ZWIERZĄTKOWO
W samym centrum Zwierzątkowa,
choć to rzecz jest niepojęta,
wszyscy zeszli się mieszkańcy, by wyłonić prezydenta.
Kto to taki? — nikt nie wiedział.
Co ma robić? — też zagadka.
Ktoś coś komuś opowiedział
lecz to tylko plotko-gadka.
Grunt, że wszyscy się spotkali,
by wyłonić z tego grona
zwierzę, co najlepsze będzie,
o zaletach swych przekona.
Najpierw pies zaszczekał, Misiek, i powiedział
— Mnie wybierzcie!
Obiecuję, każdy w misie będzie miał, co tylko zechce.
Tyle będzie tu jedzenia, gdy u sterów rządu stanę;
głód usłyszy — do widzenia. Władze zlikwiduję stare.
Drugi głos zagdakał głośno i wyraźnie
— Mnie słuchajcie!
Jestem kurą bardzo nośną. Mnie tron prezydenta dajcie!
Przy mnie z głodu nie zginiecie, a i dzień się Wam wydłuży,
gdy co rano wszyscy wstaną wraz ze słonkiem
— jak ród kurzy.
Kukuryku! — zapiał kogut — Nie słuchajcie zwykłej kury!
Wszak ja rządzę w tym kurniku, jam jest Kogut Barwnopióry.
Krowa Mu-Mu krzyk podniosła
— Jak możecie słuchać tego?!
Jakiś kogut, jakaś nioska nic nie zrobią tu dobrego.
Moje mleko każdy pije, kto chce zdrowy być przez lata
— nawet pies, co głośno wyje…
Jestem Krowa, no — Łaciata.
Zarżał koń, by przerwać mowę
i powiedzieć coś od siebie
— Czy obrażę teraz krowę,
gdy obiecam Wam, że w Niebie
już nie będzie tak cudownie,
jeśli rządy mnie oddacie?
— I popatrzył w krąg wymownie
— Szansę na to teraz macie!
Zarżał głośno, dumny z tego,
co przed chwilą tu powiedział.
Wtem usłyszał — Chrum, kolego, jam tu dotąd cicho siedział
lecz też chciałbym słowo dodać, byście głos oddali na mnie;
lubię chrumkać i się chlapać, i jeść lubię też ogromnie,
więc też mogę prezydentem zostać dzisiaj tu wybrany;
Kandydują tu nadęte różne kury, psy, barany…
To ja też o głos Was proszę, obiecuję coś dobrego
i już teraz wieść przynoszę, że od jutra najbliższego
wszyscy będą mogli biegać dużo dalej niż do bramy,
bo w zwierzęcych wielu kręgach
mój na wolność pogląd znany.
Teraz głos pan Gąsior zabrał,
potem Indor zagulgotał,
Słoni ród jak inne wybrał
kandydata — Słoniolota.
Potem owca, jeszcze koza,
co to skakać bardzo chciała,
czarny baran, stary kocur
— kandydatów grupa cała.
Każdy chwali się jak może,
obiecuje jak potrafi;
jednym mówi, że pomoże,
innych straszy, że jest z mafii.
Już dzień cały te wybory trwają i nie widać końca.
Już i tydzień długi minął, i znów zachód słońca…
A zwierzęta wciąż na rynku,
w samym centrum Zwierzątkowa.
Ktoś tam złości się
— Hej, Synku, toż to tylko zwykła krowa!
Jedno zwierzę o tym drugim
mówi rzeczy niestworzone.
Jeszcze dobrze, gdy prawdziwe,
ale często wymyślone.
Głosy słychać podniesione, zdania obraźliwe płyną…
Nie wiadomo, w którą stronę kierowane są, gdzie giną.
Nie ma rady, pewnie miasto będzie znów bez prezydenta…
Lecz, czy był tu kiedyś taki?
— nikt, kto żyw dziś nie pamięta.
Może całkiem niepotrzebne te wybory i te kłótnie.
— Niechaj robi, co kto umie — ktoś powiedział rezolutnie —
I niech każdy prezydentem będzie w swoim własnym domu,
bo te kłótnie, obietnice i obraza — na co komu?