ㅤㅤㅤ ㅤ ㅤ ㅤㅤㅤ ㅤ ㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤ ㅤㅤ ㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤ ㅤㅤㅤㅤ ㅤㅤ ㅤㅤㅤ ㅤ ㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤ ㅤㅤ ㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤ ㅤ ㅤ ㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤ ㅤㅤ ㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤ ㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤ ㅤㅤ ㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤ ㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤ ㅤ ㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤKlaudii i Małgorzacieㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤ
Budzisz się.
Drżą ci ręce, drży cały twój organizm.
Czasami nerwowo łapiesz uciekający oddech, innym razem ból głowy jest na tyle nie do wytrzymania, że realnie myślisz nad popełnieniem samobójstwa.
Najczęściej jedno przeplata się z drugim. W środku twojej głowy — pisk.
Ostry, świdrujący, przenikający do najmniejszego zakamarka czaszki. Jak dentystyczne wiertło borujące spróchniały ząb.
Nie zatrzymuje się, nie ma litości.
Na twojej prawej dłoni widnieje pieczątka w kształcie klucza.
I chociaż miałeś nadzieję, że istnieje cień szansy, że wreszcie odkryjesz prawdę o sobie, to po chwili dociera do ciebie, że to jedynie pamiątka wczorajszej imprezy.
Potem czujesz ból.
Zauważasz, że pasmo zaschniętych strupów ozdabia twoją skórę niczym medale nieudolności.
Zaczynają wracać urwane kadry, ułamki obrazów. Widzisz twarze. Znane. Obce. Rozmyte.
A najgorsze, że choć sam je ledwo pamiętasz, to one ciebie doskonale.
Leżysz tak w bezruchu.
Czas się rozciąga. Minuty przypominają godziny.
W końcu się podnosisz i standardowo — nerwowo przetrząsasz rzeczy. Karta? Dowód? Portfel?
Brzęk pustych puszek, niczym echo wstydu, odbija się od ścian. To scena upadku.
Odnajdujesz wszystko, czego szukałeś.
No prawie wszystko… Oprócz utraconej już dawno temu godności. W środku znowu czujesz znaną sobie pustkę.
Gdyby to była normalna historia, to pewnie teraz powinienem się przedstawić. Wyznać wesoło: cześć, jestem Piotrek… Ale nie mam na to siły.
Zatem darujmy sobie autoprezentację jak w każdej standardowej opowieści, bo ta historia zdecydowanie do takich nie należy. Zresztą, czy komukolwiek by się chciało czekać kilka dni, aż dojdę do siebie?
A ja czekałem i to wielokrotnie…
Upadanie.
Wstawanie.
Upadanie.
Wstawanie.
Ileż tak można?
Sam sobie napisałem najgorszy rozdział. Znajduję się obecnie na etapie życia, w którym nie potrafię już funkcjonować bez alkoholu. Dwie otwarte, dzienne terapie za mną, a ja wciąż piję. Nie jestem może jak Bożena — znajoma mojej babci, która pod koniec swojej choroby alkoholowej nie wstawała już nawet z łóżka. Prowadzę programy w telewizji internetowej, w której piją chyba wszyscy — od prezenterów po operatorów. Czasem zastanawiam się, jak to możliwe, że cokolwiek jeszcze udaje nam się poskładać do kupy i wypuścić na naszym kanale na YouTubie. Niedawno mieliśmy zdjęcia w Londynie przy festiwalu filmowym. Było całkiem znośnie, zanim znowu się najebałem i narobiłem wstydu.
Pod skórą noszę w sobie ogromne poczucie winy. Bo chcę od życia więcej. Bo wiem, że mogę więcej.
Tylko że coś mnie stale ciągnie w dół. Tym czymś jestem ja sam.
Każdy normalny człowiek złapałby mnie teraz za rękę i zapytał:
„Co ty robisz ze swoim życiem?”
Jednak to tak nie działa, bo gdyby działało, to już dawno sam bym się za nią złapał.
Próbowałem wszystkiego. Więc teraz jestem tutaj... znowu.
* * *
Obudziłem się, słysząc krople deszczu uderzające o parapet. Zostałem wyrwany z letargu kolejny raz. Od poprzedniego minęło kilka miesięcy. Czuję się, jakbym był postacią filmu science fiction. Więźniem dziury czasowej wciąż powtarzającym te same błędy i jednocześnie świadomym, że ten pierdolony Dzień Świstaka i tak się nigdy nie skończy.
Nie zmieniło się nic. Zupełnie nic.
Marzę, aby to był jednak sen.
27
Na ścianie w moim pokoju wisi biała kartka ze zdaniem: „Gdy będziesz pił, to nigdy nie pójdziesz do przodu, nigdy nie spełnisz swoich marzeń”. Brzmi jak frazes. Pseudo-coachingowe gówno, które mógłby wygłosić jakiś zadufany w sobie coach. Tyle że sam to napisałem, gdy ręce trzęsły mi się od zespołu abstynencyjnego. Pot mieszał się ze łzami, a jedyne, co byłem w stanie zrobić, to nabazgrać tych kilka słów.
Myślałem, że jestem młody, więc wszystko mi wolno. Przecież tak robią inni — koledzy, koleżanki. Świetnie się bawią, tańczą do rana, rzygają na przystankach, budzą się u nieznajomych.
Patrzę na tę kartkę i próbuję sobie przypomnieć, kiedy to się właściwie zaczęło.
Może wtedy, gdy jako nieśmiały chłopak pracowałem w call center i nie umiałem otworzyć ust bez setki wódki „na odwagę”, którą wypijałem jednym haustem tuż przed pracą. Z czasem stał się to także sposób, aby nie czuć upokorzenia, kiedy klienci wylewali na mnie swoje frustracje. Gdy, żeby przeżyć w Warszawie musiałem namawiać ich do kupna szitu, którego nie powstydziłby się żaden odpust. Czasem były to wielorazowe szwajcarskie maszynki do golenia. Innym razem abonament na bawełniane majtki „od firmy z wieloletnią tradycją”. Natomiast w okolicy świąt i sylwestra luksusowa biżuteria reklamowana jako doskonały prezent dla bliskich, który pozostanie w rodzinie dla kolejnych pokoleń. Nic więc dziwnego, że z każdym kolejnym dniem na moim biurku coraz częściej zaczął pojawiać się niepozorny gazowany napój, którego sporą część stanowiła procentowa wkładka. Kiedyś, po kilku godzinach pracy, byłem tak zalany, że nie potrafiłem nawet odpowiedzieć „dzień dobry”. Nikt, poza jedną koleżanką, nic nie zauważył.
Liczyły się tylko cyfry: dwa zamówienia gówna na godzinę. Alkohol koił.
Zmieniał ból w śmiech, lęk w odwagę.
Nikt nie nauczył mnie przeżywania emocji na trzeźwo. W moim domu się o uczuciach nie mówiło. Ucieczka więc zawsze stawała się moim pierwszym odruchem.
Może zaczęło się to nieco później — w innej pracy, w której szef darł się na mnie tak niemiłosiernie, że podczas przerwy biegłem kilometr do sklepu, byle tylko kupić alkohol. To był codzienny popołudniowy sprint, bo musiałem się zmieścić w 30-minutowej przerwie. Potem zamykałem się w łazience i jednym haustem wypijałem całą zawartość szklanej buteleczki, mając zapas na kolejne dwie porcje takiej ulgi. Wtedy tak bardzo potrzebowałem mieć to wszystko głęboko w dupie.
Chyba tak naprawdę wszystko zaczęło się, gdy obudziłem się w swoje 25. urodziny Bez planów, bez perspektyw, w przepoconej pościeli, wśród pustych butelek po winie. Nie wiedząc, kim jestem, ani dokąd w życiu zmierzam. Wtedy też poszedłem na pierwszą terapię, po której piłem jeszcze więcej.
A może było to we mnie od zawsze i wystarczyło tylko odpalić lont?
Ile czasu można przeleżeć na dywanie, pod który zostały zamiecione nawarstwiające się od tak wielu lat brudy?
Jaką karę powinienem wymierzyć sobie za to, że tak długo nie byłem ze sobą szczery?
Czy karą samą w sobie nie jest już sam brak szczerości?
Mam 27 lat.
Jestem alkoholikiem.
Nie mogę już patrzeć na swoje odbicie w lustrze, tak źle się ze sobą czuję. Jakby tego było mało, stanowię zagrożenie dla samego siebie do tego stopnia, że „klub 27” nie jest dla mnie tylko opowieścią o gwiazdach z Hollywood, a realnym problemem.
Wszystko dlatego, że alkohol daje mi znacznie więcej niż innym ludziom. Gdy piję, to świat staje się różowy i ja nie chcę, aby kiedykolwiek przestał taki być.
A życie, kurwa, nie jest różowe.
Żeby to zrozumieć, trzeba przestać pić.
Są ludzie tak długo skąpani w brudnym różu, że nie widzą już żadnych innych barw. Gdy wymiotują czerwonym winem, błagają Boga o litość. Przysięgają na największe świętości, że to już koniec, by zaraz potem wziąć kolejny łyk.
No i ci, którzy zwyczajnie muszą przestać. Wtedy z przerażeniem odkrywają, że świat bez alkoholu jest dla nich czarny. Czasem jest to tak bardzo głęboka czerń, że śmierć wydaje się jaśniejsza.
Nie chciałem mieć wyboru pomiędzy różem a czernią, dlatego sam wysłałem się na zamknięty odwyk.
Początek
Miejsce ukryte pośrodku sosnowego lasu.
Miejscowość, w której próżno szukać nazw ulic na budynkach. Na domiar złego mój coraz bardziej zawodny telefon postanowił się wyłączyć, choć jeszcze przed chwilą bateria pokazywała dziesięć procent. Jakby tego było mało, bankomat, który według Google Maps miał być tuż obok, okazał się jedynie legendą sprzed śmierci mojego smartfona.
Pech? Jak zwykle. Przynajmniej ładnie. Cisza, drzewa, spokój. Początek marca, temperatura bliska zeru, gdzieniegdzie jeszcze zalegał śnieg. Nawet o tej porze roku krajobraz robił wrażenie.
Nauczyłem się wyciągać plusy z każdej, nawet najbardziej patowej sytuacji. Tylko szkoda, że na podziwianie tych widoków pozostało piętnaście minut, bo za tyle mam się stawić w recepcji.
Na szczęście (albo i nie), wszystkie drogi w tej leśnej mieścinie prowadzą do jednego miejsca — na odwyk. A konkretnie: do szpitala z Oddziałem Leczenia Uzależnień NFZ, którego logo przypomina nieudolnie przerobiony logotyp NASA — z tą różnicą, że zamiast podboju kosmosu, ratują tych, którzy zbyt często lądowali na dnie butelki.
Sam budynek wygląda raczej jak PRL-owski kompleks wypoczynkowy dla emerytów niż mroczna jama z filmów Smarzowskiego. To zresztą był jeden z powodów, dla których wybrałem właśnie ten ośrodek. Skoro już mam spędzić tu kilka tygodni z innymi alkoholikami, to przynajmniej niech mi tynk nie sypie się na głowę.
Wkroczyłem do tego ośrodka ciągnąc za sobą czarną lakierowaną walizkę na kółkach. Głos plastiku odbijał się echem od ścian dużego holu. Poza Oddziałem Leczenia Uzależnień był tu jeszcze oddział rehabilitacyjny i leczenia nerwic. Będzie gdzie wracać, gdy już rozprawię się z piciem.
Już od progu przywitał mnie… alkomat. „Biiip!”. Zielona dioda — zero promili. Ulga. Pada pytanie:
„Czy korzystał pan ostatnio z innych środków psychoaktywnych?”.
Nie, nigdy nie miałem do nich większego pociągu, choć nie oszukujmy się — show-biznes narkotykami stoi. Bankiety pełne zatkanych nosów i ludzi, którzy za wszelką cenę chcą zatrzymać imprezę mimo iż ta się kończy. To jak próba reanimacji trupa — błyskawica w sercu Frankensteina.
— Proszę wypełnić formularz.
Gdy wyszedłem moim oczom ukazał się przedziwny pokój pielęgniarek z ludźmi za szybą, którzy byli drżący, wyniszczeni. Detoks. To tutaj alkoholik styka się z piekłem. Róż zamienia się w czerń. Czerń w ból. A ból… w krzyk duszy. Jeden z pacjentów trzymał się poduszki, jakby to była ostatnia rzecz, która chroni go przed ostatecznym rozpadem. Sam dobrze znałem ten stan. Drżące dłonie, spocone ciało, strach, że serce za chwilę przestanie bić. Pamiętam oczy w lustrze — bez blasku, pełne łez i cierpienia.
Dlaczego? Dlaczego to sobie robię? Samo wspomnienie tamtych chwil powinno mnie odstraszyć raz na zawsze. Jednak obsesja picia przewyższa chęć do życia. Masochizm w czystej postaci.
Rejestracja znajdowała się na końcu długiego korytarza. Z trudem ciągnąłem za sobą walizkę, która wydawała z siebie żałosny stukot na tle otaczającej mnie zewsząd szpitalnej ciszy. W pewnym momencie mijałem salę z telewizorem i krzyżem na ścianie, w której siedziała grupka ludzi w różnym wieku — głównie faceci. Na ich twarzach malowały się smutne historie.
Przemawiał do nich siwy mężczyzna, tonem bardziej kaznodziejskim niż terapeutycznym.
Pomyliłem drogę — wracałem więc, przechodząc ponownie przez salę. Liczyłem, że nikt nie zwróci na mnie uwagi.
— Człowieku, co ty wyprawiasz? Teraz jest zebranie z samym szefem szefów! — padło szeptem z jednego z kątów.
Postanowiłem posłuchać. Nie warto podpadać już pierwszego dnia.
Zebranie dobiegło końca. Niedługo potem trafiłem pod właściwy adres. Pokój, do którego mnie zaproszono, był… no cóż, nie napawający optymizmem. Obdrapane ściany, lamperia niczym odpadająca łuska. Może to próba dla tych, którzy jeszcze się wahają? „Jeśli teraz nie zrezygnujesz, potem będzie już tylko lepiej”. Czar nowoczesnego ośrodka prysł.
Pozostało podpisać kontrakt: zobowiązanie do abstynencji i — o zgrozo — zakaz nawiązywania kontaktów seksualnych z innymi uczestnikami. Serio? Ktoś przyjeżdża na odwyk w takich celach? W zamian za podpisanie kontraktu otrzymuję niebieski zeszyt A4, w którym trochę jak w podstawówce znajdują się ćwiczenia. Z tą różnicą, że zamiast nauczyć mnie pisać i czytać mają za zadanie sprawić abym zrozumiał siebie, swoje emocje i to przez co się tutaj znalazłem. Chorobę.
— Tylko proszę, dajcie mnie do kogoś spokojnego — poprosiłem niepewnie odnosząc się do czekającego na mnie miejsca w dwuosobowym pokoju.
— Bez obaw, dobieramy według wieku — odpowiedziała pielęgniarka.
W mojej głowie od razu pojawił się obraz: łysy koleś z Pragi, ortalionowy dres, trzy paski. Pewnie agresor, homofob… psychopata. Nie da się ukryć, że w moim wieku najbardziej ludziom odpierdala.
Dostałem klucze.
Pokój 58. Mój nowy dom. 14 metrów kwadratowych z widokiem na bramę. Moje schronienie przed światem pełnym flaszek, zaproszeń na „jednego” i znajomych, którzy jeszcze nie zorientowali się, że przegapili swój ostatni pociąg. Meble? Nie z Ikei, ale przynajmniej bez grzyba na ścianach. Niedługo miał się zjawić mój współlokator. Nie było nikogo w moim wieku, więc ostatecznie do pokoju przydzielono mi faceta starszego o dekadę. Dobrze. To mnie nawet uspokoiło. Miałem nadzieję, że przyjdzie ktoś inteligentny, oczytany i wrażliwy na sztukę z kim będę mógł prowadzić długie dyskusje na temat ostatnich wystaw w Zachęcie. Niedługo się bardzo zdziwię.
Za oknem — stara, metalowa furtka. Otwarta. Ścieżka ucieczki. Moje zabezpieczenie, bezpieczna przystań, gdybym jednak postanowił się wycofać.
Świadomość, że mogę uciec paradoksalnie daje siłę, by zostać.
Przed przyjazdem w głowie kłębiły mi się pytania. Czy wypada wziąć suszarkę do włosów? Jakie perfumy? Jakie książki? Unikałem tych z różowymi okładkami i słowem „miłość” w tytule. Nie chciałem się zdradzić. Nie tu. Nie teraz. Nie jestem gotowy. Coming out na odwyku? Brzmi jak słaby żart. A ja kiepsko kłamię. Więc lepiej nie prowokować pytań.
Oddychaj, Piotrze. Wdech. Wydech.
Spojrzałem przez okno. Natura zawsze mnie koiła
— o ile byłem trzeźwy na tyle, by ją zauważyć. A to, niestety, zdarzało się coraz rzadziej. Szpital otoczony był starymi drewnianymi domami, wśród wysokich sosen. Dawniej zanudziłbym się tu na śmierć. Dziś potrzebowałem tej ciszy bardziej niż czegokolwiek innego.
Otworzyły się drzwi. Do pokoju wszedł mój współlokator. Nie był łysy. Nie miał ortalionu. Był wysokim brunetem, na którego urodzie etanol pozostawił swoje piętno.
— Nazywam się Grzesiek — rzucił pewnym tonem.
— yyyy, Piotrek — odpowiedziałem, nieco mniej pewnie.
— Widzę, że kolejnego mi przysłali.
— Kolejnego?
— Tak. Z ostatnim mieszkałem dwa tygodnie. Stary ćpun, trzydzieści lat na amfie. Odwiozła go matka do MONAR-u — podobno tam łatwiej o towar. A ty? Alkohol? Narkotyki? Cały pakiecik?
— Alkohol.
— No to luzik.
Zapoznam was z osobą Grześka i zdradzę kilka faktów, które z pewnością chciałbym znać już wtedy. Więc był on człowiekiem z warszawskiej północy, tak zwaną starą gwardią alkoholików, wedle których, gdy nie pijesz denaturatu, to sam żadnym uzależnionym nie jesteś. Miałem wrażenie, że jego życie ogranicza się głównie do jedzenia i wydalania z siebie tego, co zje. A jadł naprawdę dużo i ciągle. Kilka razy dziennie wypróżniał się również, a robił to niemal tak głośno, jak głośno mlaskał przy jedzeniu. Na tyle, że było to słychać przez zamknięte drzwi toalety. Ba! Przez zamknięte drzwi toalety można było nawet wywnioskować konsystencję jego ekskrementów, a przynajmniej po odgłosie wypróżniania można było domyślić się ciągłych problemów z żołądkiem, z którymi najwyraźniej się zmagał. Po spuszczeniu wody w kiblu nie było słychać odkręconego kranu, domyśliłem się więc, że nigdy nie mył rąk, starałem się mu więc swoich nie podawać. Jednak najbardziej nie lubiłem, gdy zaraz po wyjściu z toalety brał do ręki moje leżące na półce książki. Wyobrażałem sobie wtedy, że przed chwilą tymi samymi łapami strzepywał sobie resztki moczu.
Gdyby jeszcze brał je w dłonie, aby coś przeczytać. Tymczasem on wertował je namiętnie, jakby w poszukiwaniu obrazków, a potem zawiedziony odkładał z powrotem na półkę. Omal byłbym zapomniał o bekaniu… a była to prawdziwa symfonia dźwięków. Po zjedzeniu najbardziej tłustych i obrzydliwych rzeczy, jakie można sobie tylko wyobrazić, słał w przestrzeń kilka dźwięków, które w niczym nie przypominały żadnych znanych mi ludzkich odgłosów. Czasami po takim koncercie marzyłem o tym, aby zmienić pokój, jednak ciągle istniało całkiem spore prawdopodobieństwo, że mogę trafić na kogoś jeszcze gorszego. Chociaż gdy zobaczyłem kupę na swoim ręczniku, byłem ku tej decyzji nadzwyczaj blisko. Czasem po wyjściu z toalety posyłał w moim kierunku mądrości typu:
„Nie jesteś prawdziwym alkoholikiem, bo nigdy nie piłeś F16”. Był to słynny alkohol niespożywczy, o którym w przerwach opowiadali sobie inni uzależnieni z wypiekami na twarzy. Coś jak denaturat, tylko poziom niżej i używane jako paliwo do samolotów, stąd nazwa.
Więc moje dni mijały na takich odgłosach i takich docinkach. Czasami w myślach rzucałem w kierunku Boga pretensjonalne „Czemu mi to robisz?”. Podobne do tego, podczas rzygania, gdy wino wlane na pusty żołądek się nie przyjęło. Wesoło, co?
A to dopiero sam początek.
Pierwszy posiłek w odwykowej jadłodajni. Stołówka, jak stołówka, klimat mocno PRL-owski.
Pośród tłumu oczekującego w kolejce na główne danie wyłapuję wzrokiem trzy kobiety. Dostrzegam również, że to one wiodą tu prym, a mężczyźni starają się im przypodobać, oddając co lepsze kąski ze swoich talerzy. Grzesiek zajął mi miejsce obok siebie.
Obiad dwudaniowy. Na pierwsze danie zupa o smaku nijakim, jak się wkrótce okaże, podawana tu codziennie, tylko o zmiennym zabarwieniu. Na drugie jakiś kotlet.
Sztućce były pilnowane przez kucharki, chyba tylko po to, aby ktoś nie zabrał ich w celu popełnienia harakiri. Brakuje tylko łyżek doczepionych do stołów metalowymi łańcuchami niczym z filmu Barei. Wychodzę.
Wracam, w końcu jestem głodny.
Moje wątpliwości co do tego, co będzie dalej, bardzo szybko zostały rozwiane. Po obfitym posiłku najedzeni alkoholicy udawali się na dziedziniec, a raczej do jego głównego punktu, czyli oddziałowej palarni, czyli czegoś przypominającego drewnianą wiatę — cztery słupy z blaszanym daszkiem. Byłem jedną z nielicznych niepalących osób na oddziale, mimo to wolałem się trzymać Grześka, który oczywiście palił. Miałem wrażenie, że niczym w więziennej społeczności, także i tutaj panują jakieś wewnętrzne zasady i obowiązuje hierarchia. Musisz trzymać się ze swoimi. Raczej nie jest wskazane chodzenie tam samemu, zwłaszcza nocą.
Standardowo zaczynasz od przywitania się ze wszystkimi. Uścisk dłoni symbolizuje twoją siłę. Tuż przed przybyciem na terapię kilka osób radziło mi wziąć ze sobą paczkę fajek, nawet jeżeli nie palę. Papierosy są odwykową walutą i podobnie niczym w więzieniu można dzięki nim załatwić ponoć bardzo wiele. Ja swojej paczki papierosów zapomniałem. Może i by mi się przydała. Padają pytania o imię, wiek, pracę oraz moje ulubione: „Skąd pochodzisz?”. Tak jakby miejsce mojego urodzenia, na które nie miałem przecież żadnego wpływu, miało określać to, jakim jestem człowiekiem. Ważę słowa, nie chcę, aby przypadkiem wymknęło mi się coś „o byłym chłopaku” itp.
O godzinie czternastej rozpoczynam swoje pierwsze zajęcia. Zazwyczaj nowe osoby zaczynają je następnego dnia od swojego przybycia na odział, natomiast mnie kopnął ten zaszczyt już dzisiaj. Biorę ze sobą niebieski zeszyt, jaki otrzymałem przy podpisywaniu kontraktu. To tam znajdują się wszystkie informacje i zadania, jakim muszę się podobno poddać, aby odzyskać upragnione zdrowie.
Wchodzę do sali. Pokój całkiem spory, może 25 na 25 metrów kwadratowych. Białe ściany przyozdobione lamperią w kolorze sraki. Przez wielkie okno wpada światło, rozlewając się po podłodze pokrytej płytkami jak z miejskiego szaletu. Jakby na siłę próbowało tu wnieść jakieś oświecenie — jak mi się wtedy wydawało, zupełnie nieproszony gość w tym miejscu.
Rozglądam się. Jest nas około dwudziestu osób, może nieco więcej. Kilka kobiet, reszta mężczyźni. Większość z nich nie podnosi wzroku — wpatrzeni w posadzkę, jakby była jedynym pewnym punktem w ich życiu. W takim miejscu niemal nikt nie pojawia się z własnej woli. Większość to zesłańcy — przez sąd, policję, rodzinę. Część próbuje odzyskać dzieci, inni uzyskać tylko papierek, który dobrze wygląda w aktach. Nieliczni, jak ja, pojawiają się tu z własnego wyboru.
Jest i Grzesiek — mój osobliwy współlokator. Mimo swoich obrzydliwych nawyków i grubiaństwa, widać, że zależy mu na dzieciach. Gdy o nich mówi w rozmowach z innymi, coś się w nim zmienia. Nagle pojawia się człowiek.
Pośród twarzy wyłapuję Annę — kobietę około pięćdziesiątki, elegancką, choć przygaszoną. Zmaga się nie tylko z alkoholem, ale i z depresją. Czułem, że znajdziemy wspólny język. Jest też Jadwiga, siwa, delikatna — bardziej pasuje na wolontariuszkę w jadłodajni niż alkoholiczkę, ale życie lubi zaskakiwać. W ich głosach nie ma agresji. Jest bezradność, czasem cicha rozpacz. Mój wzrok przyciąga Czesiek, łysy paker, którego z miejsca, kierując się uprzedzeniami, spisałem na straty. Zakodowałem sobie, że nie warto pokładać w nim nadziei. Dziś już wiem, jak bardzo się myliłem. Poznaję też Zuzę — młoda, też 27-letnia alkoholiczka. Jest Ilona, która chce odzyskać dzieci. Jacka zwinęli go spod monopolowego. Big, czyli Marcin — były diler. Artur — policjant, który przed emeryturą musi „zaliczyć terapię”, bo podobno tak właśnie często się dzieje. Arek — wojskowy z dwudziestoletnim stażem. Mundurowych tu sporo. Mówią, że praca taka jak ich wyciska wszystko, co ludzkie. Zostaje tylko pustka, którą trzeba czymś zalać.
Zajęcia prowadzi Barbara — terapeutka, z którą podpisywałem kontrakt. Temat pierwszych zajęć to wiele mówiąca „Psychozabawa”. Nazwa, która brzmi niewinnie, kryje w sobie więcej niż niejeden akademicki wykład.
Barbara rozdaje nam po cztery kartki formatu A2.
— Cofnijcie się myślami do czasu sprzed uzależnienia. Zapiszcie po jednej rzeczy na każdej kartce: wasze cele, wartości, marzenia i osoby, na których wam zależało.
Zamieram. Jak cofnąć się do świata, który zagłuszałem przez lata? Co mają powiedzieć ci, którzy piją od dzieciństwa? Grzesiek — pijący od trzynastego roku życia, pisze bzdury, opowiada o kradzieżach, chwali się, kogo to nie znał i z nie kim pił. Może to właśnie jego system wartości?
Wracam myślami do siebie z czasów, zanim to wszystko się zaczęło. Na kartkach zapisuję: „uczciwość”, „dobra praca”, „szczerość” i imię dziadka — osoby, która wiele dla mnie znaczyła.
Barbara mówi:
— Teraz oddajcie trzy kartki, zostawcie jedną. Oddajemy. Zostaje mi ta z dziadkiem Stanisławem, który też borykał się z alkoholizmem, w wyniku czego zmarł niemal dwadzieścia lat temu.
Był dla mnie ważny, był moim mentorem. Czasem w nocy czuję jego obecność — jakby próbował mi coś powiedzieć.
Barbara zbiera resztę kartek, drze je na strzępy i zrzuca na środek sali, tworząc z nich papierową górę.
— To, co wam zostało, to jedyne, czego nie zdołało zniszczyć wasze uzależnienie — mówi. — Resztę… można próbować odzyskać, ale nawet jak je posklejacie, nie będą już takie same. Tak działa ta choroba. Niszcząc zaufanie, bliskość, marzenia —
pozostawia tylko strzępy.
A potem pyta:
— Kto chciałby spróbować odzyskać swoje cele i wartości?
Nikt się nie rusza. Tylko ja klękam przy tej papierowej hałdzie. Grzebię jak szaleniec. Słyszę szepty, widzę przewracające oczami spojrzenia, ale szukam. Nie odpuszczam. Kilka minut później mam swoje skrawki papieru. Nie wszystkie, ale znaczną ich część.
Patrzę na nie. Pogniecione, rozdarte, niepełne.
— To co teraz? — pytam. — Teraz mam je posklejać?
Zima
„Obudź się!”
„Obudź się, Piotrze!”
„Przestań śnić o wolności!”
Przez chwilę nie wiedziałem, gdzie właściwie się znajduję. Gdy zadzwonił budzik — nie mój budzik — za oknem wciąż było ciemno, a gęsty śnieg spadał z nieba jakby bez końca. Za drzwiami rozległ się dźwięk, którego nie sposób pomylić z żadnym innym. Choć nie mam powodu, by się obawiać, znam go na pamięć — i do dziś, kiedy tylko go sobie go przypomnę, coś we mnie drży. To dźwięk jak wykrywacz kłamstw, który sprawdza, czy wciąż jestem uczciwy. Pokój po pokoju: skrzypienie nienaoliwionych drzwi, trzask uderzania o futrynę, potem naprzemienne pikanie alkomatu i jego głuchy ton.
Nie znoszę tego dźwięku. Tak jak nie znoszę bramek w supermarketach albo kanarów w autobusie. Gdybyśmy potrafili sobie ufać, żyłoby się łatwiej, może nawet lepiej. Ale tu — w tym miejscu — ufać po prostu nie wolno. Każdy z nas, bez wyjątku, niesie na barkach jakieś kłamstwo. Dlatego niemal codziennie i mnie dotyka ten głuchy dźwięk, pulsujący zieloną diodą w rytmie pozornej kontroli. Każdego dnia po siódmej, tuż obok palarni, zaczynaliśmy poranną gimnastykę. Staliśmy w szeregu, odliczaliśmy razem — niczym w szkolnej zbiórce. Czułem zażenowanie. Każdy tutaj był jedynie numerem, kolejnym przypadkiem, rozpoznanym i sklasyfikowanym. Zastanawiałem się, czemu właściwie ma służyć to zmuszanie uzależnionych do ćwiczeń fizycznych. Sport to zdrowie, zgoda — ale motywacja do działania powinna pochodzić z wnętrza. Jak chęć nauki, zmiany, czy w końcu rzucenia nałogu.
Czasem patrzyłem na współćwiczących z żalem. Ich ciała, zniszczone wieloletnim piciem, ledwie się poruszały, a kazano im robić coraz bardziej wymyślne ćwiczenia. Panuje tu wiele zasad, które dla mnie są niezrozumiałe — ale podpisałem kontrakt i zobowiązałem się ich przestrzegać. Więc codziennie rano łykam przepisane przez psychiatrę tabletki przeciwdepresyjne, bo lekarz mnie badający łączy mój nałóg z depresją. Biorę je bez zbędnych
pytań. Bo każda wątpliwość to ryzyko wpisania na czarną listę. Nie wiem, co to dokładnie oznacza — i chyba wiedzieć nie chcę. Więc dajcie mi te tabletki. Dajcie mi chemiczne szczęście, bo mrok tej zimy wciąga mnie coraz głębiej i czuję, że lada moment utonę.
O dziewiątej zaczyna się mój dzień zajęć. Za chwilę spotkanie z indywidualną terapeutką — Malwiną. To imię dobrze mi się kojarzy. Moja najlepsza przyjaciółka również ma na imię Malwina. Może to dobry znak? Z Malwiną się świetnie balowało — i choć dziś wydaje się to groteskowe, to wtedy wspólne uzależnienie było czymś, co nas spajało. Tak, wtedy wydawało się, że to właśnie buduje więź.
Terapeutka Malwina ma może 28 lat, ciemne włosy i miętową podkładkę na dokumenty, inną niż wszyscy terapeuci w tym ośrodku. Bije od niej ciepło. Jest żywa, zaangażowana, jakby naprawdę ją to wszystko obchodziło. Od razu poczułem, że to nie tylko praca, że to może nawet misja. Malwina słuchała mnie zawsze uważnie, nie udawała zainteresowania, a przynajmniej nigdy nie dała mi odczuć, że tak się dzieje.
To ona pierwsza zapytała mnie, czy jestem gejem. A może nie pierwsza — ale jako pierwsza nie zrobiła z tego w poszukiwaniu sensacji. Nie zobaczyłem w jej oczach tego złowieszczego błysku, który znałem od poprzedniej terapeutki. Tej, która już na pierwszym spotkaniu ze mną pochwaliła się, że „wyleczyła” pacjenta-geja, bo za tydzień ten bierze ślub z kobietą. Szybko utożsamiłem jej postawę z wieżą z książek o tematyce LGBT przyniesionymi na oddział przez pacjentów i zalegającymi w jednym z gabinetów. Wszystko dlatego, że dyrekcja uznała homoseksualizm za chorobę, której lepiej nie rozprzestrzeniać. W ośrodku w stolicy. Znajdującym się dziesięć minut od centrum miasta.
Malwina taka nie była. Ona naprawdę chciała mi pomóc — bez względu na to, kim jestem i kogo kocham. Mogłem jej opowiedzieć o wszystkim. Nie czułem się oceniany.
Opowiadałem więc o dzieciństwie w rozbitej rodzinie. O tym, jak ojciec odszedł, kiedy miałem czternaście lat. O tym, że nikt nigdy nie zapytał mnie, co czuję, czego potrzebuję. O tym, jak w szkole zawsze czułem się obcy, samotny, inny. I o zwierzętach — wtedy moich jedynych przyjaciołach. Zawsze pełno ich było w domu: psy, koty, króliki. Tylko one mnie rozumiały. Często tylko one były obok.
Potem opowiadałem o Warszawie. O tym, jak wydawało mi się, że wreszcie zaczynam żyć. Że świat stoi przede mną otworem, odkąd odkryłem, że picie daje mi pewność siebie.
Dostałem cukierka tylko po to, by go po chwili brutalnie wyrwano mi z ręki.
Alkohol dawał mi przyjaciół, odwagę, błysk w oku. Byłem kimś, kim zawsze chciałem być. Jednak szybko ten drugi ja, pijany, stał się moim wrogiem. Wirusem. I choć wiem, że muszę się z nim pożegnać — to czy naprawdę tego chcę? Boję się, że bez niego nie mam nic. Że zostanie tylko pustka. Jak po wyrwanym sercu.
Opowiedz mi więcej o swoim domu — zachęcała Malwina. — Często nasze obecne trudności mają korzenie w tym, co wydarzyło się, gdy byliśmy dziećmi.
Nie było to łatwe. Ale przy niej — jakby prościej się mówiło.
— W moim domu nie rozmawiało się o uczuciach. Potrzeby emocjonalne zdawały się nikogo nie interesować. Byłem dzieckiem naznaczonym innością, zazdrosnym o kolegów, którzy byli pewni siebie. Ja wciąż się wahałem. Naznaczonym orientacją, o której bałem się komukolwiek powiedzieć, bo od najmłodszych lat słyszałem o homoseksualizmie jako złu największym. Każda decyzja była wysiłkiem. Dlatego zwykle nie decydowałem o niczym — zostawałem w miejscu i zatapiałem się w swoją życiową stagnację, licząc na to, że kiedyś samo się wszystko ułoży, a inni zrozumieją, co czuję pod swoją skórą.
Malwina słuchała. Może nie do końca rozumiała, może nie mogła — bo nie siedzi w mojej głowie, a o alkoholizmie wie tyle, ile przeczytała w podręcznikach, nauczyła się na studiach i usłyszała od innych. Może wracając do domu, kupuje w Żabce czerwonego Merlota. Może po jednej butelce w samotności zastanawia się, czy nie zbliżyła się za bardzo do tej granicy, którą ja już dawno przekroczyłem.
A jednak to ona pierwsza powiedziała:
— Masz w sobie coś, czego jeszcze nie jesteś w stanie docenić, ale kiedyś zrozumiesz, jaką to ma wartość.
Nikt mi tak nigdy nie powiedział. Nawet rodzice. Po czterdziestu pięciu minutach czułem się, jakby ktoś odpuścił mi wszystkie grzechy. To było coś w rodzaju wewnętrznego oczyszczenia. Uświadomiłem sobie, że czasem dobrze zadane pytanie znaczy więcej niż tysiąc gotowych odpowiedzi.
* * *
Cisza.
Jak zwykle, wszyscy patrzą w stronę podłogi.
Ania ma na sobie białe trampki tej znanej marki z gwiazdką. Jacek — stare, przykurzone klapki. Arek siedzi w nowych sportowych butach. Kupił je niedawno, bo poprzednie zbyt mocno kojarzyły mu się z czasami picia.
Buty terapeutki Alicji są brudne i wysłużone. Na jej miejscu starałbym się jednak nosić zawsze czyste obuwie. Przecież pacjenci ciągle patrzą w podłogę.
Zauważyłem, że klapki Kubota są tu najpopularniejszym modelem. Powinno się to znaleźć w tym niebieskim zeszycie z materiałami terapeutycznymi, który dostaliśmy na początku leczenia. “Pierwsza zasada terapii: noś stylowe obuwie, które w pełni oddaje twój charakter”.
Wtedy miałem wrażenie, że więcej jestem w stanie wyczytać z ich butów niż twarzy.
Dzisiaj grupa zadaniowa — prezentujemy prace terapeutyczne.
Każdy z nas, uzależnionych, dostał jedenaście zadań od swojego terapeuty indywidualnego. Pisaliśmy o własnych doświadczeniach z uzależnieniem, by potem odczytać te teksty na wspólnych zajęciach. Dzięki temu mamy szansę lepiej przyjrzeć się swoim problemom, a z pomocą innych uzależnionych możemy być bliżej odpowiedzi na pytanie: co złożyło się na nasze uzależnienie.
Pierwszy czyta Kamyk — wysoki, przystojny brunet. Kiedy mówił, często wpatrywałem się w jego duże, brązowe oczy, w idealnie ułożone na żel włosy i w usta, którymi wypowiadał zawsze zwięzłe, a przy tym bardzo wyważone zdania. Mimo że był mi chyba najbliższy z całej grupy. Nawet gdy opowiadał o swoim najgorszym okresie życia — tym, w którym pił bez opamiętania i przestał o siebie dbać — w mojej głowie i tak wyglądał idealnie.
Kamyk w domu pozostawił żonę i małe dziecko. Większość osób w tej sali ma dzieci. Cieszę się, że przynajmniej tego udało mi się uniknąć. Skrzywdziłem swoim piciem wyłącznie siebie. Niczym każdy alkoholik jestem wybornym kłamcą. Moi najbliżsi pozostawieni w rodzinnej miejscowości nie mają pojęcia o moim problemie. Dla nich wciąż jestem cichym chłopakiem, który zaczął robić karierę w Warszawie. Dla ich dobra niech tak pozostanie. O mojej orientacji dowiedzieli się dopiero niedawno i chyba już się z nią pogodzili. Gej-alkoholik to byłoby dla nich zdecydowanie za dużo.
Pamiętam szkołę i pierwsze miłości, gdy liczyłem, że jakiś chłopak odwzajemni moje uczucia. Jednocześnie czułem, że to, co robię jest zakazane, piętnowane, nie do wypowiedzenia.
Każdego wieczoru, zasypiając, powtarzałem sobie, że któregoś dnia zdobędę się na odwagę i powiem chłopakowi, w którym byłem zakochany, co naprawdę czuję. Jednak nigdy nie wystarczyło mi odwagi. Teraz potrzebuje jej aż nadto. Jutro to ja usiądę w miejscu Kamyka. I przeczytam swoją pierwszą terapeutyczną pracę. Wszyscy chcą wiedzieć, co sprawiło, że wybrałem właśnie zamknięte leczenie. Dlaczego spośród tylu możliwych ścieżek terapeutycznych zdecydowałem się na tę najtrudniejszą — całkowite odcięcie od świata.
* * *
Krążą słuchy, że nie jestem „prawdziwym alkoholikiem”.
P R A W D Z I W Y A L K O H O L I K, rozumiecie? Grzesiek wiedzie prym w odwykowej palarni. Ja zaglądam tam coraz rzadziej. Opowiada o mnie innym — że czytam książki, że rysuję, że zachwycam się naturą tego miejsca. Dla niego to dziwne. Dla nich pewnie też. W świecie niekończącej się imprezy wrażliwość to towar podejrzany.
Złapałem się na naiwnym marzeniu, że tutaj — chociaż tutaj — ktoś po prostu będzie dla mnie miły. Ale nie. Ludzie nie są mili. Oni tylko bywają mili. Na początku się starają, a potem wszystko blednie. Znika. I wychodzi ich prawdziwa twarz.
Lubię mieć czyste sytuacje.
Dlatego powiedziałem mu wprost wieczorem w naszym wspólnym pokoju — że wiem, co mówi o mnie w palarni.
Od słowa do słowa — Grzesiek stwierdził, że pewnie nie poradziłbym sobie w więzieniu, bo trzeba tam robić coś więcej niż tylko czytać książki. Odpowiedziałem, że znam całe mnóstwo miejsc, w których on by sobie nie poradził. Bo trzeba tam czegoś więcej niż zawierania sojuszy z alkoholikami i obgadywania współlokatorów. Grzesiek zamilkł.
Jego milczenie niestety nie trwało zbyt długo. Po kilku minutach usłyszałem kolejną porcję mądrości i życiowych, pijackich porad. Wychodzę.
Śnieg przykrył wszystko. Każdy najmniejszy skrawek tego miejsca, jakby chciał je wygłuszyć. Jest potwornie zimno. Drzewa zniknęły we mgle, o ile w ogóle jeszcze tu są. To ten najgorszy czas — kiedy świat zamiera, a z nim wszystko, co próbowało się jeszcze wydawać z siebie ciepło. Staram się nie pamiętać zim. Wypieram je z pamięci.
Mówiąc „zima”, mam na myśli czas od końca września do kwietnia. Dzielę życie na dwie pory roku. Trochę jak z kolorami: czerń albo biel. A kiedy jest czarno — jedyne, czego pragnę, to natychmiastowa zmiana świadomości. Więc wypieram te zimy, które już mam za sobą. A może po prostu ich nie pamiętam? Bo byłem wtedy nieprzytomny. Ciągle pijany.
Opowiem wam historię ostatniej zimy. Tej, w której uzależnienie wyssało ze mnie wszystko — zdrowy rozsądek, granice, zmysły. To była opowieść z pogranicza jawy i koszmaru. Do dziś nie wiem, czy to wszystko wydarzyło się naprawdę, czy był to tylko zły sen, z którego nie umiałem się wybudzić.
* * *
Grudzień.
Słońce miało mnie gdzieś. Wzięło wolne.
I wyglądało na to, że wcale nie zamierza wracać. Świat zrobił mnie w chuja.
Dni zlewały się ze sobą niczym rozlany atrament. Szaruga za oknem wbijała się w czaszkę. 40-watowa żarówka ledwo zipała. Była równie bezużyteczna, jak ja.
Czasem poranki zaczynałem od kubka czarnej, rozpuszczalnej kawy, poważnie rozważając zakup ekspresu jako największej inwestycji życiowej. Najczęściej jednak do życia przywracał mnie klin.
Bywały dni, gdy jedynymi ludźmi, jakich widywałem, byli pracownicy sklepu. Bywały i takie, gdy widziałem tylko ich dłonie — podające kolejną butelkę wytrawnego wina. Jeden ruch kartą. „Bip!”. I mogłem tańczyć pijany, sam w czterech ścianach,
do swojej ulubionej muzyki.
Ucieczka w samotność i ucieczka w alkohol — razem tworzą mieszankę idealną. Idealnie śmiertelną. Bo gdy już jesteś w tym tunelu i nie widać żadnego światła, to nikt nie podpowie ci, gdzie są tory. A jeśli już są — to i tak nie twoje.
Podczas terapii mówili, że najlepszym lekiem na samotność są mityngi AA. Problem w tym, że każda taka salka z gumolitem na podłodze i lamperią na ścianach sprawiała, że zbierało mi się na wymioty.
Wierzcie mi, poznałem ich sporo.
Aktualnie odnajduję w nich spokój i wsparcie, ale przez długi czas nie potrafiłem się w nich odnaleźć.
Kiedyś na facebookowej grupie dla abstynentów zapytałem, czy ktoś zna mityng z ludźmi w moim wieku. Wtedy jedna z osób zasugerowała, że chce się tam wybrać celem podrywu. Może to z takiego przekonania wziął się ten punkt w regulaminie ośrodka, który wzbudził we mnie takie zdziwienie. Chodziło mi przecież wyłącznie o to, że z ludźmi w podobnym wieku najczęściej łączą cię podobne problemy.
Dwudziestolatka prędzej zainspiruje do trzeźwości inny dwudziestolatek niż wyniszczony wieloletnim piciem pięćdziesięcioletni alkoholik.
Inni natomiast pisali, że „każdy mityng jest dobry”. Skoro dla nich wszystkie są równie dobre, to dla mnie — równie chujowe. I niech mi nikt nie mówi, że szukałem tam jakiegoś duchowego olśnienia. Gorzkie żale wśród paluszków i herbaty w papierowym kubku po prostu mnie nudziły. Czułem, że niektórzy przychodzą tylko po to, żeby się wygadać albo zjeść.
Większość z nich, jak wtedy myślałem, zamieniła jeden nałóg na inny — substancję na rytuał. Bo kiedy rzucasz, to, co wydaje ci się, że cię trzymało, zostajesz z pustką w środku. Jakby ktoś wyrwał ci serce i zostawił dziurę, którą trzeba czymś zatykać.
Wtedy miałem wrażenie, że jedni lecą na automaty, drudzy wymieniają garderobę, trzeci wybierają mityngi — żeby poczuć się ważni albo chociaż potrzebni.
Po kilku spotkaniach miałem już jasność. Najgorsi są ci, którzy próbują wszystkich zbawić.
Z pasją. Z przekonaniem. Z natchnieniem.
Jakby nawracanie innych miało wyplenić coś z nich samych, a ja nie chciałem być zbawiony.
Chciałem być zrozumiany.
* * *
Tamtej zimy w głowie miałem tylko jedną myśl: że nic wyjątkowego już mnie w życiu nie spotka. Po co się ubierać, skoro i tak zaraz przyjdzie noc i znów trzeba będzie się rozebrać? Po co szukać pracy, skoro kiedyś mnie z niej i tak wyrzucą? Po co spotykać się z ludźmi, skoro wcześniej czy później i tak mnie zawiodą? Po co w ogóle wychodzić z domu, skoro to właśnie w nim spędzam większość życia? Po co żyć, skoro da się tego uniknąć — śmierć i tak kiedyś przyjdzie.
Ilekroć próbowałem powiedzieć o tym komuś znajomemu, słyszałem ten sam tekst:
„Nie rób z siebie ofiary”.
„Inni mają gorzej”.
„Ciesz się, że jesteś zdrowy”.
Tyle że ja zdrowy nie byłem.
„Depresja? Jaka depresja?” — mówiła Malwina. Tak, ta sama Malwina, z którą kiedyś dzieliłem poglądy i wino, a która — gdy zamknąłem się w sobie i przestałem wychodzić z domu — rzuciła mi przez telefon: „Nie ma czegoś takiego jak depresja. To wymysł słabych, którzy nie potrafią poradzić sobie z życiem, bo są zbyt leniwi”.
Początkowo byłem wściekły, zraniony lub zwyczajnie próbowałem jej to tłumaczyć. Nie pamiętam. Jednak rok później Malwina wylądowała na oddziale zamkniętym.
Zgadnijcie, z jakiego powodu.
Zamykałem się więc nie tylko w mieszkaniu, ale i w sobie.
Kupowałem trzy piwa, albo czteropak, bo przecież w promocji. Cztery puszki w cenie trzech? Nie da się przejść obojętnie.
Potem okazuje się, że wypiłeś ich osiem albo dwanaście.
P R O M O C J A!
Jak tu nie skorzystać z życia?
Oprócz tego było jeszcze wino. Dwa za jedno w znanej sieci sklepów z płazem w logo. Na początku była tylko jedna lampka. Taka kontrolowana, w towarzystwie ludzi, którzy przestali być dla mnie ważni. Z czasem jednak potrzebowałem ich kilku, żeby cokolwiek powiedzieć.
Na trzeźwo? Nie interesowało mnie nic.
Klubowe noce? Przestawały istnieć, dopóki nie wypiłem.
Byłem zbyt nieśmiały, zbyt zamknięty, zbyt przeźroczysty. Ale po alkoholu — jakby ktoś nałożył mi nową skórę. Jakbym był kimś innym.
Clark Kent zmieniający się w superbohatera small talku. Bruce Wayne imprezy.
Człowiek-cień nagle stawał się duszą towarzystwa. W ten sposób alkohol stał się moim lekiem (wtedy jeszcze nie wiedziałem, że trucizną). Mieszkałem w bloku, który lokalsi nazywają „Umieralnią”.
Co tydzień nowa klepsydra na drzwiach wejściowych.
Starsze osoby, schorowane ciała, powolne zgony. Cisza, która dźwięczała po każdym wejściu do klatki.
Kiedy nadchodziła noc, miałem wrażenie, że coś się czai. Winda otwierająca się sama, światło migające na klatce. Zawsze wybierałem schody.
Każdego dnia popadałem w coraz głębszy obłęd.
Zasłaniałem okna, żeby nie wpadł nawet jeden promień światła.
Piłem.
Noce były najgorsze.
Czułem, że coś siedzi na krawędzi mojego łóżka. Nie widziałem tego wyraźnie — tylko cień — głębszy niż otaczająca go ciemność. Kształtem przypominał psa, ale nie miał oczu.
Miał za to pysk.
Rozciągnięty, nienaturalnie długi, jakby ktoś wyciągnął go z wnętrza mojego lęku.
Siedział tak w bezruchu.
Czekał.
Czasem warczał — cicho, głęboko, groźnie. Innym razem czułem jak gryzie mnie po palcach. Jego metalowe zęby zamykały się na moich kościach z precyzją zegarka.
Wydawało mi się wtedy, że cała sypialnia powoli się kurczy.
Ściany nie mogą przestać się zbliżać, światło latarni stopniowo znika za zasłoną, a cień psa — rośnie.
Jego ciało rozlewa się po podłodze niczym czerwone wino.
Gdy włączałem światło, znikał w milczeniu.
Jednak nie dlatego, że odszedł.
On cały czas patrzył.
Znał każdy mój wstyd.
Miewałem sny.
O drewnianej chatce pośrodku górskiej doliny.
Starcy siedzieli w milczeniu, a ja próbowałem dosięgnąć różańca zawieszonego nad belką.
On za każdym razem cofał się dalej.
Jakby był na magnes. Jakby coś nas odpychało. Czasem śniło mi się, że unoszę się w powietrzu. Budziłem się tak, jakbym właśnie spadł na łóżko. Innym razem w dłoniach trzymałem krzyż.
Spocony.
Trzęsący się.
Bałem się zasnąć, bo wiedziałem, że — one wrócą.
Wcześniej w takich chwilach brałem tabletki. Uciekając w sen, niczym do bezpiecznego bunkra. Jednak teraz nawet on nie był bezpieczny.
Morfeusz też nasyłał na mnie swoje demony. Wtedy nie wiedziałem jak to nazwać, teraz wiem, czym jest delirium.
Mam dosyć zimy, którą wspominam, jak i tej, która właśnie dogorywa. Wiem, że to tylko kwestia czasu, kiedy stopiony śnieg odsłoni zgniłe jesienne liście.
* * *
Drewniana chatka. Niepozorna, niemal zrośnięta z otaczającymi ją drzewami, stała zaledwie kilka kroków od ośrodka. Na pierwszy rzut oka wyglądała jak domek letniskowy, może stara leśniczówka. Gdyby nie mała, metalowa tabliczka na furtce z napisem „Biblioteka Publiczna”, nigdy nie domyśliłbym się, że w środku kryje się coś więcej niż tylko kurz i cisza.
Wnętrze pachniało papierem, wilgocią i czymś jeszcze — jakimś nieuchwytnym wspomnieniem spokoju.
Za biurkiem siedziała siwowłosa kobieta o zaskakująco młodych oczach.
— Ma pan u nas kartę, czy dopiero będzie zakładał? — zapytała z uśmiechem, nie odrywając wzroku od otwartego tomu.
— Pierwszy raz tu jestem.
— W takim razie będę potrzebować dowodu. Mieszka pan w okolicy?
— Tymczasowo. Jestem w ośrodku — powiedziałem spokojnie. Zamknęła książkę i spojrzała na mnie z uwagą.
— Alkohol? — zapytała ciszej niż wcześniej. Skinąłem głową.
— Tak.
— Hm… — zawahała się. — Wie pan… spodziewałam się raczej narkotyków.
Parsknąłem pod nosem.
— Chodzi o wagę? 65 kilogramów przy ponad 180 centymetrach wzrostu?
— Może trochę — przyznała z nieśmiałym uśmiechem. — Ale to raczej kwestia… jak pan się porusza. Tak jakoś szybko. Nerwowo.
Zanotowała coś na formularzu i podała mi kartę czytelnika. Miała wyjątkowo ciepłe dłonie. Dawno nie dotykałem czegoś, co nie było zimne.
Sala terapeutyczna.
Ściany białe, zbyt białe. Zbyt równe. Jakby ktoś chciał, byśmy czuli się tu jak w laboratorium. Zajęcia prowadził Tomek — terapeuta z figurą lekko pulchną, a przy tym pełną energii. Miał dar do rysowania na tablicy rzeczy, które z pozoru wyglądały dziecinnie, ale po chwili zamieniały się w obrazy śmiertelnie poważne. Tym razem była to rakieta.
— To wy — powiedział — i wasza choroba. Lecicie sobie tą rakietą w stronę nicości. Jeszcze możecie się katapultować. Ale im dłużej lecicie, tym wyżej się wznosicie, a wtedy upadek boli bardziej. Rozumiecie?
Rozumieliśmy. Nawet jeśli nikt nie kiwnął głową.
— Na początku to wszystko wygląda niewinnie. Faza towarzyska — wszyscy się cieszą, że macie „mocną głowę”. Zaczynają was lubić za to, że potraficie wypić więcej niż inni. Robicie się popularni. Nagle wszędzie jesteście mile widziani. A potem? Faza ostrzegawcza — klinowanie, rozgrzeszanie siebie tymi samymi głupimi tekstami. „Czym się strułeś, tym się lecz”.
Zaczął szkicować trajektorię lotu.