E-book
20.48
drukowana A5
38.27
Zryw

Bezpłatny fragment - Zryw


Objętość:
103 str.
ISBN:
978-83-8189-512-5
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 38.27

Teraz


Wieżowiec płonął. Zresztą jak większość na Pradze.

— Na chuj mi to było — mruknął „Groźny” kopiąc nadwątlone drzwi.

Przedzierali się na dół. Godzinę wcześniej zgubili niedobitki oddziału. Musieli się wydostać.

— Idziesz Mała — „Groźny” pociągnął dziewczynę za wojskową kurtkę — „Inka”! Ruchy!

Z jej oczu płynęły łzy, ale twarz miała zaciętą. Torba obijała się o chude nogi w dresach. Nie pamiętał jej imienia. „Inek” było w Organizacji jak psów. Tak samo jak „Łupaszków”, „Zaporów” czy innych „Zośków”.

— Wychowanie kurwa patriotyczne — jęknął sam do siebie.

Ile to miało potrwać? Trzy dni? Walczyli od dwóch tygodni! Choć słowo „walczyli”, to tak mocno na wyrost. Ci, którzy wywołali to powstanie, powinni być skazani na wieczne oglądanie „Mody na sukces” czy innego „Klanu”. Nikt nie przewidział, że NATO przyśle posiłki? Że garstka dzieciaków nie ma szans z siłami międzynarodowymi? No jakaś porażka! Dobrze, że choć Białorusini przysłali broń i ludzi. Inaczej faktycznie potrwałoby to trzy dni.

Kolejne drzwi ustąpiły z hukiem. Dym. „Groźny” zasłonił twarz brudną bandaną, odrzucił piętrzące się w progu krzesła. Potraktował z Air Maxa połamany stolik. Wpadli w wąski korytarz, który kiedyś prawdopodobnie miał łączyć mieszkania na piętrze. Ciągnął dziewczynę za sobą, prawie się nie oglądając. Trzymała się kurczowo jego ręki i póty czuł jej palce, wiedział, że żyje. I że idzie.

Byli coraz niżej. Kolejne schody, następne drzwi. Na szczęście nie było ludzi. Większość ewakuowano z objętych działaniami wojennymi dzielnic, część uciekła sama. Reszta zginęła. Po prostu. Ilu ich było? Tych bojowników? Za mało. To wiedział. Zaczynali to powstanie w kilkadziesiąt tysięcy. Zostało ich mniej niż połowa. Jeszcze dwa tygodnie i nie będzie nikogo. Tylko gruzy.


Wcześniej


Marek siedział na ławce w Skaryszaku. Piwo w papierowej torbie było miło zimne. Wyciągnął nogi i przeciągnął się. Wiosenne słońce delikatnie pełzało po krótko ostrzyżonej głowie. Kiedy odezwał się telefon, nie chciało mu się go odbierać. Ten jednak był uparty. Dzwonił raz za razem.

— Czego — zapytał grzecznie.

— Gdzie ty kurwa jesteś?! –Witek tak wrzasnął, że Marek musiał odsunąć aparat od ucha — Zawijaj się tu, bo zaraz wchodzimy!

— Dobra, nie pluj się. Za piętnaście minut jestem. Czekajcie na mnie.

— Tylko ruchy!

— Wal się na ryj…

Marek dopił piwo jednym haustem. Torba z butelką wylądowała w koszu. Wstał wolno, strzepnął z dresowych spodni niewidoczny pyłek. Zarzucił na szyję szalik w narodowych barwach i wolno ruszył w kierunku Ronda Waszyngtona.

Pod stadionem wrzało. Ludzie cisnęli się jak nienormalni. Miał problem, żeby znaleźć swoich. Kilkakrotnie przeciskał się przez stojące do wejść kolejki, omijał uzbrojonych po zęby gliniarzy. Mecz z Niemcami był ważnym wydarzeniem. Ściągnął nie tylko kibiców zza Odry, ale też ich siły porządkowe, które ramię w ramię stały teraz z polskimi policjantami pilnując spokoju. Tego jednak nie było. Większość widzów, zresztą jak i większość Polaków, widziało w tym meczu coś więcej, niż tylko sportową rozgrywkę. Stosunki pomiędzy oboma państwami były tak złe, że każda możliwość dokopania Szwabom była dobra. Stąd te tłumy.

— Witek! — wrzasnął Marek, widząc w oddali kumpla — Tutaj!

Tamten nie słyszał. Stał kilka metrów dalej w otoczeniu paru innych, podobnie ubranych chłopaków. Dresy i szaliki to podstawa stroju. „Dres kod” — jak sami mówili w żartach.

Marek przebił się w końcu. Przybił piątki ferajnie i bez zbędnych słów wszyscy ruszyli do jednej z bramek.


Teraz


Przed nimi były drzwi na zewnątrz. „Inka” skoczyła przodem. Złapał ją za rękaw. Przytrzymał.

— Czekaj — syknął prosto do ucha i spojrzał prosto w zdziwione oczy dziewczyny — sprawdzę czy czysto.

Nie było czysto. Na dworze stał transporter. Kilku żołnierzy w plamiakach paliło papierosy. Dwóch Francuzów i Niemiec. „Groźny” zaklął po cichu. Uważnie wyjrzał, szukając innych przeciwników. Nie dostrzegł. Ilu było w wozie? Tamci ich nie widzieli. Palili i śmiali się, najwyraźniej z jakiegoś rzuconego właśnie dowcipu. W pełni wyposażeni i uzbrojeni nie byli łatwą przeszkodą. Chłopak poszukał drogi ucieczki. Po prawej barykada, po lewej płonący sklep.

— Lecimy w prawo — powiedział — za barykadę.

Skinęła głową. Mocniej ścisnęła go za ramie. Spróbował się uśmiechnąć, ale słabo mu to wyszło. Wyciągnął z kabury rewolwer.


Wcześniej


Sankcje nałożone na Polskę odbiły się głośnym echem na całym świecie. Zaczęło się od obcięcia budżetu, potem embargo jedno, drugie i kolejne. Rząd wił się jak mógł, ale decyzje w Unii były już dawno podjęte. Ktoś nas bardzo nie lubił. Zresztą nie tylko nas. Podobnie oberwały Czechy i Węgry. Izolacja, to najdelikatniejsze ze słów.

Marek i jego kumple nie odczuli tego aż tak mocno. Nie pracowali, nie zarabiali, mieli w dupie. Były dni, że włóczyli się godzinami po Pradze bez celu, inne, kiedy szukali rozróby. Ich wrogiem, niezmiennie była policja i ludzie z innych dzielnic. Żadne sankcje czy polityczne układy tego nie zmieniły.

Ale wiedzieli, co się dzieje. I widzieli. Ludzie wyjeżdżali. Nie zawsze dlatego, że chcieli. Wielu nie wytrzymywało podwyżek czy inflacji. Inni, bo nie chcieli żyć w ciemnogrodzie. Markowi ciemnogród nie przeszkadzał. Czuł się Polakiem, a reszta go nie obchodziła. Zresztą ich polityczne dysputy ograniczały się do rzucania obelg na wszystkich od prawa do lewa. No i na tych z zewnątrz. Póki trzymali się razem, było dobrze. I o to chodziło.

Jakoś pod koniec lutego, kiedy śniegu już nie było, ale nadal trzymał mróz, szli wolno Stalową. Jak to oni, bez konkretnego celu. Tak sobie. W czterech.

— Jak myślicie, jak to się skończy? — zapytał nagle Witek. Spojrzeli na niego zdziwieni.

— Ale co? — Rysiek szukał w kieszeni paczki fajek.

— No to wszystko. To z Unią…

— A co ty nagle się tak zainteresowałeś — Seba podał Ryśkowi ogień — Na posła chcesz iść?

— Wal się… serio pytam…

— Nie skończy się — Marek patrzył pod nogi. Było ślisko — wycyckają nas jak zawsze i zostawią.

— Gówno tam wiecie — Rysiek zaciągnął się papierosem — mają nas wypieprzyć z Unii. Tak słyszałem.

Spojrzeli na niego wszyscy. Witek się zatrzymał.

— Ale jak to? — zapytał — za co?

— A nie wiem dokładnie. Za te ustawy, co je wprowadzili. Unia każe je znieść, a nasi nie chcą. Coś w ten deseń.

Marek wysupłał z kieszeni banknot.

— Czekajcie, piwo kupię — skinęli głowami. Zatrzymali się.

Pięć minut później stali w bramie ściskając puszki Żubra.

— Ale o co chodzi z tymi ustawami? — Seba był najmniej zorientowany.

Rysiek przewrócił oczami.

— Jest tak — Rysiek uważał się za autorytet w temacie — rząd chce wypieprzyć komuchów. Znaczy tych starych komuchów, co to niby kiedyś byli. Opozycja twierdzi, że musieliby w związku z tym wypieprzyć się sami, bo u nich też komuchów mnogo. Rządzący mają to w dupie i robią ustawę o wypieprzeniu komuchów. Ale Unii się to nie podoba, bo tam też same komuchy. I dlatego twierdzi, że jak nasze komuchy będą wypieprzać innych komuchów to komuchy z Unii dobiorą się im do dupy.

— Czyli to wszystko przez Ruskich! — Seba ucieszył się wyraźnie.

— U Ruskich to już dawno komuchów nie ma — stwierdził Witek — Tam to biznesmeny i gangsterzy.

— Jeden pies — Marek wzruszył ramionami — ale co nam mogą zrobić?

— Gówno nam zrobią — Witek zgniótł pustą puszkę — Jankesi nam pomogą jak by co.

— Ja tam bym nie liczył. Na nikogo — filozoficznie powiedział Rysiek — Nikt nam kurwa nigdy nie pomógł…

Z tym nie było jak dyskutować. Dopili piwo.


Teraz


— Hej! — usłyszał tylko. Nie obejrzał się. Padł strzał.

„Groźny” przesadził barykadę ze starych płyt chodnikowych, resztek czerwonego Clio i jeszcze czegoś, czego nie potrafił zidentyfikować. „Inka” jęknęła, kiedy jej noga boleśnie uderzyła o przeszkodę. Chłopak skulił się za zasłoną. Głosy i tupot stóp świadczyły, że przeciwnicy nie zamierzają zostawić tej sprawy samej sobie. Padło kilka przekleństw w dwóch językach, a następnie odezwały się karabiny szturmowe. Co gorsza, uciekinierzy usłyszeli dźwięk przeładowania 50-siątki w transporterze.

— Arrêt — padło gdzieś zza barykady — Arrête parce que je tire!

Pierdol się żabojadzie pomyślał. Strzelił dwa razy. Nie trafił, ale nawet nie zamierzał. Pociągnął dziewczynę w stronę najbliższej bramy. Żołnierze na chwilę zwolnili. Odezwał się transporter. Tynk ze ściany boleśnie uderzył go w ramię. Kule rozerwały resztki starych drzwi, zabębniły o bruk. Ukryci w załomie bramy mogli się tylko mocniej skulić. Przed nimi było gruzowisko. Utknęli. Silnik transportera było coraz głośniejszy.


Wcześniej


Mecz od początku układał się dobrze. Nasi prowadzili jeden do zera już po kwadransie. Niemcy najwyraźniej nie docenili przeciwnika. Teraz bezskutecznie biegali za polskimi zawodnikami, próbując przejąć piłkę. Tłumy na trybunach wyły z zachwytu, gdy piłkarze w biało czerwonych strojach raz po raz wychodzili do pozycji strzeleckich. Bramkarz zza Odry miał pełne ręce (dosłownie) roboty.

Sędzia zagwizdał na przerwę. Owacja na stojąco żegnała schodzących z boiska.

— Idę po hot-doga — Marek podniósł się z krzesełka — chce ktoś?

Pozostali byli tak pochłonięci rozmową o sytuacji na boisku, że nawet na niego nie spojrzeli. Wzruszył ramionami i zaczął się przepychać w kierunku punktów gastronomicznych. Kolejka oczywiście była długa, ale sprzedawcy dwoili się i troili, żeby jak najszybciej obsłużyć miłośników futbolu. Przerwa w meczu nie potrwa wiecznie.

Marek stanął spokojnie na końcu ogonka. Z ciekawością rozglądał się w tłumie. Rodziny z dziećmi, wydekoltowane dziewczyny, ojcowie z brzuszkiem. Przekrój społeczny totalny. Nagle, jego wzrok przyciągnął niemiecki policjant stojący na uboczu, w podcieniach wysoko sklepionych okien. Rozglądał się nerwowo i szwargotał coś szeptem do krótkofalówki. Marek przyjrzał się uważniej. Gliniarz miał na głowie hełm, ale nie miał tarczy, typowej dla jednostek prewencji. Pałki też nie zauważył, natomiast wyraźnie widział pistolet maszynowy dyndający na pasku. Co do kurwy nędzy? Po chwili, do dziwnego stróża prawa podszedł drugi. Ten także był w charakterystycznym uniformie, ale brakowało mu typowych dla jednostki atrybutów. Zdjął hełm, coś powiedział do kolegi. Tamten wyprostował się służbiście, ręka sama uniosła się w geście salutu. Szybko ją cofnął wyraźnie speszony. Ten drugi coś mu jeszcze powiedział i szybko odszedł. Marek gapił się na niego tak intensywnie, że nie zauważył nawet, kiedy wypadł z kolejki. Ale odechciało mu się jeść.

— Chłopaki! — biegiem wrócił na swoje miejsce na trybunie — Z tymi Niemcami coś jest nie teges!

— No w dupę dostają — zaśmiał się Witek — Nic dziwnego!

— Ja nie o tych Niemcach — Marek machnął za siebie ręką — O tamtych!

Spojrzeli najpierw na niego, potem na kierunek, który wskazywał. Potem znowu na niego.

— A z tobą wszystko ok? — Seba przyglądał się mu uważnie — Pies jak pies, tyle, że niemiecki.

— Owczarek — zaśmiał się Rysiek wywołując ogólną radość.

— Kurwa! Panowie! — Marek się nie śmiał — To nie są zwykłe psy!

— Bo co? Bo po niemiecku szczekają?

— Bo kurwa mają ostrą broń zamiast pałek! Bo zachowują się jak wojsko, a nie gliny! Tak w skrócie!

Zamilkli. Uważnie przyjrzeli się widocznemu stąd Niemcowi w czarnym mundurze.

— Fakt — Witek podrapał się w głowę — dziwny jakiś.

— Dobra chłopaki — Seba odwrócił się w kierunku murawy — Druga połowa się zaczyna. A te hot-dogi przyniosłeś?


Teraz


— Déposez votre arme! — żołnierz w plamiastym mundurze celował do niego z odległości dwóch metrów — Allongez-vous sur le sol!

Marek nie miał ochoty go słuchać. Wyszedł wolno z bramy. Rewolwer trzymał daleko od ciała. Dziewczyna szła za nim, kryjąc się za jego plecami. Zatrzymali się.

— Erschieß sie — rzucił spokojnie Niemiec spluwając.

Francuz spojrzał niepewnie w kierunku transportera. Z lufy karabinu maszynowego unosił się dym. Marek kontem oka dostrzegł ruch z lewej strony za plecami żołnierzy. I wtedy wypadki potoczyły się błyskawicznie.


Wcześniej


Kiedy Marek był mały, sporo w domu mówiło się o upadku komuny, o Solidarności i stanie wojennym. Nie mógł tego pamiętać. Urodził się już po. I tak naprawdę miał to w dupie. Opowieści rodziców czy dziadka były dla niego jedynie bajkami z przeszłości. Ale słuchał i coś mu w głowie zostało.

Któregoś dnia, miał może ze dwanaście lat, po meczu jak zawsze doszło do zadymy. Policja spacyfikowała dość sprawnie towarzystwo. Starsi kumple wciągnęli go w bramę, zasłonili. Stał tam za nimi zerkając pomiędzy ich plecami na zwarte kordony z tarczami i pałami.

— ZOMO! — ktoś krzyczał.

— Gestapo! — dopowiadał inny.

Marek nie znał znaczenia tych słów. Ale tak jak opowieści w domu, utkwiły mu w pamięci. Po jakimś czasie zapytało nie dziadka. Dziadek był jedyną osoba w domu, z którą Marek miał dobry kontakt. Zawsze mógł z nim pogadać, dziadek zawsze miał dla niego czas. Starszy pan spędzał całe dnie na składaniu z zapałek przedziwnych konstrukcji. Jego pokój wypełniały budowle i pojazdy zbudowane z małych patyczków. Kiedy Marek wchodził do jego pokoju, zawsze czuł zapach drewna, kleju modelarskiego i fajkowego tytoniu.

— Byłem mniej więcej w twoim wieku — dziadek nie odrywając się od kolejnego modelu zaczął opowiadać — Poszedłem po wodę. Na Złotej mieszkaliśmy. Dziś tam Pałac Kultury stoi. Niemiecki patrol postanowił się zabawić. Złapali jakąś dziewczynkę. Mogła mieć z piętnaście lat. Popychali ją do siebie jak piłkę. Ona krzyczała i płakała. Bała się. Tamci się śmiali i wyraźnie mieli ochotę na coś więcej. Wtedy z bramy wyskoczył Włodek Lewandowski. Taki nasz sąsiad. Fajny chłopak był, jak to się wtedy mówiło — morowy. Zawsze uśmiechnięty, chętnie innym pomagał, ale jak ktoś go wkurzył, to potrafił w gębę lać jak się patrzy. No i on do tych Niemców. I nie to, że coś im tłumaczył. On od razu doskoczył i w mordę. Jeden padł, reszta stanęła jak wryta. Włodek tą dziewczynę za rękę i do bramy. A tamci za automaty. I wtedy doskoczyło jeszcze trzech. Nie wiem skąd się właściwie wzięli ani kim byli. Nie znałem ich. Potem dopiero wyszło, że młody Lewandowski był w organizacji i to jego koledzy z oddziału byli. Ale to potem. Stłukli tych Szkopów na kwaśne jabłko. Broń im zabrali, jakieś papiery i znikli w bramach. Dwie godziny nie minęły, jak na naszą ulicę wjechały auta. Dwie czarne cytryny i ciężarówka. Wysypali się żołnierze, obstawili wszystko. Z osobówek wysiedli oficerowie i dwóch po cywilu. W garniturach i płaszczach. Wojsko wywlekło rodzinę Włodka na ulicę. Bili ich i popychali. Stary Lewandowski coś chciał tłumaczyć, ale dostał w gębę od tego cywila. Oficer kazał przeszukać całą kamienicę. Wyrzucili ludzi na zewnątrz. Nic nie znaleźli, ale bałaganu narobili strasznego. I wtedy ten cywil po prostu wyciągnął pistolet i zastrzelił matkę Włodka. Ot tak. Jakby papierosa zapalał. Ojca skopali i wywieźli na Pawiak. Nie wrócił. Potem mama mi mówiła, że oni z Gestapo byli.

— A co z tym Włodkiem? — tym razem Marek chłonął całym sobą opowieść dziadka.

— W powstaniu zginął. Tak jak i ci jego koledzy. Pamiętam, jak drugiego czy trzeciego dnia przyszli na ulicę. Cali szczęśliwi, obwieszeni bronią w jakiś takich śmiesznie dobranych mundurach. Wodę im przyniosłem. Też się głupi rwałem, ale ojciec mi lanie spuścił i na tym się skończyło. A oni poszli. Więcej ich nie widziałem. Po wszystkim, jak już w lutym wróciliśmy do tych gruzów, to inni mówili, że ich gdzieś na Starówce przysypało. Cały oddział.

Marek milczał. Słyszał już wcześniej o wojnie i powstaniu, ale jakoś nigdy go to nie interesowało. To były tylko fakty do wykucia na historię. Teraz trochę inaczej na to spojrzał.

— A po co właściwie to wszystko było? — zapytał bardziej siebie niż dziadka.

Starszy pan wzruszył ramionami, ale odwrócił się do wnuka.

— Teraz to już nie wiem — powiedział poważnie — ale wtedy, jak to się działo, było ważne. Po prostu tak było trzeba.


***


Kiedy rozległ się ostatni gwizdek, stadion oszalał. Ludzie wiwatowali, śpiewali hymn, rzucali wyzwiskami. Wszystko na raz. Trzy do jednego dla Polski. Dawno się coś takiego nie zdarzyło.

Marek, mimo zdenerwowania sytuacją podczas przerwy nie mógł nie poddać się ogólnej euforii. Z dzikim wrzaskiem opuszczali stadion. Zapowiadała się bardzo długa noc.

— Gdzie pijemy?

— Nad Wisłą — odparli zgodnie.

Wysypali się na rondo Waszyngtona. Biało czerwony tłum niósł ich w kierunku plaży. Zapadał zmierzch. Miasto zaczynało żyć swoim drugim życiem. Latarnie nabrały blasku, okna rozświetlały się najpierw pojedynczo, potem grupami. Piwo i szampan lały się strumieniami. Za rzeką widać było światła centrum. Był piękny i szczęśliwy wieczór.

Dotarli nad wodę. I tu ludzi było pełno. Pojawiły się ogniska, grille. Polska zaczynała świętować. I tylko policji nie było. Ale nikt nie zwrócił na to uwagi.


Teraz


Zza winkla z lewej sypnęło serią. Potem drugą. Francuzi i Niemiec odskoczyli za transporter. Jeden nie zdążył. W kierunku pojazdu poleciały granaty. Kilka eksplozji rozdarło chwilową ciszę. Jednak karabin w wieżyczce ożył. Plunął w kierunku jeszcze niewidocznych przeciwników. Marek przywarł do ziemi, zaczął na czworakach przemieszczać się do bramy z której wyszedł. Dwa metry od niego leżał żołnierz w hełmie i kamizelce. Na ramieniu pyszniły się flagi Francji i Unii Europejskiej. Był ewidentnie martwy. Ale w ręku nadal ściskał rękojeść karabinu. „Groźny” rozejrzał się ostrożnie. Przeciwnicy zajęci byli strzelaniem w bliżej niesprecyzowanym kierunku. Ale był to na szczęście inny kierunek niż ten, w którym on się znajdował. W wylocie ulicy mignęła na chwilę głowa w czapce z daszkiem. Poleciał kolejny granat. Marek jednym susem dopadł leżącego, wyrwał broń i posłał serię do kryjących się za transporterem. Kule odbiły się od pancerza dobre pół metra od celu. Zaklął. Na szczęście żołnierze, skupieni na nagłym natarciu, nawet tego nie zauważyli. Nagle kule zaświstały mu nad głową. Przypadł do ziemi. W uliczce zamajaczyły jakieś postacie walące jak wściekłe z rosyjskich kałaszy. Pod ich osłoną, dwie sylwetki sprawnie dopadły do ostrzelanego pojazdu. Człowiek w ciemno zielonym kamuflażu z nożem w ręku wpadł pomiędzy obrońców. Drugi wskoczył na pancerz z ładunkiem. Marek odskoczył gwałtownie. Domyślił się, co się zdarzy. Ładunek wylądował w środku transportera. Huk nawet nie był duży. Grube ściany pancerza wystarczająco go stłumiły. To, co działo się w środku, było jednak poza jego wyobraźnią. Domyślał się jedynie, że tam musiała być marmolada.

Strzały umilkły tak gwałtownie jak się rozpoczęły. Dziesięciu, wyraźnie z siebie zadowolonych facetów w mundurach zaroiło się wokół wraku. Mimo braku dystynkcji i jakichkolwiek odznak widać było od razu, kto tu dowodzi. Starszy facet z sumiastym wąsem odcinał się od grupy młodych ludzi. Na widok Marka uśmiechnął się szeroko.

— Pryvitannie tavaryš! — zagrzmiał tubalnie wyciągając rękę — ja spadziajusia, što nie zanadta pozna!


Wcześniej


Osoba, do której dzwonisz jest poza zasięgiem. Jak kurwa poza zasięgiem — pomyślał, w linii prostej z półtora kilometra. Odbierz mamo. Nic z tego. Telefon milczał. Rozejrzał się bezradnie. Wśród rozbawionych ludzi dostrzegł kilka osób też ze zdziwieniem wpatrujących się w komórki. Pewnie jakaś grubsza awaria.

— Daj telefon — poprosił Witka — mój padł.

— Mamusi się musisz zameldować? — zadrwił kumpel — Masz, dzwoń.

Ale i tu było to samo. Telefon milczał.

— Co do… — Marek wpatrywał się bezradnie w ekran.

— Co jest? — Seba przyniósł skądś kolejne piwa. Podał Markowi puszkę.

— Właśnie nie wiem. Spróbuj gdzieś zadzwonić.

— O tej porze nie mam dokąd. Starzy śpią.

— Do mnie spróbuj.

Seba pokręcił głową z niedowierzaniem, ale wyciągnął telefon. Zdziwienie dość szybko zagościło na jego twarzy.

— Jak poza zasięgiem? — spojrzał na przyjaciela.

— No właśnie…

Coraz więcej osób wokół nich miało ten sam problem. Nikt nie mógł się z nikim połączyć.

— Pewnie wszyscy po meczu dzwonią i przekaźniki są przeciążone — powiedział ze znawstwem w głosie Witek — Tak bywa.

— Ta, jasne — Marek otworzył browar. Pociągnął długi łyk.

I wtedy zgasły światła.


Teraz


„Długi” siedział na betonowej podłodze. Kurz po ostrzale boleśnie wbijał się w oczy. Narciarskie gogle, które znalazł kilka dni temu były tak pomazane, że prawie nic w nich nie widział. Dlatego je zdjął. Teraz sam stwierdził, że to był błąd.

Piwnica była spora. Jak to w kamienicy. Mimo to, ciężko się było ruszyć. Na karimatach, polówkach, noszach, wszędzie wokół leżeli ludzie. I jęczeli. Dziewczyny z czerwonym krzyżem na ramionach uwijały się pomiędzy tym całym bałaganem, ale nawet one nie dawały już sobie rady. Rannych było za dużo. Kilku lekarzy pochylało się nad leżącymi. Coś im wstrzykiwali, coś podawali. „Długi” starał się nie patrzyć. Czekał.

Kiedy dotarł tu przed godziną, był względny spokój. Niebo było błękitne, wiał lekki wietrzyk, nawet odległe strzały nie były tak przerażające. Po kwadransie to się zmieniło. Nagle usłyszał pojedynczy huk, ale zanim zdążył upaść, nie wiadomo skąd nadleciały pociski artyleryjskie. To było tak zwane „oczyszczanie kwartału”. Ktoś, prawdopodobnie któryś z holenderskich oficerów wymyślił, że nie ma sensu wysyłać piechoty w gruzy. Wystarczy rozpieprzyć wszystko artylerią i atakami rakietowymi. Proste i skuteczne. Tyle, że Mokotów to nie Damaszek. Tu piwnice były mocniejsze i głębsze. Walki przeniosły się do podziemi. Powstańcy przebijali korytarze, przemieszczali się stworzonymi tunelami, wyskakiwali w najmniej spodziewanym dla przeciwnika miejscu. Krótki ostrzał i do dziury. Taka taktyka.

Chłopak przeciągnął się aż zatrzeszczała stara amerykańska kurtka. Naciągnął na oczy brudną jak nieszczęście wełnianą czapeczkę z symbolem Legii i postanowił się mimo wszystko zdrzemnąć. Nie było mu dane.

— Kapralu?!

Spojrzał na stojącą przed nim filigranową blondynkę

— Tak pani major?

— Idziemy — odwróciła się i ruszyła przed siebie omijając zgrabnie rannych. Mimo, że miała na sobie stary polski kamuflaż, który beznadziejnie deformował jej figurę, widać było, że jej krok stworzony był do chodzenia raczej w szpilkach, niż ciężkich „desantach”.

Witek wstał niechętnie. Od trzech dni był w ciągłym ruchu i każda chwila odpoczynku była dla niego cenna. Chrupnęło mu coś w nodze, ale zignorował to.

Minęli salę chorych, następnie prowizoryczną kuchnię pełną węglowych grillów, na których skwierczały hamburgery z mięsa, którego pochodzenia raczej nie należało się domyślać, aż doszli do niewielkiego pokoju. Pani major kazała mu poczekać, sama zniknęła za zasłoną z wojskowego koca.

— Wejdźcie kapralu — usłyszał po chwili.

W środku były trzy osoby. Blond major, dziewczyna o ciemnej karnacji z trzema gwiazdkami na amerykańskiej patrolówce oraz dowódca odcinka. Okularnik o aparycji księgowego.

— Panie pułkowniku! — Witek zasalutował do wełnianej czapeczki — kapral „Długi, trzeci pluton…

— Spocznij kapralu — przewał mu tamten bezceremonialnie — Usiądźmy.

Zajęli miejsca przy rozchybotanym stole, z którego wystawały charakterystyczne ikeowskie imbusowe wkręty. Na blacie rozłożone były mapy i gazety. Głównie angielskie i amerykańskie. Witek przysiadł niezdarnie na niewielkim stołeczku pochodzącym najprawdopodobniej z któregoś z dzielnicowych przedszkoli.

— Kiedy przeszliście przez most kapralu? — pułkownik od razu przeszedł do rzeczy.

— Nie przeszedłem przez most panie pułkowniku. Rzekę przekroczyłem za Świdrem, po mieliźnie.

— Jak dużo czasu to zajęło? — drążył dowódca.

— Jestem w drodze od czterech dni.

Pułkownik wymienił znaczące spojrzenie z panią major. Ewidentnie nie spodobała mu się odpowiedź „Długiego”. Westchnął.

— Kapralu, to jest kapitan „Krysia” — wskazał na dziewczynę w czapce — Chcę, żebyście przeprowadzili ją na praską stronę.

Witek przyjrzał się wskazanej. Mogła mieć z dwadzieścia pięć lat, ale wyglądała na mniej. Ciemny kolor skóry oraz rysy twarzy mogły być wskazówką co do pochodzenia choć jednego z rodziców. Cywilne, proste spodnie i wojskowa kurtka, w odróżnieniu od pani major, tylko podkreślały jej figurę. Uśmiechała się lekko.

— Dokąd mam zaprowadzić panią kapitan?

— Dowiecie się w swoim czasie kapralu — wtrąciła blondynka — pani kapitan ma swoje rozkazy.

Skinął głową. Od początku walk był przewodnikiem. Znał miasto jak własna kieszeń, a teraz, wśród gruzów uczył się go na nowo. Uczył się szybko.

— Wyruszycie po zmierzchu — pułkownik wstał — tymczasem możecie odejść.


Wcześniej


W pierwszej chwili zaległa cisza. Nie trwała długo. Ludzie wpadli w panikę. Gdyby nie rozpalone na plaży ogniska, nie widać by było absolutnie nic. Słyszeli tylko wycie klaksonów i huk zderzających się aut. Gdzieś nad nimi przeleciała formacja śmigłowców.

— Spadamy stąd — Marek złapał Witka za ramię — Bierz Sebe i spieprzamy.

— Co się kurwa dzieje?! — Witek z niedowierzaniem patrzył w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą widać było Pałac Kultury — najpierw telefony, teraz to…

Wydostanie się z plaży nie było tak łatwe, jak by się wydawało. Ludzie w ciemności tratowali się nawzajem, przepychali, klęli na czym świat stoi. Ktoś płakał, ktoś inny śmiał się jak opętany. Dantejskie sceny trwały dłuższy czas. Marek odciągnął kolegów bliżej brzegu. Postanowił przeczekać to piekło. Telefon nadal milczał.

— I co teraz? — Seba próbował przebić wzrokiem ciemność — widzicie coś?

Pokręcili głowami. Ledwo widzieli się nawzajem.

— Jakaś globalna awaria — Witek nerwowo szukał papierosów — ale żeby tak wszystko na raz?

— To nie jest zwykła awaria — odparł Marek — Nie ma chuja.

— To co? Hakerzy? — Seba wziął papierosa od Witka. Obu drżały ręce.

Gdzieś niedaleko zawyła syrena karetki. Szybko dołączyła do niej druga i kolejna. Z różnych stron rozlegały się sygnały policji i straży pożarnych. Panika i ciemność robiły swoje.

— Przebijamy się brzegiem — usłyszeli Witka — wyjdziemy przy Łazienkowskim.

Bez słowa ruszyli przed siebie. Trzymali się blisko, ale i tak, w miarę jak oddalali się od Poniatoszczaka, tracili się nawzajem z oczu. Było coraz ciemniej. I coraz ciszej. Z dala od tras komunikacyjnych, słyszeli jedynie własne oddechy.

Gdy miasto zgasło, na niebie pojawiły się gwiazdy. Odbijały się od tafli rzeki. Dzięki temu, mieli jako taką orientacje. I wtedy usłyszeli głosy. Początkowo nie zwrócili na nie uwagi. To były pojedyncze szepty, urywki słów. Jednak im byli bliżej, tym stawały się one wyraźniejsze. W ciemności zamajaczyło kilka postaci.

— Um wie viel Uhr wird die zweite Gruppe ankommen? — zabrzmiało tak blisko, że odruchowo padli na ziemię. Przywarli do mokrego piasku, znieruchomieli.

— In einer Stunde — padła odpowiedź gdzieś z prawej — Wir müssen uns vorbereiten.

Marek pokazał na migi, żeby się wycofali. Najwolniej jak się dało, odpełzli w kierunku pobliskich zarośli.

— Niemcy? — Seba wypowiedział to słowo prawie bezgłośnie — Co oni tu robią?

— Czekają na kogoś — Witek znał trochę niemiecki — Ktoś ma tu przyjść za godzinę.

— Może też się zgubili — tak jak reszta? — zasugerował Seba — Może oni też z meczu…

— Nie wydaje mi się — Marek wpatrywał się w cienie postaci wyraźnie krzątających się nad brzegiem — Coś kombinują.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu, zastygli wśród rzadkich krzaków. Postacie nad brzegiem pracowały szybko. Coś montowali, ale robili to na tyle sprawnie, że praktycznie nic nie było słychać. Od czasu do czasu padały jedynie pojedyncze słowa czy komentarze.

— Muszą mieć noktowizory — stwierdził Marek — niemożliwe, żeby tak w ciemności…

— Czyli to raczej nie kibice — Seba pokiwał głową — Kurwa…

— Może policja? — Witek miętosił w dłoni niezapalonego papierosa — Może kogoś szukają?

— Jasne — żachnął się cicho Marek — Niemiecka policja po ciemku szuka kogoś nad Wisłą. Pamiętacie tego gliniarza z przerwy meczu? Mówiłem, że wyglądał podejrzanie.

— Ale, że co? Jakaś jednostka specjalna?

— Raczej wojsko. Trochę za wypasiony sprzęt jak na zwykłą psiarnie.

Spojrzeli na niego zdziwieni.

— A co oni by tu mieli robić?

— Poczekajmy. Zobaczymy na kogo oni czekają — powiedział Marek starając się, aby wypadło to naturalnie. Głos mu drżał.


Teraz


Białorusini byli z siebie wyraźnie zadowoleni. „Groźny” mniej. Żołnierze otoczyli ich, uśmiechali się, częstowali papierosami. Marek zapalił, ale przyglądał się im z rezerwą. Już od jakiegoś czasu chodziły plotki, że do Warszawy przerzucani są potajemnie wojskowi zza wschodniej granicy, że mają wesprzeć Podziemie. Niektórzy w to nie wierzyli, inni, ci co wierzyli, byli nieufni. Marek osobiście zdania nie miał. Ci tutaj ewidentnie uratowali mu życie, ale co dalej? „Inka” też patrzyła spode łba. Stała tuż obok nie odzywając się. Chłopak pociągnął łyk z podanej manierki. Zakrztusił się. Woda? Spodziewał się czego innego. Tamci zaczęli się śmiać, poklepywali po ramieniu.

— Dzie vaš filijal? — zapytał z uśmiechem dowódca — Vy tut adzin?

— Sami — „Groźny” oddał manierkę — Nie wiem gdzie reszta. Rozbili nas.

Tamten pokiwał smutno głową. Pozostali też przestali się uśmiechać.

— Vy viedajecie horad? Vy pavodzić?

Skinął głową.

— Dużo was jest? — Białorusin pokazał oddział, uśmiechnął się — Jasne. Zejdźmy z ulicy.

Weszli w gruzy. Marek poprowadził w kierunku Zoo. Tam, przynajmniej ostatnio, było względnie bezpiecznie. Unia wyparła powstańców znad Wisły, walki przeniosły się w głąb dzielnicy, ale teren dawnego zoologu był opuszczony. Czasem chodzili tam upolować coś do jedzenia, to wszystko.

„Groźny” myślał intensywnie. Nie ufał żołnierzom. Plotki głosiły, że Białoruś nie mogła oficjalnie poprzeć Polaków w ich walce, ale ich rząd przerzucał przez granicę swoich ludzi, uzbrojonych po zęby i wyszkolonych, tyle, że bez żadnych oznak narodowych czy też dystynkcji. Wiedział, czym takie akcje się kończyły wcześniej. Pamiętał podobne działania Rosjan. A ci to w końcu prawie Rosjanie… Gdzie iść? Szukać swoich? Z jednej strony był zadowolony, że nie idą sami, że mają wsparcie dziesięciu karabinów, ale z drugiej…? Liczył, że spotkają jakiś większy oddział Podziemia, że przekaże „gości” dowódcy i będzie miał z głowy. W końcu nie jego problem…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 38.27