E-book
9.56
drukowana A5
41.7
Życie to loteria

Bezpłatny fragment - Życie to loteria

Objętość:
242 str.
ISBN:
978-83-8126-311-5
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 41.7

Przedmowa

Drogi Czytelniku.

Pewnie nie raz zastanawiałeś się, co by się stało, gdyby nagle i niespodziewanie Ktoś lub Coś, diametralnie odmieniło twój los. Nie ważne, czy byłaby to wielka wygrana w totka, czy też na przykład przypadek, który dałby Ci w prezencie niezwykły dar lub nieprawdopodobne umiejętności, mogące odmienić świat albo ludzi. Czy też, o zgrozo, nagle zabrano by Ci dosłownie wszystko, co posiadałeś i zostałbyś pozbawiony domu, rodziny i bliskich! Ba!… Nawet — samego siebie!

Bywa, że człek leży sobie w łóżku i marzy; ech, gdybym nagle dostał kupę kasy, to… Albo; gdybym miał taką sprytną maszynkę, która potrafi wszystko, to…

No właśnie.

TO, CO?…

Czy jesteś w stanie przewidzieć wszystkie konsekwencje takiego daru? Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie, jak faktycznie zacząłbyś się zachowywać ty sam, albo twoi bliscy, łapiąc Pana Boga za nogi? Czy w końcu, dałbyś radę udźwignąć zmiany, które w związku z twoim szczęściem niewątpliwie by nastąpiły?…

Pytania, pytania…

Przedstawiam Ci bohaterów dwóch opowiadań, którzy na własnej skórze odczuli, jak to jest dostać nagle od opatrzności drugą szansę, czy też, gdy to samo przewrotne życie, zabiera ci jakąkolwiek nadzieję na dalszy byt.

„Życie to bajka?”, a może „Życie to loteria” — dwa tytuły opowieści o pokręconych losach zwykłych ludzi, którzy mieli wielkie szczęście lub strasznego pecha. To do nich zapukał Pan Przypadek, zmieniając dosłownie wszystko, przestawiając codzienną szarą rzeczywistość o sto osiemdziesiąt stopni.

Będą wreszcie szczęśliwi i spełnieni? Czy ich sny o szczęściu, pokryją się z tym, co przygotował los? A jak nie, to może wszystko będzie się dało jakoś „odkręcić”?

Znowu pytania. Może znajdziecie odpowiedź na część z nich w lekturze książki. Sprawdźcie sami.

Sergiusz Jan Urbanowicz


Post scriptum.

Podobieństwo postaci z opowiadań, do żyjących i znanych Szanownemu Czytelnikowi osób, jest zupełnie przypadkowe.

Życie
to bajka?

Rozdział pierwszy
Znalezisko

Na placu zbiornicy było pusto jak nigdy. Nie dziwota, dzień był gorący, a dochodziło południe. O tej porze wszyscy „dostawcy” metalowego badziewia, dawno spędzali miło czas z butelczyną taniego wina w łapach. Stanąłem na samych środku placu w rdzawym pyle, sięgającym kostek. Szukałem wzrokiem właściciela interesu — Genka. Gość, jak do tej pory, zawsze się plątał pośród usypanych gór wszelakiego szmelcu, ale dzisiaj oczywiście gdzieś się musiał schować. Zawołałem głośno. Bez odzewu, jedynie gdzieś zza złomowej góry odezwał się z głośnym ujadaniem kundel, pilnujący złomowiska.

— Gdzie on może być do cholery? — Myślałem głośno, ocierając spocone czoło pod czapką i nagle przyszedł mi do głowy zbawienny pomysł.

Podszedłem do zwału stalowego rupiecia, podniosłem kawałek rury i z rozmachem kilka razy uderzyłem w powyginaną beczkę po smole.

Burek za hałdą dostawał szału, ale zabieg spowodował, że wreszcie pojawił się Genek razem ze swoim pomagierem. Wyleźli zza budy, szumnie nazwanej „Biuro”, drapiąc się po łepetynach i trzymając w brudnych rękach po butelce piwa.

— A to co za hałasy, kurwa?! — zawołał tęgi chłop, nazywany w środowisku złomiarzy — Buła, z uwagi na pucołowatą gębę i wystający brzuch.

— Dzień dobry! Przepraszam szefie, nie wiedziałem, że jest pan zajęty!

Uśmiechnąłem się szeroko, zwracając się bezpośrednio do kierownika i ignorując zupełnie wrzaski Buły. Pokazałem tym samym, że wiem, kto tu rządzi.

— Chciałem trochę poszperać w pana gospodarstwie, bo potrzebuję dużego metalowego pojemnika na ogródek. Może to być wanna, jakaś duża beczka albo coś podobnego. Można, szefie? — zapytałem, pokazując kierownikowi czteropak piwa „Juhas”.

Genek wyciągnął łapę po podarunek z wyraźnym zadowoleniem. Oddał go Bule i zapytał:

— Panie, a to musi być z metalu? Bo wie pan, mam taką fajną wannę z jakiegoś pierrońsko twardego plastiku, może by się nadała, co? Plastik nawet lepszy niż złom. Taka żeliwna balia jest ciężka jak diabli, a metalowa zaraz będzie rdzewieć, farba zlezie, dziura się zrobi i kłopot gotowy.

Złapał mnie pod depo i poprowadził w ocieniony i mocno zarośnięty róg placu.

— Zobacz pan jaka fajna! Stoi u mnie ze dwa lata i nic jej nie rusza! Nawet ptaki, jak nasrają, to wszystko spływa razem z deszczówką i śladu nie ma! — Reklamował towar, dając znak Bule, żeby odrzucił stare deski, zakrywające sporych rozmiarów wannę. — Obejrzyj se pan spokojnie.


Stanąłem nad obudowaną ze wszystkich stron, dziwną prostokątną balią w kolorze indygo. Istotnie, kierownik złomowiska nie kłamał, nie miała żadnego uszkodzenia, nawet małej ryski. Na jednym z krótszych boków umieszczono otwór na baterię, a po drugiej stronie, w dnie, znajdował się spust wody.

Dodatkowo wanna miała małe dziurki na obu dłuższych bokach, co by świadczyło, że zażywano w niej hydromasaży. Kolejnym atutem zbiornika był fakt, że była głębsza niż inne, tradycyjne wanny, co mi bardzo odpowiadało. Gdy uważnie oglądałem towar ze wszystkich stron, znowu odezwał się Genek:

— Panie, a jaka wytrzymała jest! Buła idź ino do biura i przynieś młot.

Pomagier truchcikiem pobiegł do pakamery, trzęsąc wielkim brzuchem, a po chwili wrócił z dużym młotkiem na długim trzonku, zwanym potocznie pyrlikiem.

— No, to pokaż panu.

Genek złapał mnie za rękaw, czym dał do zrozumienia, że lepiej się odsunąć.


Chłop wziął szeroki zamach i z całej siły grzmotnął w kant wanny. Myślałem, że rozwali ją w drobny mak, ale nie! Młotek odskoczył od plastiku i mały figiel, a złomiarz oberwałby obuchem w łeb.

— Widział pan! To jest plastik! Teraz już takiego nie robią! To co, bierze pan? Widzę, że porządny z pana gość i jak dla pana — zastanowił się chwilę — stówka, a na dodatek Buła pomoże zataszczyć wannę na ogródki. — Wyciągnął rękę, czekając z napięciem. — A, czekaj pan chwilę! — zawołał i pobiegł gdzieś, by po chwili wrócić, taszcząc w rękach coś na kształt pokrywy w tym samym kolorze, co wanna. — Wyobraź pan sobie, że ta wanna ma dekiel! Pokrywa się przyda, bo gdy ją pan napełni wodą, to potem można przykryć. Nie wpadną żadne paprochy i ptaki nie nasrają. To co? Bierze pan? — zapytał ponownie z nadzieją w głosie.

Zastanawiałem się przez chwilę.

Drogo kurna, ale z drugiej strony kolor pasuje do lauby. Jest mocna, dosyć głęboka, no i ma pokrywę. Aaa tam, najwyżej przez tydzień odmówię se piwa, a i z paleniem trzebaby skończyć.

— Dobra, panie Genku, biorę za osiemdziesiąt! — stwierdziłem, wyciągając rękę. Zastanowił się chwilę, ale po chwili na jego gębie pojawił się uśmiech zadowolenia.

— Zgoda na osiemdziesiąt pięć, co?

Dobiliśmy targu.

— Powiedz mi pan tylko, dlaczego do tej pory jej pan nie sprzedał, jak jest taka dobra? — zapytałem.

— Plastikowa wanna na złomie? Toż to wstyd. Buła, gdy mnie kiedyś nie było, kupił ją po pijaku od jakiegoś gostka i tak została. Myśleliśmy, że się da wymontować armaturę z obudowy. Wie pan, te wszystkie miedziane rurki, których jest tam w cholerę, ale się nie udało. W hucie mi jej nie wezmą, na starocie jest za młoda, to leży se tutaj i tyle… Buła, pomóż panu zabrać wannę! — zawołał nagle i pogonił kamrata, zapewne po to, bym się czasami nie rozmyślił.


*

Wylewka cementowa pod zbiornik schła w promieniach słońca, a ja, klęcząc przy wannie, kombinowałem w jaki sposób zamocować do rurki, wychodzącej spod osłony, podłączenie wody. Wcześniej założyłem mały kranik do otworu, gdzie jak podejrzewałem, powinien się znajdować. Tym bardziej, że wlotowy był tylko jeden, tak więc, nie była to wanna na ciepłą i zimną wodę.

Dokładnie lustrując obudowę odkryłem, że pod spodem jest sprytnie ukryte gniazdko prądowe. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że wanna ma urządzenie do hydromasażu. Pomyślałem sobie:

Czemu nie? Zrobimy se w ogródku jacuzzi!


Ile ja się nakombinowałem, żeby do tego dziwnego gniazdka dopasować wtyczkę! Dopiero, gdy kupiłem przejściówkę na system angielski, którą i tak musiałem nieco zmodyfikować, można było załączyć prąd. Na razie woda jeszcze nie była podłączona i nie chciałem sprawdzać, czy działa zasilanie. Cholera wie, jak ta wanna funkcjonowała. Najgorsze w tym wszystkim było, że na obudowie nie przypięli żadnej tabliczki i konia z rzędem temu, co wiedział na jakie napięcie toto „chodziło”. No, ale jak wcześniej u nas ktoś jej używał, widać działała na nasz prąd, przynajmniej taką miąłem nadzieję.


— Cześć, sąsiedzie! A co ty tam kombinujesz z samego rana?

Odwróciłem się zaskoczony i niechcący przejechałem piłką do metalu po palcach.

— O, żeż, kurna!… — zakląłem głośno. — Cześć, Mietek! A tego, co tu przywiało… — mruknąłem pod nosem, patrząc; to na sąsiada zza płota, to na rozwalone palce. — Ach, no widzisz, kupiłem za grosze starego strupa, bo zbiornik na wodę przydałby się w ogródku i teraz podłączenie chcę zrobić — tłumaczyłem cierpliwie, wstając z klęczek.

— No to, co za problem? Kupujesz giętką i zbrojoną końcówkę o odpowiednim przekroju złączki i po krzyku! — Gapił się na moje poharatane paluchy. — Oj, coś mi się widzi, że sobie palce przeciąłeś… — zauważył łaskawie.

Mądrala się znalazł — pomyślałem ze złością. — Tyle, to i ja wiem.

Ale, podchodząc do płota i tamując przy okazji krew chusteczką, odpowiedziałem:

— Cały szkopuł w tym, że żaden normalny śrubunek nie pasuje. Ani pół cala, ani trzy ósme, ani żaden inny gotowy rozmiar nie podchodzi pod gwint. Muszę wszystko samemu jakoś dopasować… Nie wiem kto wyprodukował tę wannę, ale rozmiary i pomysły miał chyba z kosmosu — tłumaczyłem, ścierając cierpliwie cieknącą krew.

— Poczekaj przyniosę plaster i wodę utlenioną. Nie wygląda to najlepiej — zawyrokował, przyglądając się mojej dłoni.

— Daj spokój, to tylko draśnięcie. Zaraz przejdzie.

— Może ci jakoś pomogę? Teraz z tą ręką nic już nie zrobisz.

Pewnie, jeszcze brakowało wścibskiego Mietka, który wsadzi swoje łapy do mojej wanny, A potem będzie wszystkim opowiadać, jak to on wszystko zrobił, bo ja nic nie umiem! Niedoczekanie!

— Dzięki Mietek, ale na dzisiaj koniec. Plecy mnie bolą, a i ręka, jak widzisz do dupy. Jutro pokombinuję, może uda się coś dokupić? — odparłem.

— Jak chcesz… — Był wyraźnie zawiedziony. — Jutro chcesz kończyć? — zapytał na odchodnym.

— No jutro albo dopiero, gdy ręka się zagoi. Nie śpieszy się, tyle lat ogródek był bez wody w zbiorniku, to i te kilka dni wytrzyma.

— Okej, to na razie. Opatrz ranę, żeby się jakieś zakażenie nie wdało. — Odwrócił się i poszedł na drugą stronę ogrodu.

— Jasne, cześć! — zawołałem za nim. — Cholera go nadała… — mruknąłem, oglądając uważnie pocięte palce.

*

— No i gdzieś ty znowu wkładał te swoje łapy, co?! — piekliła się Hela, oglądając zranioną dłoń. — Lutek, skończy się na tym, że kiedyś nie będzie się dało poskładać ciebie do kupy i co mi wtedy zostanie? — biadoliła.

— Emerytura!… — wypaliłem, nie zastanawiając się specjalnie nad tym, co mówię.

— Świnia! W dupę se ją wsadź, wiesz? — chlipnęła, wycierając delikatnie pokiereszowane palce. — Z tym trzeba do lekarza iść. Musisz wziąć zastrzyk na tężca, albo jakiś antybiotyk.

— A tam, daj spokój Hela, dobrze wiesz, że nigdzie nie pójdę. Polej spirytusem albo jodyną, zabandażuj i wystarczy. Na mnie goi się, jak na psie.

— Ech, głupi jesteś Lutek i tyle. Mówię ci, z tym trza do lekarza, jak nic… Uważaj, bo będzie piekło. — Uprzedziła przed przemyciem rany spirytusem salicylowym.

— Sssss!… Zaraz się zsikam! — syczałem, trzymając rękę między nogami. — A czym żeś mi polała paluchy, wrzątkiem?! — krzyczałem na żonę, podskakując po kuchni.

— Wrzątkiem, idiota! Siadaj! Przecież widzisz, że to spirytus. Sam kazałeś — odparła obrażona. — Dawaj rękę, teraz muszę założyć bandaż.

Gdy kończyła opatrunek, rana powoli przestawała piec, więc wrócił mi dobry humor.

— Hela?

— Nooo… — burknęła, chowając opatrunki do apteczki.

— Wiesz, co to jest jacuzzi? — spytałem żonę.

— A co ci to za świństwa chodzą po tym starym, pustym łbie? — fuknęła.

— Starym, starym… Widzicie ją — obruszyłem się. — I wcale nie pustym. Wannę kupiłem na ogródek. Teraz ją instaluję, a ona ma chyba jacuzzi, wiesz? Będziesz mogła se w niej siedzieć, popijać zimne piwko, a bąbelki powietrza będą cię wszędzie masowały. Nawet, kiedy sobie bąka puścisz, to nikt nie usłyszy! — zawołałem ucieszony.

— Lutek, na Rany Boga! Ty już całkiem zbzikowałeś?! Pieniędzy w domu nie ma, a ty jacuzzi, i to na ogródek, kupujesz?! Zgłupiałeś?! — wołała ze łzami w oczach.

— Uspokój się Hela. Ta wanna jest ze złomu i kosztowała jedynie pięćdziesiąt złotych. Oszczędziłem, to mam. Ładna jest. Cała niebieska, wiesz? — Popatrzyłem na Helę, z wyrazem oddania i ufności.

— Lutek? — Podeszła bliżej z groźną miną. — A skąd ty miałeś pięćdziesiąt złotych, co? Oszczędziłeś? Na czym, no na czym?

— Daj spokój kobieto, głodny jestem. Co dzisiaj na obiad? — zapytałem, kończąc rozmowę na drażliwe dla nas obu, tematy domowych finansów. Wiedziała, że dzisiaj nic więcej ode mnie się nie dowie, ani o pieniądzach, ani o wannie, ani o niczym innym.

Cóż, taki mam charakter, że jak się zaprę, to koniec. Westchnęła więc głośno, odpowiadając:

— Żurek z kiełbasą i jajkiem. — Odeszła do kuchenki podgrzać obiad.

*

Obudziłem się przed świtem. Rwący i pulsujący ból w ręce nie pozwalał dalej spać. Wstałem, wysikałem się i wyszedłem na balkon, gdzie zapaliłem papierosa. Gdy zgasiłem peta w popielniczce, pierwsze ptaki właśnie zaczęły swój poranny świergot. Odwinąłem opatrunek.

— Hmm, nie wygląda to najlepiej — stwierdziłem pod nosem, patrząc na zaczerwienioną i opuchniętą dłoń. Palce były jakieś sztywne, a skóra napięta.

Założyłem świeży opatrunek. Ubrałem się cichutko, żeby nie obudzić Heli, a potem zrobiłem gorącej herbaty. Zajrzałem do lodówki, ale nie chciało mi się szykować śniadania. Ugryzłem kęs kiełbasy z wczorajszego żurku i zjadłem jajko na twardo. Hela dalej smacznie spała, więc napisałem na kartce:


Idę na ogródek, a potem do lekarza. Jak chcesz, to potem przyjdź, pokażę ci jacuzzi.


Wyszedłem, zamykając cicho drzwi.

*

Wanna czekała na mnie tam, gdzie ją zostawiłem. Stałem nad nią i paląc kolejnego papierosa dumałem, co zrobić z tym durnym przyłączem. W pewnej chwili mój wzrok padł na specjalny klej do hydrauliki. Że też wcześniej o tym nie pomyślałem! Przecież mogę zalepić złącze tym klajstrem, a potem zostawić na pół godziny i będzie git!

— Dobra cholero. Czas na próbę generalną, a spróbuj przeciekać, to cię wypierdzielę na śmietnik — mruczałem do siebie, sprawdzając po raz kolejny wszystkie połączenia.

Odkręciłem główny zawór. Wężyk doprowadzający wygiął się lekko, ale stwierdziłem z satysfakcją, że woda nigdzie nie cieknie.

Teraz odkręciłem kurek, z którego po kilku sekundach bulgotania i syczenia pociekła zabrudzona na zielonkawy kolor woda. Jednak po kilku chwilach, przybrała normalny wygląd i stwierdziłem, że wszystko jest jak trzeba. Uklęknąłem i namacałem gniazdko, uraziłem się przy tym w zranioną rękę, co wywołało paroksyzm bólu.

— Szlag by trafił, ale boli!… — Trzymałem się za rękę, czując jak rwie od czubka palców, aż po łokieć.

Ze zdumieniem zauważyłem cienką czerwoną kreskę, która wyłoniła się spod bandaża, kierując się w górę dłoni. Wiedziałem, co to jest — tak wygląda objaw zakażenia krwi!

— O żeż kurna, jeszcze tego brakowało. Trzeba iść do lekarza. Bo wykorkuję i tyle. Wpierw jednak podłączymy wannę do prądu. — Postanowiłem, bo ciekawość brała u mnie zawsze górę nad zdrowym rozsądkiem.


Wstałem, podpierając się zdrową ręką i wkręciłem korek. Przez chwilę nic się nie działo. Dopiero po kilku sekundach wanna zaczęła delikatnie buczeć, a za chwilę głośno brzęczeć. Już miałem wykręcić korek, gdy hałas ucichł i obudowa zajaśniała delikatnym mlecznym blaskiem, a głośne buczenie ustało.

Dźwięk jaki teraz wydawała maszyneria, był podobny do pracy sprawnego transformatora. Najlepsze było w tym wszystkim to, że tak samo zaczęła świecić pokrywa wanny, która stała kilka metrów dalej, oparta o ścianę lauby!

— A to ci historia! — Patrzyłem zdumiony, na świecący sam z siebie dekiel. — Tobą, zajmę się później.

Podszedłem do urządzenia, trzymając w ręce próbnik napięcia. Chciałem sprawdzić, czy czasami nie ma jakiegoś przebicia. Odkręciłem kurek, a woda nie popłynęła!

— Co jest do diabła! — Gapiłem się bezradnie na wannę.

Po chwili z kranu zamiast wody, zaczęła płynąć dziwna, zielonkawa i galaretowata ciecz. Odpływ jakiś cudem sam się zatkał, a ciecz wolno napełniała zbiornik.

Na bocznych ścianach, wokół małych dziurek, zaczęły świecić białe okrągłe plamy, migocząc rytmicznie. Zaś na rancie obudowy pojawiły się dziwne znaki, mrugające tak samo, jak plamy na dziurkach.

— Szlag trafi, takich cudów jeszcze nie widziałem… — marudząc pod nosem, nachyliłem się nad wanną wypełnioną już w połowie mazią. — Aleś se jacuzzi kupił, idioto! Raczej jakąś pieprzoną wytwórnię zielonej galaretki!

Może ona tak się czyści z miedzianego nagaru, który przez lata nagromadził się w rurkach? — myślałem gorączkowo. — Nic, najpierw trzeba sprawdzić, czy prąd nie „kopnie”. Uziemienie zrobiłem, ale jak widzę, co się tu wyprawia, to już mnie nic nie zdziwi.

Delikatnie dotykałem próbnikiem elementów obudowy i brzegów wanny. Wszystko było w porządku. Pomyślałem więc, że może trzeba by wsadzić końcówkę próbnika do półpłynnej masy i wtedy się okaże, co się stanie.

*

Obudziła mnie Helena, a jej słowa docierały do mnie, jak przez mgłę. Stała nade mną i płacząc wołała:

— Lutek! Lutek, kochanie ty moje, żyjesz?! — Szarpała mnie za ramię.

— He… He-lenka? — wycharczałem schrypniętym głosem. — Chy… Chy-ba mnie prąd kopnął.

Stwierdziłem, że siedzę na ziemi z chorą ręką po łokieć zanurzoną w zielonej mazi, trzymającą dalej w palcach próbnik. Wanna delikatnie i cichutko buczała, mrugając do mnie dziwnymi kropkami i znaczkami, ale z kranu już nic nie płynęło.

— Lutek, co mam robić! Powiedz, co mam zrobić! — wołała Hela.

— Nic, nic… Pomóż tylko mi wstać. Tylko powoli, bo mnie ręka… — chciałem powiedzieć — boli, ale ze dziwieniem stwierdziłem, że nie czuję już żadnego bólu!

To chyba następne stadium w zakażeniu krwi — pomyślałem przerażony.

— Co ręka! No, co ręka!… Gadaj! — Stękała, dźwigając mnie z płytek chodnika.


Wstałem, wyciągając dłoń z brei. Wtedy wanna znowu zaczęła głośniej brzęczeć, a po chwili sam z siebie podniósł się korek spustu i wszystko spłynęło do ścieków. Z kranu i bocznych dziurek popłynęła czysta woda, spłukując resztki galarety. Wanna umilkła, zgasła poświata na obudowie i pokrywie. Zrobiło się cicho.

— Hela, muszę szybko do doktora. Wdało się zakażenie.

Pokazałem zabandażowaną rękę upstrzoną zielonymi farfoclami.

— Pokaż no to, trzeba zdjąć bandaż i założyć nowy — gderała pod nosem, odwijając opatrunek. — A mówiłam wczoraj, żeby od razu do lekarza iść i… — umilkła nagle.

— No, co jest? — Popatrzyłem na żonę zniecierpliwiony, nie mając odwagi spojrzeć na palce. — Jak to wygląda? Źle, prawda?

— Sam zobacz… — szepnęła blada jak ściana.

Spojrzałem w dół. Ręka była, co prawda umazana na zielono, ale… No właśnie. Wyglądała, jakby nigdy, przenigdy na świecie nie była zraniona! A co dopiero — zakażona! Nawet zniknęła z małego palca pięćdziesięcioletnia kurzajka!

— Hela, co się stało?… — Patrzyłem przerażony, to na żonę, to na wannę, to na zdrową dłoń, myśląc intensywnie. — Kobieto, coś mi się widzi, że ja — poprawiłem się — że my tutaj chyba mamy; nadzwyczajne, nieziemskie i cudowne urządzenie, co leczy rany!


Odszedłem na bok, oglądając dokładnie dłoń pod różnymi kątami i nagle wpadł mi go głowy szatański pomysł.

— Hela? Jak tam twoja ostroga w pięcie, boli bardzo?

Żona popatrzyła na mnie, jak na wariata. Domyśliła się o co chodzi i już miała uciekać z działki, ale byłem szybszy. No i, nie bolała mnie ręka!

Rozdział drugi
Eureka!

— Świnia! Świnia! Świnia! — darła się Helena, usiłując wyrwać się z mojego uścisku. Byłem silniejszy, trzymałem ją mocno w pół na kolanach, siedząc w altanie na wersalce.

— Cicho, idiotko! Zamknij się wreszcie, bo nas ludzie usłyszą, albo nie daj Boże ten wścibas Mietek! — warczałem jej w ucho. — Popatrz lepiej na swoją nogę! Głupia babo!

Przestała się szarpać i chlipiąc spojrzała na mokrą zielonkawą stopę, z której na linoleum skapywały galaretowate gluty. Dotknęła pięty i pokręciła kończyną. Wszystko wskazywało na to, że noga była zdrowa!

— Lutek, co tu się wyprawia? Coś ty znowu wymyślił? — Patrzyły na mnie wielkie zdziwione oczy.

*

Stałem właśnie na szczycie aluminiowych schodków podstawionych pod pawlacz w przedpokoju, gdy zazgrzytał przekręcany w zamku klucz. Nim zdążyłem zejść, Hela gwałtownie otwarła drzwi, co prawie zrzuciło mnie z drabiny.

— Lutek? A co ty tam robisz? — zapytała przez szparę. — Czego szukasz w starych gratach?

Złożyłem drabinkę i wpuściłem ją do środka.

— Nie wiesz czasami, gdzie jest ten stary szkolny mikroskop Romka? No wiesz, to taki przyrząd do obserwacji mocno powiększonych rzeczy. Był w drewnianej skrzynce. Kupiłem go kiedyś w „Składnicy Harcerskiej”.

No na pewno nie w pawlaczu — mruknęła pod nosem, przechodząc do kuchni. — Dlaczego chłopy nigdy nie wiedzą, gdzie co jest? — zapytała sama siebie, rzucając na stół siatki z zakupami. — Tam są tylko stare dmuchane materace, maska do nurkowania, parawany plażowe, piłki, sprzęt sportowy i inne pierdoły. A mikroskop, i wyobraź sobie, że wiem, co to jest mikroskop. — Podparła się pod boki. — Leży na szafie obok biurka w pokoju Romka. Musiałam go tam schować, bo się ostatnio Justysia do niego dorwała.

Złapałem drabinkę i idąc do romkowego pokoiku zapytałem:

— A nie wiesz, czy w pawlaczu jest jeszcze rurka do nurkowania? No wiesz ta, co to Romek w Jastarni utopiłby się przez nią, kiedy uczył się pływać. — Gadałem, stojąc na szczycie schodków z pudłem od mikroskopu pod pachą.

— Lutek? Co ty znowu kombinujesz? — zapytała Hela podejrzliwie, stojąc pod drabiną. — Po cholerę ci mikroskop i rurka do nurkowania?

— Już ja tam wiem. Poczekaj chwilę, to ci zaraz wszystko powiem, kobieto.


Hela szykowała obiad, a ja czyściłem szkła okularu w mikroskopie. Potem wyciągnąłem z kieszeni małą buteleczkę po tabletkach, wypełnioną zielonym glutem z wanny. Delikatnie wyjąłem odrobinę i rozprowadziłem po szkiełku mikroskopowym, patyczkiem do czyszczenia uszu. Przyłożyłem drugą szybkę i miałem gotową próbkę do obserwacji.

— Hela włącz górne światło — powiedziałem, gapiąc się w okular.

Obraz był zamazany, więc musiałem sporo się namęczyć, by go wyregulować.

To, co zobaczyłem wcale mnie nie zaskoczyło, bo mniej więcej takiego widoku się spodziewałem. Uśmiechnięty wstałem od stołu i pokazując Heli, by usiadła na moim miejscu, stwierdziłem:

— Siadaj, patrz i podziwiaj…

Hela przytknęła oko do okularu i wystawiając język regulowała ostrość, a potem nagle zastygła, jakby bała się kogoś albo coś wystraszyć. Mamrotała pod nosem:

— Lutek, co to jest? Co tam się rusza? Wygląda, jak takie, takieee maluśkieee… — Zastanawiała się nad nazwaniem tego, co zobaczyła.

— No właśnie, takie sobie malusie „cosie”. Jutro z samego rana idziemy na działkę. Weź dużo jedzenia, bo nie wiadomo kiedy wrócimy — zakomenderowałem. — Będzie środa, więc Mietka nie powinno być na ogródku, to będziemy mieć spokój. — Usiadłem i zabrałem się za postawiony na stole rosół.

— A co tam będziemy robili? — zapytała, siadając jeszcze raz przy mikroskopie.

— Zobaczysz… W każdym razie, mam pewien pomysł i jak się uda, to wszystko się zmieni. Wierz mi Hela, wszystko… — odparłem tajemniczo.

— Mhm, już to widzę… — wymruczała, nie odrywając oka od szkła przyrządu. — Ale to zmyślne cholery, a jakie ruchliwe!

*

Na wszelki wypadek zasłoniłem wannę przed wścibskimi oczami, stawiając na sztorc, od strony działkowej dróżki, dwie euro-palety, do których przypiąłem stary brezent z przyczepki. Helena trochę pomagała, ale częściej przyglądała mi się z uwagą, a jej wyraz twarzy mówił wszystko:

Mój stary zwariował!


Usiadłem w końcu w foteliku na ganku domku i zapaliłem papierosa.

— Hela siadaj tutaj i słuchaj teraz uważnie, co powiem.

Żona podeszła jakoś tak niepewnie i nieufnie spoglądała w moją stronę, nauczona ostatnim doświadczeniem z wanną, ale w końcu usiadła obok.

— Muszę sprawdzić, czy wanna robi to, o czym myślę. Dlatego zaraz zrobię tak, że wejdę do wanny i cały się zanurzę w zielonej brei.

Hela już chciała coś powiedzieć, ale złapałem ją za rękę, pokazując tym samym, żeby była cicho i wysłuchała mnie do końca.

— Powtarzam, wlezę do wanny i zanurzę się w galarecie. Koniec, kropka. Będę oddychał przez romkową rurkę do nurkowania, a ty w tym czasie przykryjesz wannę tym deklem, który stoi oparty o laubę. Pod żadnym pozorem nie wyłączaj prądu i czekaj, jak długo się da. Nie wiem, co się stanie, ale podejrzewam, że po pewnym czasie wanna i te „malusie cosie” zrobią co trzeba, to znaczy… — przerwałem dla lepszego efektu. — Naprawią w moim ciele wszelkie zmiany chorobowe, a potem wanna wypuści gluty do ścieku. Dopiero wtedy zdejmiesz pokrywę i zobaczysz, co się ze mną stało — skończyłem, gasząc papierosa w popielniczce.

— Lutek tyś chyba zwariował!… — Zaczęła lamentować.

Przerwałem jej natychmiast.

— Przestań, Hela. Albo mi pomożesz… — Wstałem z fotelika. — Albo idź do domu, a ja sam se jakoś poradzę. — Twardo postawiłem warunek.

Nie odpowiedziała, ani tak, ani nie, tylko ciężko westchnęła i wydmuchała nos w chusteczkę. Znałem żonę, takie zachowanie oznaczało, że się poddała i zrobi dokładnie to, o co proszę.

— Dobra! — Klasnąłem w dłonie. — To do roboty, bo czas leci!


W domku rozebrałem się do spodenek kąpielowych. Potem włączyłem prąd i obserwowałem w milczeniu, jak zajaśniała obudowa i wanna zaczęła się napełniać zieloną, przeźroczystą mazią. Gdy poziom glutów sięgał mniej więcej do połowy wysokości, maszyneria wyłączyła strumień płynu i przeszła w tryb cichszej pracy. Popatrzyłem na żonę, może już ostatni raz, i zrobiło mi się jakoś tak ciężko na duszy.

Ech, co tam, raz kozie śmierć! — pomyślałem.

— Hela. — Patrzyłem na nią z czułością. — Tam w kredensie, pod szufladą ze sztućcami, jest przyklejona koperta. Jakby co — przerwałem — to odłożyłem tam trochę grosza. I pamiętaj, tak jak żeśmy kiedyś mówili, tylko trumna, żadne tam krematoria i słoiki na popiół. Ma być porządna skrzynia, z dębowej deski, dobrze?… — Kiwnęła tylko głową, blada jak ściana, trzymając dekiel wanny niby tarczę, która miała ją ochronić przed moim szaleństwem. — I pamiętaj, pod żadnym pozorem nie wyłączaj prądu. Czekaj aż wanna sama wypuści gluty i się wyłączy. Dobrze? — Znowu cisza i kiwnięcie głową. Przysunąłem się i ponad trzymaną pokrywą, pocałowałem ją w mokry od łez policzek.

Przeżegnałem się, a potem wsadziłem nogę do cieczy, która o dziwo była przyjemnie ciepła. To dodało mi otuchy, wlazłem więc cały do środka i wolno usiadłem, zanurzając stopniowo ciało. Wsadziłem rurkę do nurkowania w usta, jeszcze raz się przeżegnałem i odmawiając w myślach „Ojcze nasz”, cały zanurzyłem się w mazi. Zanim ciecz przykryła twarz i oczy, zobaczyłem jeszcze, jak Hela nakłada pokrywę na wannę.

Wtedy ogarnęła mnie ciemność.

*

Na początku nic specjalnego się nie działo. Dopiero po jakiejś chwili, poczułem na całym ciele delikatne i przyjemne mrowienie, od czubka głowy po końce palców nóg. Razem z tym uczuciem stwierdziłem, że moje ciało oderwało się lekko od dna i swobodnie, niczym korek, pływało sobie w cieczy. Miałem wrażenie, że nie leżę w ciasnej wannie, a unoszę się na niezmierzonym oceanie glutowatej zielonej galarety. Mrowienie nasiliło się, ale dalej było to przyjemne uczucie, które spowodowało, że całkowicie zeszło ze mnie napięcie i strach. Gdy skończyłem się modlić, byłem już szczęśliwy, niczym dziecko, któremu rodzice dali cudowny prezent pod choinkę.

Teraz wspólnie z resztą ciała, mój mózg też zaczął odczuwać zadowolenie, pokazując jakieś dziwne nieziemskie obrazy, które były tak piękne i wspaniałe, że aż się popłakałem. Zrozumiałem nagle, że już nie jest mi potrzebna rurka do oddychania i wbrew zdrowemu rozsądkowi, kołaczącemu się gdzieś w zakamarkach świadomości, wypchnąłem językiem plastik z ust.


Nie wiem ile wytrzymałem bez oddychania! Gdy ból w klatce piersiowej był nie do zniesienia, a panika wzięła górę nad cudownymi doznaniami, usiłowałem się jakoś ratować i wydostać z wanny! Nic z tego. Nie byłem w stanie poruszyć najmniejszym placem, nawet nie mogłem otworzyć oczu! W końcu nie wytrzymałem i jednym oddechem wciągnąłem maź w płuca…

To już koniec. Żegnaj Hela, żegnaj Romku…

O dziwo byłem bardzo spokojny, serce biło równo, ale coraz wolniej, a w ostatnich przebłyskach świadomości, stwierdziłem, że znowu mogę podnieść powieki.


Ostre światło poraziło źrenice, więc przystawiłem dłoń do czoła.

— Tata, tata!… Zuć piłkę Romusiowi! No zucaj!… Bede łapać!

Mały opalony chłopczyk biegał przede mną po piasku, czekając wyraźnie na to, aż jakiś jego tata rzuci mu kolorową plażową piłkę.

— No rzuć mu Lutku tę piłkę, nie drażnij się, widzisz jaki z niego świetny bramkarz!

Śmiała się młoda kobieta, siedząca na czerwonym kocyku osłoniętym wzorzystym parawanem.

Spojrzałem w dół na ręce, w których to ja trzymałem pasiastą plażową piłkę! Miałem silne i opalone dłonie, jak u młodego człowieka!


Lutek? Plaża? Dziecko?… Co ja tutaj robię? — Pytanie za pytaniem, a mózg nie potrafił znaleźć sensownej odpowiedzi.

Sen? Śmierć? Niebo?

Na ustach chłopczyka pojawiła się charakterystyczna podkówka, świadcząca o tym, że był bliski płaczu.

— Tata, co nie zucas!…

Pchnąłem delikatnie piłkę w jego stronę, a wtedy na buzię malca natychmiast powrócił uśmiech. Z wdziękiem rzucił się w stronę piłki i złapał ją w locie, śmiejąc się wesoło.

— Jesce raz! — seplenił. — Jesce raz, tato! — wołał, odrzucając zabawkę w moim kierunku.

Tato?

Odwróciłem głowę w stronę młodej kobiety.

— Helena?…

Pięknie opalona dziewczyna, zdjęła z głowy duży słomkowy kapelusz i wstała z kocyka. Z jej twarzy zniknął uśmiech, a pojawiło się zaniepokojenie.

— Co się dzieje kochanie? Źle się czujesz? — Przytuliła się do mnie, obejmując w pół i patrząc uważnie w oczy.

— Wiesz? Chyba właśnie stało się coś… Nie wiem — mówiłem wolno i z trudem, jakby moje usta były sklejone, a słowa dochodziły gdzieś z daleka.

Spojrzałem jej w oczy.

— Kocham cię… Wybacz.

*

Poczułem chłód na całym ciele. Właśnie taki ziąb się odczuwa, gdy wyjdziemy z ciepłej wody na lekki wiaterek. Leżałem na boku. Zwinięty w kłębek, niczym płód w brzuchu matki. Zacząłem drżeć. Otwarłem oczy. Było ciemno. Powoli wracały zmysły i pamięć. Odwróciłem się na wznak i podnosząc rękę, dotknąłem pokrywy, leżącej na wannie. Nie byłem zmęczony ani słaby i raczej czułem się dobrze, a nawet, gdyby nie przejmujący chłód, bardzo dobrze! Bałem się. Teraz dopiero zacząłem się bać tego, co było i tego, co dopiero będzie. Leżałem, nasłuchując odgłosów z dworu. Wanna była wyłączona i chyba czysta, bo nie wyczuwałem pod palcami śliskiej mazi. Miałem tylko nadzieję, że Hela się nie wystraszyła tego całego eksperymentu i nie wyłączyła maszyny. No, a gdy mimo wszystko wyłączyła, to też dobrze, bo jak widać żyję i jestem cały!

Jeeezu, ale zimno! Muszę wstać i się wytrzeć, bo jeszcze jakiego zapalenia płuc dostanę.


Siadając, delikatnie uniosłem pokrywę. Było ciemno. Przez szparę ujrzałem Helenę okutaną w koc i kołdrę. Siedziała w turystycznym foteliku ustawionym tuż obok wanny. Widząc ją śpiącą w świetle lampy na komary, zrobiło mi się jakoś tak ciepło na duszy i przez dłuższą chwilę, mimo chłodu, przyglądałem się twarzy żony. Ostrożnie, tak by jej nie zbudzić, odstawiłem dekiel obok. Wstałem.


Wtedy Helena otworzyła oczy.

Najpierw były lekko zmrużone, a gdy powoli budziła się też u niej świadomość, robiły się coraz większe i większe, do momentu, aż sztywno usiadła na krzesełku z rozdziawionymi ustami w niemym krzyku. Patrzyła na mnie, niby na największe zło tego świata!

Zanim się odezwałem, z jej ust wydobył się w końcu tak przerażający wrzask, że chyba wystraszyła wszystkie istoty znajdujące się w promieniu kilku kilometrów od naszej działki.

— Łaaaaaaa!… — Zerwała się gwałtownie, zrzucając koc i kołdrę, a potem zaczęła biegać bez ładu i składu po całym ogródku, aż w końcu upadła bez czucia pod krzakiem czerwonej porzeczki.

— No jasne! Jeszcze tego brakowało… — mruczałem, gramoląc się z wanny.

Podbiegłem do żony. Przyłożyłem dwa palce do szyi. Puls był szybki, ale miarowy. Oddech również.

— Zemdlała bidula ze strachu, widząc „zielonego luda”. — Sapałem, podnosząc Helenę z ziemi.

Wziąłem ją na ręce, jak dziecko i zaniosłem do altany. Dopiero, gdy ją delikatnie układałem na wersalce, zdałem sobie sprawę, co tak faktycznie zrobiłem! Z moim lumbago i bolącymi nogami, nigdy w życiu nawet bym nie poruszył, leżącej jak kłoda żony!

Przykryłem ją kocem, a potem włączyłem lampkę na stoliku. Za chwilę powinna dojść do siebie, a ja w tym czasie muszę się jakoś doprowadzić do porządku.

Nalałem wody do miski i za pomocą kąpielowego ręcznika, szybko zmywałem zieloną maź. Przebrałem majtki i na koniec umyłem włosy. Po kilkunastu minutach byłem jak nowy.

Włożyłem ubranie, które żona przygotowała na tę okazję. Jakieś takie za duże były te wszystkie rzeczy, ale może tak mi się tylko zdawało.

Zauważyłem, że Hela zaczęła się lekko poruszać. To dobrze, bo gdy się obudzi już nie będzie przeżywała szoku na mój widok. Jeszcze tylko się uczeszę…


Ręka zastygła w połowie drogi do głowy.


Z lusterka patrzył na mnie jakiś młody, może dwudziestoparoletni facet, o gęstych i czarnych jak noc włosach! Cholera! Patrzyło na mnie moje własne odbicie, które pamiętałem sprzed trzydziestu lat! Ręce mi opadły.

— O kurwa… — wyrwało się z gardła.

— No właśnie. — Doszedł do mnie słabiutki głos Heleny.

Rozdział trzeci
No, to mamy kłopoty!

— Zapamiętałaś wszystko dokładnie? — Upewniałem się po raz kolejny, trzymając ją mocno za rękę. — I tak, jak ci mówiłem, nie walcz, tylko poddaj się wszystkiemu, co się stanie. Myśl o samych dobrych rzeczach, a wrócisz do młodych lat.

Helena, milcząc tylko kiwała głową, drżąc na całym ciele.

— I nie bój się, wszystko będzie dobrze. Widzisz przecież, nie? — Pokazałem palcem na siebie, a ona znowu przytaknęła. — Dobra, to teraz siadaj, ale powoli. — Pomogłem jej usiąść.

— Lutek, a jak się nie uda? — Patrzyła na mnie ze łzami w oczach, trzymając się kurczowo obudowy wanny.

— Ech… — żachnąłem się. — A, co się ma nie udać kochanie? Wszystko pójdzie jak trzeba. Nie martw się. — Podałem jej fajkę do nurkowania. — Masz, wsadź rurkę do ust. Dobrze. A teraz, powolutku zanurz się tak głęboko, żeby tylko ona wystawała z wody. Jak co, to ci pomogę.

Trzymając się obiema rękami moich ramion, wolno zanurzyła głowę w mazi. Jednak wstała zaraz, wyciągając fajkę z ust.

— Ja nie umiem, nie mogę! — krzyczała, prychając i kaszląc. — Wlewa mi się do uszu i nosa! Nie chcę!

— Cicho bądź, głupia! — wrzasnąłem na nią, z takim wyrazem twarzy, że natychmiast umilkła. — Chcesz być młoda i zdrowa? Pytam, chcesz?!

Kiwnęła głową.

— No to niech się wlewa do nosa, uszu i gdzie tylko chce… — Złapałem ją pod brodę. — Tak ma być kochanie. Tak ma być, zatkaj se nos palcami — powiedziałem twardym głosem. — Zaczniemy jeszcze raz. Dalej, bo się te „malusie cosie” rozmyślą i gówno z tego będzie. — Uśmiechnąłem się dla dodania otuchy.

Puściła moje ramiona i ponownie zanurzyła w zielonej galarecie. Odczekałem chwilę, obserwując jej zachowanie. Po kilku sekundach twarz żony się odprężyła, a na ustach pojawił się słaby uśmieszek.

— No widzisz? — mruknąłem do siebie. — I czego się bałaś, głupia? — Zakryłem wannę pokrywą.

*

Helena stała w środku altany i wycierała się ręcznikiem. Patrzyłem na nią przez szparę w drzwiach, obserwując z podziwem i pożądaniem jej jędrne, młode ciało.

— Oż, cholera! — sapnąłem i spojrzałem w dół na spodenki.

— Co się stało? — Helena zaniepokojona wyjrzała na ganek, a jej wzrok powędrował z mojej (zapewne teraz czerwonej) gęby na napięte gatki. — Uśmiechnęła się kokieteryjnie. — Lutek! No wiesz, czego to ci się zachciewa w tym wieku?

Już miałem odpowiedzieć i pokazać czego mi się chce, wstając z krzesełka, gdy usłyszałem za sobą znajomy i skrzekliwy głos:

— Przepraszam! Dzień dobry, a państwo, to kim są, bo nie widzę gospodarzy?

Zastygłem w pół kroku, nie wiedząc, co powiedzieć.

I wtedy zdarzył się cud! Hela wyjrzała zza drzwi altanki i odezwała się do stojącego za płotem wścibskiego Mietka:

— Dzień dobry! Zapewne pan Mieczysław! Witam, ciocia Hela uprzedziła nas, że sąsiad zza płota może się dopytywać kim jesteśmy. Podobno jest pan, tu na działkach, znanym detektywem. Przyjechaliśmy niedawno, a wujostwo pojechało do nas na wybrzeże, na jakiś czas. Mamy się opiekować ogródkiem i mieszkaniem.

Mietek mimo, że został mile połaskotany hasłem „detektyw”, nie dał się łatwo zbić z pantałyku.

— Bo wie pani, trzeba być czujnym. — Lustrował zza okularów figurę Heleny. — Kręci się tutaj tylu bezdomnych i różnych innych ciemnych typów, podejrzanego autoramentu, że strach. Narobią szkód, nakradną, a potem trzeba ogródek przez pół roku do jako takiego stanu doprowadzać. — Patrzył bezczelnie na Helę. — A do kogóż to pojechali Kowalewscy na wybrzeże? Nigdy się nie chwalili rodziną nad morzem.

Zaatakował niespodziewanie, więc podjąłem grę Heleny

— Witam pana, panie Mieczysławie. Bo wie pan, my tak naprawdę nie jesteśmy prawdziwą rodziną pani Heleny i pana Lucjana. Dawno temu, gdy państwo Kowalewscy jeździli na wakacje do Jastarni, zaprzyjaźnili się z naszymi rodzicami. My, jak to dzieci, mówiliśmy na nich ciociu i wujku, no i tak zostało. Tak los pokierował, że niedawno pobraliśmy się, a nasi rodzice zaprosili ciocię i wujka do siebie na wakacje.

— Och! Gratulacje! — zawołał Mietek. — Szkoda tylko, że nic mi nie powiedzieli. Żyjemy tu przecież w tak dobrych stosunkach!

A, to żmija — pomyślałem. — Dobre stosunki se wymyślił, cygan jeden.

— Dziękujemy! — Helena uśmiechnęła się wesoło. — Wie pan, jak to jest, szybka decyzja wyjazdu i widać nie mieli kiedy powiedzieć. Opowiem panu jeszcze ciekawszą historię!

— Taak? A jaką?… — Mietek zastrzygł uszami.


Jeszcze raz w ten sposób spojrzy na Helenę, to mu walnę z piąchy w ten głupi pysk — myślałem, uśmiechając się jednocześnie, jak umiałem najładniej.

Helena pokazała na mnie palcem, mówiąc:

— Mój mąż, Lucjan. — Potem wskazała siebie. — Helena!

— O, ja pierdzielę! — zawołał Mietek. — Ale zbieg okoliczności! A Romka państwo znają? — Stary zgred nie dawał za wygraną.

— A znamy, znamy, ale jako małego brzdąca! Kilka ton piasku przekopaliśmy razem na plaży. — Śmiałem się wesoło, zezując na Helę.

— To się świetnie składa, bo właśnie widziałem, jak przyjechał z Justysią. Będziecie znowu mogli się zobaczyć po latach! Postawił auto na parkingu i rozmawiał z prezesem o topolach, co to chcą je wyciąć przy stawie — poinformował, uważnie obserwując reakcję na jego słowa.

Natychmiast odwróciłem się do Heleny.

— Romek przyjechał! Musimy się jakoś przygotować! — Odchodząc zawołałem do Mietka. — Wybaczy pan, ale w laubie jest mały nieporządek, nie chcielibyśmy, żeby wnuczka… Noo, wnuczka wujostwa oczywiście, czyli Justysia, zrobiła sobie jakąś krzywdę. Do widzenia, panie Mietku. — Pchałem Helenę przed sobą i siłą wepchnąłem do altany.


Jak tylko zamknąłem drzwi zawołałem:

— Hela, telefon! Dawaj szybko komórkę! — Podała mi leżącą najbliżej na stoliku, mówiąc z paniką w głosie. — Masz moją, gdzie do diabła teraz będziesz dzwonić! Musimy uciekać! Jak nas Romek zobaczy, to mamy przesrane. Zawoła policję, albo jeszcze gorzej! — Panikowała, płacząc cicho, ale w tym całym wariactwie wykazała trochę zdrowego rozsądku, ubierając się, jak do wyjścia na miasto.

— No gdzie masz numer do Romka! — krzyczałem nerwowo, przeszukując kontakty. — No gdzie?!

— Patrz pod; „Synuś Romuś” — krzyknęła, zakładając spodnie. — Kurwa, Lutek, nic nie pasuje! Wszystko jest za duże! Jezus, Maria! No, to koniec. — Usiadła zrezygnowana, zasłaniając twarz rękami. — Przyjdzie tu zaraz nasz rodzony syn, i wyrzuci nas z ogródka na zbity pysk, a potem wyrzuci z domu i pójdziemy pod most.

— Jeszcze nie! Nie tak prędko, Hela! — wołałem do żony. — No odbierz żeż ten telefon, cholera jasna… Romek?! Tata mówi!… Nie krzyczę, tylko głośno mówię… Gdzie jesteś synku? Aaaa, na ogródku, z Justysią. Wiesz, nas tam nie ma. No, nie ma… W domu też nas nie ma… Gdzie jesteśmy?… — pomachałem do Heli, prosząc o pomoc.

Podeszła i szeptała mi do drugiego ucha:

— Powiedz, że jedziemy właśnie pociągiem… — Na moje rozpaczliwe ruchy, pokazujące — gdzie jedziemy, Hela po namyśle, odparła: — No nad morze, no przecież…

— Taak, tak! Jestem! Coś telefon przerywa! Noo, bo jjjedziemy nad morze przecież, pociągiem jedziemy właśnie, to przerywa. Do Jastarni… Nie zwariowaliśmy! Jedziemy sobie z mamą do bardzo starych znajomych. Zaproszeni zostaliśmy… Kiedy?… A na jakieś dwa, trzy tygodnie, może dłużej. — Obserwowałem ruchy rąk Heli. — Taaak. Ale, ale! — zawołałem do komórki. — Słuchaj, Romciu, kochanie!… No nie krzyczę przecież… U nas na ogródku jest dwoje młodych ludzi… Co za jedni? No mówię, że młodzi ludzie, dzieci tych znajomych. Ach, nie denerwuj się. Lepiej, że są na ogródku, niż u nas w mieszkaniu…

Hela wstała, obserwując dróżkę i kręcącego się przy furtce Mietka.

Czeka skubany na Romka. Zaraz mu poskarży, co się tutaj wyrabia — myślałem ze złością.

— Ci młodzi, popilnują nam ogródka kiedy nas nie będzie. Wiem, że ty możesz, albo Ilona. Ale oni… Słuchaj mnie wreszcie! Oni przyjechali tutaj zaraz po ślubie… Jak to, jakim ślubie, no swoim przecież, nie naszym… — Hela odwróciła się do mnie i popukała w czoło, kręcąc głową. — Podróż poślubna na śląski ogródek? Ach, co ty gadasz Romciu, byli już w podróży poślubnej. Przyjechali tutaj, żebyśmy my mogli pojechać tam. Rozumiesz? Nie? Nie szkodzi. To są dzieci tych znajomych z Jastarni, wiesz? Młodsi od ciebie, trochę. Taak, fajni… Helena i Lucjan… Nie żartuję, kurde Romek, no mówię ci, Helena i Lucjan…


Hela machnęła ręką, żebym już kończył, bo właśnie na drodze pojawił się Romek, trzymający za rączkę Justysię!

— Dobra synku, będziemy dzwonić!… Pozdrów Ilonę i ucałuj Justysię!… Pa! I niech se ci młodzi tam siedzą na działce. A, i trzymaj ich z daleka od Mietka! Pa synku, pa!

Zakończyłem rozmowę na czas, bo Romek właśnie stanął przy bramce, zatrzymany przez tego cholernego wścibasa Mietka, który gadał coś do syna, pokazując na domek.

Spociłem się jak mysz. Spojrzałem przez okienko i powiedziałem do żony:

— Dobra Hela, czas wyjść. Zabiję tego sukinsyna Mietka, jak jeszcze raz wyjrzy zza płota — warknąłem, otwierając drzwi domku i uśmiechając się od ucha do ucha, zawołałem do wchodzącego na działkę syna:

— Och, zapewne pan Roman! Dzień dobry! Chodź Helenka, przyszedł syn państwa Kowalewskich z wn…, znaczyyy z córeczką!

Wziąłem za rękę struchlałą ze strachu Helę i wyszliśmy naprzeciw.

*

— O widzę, że tata zainstalował w końcu jakiś zbiornik na wodę.

Romek chodził dookoła maszynerii, a zaraz za nim Justysia.

— Nawet ładna ta wanna jest i bez uszkodzeń — stwierdził po chwili, głaszcząc niebieską obudowę.

— Ładna, ładna! — darła się Justysia, stając na paluszkach i zaglądając do środka. — Chcem basenik, chcem do wody! Tata, ja chcem się kompusiać!

Szarpała Romka za nogawkę spodni i waliła dużą plastikową łopatką w obudowę. Na szczęście dla nas, Romek szybko wybił dziecku z głowy pomysł z kąpielą w wannie.

— Dzisiaj jest już za późno i za zimno na kąpiel, a tym bardziej na dworze, córuś. Przyjdziemy do domku, to mamusia wykąpie cię z pianką w naszej wanience, dobrze? Może w niedzielę się wykąpiesz, jak będzie ładna pogoda, zgoda?… — Popatrzył na nas, stojących w drzwiach altany, jakby szukał wsparcia.

— Tak, tak Justysiu, dzisiaj jest już za zimno! Jeszcze dostałabyś katarku i trzeba byłoby łykać gorzki syropek! — Helena gorliwie poparła słowa Romka.

Dziewczynka zrobiła podkówkę, ale jakoś przełknęła odmowę, a mając do wyboru; kąpiel w domu i zabawę w ciepłej wodzie albo katar i gorzki syrop, wybrała na szczęście to pierwsze.

— Ojciec mi mówił, że rodzice jadą teraz do was nad morze i posiedzą tam kilkanaście dni. — Upewnił się, przyglądając się nam z uwagą.

Widać po nim było, że coś nie dawało mu spokoju. Gdzieś w podświadomości syna tkwiła, wzbudzająca wątpliwości informacja, której nie potrafił wyłuskać, by udowodnić nam, że wcale nie jesteśmy tymi, za których się podajemy.

— Tak, tak! — zapewniłem go gorąco. — Mieli dojechać dzisiaj, i teraz zapewne bawią się już doskonale u rodziców!

Popatrzył na mnie tak jakoś dziwnie, widać zbyt gorliwie starałem się go przekonać do naszej historii.

— Wiesz Lucjan…

— Mów mi Lutek — przerwałem mu z uśmiechem. — Wiesz, mocno przyzwyczaiłem się do tego przezwiska, wymyślonego przez Helę, bo Lucjan brzmi jakoś tak, bardzo oficjalnie.

— Okeej — powiedział wolno, zastanawiając się nad czymś. — Wiesz, Lutek… — umilkł na chwilę. — Nie wiem, jak ci to powiedzieć. I tobie oczywiście też, Heleno.

Uśmiechnął się ładnie do matki. Ale nie jak syn! A jak młody facet do młodej i atrakcyjnej równolatki!

Kurde, źle, niedobrze…

— No więc, uważam, że jesteście bardzo podobni do moich rodziców, wiecie? Wręcz łudząco podobni!

Zamurowało nas, a Helena, to aż usiadła na wersalce, blada jak ściana. Zacząłem się nerwowo śmiać.

— Nie zrozumcie mnie źle — kontynuował Roman — nie wyglądacie staro. To znaczy, źle powiedziałem. Noo, nie staro oczywiście, ale na ich wiek, kiedyś tam. Po prostu wyglądacie tak, jak mama i tata na starych fotografiach, trzydzieści lat temu! — wypalił i usiadł obok Heli. — Ty wyglądasz kubek w kubek, jak moja mama. A ty, jak ojciec!… Dziwne.


Zapadła cisza, ale nie dałem mu za dużo czasu na myślenie.

— Nieprawdopodobne! — zawołałem z pasją. — A wiesz, że wszyscy znajomi, łącznie z naszymi rodzicami, no dosłownie wszyscy, cały czas nam to mówią; Hela i Lutek, to skóry zdjęte z tej Heli i tamtego Lutka, z dawnych lat! Dlatego też, chcieliśmy tutaj przyjechać i poznać twoich rodzicieli osobiście! Uśmialiśmy się i upłakaliśmy, gdy nas dzisiaj rano zobaczyli. Normalnie ich zamurowało! Dlatego może z ulgą i tak szybko pojechali do nas, bo nie mogli po prostu na nas, czyli na siebie, patrzeć! — Śmiałem się, a Helena podjęła temat i rechotała równie głośno.

— No właśnie. Trudno patrzeć na swoją młodość, chodzącą ci przed nosem. Gibkie ciało i jędrną skórę, szczególnie, gdy chodzi o kobietę. — Westchnęła.

Może to przekonało Romka albo coraz bardziej znudzona i zmęczona Justysia, marudząca mu do ucha. Wstał i podając rękę, powiedział:

— Dobra! Czas na mnie. To siedźcie tu sobie, jak długo chcecie. Noo, chyba, że zatrzymacie się u nas, co? — Nie wiedzieć czemu spojrzał na Helę. — Jest miejsce, a Ilona na pewno ucieszy się z towarzystwa.

— Ach, nie trzeba! — zawołała Helena, podchodząc do Romka.

Oby jej teraz nie przyszło do głowy, poczochrać go po głowie, jak to miała w zwyczaju! — pomyślałem z trwogą.

Było już za późno.


Romkowi opadła szczęka. Odskoczył do tyłu, na ile to było możliwe w małej izdebce i krzyczał, wyjmując komórkę.

— Gadać mi tu zaraz, kim jesteście! Gdzie mama i tato, bo dzwonię na policję! — wołał, wybierając jednocześnie kciukiem „997”.

Justysia w płacz, Helena w krzyk, a ze mnie zeszła para. Nie byłem w stanie zrobić żadnego ruchu, wykonać żadnego gestu. Nic. Kompletnie, nic. Czarna rozpacz.

— Halo?! — darł się do telefonu. — Proszę szybko przyjechać na działki! Zaszło wielkie przestępstwo! A może nawet, morderstwo!… Tak! U nas!… Numer 109, przy… — Oprzytomniałem. Skoczyłem na Romka i wyrwałem mu telefon, a gdy go wyłączałem, niechcący wyleciał mi z ręki i wpadł za kanapę.

— Przestań! — wrzasnąłem. — Przestań natychmiast!… — I wtedy chyba Bozia mnie natchnęła. — Bo jak nie, to zawołam Pana Bu!

Romek zbaraniał na tyle, że aż przysiadł na oparciu wersalki, a po moich słowach Justysia zaczęła lamentować:

— Nie do Pana Bu! Tata, nie do Pana Buu… Uuuu!…

— Kim wy jesteście, na Boga… — wyszeptał. — Tata?… Mama?… — Oczy robiły mu się coraz większe. — Co wyście najlepszego zrobili, ludzie? — Zamarł w niemym zdumieniu.

Podszedłem do niego.

— Tak! Tata i mama! I nie czas teraz na tłumaczenia! — Podałem mu swój telefon. — Dzwoń do gliniarzy! Odwołaj wszystko, bo jak tu przyjadą to mamy przesrane!

Patrzył nieprzytomnym wzrokiem, to na mnie, to na telefon.

— To jest telefon taty… To twój telefon, tato? Na pewno jesteś ojcem, moim? — Plątał mu się język.

— Hela zrób coś, bo jak nic, synek nam tu zaraz zejdzie i nawet wanna nie pomoże! — zawołałem do żony.

Helena wstała i tuląc Justysię do siebie, powiedziała w miarę spokojnie:

— Synku, czy Justynka przytuliłaby się do obcej osoby? No przytuliłaby się, zastanów się kochanie…

Romek popatrzył na córkę wtuloną w ramiona Heli i bez słowa wybrał numer alarmowy.

Zamienił kilka zdań z dyżurnym, a po chwili popatrzył na mnie pustym wzrokiem.

— Jadą…

Rozdział czwarty
I co teraz zrobić?

— Dobra, zrobimy tak. My z matką pójdziemy do domu i zabierzemy ze sobą Justysię, a ty zostaniesz tutaj i jakoś się wytłumaczysz przed policjantami. Powiesz najwyżej, że kiedy przyszedłeś, to byli tutaj nieznani ci obcy ludzie, ale już sobie poszli. No, wymyślisz w miarę wiarygodną historyjkę. Najwyżej mandat zarobisz za niezasadne wezwanie, to ci potem oddamy. — Odwróciłem się do Heli. — A my idziemy, bo jak „niebiescy” nas tutaj zastaną, to dopiero będzie kaszana! — Zakomenderowałem, popychając ją przed sobą i kierując w stronę wyjścia.

— Tata?… — Romek zatrzymał nas w połowie drogi do furtki. — Powiedz mi jeszcze tylko jedno; jak to się stało? Noo, jak żeście to zrobili, że jesteście tacy, noo tacyy… Młodzi? — Plątały mu się słowa, bo cała ta historia, to było dla niego coś, czego w dalszym ciągu nie umiał pojąć.

Rozejrzałem się uważnie, czy w pobliżu nie ma nikogo obcego, a w szczególności Mietka. Przysunąłem się bliżej do syna i szybko, zniżonym głosem powiedziałem:

— Najpierw, to nie mów do nas; mama i tata, bo wygląda to idiotycznie. W końcu jesteśmy z wyglądu w tym samym wieku, albo nawet młodsi. Po drugie, powiem na razie tylko tyle, że to wszystko za sprawą tej wanny, która tak ci się spodobała. Możesz wierzyć albo nie, ale efekt jej działania stoi właśnie przed tobą. Maszyna pluje zielonymi glutami, zanurzasz się w nich i po jakimś czasie jesteś zdrowy jak koń i młodszy o co najmniej trzydzieści lat albo i więcej. Cholera wie! — Poklepałem go po ramieniu dla dodania otuchy, widząc jego przestraszoną minę. — Dlatego teraz za wszelką cenę musimy odkręcić całe to zamieszanie, żeby w spokoju przemyśleć, co dalej. Jak już gliniarze pójdą, pozamykaj wszystko i nakryj wannę deklem, a potem przyjdź do domu. — Odwróciłem się i pobiegłem za Heleną, która zdążyła odejść spory kawałek. — A, i nie zapomnij wykręcić korków od prądu! — Krzyknąłem, będąc już na dróżce. Całe szczęście, bo zza zakrętu właśnie wyszli dwaj policjanci.


— Halo, dzień dobry! — zawołał jeden z nich, tęgi i wysoki. — Działka numer 109, to tam? — zapytał, pokazując palcem w stronę naszego ogródka.

Zastanowiłem się chwilę i kiwając głową, odpowiedziałem:

— Tak, tak! To działka państwa Kowalewskich, właśnie widziałem przed domkiem ich syna. Przepraszam, stało się coś? To tacy spokojni ludzie. Znowu ich okradli?!

Policjant podrapał się w głowę pod czapką i znudzonym głosem wyjaśnił:

— Eee, chyba nie. Zresztą, to się zaraz okaże. Wzywał nas ktoś spod tego numeru. Sprawdzimy, to będziemy wiedzieć. Dziękuję, za informację. — Minął mnie i poszedł dalej.

No Romek, synku. Trzymaj się tam, bo my stąd spadamy…

Biegłem w stronę wyjścia z ogródków, które Hela dawno minęła. Niestety w całym tym zamieszaniu stałem się mniej czujny. Nie zauważyłem bowiem, że w swoim ogródku, tuż przy granicznym żywopłocie od strony murowanego grilla, stał przyczajony nie kto inny, a ten sukinsyn, Mietek. Ogrodowa szuja słyszała wszystko, co powiedziałem do Romka i gdy mijałem bramę wyjściową, biegnąc za Helą, wchodził właśnie do swojej altany z głupim uśmiechem na ryju.

*

— Justysia już śpi? — szepnąłem do Heli, kiedy weszła do kuchni.

— Tak, słoneczko moje malutkie. Śpi jak aniołek — chlipnęła. — Wiesz, co mi powiedziała, zanim zasnęła? — I nie czekając na moją odpowiedź, dokończyła. — „Kocham cię babciu. Teraz jesteś taką ładną i nową babcią, wiesz?” Moje serduszko malutkie.

— No jasne, pięknie — mruknąłem. — Trzeba będzie ją nauczyć, że ma mówić do nas; ciociu i wujku albo jeszcze jakoś inaczej.

— No wiesz? A po co? — Obruszyła się Hela.

— Po co, po co. Wyobraź sobie, że idziesz z Justysią na plac zabaw. Malutka kręci się na karuzeli i krzyczy: babciu, babciu! Wszyscy się rozglądają za babcią dziecka, a tu wstaje z ławki dwudziestopięcioletnia laska z blond włosami do pasa, która biegnie do dziecka, wołając: już idę wnusiu! I co?… — zapytałem z tryumfem w głosie. — I afera gotowa, jak nic!

— No to co my teraz zrobimy? — Hela zrezygnowana usiadła za stołem. — Przecież nikt nam nie uwierzy, że my, to przecież, my. Wszyscy będą myśleli, że jesteśmy oszustami, złodziejami i bandytami! Co teraz zrobimy, Lutek?! — Odprowadzała mnie wzrokiem, bo właśnie wyszedłem z kuchni.

— Spokojnie Hela, bo dziecko obudzisz. Właśnie nad tym myślę, a jak przyjdzie Romek pomyślimy we troje. Co trzy głowy, to nie jedna — powiedziałem z pokoju, szukając w szafie starych ciuchów.


Zaterkotał dzwonek. Zamknąłem szafę i cichutko podszedłem do drzwi, zaglądając przez judasza na korytarz.

Uff, Romek. Wreszcie!

Otwarłem.

— Wchodź, prędko!

Wciągnąłem go do środka, zajrzałem za róg i zdębiałem. Za ścianą stali ci sami dwaj policjanci, którzy byli na działce! Odskoczyłem do tyłu, chcąc szybko zamknąć. Nic z tego. Policyjny bucior błyskawicznie znalazł się między progiem a drzwiami, na tyle skutecznie, że te odskoczyły i rąbnęły mnie kantem w czoło. Zamroczyło mnie tak, że aż przysiadłem na gumolicie. Gliniarze byli w środku.

— Jak pan przyjmuje gości? — zapytał jeden z nich, dźwigając mnie z podłogi, gdy drugi w tym czasie już prowadził Helenę. — Bez numerów, bo oberwiesz — warknął i bezceremonialnie postawił w rozkroku pod ścianą, opierając dłonie wysoko nad lamperią.

— Panie Kowalewski. Zna pan tych ludzi? — zapytał tamten drugi Romka, trzymając Helę za rękę.

Roman patrzył bezradnie, to na nas, to na policjantów i w odpowiedzi tylko zaprzeczył ruchem głowy.

— No właśnie. Pan Roman Kowalewski was nie zna, a wy, utrzymujecie, że jesteście jego rodzicami! — Zaśmiali się oboje na cały głos.

— Dokumenty! — ryknął ten za mną, wykręcając boleśnie rękę. — Tylko bez numerów, powtarzam.

Z sypialni doszedł do nas zaspany głos obudzonej Justysi, a po chwili jej głośny płacz. Romek wyszedł do pokoju.

— Pytam jeszcze raz, gdzie masz dokumenty, chłopie? — warknął mój prześladowca, dociskając boleśnie do ściany.

— Panie władzo… — stęknąłem. — Żona ma wszystkie papiery! Hela daj panom nasze dowody, to się przekonają! — Zbyt późno zrozumiałem, że popełniłem kolejny niewybaczalny błąd.


— Taak… Pan Ludwik Jerzy Kowalewski i pani… — odczytał z dowodu jeszcze raz — Helena Otylia Kowalewska. No cóż, wszystko się zgadza. Podaliście nawet prawidłowo daty urodzenia. Przygotowani jesteście! No więc, co my tu jeszcze robimy? Czego to od nas chcą, te głupie gliny? — Podszedł bliżej. — Dlaczego policja nas skuła i teraz się czepia? — Patrzył mi głęboko w oczy. — Dlatego!… — ryknął, przytykając dowód osobisty do nosa. — Widzisz, głombie? Poznajesz?… To jest, pan Ludwik Jerzy Kowalewski. Tak wygląda pan Kowalewski! Starszy pan, ojciec i dziadek! A ty, łajzo, kim jesteś, co?…

Już miałem odpowiedzieć, ale policjant wyczuł, co chcę mówić i warknął:

— Tylko nie pieprz o tym, żeś jest ojcem tego młodego człowieka. Gdzie są państwo Kowalewscy i co z nimi zrobiliście…

Dałem Helenie dyskretny znak oczami, żeby nic nie mówiła i sam umilkłem, bo na tym etapie nie było sensu gadać z kimkolwiek, a szczególnie z tymi dwoma. Patrzyłem smutnym wzrokiem na syna i zastanawiałem się, jakbym ja postąpił w takiej sytuacji. Może tak samo jak on? A może, nie?… Nie wiem.

Drugi policjant wyszedł na klatkę schodową i rozmawiał o czymś przez radiostację ze swoim dyżurnym. Gdy wrócił zakomunikował:

— Mamy ich odstawić na komendę, a tam już się nimi zajmą.

Helena nie przestawała płakać i zaklinać Romka, żeby jej nie oddawał na pewną śmierć. Justysia wyła i wołała, że chce do babci. Syn blady jak ściana, sam nie wiedział, co powiedzieć i widziałem, że chciał tylko jednego; żeby cała ta sprawa się wreszcie skończyła, a my wszyscy, żebyśmy zniknęli mu z oczu.


Wepchnęli nas do radiowozu na tylne siedzenie. Zdjęli kajdanki i oczywiście pouczyli, że niczego nam nie wolno i coś tam, coś tam… Ja zaś, kombinowałem intensywnie, jak się wyplątać z całej tej historii, ale z nerwów nic nie mogłem wymyślić. Zdałem się więc na łut szczęścia i wolę nieba. I właśnie owo szczęście, albo „wola nieba”, dopadły nas w czasie jazdy.

Patrol otrzymał informację, że gdzieś po drodze wydarzyła się kolizja albo wypadek. Mają tam jechać i do czasu przyjazdu drogówki, zabezpieczyć miejsce oraz świadków. Nie pomogło tłumaczenie, że mają na pokładzie, jak to określili — zatrzymanych groźnych przestępców. Gdy dojechaliśmy, zorientowałem się, że nie była to kolizja, a potężny karambol kilku aut. Sprawca, szaleniec albo pijany, dalej jeździł rozwalonym częściowo samochodem i taranował kolejne, stojące na parkingu! W pewnej chwili zobaczył naszą „sukę”. Udało mu się jakoś nawrócić i z całą siłą grzmotnął w przód radiowozu! Policjanci wyskoczyli, chcąc go zatrzymać, ale ten wrzucił wsteczny i szykował się do kolejnej szarży. Nie było czasu i innego sposobu, tylko musieli nas wyciągnąć z auta. Oczywiście kazali nam stanąć gdzieś z boku i czekać. Ale po co i na co mielibyśmy czekać? Poszliśmy w długą, tylko się za nami kurzyło! Za plecami słyszeliśmy huk kolejnych zderzeń, głośne krzyki i siarczyste przekleństwa.

*

Leżeliśmy w wysokiej trawie opuszczonego ogródka Maciaszczyków, obserwując uważnie naszą działkę i przylegającą do niej parcelę Mietka. Był już późny wieczór i mimo niezłej pogody, na działkach panował względny spokój. Koło naszej, może dlatego, że była na samym końcu wewnętrznej drogi, nikt się nie plątał i nawet dzieciaki gdzieś się pochowały.

Hela, widząc bezruch i spokój, zaczęła się kręcić. Miała wyraźną ochotę, żeby wyjść z ukrycia i pójść do altanki.

— Co się wiercisz? Musimy jeszcze poleżeć. Nigdy nie wiadomo, czy gliniarze nie przyjdą sprawdzić naszego ogródka. W końcu zwialiśmy im z konwoju, nie? Mój dowódca plutonu zawsze powtarzał: „obserwacja przedpola i wyciąganie wniosków z obserwacji przedpola, to pierwszy i najważniejszy element taktyki na wojnie. Kto tego nie umie, ten ginie”! Nasze przedpole jest tam. — Wskazałem ogródek Mietka i nasz. — A nasi wrogowie… Tam. — Wskazałem na dwóch znajomych policjantów, którzy nagle wyszli zza zakrętu ogrodowej drogi. — Widzisz? Leż cicho i nie ruszaj się. Wiesz, co by było gdybyśmy teraz byli w laubie?


Na szczęście moje przeczucia mnie nie zawiodły. Policjanci szukali nas, ale niewiele mogli wskórać. Mieli, co prawda nasze dowody osobiste, ale w „nowych” ciałach, widzieli nas pierwszy raz w życiu, a na dodatek byli święcie przekonani, że jesteśmy oszustami albo złodziejami, którzy skradli dokumenty prawdziwym Kowalewskim.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 41.7