Wstęp: Noc, która zmieniła wszystko
Sztokholm, piątek, 28 lutego 1986 roku. Miasto, które dla swoich mieszkańców było symbolem niezmienności, porządku i niemalże matematycznej przewidywalności, tej nocy odetchnęło chłodem arktycznej zimy. Termometry wskazywały minus siedem stopni Celsjusza, a powietrze było tak ostre, że każde odetchnięcie wydawało się kłuć w płuca. To nie była noc stworzona dla zbrodni; to była noc stworzona dla bezpiecznego powrotu do domów, dla ciepłych wnętrz, dla życia w przekonaniu, że szwedzki projekt społeczny — ta nowoczesna, skandynawska utopia — jest nieprzemakalną barierą oddzielającą obywateli od barbarzyństwa reszty świata. A jednak, w samym sercu tej spokrewnionej z geometrią ciszy, tętniło życie człowieka, którego nazwisko stało się synonimem zarówno nadziei, jak i głębokich podziałów. Olof Palme, premier Szwecji, człowiek o nieprzejednanych poglądach, marksistowskiej erudycji i magnetycznej, choć dla wielu drażniącej osobowości, właśnie kończył swój wieczór w kinie Grand przy ulicy Sveavägen.
Ta historia nie jest opowieścią o polityce, choć polityka stanowi jej krwawy podkład. To nie jest traktat o zimnowojennych napięciach, szpiegowskich grach czy wielkiej geopolityce, mimo że wszystkie te cienie będą się kłaść na śledztwie przez kolejne dekady. To opowieść o kruchym, niewyobrażalnie krótkim momencie, w którym przeznaczenie — bezlitosne i obojętne — spotyka się z anonimowością. Palme był premierem, ale tej nocy był tylko mężem i ojcem, idącym wraz z żoną Lisbeth w stronę stacji metra Rådmansgatan. Bez ochrony osobistej. Bez świty. Bez strachu. W tym jednym fakcie zawiera się cała tragedia Szwecji: narodowa duma z braku barier między władzą a obywatelem stała się śmiertelną pułapką.
Wyobraźmy sobie tę scenę. Ulica Sveavägen, główna arteria, oświetlona zimnym światłem rtęciowych lamp, pustawe chodniki, dźwięk kroków na zmrożonym asfalcie. Palme, charakterystyczny, wysoki, z pochyloną głową, rozmawia z żoną o planach na weekend. Nie wiedzą, że zaledwie kilkanaście metrów za nimi, w mroku wnęki jednego z budynków przy skrzyżowaniu z ulicą Tunnelgatan, cienie mają własne życie. To tutaj dochodzi do punktu zwrotnego, po którym świat już nigdy nie będzie taki sam. Dwa wystrzały. Krótkie, suche, niemal mechaniczne dźwięki, które dla większości świadków brzmiały jak wypadek samochodowy lub trzask petardy. W ułamku sekundy, o godzinie 23:21, Olof Palme osuwa się na chodnik, trafiony w plecy pociskiem typu magnum.357. Życie szwedzkiej demokracji wycieka z niego na zimne płyty trotuaru. Morderca nie potrzebował skomplikowanego planu, armii wspólników czy wyrafinowanej technologii. Potrzebował tylko momentu, w którym idealistyczna wizja narodu, wierzącego w swoją nietykalność, stała się jego największą słabością.
Morderca znika. Nie odjeżdża luksusowym wozem, nie wtapia się w tłum agentów. On po prostu odchodzi w mrok bocznych uliczek, w stronę schodów prowadzących ku górze miasta, w kierunku Brunkebergstorg, znikając w cieniu budynków tak naturalnie, jakby był częścią architektury. Ta ucieczka to pierwszy z wielu paradoksów, które będą dręczyć śledczych przez następne lata. Jak naród, w którym każdy obywatel ufał drugiemu, mógł dopuścić do tego, by ktoś, kto właśnie dokonał zamachu na fundamenty państwa, przespacerował się obok przypadkowych świadków — takich jak młoda kobieta czekająca w samochodzie czy grupa młodzieży — i po prostu zniknął? Ta zagadka nie dotyczy tylko balistyki, śladów prochu czy odcisków palców. Dotyczy psychiki społeczeństwa, które w jedną noc straciło swoją niewinność.
W tej książce nie będziemy szukać mordercy w gabinetach KGB, nie będziemy analizować dalekosiężnych spisków południowoafrykańskich służb wywiadowczych (tzw. „śladu południowoafrykańskiego”), choć te wątki przez lata karmiły wyobraźnię publicystów i pisarzy, kosztując szwedzkich podatników miliardy koron. To byłoby zbyt wygodne. Szukanie sprawców w dalekich stolicach pozwala nam uniknąć konfrontacji z czymś znacznie bardziej przerażającym: z faktem, że morderstwo premiera mogło być dziełem jednostki zrodzonej z tej samej tkanki społecznej, którą on sam budował. Moja teza, którą będziemy wspólnie weryfikować przez kolejne rozdziały, jest prosta i zarazem paraliżująca: odpowiedź na pytanie, kto zabił Olofa Palmego, nie leży w wielkich archiwach tajnych służb, lecz w psychologii człowieka ukrytego w tłumie. Człowieka tak przeciętnego, tak „przezroczystego”, że policja, szukając potwora o rysach agenta, patrzyła mu prosto w oczy i nie widziała niczego podejrzanego.
Ben Macintyre, brytyjski mistrz narracji historycznej, nauczył nas, że to właśnie te marginalne postacie — ludzie, których nazywamy „szarymi myszkami”, cisi obserwatorzy, sfrustrowani karierowicze — często stają się najgroźniejszymi graczami w historii. W przypadku zabójstwa Palmego tym człowiekiem jest Stig Engström. Grafik z firmy Skandia, człowiek o niejasnych ambicjach, posiadający dostęp do broni w klubie strzeleckim i przebywający dokładnie w miejscu, w którym doszło do zbrodni, o godzinie, w której strzały rozdarły noc. Dlaczego przez czterdzieści lat wymykał się sprawiedliwości? Odpowiedź kryje się w błędach policji, w jej niezdolności do zrozumienia, że zbrodniarz może być nudnym urzędnikiem, a nie wyrachowanym profesjonalistą. Policja, pogrążona w własnym kulcie wielkich intryg, przeoczyła człowieka, który po prostu nie pasował do jej wyobrażenia o mordercy.
Błędy zaczęły się jeszcze przed świtem 1 marca. Słynne „centrum dowodzenia” w hotelu Sheraton stało się synonimem chaosu. Policja nie odizolowała miejsca zbrodni w sposób profesjonalny — ślady opon zostały zatarte, a miejsce, w którym leżały łuski, było przez godziny dostępne dla przypadkowych osób. Brak koordynacji między lokalną policją a służbami specjalnymi (SÄPO) stworzył próżnię informacyjną. Co więcej, śledczy odrzucili zeznania świadków, którzy widzieli mężczyznę uciekającego w stronę schodów, ponieważ nie pasował on do ich teorii o „profesjonalnym zabójcy”. Engström, ubrany w ciemną kurtkę, z torbą w ręku, był dla nich zbyt mało groźny. Ta arogancja systemu — przekonanie, że „nasz premier nie mógł zginąć z ręki nikogo z nas” — stworzyła mur, za którym sprawca mógł spokojnie wrócić do życia, do żony, do pracy, do swojego biurka w budynku Skandii, zaledwie kilkadziesiąt metrów od miejsca, gdzie wygasło życie lidera socjaldemokracji.
Zainfekowanie czytelnika niepokojem jest moim głównym celem. Chcę, abyś w trakcie tej lektury poczuł ten sam chłód, który tamtej nocy spowił Sztokholm. Chcę, abyś zrozumiał, że bezpieczeństwo, w którym żyjemy, jest niezwykle cienką warstwą lodu. Wystarczą dwa strzały, jeden niepozorny człowiek i chwila nieuwagi, by cały świat, który uważamy za stały, rozpadł się na kawałki. Śledztwo w sprawie Palmego to nie tylko historia o rozwiązaniu kryminalnej zagadki. To kronika upadku mitu o społeczeństwie wolnym od nienawiści, w którym państwo opiekuńcze miało być lekiem na każdą społeczną patologię.
Przez dziewięć kolejnych rozdziałów będziemy podążać śladami Stiga Engströma. Będziemy analizować błędy śledczych, którzy w swoim zaślepieniu budowali zamki na piasku, ignorując fundamenty prawdy leżące tuż przed ich stopami. Pokażę wam, jak system — w swojej biurokratycznej pysze — sam sabotował własną skuteczność. To będzie podróż w głąb szwedzkiej duszy tamtych lat, gdzie polityka mieszała się z prywatną frustracją, a gdzie granica między świadkiem a mordercą zacierała się w każdej minucie przesłuchania. Będziemy przyglądać się dokumentom, których nie chciano widzieć, i łączyć kropki, których nie chciano połączyć.
Zapraszam cię zatem w tę mroczną podróż. Nie szukajmy sensacji w dalekich krajach ani w archiwach, które dawno zostały spalone. Spójrzmy w lustro, w którym odbija się twarz przeciętnego obywatela, który pewnej lutowej nocy postanowił stać się bogiem własnej historii. Ta książka to próba odzyskania sprawiedliwości po czterech dekadach, w których prawda została pogrzebana pod tonami teorii spiskowych, nieudolności i zwyczajnego ludzkiego strachu przed tym, co najbardziej prawdopodobne. Prawda o śmierci Olofa Palmego jest surowa, banalna i niezwykle trudna do zaakceptowania. Ale jest to prawda, która w końcu musi zostać wypowiedziana. Stig Engström czekał w cieniu zbyt długo. Czas rzucić na niego światło, nawet jeśli to światło ma nas wszystkich oślepić. Zrozumienie, dlaczego szwedzka policja tak desperacko szukała spisku, zamiast szukać mordercy, jest kluczem do zrozumienia traumy, jaka dotknęła ten kraj. To opowieść o tym, jak banalność zła wdarła się w przestrzeń, która miała być od niego wolna. Ta książka nie tylko wskazuje palcem — ona obnaża mechanizm, dzięki któremu morderstwo premiera stało się tajemnicą, mimo że rozwiązanie zawsze było na wyciągnięcie ręki.
Rozdział 1: Archipelag podejrzeń
Olof Palme nie był jedynie politykiem; był ucieleśnieniem szwedzkiego XX wieku — postacią, która zdefiniowała nowoczesną tożsamość kraju, balansując między radykalnym idealizmem a pragmatyczną polityką zagraniczną w cieniu zimnowojennych realiów. Jego życiorys to fascynująca opowieść o arystokratycznym pochodzeniu, które stało się fundamentem dla socjaldemokratycznego egalitaryzmu, oraz o człowieku, którego światopogląd kształtował się w globalnym tyglu przemian, od powojennych Stanów Zjednoczonych po antykolonialne ruchy wyzwoleńcze.
Urodzony 30 stycznia 1927 roku w zamożnej, szwedzko-niemieckiej rodzinie, Palme wychował się w atmosferze intelektualnej swobody i kosmopolityzmu. Jego wczesne lata nie zapowiadały rewolucjonisty; przeciwnie, odebrał klasyczne wykształcenie, które wpoiło mu głęboki szacunek do instytucji demokratycznych, ale jednocześnie wyostrzyło krytyczne spojrzenie na niesprawiedliwość społeczną. Kluczowym momentem jego formacji były studia w Stanach Zjednoczonych w latach 40. XX wieku. To właśnie tam, podróżując autostopem przez Amerykę, Palme skonfrontował się z brutalną rzeczywistością segregacji rasowej i przepaścią między bogactwem a nędzą. To doświadczenie stało się iskrą, która przekształciła konserwatywnego młodzieńca w oddanego socjaldemokratę, wierzącego w siłę państwa jako instrumentu naprawy świata.
Po powrocie do Szwecji szybko piął się po szczeblach kariery politycznej pod skrzydłami legendarnego Tage Erlandera. Palme stał się głosem nowego pokolenia — wykształcony, elokwentny, nieustraszony w debacie publicznej. Kiedy w 1969 roku objął stanowisko premiera, Szwecja była krajem na drodze do stworzenia jednego z najbardziej rozwiniętych systemów opieki społecznej w historii. Palme nie tylko administrował tym systemem, on go bronił, przekształcając „szwedzką drogę” w markę rozpoznawalną na całym świecie. Pod jego przywództwem Szwecja stała się rzecznikiem praw człowieka, głosem „trzeciego świata” i sumieniem globalnej polityki, co często stawiało ją w opozycji do interesów obu zimnowojennych mocarstw.
Jednym z najbardziej kontrowersyjnych i rzadziej omawianych wątków w życiorysie Palmego jest jego stosunek do struktur bezpieczeństwa państwa, w tym do tajemniczej sieci „Stay Behind”. Program ten, znany w Szwecji jako,,Stay Behind” (lub operacja,,Sveaborg”), był antykomunistyczną siatką „uśpionych” agentów, stworzoną w państwach NATO, a w przypadku neutralnej Szwecji — działającą w ścisłej współpracy z najwyższymi szczeblami szwedzkiego wywiadu i rządu. Palme, jako premier i lider socjaldemokratów, posiadał pełną wiedzę o istnieniu tych struktur. Dla wielu jego zwolenników był to szok: jak radykalny pacyfista mógł akceptować istnienie tajnej armii, która w razie sowieckiej inwazji miała prowadzić działania sabotażowe i partyzanckie?
Odpowiedź leży w realizmie politycznym Palmego. Choć publicznie deklarował on neutralność i krytykował oba bloki, prywatnie rozumiał, że suwerenność Szwecji zależy od utrzymania sprawnej machiny obronnej. Jego rola w strukturach „Stay Behind” nie była rolą aktywnego uczestnika, lecz politycznego strażnika. Palme musiał balansować między ideologicznymi zobowiązaniami swojej partii, która chciała otwartości i transparentności, a koniecznością utrzymywania tajnych narzędzi bezpieczeństwa, które miały chronić kraj w godzinie próby. Istnieją przesłanki sugerujące, że to właśnie jego wiedza o tych strukturach i próby ich pewnej kontroli mogły być punktem zapalnym w relacjach z konserwatywnymi środowiskami wewnątrz aparatu bezpieczeństwa. Dla tzw. „głębokiego państwa” — ludzi, którzy wierzyli, że komunizm jest największym zagrożeniem — polityka zagraniczna Palmego była nie tylko naiwna, była wręcz zdradziecka. Jego sprzeciw wobec wojny w Wietnamie czy kontakty z ruchami lewicowymi w Ameryce Łacińskiej budziły w tych kręgach autentyczną wrogość.
Życie prywatne Palmego było nierozerwalnie złączone z jego misją. Mimo nieustannego stresu, zamachów na jego prywatność i nieustających ataków prasy, pozostał człowiekiem wiernym swoim przekonaniom. Był to polityk, który potrafił wyjść na ulicę, by dyskutować z rolnikami, robotnikami czy studentami, nie bojąc się konfrontacji. Jego elokwencja, która czyniła go jednym z najlepszych mówców w Europie, była jednocześnie jego największym atutem i przekleństwem. Potrafił oczarować tłumy, ale też polaryzować opinię publiczną do granic możliwości. W ostatniej fazie rządów był postacią, którą Szwecja albo kochała bezgranicznie, albo nienawidziła z równą pasją.
Warto podkreślić, że jego udział w „Stay Behind” i szerzej — jego relacje ze służbami, nigdy nie oznaczały porzucenia demokratycznych ideałów. Palme traktował te struktury jako przykre, ale konieczne zło w świecie podzielonym żelazną kurtyną. Jego tragiczna śmierć w lutym 1986 roku brutalnie przecięła te dywagacje. Zamach przy Tunnelgatan nie tylko odebrał życie liderowi; zamknął całą epokę. Olof Palme zginął, niosąc w sobie tajemnice państwa, które wolało wierzyć w swoje mity, niż skonfrontować się z brutalną rzeczywistością szpiegowskich gier i wewnętrznych konfliktów aparatu bezpieczeństwa.
Patrząc na jego życiorys po latach, widzimy postać wielowymiarową. Palme był intelektualistą w świecie politycznego brudu, idealistą w świecie zimnej kalkulacji. Jego życie pokazuje, jak trudne jest utrzymanie humanistycznej wizji państwa w obliczu zagrożeń, które nie znają reguł demokracji. Był człowiekiem, który pragnął zmienić świat, ale ostatecznie sam padł ofiarą świata, który nie potrafił przyjąć jego wizji. Szwecja po Palmem nigdy nie była już taka sama. Jego dziedzictwo to nie tylko prawo do zasiłków czy darmowej edukacji, to przede wszystkim pytania o to, jak daleko państwo może się posunąć w ochronie swoich tajemnic i jak łatwo w obliczu nienawiści tracimy tych, którzy mieli odwagę marzyć o czymś więcej niż tylko o bezpieczeństwie.
Z perspektywy historycznej, Olof Palme pozostaje symbolem polityki, która była odważna, ryzykowna i tragiczna. Jego wiedza o mrocznych strukturach bezpieczeństwa, takich jak,,Stay Behind”, nie była jednak obciążeniem — była świadectwem tego, jak głęboko musiał on zanurzyć się w brudną grę zimnej wojny, by chronić to, co uważał za najcenniejsze: suwerenność i społeczny pokój w swoim kraju. To właśnie ten kontrast między jego humanistycznym przesłaniem a koniecznością nadzorowania cieni, tworzy pełny obraz człowieka, który do końca swoich dni pozostał wierny idei, iż polityka to nie tylko sztuka rządzenia, to przede wszystkim sztuka brania odpowiedzialności za rzeczy, o których nie można mówić głośno.
Wspomnienie o nim to nie tylko rocznice czy pomniki. To pamięć o człowieku, który w świecie podzielonym na czarne i białe, miał odwagę wierzyć w istnienie szarości, która może być domem dla każdego człowieka. Niezależnie od teorii o jego śmierci, jego życie pozostaje największą lekcją dla współczesnej polityki: lekcją o tym, że autentyczne przywództwo wymaga nie tylko inteligencji, ale przede wszystkim moralnego kompasu, który potrafi wskazać drogę nawet wtedy, gdy polityka zamienia się w labirynt, z którego nie ma łatwego wyjścia. Palme nie uciekł z tego labiryntu. Zginął w jego sercu, zostawiając po sobie kraj, który do dziś szuka odpowiedzi na pytania, które on sam zadawał z taką zaciekłością.
Kiedy 28 lutego 1986 roku Sztokholm przestał być bezpieczną przystanią, szwedzka policja znalazła się w stanie szoku, który można porównać jedynie do paraliżu układu nerwowego u organizmu, który nigdy wcześniej nie doznał fizycznego ataku. Dla funkcjonariuszy, przyzwyczajonych do ścigania pospolitych przestępców, kradzieży sklepowych czy drobnych awantur pod wpływem alkoholu, zamach na życie premiera był zjawiskiem z zupełnie innej rzeczywistości. Brak procedur na wypadek ataku terrorystycznego na głowę państwa sprawił, że pierwsze godziny po zbrodni stały się studium chaosu, który w kolejnych latach miał przerodzić się w najbardziej absurdalną i kosztowną farsę śledczą w historii nowożytnej Europy. Zamiast metodycznego zabezpieczenia dowodów, szwedzkie służby rozpoczęły proces, który z perspektywy czasu wygląda jak gorączkowe błądzenie w labiryncie, gdzie każdy kolejny zakręt prowadził do ślepego zaułka wybrukowanego własną niewiedzą.
W sercu tego zamętu kryła się paranoja. Szwecja, kraj dumny ze swojej neutralności, nagle musiała skonfrontować się z faktem, że jej premier, postać globalnie polaryzująca, mógł stać się celem wrogich sił z zewnątrz. Policja, zamiast przyjąć najprostsze wyjaśnienie, zaczęła budować „archipelag podejrzeń”. Każdy trop był odrębną wyspą — odizolowaną od innych, otoczoną mgłą niedomówień i podszytą lękiem przed popełnieniem błędu. W ten sposób śledztwo przestało być działaniem logicznym, a stało się projekcją narodowych lęków.
Jednym z pierwszych kierunków, który rzucił się w oczy, była radykalna lewica. Palme, choć sam był liderem socjaldemokracji, przez dziesięciolecia antagonizował różne grupy polityczne swoim bezkompromisowym stylem. W atmosferze zimnej wojny podejrzenia padały na każdego, kto nie pasował do oficjalnego kanonu wartości. Służby bezpieczeństwa (SÄPO) zaczęły przeszukiwać akta dziesiątek radykałów, ludzi, którzy w swoich piwnicach i na spotkaniach w zadymionych kawiarenkach snuli wizje rewolucji, ale w praktyce rzadko kiedy wychodzili poza sferę ideologicznych manifestów. Policja, pragnąc szybkiego sukcesu, wpatrywała się w te środowiska z desperacją hazardzisty, licząc, że jeden z nich okaże się „tym jedynym”. Tymczasem, podczas gdy funkcjonariusze przesłuchiwali kolejnych aktywistów, prawdziwy morderca prawdopodobnie spokojnie pił kawę w swoim biurze w Skandii.
Później przyszedł czas na ślad kurdyjski. Organizacja PKK, oskarżana o terroryzm i mająca swoje komórki na terenie Szwecji, stała się wygodnym chłopcem do bicia. Dla śledczych, którzy potrzebowali „wielkiego wroga”, by wyjaśnić tak wielką zbrodnię, PKK było idealnym rozwiązaniem. Trop ten był niezwykle kuszący — łączył zagraniczne powiązania z politycznym radykalizmem i konkretną organizacją, którą można było łatwo ścigać. Przez lata poświęcono setki tysięcy godzin na inwigilację kurdyjskiej społeczności w Sztokholmie. Wywierano presję, przeprowadzano naloty, budowano skomplikowane teorie o zemście za politykę Palmego wobec Kurdów. Było to działanie, które miało na celu uspokojenie sumienia narodu: „To nie był jeden z nas, to była obca siła, która przeniknęła do naszego raju”. Jednak ta droga prowadziła donikąd. Brak dowodów rzeczowych był zastępowany domysłami, a domysły stawały się „pewnikami” w raporcie policyjnym. Słynne „raporty Ebbe Carla” i tajemnicze operacje nieoficjalne tylko pogłębiały ten stan, tworząc obraz państwa, które w obliczu traumy zaczęło zjadać własny ogon.
Najbardziej fascynujący, a zarazem najbardziej toksyczny, był tzw. ślad południowoafrykański. W oczach wielu śledczych i dziennikarzy śledczych, Olof Palme musiał zginąć z ręki agentów apartheidu, którym premier był ością w gardle przez swoje finansowe wsparcie dla Afrykańskiego Kongresu Narodowego (ANC). Ta teoria była jak narkotyk — pozwalała wierzyć, że śmierć Palmego była częścią wielkiej, szpiegowskiej gry, w której stawką były losy świata. Tworzono skomplikowane mapy połączeń między agentami wywiadu, handlarzami bronią i tajemniczymi postaciami z południowej półkuli. Każdy cień w Sztokholmie zaczęto utożsamiać z południowoafrykańskim „hitmanem”. Ta obsesja była tak silna, że przysłaniała rzeczywistość. Kiedy w śledztwie pojawiały się poszlaki prowadzące do „zwykłych ludzi”, były one natychmiast odrzucane, bo nie pasowały do scenariusza rodem z powieści Johna le Carré. Analizowano przeloty samolotów, kontakty biznesowe szwedzkich korporacji z RPA, a nawet rzekome obecności agentów BOSS (Bureau of State Security) na ulicach Sztokholmu w lutym 1986 roku. To wszystko sprawiało, że śledztwo stało się zakładnikiem geopolitycznych spekulacji, podczas gdy techniczne aspekty zbrodni pozostawały nietknięte przez lata.
To właśnie tutaj objawiła się tragiczna ułomność systemu: tunelowe widzenie. Śledczy, wpatrzeni w swoje wielkie teorie, utracili zdolność dostrzegania tego, co leżało tuż przed nimi. Ignorowano zeznania świadków z miejsca zbrodni, jeśli ich opisy nie zgadzały się z wyobrażeniem „profesjonalnego zabójcy”. Przykładem może być kompletne zlekceważenie zeznań dotyczących „mężczyzny w okularach i długim płaszczu”, który kręcił się w okolicy Skandii jeszcze przed przyjściem premiera. Kiedy ktoś mówił: „widziałem mężczyznę, który wyglądał jak przeciętny, nieco zagubiony urzędnik”, policja reagowała wzruszeniem ramion. „To nie mógł być on, szukamy zawodowca!”. Ta arogancja była fundamentem porażki. Policja nie szukała sprawcy, ona szukała potwierdzenia swoich założeń. Zbrodnia, która mogła być wyjaśniona w ciągu kilku tygodni dzięki rzetelnej pracy detektywistycznej i analizie środowiskowej, stała się „nierozwiązywalną zagadką” tylko dlatego, że śledczy nie potrafili zaakceptować banalności zła.
Błędy zaczęły się jeszcze przed świtem 1 marca. Słynne „centrum dowodzenia” w hotelu Sheraton stało się synonimem chaosu. Policja nie odizolowała miejsca zbrodni w sposób profesjonalny — ślady opon zostały zatarte, a miejsce, w którym leżały łuski (dwie sztuki kalibru.357 magnum, znalezione przez przypadkowego przechodnia, a nie przez techników), było przez godziny dostępne dla osób postronnych. Brak koordynacji między lokalną policją sztokholmską a krajową służbą SÄPO stworzył ogromną próżnię informacyjną. SÄPO, obawiając się o swoje sekrety operacyjne, blokowało dostęp do kluczowych danych, co sprawiło, że prowadzący sprawę Hans Holmér — postać równie barwna, co kontrowersyjna — skupił się na osobistych ambicjach i medialnym sukcesie, a nie na żmudnej pracy śledczej.
Pomiędzy tymi wyspami podejrzeń dryfowało społeczeństwo. Naród, który wierzył w nietykalność swojego stylu życia, patrzył na policyjne śledztwo z rosnącym niedowierzaniem. Kolejne konferencje prasowe, na których prokuratorzy z minami znawców opowiadali o kolejnych „przełomach” w sprawie PKK czy spisku wywiadowczym, stały się ponurym rytuałem. Szwedzi chcieli prawdy, ale dostawali jedynie kolejne odcinki kryminalnej opery mydlanej. W tym chaosie, Stig Engström — człowiek, który w tamtą noc był obecny na Sveavägen — mógł bezkarnie obserwować, jak policja błądzi w ciemnościach. On był częścią tego „archipelagu”, ukryty za parawanem swojej przeciętności, podczas gdy śledczy szukali potworów w dalekich krajach. Engström, który sam zgłosił się jako świadek, był traktowany przez policję jako osoba „pomocna”, a jego niespójne zeznania — o tym, że pomagał reanimować Palmego, że widział uciekającego mordercę — nigdy nie zostały skonfrontowane z jego fizycznymi możliwościami czy zapisami z kamer ochrony budynku Skandia, bo nikt nie uznał go za osobę wartą sprawdzania.