E-book
39.38
drukowana A5
50.01
Życie między Światami

Bezpłatny fragment - Życie między Światami


Objętość:
188 str.
ISBN:
978-83-8467-991-3
E-book
za 39.38
drukowana A5
za 50.01

Dla tych, którzy musieli stracić wszystko, by odnaleźć swoją prawdziwą siłę

I dla każdego, kto wierzy, że miłość potrafi uleczyć nawet najgłębszy mrok


„Mówili, że jesteś plagą, która odbierze nam ciemność.

Nie wiedzieli, że twoje światło to jedyna rzecz, dla której warto spłonąć.”

ROZDZIAŁ 1

Deszcz nie po prostu padał — on bębnił w szyby z wściekłością, jakby za wszelką cenę chciał wedrzeć się do środka mojego ciasnego, acz przytulnego mieszkania na trzecim piętrze. Zza okna dobiegał głuchy, niski pomruk nadchodzącej burzy. Idealna pogoda na to, by zaszyć się pod kocem z kubkiem gorącej herbaty i udawać, że świat zewnętrzny nie istnieje. Niestety, świat zewnętrzny miał wobec mnie zupełnie inne plany, a zegarek na ścianie nieubłaganie odliczał minuty do rozpoczęcia mojej zmiany.

— Świetnie. Po prostu idealnie — mruknęłam pod nosem, wpychając do ust ostatni kęs naprędce zrobionej kanapki.

Popiłam ją łykiem parzącej kawy, która niemal wypaliła mi gardło. Stałam w łazience, desperacko próbując okiełznać za pomocą suszarki moje długie, blond włosy. Zwykle żyły własnym życiem, ale dzisiaj, pod wpływem wszechobecnej wilgoci, postanowiły ogłosić całkowitą niepodległość. Rzuciłam szczotkę na blat. Trudno. Będą mokre.

Spojrzałam w lustro na swoje niebieskie oczy. Zwykła dziewczyna z miasta. Żadna tam piękność z okładek magazynów, na której widok faceci potykają się o własne nogi. Zresztą, nawet gdyby się potykali, i tak natychmiast zaczęłabym analizować ich intencje, motywacje i mowę ciała, doprowadzając całą sytuację do momentu, w którym albo uciekliby w popłochu, albo zostalibyśmy najlepszymi przyjaciółmi. Taka już byłam. Zamiast szukać miłości, wolałam skupić się na tym, co realne — na pracy, spokoju i garstce najbliższych mi ludzi.

W tym momencie mój telefon wibrował na blacie. Na ekranie wyświetliło się zdjęcie roześmianej twarzy mojej mamy. Odebrałam, przyciskając aparat ramieniem do ucha, podczas gdy gorączkowo szukałam kluczy do auta.

— Cześć, mamo! — rzuciłam w biegu.

— Nadio, kochanie, widziałaś, jaka jest pogoda? — w słuchawce rozbrzmiał jej ciepły, troskliwy głos. — Nadciąga straszna nawałnica. Jedź ostrożnie do pracy, dobrze? I załóż coś ciepłego. Twój ojciec mówi, że na trasie już tworzą się korki.

Uśmiechnęłam się pod nosem. Moi rodzice dali mi w życiu wszystko, co mogli. Nigdy, nawet przez ułamek sekundy, nie odczułam z ich strony braku miłości. Byli moim bezpiecznym portem.

— Wiem, mamo, widzę ten armagedon za oknem. Wychodzę właśnie z domu. Zadzwoń do mnie wieczorem, dobrze? Kocham was.

— My ciebie też, córeczko. Uważaj na siebie.

Rozłączyłam się, wrzuciłam telefon do torebki, chwyciłam klucze i płaszcz. Czas zacząć ten wspaniały, deszczowy piątek.

Gdy zatrzasnęłam za sobą ciężkie, dębowe drzwi mieszkania, na korytarzu panował półmrok. Narzuciłam płaszcz na ramiona i ruszyłam w stronę klatki schodowej. Czas naglił, więc zamiast schodzić spokojnie, zaczęłam niemal zbiegać po stopniach, przeskakując co drugi. Moje myśli krążyły już wokół sterty dokumentów, które czekały na mnie w biurze.

Byłam na wysokości drugiego piętra, tuż przy ostrym zakręcie schodów, gdy z dołu, zza ściany, wyłoniła się wysoka sylwetka.

Nie zdążyłam wyhamować. Niczym rozpędzony byk, z całym impetem wbiłam się w postać idącą z naprzeciwka.

Siła uderzenia była tak duża, że w ułamku sekundy straciłam grunt pod nogami. Moje ciało bezwładnie poleciało w tył, a w głowie zdążyła narodzić się tylko jedna, przerażająca myśl: Złamię kręgosłup. Zamknęłam oczy, przygotowana na twarde zderzenie z betonem.

Upadek jednak nie nastąpił.

Zamiast tego poczułam na swojej talii silny, twardy uścisk. Ktoś złapał mnie w ostatniej chwili, tuż nad ziemią, z niesamowitym refleksem i siłą, jakby moja waga nie robiła na nim najmniejszego wrażenia. Gwałtownie otworzyłam oczy i zamarłam.

Mężczyzna trzymał mnie blisko, niemal wtuloną w swój szeroki tors. Pierwsze, co zarejestrowałam, to jego oczy. Będąc tak blisko, nie mogłam tego przegapić — jedno było głęboko zielone, drugie intensywnie brązowe. Ten niezwykły kontrast na moment całkowicie wyczyścił mój umysł z jakichkolwiek logicznych myśli. Jego czarne włosy były potargane, zmierzwione przez wiatr i deszcz, jakby kompletnie nie dbał o ich ułożenie. Pachniał cedrem, chłodem i czymś ostrym, co natychmiast zakręciło mi w nosie.

— Wszystko w porządku? — zapytał. Jego głos był niski, lekko chropowaty, idealnie współgrający z szalejącą za oknem burzą.

Wtedy moja wewnętrzna obserwatorka doszła do głosu. Zamiast podziękować jak normalny człowiek, poczułam, jak na moje policzki wypływa potężny rumieniec. Moja godność spakowała walizki i opuściła budynek. Spanikowałam. Szarpnęłam się do tyłu, uwalniając się z jego uścisku, i nic nie mówiąc, bez słowa podziękowania, odwróciłam się na pięcie, by jak najszybciej odejść.

Oczywiście zrobiłam to w swoim absolutnie genialnym stylu. Potknęłam się. O własne nogi.

Tym razem grawitacja była nieubłagana. Zrobiłam widowiskowy jaskółczy lot i runęłam na ziemię z całej siły. Na całe szczęście nie stoczyłam się ze schodów — upadłam już na prostym korytarzu, ale uderzenie o twarde kafelki wycisnęło mi powietrze z płuc. Resztki wstydu, które jeszcze we mnie tliły, ostatecznie legły w gruzach.

Słyszałam ciężkie, spokojne kroki zbliżające się w moją stronę. Ten sam typ zbierał teraz mnie i moje porozrzucane rzeczy z podłogi. Podniósł moją torebkę, podał mi klucze, a w jego dwukolorowych oczach malowało się coś na kształt rozbawienia zmieszanego z troską.

— D-dziękuję — wykrztusiłam ledwo słyszalnym szeptem.

Nawet na niego nie spojrzałam. Wyrwałam mu z ręki swoje rzeczy, zerwałam się na równe nogi i uciekłam w dół schodów, chowając twarz w moich wciąż niedosuszonych, mokrych włosach. Słyszałam za sobą jego cichy, głęboki oddech, ale nie odwróciłam się ani razu.

Droga do pracy była… cóż, normalna, jeśli można tak nazwać jazdę w totalnej ulewie ze świadomością, że właśnie wyszło się na życiową kalekę przed niesamowicie przystojnym nieznajomym. Przez całe przedpołudnie próbowałam skupić się na tabelkach w Excelu, ale moje ciało powoli zaczynało protestować. Upadek na kafelki przyniósł bolesne konsekwencje.

Gdy wybiła godzina przerwy obiadowej, z ulgą opuściłam biuro, by spotkać się z Noelem. Noel był moim jedynym przyjacielem. Po kilku nieudanych randkach na początku naszej znajomości zgodnie uznaliśmy, że o wiele lepiej czujemy się w relacji czysto platonicznej. I tak zostało — byliśmy ze sobą na dobre i na złe, zawsze razem, stanowiąc dla siebie nawzajem najsilniejsze wsparcie.

Siedzieliśmy w małej, osiedlowej knajpce niedaleko mojego biura. Noel spojrzał na mnie znad talerza i natychmiast zmrużył swoje błękitne oczy.

— Co się stało? — zapytał ostro, odkładając widelec.

Trudno było nie zauważyć, że coś jest nie tak. Każde poruszenie na krześle wywoływało na mojej twarzy grymas bólu. Moje ramiona i boki były potwornie poobijane, a w lewej kostce czułam dziwne, pulsujące kłucie.

— Nic takiego — zbagatelizowałam pytanie, machając lekko ręką. — Po prostu rano zaliczyłam bliskie spotkanie trzeciego stopnia z posadzką na klatce schodowej. Zwykłe gapiostwo.

Noel nie wyglądał na przekonanego. W jego spojrzeniu przemknęło coś dziwnego — cień powagi, którego nie potrafiłam zinterpretować.

— Jesteś pewna, że to tylko gapiostwo, Nadio? Dobrze się czujesz?

— Tak, Noel, po prostu jestem obolała. Przejdzie mi do poniedziałku — ucięłam temat, zmuszając się do bladego uśmiechu.

Rozmawialiśmy o pracy i planach na weekend, ale w głębi duszy odliczałam minuty do końca dnia. Moja kostka z każdą godziną stawała się coraz bardziej sztywna i bolesna. Gdy wróciłam do biura, ledwo byłam w stanie utrzymać ciężar ciała na lewej nodze.

W mojej głowie krążyła tylko jedna, natrętna myśl: Żeby tylko nie spotkać więcej tego faceta ze schodów. Przy nim moja godność przestała istnieć. Na moje szczęście był piątek — miałam przed sobą cały weekend na regenerację, leżenie w łóżku i zapomnienie o tym koszmarnym poranku.

Gdy w końcu wybiła godzina odjazdu, z trudem doczłapałam się do auta. Jazda do domu była drogą przez mękę, każda próba wciśnięcia sprzęgła wywoływała falę ostrego, przeszywającego bólu w stawie skokowym. Kiedy zaparkowałam pod kamienicą, oddychałam ciężko.

Weszłam do budynku, trzymając się kurczowo poręczy. Pokonanie jednego schodka zajmowało mi wieczność. Moja kostka pulsowała tak mocno, że czułam to aż w klatce piersiowej. To pewnie lekkie zwichnięcie, pocieszałam się w duchu. Chwila moment, lód, bandaż i w poniedziałek będę biegać.

Nagle z góry, z ciemności korytarza, dobiegł mnie znajomy, niski głos:

— Tak myślałem, że po takim upadku nie skończy się to dobrze. Pomogę ci wejść na górę.

Nawet nie zdążyłam unieść głowy, by spojrzeć w stronę dźwięku. W ułamku sekundy poczułam, jak silne ramiona wsuwają się pod moje kolana i plecy, bez trudu unosząc mnie w górę. Straciłam kontakt z ziemią.

— Na którym piętrze mieszkasz? — zapytał, idąc w górę schodów tak lekko, jakby niósł piórko, a nie dorosłą kobietę.

— Trzecim… — tylko tyle zdołałam z siebie wykrztusić.

Moje serce gwałtownie przyspieszyło, uderzając o żebra niczym oszalałe. Znalazłam się w ramionach nieznajomego ze schodów. Gdy pokonywał kolejne stopnie, nie mogłam powstrzymać się przed przyglądaniem się jego twarzy. W półmroku klatki schodowej jego profil wydawał się niezwykle ostry, męski. Jego potargane czarne włosy opadały na czoło. Był niewiarygodnie silny.

Zanim zdążyłam zebrać myśli, znaleźliśmy się pod drzwiami mojego mieszkania. Nie postawił mnie jednak na ziemi. Zamiast tego delikatnie wysunął klucze z mojej zaciśniętej dłoni i zaczął otwierać zamek.

W tym samym momencie odwrócił głowę. Spojrzał mi prosto w oczy, a nasze spojrzenia się spotkały. Zielone i brązowe oko wbiły się we mnie z taką intensywnością, że całe otoczenie nagle straciło jakiekolwiek znaczenie. Szum burzy ucichł, ból w kostce na moment zniknął.

W tej jednej, krótkiej chwili… cały świat wokół nas po prostu się zatrzymał.

ROZDZIAŁ 2

Ciepło. To było pierwsze, co zarejestrowałam, gdy zamek w drzwiach w końcu ustąpił. Rozeszło się po moim ciele gwałtowną, przyjemną falą, biorąc swój początek dokładnie tam, gdzie jego ramiona podtrzymywały moje bezwładne ciało. Przez tę jedną, nieskończenie długą sekundę tonęłam w jego dwukolorowym spojrzeniu. Towarzyszyło mi przy tym przedziwne, wręcz nierealne uczucie — jakby to nie był pierwszy raz, kiedy czas zatrzymał się dla nas w ten sposób. Jakbyśmy już kiedyś, w jakimś innym życiu, zatopili się w sobie nawzajem.

— Jestem Rafael — powiedział cicho, niemal szeptem, przerywając gęstniejącą ciszę.

Jego niski głos wibrował tak blisko mojej twarzy, że po karku przeszły mi ciarki.

— Yyy… Nadia — wykrztusiłam.

Mój własny głos brzmiał obco. Był cichy, pozbawiony tej całej twardości i ironii, zza których zwykle analizowałam świat. Brzmiałam… bezbronnie. I to przerażało mnie bardziej niż ból w nodze.

Rafael kopnięciem zamknął za nami drzwi i pewnym krokiem ruszył w głąb mieszkania. Nie zapytał o drogę. Skręcił prosto w korytarz, omijając salon, i wszedł prosto do mojej sypialni, jakby mieszkał tu od lat.

— Położę cię na łóżku i sprawdzę twoją stopę. Raczej nie wygląda to dobrze — oznajmił, ostrożnie opuszczając mnie na materac.

Pomyślałam wtedy, że facet musi mieć w oczach jakiś cholerny rentgen. Sama od porannego wypadku nie miałam odwagi spojrzeć na nogę, choć pulsujący, rwący ból mówił mi wszystko.

Usiadł na brzegu łóżka. Jego duże, ciepłe dłonie ujęły moją lewą stopę z taką delikatnością, jakby była zrobiona z najcieńszego szkła. Zaczął powoli rozsznurowywać ciężki but, a potem ostrożnie zsunął skarpetkę. Choć każdy ruch teoretycznie powinien sprawiać mi potworny ból, w tamtym momencie nic nie czułam. Byłam zbyt sparaliżowana jego bliskością.

Gdy materiał opadł, aż wstrzymałam oddech. Moja kostka była potwornie opuchnięta i cała sina. Rafael nie cofnął jednak rąk. Jego duży, ciepły kciuk zaczął powoli, niemal niezauważalnie gładzić zdrową skórę tuż powyżej urazu. Ten niespieszny, zmysłowy ruch sprawił, że po moim ciele rozeszła się fala gorąca, która z bolesnym rwaniem stopy nie miała nic wspólnego. Podniosłam wzrok, a nasze spojrzenia znowu się zderzyły. Przez ułamek sekundy odniosłam wrażenie, że on nie patrzy na moją nogę — on patrzył prosto w moją duszę, sprawdzając, jak bardzo jego bliskość na mnie działa.


Rafael drgnął. Przez jego twarz przemknął cień emocji, którego nie potrafiłam zinterpretować — jakby złość wymieszana z głębokim, ukrytym smutkiem. Nagle wstał i bez słowa ruszył w stronę kuchni.

Leżałam nieruchomo, słuchając jego kroków. Po chwili do moich uszu dobiegł dźwięk otwieranej lodówki, a zaraz potem trzask szuflady zamrażarki. Znał doskonale układ mojego mieszkania. Każdy słoik, każdą szafkę.

Wrócił po minucie, niosąc w ręku paczkę mrożonego groszku owiniętą w kuchenną ściereczkę. Ukląkł przy łóżku i delikatnie przyłożył zimny kompres do mojej rozpalonej skóry. Syknęłam z cicha, a on uniósł na mnie wzrok.

— Masz gdzieś apteczkę? — zapytał, unosząc jedną brew do góry.

Nawet nie zdążyłam otworzyć ust, by odpowiedzieć, gdy on… po prostu wstał, podszedł prosto do dużej, przesuwnej szafy w kącie pokoju i pewnym ruchem sięgnął po plastikowe pudełko z opatrunkami i bandażami, które trzymałam na najwyższej półce.

Moje analityczne mechanizmy obronne, dotąd uśpione przez szok, nagle zaczęły alarmować. Skąd on to wiedział? Przecież apteczka była schowana za stertą ręczników. Żaden obcy człowiek nie znalazłby jej w trzy sekundy. Cała ta sytuacja była absurdalna i dziwna. Facet, którego rano staranowałam na schodach, teraz siedział na moim łóżku i z profesjonalną sprawnością usztywniał moją stopę elastycznym bandażem.

— Mam taki sam rozkład mieszkania. Mieszkam dokładnie pod tobą — powiedział nagle, jakby wyczuł moje narastające paniczne myśli i chciał się wytłumaczyć ze swojej niesamowitej orientacji w terenie.

— Dziękuję za pomoc — bąknęłam, naciągając zdrową nogą prześcieradło, byle tylko jakoś się zasłonić.

Miałam ogromną nadzieję, że zaraz wyjdzie. Czułam, jak na moją twarz wypływa kolejna fala gorąca. Byłam absolutnie pewna, że w tamtym momencie moja skóra miała kolor szkarłatu.

Jakże się, do cholery, myliłam.

— Zrobię ci coś do jedzenia. Spojrzał wymownie na moją zabandażowaną kostkę, a kącik jego ust lekko zadrżał, jakby walczył z uśmiechem. — Raczej nie będziesz w stanie stać w kuchni, a jeść musisz.

— Nie trzeba, ja… — zaczęłam protestować, próbując się podnieść.

Wtedy Rafael spojrzał mi prosto w oczy. W jego spojrzeniu znowu mignęło coś bolesnego, głęboki żal, który sprawił, że słowa uwięzły mi w gardle. Czy ja sobie to wszystko wkręcałam? Czy ten facet naprawdę nosił w sobie jakiś gigantyczny ciężar, czy po prostu mój mózg, odcięty od racjonalnego myślenia, zaczął pisać własne scenariusze? Jedyna niezaprzeczalna prawda była taka, że stopa rwała mnie niemiłosiernie, żołądek skręcał się z głodu, a z drugiej strony pragnęłam tylko usnąć i obudzić się w świecie, w którym ten dzień nigdy się nie wydarzył.

— Okej — poddałam się cicho. — Może coś zjem.

W sumie od porannej kawy i szybkiej kanapki przed wyjściem nie miałam nic w ustach. Podczas obiadu z Noelem ból był tak dokuczliwy, że nie zdołałam przełknąć ani kęsa.

Rafael skinął głową, wstał i zniknął w kuchni. Przez następne kilkanaście minut zza ściany dobiegały odgłosy gotowania: syczenie rozgrzanej patelni, zapach czosnku, masła i ziół, od którego natychmiast zaburczało mi w brzuchu.

Zanim zdążyłam się zastanowić, co właściwie robi, Rafael pojawił się z powrotem w sypialni. Podszedł do łóżka, nachylił się i bez wysiłku uniósł mnie w górę, tym razem łapiąc mnie delikatnie w talii. Zaniósł mnie do kuchni i posadził na krześle przy stole.

Przede mną stanął talerz z idealnie podanym makaronem z krewetkami. Wyglądało to jak z pięciogwiazdkowej restauracji. Spojrzałam na danie, potem na niego.

— Pyszne… Często gotujesz? — zapytałam, nawijając kluski na widelec. Smak był niesamowity.

— Dosyć często. W mojej restauracji — odpowiedział, a na jego twarzy znowu pojawił się ten ledwo dostrzegalny, magnetyczny półuśmiech.

No jasne, pomyślałam. Szef kuchni. To wiele wyjaśnia.

Gdy skończyłam, wstał płynnym ruchem, zgarniając talerze i bez pytania wkładając je do zmywarki.

— Zaniosę cię z powrotem do łóżka. Może uda ci się odpocząć — powiedział, odwracając się w moją stronę. Uśmiechnął się w taki sposób, że moje serce znowu zaliczyło niebezpieczny sprint. Gdybym stała, moje kolana z pewnością odmówiłyby posłuszeństwa.

Nie odpowiedziałam. Wiedziałam, że cokolwiek powiem, i tak zrobi to, co uważał za stosowne. Ponownie poczułam jego silne ramiona wokół mojego ciała. Przeniósł mnie do pokoju, delikatnie ułożył na materacu, a potem… podszedł do komody, otworzył drugą szufladę od góry i wyciągnął moją ulubioną, luźną piżamę. Podał mi ją bez słowa.

Zamarłam. Skąd, do diabła, wiedział, gdzie trzymam rzeczy do spania? Moje wnętrze krzyczało z dezorientacji, ale byłam tak potwornie wykończona emocjami tego dnia, że nie miałam siły na śledztwo.

— Odpocznij sobie. Jak będziesz czegoś potrzebować, zawołaj. Albo zapukaj w kaloryfer — spojrzał na moją zszokowaną twarz i zaśmiał się cicho, odsłaniając rząd białych zębów. — Pamiętasz? Mieszkam pod tobą.

— No tak… tak, pamiętam — skłamałam gładko. Jasne, że zapomniałam! Przy nim mój mózg zamieniał się w papkę.

— Rozumiem. Dużo dzisiaj przeszłaś — odpowiedział, a ja zmrużyłam oczy. Czy on właśnie odpowiedział na moje niewypowiedziane myśli?

Rafael nie odszedł jednak od razu. Wstał i zaczął powoli rozglądać się po moim pokoju. Jego wzrok błądził po ścianach, regałach z książkami, jakby szukał jakichś konkretnych informacji. Nie wyglądał na kogoś, kto dostał to, po co przyszedł. Postanowiłam przerwać tę dziwną lustrację.

— Coś nie tak? — zapytałam prosto z mostu.

— Nie masz zdjęć rodziców w mieszkaniu? — rzucił nagle, odwracając się w moją stronę. Pytanie było uderzająco bezpośrednie. Zamurowało mnie.

— Faktycznie, nie mam — odpowiedziałam powoli, czując, jak atmosfera w pokoju gęstnieje.

— Przepraszam, że pytam… Nie żyją? — W jego głosie słychać było dziwne napięcie.

— Żyją. Po prostu nie mieszkają w tym mieście — ucięłam, czując, że te pytania mocno przekraczają granice uprzejmości.

— Ciekawe… — mruknął pod nosem i zamyślił się na dłuższą chwilę, wpatrując się w podłogę.

Chciałam mu powiedzieć, żeby już sobie poszedł, ale odezwał się pierwszy:

— Masz jakieś zdjęcia z rodzicami z czasów, gdy byłaś małym dzieckiem?

Moja wewnętrzna analityczka znowu skapitulowała. Dlaczego ja mu w ogóle odpowiadałam?

— Jak byłam mała, moi rodzice nie robili zdjęć — spojrzałam na niego. Wyglądał, jakby każda moja sylaba była dla niego kluczowym elementem jakiejś układanki. — Nie mam starych albumów — spojrzałam na niego, a moja analityczna natura znowu próbowała przejąć kontrolę nad chaosem w głowie. Czułam się w tamtej chwili jak totalna życiowa niedojda, rozłożona na łopatki we własnym łóżku przez obcego faceta. — Rodzice mówili, że gdy miałam cztery lata, w naszym poprzednim domu pękła rura i zalało całą piwnicę. Wszystkie pierwsze pamiątki, zdjęcia z niemowlęctwa i szpitalne opaski zeżarła wilgoć i pleśń. Zostały nam tylko te cyfrowe, robione później.”

Wyraz twarzy Rafaela nie zmienił się, ale w jego dwukolorowych oczach błysnęło coś na kształt triumfu i głębokiego, niepokojącego zrozumienia. Dostał swoją odpowiedź.

— To wszystko wyjaśnia… — wyszeptał do siebie.

Nie drążyłam tematu. Byłam zbyt zmęczona. Rafael nagle przestał się rozglądać, podszedł do drzwi sypialni i położył dłoń na klamce. Spojrzał na mnie po raz ostatni, uśmiechnął się blado i powiedział:

— Pamiętaj, mieszkam niżej. W razie potrzeby zawołaj. Chętnie pomogę.

— Dziękuję — odpowiedziałam.

Chciałam dodać, że na pewno sobie poradzę, ale nie zdążyłam. Wyglądało to tak, jakby dosłownie uciekł z mojego mieszkania, zanim zdążyłam zadać choć jedno pytanie. Usłyszałam kliknięcie zamka wyjściowego. W końcu zostałam sama, mogąc wypuścić powietrze z płuc i spróbować ogarnąć chaos, który właśnie wtargnął do mojego życia.

ROZDZIAŁ 3

Za oknem panowała głęboka, niemal namacalna ciemność, co oznaczało, że ten koszmarny dzień wciąż jeszcze się nie skończył. Próbowałam zasnąć, ale ból w kostce z każdą godziną stawał się dziwniejszy. Inny niż cokolwiek, co znałam. Był pulsujący, głęboki, jakby pod skórą krążyło rozżarzone żelazo, a nie krew.

Właściwie, patrząc wstecz i analizując swoje życie — do czego miałam przecież naturalną tendencję — nie pamiętałam, bym kiedykolwiek zrobiła sobie większą krzywdę. Żadnego skręcenia, żadnego złamania, nawet głupiego rozcięcia, które wymagałoby plastra. Jedyne, co mgliście kołatało mi się w pamięci, to upadek z huśtawki w dzieciństwie. Miałam wtedy może trzy lata. Ręka bolała mnie wtedy identycznie, potwornie… ale ból znikał całkowicie już następnego dnia, po jednej koszmarnej nocy. Jakby moje ciało miało jakieś super moce. Moja mama płakała wtedy ze strachu, a tata milczał, patrząc na mnie wzrokiem, którego wtedy nie rozumiałam.

Miałam szczerą nadzieję, że i tym razem zregeneruję siły przez sen i rano wstanę jak nowa. Najważniejsze to usnąć i odciąć się od tego przeszywającego bólu.

Zmusiłam się, by wstać do toalety — przez cały ten chaos i obecność Rafaela zupełnie o tym zapomniałam. Skacząc na prawej nodze i sycząc przy każdym gwałtowniejszym ruchu, zaliczyłam trasę do łazienki i z powrotem do łóżka. W końcu usnęłam.

A przynajmniej tak mi się wydawało, bo ból co chwilę wybudzał mnie ze stanu półświadomości. Przez moje sny przetaczały się ułamki obrazów: dwukolorowe oczy, płonący ogień i błękitne błyskawice. Musiałam w końcu krzyknąć przez sen, bo gdy gwałtownie otworzyłam oczy, moje serce o mało nie wyskoczyło z piersi.

W pokoju nie byłam sama.

Na krześle obok łóżka, rozparty jak u siebie, siedział Rafael. W półmroku sypialni, rozświetlanej jedynie odległymi błyskawicami dogasającej burzy, jego sylwetka wydawała się potężniejsza niż za dnia.

— Usłyszałem, jak krzyczysz. Więc jestem — powiedział całkowicie wyzbywając się emocji. Jego głos był zimny, opanowany, ale w sposobie, w jaki na mnie patrzył, tliło się coś dzikiego.

— Myślę, że już sobie poradzę — odpowiedziałam, starając się przyjąć jego chłodny ton, choć w środku wszystko we mnie drżało. Serce waliło mi jak szalone. Jak on się tu dostał? Czy ja nie zamknęłam drzwi na klucz? A może oddałam mu je, gdy niósł mnie na górę?

— Posiedzę chwilę. Jak zaśniesz, wrócę do siebie. — Oparł się wygodniej o oparcie fotela, skrzyżował ramiona na piersi i po prostu zamknął oczy, odcinając mnie od jakiejkolwiek dalszej dyskusji.

Nie miałam siły na kłótnie. Ból i potworne zmęczenie wygrały z rozsądkiem oraz moją wieczną potrzebą analizowania sytuacji. Postanowiłam nie protestować. Zamknęłam oczy, czując na sobie jego spokojny, ciężki i niemal hipnotyzujący wzrok, który zamiast mnie przerażać, zaczął powoli gasić rwanie w stopie.

Kiedy obudziłam się rano, pokój był zalany promieniami słońca. Burza minęła, zostawiając po sobie czyste, rześkie powietrze. Krzesło obok łóżka było puste — Rafael zniknął równie cicho, jak się pojawił. Automatycznie skuliłam się w sobie, przygotowana na przeszywający ból w kostce, który towarzyszył mi przez całą noc. Delikatnie poruszyłam palcami. Nic.

Odrzuciłam kołdrę i ostrożnie usiadłam na brzegu łóżka. Drżącymi dłońmi zaczęłam rozwijać bandaż, który założył mi Rafael, i nagle zamarłam, zapominając jak się oddycha.

Moja stopa była idealnie gładka. Nie było na niej ani śladu opuchlizny, ani jednego fioletowego czy sinego śladu. Wyglądała tak, jakby wczorajszy upadek na twarde kafelki nigdy się nie wydarzył. Stanęłam na niej, powoli przenosząc cały ciężar ciała. Zero bólu. Nic.

Wtedy to do mnie dotarło. Wspomnienie z dzieciństwa, ta huśtawka, o której myślałam w nocy… To nie była kwestia „młodego, silnego organizmu”, jak wmawiali mi rodzice. Moje ciało leczyło się samo. W zastraszającym, nienaturalnym i przerażającym tempie. Przez te wszystkie lata żyłam w bezpiecznej niewiedzy, bo po prostu obsesyjnie na siebie uważałam, unikając jakiegokolwiek ryzyka. Moja podświadomość ukrywała tę anomalię tak głęboko, że sama przed sobą udawałam zwyczajną dziewczynę. Aż do wczoraj. Do momentu, gdy z całym impetem wbiłam się w Rafaela.

Z rozmyślań wyrwał mnie gwałtowny, niemal wściekły dźwięk pukania. A raczej głośnego bębnienia do drzwi wyjściowych.

Kuśtykając — a raczej udając, że kuśtykam, bo wciąż byłam w głębokim szoku i nie chciałam, by ktokolwiek zobaczył moją idealną stopę — podeszłam do przedpokoju i spojrzałam przez wizjer. To był Noel. Wyglądał na wściekłego, a w jego błękitnych oczach malował się rzadko spotykany u niego, wręcz zwierzęcy niepokój.

Gdy tylko przekroczył próg, zanim zdążyłam zamknąć drzwi, złapał mnie mocno za ramiona, tak jakby chciał się upewnić, że naprawdę tu stoję, cała i zdrowa.

— Gdzie on jest? — zapytał ostrym, lodowatym tonem, który zupełnie nie pasował do mojego ciepłego, spokojnego przyjaciela.

— Kto? Rafael? Wyszedł w nocy… — bąknęłam, całkowicie zaskoczona jego agresywną reakcją. — Noel, o co ci chodzi? Skąd w ogóle wiesz, że tu był?

— Wyczułem go. Granica w tym budynku została brutalnie naruszona — rzucił Noel, a jego wzrok natychmiast, niczym sterowany radarem, powędrował w dół, prosto na moją odsłoniętą, bosą stopę.

Zobaczyłam, jak jego źrenice gwałtownie się zwężają, niemal znikając. W przedpokoju nagle zrobiło się potwornie, nienaturalnie zimno, jakby całe powietrze zostało z niego wyssane w ułamku sekundy. Noel zamknął oczy, a ja poczułam dziwne, głębokie tąpnięcie w klatce piersiowej — jakby jakaś niewidzialna, ciężka tarcza zatrzasnęła się wokół mnie, wyciszając wszystkie moje zmysły i odcinając mnie od świata.

— Twoja stopa… jest zdrowa. Wyzdrowiałaś w mgnieniu oka — powiedział Noel, a w jego głosie, oprócz wściekłości, usłyszałam autentyczny, paraliżujący strach. Strach o mnie. — Stało się dokładnie to, przed czym tak bardzo chciałem cię chronić przez te wszystkie lata. Twoja moc się budzi, Nadia. A ten facet z dołu jest dla ciebie śmiertelnym zagrożeniem.

Wycofałam się o krok, wyrywając się z jego uścisku. Patrzyłam na mojego najlepszego przyjaciela, który nagle przestał przypominać chłopaka, z którym codziennie jadałam obiady i rozmawiałam o bzdurach.

— Noel… o czym ty, do diabła, mówisz? Jaka moc? Kim ty w ogóle jesteś?

Noel spojrzał na mnie z nieskończonym smutkiem, ale i z głęboką miłością, jaką żywi się do kogoś, kogo przysięgło się bronić za wszelką cenę, nawet wbrew jego własnej woli.

— Jestem kimś, kto dba o to, żeby światy nie runęły, Nadia. I kimś, kto jako jedyny potrafi powstrzymać Rafaela, gdy ty stracisz przy nim kontrolę. Bo uwierz mi… przy nim stracisz ją całkowicie.

ROZDZIAŁ 4

Słowa Noela zawisły w powietrzu przedpokoju, gęste, ciężkie i lepkie od niewypowiedzianych tajemnic. Patrzyłam na niego, a w mojej głowie, zwykle tak uporządkowanej i analitycznej, panował teraz absolutny, paraliżujący chaos.

— Moja moc? Śmiertelne zagrożenie? Noel, o czym ty, do cholery, mówisz?! — Mój głos zadrżał, ale złość powoli brała górę nad strachem. — Znamy się od lat. Przecież uznaliśmy, że będziemy przyjaciółmi, bo… bo tak wyszło, bo tak było bezpieczniej! Dlaczego zachowujesz się teraz, jakbyś widział we mnie jakiegoś potwora?

Noel wypuścił głośno powietrze, a z jego ust poleciała delikatna strużka pary, choć w mieszkaniu działały kaloryfery. Zrobił krok w moją stronę, a aura przerażającego chłodu, która od niego biła, nieco osłabła. W jego błękitnych oczach wciąż jednak widziałam tę samą, twardą i niespotykaną dotąd u niego, bezwzględną determinację.

— Nic w twoim życiu nie stało się dlatego, że „tak wyszło”, Nadia — powiedział cicho, a jego głos brzmiał tak, jakby skrywał w sobie ciężar i wiedzę całego świata. — Twoja kostka… Sama dobrze wiesz, że to nie jest normalne. Żaden człowiek nie leczy się w kilka godzin z takiego urazu. Przez lata miałaś po prostu cholerne szczęście, że nic ci się nie stało, bo obsesyjnie na siebie uważałaś. Żyłaś w bezpiecznej niewiedzy, ale ten facet z dołu… Rafael… on to z ciebie wyciągnął samym swoim dotknięciem. Jego obecność aktywuje w tobie coś, czego nie potrafisz, i nie będziesz potrafiła kontrolować.

— Skąd ty możesz wiedzieć, co ja potrafię, a czego nie?! — wykrztusiłam, wycofując się o kolejny krok, aż moje plecy uderzyły o zimną ścianę przedpokoju.

W mojej klatce piersiowej, dokładnie tam, gdzie serce waliło jak oszalałe, nagle wezbrało potworne, pulsujące ciepło. Poczułam, jak moja skóra zaczyna delikatnie, wręcz boleśnie mrowić, jakby jakaś nowo odkryta, uśpiona energia w moim ciele chciała gwałtownie odpowiedzieć na stres, strach i osaczenie.

Noel zareagował natychmiast. Uniósł prawą dłoń i wykonał krótki, ledwo zauważalny, ostry gest w powietrzu, jakby zamykał niewidzialne, ciężkie drzwi między nami.

Niespodziewanie to dziwne ciepło we mnie zgasło, gwałtownie zduszone w zarodku. Poczułam nagłą, przejmującą pustkę, a cała energia uleciała ze mnie niczym powietrze z przebitego balonika. Kolana ugięły się pode mną. Spojrzałam na swoje dłonie — mrowienie ustało, zostawiając po sobie nieprzyjemny chłód. Noel właśnie jednym ruchem ręki wyciszył to, co próbowało się we mnie obudzić, kontrolując moje własne ciało.

— Co… co ty mi zrobiłeś? — zapytałam szeptem, przerażona tym, jak łatwo i bezwzględnie odebrał mi panowanie nad sobą.

— To, co muszę robić każdego dnia, żebyś była bezpieczna — odpowiedział Noel, a w jego głosie, oprócz chłodu, usłyszałam coś jeszcze. Coś na kształt zaborczej, niemal chorobliwej opiekuńczości. — Jestem kimś w rodzaju twojego strażnika, Nadia. Moim jedynym zadaniem tutaj jest pilnowanie granic i dbanie o to, żeby nikt nie dowiedział się o twoim darze. Nawet ty sama. Bo jeśli dasz się ponieść tej sile, konsekwencje będą katastrofalne. Dla wszystkich.

Patrzyłam na mojego najlepszego przyjaciela i czułam, jak żołądek mi się kurczy. Przez te wszystkie lata myślałam, że go znam. Człowiek, z którym codziennie jadłam obiady, narzekałam na pracę i dzieliłam sekrety, nagle kontrolował moje ciało za pomocą jednego gestu.

— Ty mnie nie chronisz, Noel. Ty coś przede mną ukrywasz — powiedziałam, starając się, by mój głos brzmiał twardo, choć serce waliło mi w uszach. — I to od bardzo dawna. Coś jest nie tak ze mną… i z moją rodziną, prawda? To dlatego Rafael pytał o moje zdjęcia z dzieciństwa? O to, dlaczego nie mam pamiątek sprzed czwartego roku życia?

Noel spiął się gwałtownie na dźwięk imienia sąsiada. Jego ramiona stężały, a błękitne źrenice znowu się zwęziły.

— Rafael wie tylko tyle, by siać zamęt. Chce zniszczyć spokój i bezpieczeństwo, które wokół ciebie z takim trudem zbudowałem. Nie zbliżaj się do niego, Nadia. Słyszysz mnie? On szuka odpowiedzi na pytania, których ty sama nie chcesz poznać. Zaufaj mi. Znam cię lepiej niż ktokolwiek inny na tym świecie. I wiem, czym grozi pociągnięcie za tę nitkę.

Odwrócił się na pięcie i bez jakiegokolwiek dalszego słowa wyjaśnienia wyszedł z mojego mieszkania, trzaskając drzwiami i zostawiając mnie w absolutnej, dzwoniącej w uszach ciszy.

Zostałam sama w sypialni, patrząc na swoją idealnie zdrową stopę. Noel twierdził, że mnie chroni, ale jego zachowanie budziło we mnie coraz większy, instynktowny opór. Skoro on potrafił jednym ruchem ręki zablokować moje ciało, to kim tak naprawdę był? I co tak usilnie starał się przede mną ukryć na temat moich rodziców?

Wiedziałam jedno. Moja analityczna natura nie pozwoli mi teraz siedzieć bezczynnie i czekać, aż Noel łaskawie powie mi prawdę. Skoro Rafael znał pytania, na które mój przyjaciel tak bardzo bał się odpowiedzieć… musiałam zejść piętro niżej.

ROZDZIAŁ 5

Moje bose stopy dotykały zimnych kafelków w przedpokoju. Nie ubrałam butów. Nie musiałam. Kostka była idealnie sprawna, a we mnie buzowała adrenalina, która całkowicie zagłuszała jakikolwiek zdrowy rozsądek czy strach.

Musiałam chronić rodziców. To była moja pierwsza, najważniejsza myśl. Cokolwiek Noel przede mną ukrywał, cokolwiek działo się z moim nienaturalnym ciałem — moi mama i tata nie mogli się o tym dowiedzieć. Wychowali mnie, dali mi bezpieczny dom i bezgraniczną miłość. Byli zwykłymi, niewinnymi ludźmi. Jeśli wplątam ich w to szaleństwo, to zniszczę ich świat. Ta myśl dała mi siłę. Musiałam rozegrać to sama, bez ich wiedzy.

Zeszłam piętro niżej. Każdy krok po betonowych schodach wydawał się dziwnie ciężki, jakbym przekraczała jakąś niewidzialną, gęstniejącą w powietrzu barierę. Stanęłam przed drzwiami mieszkania Rafaela. Były dokładnie takie same jak moje, a jednak biła od nich zupełnie inna, mroczna i magnetyczna energia. Zapukałam.

Drzwi otworzyły się niemal natychmiast, jakby na mnie czekał, stojąc tuż za nimi. Rafael stał w progu, ubrany w luźną, czarną koszulkę, która kontrastowała z jego jasną skórą. Jego dwukolorowe oczy — jedno zielone, drugie brązowe — zlustrowały mnie od stóp do głów. Zatrzymał wzrok na mojej idealnie zdrowej kostce, a na jego ustach pojawił się cień gorzkiego, smutnego uśmiechu.

— Powinienem był się domyślić, że przyjdziesz — powiedział niskim, lekko chropowatym głosem. — Noel cię nie zatrzymał?

— Noel próbował mnie zablokować. Zrobił coś… co odebrało mi siły jednym gestem. Kim wy obaj, do cholery, jesteście?! — Weszłam do środka, mijając go w drzwiach i nie czekając na oficjalne zaproszenie.

Mieszkanie Rafaela było pogrążone w półmroku, zasłony w oknach były szczelnie zaciągnięte. Pachniało tu dymem, starym papierem i czymś… metalicznym, jak powietrze tuż przed uderzeniem pioruna podczas letniej burzy. Odwróciłam się do niego, żądając odpowiedzi.

Rafael zamknął drzwi, przekręcił klucz w zamku i oparł się o nie, krzyżując ramiona na szerokiej piersi.

— Noel to zdrajca własnego gatunku — rzucił chłodno, a jego głos uderzył we mnie niczym fizyczna fala. — Pochodzimy z tego samego miejsca, Nadia. Z Piekła. Noel uciekł stamtąd wieki temu. Wkupił się w łaski tego świata, obiecując, że będzie służył Równowadze między sferami. I był grzeczny, dopóki nie pojawiłaś się ty. On nie chroni cię z dobroci serca, Nadia. Chroni cię, bo jesteś najsilniejszą istotą, jaka kiedykolwiek stąpała po tej ziemi. Twój dar leczenia kostki to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Jesteś bronią, której nikt nie potrafi kontrolować. A Noel dostał zadanie, by trzymać tę broń pod kluczem, stłumioną.

Zamarłam. Informacje uderzały we mnie jedna po drugiej, rozrywając mój dotychczasowy świat na strzępy. Ale zamiast uciekać, zamiast krzyczeć z przerażenia, czułam, jak jakaś niewidzialna, potężna siła przyciąga mnie bliżej niego. Moje ciało wręcz łaknęło jego bliskości, jakby przy Rafaelu moja prawdziwa, nowo odkryta natura mogła w końcu swobodnie oddychać.

— A ty? — podeszłam o krok bliżej, całkowicie ignorując wewnętrzny głos rozsądku, który wrzeszczał, bym uciekała. — Ty też chcesz mnie wykorzystać? Ty też chcesz mieć tę broń?

Rafael gwałtownie odepchnął się od drzwi. Błyskawicznie, z prędkością, której ludzkie oko nie było w stanie zarejestrować, znalazł się tuż przede mną. Poczułam bicie jego serca i uderzenie fali potwornego gorąca, która od niego biła. Złapał mnie mocno za ramiona, a w jego oczach błysnęło coś dzikiego, niebezpiecznego i nieludzkiego.

— Ja jestem potworem, Nadia. Jestem zły, rozumiesz? Pochodzę z samej głębi mroku i nie mam w sobie żadnych wyższych ideałów, żadnej chęci niesienia pomocy! — warknął, a jego uścisk, choć potężny, wcale mnie nie bolał. — Dlatego mówię ci to teraz i powtórzę tylko jeden, cholerny raz: trzymaj się ode mnie z daleka!

— Dlaczego? — mój głos zszedł do cichego szeptu. Patrzyłam na jego usta, na potargane czarne włosy, na tę magnetyczną, przerażającą siłę, która sprawiała, że moje serce chciało wyrwać się z piersi.

— Bo to, co jest między nami, nas zniszczy — powiedział znacznie ciszej, a w jego głosie usłyszałam dziwne, głębokie i bolesne napięcie. — Istnieją inne światy, Nadia. Światy, o których nie masz zielonego pojęcia, a które tylko czekają, aż popełnisz błąd. Piekło, z którego uciekł Noel, nie zapomniało o nim. I nie zapomni o tobie, jeśli twoja moc w pełni się przebudzi. Moja obecność działa na ciebie jak katalizator. Przy mnie twoje ciało wariuje. Przy mnie tracisz kontrolę. Przy mnie stajesz się niebezpieczna dla samej siebie. Odejdź. Przeżyj swoje życie jako zwykła dziewczyna, nienawidź Noela, kochaj swoich rodziców, ale nie zbliżaj się do mnie.

Patrzyłam na niego i mimo tych wszystkich przerażających słów, mimo ostrych ostrzeżeń o Piekle i potworach, nie potrafiłam poczuć strachu. Moja dłoń powoli, niezależnie od mojej woli, powędrowała w górę, dotykając jego napiętego ramienia.

— Mówisz, że jesteś zły, że jesteś potworem — szepnęłam, patrząc mu prosto w te niesamowite głębokie oczy. — Ale wczoraj niosłeś mnie na trzecie piętro, gdy cierpiałam. Opatrzyłeś mi stopę. Zrobiłeś mi kolację i pilnowałeś mnie w nocy, na krześle, kiedy krzyczałam z bólu przez sen. Zły ktoś by tego nie zrobił, Rafael. Nie wierzę ci.

W pokoju zapadła gęsta, elektryzująca cisza. Rafael patrzył na moją dłoń spoczywającą na jego ramieniu, jakby mój dotyk fizycznie go parzył lub zadawał mu ból, ale nie cofnął się ani o milimetr. Granice między światami, o których mówił Noel, właśnie zaczynały niebezpiecznie pękać.

ROZDZIAŁ 6

Cisza w pokoju Rafaela stała się tak gęsta, że niemal fizycznie raniła, utrudniając oddychanie. Zrobiłam kolejny krok, całkowicie ignorując jakąkolwiek bezpieczną odległość, jaką próbował między nami utrzymać za pomocą swoich słów. Chciałam być bliżej. Każda komórka mojego ciała, każda kropla tej nowo odkrytej, pulsującej we mnie gorącej siły rwała się ku niemu z siłą grawitacji.

— Przestań grać, Rafael — powiedziałam cicho, patrząc mu prosto w oczy. — Przestań wmawiać mi, że jesteś moim wrogiem.

Jego twarz w okamgnieniu stężała, zamieniając się w lodowatą maskę. W zielonym i brązowym oku błysnął potworny, nieludzki gniew, zmieszany z absolutną desperacją.

— Naprawdę nic nie rozumiesz, prawda? — warknął, a jego głos nagle zmienił tonację, stając się znacznie niższy, podszyty przerażającym, metalicznym echem. — Chcesz zobaczyć, z kim naprawdę rozmawiasz? Chcesz poznać mrok, w który tak ślepo, jak głupie dziecko, próbujesz wejść?

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, powietrze wokół nas dosłownie zapłonęło niewidzialnym żarem. Zapach dymu stał się duszący, a z głębokich cieni w kątach pokoju wystrzeliły czarne, niematerialne pasma energii, które owinęły się wokół ramion Rafaela. Jego skóra zaczęła blednąć w zastraszającym tempie, stając się upiornie, trupio jasna, a na skroniach i wzdłuż linii mocnej żuchwy pojawiły się pęknięcia, z których zaczęło sączyć się żywe, krwawoczerwone światło piekielnego ognia. Jego źrenice rozlały się na całe twardówki, całkowicie gasząc zieleń i brąz na rzecz absolutnej, nieprzeniknionej i przerażającej czerni. Stał przede mną demon. Istota stworzona z czystego cierpienia, ognia i mroku samej głębi Piekła.

Pokój wokół nas zatrząsł się w posadach, a z jego sylwetki buchnął potężny podmuch gorąca, który powinien rzucić mnie na kolana i spalić mi skórę.

Ale nie uciekłam. Nie krzyknęłam.

Stałam całkowicie nieruchomo, patrzyłam na tę przerażającą, nieludzką postać i… nie czułam strachu. Moje serce biło szybko, to prawda, ale nie z przerażenia. Moje dłonie, zamiast się trząść, uniosły się powoli, sterowane jakimś pierwotnym instynktem. Przekroczyłam ostatnią barierę i bez cienia wahania położyłam otwarte dłonie na jego rozpalonych policzkach — dokładnie tam, gdzie pod pękniętą skórą tlił się piekielny ogień.

W momencie, gdy moja skóra dotknęła jego potwornej twarzy, przez pokój przeszła potężna fala uderzeniowa magii. Moja moc leczenia, ta potężna, ukrywana przez dwadzieścia lat siła, która rano naprawiła moją kostkę, teraz eksplodowała z siłą wulkanu. Poczułam, jak czyste, oślepiająco złote światło wypływa z moich palców, wnikając głęboko w jego pękniętą skórę. To nie była próba walki — ja go nie atakowałam, nie próbowałam go skrzywdzić. Ja go uzdrawiałam. Przemywałam ten piekielny mrok czymś tak czystym, potężnym i żywym, że zaparło mi dech w piersiach.

Rafael zamarł, jakby porażony prądem. Z jego piersi wyrwał się głęboki, gardłowy, bolesny jęk, który szybko przeszedł w ciche, pełne ulgi westchnienie. Widziałam w jego czarnych jak noc oczach absolutne, totalne niedowierzanie.

Czarne cienie wokół niego zaczęły się gwałtownie rozpraszać, rzednąć i znikać. Piekielny ogień pod pękniętą skórą gasł, a jego twarz powoli, centymetr po centymetrze, wracała do swojej normalnej, ludzkiej formy. Znów pojawiły się te potargane czarne włosy, znów zobaczyłam jedno oko zielone, a drugie brązowe.

Mój dotyk go nie ranił. Mój dotyk go uspokajał, gasząc potwora w jego wnętrzu.

— Żadna inna forma tego nie zmieni, Rafael — szepnęłam, nie zabierając rąk z jego ciepłych policzków. — Widziałam, kim jesteś przed chwilą. Ale pamiętam też faceta, który zbierał moje resztki wstydu z ziemi i przyniósł mi mrożony groszek w środku nocy. Ty nie jesteś zły. Przy mnie nie potrafisz taki być.

Rafael patrzył na mnie, a jego oddech był szarpany, urywany. Stał przede mną zupełnie bezbronny, jakby moja moc nie tylko zablokowała jego demoniczną formę, ale też obnażyła i wyciągnęła na wierzch jego ukrytą duszę. Uniósł powoli dłoń i delikatnie, niemal z lękiem, dotknął moich palców spoczywających na jego policzku.

Nie poznawał samego siebie. Czułam to wyraźnie przez dziwną, mistyczną więź, która właśnie w tym ułamku sekundy zawiązała się między nami. Przez całe swoje wieczne, piekielne istnienie kierował się wyłącznie egoizmem, mrokiem i bezwzględnym instynktem przetrwania. A teraz, stojąc w pokoju zwykłej-niezwykłej dziewczyny, po raz pierwszy w życiu czuł potworną, obezwładniającą potrzebę, by postępować dobrze. By ją chronić. By nie skalać jej swoim mrokiem.

— Co ty ze mną robisz, Nadia? — zapytał, a jego głos był tak cichy, zachrypnięty i bezbronny, że poczułam nagły ucisk w gardle. — Ja nie potrafię być dobry. Nie wiem, jak to się robi.

— Ja też nie wiem, kim tak naprawdę jestem — odpowiedziałam, uśmiechając się lekko przez łzy, które nagle napłynęły mi do oczu. — Ale możemy dowiedzieć się tego razem.

W tym samym momencie powietrze w pomieszczeniu gwałtownie stężało. Temperatura wokół nas spadła do zera, a za naszymi plecami rozległ się potężny, ogłuszający trzask pękającego szkła w oknach.

Noel stał w progu, rozbijając drzwi wejściowe siłą swojej woli. Jego prawa dłoń była uniesiona wysoko, a wokół jego palców wiły się niebieskie, lodowate łańcuchy czystej energii Strażnika Równowagi. Jego twarz była wykrzywiona nieludzką wściekłością i czystym, paraliżującym przerażeniem.

— Odsuń się od niego, Nadio! — krzyknął Noel, a jego głos zatrząsł ścianami całej kamienicy. — Przepuściłaś jego mrok przez swoją barierę! Nie masz pojęcia, co właśnie uruchomiłaś!

ROZDZIAŁ 7

Niebieskie łańcuchy energii Noela zaiskrzyły gwałtownie w powietrzu, rozrywając przestrzeń między nami i brutalnie odpychając Rafaela na bok. Znalazłam się w samym centrum szalejącej magii Strażnika, ale zamiast chłodu poczułam coś zupełnie innego. Przerażenie. I to nie swoje, ale Noela.

— Powiedziałem: odsuń się od niego! — ryk Noela nie przypominał już niczego, co mogłoby należeć do ludzkiego gardła.

Spojrzałam na mojego przyjaciela i zamarłam, czując, jak krew zamarza mi w żyłach. Jego ludzka maska właśnie rozpadała się na kawałki na moich oczach. Skóra Noela zaczęła pokrywać się popielatym, trupim cieniem, a z jego pleców, rozrywając materiał koszuli, wystrzeliły potężne, skórzaste, nietoperze skrzydła, które natychmiast z głośnym łomotem uderzyły o ściany pokoju. Jego oczy, dotąd ciepłe i znajome, zalały się czystym, pulsującym, błękitnym ogniem gniewu. Stał przed nami demon. Potężniejszy, starszy i bardziej pierwotny niż cokolwiek, co mogłam sobie wyobrazić w najgorszych koszmarach.

— Noel… — wykrztusiłam, cofając się o krok i zasłaniając ręką twarz przed pędem powietrza. — Ty też? Ty też jesteś jednym z nich?

— Ty nic nie rozumiesz, Nadia! — krzyknął, a w jego demonicznym, podwójnym głosie słychać było potworny, rozdzierający ból. Wokół jego dłoni skakały potężne wyładowania energii. Patrzył na Rafaela z czystą, niszczycielską, wręcz zwierzęcą zazdrością. To uczucie, ta chora zaborczość, rozrywało jego ludzkie przebranie od środka. — On cię zniszczy! Wyciągnie z ciebie wszystko, przed czym przez dwadzieścia lat cię broniłem!

Rafael splunął ciemną krwią na podłogę, podnosząc się ciężko z ziemi. Jego oczy znowu płonęły gniewem.

— Broń ją dalej, zdrajco sfer — rzucił Rafael, a jego głos ociekał jadem. — Powiedz jej wreszcie prawdę. Powiedz jej, dlaczego tak bardzo boisz się, że ktoś ją dotknie. Powiedz jej, co zrobiłeś z własnym mrokiem, żeby móc przy niej stać!

Noel rzucił się do przodu z uniesionym mieczem energii, ale zanim jego niebieskie, lodowate płomienie dosięgły Rafaela, instynktownie stanęłam bezpośrednio między nimi. Uniosłam dłonie ku górze i bez wahania złapałam Noela za ramiona. Za te wielkie, pokryte popielatą, twardą skórą ramiona demona.

Gdy tylko moja skóra dotknęła jego potwornego ciała, przez pokój przetoczyła się potężna fala czystego, oślepiająco złotego światła. O wiele silniejsza, gwałtowniejsza i bardziej niszczycielska dla mroku niż ta, którą przed chwilą poczuł Rafael.

W mojej głowie gwałtownie eksplodowało wspomnienie, które dotąd było szczelnie zablokowane. Wspomnienie z czasów, gdy miałam może trzy, cztery lata. Ciemny, gęsty las za moim rodzinnym domem. Przerażający, ryczący potwór z błękitnymi oczami i wielkimi skrzydłami, który próbował mnie skrzywdzić, rozrywając krzaki… a mała ja, zupełnie bezbronna, zamiast uciekać, wyciągnęła do niego małą rączkę i dotknęła jego popielatego pyska. Pamiętam, jak ten potwór wtedy nagle ucichł. Jak jego mrok zaczął topnieć, ustępując miejsca czemuś ciepłemu, ludzkiemu. Zmieniłam go wtedy. Uleczyłam jego duszę z piekielnego zła samym dotknięciem dziecka.

— To byłeś ty… — szepnęłam, patrząc, jak pod wpływem mojego obecnego dotyku błękitny ogień w oczach Noela gwałtownie gaśnie, a jego wielkie skrzydła kurczą się i znikają w cieniu jego pleców. — Noel. Wtedy, w lesie. Ja ci to zrobiłam. Ja cię zmieniłam.

Noel opadł ciężko na kolana na podłogę, z powrotem w swojej ludzkiej, bezbronnej postaci. Oddychał ciężko, łapiąc powietrze ustami, a z jego błękitnych oczu popłynęły gęste łzy. Spojrzał na swoje dłonie, potem na mnie, wzrokiem pełnym nieskończonej miłości, ale i totalnego, psychicznego rozbicia.

— Każdy w Piekle potwornie się ciebie boi, Nadia — powiedział zachrypniętym, łamiącym się głosem, nie próbując już walczyć ani stawiać oporu. — Jesteś najsilniejsza na świecie. Twój dotyk… ty nie tylko leczysz rany ciała. Ty leczysz i zmieniasz naszą demoniczną naturę. Zabierasz nam to, kim jesteśmy od początku istnienia. Zmieniasz demony w istoty zdolne do dobra, do współczucia, do miłości. Dla mojego gatunku jesteś najgorszą plagą. Śmiercią naszej tożsamości.

Słuchałam go, a moje serce pękało na pół. Spojrzałam na Rafaela — on również patrzył na mnie z mieszaniną absolutnego podziwu i głębokiego, egzystencjalnego lęku.

— Kiedy cię wtedy spotkałem w lesie… kiedy mnie dotknęłaś jako dziecko, zakorzeniłaś we mnie to cholerne dobro — kontynuował Noel, ocierając dłonią twarz z łez. — Przez to nie mogłem już wrócić do swoich, do Piekła. Stałem się wyrzutkiem, mieszańcem sfer. Ale nie nienawidziłem cię za to, Nadia. Pokochałem cię. Jak przyjaciółkę, jak kogoś, kogo muszę strzec przed całym światem. Wiedziałem, że jeśli inne demony dowiedzą się, co potrafisz, przyjdą tu i wykorzystają cię jako broń albo zniszczą, zanim zdążysz ich dotknąć. Stałem się oficjalnym Strażnikiem Równowagi tylko po to, żeby mieć pretekst, by być zawsze przy tobie. Żeby blokować twoją moc, zanim ktoś inny ją wyczuje. Chroniłem cię przed całym moim światem.

Zrobiłam krok w tył, oszołomiona. Mój najlepszy przyjaciel był demonem, którego sama stworzyłam na obraz dobrego człowieka. Chronił mnie nie z obowiązku wobec wyższych sił, ale dlatego, że jego własny, uleczony przeze mnie umysł nie pozwoliłby mu mnie skrzywdzić.

A teraz pojawił się Rafael. Drugi demon, który zamiast uciekać przed moim dotykiem, zaczął podświadomie pragnąć tego samego uzdrowienia.

— Noel… — zaczęłam, ale urwałam gwałtownie, słysząc dziwny, niski, potężny pomruk dochodzący z samej głębi fundamentów kamienicy.

Przejścia między światami, które Noel tak desperacko próbował blokować przez dwadzieścia lat, właśnie zaczęły się gwałtownie otwierać pod wpływem tak potężnej dawki magii uwolnionej w jednym miejscu. Mój sekret przestał być bezpieczny.

ROZDZIAŁ 8

Niski pomruk wstrząsnął fundamentami całej kamienicy, a niebieskie iskry wokół Noela gwałtownie zgasły, ustępując miejsca narastającej panice. Mój dawny przyjaciel podniósł się z kolan, patrząc w stronę okna. Na jego twarzy nie było już złości — malował się na niej czysty, zimny i kalkulacyjny strach.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 39.38
drukowana A5
za 50.01