E-book
9.45
drukowana A5
32.5
Życie w samotności

Bezpłatny fragment - Życie w samotności

Cisza przed burzą — część 4


Objętość:
96 str.
ISBN:
978-83-8455-153-0
E-book
za 9.45
drukowana A5
za 32.5

Pochodzenie fotografii: Przystanek Historia

Rozdział 1

Pamiętnik Kordiana — oto są początki

12 grudnia 1912 roku

Mam na imię Kordian. Nazwiska niestety nie mogę podać, ponieważ żyję, jak mi rodzice co dzień powtarzają w strasznych dla Polski czasach. I faktycznie one takie są. Jestem Polakiem, chodź inni mówią, że jestem Niemcem. W tym roku skończę jedenaście lat.

Obecnie nie ma Polski na wszystkich mapach świata. Widziałem w szkole na geografii wiele map całego świata i na żadnej z nich nie było Polski. Polska od bardzo wielu lat jest pod zaborami trzech państw zaborczych. Wszystko zaczęło się w 1772 roku, gdy Polska straciła część swoich terytoriów na rzecz Prus, Rosji oraz Austro-Węgier. Ja niestety zamieszkuję tereny należące do zaboru pruskiego. Wszystkim jest ciężko. Codziennie ktoś ginie. Niemcy są dla nas katami. Naprawdę bardzo chciałbym mieszkać gdzieś, gdzie będę szczęśliwy, bo tutaj nie jestem.

Codziennie w szkole i nie tylko w niej, również w sklepie i w innych miejscach Prusacy wmawiają mi, że jestem Niemcem, byłem Niemcem i zostanę Niemcem. A ja nie chcę być cholernym Niemcem. Przecież czuję się Polakiem. Chcę nim być i powiem dużo więcej, ja nim byłem, jestem i będę. Może Polski nie ma na żadnej z map, ale głęboko w mojej duszy wierzę, że Polska się odrodzi. Nie wiem jaka ona będzie ogromna, ale na pewno będzie wielka.

Mój najlepszy nauczyciel od filozofii, którego bardzo lubię, w związku z kolejnym zbliżającym się nowym rokiem 1913, poradził mi, żebym założył swój własny pamiętnik, w którym zapisywałbym swoje najważniejsze wydarzenia z życia. Bardzo spodobał mi się ten pomysł. Więc oto mój pamiętnik, a razem z nim pierwsze zapisane słowa. Mój pan od filozofii opowiedział mi o tym pomyśle tylko mi z mojej klasy. Zostałem chwilę po lekcji z panem, na przerwie, co za skutkowało tym, że dostałem spóźnienie na następnej lekcji. Ale czy się tym przejąłem — jakoś nie za bardzo, bardziej byłem zainteresowany słowami mojego nauczyciela, bo był on Polakiem, jak i ja. Niestety dostałem po rękach ogromną linijką od nauczyciela, na którego lekcję się spóźniłem. Ręce moje były całe od krwi, a za to zeszyt, w którym pisałem miał czerwone ślady. Ten drugi nauczyciel uczył mnie geografii i był właśnie Niemcem. Ale też się tym nie przejąłem, przywykłem do takich rzeczy, że za nic można zostać nawet zabitym. Cieszyłem się, że nie zaczął mnie walić tą linijką przez całą lekcję geografii, i że mocniej nie dostałem. Wracając do tych słów, które powiedział mi nauczyciel filozofii, to już wiecie jakie one były. Chodź bardzo chciałem jeszcze na ten temat coś dodać. Dlaczego tylko mi pan podał taki pomysł z tym pamiętnikiem? Dlatego, że tylko ja interesuję się historią. Nie było drugiego ucznia, jak ja, co by tak bardzo był zainteresowany tą niezwykłą nauką, jaką jest historia. W dodatku nikt mnie nie lubi, a pan uczący mnie filozofii, to widzi i czasem ze mną rozmawia, bym chociaż przez chwilę mógł się pouśmiechać.

Urodziłem się w Poznaniu, który jest pod pruskim zaborem. Moi przodkowie pochodzą również z tych obszarów, co ja. Pradziadkowie z strony mamy pochodzą z Poznania, ale z strony taty, to już z Krobi, nieopodal Leszna. Za młodu walczyli o wolność Polski, z Napoleonem Bonapartym na czele. Prababcie zostawały w domu, a pradziadkowie brali za broń. Na do widzenia dostali tylko całusa w policzek oraz wełniany beret na głowę, na zimne wieczory i mrozy.

Pamiętnik Kordiana — historyk, który mnie nie uczył

Gdy nie było mojej pani od historii w szkole, na zastępstwo przychodził pan bibliotekarz. Chodź w szkole pełnił on funkcję nauczyciela biblioteki, to tak naprawdę był on kimś innym. Oprócz siedzenia w bibliotece szkolnej całymi dniami (a biblioteka znajdowała się w szkolnej piwnicy) był on też nauczycielem wychowania obywatelskiego, ale z tej funkcji przyznano mu bardzo mało godzin lekcyjnych, z wykształcenia natomiast był historykiem, uzyskał nawet tytuł doktora nauk humanistycznych. Był szczupły, na głowie miał mało włosów, które były siwe, na nosie leżały mu okrągłe okulary, zawsze był ubrany w garnitur, wiek jego mógł osiągać około lat czterdzieści a pięćdziesiąt.

Bardzo uwielbiał uczyć historii, zwłaszcza historii Polski, mówił nam o niej po cichu, by Niemcy nie usłyszeli słowa „Polska”. Był on wręcz zakochany w wykładaniu historii, ona była całym jego życiem, jego pasją. Podejrzewam, że on o niej chyba nawet śnił po nocach, jak uczy młodzież w szkole historii.

Na lekcjach historii z nim było widać, że historia to jego drugie imię. Gdy zadawał pytania, to były one najczęściej kierowane do mnie. Czasem, gdy było trudno słowo do wymowy, to musiał mi pomóc, wtedy dzieliliśmy się słowem na pół — ja zaczynałem, a on dokańczał. Gdy czegoś nie wiedziałem, nie krzyczał na mnie, tylko mówił, że następnym razem będzie lepiej i tak był zawsze ze mnie zadowolony, iż zawsze więcej wiedziałem niż inni siedzący obok mnie.

Przy innych nauczycielach zawsze mnie chwalił. Mówił wszystkim, że lekcje ze mną są dla niego prawdziwą przyjemnością, on by chciał tylko takich uczniów jak ja, bo inni hałasują, jak on mówi, a ja natomiast siedzę spokojnie i słucham jak na ucznia przystało. Mówił im również, że jak ma mnie na lekcji w ławce szkolnej, to mu od razu chce się prowadzić lekcje historii, że jestem prawdziwym skarbem dla każdego nauczyciela.

Lecz pewnego dnia, podczas wakacji, przyszedł do pani dyrektor i się zwolnił. Znalazł inną szkołę, on był wielkim historykiem, go znał cały Poznań, jest autorem wielu artykułów, nie chciał już dłużej siedzieć w bibliotece, pragnął uczyć tylko historii.

Zmiana decyzji

25 kwietnia

Ciężko jest opuścić swoją starą szkołę, w moim przypadku jest to szkoła podstawowa. Zawsze kogoś będzie ci brakować. Mi akurat najbardziej niektórych nauczycieli. Na pewno od wychowania fizycznego, wychowania obywatelskiego, matematyki. Chociaż nie zawsze było tak kolorowo, jak mogłoby się wydawać, to i tak było fajnie.

Ja już miałem padnięte swoje wybory dotyczące nowej szkoły, to pod tymi kierunkami je wybierałem. Ja wybrałem liceum, choć moja mama zmuszała mnie do pójścia do technikum, w którym musiałbym od rana do późnego wieczora wyliczać zadania z matematyki i fizyki, natomiast dziadkowie ze strony mamy chcieliby, żebym poszedł najlepiej do szkoły zawodowej, by mieć jak najszybciej jakiś zawód i zarabiać pieniądze. Tak jak i oni, wszyscy byli pażerni na dolary i nawet sąsiedzi również wysyłali mnie do zawodówki. Jak i mamy, tak i babci pomysły odrzuciłem. Bo to ja szedłem do nowej szkoły i to ja musiałem ją wybrać, a nie ktoś inny za mnie, jak próbowano tego dokonać. Technikum mi się nie podobało, ponieważ z tą matematyką jakoś bym nawet przeszedł, bo ją lubię, ale z fizyką bym chyba umarł. A szkołę zawodową, to wiadomo chyba dla wszystkich, dlaczego odrzuciłem. Ponieważ nie chciałem być jak większa część mojej rodziny. Tato jak już wcześniej pisałem był ślusarzem, dziadek od strony mamy hydraulikiem, od strony taty — rolnikiem i mularzem, wujek — też hydraulikiem. Jakbym poszedł w podobnym kierunku, to bym już żadnej przyszłości dla siebie samego nie widział. Wielcy mi filozofowie. Wiem, że rodzina wybiera swojemu dziecku zawód i szkołę, ale ja nie zamierzam marnować się w liczeniu mocy prądu żarówki i naprawianiu czyiś kibli.

Rozważałem różne ścieżki dalszej edukacji. Najpierw nie wiedziałem, że się idzie do kolejnych szkół. Myślałem, że swoją edukację skończę na szkole podstawowej. Wielkie zaskoczenie pojawiło się na mojej twarzy, gdy się o wszystkim dowiedziałem.

Na początku myślałem o kierunku artystyczno-plastycznym. Oj, pchano mnie najpierw tam drzwiami i oknami. Moja plastyczka w szkole podstawowej zawsze powiadała, że się tam nadaję. Lecz ja wybrałem historię.

Rozdział 2

List od dziadka dla rodziny

17 lutego 1905 rok

Moi Kochani!

Wiem, że jest wam wszystkim trudno bez ze mnie. Nie ma kto was rozmieszać. Ale bardzo was proszę nie płaczcie. Jeszcze wszystko będzie dobrze. Na razie jestem cały. Co najważniejsze żyję. Pewnie już nie długo mnie zabiją. Nic nie wiem. By napisać do was musiałem oddać swoje trzydniowe pożywienie. Więc czeka mnie głodówka. Myślę, że i tak lepiej głodować niż jeść nie wiadomo co. W zamian za jedzenie otrzymałem kartkę i ołówek. Piszę takimi małymi literkami, ponieważ chcę do was napisać jak najwięcej. Pisząc nieustannie płaczę za wami. By list do was trafił, a mam taką nadzieję, że do was trafi, będę musiał oddać już nie trzydniowy posiłek, tylko tygodniowy. W więzieniu nic nie ma za darmo, nawet wśród Polaków. Tu każdy próbuje przeżyć jak najdłużej. Ja to rozumiem. Warunki są straszne. Rzadko nas karmią, tylko jak im się spodoba. Najczęściej dostajemy tylko po jednym drobnym posiłku dziennie. Raz dostałem ucho jakiegoś zwierzęcia wraz z jego krwią. Byłem godny więc zjadłem, ale później leżałem z bólu. W swojej celi nie mam żadnego okna. Pisząc do was piszę po ciemku, więc nie wiem, czy się doczytacie. Jest mi zimno. Nie ma tu ani łóżka ani niczego. Śpię na twardej ziemi. Na nogach i rękach mam łańcuchy. Choć na początku napisałem, że jestem cały, to miałem na myśli, że żyję. Jestem pobity, ciało moje jest całe od krwi. Znęcają się nade mną. Kopią mnie, deptają po mnie, walą kijami. Właśnie dziś mnie ogolili. Z głowy leciało mi przerażająco dużo krwi, ponieważ robili to na siłę, bile jak. Nie rozparzajcie po mnie! Ale pamiętajcie o mnie. Wiem, że będziecie o mnie pamiętać.

Doczekałem się wnuka. Bardzo się cieszę z tego powodu. Bardzo chciałbym dowiedzieć się co tam słychać u małego Kordiana. Wiem, że będzie wspaniałym chłopakiem. Będę nad im czuwał po swojej śmierci. Wyrośnie na wielkiego człowieka.

Marysiu, moja kochana córeczko. Nawet nie wiesz jak bardzo się cieszę, że Cię mam. Pamiętam jak mama się bardzo cieszyła, kiedy się urodziłaś. Byłaś naszym największym marzeniem. Pamiętam jak kiedyś bawiłaś się w piaskownicy, lepiąc babki z piasku. Pamiętam Cię jaka byłaś słodka w wózku. Jak razem z mamą jeździliśmy razem na długie spacery. Pamiętam również jak razem z mamą kupiliśmy Ci lizaka, za ostatnie nasze pieniądze, który później okazał się twoim lubionym lizakiem. Przepraszam Cię, że już nie będę Ciebie chronił.

Mateuszu, to teraz Ty przejmujesz po mnie pałkę. Opiekuj się nimi. Pamiętaj, że masz wspaniałą żonę i nie pozwól, by ktoś jej zrobił krzywdę. Rozumiemy się? Zaopiekuj się Kordianem, Marysią i moją ukochaną, bo ja już tego nie zrobię. Proszę, o nic więcej Cię nie proszę.

Natalko, nie żałuję, że Ciebie wtedy poderwałem, w tym parku. Pamiętam, jak pięknie wtedy wyglądałaś. Miałaś na sobie białą sukienkę. Byłaś naprawdę bardzo piękna wtedy. Byłaś najlepszym wyborem. Aż sam sobie zazdroszczę, że mam taką wspaniałą dziewczynę. Razem stworzyliśmy coś jeszcze bardziej wspaniałego, naszą małą Marysie. Mam nadzieję, że mi wybaczysz, że już mnie przy Tobie nigdy nie będzie. Jeśli popełniłem jakieś błędy w naszym związku, to przepraszam. Bardzo cieszę się, że się wtedy zgodziłaś zostać moją dziewczyną i razem chodziliśmy na randki. Nigdy nie przestanę Ciebie kochać.

Mam nadzieję, że byłem dobrym chłopakiem, a później mężem, tatą i dziadkiem.

Pa!

Kocham Was.

Rozdział 3

Pamiętnik Kordiana — o miłości szczęśliwej

16 czerwca 1913 roku

Ten dzień był dla mnie niezwykły. Moje serce szalało, jak nigdy, biło coraz szybciej i mocniej. Ciało się pociło, policzki rumieniały. A ja sam czułem się nieswojo. Poczułem coś czego jeszcze nie czułem wcześniej i czuję cały czas to samo. Dzisiaj poznałem swoją pierwszą miłość. Jest to bardzo wyjątkowa dziewczyna.

Inny stan

Co się ze mną stało?

Czy się źle czuję? Czy dobrze jednak?

Nie wiem.

Czy mnie coś boli? Czy nic nie czuję?

Nie wiem.

Wiem! A być może jest to szczęście i radość?

Przecież!

Na twarzy uśmiech szeroki.

Serce huśtawkowe. Puka: puk, puk…

Policzki jasno czerwonawe.

Ciało pływało.

Dla mnie, nieswojo się czułem. A jednak coś poczułem!

Poczułem czego jeszcze nie czułem.

Dniem niezwykłym będzie dla mnie

Dzień, kiedy inaczej się poczułem.

To jednak miłość.

Na pewno miłość!…

Ma ona na imię Sonia. Jest przepiękną dziewczyną, a jej uśmiech na twarzy jest jeszcze bardziej piękniejszy. Jej długie i złote włosy świecą jak najjaśniejsze promienie słońca. Pochodzi ona z tych osób, co ja, czyli z tych miłych. Mądrość jej sięga ponad wszystkich. Bardzo dobrze się uczy, ma same dobre oceny. Z swojej klasy i z całej szkoły jest najlepszą uczennicą. Zawsze wszystkie klasy kończyła z wyróżnieniami.

Ona jest inna niż inni. Ona patrzy na to jaki jestem w środku, a nie na mój wygląd.

Jestem pewny

Czy się zakochałem? Czy w piękności żyję?

Niby to potężne uczucie, najsilniejsze ze wszystkich istniejących,

Ale pełne tajemnic i fantastycznych zakrętów.

Więc trwał w to długo?

Serce bije z wiatrem najsilniejszym!

Raz wolniej, raz szybciej…

Tylko gdy z ją rozmawiam albo gdy wpadnie mi w oko…

To niezwykłe uczucie ludzkiej duszy czuję wszędzie,

W Paryżu i w Warszawie, na Północy i Zachodzie…

Najbardziej, gdy ulokują gwiazdy!

Powiedźcie mi: Czy nie da się zauroczyć w takiej meduzie?

Piękna, z bajkowymi oczami,

Z pięknymi ustami, z włosami,

Z delikatnymi rączkami, za którymi podążam w czas,

W środku duszy wyjątkowość płynie strumieniami szerokimi…

Zauroczenie, to moment, w którym żyjemy.

Dziś wiem, że zakochałem się!

Spadła przede mną

Spadła jak grom z jasnego nieba.

Nikt nie wie, kiedy,

Nikt nie wie jak.

Nikt nie wie, kiedy, nikt nie wie jak,

Bo każdy patrzył się na to jaka jest piękna…

Choć bardziej powinienem pisać to w liczbie pojedynczej,

Bo mnie to dotknęło.


Spadała jak słońce — taka moja pierwsza myśl.

Świeciła za mocno dla oczu moich.

Jej złote włosy — promieniste słońce — nie dostępne dla nikogo.

Długie i co prawda proste, ale tak samo piękne jak fale morza.

Uśmiech szeroki — nie!

Uśmiech — złoty!

Miła — jak kto?

Niech pomyślę — jak kto?

Nie wiadomo i wątpię, żeby się nastało?

Ponieważ takiej miłej istoty nikt nie widział…

Niestety czasem tak bywa, że ktoś trądzik będzie miał. Padło na mnie. Nie chciałem tego mieć. Nikt mi się nie pytał, czy chciałbym mieć trądzik na całym ciele, a najokropniejszy na twarzy. Zresztą i tak dobrze, że widać go tylko na twarzy i ubrania zakrywają resztę ciała. Moja klatka piersiowa jest cała czerwona od czerwonych kropek trądzikowych. Nic nie zrobiłem, a cierpieć muszę, za to Sonia patrzy na to jaki jestem. Może trochę jej przeszkadza ten trądzik, ale wie, że to nie jest najważniejsze.

Radość

Radość, ekstaza — słońce świecące.

O czym mówi?

Emocje! Małe i widziane jak te słońce.

To co dla nas ważne i dobre,

Ukazujemy uśmiech jak szczęście szukane.

Marzenia spełnione! O nich już nie myślimy więcej.

Czuć się kochanym, zaopiekowaniem to w radości pierwsze miejsce.

Momentami pokażę się łzy w oczach.

Ale dają chęć w nogach.

I każdy wie, że następny dzień będzie inny.

Radości! Jesteś snem i życiem!

Kropki czerwone

Chcesz mieć kropki czerwone?

Oczywiście, że tak!

Tak. Dam ci trądzik czerwony.

Jak? Jaki trądzik czerwony? Ja nie chcę!

Jak nie? Powiedziałeś…

Powiedziałem kropki czerwone.

Dlatego go dostaniesz.

Nie chcę zatem kropek czerwonych.

Kropki czerwone? Inaczej trądzik dostaniesz.

Trądzik już dostałem. Od lat kilku z nim podróżuję.

Zgadza się.

Czekaj, czekaj, co ty tu właściwie robisz?

Jak co? To ja trądzik czerwony.

To ty? Wiesz, pytanie za późno zadałeś… O lat kilka spóźnienie twoje wynosi.

Żegnaj trędowaty!

Korale czerwone

Czerwone korale:

Na górze samej,

Na prawdo idą,

Na lewo chodzą,

Na dole się dogadują.

Męczą i dręczą.

Językiem innym mówią.

Obgadują,

Plan podły planują.

Na mnie, na mnie zaplanują.

Idą, podążają.

Rozmnażają się i gromadzą.


To trądzik różowaty!

W nazwie różowy, by podejrzeń nie nabierać.

Różowaty, by zbrodnie zasłonić.


Wszędzie mnie otacza.

Na twarzy jest najwięcej.

Gromada istna się skleiła.

Na rękach i na nogach.

Pod głową, na klatce piersiowej.


Śmierdzą i swędzą.

Kleją i tłuste się robią.

Krew z nich leją.

Problemów sporo tworzą.

Tak właśnie oto beznadziejnie ta rozmowa wyglądała. Ale rozmawialiśmy wtedy pierwszy raz w swoim życiu, więc jak miała ona wyglądać inaczej? Stres zrobił swoje. Sonia zgodziła się ze mną zatańczyć, więc po naszej pierwszej rozmowie udaliśmy się w stronę balu, na którym właśnie byliśmy. Taniec przypominał mi sytuacje sprzed momentu, gdy rozmawiałem z Sonią. Również był stresujący (piszę stresujący, ale mam na myśli pozytywny w tym znaczeniu stres). Nawet dla dziewczyny, która stała tuż przede mną. Dla wszystkich, którzy byli razem z nami, ta sytuacja była nieco inna… Dali to po sobie poznać niewątpliwie, iż zaczęli się na nas patrzeć.

Sonia zrobiła coś, czego bym się po niej nie spodziewał. Nagle wzięła mnie za rękę i pociągnęła za sobą! Byliśmy sami, z dala od innych osób. Tam nie było żadnych głośnych głosów. Gdzieś tam daleko od nas stało trzech nauczycieli, ale oni byli tak bardzo zajęci swoimi sprawami, że nawet nie zauważyli, jak razem wychodziliśmy z balu. Tylko ona i ja. Byłem ciekawy, co Sonia chce zrobić. Zaczęła następną rozmowę i bardzo mnie zasmuciła.

Wiatr poczułem, rękę miałem.

Czego bym się nie spodziewał.

Pociągnęła mnie — za ją byłem wszędzie.

Inaczej się czułem…

Z dala od śpiewających ptaków.

Nie zauważeni przez nikogo.

W oddali cisza — wokół nas.

Tylko ona i ja.

Tylko ona i ja…

SONIA: Kordian, bardzo cię przepraszam, ale raczej nic z tego nie będzie. Wiem, wszystko o tym, że pragnąłeś, żebym została twoją jedyną dziewczyną, ale to nam niestety nie wyjdzie. Na takie rzeczy trzeba być gotowym, a ja jeszcze nie jestem na to gotowa… by mieć swojego własnego chłopaka. Przepraszam…

— Nic się nie stało. Dobrze…

SONIA: Przepraszam, jeszcze raz bardzo…

Po chwili jeszcze dodała:

SONIA: Pa!

— Pa!

Tego samego dnia, mimo że jeszcze parę razy się widzieliśmy, to już ze sobą nie rozmawialiśmy.

Przepraszam — wystarczy.

Przecież każdy to zrozumie.

Nikt na ciebie zły nie zostanie.

To może i trudne zadanie,

Ale rzecz to, która przyniesie wiele radości.

Oczywiście, że chodzi o tą miłość jedyną!

Te uczucie było niezwykle silne! Trudno to opisać, nie wiem, jak to wyjaśnić. Ale poczułem pierwsze uczucie miłości do Sonii. To się stało od razu, już jak wróciłem do domu! To było coś naprawdę nie samo-witego! Nigdy wcześniej się tak nie czułem! Mimo, że Sonia jednak mi odmówiła, to musiałem spróbować jeszcze choćby ostatni raz. Wiedziałem, że drugiej takiej dziewczyny jak ona po prostu nigdy już nie znajdę! Minęła tylko bardzo krótka chwila czasu, a ona już rozpaliła we mnie tak bardzo potężne miłosne uczucie… Dlatego musiałem szybko działać!

Choć zdarzyło mi się to pierwszy raz,

Było to coś niezwykłego, jakby nie z tego świata,

To ja już wiedziałem co we mnie wstąpiło…

Niezwykle silne!

Trudne do opisania!

O wyjaśnieniu — mowy nie ma!

Tak jest dla wszystkich.

Lecz co to jest?

Powinien wiedzieć każdy, kto w to poszedł.

Jest to miłość napisana na nowo.

Po raz pierwszy i ostatni.

Już więcej razy się nie zjawi.

Chwila i moment…

Rozdział 4

Pamiętnik Kordiana — życie w szkole

Opieranie się o szkolny parapet niejednego dnia było moim zajęciem, można by było powiedzieć, że nawet smutne hobby, jeśli nie nawet uprawiany sport. Stojąc pod oknem obserwowałem różne pory roku, od wiosny do następnej wiosny, po lato, jesień i mroźną zimę. Nie raz nie mogłem patrzeć przez nie, więc stałem plecami do słońca, które mnie radziło w oczy. Gdy natomiast padał deszcz, którego w żaden sposób nie czułem, wpatrywałem się w go. On był dla mnie czym bliskim, czym co każdego następnego dnia czuję oraz doświadczam. Czułem mocną więź między mną a deszczem. Zostaliśmy połączeni w jedno ciało. Byliśmy jednością. Zawsze podczas załamania się pogody, właśnie wtedy, gdy padały łzy, to one nie leciały tylko z nieba, lecz i także z moich oczu. Szarość i ponurość obydwu nas opanowało. Czy może lepiej bez tego słowa „obydwu”.

Znaleźli się

I.

W jedności połączeni — w romantyczność obudzeni.

Choć dwa różne ciała, dwie różne materię.

Przez wiele lat spotykali się.

Nie dotykali się, lecz czuli to samo.

Smutni oboje.

Lecz oboje nie przydatne w tym przypadku.

II.

Na początku byli obcy.

Lecz pogrążeni w samotności odnaleźli się.

W początkach, w sytuacji zupełnie sobie nieznani.

A po kilku miesiącach w wspólnym języku w rozmowę połączeni.

Nowym językiem — językiem łez!


Wiosna, lato, jesień, zima.

Spotkanie utrudniało im słońce tylko — innym słowy promieniejąca pogoda.

III.

Czuli i doświadczali wspólnego.

Aż poczuli, że przybrali postać kropli jednej.

Byli jak ciało jedno — nierozłączne — jak regulamin idei romantycznej radę daje.

IV.

O łzach, o których mowę dałem — padały z dwóch różnych stron.

Z jednej — z nieba.

Z drugiej — z oczu — z jednego z nich.

Czy jednak im nieznane jest słowo — obydwu?

Między mną a Sonią były duże podobieństwa. Zachowywaliśmy się praktycznie tak samo. Jedynie to ja byłem tym bardziej spokojniejszym i bardziej opanowanym, iż Sonia lubiła od czasu do czasu trochę poszaleć. Lecz mi się to akurat podobało. W szkole, podczas klasówek znajdowały się piątki, czwórki, a nawet gdzieś tam po kątach pochowane trójki. Zachowywałem się spokojnie na każdej z lekcji. Byłem zawsze bardzo chwalony przez nauczycieli. Ale na ten temat tylko tyle, ponieważ już wcześniej w moim pamiętniku o tym pisałem.

Rozdział 5

Pamiętnik Kordiana — o końcu świata w człowieku

Podobieństwa łączą i dzielą!

W przypadku tych obydwu — połączeni!

Oboje podobni.

Oboje w zachowaniu podobni!

Oboje w spokoju zachowani — podobni!

Oboje w opanowanym duchu dusz — podobni!

Oboje w środku szaleni — podobni!

Jedna trochę bardziej, drugi trochę mniej.

Mój wiek był starszy od wieku Sonii o trzysta pięćdziesiąt siedem dni. Był taki okres, kiedy przez tydzień mieliśmy po równo lat. Ale później minęło te siedem równych w naszym wieku dni i od nowa byłem starszy od mojej dziewczyny. Jeśli tak w ogóle można powiedzieć, że była to moja dziewczyna?


To była wspaniała dziewczyna, która dała mi upragnioną nadzieję na lepsze, jutrzejsze jutro. Wszystkie dziewczyny dosłownie ode mnie uciekały, jedna za drugą, ciąg ucieczki zrobiły. Czasem miałem wrażenie, że one mają przygotowany i dobrze obmyślony plan uciekania przede mną, ponieważ znikały od razu. Sonia, nie. Ona była inna, dla mnie dużo lepsza, myślę, że mogę w tym przypadku śmiało powiedzieć, że ta dziewczyna była po prostu wyjątkowa. Takie słowa jak fajna czy wspaniała, nie wystarczają. Przede wszystkim nie patrzyła na to, na co inni!

Młody byłem

Młodość — wieku nie równa,

Gdy tu liści tyle — tam liczba liści nie równa.

Niby różnica mała, bo jednego lata,

Ale jednak odczuć się ją daje.

Czuję ją w samym sobie i w drugiej osobie,

Gdy u mnie wieku wiele, to ją z góry widzę,

U mnie wiek natomiast stary, ale starca u mnie nie wiele.

Różnimy się oboje, ale nie z własnej winy.

Widzę ją z góry, ale czuję sercem ją całym,

Opiekowałem się ją, bo to czułem.

Przez serce widziana była przestrzeń inna,

To właśnie uroki serca były…

Wiek nie równy wiekowi,

Gdy jeden widzi drugiego z góry.

Lecz to wytłumaczeniem nie jest,

Bo definicji wieku być zniknięciem powinna…

Oszukała

I.

Nadzieję dała, lecz co później zrobiła, to się dowiemy.

Innością się odznaczała.

Miano wyjątkowej przybrała, bo na początkach zasługiwała.

II.

Co złe było — lepiej zapomnieć jest.

Zapamiętać co wyjątkowe było — dokładnie jak ona.

Inna to była dusza niż są to pozostałe.

Byś może nawet jedyna taka?

III.

Lepsze jutro — tylko w zasięgu ręki!

Za nią tylko się szło.

Za sukienką kolorową.

Gdzie pomarańczowy lub biały — tam ona i on.

IV.

On wrażenia miał, lecz w smutku one były.

Pozostałości były znikające.

Tam, gdzie on wszystkie pozostałe dusze żeńskie w ciągu wielkiej ucieczki.

Jedynie tylko ona zostawała…

Naprawdę, wyjątkowa była…

W naszych początkach zapanowała nieśmiałość. Choć u mnie charakteryzowała się ona w bardzo dużym stopniu. Bo jak by mogło być inaczej, gdy Sonia była przepiękną blondynką? U Sonii dało się również zauważyć problemy z nieśmiałością, lecz ona sobie zawsze z nimi radziła. Pamiętam jak do mnie czasem podchodziła i może się troszeczkę zacinała, ale potrafiła wydobyć swoje słowa do końca, by można było zrozumieć co do mnie swoimi malutkimi ustami mówiła. By mnie rozgadać, to Sonia musiała zadać mi zawsze bardzo wiele pytań. Ona była szalona! Ale oczywiście w dobrym sensie znaczenia. Nigdy jeszcze nie odpowiedziałem na pierwsze pytanie, a miałem już od niej zadane następne dziesięć pytań! Ona była naprawdę wyjątkowa… No i oczywiście bardziej odważniejsza niż ja sam. Na każdej randce tak było. Ale to są normalne rzeczy, które zawsze się zdarzają, gdy jakikolwiek chłopak rozmawia z niepowtarzalnie piękną dziewczyną. No nawet musiała się witać ze mną jako pierwsza, bo mi nigdy nie udało się przed nią powiedzieć choćby tego jednego słowa, jakim jest „cześć”. Stres zjadał mnie na każdym kroku, ale chyba to dobrze, iż znaczyło to, że bardzo mi na niej zależy. Nigdy nie zapomnę, jak siedziałem w samotności, a nagle przyszła do mnie o jasnych włosach dziewczyna. Piękna. To oczywiście była Sonia! Pozostanie mi to już na zawsze w pamięci…


Nasza pierwsza rozmowa wyglądała tak (była ona beznadziejna…, chyba…):


SONIA: Hejka!


— Hejka!


SONIA: O czym porozmawiamy?


— O tym o czym chcesz porozmawiać.


SONIA: Dobrze. Masz jakiś ulubiony kolor?

— Tak. Moim ulubionym kolorem jest niebieski.


SONIA: Moim najbardziej ulubionym kolorem też jest niebieski. A masz jakiejś zwierzę? (Chyba, był to kolor niebieski, bo po takim czasie już niestety nie pamiętam. Ale coś kojarzy mi się, że mieliśmy wspólny kolor, który był naszym ulubionym).


— Mam psa. A ty, masz też jakiejś zwierzę?


SONIA: WOW! Ja mam za to kota.


— To oboje mamy jakiejś zwierzęta. A… Chciałabyś ze mną zatańczyć?


SONIA: Oczywiście! Tak!

Rozpatrz ponad łzami

List do Kordiana

Kordian!

Przepraszam się, ale zaczyna się nowa szkoła, pierwsza klasa. Więc na pewno będzie wiele problemów do rozwiązania. Chciałabym dlatego przestać się spotykać, by nasz świat związany ze szkołą się nie zawalił. Za niedługo napiszę do Ciebie, gdy będę już gotowa.

Walka o Sonię

Hejka Sonia

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.45
drukowana A5
za 32.5