E-book
6.83
drukowana A5
27.52
Zwyczajnie niezwyczajni

Bezpłatny fragment - Zwyczajnie niezwyczajni

Objętość:
196 str.
ISBN:
978-83-8155-165-6
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 27.52

Wstęp

Wbrew często powtarzanym, ale całkowicie nieprawdziwym opiniom, człowiek nie przychodzi na świat jako „biała, niezapisana karta”. Na której dopiero życie wypisze swj tekst.

Juz w momencie poczęcia, a potem urodzenia jesteśmy bogato „zapisaną kartą” poprzez oddziedziczone po przodkach geny. Determinujące nie tylko kolor naszych oczu, karnację skóry, ale i nasz temperament, zdolności, a nawet skłonności i to nie tylko do pewnych chorób.

Nie znaczy to jednak, że na naszej „kartce” nie zostało ani-ani pustego miejsca. Owszem — pozostało go sporo. I zapisujemy je sami. I zapisują je inni ludzie. A także i nawet rzeczy, z jakimi się stykamy.

Człowiek staje się po części tym, co zobaczył, przeżył i przemyślał. Kształtuje go wiara w Boga, którego czci i niewiara i inne bogi. Opowiadane mu w dzieciństwie bajki. I książki, jakie sam przeczytał. Miejsca, jakie odwiedził. I — czy przede wszystkim — ludzie, z którymi sie zetknął. Ci, których kochał, szanował i podziwiał. I ci, których nie lubił, którymi gardził lub których nienawidził.

Pisałam już o najważniejszych w moim życiu i dla mojego życia ludziach. Tych najbliższych — pradziadkach, dziadkach i rodzicach oraz innych członkach rodziny. Mojej własnej i tej, do której weszłam poprzez małżeństwo. Poświęciłam im wiele miejsca w swoich książkach wspomnieniowych: „Chochlą i mieczem”, „Czas zapamiętany”, „Panienka w PRL-u”, „Listach do Jasia” i „Listach do Jędrusia”. Można ich sylwetki, ich słowa, powiedzenia, reakcje odnaleźć w osobach bohaterów moich powieści z wielotomowego cyklu „Wschodów i zachodów”.

Ale byli i inni, z którymi nie łączyły mnie ani więzy krwi, ani powinowactwa. Wcale nie mniej dla mnie i mojej własnej „karty” ważni. Odcisnęli oni bardzo znaczący ślad w mojej „księdze życia”.

Otrzymałam od Losu przeogromny dar — pojawili się bowiem w moim życiu na długo, na krótko lub na mgnienie ludzie zwyczajnie niezwyczajni. Powszechnie znani lub znani jedynie w wąskim gronie ze swoich zwyczajnie niezwyczajnych przymiotów charakteru oraz swoich dokonań.

Im wszystkim zawdzięczam bardzo-bardzo wiele. Ich słowom, ich postawom, ich przemyśleniom, zachowaniom, a także ich wewnętrznym przemianom. Z ogromnie długiej listy tych zwyczajnie niezwyczajnych osób wybrałam tylko trzydzieści i jedną. I im poświęciłam swoje o nich wspomnienia. Ale bardzo chciałabym, aby starczyło mi życia, aby napisać także i o pozostałych. Równie dla mnie ważnych. Za których obecność w moim życiu jestem Dobremu Losowi nieskończenie wdzięczna.

Jerzy Mikke

Dlaczego Jerzy Mikke jako pierwszy? Nie był przecież pierwszym zwyczajnie niezwyczajnym człowiekiem, którego dane mi było poznać. Ale to on zainspirował mnie do spisania tych wspomnień. Był bowiem autorem audycji radiowej „Wizerunki ludzi myślących”. Audycja była niezwykła ze względu na jej pomysłodawcę i autora, na prezentowane w niej osoby, ale także na czasy, w których była emitowana. Czyli w okresie jak najbardziej realnego socjalizmu. Jerzy Mikke zapraszał wówczas do Polskiego Radia i rozmawiał z ludźmi, którzy nigdy nie przestali myśleć i mądrze, i pięknie. I którzy i mądrze, i pięknie swoje myśli przekazywali. Była to jedna z najciekawszych i najbardziej wartościowych audycji emitowanych przez Polskie Radio. Dodam — nie tylko wtedy.

W dzieciństwie Jerzy Mikke — cytując Broniewskiego — nie był głaskany po głowie i nie pijał ptasiego mleka. Ale nie miał też i pod górkę. Wcześnie osierocony wychowywał się w domu swego stryja. Tak, jak wychowywani byli chłopcy tamtych lat. W duchu patriotycznym, z naciskiem na dyscyplinę — nie tylko zewnętrzną, ale i wewnętrzną. W poszanowaniu tych wartości, które w rodzinach ziemiańskich były od wieków poważane. Opowiadał, że właśnie wtedy polubił historię, nauczył się myśleć po swojemu czyli samodzielnie (także o historii) i polubił konie. Te dwie miłości — do koni i do historii — przetrwały do końca jego życia. Choć doszły do nich potem i inne.

Stefan Bratkowski w swoim wspomnieniu o Jerzym określił go jako wzór państwowca. Najbardziej chyba krótkie i najbardziej trafne określenie jego poglądów politycznych. Zawsze na pierwszym miejscu widział i stawiał to, co najważniejsze i najcenniejsze dla państwa. Na drugim lub jeszcze dalszym to, co ważne dla jakiejkolwiek partii, jej wodza czy jakiejś grupy ludzi. A jeszcze dalszym — jednostek.

I tak właśnie postępował. Jak państwowiec.

Był zdecydowanym przeciwnikiem Powstania Warszawskiego. Uważał, że był to zryw powtarzający lub nawet przekraczający wszystkie błędy poprzednich powstań — Listopadowego i Styczniowego. Przewidywał jego tragiczne następstwa dla Warszawy i jej mieszkańców. Ale mimo to w Powstaniu brał czynny udział. I walczył do końca z całym oddaniem, odwagą, poświęceniem i determinacją.

Po wojnie ukończył studia na wydziale historii. Ale co ze swoimi studiami i po swoich studiach miał i mógł robić? Uczyć zafałszowanej historii? W szkole? Na uniwersytecie? Pisać książki i sztuki, filmowe scenariusze podlegające cenzurze? Czyli fałszujące historię?

Wybrał Polskie Radio. A w Polskim Radio redakcję reportaży literackich. Był „Rok Mickiewicza” więc Jerzy Mikke popularyzował z właściwą sobie inicjatywą, pomysłowością, fantazją i rozmachem twórczość naszego wieszcza. Potem „Rok Słowackiego”. Potem Norwida. Potem Krasińskiego. A do tych wieszczów nawet pierwszy cenzor Ludowej Rzeczypospolitej nie mógł się przyczepić. Byli przez sam Komitet Centralny (jeszcze) tolerowani.

A potem powstał pomysł audycji „Wizerunki ludzi myślących”. Jerzy wynajdywał samych Wielkich i Największych w myśleniu. W jego audycji występowali lub opowiadali o nieżyjących już „ludziach myślących” m. inn. prof. Tatarkiewicz, prof. Kotarbiński, prof. Maria Ossowska, prof. Maria Janion, prof. Felicjan Loth. Lista rozmówców Jerzego jest bardzo długa. On sam powiadał, że wizerunki ludzi myślących są przeznaczone dla ludzi myślących. Wierzył — nie bezpodstawnie — że jest ich bardzo wielu.

Audycje nadawano w latach siedemdziesiątych. Obecnie czasami są wznawiane. Oczywiście tylko te, których nagrania dotrwały i przetrwały. Czyli niewiele. Ale nic a nic nie straciły na swoim profesjonalizmie i swojej wartości. Bo myśli, które były tam wypowiadane — piękne myśli wyrażane pięknym językiem — po prostu się nie starzeją.

Jerzy nie należał do „Solidarności”, ale rozumiał znaczenie tego ruchu dla Polski. Dla jej przyszłości. Więc go popierał. Z całą właściwą sobie energią. A w okresie jej karnawału był jednym z inicjatorów dziennikarskiego „Forum”.

W siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, pod życzliwym patronatem prezesa SDP, red. Stefana Bratkowskiego, co tydzień toczyły się dyskusje. Do stołu prelegentów zapraszano znaczące wówczas postacie życia politycznego. A dyskutować z nimi, polemizować i spierać się mógł — teoretycznie — każdy. Teoretycznie, bo przychodziło na te spotkanie tak dużo osób, że gdyby każdy z przybyłych chciał powiedzieć choć jedno zdanie, „Forum” nigdy nie miało by końca. A i tak każde kończyło się późno w noc.

Tak naprawdę i najlepiej zapamiętałam pierwsze i ostatnie, choć uczestniczyłam we wszystkich.

Temat pierwszego wybrał (narzucił?) Jerzy Mikke. Problem pozornie odległy od ówczesnych wydarzeń, bo o królu Stanisławie Auguście. Najbardziej znienawidzonej przez Jerzego postaci w historii Polski, a może nawet świata i wszechświata. Potrafił jednak tak znakomicie, tak zręcznie i tak ciekawie poprowadzić tę — pozornie daleką od realiów — dyskusję, że stała się wciągająca i pasjonująca. Jak każda dyskusja z udziałem Jerzego Mikke.

Ostatnie „Forum” miało miejsce niemal w przeddzień 13 grudnia 1981 roku. Wtedy to towarzysz Kubiak, uchodzący za liberała PZPR oraz prof. Władysław Bartoszewski, wówczas jadowicie antykomunistyczny działacz opozycji, ścięli się tak ostro, że doszło niemal do rękoczynów. Profesor Bartoszewski na uspokajające słowa tow. Kubiaka wykrzyczał prorocze: Zaufać? Wam? A czy jest choć jedna obietnica, której wy, komuniści, żeście dotrzymali?

No i w dzień czy dwa później załomotano nocą do drzwi profesora, aby go wywieźć w — wtedy nieznane — miejsce internowania.

Oni przyszli także i po Jerzego Mikke. Tyle, że do mieszkania jego żony, gdzie był zameldowany. A nie do mieszkania kobiety, z która mieszkał, ale u której zameldowany nie był. Można więc powiedzieć, że nieprzestrzeganie szóstego przykazania okazało się dla Jerzego zbawcze.

Od strony dziennikarskiej, publicystycznej, a także pisarskiej, dramaturgicznej czy politycznej Jerzy Mikke był człowiekiem niezmiernie poważnym i poważanym. Od strony męsko-damskiej z tą powagą i poważaniem było trochę lub całkiem inaczej. Stefan Bratkowski napisał o Jerzym, że był urodzonym państwowcem, ale o temperamencie Casanowy. To prawda. Najładniejsze i najsłynniejsze panie drugiej połowy minionej epoki, czyli XX wieku, jeśli nie miały z Jerzym romansu, to bardzo chciały go mieć. I — jeśli się go znało — nie ma co się im dziwić. Przystojny, szarmancki, błyskotliwy, elegancki — podobał się paniom. Bardzo. A nawet — za bardzo.

Mimo jego wybuchowego charakteru, ostrego języka i bezkompromisowych sądów miał wielu przyjaciół także wśród mężczyzn. Wydawało się, że znał wszystkich, którzy mieli znaczenie lub wywierali wpływ na politykę, kulturę, dziennikarstwo. Na spotkaniach w jego ciasnym mieszkaniu na Placu Wilsona (był sąsiadem Jacka Kuronia) bywały same największe i najznakomitsze nazwiska. Wyłączając nazwiska polityków z PZPR. Tych gościnne progi Jerzego Mikke onieśmielały i nie zachęcały do ich przekroczenia. Przyjaźnił się z Janem Olszewskim, braćmi Kaczyńskimi i całą prawicą z okresu przed- i solidarnościowego. Ale także z wielu wybitnymi pisarzami, dramatopisarzami, reżyserami, dziennikarzami, naukowcami. Dziś powiedzielibyśmy — ówczesnymi VIP-ami i celebrytami. Z naciskiem na tych pierwszych.

Był człowiekiem, który zadziwiał swoją pracowitością. Był czynnym dziennikarzem, dramatopisarzem i działaczem politycznym. A oprócz tego miał czas na poznawanie nowych ludzi, na dyskusje, na spotkania przy kawie, winie i/lub koniaku, na brydża. No i uwodzenie pań.

Pracowałam z nim (i dzięki niemu) w „Przeglądzie katolickim”. Piśmie, które powstało w latach osiemdziesiątych z inicjatywy ówczesnego prymasa kardynała Józefa Glempa i gromadziło największe dziennikarskie sławy. Prawie wszyscy, a w każdym razie wielu z tych, którzy się przez to pismo choćby przewinęli, zajmowało potem bardzo wysokie stanowiska. W rządzie, w partiach politycznych, w urzędach, ambasadach. Jerzy Mikke powiedział kiedyś żartobliwie, że „Przegląd katolicki” jest jak orle gniazdo. Bo wyfruwają z niego coraz to nowe młode orły. I tak było.

Był bardzo egocentryczny i wysoko się cenił. Mogłoby się wydawać, że te dwie cechy jeśli nie całkiem wykluczają, to jednak bardzo utrudniają zawodową współpracę. No i rzeczywiście — łatwy we współpracy nie był. Kolegia redakcyjne z jego udziałem bywały tak burzliwe, że niekiedy się obawiałam, że Jerzy podczas dyskusji i kłótni dostanie wylewu lub zawału. Był impetykiem i cholerykiem. Potrafił tak wyrżnąć w biurko (ze sklejki „drewnopodobnej”), że pękało pod uderzeniem jego pięści. A kiedy trzaskał drzwiami to te nie-dębowe wysuwały się z zawiasów. Ale jednocześnie bardzo wspierał młodych dziennikarzy, jeśli uważał, że są zdolni. Pamiętam jak na kolegium obdarzył (co nie było w zwyczaju) oklaskami artykuł nowo przyjętej do pracy, młodziutkiej dziennikarki. Życzył jej sukcesów i przepowiadał powodzenie w zawodzie. Bez cienia zazdrości, a tym bardziej — zawiści.

Uwielbiał być uwielbiany, podziwiany i wychwalany. Ale nie skąpił uznania tym, którzy dobrze pisali, właściwie postępowali, byli utalentowani.

Zaprosił mnie na premierę swojej sztuki „Niebezpiecznie panie Mochnacki” wystawianej w teatrze „Ochota”. Przyjmował gratulacje w przeświadczeniu, że są mu należne. Ale przyznał — bez żadnej grzecznościowej obłudy — że swój sukces dzieli z reżyserem i aktorami. I że jego sztuka dzięki reżyserowi i aktorom zyskała na swej wartości. Podobnie było z filmem telewizyjnym o Zygmuncie Auguście i „zygmuntowskich czasach”.

— Sztuka jest dobra — powiedział — ale reżyser i aktor (główna rolę grał Jerzy Trela) sprawili, że stała się bardzo dobra.

Kiedy zaczęła się kampania prezydencka — ta pierwsza niezależna — stanął na czele Komitetu Wyborczego Lecha Wałęsy w Warszawie. Nie dlatego, że osobiście Lecha Wałęsę specjalnie lubił. Powiedziałabym nawet, że nie przepadał za nim jako człowiekiem. Ale przewidywał, że w tamtej sytuacji tylko Lech Wałęsa może wygrać ze Stanem Tymińskim i że tylko Lech Wałęsa jest w stanie zapanować nad porewolucyjnym chaosem. Kiedy krytyka, a potem bezprecedensowa nagonka lewej strony Solidarności (późniejsza Unia Wolności) jej przewodniczącego, zagroziła jego wygranej, Jerzy Mikke zastosował prościutki, ale niebywale skuteczny manewr. Zapożyczony od przyjaciela, Stefana Kisielewskiego.

Stefan Kisielewski opublikował kiedyś słynny „Alfabet Kisiela”. Była to wyliczanka sławnych nazwisk, ale bez słowa komentarza. Ci, którzy zostali wymienieni w tym alfabecie — od Andrzejewskiego po Żukrowskiego — zapewne woleliby zapaść się pod ziemię lub stracić rękę lub nogę niż znaleźć się na tej liście hańby. Jerzy Mikke zrobił pododbnie. W tygodniku „Solidarność” ogłaszał — też bez słowa komentarza — nazwiska ludzi, którzy zamierzali oddać swój głos na Lecha Wałęsę. Aż kręciło się w głowie od znakomitych nazwisk: najbardziej szanowanych profesorów, artystów, lekarzy, znanych publicystów i ludzi może bardziej zwyczajnych, ale powszechnie znanych, lubianych, obdarzanych szacunkiem i autorytetem.

Warszawski sztab wyborczy dowodzony przez Jerzego Mikke działał w dzień i w nocy. Kiedykolwiek się tam zajrzało zawsze można go było spotkać. Zdawałoby się, że nie podlega ludzkim słabościom, nie potrzebuje snu ani odpoczynku.

Jeszcze potem zapragnął mieć własne pismo. Nazwał je „Polska dzisiaj”. Miało propagować tę wartość, którą cenił najwyżej — szacunek dla swojego państwa. Dumę ze swojego państwa. Stawianie spraw państwa nad każdą inną sprawę. I założył to pismo. Tyle, że bez wsparcia polityków i wsparcia finansowego nie mógł wydać więcej niż kilka numerów. A politycy już wtedy zaczęli postępować dokładnie odwrotnie od idei, jakie miało krzewić pismo Jerzego.

Rozczarowany, wycofał się z życia politycznego. Może nie do końca, ale nie wkładał już w nie całej duszy i całego serca. Całego siebie.

Dużo pisał. Czasem teksty dziennikarskie, publicystyczne, ale przede wszystkim eseje i sztuki historyczne.

Córka Jerzego po śmierci ojca napisała w nekrologu, że mądrze żył i dzielnie umierał. Rzeczywiście — nie wiedziałam nikogo, kto by tak pogodnie i tak dzielnie odchodził ze świata. Byłam dziennikarką, która przeprowadzała z nim ostatni wywiad. Traktował ten wywiad jako rodzaj swojego testamentu. Był już bardzo słaby i wiedział, że jego czas dobiega kresu. Ale przyjmował mnie — niezmiennie elegancki — doskonałym gatunkowo czerwonym winem i czarował swoja erudycją, mądrością i przeogromnym wdziękiem. Przypominał Petroniusza i ostatnią ucztę, jaka wydał dla przyjaciół. Autoryzowałam ten wywiad na dwa dni przed jego śmiercią. Jeszcze dopieszczał swoje wypowiedzi. Potem zszedł do szpitalnego telefonu zainstalowanego na korytarzu i powiedział naczelnemu „Tygodnika Solidarność”, że wywiad jest skończony. I że zdołał w nim powiedzieć to wszystko, co chciał przekazać tym, którzy pozostają. Dodał: " Tym, którzy zostaną w Polsce. I będą za Polskę odpowiedzialni”.

Odprowadzały go na cmentarz tłumy przyjaciół, czytelników, znajomych i znajomych znajomych. A także całe mnóstwo pań. Tych, które kochał, które kochały jego, albo przynajmniej pragnęły, aby je kochał. Choćby na mgnienie. „Państwowiec o temperamencie Casanowy”. Człowiek myślący.

Stanisław Jankowski — „AGATON”

Było to w jednej z pierwszych klas szkoły podstawowej. Zadanie domowe: narysować Trasę W- Z. Czyli przebój budowlany tamtego właśnie roku, a może nawet i wielu tamtych lat. Najpierw poszliśmy z cała klasą na wycieczkę. Cóż to było za przeżycie — ruchome schody! Pierwsze ruchome schody, jakie widziałam w swoim życiu. No i pierwsze w Warszawie. Pierwsze w Polsce. Widok, jak z popularnej wówczas piosenki: „Na prawo most, na lewo most, a dołem Wisła płynie…”.

Z rysunkiem miałam problemy i dlatego na zawsze go zapamiętałam. W narysowaniu Trasy WZ pomagał mi tata, starając się, aby rysunek nie wypadł za bardzo udolnie. Ale i tak dostałam piątkę. Ani wtedy, ani przez wiele następnych lat nie wiedziałam, że Trasa W-Z to dzieło architekta Stanisława Jankowskiego. A przez wiele następnych lat nie wiedziałam, że Stanisław Jankowski to legendarny „Agaton”, okupacyjny zrzutek z Anglii, niezrównany specjalista w okupacyjnej legalizacji, czyli podrabianiu ausweisów i najrozmaitszych dokumentów, które dawały tysiącom polskich konspiratorów, agentów podziemnego wywiadu, osobom poszukiwanych przez gestapo i ukrywającym się możliwość przeżycia lat okupacji niemieckiej. Lub zwiększały szanse takiego przeżycia.

Stanisław Jankowski był też arcymistrzem w wymyślaniu i wykonywaniu skrytek na nielegalne dokumenty, a także (lub przede wszystkim) broń.

Książkę jego autorstwa „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie” przeczytałam dopiero w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Przedtem tego rodzaju wspomnienia nie były przez cenzurę ani mile, ani w ogóle widziane. Autor wspomina zresztą o tym w przedmowie do książki.

Przeczytałam Z fałszywym ausweisem… z zainteresowaniem większym niż wielkie. Bo opowiadała nie tylko o niezmiernie interesującej, a nieznanej mi dziedzinie działalności konspiracyjnej, ale opisywała tamten czas w sposób niezwykle barwny i żywy. A napisana była pięknym językiem. Już wtedy bardzo chciałam poznać, choćby przelotnie, jej autora.

Dodam, że zafrapował mnie jeszcze jeden wątek tej opowieści. Zbierałam wtedy materiały do książki o najbardziej kochanych kobietach i mężczyznach. A miłość młodziutkiej Hanny Woyzbunówny do starszego o niemal pokolenie (bo dwukrotnie) Stanisława Jankowskiego była jakby skrojona na tę poszukiwaną przeze mnie miarę kochania.

Pracowałam wówczas w redakcji któregoś z „Przeglądów…", chyba „Tygodniowego”. Prowadziłam w nim rubrykę o najcenniejszych pamiątkach rozmaitych sławnych i powszechnie znanych ludzi. Zatelefonowałam do Stanisława Jankowskiego z prośbą, aby opowiedział, który z posiadanych przez niego przedmiotów uważa za najcenniejszy w sensie emocjonalnym. Czyli co — mówiąc bardziej obrazowo — próbowałby ratować z płonącego domu jako symbol swojej przeszłości lub symbol najbardziej znaczącego fragmentu swoich dziejów. Stanisław Jankowski poprosił o tydzień do namysłu: Wie pani, to bardzo trudna sprawa. Tak długo żyję. Miałem bardzo ciekawe i barwne życie. Trudno będzie dokonać selekcji wśród tak wielu, czy — nieskończenie wielu- pamiątek. Po tygodniu zaprosił mnie do swojego mieszkania.

Co mnie zdumiało podczas tego spotkania? Jakie było moje pierwsze wrażenie? Skromność mieszkania. Pan Jankowski mieszkał na najwyższym (jednym z najwyższych?) piętrze bloku przy ul. Marszałkowskiej, na tyłach dawnego „Sezamu”. Wyobrażałam sobie, że architekt, który pracował na bardzo-bardzo eksponowanych stanowiskach, odbudowywał Skopje, opracował plan odbudowy Chimbote w Chile (też zniszczonego przez trzęsienie ziemi), był ekspertem Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w Genewie, współpracował przy odbudowie wietnamskich domów zburzonych wojennymi nalotami i w tak wielu innych miejscach, że nie wspomnę o zasługach w odbudowie Warszawy, musi być człowiekiem bardzo zamożnym. I jako taki mieszka w imponującej rezydencji. Jak wielu jego kolegów ”po fachu”. A tu — zwyczajne mieszkanie w zwyczajnym domu.

Za to wyraźnie przez Stanisława Jankowskiego lubiane. Zaprowadził mnie do okna, pokazał panoramę miasta. Czułam — dla niego nie tylko pięknego, ale najpiękniejszego na świecie. Wtedy jeszcze nie było tych licznych i wcale nie najpiękniejszych wieżowców na Ścianie Zachodniej. Ale kto wie — może i one spodobały by się mojemu gospodarzowi? Miałam bowiem wrażenie, że nie ocenia on Warszawy jedynie po jej architektonicznym wystroju. Że tak, jak ktoś zakochany, patrzy na obiekt swego uczucia bardzo nieobiektywnym okiem. I podziwia za wszystko. Przede wszystkim za to, że jest. Że z n o w u jest. Że powstała z martwych.

Żona Stanisława Jankowskiego, pani Hanna Woyzbun-Jankowska przyszła do domu dopiero pod koniec naszej rozmowy. I zgorszyła się, że pijemy herbatę w szklankach bez spodeczków, wstawionych w metalowe i wcale niepiękne uchwytniki. Zaparzyła świeżą. Podała ciasteczka, chyba pospiesznie zakupione w cukierni „Hortexu”, która znajdowała się na parterze domu i wtedy uchodziła za niezmiernie ekskluzywną. A kiedy podawała nam herbatę i te ciasteczka, przypomniał mi się fragment z książki „Piękna Helena”: I zapomniał wszystkich trosk swoich, lecz nie w winie był czar.

Wcześniej, kiedy czytałam książkę o fałszywym ausweisie, próbowałam wyobrazić sobie panią Hannę „Krystynę”. Stanisław Jankowski pisał, że była śliczna. I nieprawdopodobnie odważna. Ja zobaczyłam jedynie dystyngowana, miłą, ale starszą już panią. Odniosłam jednak wrażenie, że dla pana Jankowskiego nadal była tą samą śliczną kilkunastolatką, którą 30 lipca 1944 roku wiózł na ramie swojego roweru przez Most Poniatowskiego, odwożąc ją na miejsce powstańczej zbiórki. A — w kilka lat później — czekającą w tłumie ludzi na tych, którzy przypłynęli z Anglii. Pełni obaw o to Wielkie Niewiadome, jakie czekało ich w Polsce.

Byłam bardzo ciekawa, o jakiej pamiątce opowie mi pan Stanisław Jankowski. Ponieważ pisał w swojej książce, a mnie opowiadał o tak wielu rzeczach, które wiązały i związały się z jego życiem myślałam, że będzie to coś bardzo szczególnego. On chyba też przewidział to moje oczekiwanie na jakąś nadzwyczajność, bo powiedział: Pewnie panią zaskoczę, ale myśląc nad tym, co mi pani zadała do myślenia, wybrałem „spadochroniarza”. I pokazał mi malutkiego ludzika, wykonanego z plasteliny. Nad owym ludzikiem rozpięty był mały spadochron zrobiony z białej chusteczki do nosa. Była to figurynka najwyraźniej wykonana przez dziecko. Takie, jakim byłam ja, kiedy rysowałam Trasę W-Z. Tyle, że ta figurynka była najpewniej wykonana całkiem samodzielnie.

Okazało się — przez wnuka pana Stanisława Jankowskiego. Na lekcji polskiego, kiedy dzieci miały plastycznie zilustrować temat: „Mój dziadek”.

Ten — dziś już dorosły mężczyzna — musi chyba czuć się niebywale wyróżniony i dumny, że to jego figurynka znaczyła dla dziadka więcej niż wszelkie medale, ordery i nagrody, jakie kiedykolwiek otrzymał. I w ogóle — niż wszystko inne.

Ale w kilka miesięcy później okazało się, że jest jeszcze coś, co pan Stanisław Jankowski wyróżnił spośród swoich pamiątek. Tyle, że ten przedmiot nie mógł już być przeze mnie opisany, bo na łamach „Przeglądu…” ukazał się tekst o „spadochroniarzu”.

Spotkaliśmy się przypadkiem, w Łazienkach. Pan Stanisław Jankowski był z żoną. Zaprosili mnie na herbatę do kawiarni „Trou Madame”. I tam „Agaton” opowiedział mi o innej pamiątce, której nie mogłam obejrzeć w realu, a jedynie na zdjęciu zamieszczonym w jego książce. Była to pierwsza okupacyjna — i oczywiście nielegalna — pocztówka Wielkanocna, wykonana (wedle pomysłu pana Stanisława Jankowskiego) przez jego późniejszą teściową, a w czasach okupacji „ciotkę” cichociemnych, Zofię Woyzbun. Był to maleńki wianeczek ze słomy, ozdobiony miniaturowymi bibułkowymi kwiatkami. Do wianuszka dołączona była maciupeńka, idealnie podrobiona hitlerowska pieczątka. Tyle że na niej — zamiast niemieckiego orła był nasz tradycyjny wielkanocny kurczaczek. A zamiast niemieckiego napisu — nasze tradycyjne Alleluja.

Eulalia (ALA) Hallayowa

Kiedy ją poznałam wydała mi się młodym, ładniutkim, zgrabnym i kruchym kobieciątkiem. To pierwsze wrażenie okazało się całkiem mylne. Bo pani Ala była wprawdzie fizycznie filigranowa, ale pod względem psychicznym była kobietą z tytanu. Żadne tam kobieciątko.

Pracowałyśmy w Towarzystwie Przyjaciół Dzieci. Ja na stanowisku inspektora, ona instruktora. Ale zapamiętałam ją jako wychowawcę. Nie tylko nietuzinkowego. Nie tylko wybitnego. Ale całkiem unikalnego w swoim pedagogicznym słuchu i pedagogicznej intuicji.

Czy była sympatyczna? Ja polubiłam ją od razu i na zawsze. Ogólnie jednak nie za bardzo za nią przepadano. Była niepokorna, pyskata i chadzała — jak kot — własnymi drogami. Na żadnej organizacyjnej smyczy nie dawała się prowadzić. Nie była więc kimś, kogo można było uznać za wzorowego pracownika: zdyscyplinowanego i podporządkowanemu odgórnym nakazom i zakazom. Przestrzegającego literalnie okólników i przepisów.

Pierwszy konflikt na linii pani Ala — władze TPD przypadł na początek lat 70-tych.

W tamtych latach „trójkąt” wyznaczony ulicami: Bracka — Chmielna (wtedy Rutkowskiego) — Krucza przypominał Dziki Zachód. Było tam dziwnie ciemno, nawet w jasny dzień. O prawdziwym zmierzchu bardzo niechętnie tam zachodzono. Zwłaszcza, gdy się było kobietą. Zbierali się tam bowiem okoliczni i przybywający z innych dzielnic młodzi menele. Wówczas nazywani chuliganami. Chętni do wulgarnych zaczepek, a czasem łaszczący się na damskie torebki lub męskie portfele. Milicja miała ich na oku, ale rzadko interweniowała, bo poważnych podstaw do interwencji na ogół nie było.

Kiedyś przechodziła tamtędy pani Ala. Wydała się chłopakom łakomym kąskiem. Młoda, niebrzydka i na pierwszy rzut oka — bezbronna. Zaczepili. Nie tylko słowami. Któryś uczepił się rękawa jej płaszcza, czegoś zażądał, coś niecnego zaproponował. Musieli się bardzo zdumieć kiedy blond-kobieciątko nie tylko się nie wystraszyło, ale posłało im taką wiąchę, która nawet ich zaskoczyła. Pani Ala nie skorzystała z ich chwilowego osłupienia i ogłupienia. Nie uciekła. Przeciwnie — została i zaczęła rozmawiać. Pytać. Czy rzeczywiście takie wystawanie na ulicy i polowanie na samotne kobiety, straszenie samotnych kobiet to wszystko czego chcą i co ich bawi. Początkowo stawiali się. Potem ona zaproponowała: a jakby załatwiła im lokal, żeby nie musieli wystawać z czerwonymi od zimna nosami na ulicy? I który by urządzili po swojemu? I w którym by robili coś choćby trochę ciekawszego od szlifowania chodników?

Nie uwierzyli w taką możliwość. Ale pani Ala wierzyła. Umówiła się z nimi na następną randkę. Oni mieli znaleźć w pobliżu jakiś pustostan, który by im pasował. A ona obiecała, że ten pasujący pustostan im ofiaruje. Na własność. I że będą mieli coś, co szumnie będą mogli nazwać swoim klubem.

W TPD wzruszono ramionami na jej propozycję. Owszem — TPD prowadziło w każdej warszawskiej dzielnicy duży ośrodek, a ośrodek nadzorował całe mnóstwo świetlic podwórkowych, ale trudno było sobie wyobrazić świetlicę dla takich osobników. Teraz nazywanych „trudną młodzieżą”, „niedostosowaną społecznie” lub innym poprawnie politycznym (czyli eufemistycznym) określeniem. Wtedy mówiono po prostu „łobuzy”. No, bo byli łobuzami. I to jakimi!

Pani Ala pokonała jednak wszelkie trudności, opory i przeciwności. Chłopcy dostali lokal znajdujący się pomiędzy dzisiejszym Domem Jabłkowskich i sąsiednią kamienicą. Dom Jabłkowskich i ta kamienica nie wyglądały wtedy tak dostojnie jak dziś. Wtedy były bardzo okropne.

Lokal — w odniesieniu do pomieszczenia zdobytego przez panią Alę — to powiedziane bardzo na wyrost. Ot, suterena, nieotynkowana i brudna do niemożliwości. Nawet nie wiem czy jakieś okno w niej było. Pani Ale sobie tylko wiadomymi czarami zapędziła łotrzyków do roboty. Nikt nie wierzył, że zechcą, że starczy im cierpliwości, że zdołają z tego niczego zrobić jakiekolwiek coś. Zechcieli. Starczyło im cierpliwości. Zdołali. Nie był to na pewno ekskluzywny klub, miejsce urokliwe i wytworne. Ale nie była to — czego się obawiano — melina. Panował tam jaki taki porządek, stały krzesła i stoły. A potem przybywało innych sprzętów. Stół do ping-ponga. Radio na tranzystorach. Już nie pamiętam co jeszcze.

Problem był jeden, ale zasadniczy. To nie była świetlica podwórkowa, ani dzielnicowa czyli powszechnie dostępna. Taka, jak inne prowadzone przez TPD. Należała wyłącznie do chłopaków i oni decydowali kto może, a kto nie może wejść. A tak naprawdę prawo wstępu do ich Klubu miała tylko pani Ala.

Było to nie do pojęcia i nie do przyjęcia, bo każda TPD-owska świetlica podlegała organizacyjnej odgórnej kontroli. A w tym przypadku nie dało się jej przeprowadzić. Każda inspekcja kończyła się skandalem. Odsyłani z kwitkiem przedstawiciele Okręgu Stołecznego TPD podnosili alarm. W zasadzie słuszny. Nie można było wszak pozwolić na takie państwo w państwie. Zwłaszcza, że społeczność tego państwa budziła więcej niż wątpliwości i niepokoje.

Kiedyś posłano mnie na inspekcję. Nie wiem czy miałam duszę na ramieniu. Wydaje mi się, że moja dusza tchórzliwie kryła się za moimi plecami i dygotała ze strachu. Otworzył mi drzwi ponury dryblas. Miałam wtedy dwadzieścia kilka lat i nie byłam całkiem brzydka. Więc pewnie dlatego nie zatrzasnął mi ich przed nosem. Ale do środka nie wpuścił. Bo przedstawiłam się jako osoba urzędowa. Więc bez prawa wstępu. Na moje szczęście w świetlicy była pani Ala. Przyszła. Kazała wpuścić. Więc wpuścił.

Trudno moją bytność w tej świetlicy nazwać inspekcją. Bo co właściwie można było skontrolować? A jeśli już nawet, to co nadawałoby się do raportu? Jeśli krytycznego — to owszem — sporo. Pozytywnego — niestety niewiele. A tak naprawdę — nic.

To nie był jeszcze czas narkotyków i dopalaczy. Ale papierosów jak najbardziej. Paliła — i to nieumiarkowanie — pani Ala. Palili — też nieumiarkowanie — jej podopieczni. Nie pili (w świetlicy) wódki. Ale piwo i owszem. Grali w karty. I chyba nie w świnkę ani — tym bardziej — brydża. Tyle, że nie na pieniądze, bo ich po prostu nie mieli.

Czy wobec tego inicjatywa utworzenia dla nich klubu była bez sensu? Odniosłam przeciwne wrażenie. Wrażenie jak największego sensu. Chłopcy nie stali się milusimi, uładzonymi aniołami. Byli jak najdalsi od wzorca dobrze ułożonych młodych ludzi. Ale w jakiś — dla nich zapewne nieuświadomiony — sposób dobrowolnie poddali się pewnym dyscyplinującym oddziaływaniom. Tyle, że jednej tylko osoby. Pani Ali.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 27.52