może dwa, trzy razy w życiu i to w szkoły podstawowej, ale szczególnie utkwił mi jeden pobyt. Po naszych zajęciach szkolnych z kolegą Pawłem (pozdrawiam) pomagaliśmy w przeprowadzce sali chemicznej… i nie zdając sobie sprawy z zagrożenia, postanowiliśmy przeprowadzić doświadczenie chemiczne w łazience. Pożyczyliśmy sobie dwie może trzy fiolki z substancjami chemicznymi. Chcieliśmy zrobić sobie różne dymki, tak jak to Pani nauczycielka robiła na lekcji. No i zrobiliśmy. Musieliśmy uciekać, a przez szkolny megafon zadźwięczały nasze nazwiska z formułką:

Proszeni są do dyrektora!

Ech, Paweł, jeśli to czytasz, to pewnie śmiejesz się tak, jak ja, teraz gdy sobie

to przypominam.


Muszę cię przestrzec, nie próbujcie nigdy, niczego podobnego, bo możecie mieć mniej szczęścia niż my i może się skończyć czymś poważniejszym niż wizyta u dyrektora. Lepiej pozostawić to profesjonalistom.


Na dywaniku ciekawie nie było, tym bardziej, że wezwano rodziców i cała szkoła dowiedziała się co zrobiliśmy. Jednak dzięki takim wyczynom czułem, że staję się rozpoznawalny. Mimo iż w tamtym okresie jeszcze nie do końca to rozumiałem.

Miałem jeszcze kilka mniejszych wtop po drodze, ale szczególnie utkwiła mnie kolejna i nigdy jej nie zapomnę, znów z kolegą Pawłem i kolejny raz z przeprowadzką w tle. Tym razem była to sala geograficzna.


Mieliśmy przyjść ok. 16:00 i za tą pomoc dostać po dobrej ocenie. Plan był taki idziemy po zajęciach po piwo, słuchamy koncertu ulubionego zespołu Metallica na kasecie VHS. Potem wracamy i pomagamy w przeprowadzce sali i do domu. Plan wydawał się prosty. Ale nie mogło być tak pięknie, coś poszło nie tak. A tak właściwie wszystko, co sobie zaplanowaliśmy, czyli wolna chata u kolegi, w butelce półtora litra, czyli po 3 piwa, nie pytaj, jak je zdobyliśmy będąc nieletnimi, rozgłoszony na ful telewizor, a w nim koncert ulubionego zespołu, a przed nim my, zadowoleni gówniarze udający dorosłych. Sądzę, że wszystko byłoby okay i nikt by się o tym nie dowiedział, ale ja pechowiec, zaliczyłem nokaut alkoholowy. (Jako gówniarz nie wiedziałem z czym to się je. Wydawało mi się, że to oranżada Kaskada, której wypijaliśmy w tamtych czasach hektolitry. I muszę się pochwalić, że byłem jednym z prowadzących, jeśli chodzi o szybkość jej wypicia. Jednak tym razem nie była to kaskada, a moje pierwsze w życiu piwa). Siedziało mi się wygodnie, słuchając muzyki, piwko popijało przyjemnie, udając przy tym jaki to twardziel jestem. Jednak po jakimś czasie, luzackiego spotkania, nogi zaczęły robić mi się jak z waty. Paweł wystraszony, bo zaraz jego rodzice mieli wracać z pracy. A gdyby zobaczyli mnie w takim stanie, to wszystkiego by się dowiedzieli i kolega miałby problem.


Jakimś cudem udało nam się dojść do szkoły. Ja uwieszony na jego ramieniu, jakoś dokuśtykałem do szkoły. A tam położyłem się na ławce, a wtedy urwał mi się film. A że nieszczęścia chodzą parami, akurat wtedy, jedna z nauczycielek wyczuła, że śmierdzi ode mnie alkoholem. Przez co wezwała moją wychowawczynię. Pomimo pomocy moich kolegów i podstępne wyjście ze szkoły, aby nikt mnie nie widział, nie pomogło i niestety nam się nie powodzi. Dalej nie będę pisał co się działo dywanik i groźba wyrzucenia ze szkoły. Na szczęście z pomocą rodziców udało się przeprosić dyrekcję i dokończyłem całą podstawówkę.


Przez te ostatnie wpadki zadałem sobie sprawę, że chyba jestem poniżej wszystkich norm społeczeństwa i wychowawczyni miała racje, że powinienem iść do Zasadniczej Szkoły Zawodowej, a nie do wymarzonego w tamtym czasie Technikum Samochodowego. Nim trafiłem do ZSZ zdałem sobie sprawę, że szkolnictwo nie uczy tego, co chcesz, w czym czujesz się dobry, a ścina cię na wstępie z marzeń. Tracisz zapał i poddajesz się i idziesz jak wszyscy, wiedząc że jak podniesiesz rękę do odpowiedzi i błędnie jej udzielisz to po pierwsze dostajesz nagrodę w postaci najniższej oceny i stajesz się pośmiewiskiem klasy. Po drugie nie możesz kontynuować tego na co masz ochotę, gdzie masz zapał i chęć na spełnianie swoich marzeń.


W szkole Zawodowej na początku obawiałem się, czy dam sobie radę, czy podołam. Jednak już po pierwszym półroczu razem z kolegą Michałem wiedzieliśmy, że coś jest nie tak.


Siedzieliśmy w pierwszych ławkach i materiały do nauki przyswajaliśmy najlepiej z całej klasy.

Szok!


W Szkole Podstawowej wpajano mi, że jestem poniżej przeciętnej, a w Zasadniczej jestem jednym z lepszych. Jako że zawsze lubiłem pomagać, tak te trzy lata zeszły mi na pomocy innym. Co to oznaczało? Mianowicie cała klasa mogła na nas, liczyć w każdej sprawie, czy to na dyktandach czy przy odrabianiu pracy domowej.

W twoim życiu pojawiają się trzy typy ludzi: Jedni podają ci dłoń, drudzy zostawiają Cię, trzeci spowodowali, że znalazłeś się w tym cudownym miejscu! ~ autor nieznany.

#AchTaMłodość

Można by uważać, że ten okres w moim życiu to przysłowiowy krok w tył.

Nie uważam, by tak było. Bo przecież oprócz pomagania innym w nauce, nauczyłem się też palić i wychylać kolejne piwka lub winka ;)


Jedyne co, to odnoszę wrażenie, że przechodząc przez szkołę zawodową trochę moja przemiana na chwile zwolniła bieg. Choć z drugiej strony, dała mi ona czas na odnajdywanie prawdziwego siebie. Jeśli chodzi o ZSZ to szkoła była ok i nie wiem, dlaczego przyswajamy za młodu, do siebie takie błędne informacje na każdy temat.


Będąc nastolatkiem dałem się pochłonąć temu, przez co przechodzi prawie każdy, a mianowicie przeżyłem również swoisty bunt. Dla nie których jest to niezgoda do całego świata, a dla innych odnajdywanie siebie.


Jako że Zasadnicza Szkoła była placówką, w której zajęcia odbywały się „po południu” tzn. Zaczynały się ok jedenastej, a kończyły po siedemnastej, miałem czas na regenerację, jeśli zasiedziałem się ze znajomymi do późna.

Ponadto w tamtym okresie w moim sercu rozgorzała miłość do piłki nożnej, ale niekoniecznie kopanej przeze mnie. Mianowicie kibicowałem naszej miejscowej drużynie.


Widok i dźwięki kilku tysięcy osób na trybunach dopingujących swoją drużynę podczas derbowych meczów, to coś, co pozostaje w pamięci i w sercu na całe życie. Ten okres pokazał mi czym jest jedność, szacunek oraz trzymanie języka za zębami. Możesz mi wierzyć lub nie, ale moje oczy dużo widziały.

Tata uczył mnie samodzielności, dając dużo swobody. Był zdania, że powinienem wszystkiego spróbować nim zacznę oceniać. Tłumacząc to tym, że jeśli on odejdzie z tego świata, mam nie płakać, mam być twardy, tak żebym sam sobie poradził, bo życie nie jest łatwe.


To mi utkwiło w głowie na zawsze „życie nie jest łatwe…”.


Nie zdając sobie sprawy z tych sygnałów nadal otaczałem się ludźmi, którzy pokazywali drugą stronę życia, zamiast czytać książki i uczyć się do szkoły, polubiłem całkiem inne życie. Ostrzejsze. Zacząłem chodzić na siłownie, na treningach niejednokrotnie miałem poharataną twarz od walki na macie. Mecze piłkarskie stały się obowiązkiem.


Wiodłem taki styl życia, nie widząc w nim nic złego ani niebezpiecznego. Uważałem je nawet za najlepszą rozrywkę, jaką mężczyzna może mieć w życiu. Skoro inni to robią, to na pewno nie może to być nic złego. Przecież ludzie chodzą na stadiony pokrzyczeć, czasem powyzywać, upuścić adrenalinie to uważałem, że ja też tak mogę, że to normalne. Podbijanie zwaśnionych kibicowsko miast stało się przez pewien czas nawykiem.


Nie miałem innych rozrywek, nie widziałem innych opcji. Kino u nas w mieście, w tamtym okresie było żenujące, a film, który był na topie, w naszym kinie wyświetlany był z miesięcznym opóźnieniem. Miejskie parki były obdrapane i brzydkie, boiska do piłki nożnej były wylane betonem. Jak na nich grać? Przy pierwszym upadku z piłką, noga zakrwawiona.


W tamtym okresie, jak w większości polskich miast, nawet u nas zaczęły pojawiać się różne subkultury, między innymi Metalowcy, Punki, Skini, Kibole, Dresiarze. W większości, każda z tych grup trzymała się w swoim ścisłym gronie i rządziła w wyznaczonych dzielnicach miasta. Po zmroku lepiej było chodzić w grupie i trzymać z najsilniejszymi.


Ja utrzymywałem zawsze ten najwyższy poziom. Poprzez znajomości i kontakty zawsze można było liczyć na wsparcie chłopaków. Jestem im za to bardzo wdzięczny a szacunek pozostanie na zawsze w pamięci.


Kontynuując edukacyjny wątek, skończyłem Szkołę Zawodową bez większego wysiłku. Nadszedł więc wybór co dalej, a właściwie wybór był jeden, kontynuacja słów Taty (będziesz Spawaczem…).


Poszedłem więc do Technikum Spawalniczego w moim mieście, ale ze względu na małe zainteresowanie tematyką, klasę tą wycofali i moje życie stanęło pod znakiem zapytania. Rok szkolny się zaczął, a nasza klasa została rozwiązana. Nie mając wyjścia miałem udać się na ten sam kierunek, do prywatnej szkoły. Oczywiście z braku innych perspektyw większość osób z wycofanej klasy wylądowało ze mną w klasie, co mnie miło zaskoczyło.


W tej szkole pierwszy raz poznałem co to wolność. Tuj nikt nie stawiał jedynek za nic. Tu wszyscy byli jacyś inni, milsi, bardziej uśmiechnięci. A co najlepsze, ta szkoła była tylko w weekendy.


Myślałem sobie, że to najlepsze co może mnie spotkać, cały tydzień wolne, a szkoła tylko, przez dwa dni. Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie że, podczas gdy moi wszyscy znajomi spotykali się w pubach, rockotekach czy dyskotekach, śmiejąc się wspominając miniony tydzień, ja musiałem siedzieć w szkole, więc nie mogłem spędzać z nimi tyle czasu, ile bym chciał. Biłem się wtedy z myślami, zastanawiając się nad tym całym paradoksem jaki dział się w moim życiu. Nad całą moją ścieżką edukacyjną.


Nie mogłem tego jednak pojąć i wmawiałem sobie, że jestem młody i lepiej nie ruszać rzeczy, których nie rozumiem.


Na szczęście w końcu minął okres prywatnego Technikum Spawalniczego, z którego mam zawód i maturę, a jak się potem dowiedziałem, wychowankowie z tej placówki były najlepszymi spawaczami w kraju. Tak właśnie słyszałem od ludzi, którzy przyjeżdżali z pomorza, aby uczęszczać do tej szkoły.

Po zapoznaniu się z nimi i rozmowach, ludzie ci byli w szoku, że szkoła, do której chodziłem nie jest ceniona w naszej okolicy. W ich województwie wielu chciało uczęszczać do tej placówki, ale tylko nie liczni mogli sobie na to pozwolić, w większości, byli to kursanci, delegowani przez firmy, które gwarantowały im prace, gdy tylko zdadzą szkołę i kurs.


Możesz mi wierzyć lub nie, ale dopiero w tej chwili zaczęły docierać do mnie słowa mojego ojca. Naprawdę uwierzyłem w to, że zawsze chciał dla mnie dobrze.

Jednak, gdy skończyłem swoją edukację, nie chciałem pracować jako spawacz, poza tym, aby nabyć pełne uprawnienia spawacza, trzeba było dokupić, za sporą kwotę, dodatkowe szkolenia. Co najlepsze, odkąd skończyłem szkołę, aż dotąd nie miałem spawarki w ręce i nigdy nie spawałem, a mam wykształcenie Technik Spawacz, które obroniłem na rozmowie ustnej na koniec szkolnictwa.


Pewnego dnia nadszedł czas wyboru, praca czy studia?


Pewnie zastanawiasz się, dlaczego tak dużo pisze o swojej młodości? Przekonasz się później, że łatwo nie miałem w życiu, a mimo wszystko udało mi się sporo osiągnąć.


A wiesz dlaczego?


Bo tylko Ci co mają cały czas po górkę później mają z górki. Inaczej mówiąc, im więcej masz za życia problemów, które zdołasz rozwiązać, tym bardziej stajesz się niesamowitym człowiekiem.

Warto to ostatnie zdanie powtórzyć.


Im więcej masz problemów na początku, tym później będzie ci łatwiej.


Więc jeśli masz problem, tak jak pisałem wcześniej, rozwiązuj je do skutku. Nie odkładaj ich, tylko weź się w garść i zrób to co masz zrobić, zakończywszy to sukcesem.

Przykład — Thomas Edison.

Wiesz kto to? Ten Pan wymyślił żarówkę. Zdajesz sobie sprawę, ile sztuk zepsuł, ile obliczeń wykonał, jak długo próbował, zanim ta pierwsza się zapaliła? Myślałeś, że tak po prostu wpadł na pomysł i udało mu się za pierwszym razem?


„Cześć, jestem Edison i zrobiłem żarówkę, za pierwszym razem”.

Tak sobie myślę, że nawet on miał chwile zwątpienia. Pomimo to nie poddał się, aż w końcu mu się udało i teraz dzięki niemu mamy światło nawet w nocy.


„Spudłowałem blisko 9000 rzutów w mojej karierze. Przegrałem prawie 300 meczów. 26 razy zaufano mi, abym oddał decydujący rzut i nie trafiłem. Ciągle zaliczałem w życiu porażki — znowu i znowu, i znowu. To, dlatego odniosłem sukces.” — tak cytuje swój sukces Michael Jordan najlepszy koszykarz wszechczasów!


Znasz bajki Walta Disneya? Kto ich nie zna a wiesz, że Walta Disneya wyrzucono z pierwszej pracy! Wizjonerowi zarzucano „brak wyobraźni i kreatywności”. Pomyśl sobie, gdyby się poddał nikt by o nim nie usłyszał a tak zbudował potężne imperium znane i oglądane do dziś na całym Świecie.


Kolejny przykład Elvis Presley od menadżera Grand Ole Opry Jimmy’ego Denny po swoim debiutanckim występie w słynnej audycji usłyszał tak: „Nigdzie nie zajdziesz, synu. Lepiej zajmij się czymś pożytecznym i zostań kierowcą ciężarówki”


Stephen King najlepiej sprzedający się pisarz na Świecie, w debiucie thrillera „Carrie” odrzuciło 30 wydawnictw! Stephen się zdenerwował i wyrzucił feralny rękopis do śmieci. Żona Kinga uratowała go i po kilku przeróbkach zasugerowała, by Stephen King spróbował jeszcze raz. Gdyby Stephen poddał się nie przeczytałbyś jego książki a są niesamowite doceniane na całym Świecie.


Takich przykładów jest naprawdę bardzo dużo, każdy miał pod górę, każdy miał problemy z którymi musiał się zmierzyć, by zwyciężyć.

#WalkaToPodstawa

Ty też tak zawsze rób w życiu czy w biznesie!

Jeśli wchodzisz drzwiami i ktoś je przed tobą zamyka wejdź oknem.

Zamykają okno, wjedź kominem.


Chodzi mi bardziej o to, abyś się nie poddawał. I pamiętaj nieważne jak, ale wejdź, niech zobaczą, że jesteś głodny życia! Każda inteligenta osoba, jeśli zobaczy twój zapał i chęć tego, że chcesz coś osiągnąć, na pewno to doceni.

A jeśli nie, to chociaż cię zapamięta do końca życia.


Lubię aktywne osoby, lubię widzieć ten błysk w oku. Wtedy przypomina mi się moja droga do sukcesu. Niestety nie każdy znajduje się w kręgu szczęśliwców, ale jeśli już u kogoś zauważę ten głód życia, nigdy nie stoję obojętnie, tylko chcę tę osobę poznać!


Czasami musiałem się rozpychać łokciami, i powiem ci ty też będziesz musiał, ale pokaż, że ci zależy. Uwierz mi, to na pewno będzie dostrzeżone przez odpowiednie osoby!


Życzę ci z całego serca nigdy, ale to nigdy, się nie poddawaj! Masz przykłady, w których widzisz, że to porażki prowadzą do prawdziwego sukcesu! I tylko ci co się nie poddadzą i przejdą je na końcu będą zwycięzcami.

#OsiemnaścieMiałLat

Gdy kończyłem osiemnaście lat, tata zrobił mi huczne urodziny. Mogłem zaprosić kogo chciałem, mnóstwo kolegów, ful wypas. Pomyślałem, że imprezę zrobię razem z ówczesnym bliskim kolegą, Sławkiem. Więc razem zapraszaliśmy znajomych, zajęliśmy się przygotowaniami. Kilkadziesiąt osób, muza na maxa, by z przytupem wejść w dorosłość. Świętowałem tak jak chciałem. Alkohol oczywiście był, ale w małych ilościach, bo trzeba było zachować dobrą twarz. Nasi rodzice pilnowali nas z sali obok, więc widzieli kto w jakim stanie wchodzi i wychodzi. Jak każda dobra impreza i zabawa, minęła bardzo szybko. Na drugi dzień, jak to po dobrej imprezie ból głowy i w moim przypadku drugi wielki kac. I jak każdy pomyślałem wtedy, że nigdy więcej nie tknę alkoholu. W tym dniu wszystkiego mi się odechciało i nie miałem ochoty na nic.


Pamiętam jak dziś, słowa mojego taty tamtego dnia:

„Młody znalazłem dla Ciebie prace, u mojego znajomego. Będziesz pracował na złomie. Czas żebyś zaczął poznawać życie, nauczysz się bardziej szanować pieniądze, bo po wczorajszych urodzinach, to ja widzę, że ludzi z ciebie nie będzie i boję się, że sobie nie dasz rady w życiu jak mnie zabraknie”.


Znowu te słowa „Jak mnie zabraknie”.


Bardzo utkwiło mi to w głowie. Dlaczego tata mnie tak dziwnie ostrzegał?


Dlaczego życie ma być trudne, skoro była świetna imprezka! Dziewczyny i alkohol! Czego chcieć więcej, w młodym wieku, gdy każdy czuje się nieśmiertelny.


Nadszedł dzień pierwszej pracy, zaczynałem od 6:00, około dwóch kilometrów drogi od mojego domu. Pierwszego dnia zawiózł mnie tata, przywitałem się z jego znajomym i wysłali mnie do takiego starego kolejowego wagonu.


Przebierając się zapoznałem się ze wszystkimi pracownikami, jak się później okazało z mężczyznami po przejściach. W większość wydziarani, tacy którzy na pierwszy rzut oka wyglądali na niebezpiecznych.

Ja, młody nastolatek, wśród nich czułem się nieswojo. Zastanawiałem się, dlaczego tata kazał mi tu pracować. Przecież mnie kocha i krzywdy nie pozwoli mi zrobić.


W ciągu pierwszych godzin musiałem przeturlać samochód, całego Fiata 126p, co prawda bez silnika i tak dalej, ale jego gabaryty w porównaniu z moimi, były wyzwaniem.


Nie zapomnę okrzyków innych pracowników:

Dawaj młody, coś ty nic nie jadł!

Do przerwy o 9:00 byłem wykończony i padnięty, a na myśl, że przede mną jeszcze tyle godzin pracy, załamywałem się.


Na przerwie każdy na fajeczkę, to i ja musiałem zapalić, pod wpływem ich presji musiałem ulec, nie mogłem pokazać, że jestem mięczakiem. Po tym jak zjadłem śniadanie, moi współpracownicy wręczyli mi kubek do ręki ze słowami:

„Pij, kto nie pije ten sprzedaje”.

Musiałem wypić, czując na sobie ich spojrzenia. Nie pamiętam już czy to była wódka, czy wino, ale czułem się ohydnie. 9:00 rano, a ja piję alkohol. Oczywiście lubiłem wieczorami napić się ze znajomymi, ale tak z rana to był mój pierwszy raz i uwierz mi dziwnie się czułem.


Wiem, że musiałem, bo znałem zasady, choćby z modnego w tamtym okresie powiedzenia: „jeśli wchodzisz między wrony musisz krakać tak jak one”.

Więc krakałem.


Pierwszy Dzień w pracy w końcu minął, wróciłem do domu padnięty. Tata śmiejąc się, powiedział, że to praca na dłuższą metę.

Załamałem się.

Na drugi dzień jeden z pracowników doszedł do mnie i zapytał.

— Ty Młody, to ty jesteś synem Sitarskiego?

Ja trochę wystraszony. Odpowiedziałem dumnie, tak jak tata zawsze mi powtarzał, że nie wolno się wstydzić swojego nazwiska.

— Tak to mój tata.

— Wiesz, twój tata dał mi kiedyś w kość — zaczął.

— Albo w piątek po pracy, gdy dostaniesz kasę, stawiasz wpisowe, albo spotka cię kara — zagroził.

— Okay, mogę postawić — zgodziłem się, nie wiedząc, za bardzo o co chodzi.

W końcu minął tydzień, pięć dni ciężkiej pracy, nadszedł w końcu piątek i w końcu dostałem wypłatę. Sto złotych. Tak. Dostawałem dwadzieścia złotych za dzień, jak się później dowiedziałem, mój tata poprosił właściciela złomowiska by wynagradzał mnie, najniższą z możliwych stawek.


Gdy odebrałem moje wynagrodzenia, podszedł do mnie ten sam koleś co wcześniej i mówi.

— To co młody? Stawiasz wpisowe?


Zgodziłem się. Bo nie miałem wyjścia.

Poszedłem za nim, do jego ulubionego baru, stawiać mu alkohol. Byłem trochę spanikowany, więc dyskretnie zaprosiłem też swojego kolegę, żeby był mi wsparciem. A właściwie to chciałem mieć kogoś, kto by mi pomógł, gdyby tamten chciał mnie bić. Obawiałem się, że to całe wpisowe było tylko pretekstem, żeby zrobić mi krzywdę.


W barze dość szybko straciłem całą kasę, na którą pracowałem cały tydzień. Gdy tak stawiałem temu typowi z pracy, kolejkę za kolejką, w międzyczasie, natknął się na niego jakiś jego wróg i z mojej perspektywy bardzo dobrze się stało. Bo nie zapomnę, jak jakiś czas później on wrócił do baru w zakrwawionych butach i powiedział do mnie.


— Widzisz młody? Mogłeś to być ty, ale jesteś jeszcze gówniarzem.


W tamtej chwili przeszły mnie ciarki. Czym prędzej i trochę podstępnie opuściliśmy bar i pobiegliśmy szybko do naszych domu.


Następnego dnia tata wziął mnie na szczerą rozmowę, podczas której wypytywał mnie jak minął tydzień i ile zarobiłem. Do dziś pamiętam to jak głupio mi było powiedzieć mu, że już nie mam pieniędzy, bo wszystko wydałem w tamtym barze, dla podejrzanego typa, który nie darzy tatę sympatią.


Tata wysłuchał mnie i powiedział mi jedynie, że będzie to dla mnie lekcja, którą zapamiętam na całe życie. Dodał jeszcze, że jeśli zejdę na złą drogę, to spotka mnie taki sam los i będę się otaczał takim gronem, przeżywając codziennie ten sam dzień, pijąc, niszcząc sobie życie i trwoniąc zarobione pieniądze.

Bardzo utkwiły mi w głowie słowa ojca, obiecałem sobie, że nigdy nie zejdę na złą drogę i będę walczył o swoje życie. Powiedziałem mu wtedy, że chce iść na studia, uczyć się i zostać kimś.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem co to dokładnie znaczy być kimś, ale wiedziałem, że to lepsze niż zostać na złomowisku.

#WielkieMiastoŁódź

W późniejszym czasie, wujek wraz z moim tatą załatwili mi pracę wakacyjną. Tym razem w Łodzi, na budowie, gdzie miałem pracować razem z kuzynem.

Praca wyglądała tak, że wyjeżdżałem w poniedziałek o 4:00 rano, a wracałem w piątek ok. 18:00. Cały tydzień spędzając w największej budowlanej firmie w Polsce. Wtedy moje miejsce pracy nazywało się po prostu Budowa Łódź (obecnie jest tam Galeria Łódzka).


Wtedy, pierwszy raz poczułem, że dobrze zarabiam i stać mnie prawie na wszystko.


Był to ciekawy okres w moim życiu. Mogłem zwiedzić duże miasto, zobaczyć jak się w nim funkcjonuje, poznać mentalność jego mieszkańców, odkryć inne życie, a do tego jeszcze zarobić.


Najbardziej utkwiło mi w głowie to, że mogłem, wyglądając jedynie przez okno, wieczorami oglądać jeżdżących na swoich ścigaczach, na jednym kole, motocyklistów. To co wyczyniali ci kierowcy, było niesamowite.

Ten dźwięk i szybkość!


Praca w Łodzi nauczyła mnie, że nie można się zamykać tylko na swoje towarzystwo i okolice, zawsze trzeba poczuć, na własnej skórze, jak wygląda inny świat.


Dzięki temu nabyłem doświadczenie i zdałem sobie sprawę, że wyjeżdżając w delegacje można zarobić duże pieniądze. Jednak, jednocześnie traci się jakąś część społeczności w jakiej do tej pory się żyło. Bo kontakty z dziewczyną czy znajomymi, ograniczają się jedynie do weekendowych spotkań.

Czułem jak rozmowy między mną a moimi znajomymi już się nie kleją. Nie są już takie jak kiedyś, gdy spędzaliśmy wspólnie czas praktycznie codziennie, gdy mogliśmy rozmawiać godzinami.


Wtedy brutalnie dotarło do mnie, że przyjaźń może nie trwać całe życie.

W tygodniu pracowałem w odległym mieście, w weekendy byłem w szkole, więc nie miałem dla siebie zbyt wiele czasu. Po kilku miesiącach zakończyłem prace na budowie. Gdyż zostali tam już tylko sami fachowcy i mój angaż nie został przedłużony.


Z czasem pieniądze się skończyły. Właściwie to wydałem je na głupoty typu, szpanerski nowy telefon albo oryginalne ubrania czy buty.

Wtedy takie buty były moim małym marzeniem. Bo każdy takie musiał mieć, bo jak nie, to był jak wyrzutek ze stada. Pomimo że, sam temu uległem, strasznie mnie to denerwowało.


Każdy musiał mieć coś markowego, więc płacili za buty, po kilkaset złoty. Gdzie w tamtych czasach podstawowa pensja w Jędrzejowie, była w granicach tysiąca złotych. Patrząc na dzisiejsze czasy. Nic się nie zmieniło.


Dziś większość młodych ludzi ma prestiżowe telefony iPhone czy MacBooki, które niestety w kilkuletnich drogich ratach spłacają ich rodzice lub dziadkowie. Kolejny przykład, gdy młodzi ludzie spotykają się w Starbuck Coffe, szpanerując pięknymi fotografiami w Social Mediach jak to są bogaci i niezależni, by następnego dnia prosić o przelew na życie od rodziny. Gdy pytam młodych ludzi, dlaczego tak robisz, odpowiedź brzmi cynicznie: „bo tak muszę inaczej jestem nikim w tym świecie” przeraża mnie to mocno.


Jakoś nigdy nie byłem aż tak rozrzutny, by kupować aż tak drogie rzeczy i nigdy ponad stan. Jak już wcześniej pisałem, jeśli wchodzisz między wrony, musisz krakać tak jak one. Tak i ja musiałem mieć kilka modnych gadżetów, żeby nie było, że w jakiś sposób odstaje od towarzystwa. Nigdy jednak nie dawało mi satysfakcji, wydawanie na jedną rzecz dużo pieniędzy.


Może przez to, co pokazał mi mój tata pewnego dnia? Że niektórzy pracują za sto, sto pięćdziesiąt złotych na tydzień, a inni wydają pięciokrotnie więcej na szpanerskie gadżety.


Dlatego czasami znajomi mnie nie rozumieli. Śmieszył ich mój punkt widzenia. Patrzyli wtedy na mnie zdziwieni, że nie kupuje najdroższych butów, a te średniej klasy. A jeśli te najdroższe to w promocyjnej cenie, kupione po sezonie.


Mnie natomiast śmieszyło to, że zawsze, gdy oni kupowali buty za osiemset złotych, ja kupowałem ten sam model po dwóch trzech miesiącach, za pół ceny.

No ale, szpan to szpan.

W moim życiu obowiązują moje zasady!

Poznaj je, uszanuj i zostań tylko wtedy,

gdy je zaakceptujesz — Michał Wawrzyniak

#LicencjatIObrona

W tamtym okresie zdałem sobie również sprawę z tego, że matematyka jest moją mocną stroną. Nastąpiło to mniej więcej wtedy, gdy wybrałem na studia Wyższą Szkołę Ekonomii i Administracji w Kielcach, na kierunku Politologia.

Co prawda studiowałem zaocznie, więc też tylko w weekendy. Jednak nie była to już szkoła a studia.


Większość moich znajomych, pozytywnie zareagowało na fakt, że idę na studia, a nawet czasem dostrzegałem lekką zazdrość i dogryzanie. Padały teksty typu, że skoro w szkole podstawowej skazali mnie na minimum to, po co porywam się na studia i zmieniam tok życia zapisanego dla mnie przez nauczycielkę.


Studia politologiczne wybrałem również dlatego, że chciałem zdobyć umiejętności i możliwość, by pomagać rządzącym w mieście. Uznałem, że nabrałem doświadczenia podczas pracy. Chciałem rozwijać swoje miasto, tak aby istniejące firmy mogły tworzyć nowe miejsca pracy, a nowe z łatwością powstawać. Tak by mieszkańcy i okoliczna ludność nie musiała wyjeżdżać bóg wie jak daleko od domu w poszukiwaniu pracy.

Jeden z moich kolegów startował do rady miasta, zbierał podpisy na radnego, oczywiście dostał ode mnie głos i całej mojej rodziny.


Byłem jednak wstrząśnięty, gdy zobaczyłem liczbę podpisów jaką otrzymał. Raptem ok czterdzieści. Zaszokowała mnie tak niska liczba. Bo samych naszych wspólnych znajomych było ponad stu, plus ich rodziny, dawało to sporą liczbę.

Nurtowała mnie myśl, że coś jest nie tak, ale nie wiedziałem jeszcze co.


Myślałem, że jeśli ja wystartuje w przyszłości w wyborach, to zbiorę więcej podpisów, bo lubi mnie całkiem sporo osób.


Po jakimś czasie studiowania, zaczęło mnie przerażać, że mimo dobrego przygotowania i posiadanej wiedzy, pozostawało jeszcze dogadanie się z wykładowcą, a to czasem nie było łatwe. Bo czasem wiedza i poprawne odpowiedzi nie wystarczałaby zaliczyć przedmiot i na koniec tylko słyszysz:

Do zobaczenia we wrześniu.


I na nic były w tym momencie jakiekolwiek argumenty i prośby. Zostałem odprawiony z kwitkiem, a co najlepsze nie tylko ja, a osiemdziesiąt procent roku.


Nie wiedziałem wtedy, czy to zasługa naszego szkolnictwa czy systemu. Przerażał mnie paradoks, że olewając przedmiot i w ogóle się nie starając dostawałem lepsze oceny niż wtedy, gdy wkładałem wiele pracy w przygotowanie.


Też tak miałeś lub masz?


Na studiach najbardziej interesowały mnie wykłady z psychologii społecznej. Do tego stopnie, że oblałem egzamin, by mieć poprawkę i móc spotkać się z moją wykładowczynią w cztery oczy. Wydaje się to trochę dziwne.


Zrobiłem to, dlatego, by móc się tego wszystkiego nauczyć jeszcze raz. A poza tym, Wykładowczyni była piękną kobietą, która prowadziła zajęcia z sercem, tak, że cudownie było jej słuchać, co było rzadkością na politologii.

Dlatego te wykłady tak bardzo mnie ciekawiły. Z tego przedmiotu wyniosłem najwięcej, wykorzystałem i wykorzystuje do dziś, w codziennym życiu.


Najbardziej interesowała mnie komunikacja niewerbalna oraz jej możliwości.


Pamiętam jak dziś, jak chodziłem i patrzyłem ludziom w oczy, jak również obserwowałem ich gesty, próbując odczytać z nich ich myśli.

To był kolejny świetny okres w moim życiu, obudziła się we mnie chęć władania drugą osobą, a właściwie możliwość zajrzenia w umysł drugiej osoby i poznanie go, bez większego wysiłku.


Pragnąłem nauczyć się rozpoznawać drugą osobę i wiedzieć, gdy ktoś mnie okłamuje. Teraz miałem taką możliwość.

Po jakimś czasie wyniki moich testów na znajomych i rodzinie dość mocno mną wstrząsnęły, było mi ciężko uwierzyć w to co zaobserwowałem. Jednak nauka i potwierdzone, fakty nie kłamią.


Pewnie uznasz, że to dziwacznie, mój drogi czytelniku, ale podstępem sprawdziłem, ile znaczę dla drugiej osoby, w momentach, gdy ona się nawet tego nie spodziewała.


Wyniki mnie zasmuciły. Sądziłem, że większość osób z mojego otoczenia mnie lubi, szanuje i odgrywam jakąś tam role w ich życiu.

Bardzo się wtedy pomyliłem, a prawda jaką odkryłem, nie dała mi spokoju i nie wiedziałem jeszcze co z tym zrobić.


Przez chwile sądziłem, że moja wiedza i obserwacje, nie są wystarczające i może się mylę. W tamtym czasie myślałem, że to ze mną jest coś nie tak, a wszyscy inny wokół mnie są w porządku.


Akceptowałem wszystkie przykre zdarzenia, dotyczące mnie, wmawiając sobie, że to wszystko dzieje się z mojej winy. A gdy chciałem się z tego oderwać i podążać swoją drogą, i myślami, kilkukrotnie usłyszałem, od bliskich mi osób:

Stary nie dasz rady!

Przecież to jest nierealne…!


Ufając im nie zmieniałem nic w swoim życiu, uznając, że jestem skazany na porażki. Po co robić coś, czego nikt nie osiągnął. Po co się wychylać się, wystawiać na ocenie innych, jak zwierzyna na łowy.

Jeśli nie masz wsparcia, to ciężko będzie spróbować czegokolwiek. Bo każdy wie o tym, że ciężko się idzie przez życie samemu.

Te słowa, lub podobne słyszałem wtedy coraz częściej, gdyż był to okres, w moim życiu, gdy chciałem czegoś więcej. Brakowało mi tylko wiatru, który dałby w moje żagle powera.

Trwało to aż do momentu, gdy w moim życiu pojawiły się osoby, które właśnie stały się tym wiatrem i które pomogły mi rozwinąć się w kierunku, w którym zawsze chciałem iść, dowiesz się o tym na kolejnych kartkach książki.


Na studiach, jak to na studiach. Poznałem sporo nowych osób, z którymi mam kontakt do dziś. Część z nich wciąż się kształci, szuka lepszej pracy, zamiast ruszyć pod prąd i brać życie garściami, ale o tym później.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 45.81