SŁOWO O TOMIKU
Twórczość Sylwii Barańczyk to poezja o charakterze intymnym, refleksyjnym i konfesyjnym. Taki też jest jej
debiutancki tomik „Życie używane”. Autorka publikuje swoje utwory m.in. na portalach literackich oraz w mediach
społecznościowych, gdzie prowadzi autorską stronę poetycką i gromadzi społeczność miłośników liryki.
W jej wierszach powracają motywy przemijania, pamięci i chwytającej za serce melancholii. Wiele utworów
poświęconych jest odchodzeniu, ulotności chwili, wspomnieniom z dzieciństwa oraz relacjom z bliskimi. Jej poezję
cechują szczerość emocjonalna i osobista perspektywa. Autorka często podejmuje tematy trudnych doświadczeń
życiowych, radzenia sobie z codziennością, losem i emocjonalnym ciężarem, jak choćby w utworze „Moje siedem
miesięcy”.
Sylwia Barańczyk posługuje się plastycznym, a zarazem prostym językiem. Unika zawiłych konceptów formalnych
na rzecz metaforyki bliskiej codziennemu doświadczeniu. Doskonale operuje obrazami przedmiotów, gestów i ciszy —
motywami dłoni, milczenia i zwyczajnej codzienności.
Aż nieprawdopodobny wydaje się fakt, że „Życie używane” jest jej debiutanckim tomikiem. Mam nadzieję, że
autorka nie poprzestanie na tym jednym wydawnictwie. Jestem przekonany, że kolejne tomiki będą dalszym ciągiem
jej poetyckiej drogi, a sama Poetka swoimi wierszami zatrzyma w biegu niejednego miłośnika poezji.
Przemek Trenk
(Poeta, publicysta)
.
.
.
.
.
.
Tomik dedykuję;
Asi i Kasi za obecność i wsparcie między słowami.
Mężowi / za wszystkie moje powroty i wiarę we mnie.
I. Własna skóra
„„Najtrudniej zamieszkać w sobie
bez pytania o pozwolenie””
JA
istnieję w kilku wersjach
dla jednej osoby
jestem tą
która zawsze daje radę
ktoś inny pamięta mnie
płaczącą w samochodzie
i pewnie do dziś myśli
że taka zostałam
dla kogoś jestem
numerem telefonu
którego już nie wybiera
dla kogoś
śmiechem przy stole
ktoś mnie nie lubi
za zdanie
którego nawet nie pamiętam
ktoś kocha
wersję mnie
której już nie ma
i to jest chyba
najdziwniejsze
chodzę po świecie
w jednym ciele
a zostawiam siebie
w tylu głowach
że nie miałabym gdzie
nas wszystkich pomieścić
może dlatego
nie warto całe życie
poprawiać się
w cudzych oczach
i tak każdy
czyta inną wersję
a oryginał
ciągle jest
w trakcie pisania
Rentgen
na moim rentgenie
lekarz znalazł dziewczynkę
siedzi między żebrami
z kolanami pod brodą
i wciąż myśli
że jeśli będzie wystarczająco cicho
nikt jej nie zauważy
dziwne
bo to właśnie ona
najgłośniej odpowiada
kiedy ktoś podnosi głos
czasem zasłaniam ją sobą
dorosłą kobietą
która nauczyła się trzaskać drzwiami
zanim ktoś zdąży je zamknąć przed nią
czasem to ona zasłania mnie
wkłada małe dłonie
między moje żebra
i trzyma serce
żeby nie wypadło
na zdjęciu nie widać skrzydeł
ani rogów
tylko nas dwie
od lat mieszkające
po przeciwnych stronach tej samej skóry
Śniłam o sobie z wczoraj
byłam mała, złożona z palców i krzeseł
gubiłam się w rozmowach
pomiędzy średniowieczem
a lalką z muszli klozetowej
ktoś krzyczał, że wirus ma skrzydła
targał mi grzywkę
i próbował zatrzymać czas
który wyglądał jak królik z Alicji
podobno rana to tylko okno
przez które wychodzi pamięć
nie wiem i wiem za dużo
choć mogłabym coś, gdzieś
pomiędzy
dziś już nie śnię
jestem snem kogoś innego
rodzę się jak błąd w komputerze
ale nikt nie klika anuluj
jakby wczorajszy dzień
ktoś pozszywał na szybko
nićmi z waty cukrowej
dziś już nie śnię
i to jest ok
Wersja, która nie powstała
gdzieś musi istnieć życie
którego nie przeżyłam
zaczęło się pewnie
od drobiazgu
nie odebrałam telefonu
wyszłam pięć minut później
pomyliłam drzwi
usiadłam nie przy tym stoliku
nic wielkiego
los rzadko robi hałas
kiedy przestawia człowieka
o kilka centymetrów
dopiero później
okazuje się
że z tych centymetrów
zrobiły się kilometry
czasem myślę o kobiecie
którą mogłam zostać
może ma inne włosy
innych ludzi przy stole
inne zdjęcia w telefonie
może wcale nie pisze
może właśnie teraz
też zastanawia się
co by było
gdyby tamtego dnia
zrobiła coś inaczej
i może wymyśliła mnie
siedzącą tutaj
przekonaną
że to ona
jest tą drugą
Niektóre dłonie
niektóre dłonie
mogłyby ją zmieścić
ale teraz już nikt
nie trzyma nic tak delikatnie
więc rośnie jej bark
nie wzdłuż ramienia
tylko tak od środka
wychodzi poza krawędzie czucia
jakby chciało, a nie mogło
tam, gdzie buty stają się za duże
a głos przypomina głos
ale nie wie kogo
w kieszeni nosi spinkę
której nie zakłada
bo nie chce przylgnąć
do żadnej wersji siebie
ale czasem śni
że coś ją składa w ćwierć siebie
i układa
między oddechem a źdźbłem światła
Bez tytułu
ojciec cerował mi głowę
za każdym razem
gdy matka wkładała w przedziałek
nie moje nazwisko
grzebień wyciągał z kołtunów
starą prawdę
ząb po zębie
milczałam
żeby nie poplątać
jego dłoni
nosiłam dwa warkocze
jak szwy
na pękającym domu
obok
stał drugi
bez ojca
między nimi
był peron
pociąg do przedszkola
odjeżdżał zawsze
w tę samą stronę
czasem
zostawałam
ze wzrokiem
wbitym w asfalt
jakbym już wtedy
bała się wybierać
stronę
może wsiadam do wagonu
i zabieram ze sobą
dzieciństwo
na peronie
zostają tylko grzebienie
jakby ktoś jeszcze wierzył
że da się rozczesać
to
co odjechało
Moje siedem miesięcy
ten rok
na chwilę zapomniał
że jestem człowiekiem
posadził mnie w wagoniku
z niedokręconą śrubą
i wypchnął
poza poręcz kalendarza
po drodze
zgubiłam kilka żeber
sen
i instrukcję obsługi
tego, co miało nadejść
krzyczałam
jak nigdy
nie do siebie
a od siebie
głos wyłamał zamek
i wybiegł na ulicę
słyszeli wszyscy
strach chodził w moich butach
i ścierał podeszwy od środka
ból znał kod do domofonu
szczęście
nie nauczyło się pukać
zostawiało drzwi otwarte
były wtorki
przecięte wpół
tępą stroną zegara
a ja bałam się
nadepnąć na jutro
czterdzieści cztery lata
stały za mną
w kolejce do pytajnika
żadne
nie znało odpowiedzi
nie wiem
kiedy wyszłam z kolejki
ale pociąg nadal bierze
ostre zakręty
blisko krawędzi
trzymam się poręczy
mocno
ale drugą ręką
wyciągam litery
spod własnej skóry
i piszę
o tym
bo później
nigdy nie jest obietnicą
Nie mierzę się już
przez lata
prasowałam siebie
pod cudze oczekiwania
i składałam na kostkę
próbowałam zmieścić się
w czyichś oczach
wygładzałam słowa
prostowałam wszystko
co krzywo we mnie rosło
myślałam
że akceptacja
jest nagrodą
za bycie wygodnym człowiekiem
chciałam pasować
do ramek
które ktoś powiesił
na moim życiu
aż któregoś dnia
zdjęłam je ze ściany
okazało się
że nie jestem obrazem
jestem oknem
nie każdy
musi przez nie patrzeć
nie każdy
zobaczy ten sam krajobraz
i pierwszy raz
to wystarczyło
Żeby dojść tutaj
żeby dojść tutaj
każdy krok
musiała zapytać o pozwolenie
mijała opuszczone przystanki
z rozkładami dla nikogo
miała w sobie ławki
i tynk
pamiętający więcej
niż ona
chodziła do lasu po burzę
potem słuchała
jak paruje ziemia
pierwszy raz
nie bała się
że deszcz zmyje ją do końca
pękła jak kora po zimie
z miejsca
które wszyscy brali za bliznę
wyrosło życie
małe
zielone
uparte
moja odklejka
na przystanku stoją poranne mumie
z twarzami podświetlonymi telefonem
ktoś pali papierosa
ktoś przewija cudze życie kciukiem
ktoś już zdążył nie lubić poniedziałku
ja też jadę do pracy
ale przez kilka minut
nie ma mnie na dole
zaciągam się porankiem
aż chłód rozpycha mi płuca
smakuje wrześniem i mokrym chodnikiem
potem robię to swoje
odklejam się
głowa do góry
i już płynę z chmurą
która wygląda jak niedokończony wieloryb
ptaki mają ze mną łatwiej
nie pytają dokąd lecę
wiedzą że na ten padół wrócę
kiedy podjedzie autobus
więc jeszcze chwilę stoję
bezczelnie zachwycona niebem
jakby właśnie dla mnie je dzisiaj otwarto
II. Linie papilarne
„Nie wszystko
co najważniejsze
nauczyło się mówić””