E-book
23.63
drukowana A5
63.9
Zrozumieć kuzynów

Bezpłatny fragment - Zrozumieć kuzynów

Książka została utworzona z pomocą AI


Objętość:
290 str.
ISBN:
978-83-8440-932-9
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 63.9

Przedmowa

Książka, którą Państwo trzymają w dłoniach, jest dziełem rzadkim i pod wieloma względami bezprecedensowym. W dobie, gdy literatura popularnonaukowa coraz częściej ulega pokusie uproszczeń, gdy złożone problemy etyki biologicznej sprowadza się do dydaktycznych schematów, a doświadczenie opowiada się w sposób pozbawiony literackiej ambicji — oto mamy do czynienia z tekstem, który odrzuca te kompromisy. To książka, która nie boi się pytań niewygodnych, która nie ucieka przed paradoksem, która nie szuka pocieszenia tam, gdzie pocieszenie byłoby kłamstwem. Jest to jednocześnie rzecz głęboko naukowa i głęboko literacka — co w dzisiejszym krajobrazie intelektualnym wydaje się właściwie cudem.

Autor zabiera nas w podróż, której trasa wyznaczona jest przez najstarszy z filozoficznych niepokojów: jak to jest być kimś innym? Pytanie to, postawione po raz pierwszy z całą mocą przez myślicieli starożytnych, a następnie podjęte przez fenomenologów, psychologów i neurobiologów, zyskuje w tej książce wymiar dotąd niespotykany. Nie chodzi tu bowiem o spekulatywne dociekania na temat tego, co czuje zwierzę, nie o konstruowanie hipotetycznych modeli świadomości ani o projektowanie laboratoryjnych eksperymentów, w których badany pozostaje w bezpiecznej odległości od przedmiotu swoich dociekań. Chodzi o coś radykalnie odmiennego — o doświadczenie, które jest jednocześnie fizyczne, psychiczne i etyczne. Ochotnicy projektu, którego losami autor oprowadza nas z reporterską precyzją i literackim wyczuciem, nie pytają o to, jak to jest być śledziem, bocianem czy motylem. Oni stają się nimi. I w tym „stawaniu się” — zawsze niepełnym, zawsze naznaczonym granicami ludzkiego ciała i ludzkiej świadomości — rozgrywa się drama, której stawką jest nasze rozumienie tego, co oddziela człowieka od zwierzęcia, a także tego, co nas z nim łączy.

Jako filozof od lat zajmujący się problematyką antropologiczną, z nieustającym zdumieniem obserwuję, jak wiele współczesnych dyskusji na temat relacji człowiek–zwierzę toczy się wokół fałszywych dychotomii. Z jednej strony mamy stanowisko, które — w imię naukowego rygoru — sprowadza zwierzęta do poziomu złożonych automatyzmów, odmawiając im nie tylko świadomości, ale jakiegokolwiek wewnętrznego doświadczenia. Z drugiej — stanowisko, które w równie redukcjonistyczny sposób przypisuje zwierzętom emocje i zdolności poznawcze wiernie kopiujące ludzkie, przenosząc na nie nasze własne wyobrażenia o cierpieniu, miłości czy wolności. Książka ta, na szczęście, nie ulega żadnej z tych pokus. Jej siła leży w tym, że nieustannie utrzymuje czytelnika w stanie napięcia między tym, co poznawalne, a tym, co wymyka się poznaniu. Autor nie łudzi się, że tydzień spędzony w ławicy śledzi czyni z człowieka ichtiologa w sensie ontologicznym. Ale pokazuje, z niezwykłą drobiazgowością i wrażliwością, że granice tego poznania są ruchome, że można je przesuwać, a każdy centymetr tego przesunięcia kosztuje — kosztuje wysiłkiem, bólem, a często także rezygnacją z tego, co w naszej ludzkiej tożsamości wydawało się niepodważalne.

Szczególnie fascynująca z perspektywy socjologicznej jest analiza tego, jak badani — wyjęci ze swoich codziennych ról społecznych, pozbawieni imion, zawodów, historii — tworzą na nowo struktury społeczne w warunkach skrajnej presji. Obserwujemy tu procesy, które socjologia klasyczna opisywała w odniesieniu do sytuacji granicznych: powstawanie nieformalnych hierarchii, podział pracy, emergencję norm, ale także — co być może najciekawsze — zjawiska, które wykraczają poza utarte kategorie. Gdy uczestnicy eksperymentu, zmuszeni do współpracy w sytuacji zagrożenia, zaczynają działać w synchronii, która wykracza poza racjonalną koordynację, gdy ich ciała, a nie tylko umysły, dostrajają się do siebie nawzajem i do otoczenia — oto mamy do czynienia z tym, co można by nazwać socjologią ciała, socjologią, która wreszcie traktuje poważnie to, że jesteśmy istotami nie tylko myślącymi, ale także oddychającymi, drżącymi, pływającymi, stojącymi na wietrze piętnaście metrów nad ziemią z pustymi rękami i głodnymi pisklętami.

Biologia, która jest tu nieustannym punktem odniesienia, jawi się nie jako zbiór suchych faktów, lecz jako opowieść o niesłychanej złożoności życia. Autor — czy raczej autorzy, bo książka ta nosi w sobie ślad wielu głosów: naukowców, ochotników, obserwatorów — nie ulega pokusie antropomorfizacji, ale też nie ucieka w jałowy mechanicyzm. Kiedy czytamy o tym, jak ochotnicy uczą się czytać zmiany ciśnienia wody wywołane ruchem ławicy, jak ich mózgi przeprogramowują się, by przetwarzać bodźce w sposób dotąd im obcy, jak ich ciała — te tak bardzo ludzkie, tak bardzo przyzwyczajone do pionu, do suchości, do indywidualności — zaczynają funkcjonować w nowych reżimach percepcyjnych — oto doświadczamy biologii na żywo, biologii jako procesu, który nie tyle wyjaśniamy z zewnątrz, ile przeżywamy od środka.

A jednak — i to jest chyba największa wartość tej książki — w centrum uwagi nieustannie pozostaje człowiek. Nie człowiek jako miara wszechrzeczy, nie człowiek jako pan stworzenia, nie człowiek jako istota wyjątkowa, której przywileje są niepodważalne. Człowiek jako istota pytająca, wątpiąca, poszukująca. Człowiek, który potrafi zdjąć z siebie — dosłownie i w przenośni — swoją ludzką skórę, by na tydzień stać się kimś innym, a potem wrócić, i wrócić zmienionym. I tu dochodzimy do kwestii, która dla mnie, jako etyka, jest najistotniejsza. Książka ta nie poucza, nie wskazuje palcem, nie wygłasza moralitetów. Nie mówi czytelnikowi, co ma myśleć o jedzeniu ryb, o ochronie ptaków, o kolekcjonowaniu owadów. Ale w sposób tak głęboki, tak nieodparty, zmienia perspektywę, z której te pytania stają się nie abstrakcyjnymi dylematami, lecz konkretnymi, palącymi problemami. Gdy po lekturze rozdziału o śledziach próbujemy zjeść śledzia, gdy po lekturze rozdziału o bocianach patrzymy na gniazdo na słupie, gdy po lekturze rozdziału o motylach widzimy w szklanej gablocie nie piękny okaz, ale istotę, która drżała przed szpilką — oto etyka przestaje być dyscypliną akademicką, a staje się czymś, co dzieje się w nas, w naszym ciele, w naszym niepokoju.

Nie jest to książka łatwa. I nie powinna być. Prawda o relacjach międzygatunkowych, prawda o tym, jak bardzo nasze istnienie splątane jest ze śmiercią innych, prawda o tym, że każdy oddech, każdy posiłek, każda decyzja ma swoją cenę — ta prawda nie może być podana w formie lekkiej i przyjemnej. A jednak autor — i tu objawia się jego kunszt literacki — potrafi prowadzić czytelnika przez te trudne terytoria z humorem, który nie jest ucieczką przed powagą, ale jej dopełnieniem. Wisielczy humor, o którym mowa we wstępie, okazuje się nie zabiegiem stylistycznym, ale głęboko osadzoną postawą wobec świata — świadomością, że w obliczu rzeczy ostatecznych śmiech i płacz są sobie bliższe, niż nam się wydaje, i że dystans, ironia, autoironia są często jedynym sposobem, by nie ulec rozpaczy, ale też by nie popaść w sentymentalizm, który jest fałszem.

Jako profesor uniwersytetu, który przez lata prowadził seminaria z etyki środowiskowej, filozofii umysłu i socjologii wiedzy, z radością stwierdzam, że oto pojawiła się książka, którą będę mógł z czystym sumieniem polecić zarówno studentom, jak i kolegom z różnych dyscyplin. Jest to rzecz, która przekracza granice gatunków literackich — jest reportażem, jest esejem filozoficznym, jest dziennikiem naukowym, jest powieścią przygodową, jest traktatem etycznym. I ta hybrydyczność, która w mniej utalentowanych rękach mogłaby przerodzić się w chaos, tu staje się siłą. Bo problem, którym książka się zajmuje — problem miejsca człowieka w świecie przyrody, problem granic poznania, problem cierpienia i odpowiedzialności — jest z natury hybrydyczny. Nie da się go zamknąć w ramach jednej dyscypliny. Wymaga spojrzenia, które jest jednocześnie naukowe i literackie, analityczne i empatyczne, chłodne i zaangażowane.

I wreszcie — to, co dla mnie, jako czytelnika, było doświadczeniem najbardziej poruszającym. Książka ta, mimo całego swojego intelektualnego rygoru, mimo całej tej precyzji, z jaką opisuje mechanizmy fizjologiczne i społeczne, pozostawia miejsce na tajemnicę. Nie tajemnicę w sensie religijnym czy mistycznym — ale tajemnicę w sensie epistemologicznym. Autor nie udaje, że wie wszystko. Nie udaje, że eksperymenty, które opisuje, dały ostateczne odpowiedzi. Wręcz przeciwnie — każda odpowiedź, którą przynoszą uczestnicy projektu, rodzi nowe pytania. I to jest może największa lekcja, jaką ta książka oferuje: że poznanie nie polega na zamykaniu pytań, ale na ich otwieraniu. Że prawdziwa wiedza nie przynosi spokoju, ale niepokój. Że im więcej wiemy o tym, jak to jest być śledziem, bocianem, motylem — tym bardziej uświadamiamy sobie, jak bardzo pozostajemy poza tym, co wiemy.

Książkę tę czyta się z zapartym tchem, jak najlepsze powieści przygodowe. Ale przygoda, której jesteśmy świadkami, rozgrywa się nie tylko w egzotycznych krainach, lecz także w wodach Bałtyku, na łąkach Dolnego Śląska, w białej sali w Krakowie. I jej bohaterami nie są herosi z krwi i kości, lecz ludzie, którzy — jak my wszyscy — szukają odpowiedzi na pytanie, kim są i jakie jest ich miejsce wśród innych istot. To, co czyni ich wyjątkowymi, to gotowość, by to pytanie postawić nie tylko umysłem, ale całym ciałem. By zapłacić za odpowiedź dyskomfortem, bólem, strachem, a czasem — jak w przypadku niektórych uczestników — także czymś, co tylko ostrożnie można nazwać przemianą.

Nie jest to książka, którą czyta się obojętnie. I nie jest to książka, którą po przeczytaniu odkłada się na półkę z poczuciem spełnionego obowiązku. To książka, która zostaje. Która wraca w najmniej spodziewanych momentach — gdy widzimy przelatującego bociana, gdy na targu wybieramy rybę, gdy w letni wieczór motyl uderza w lampę. Wraca nie jako natrętny wyrzut sumienia, ale jako pogłębiona świadomość. Świadomość, że żyjemy w świecie, który jest większy od naszych kategorii, że inni — ci zupełnie inni — mają swoje życie, swoje cierpienie, swoje pragnienia, które nie muszą być do naszych podobne, by były prawdziwe. I że odpowiedzialność, jaka z tego wynika, nie jest ciężarem, ale — jeśli potrafimy ją udźwignąć — szansą na głębsze, bogatsze, bardziej prawdziwe istnienie.

Polecam tę książkę każdemu, kto nie boi się pytań bez łatwych odpowiedzi. Każdemu, kto wierzy, że literatura może być nośnikiem wiedzy, a wiedza może być literacko porywająca. Każdemu, kto czuje, że coś w relacji między człowiekiem a zwierzęciem wymaga dziś nowego spojrzenia — spojrzenia, które nie ucieka ani w sentymentalizm, ani w cynizm. Autor daje nam to spojrzenie. I za to — jako czytelnik, jako nauczyciel, jako ktoś, kto od lat próbuje zrozumieć, co to znaczy być człowiekiem wśród innych istot — jestem głęboko wdzięczny.

Niech ta książka trafi do wielu rąk. I niech w każdym, kto ją przeczyta, pozostawi ślad taki, jaki pozostawiła we mnie — ślad, który nie pozwala spać spokojnie, ale który sprawia, że budzimy się bardziej przytomni, bardziej obecni, bardziej ludzcy. A może — paradoksalnie — także bardziej zwierzęcy. I to w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Rozdział 1: Koń

Czyli o tym, jak dwunastu ludzi dobrej woli zaprzęgnięto do pługa, nakarmiono sianem i złożono do snu na słomie, a wszystko to w imię nauki


Koń domowy (Equus caballus) towarzyszy człowiekowi od jakichś pięciu i pół tysiąca lat, czyli mniej więcej od czasu, gdy na stepach dzisiejszego Kazachstanu ktoś wyjątkowo odważny lub wyjątkowo głupi postanowił wsiąść na grzbiet zwierzęcia ważącego pół tony i obdarzonego kopytami zdolnymi zmiażdżyć ludzką czaszkę niczym dojrzałego arbuza. Od tamtej pory koń ciągnął nasze wozy, orał nasze pola, nosił nas na swoim grzbiecie przez bitwy i imperia, przez szlaki handlowe i drogi ucieczki. Budowaliśmy mu pomniki, nadawaliśmy imiona, włączaliśmy do heraldyki i mitologii. Alexander Wielki miał Bucefała, Don Kichot miał Rosynanta, a moja babcia miała klacz imieniem Kaszka, która podobno potrafiła otworzyć zębami bramę stodoły i systematycznie kradła jabłka z sąsiedniego sadu. A mimo to, po pięciu i pół tysiącleciach najintymniejszego ze związków międzygatunkowych, wciąż nie mamy pewności, co koń naprawdę czuje.

Czy koń pociągowy, który przez dwanaście godzin ciągnie pług pod palącym słońcem, doświadcza czegoś, co moglibyśmy nazwać cierpieniem w ludzkim znaczeniu tego słowa? Czy raczej jego percepcja wysiłku jest fundamentalnie inna od naszej — może bardziej rozproszona, może mniej nasycona narracją o niesprawiedliwości losu? Czy koń w stajni czuje się bezpiecznie, czy uwięziony? Czy przeżuwa siano z przyjemnością porównywalną do tej, jaką my odczuwamy, jedząc dobrą kolację, czy może jest to czynność tak zautomatyzowana, że nie generuje żadnego subiektywnego doznania smakowego?

Te pytania, które mogą brzmieć jak akademicka zabawa, stały się w ostatnich latach przedmiotem poważnych badań naukowych. I właśnie one doprowadziły do powstania jednego z najbardziej niezwykłych — i, powiedzmy sobie szczerze, najbardziej szalonych — projektów badawczych w historii psychologii porównawczej.


Projekt „Animalia Cognita” narodził się przy kawie w kafeterii Uniwersytetu w Zurychu w 2019 roku, choć jego twórcy upierają się, że pili herbatę. Dr Ingrid Schäfer, neuropsycholog o reputacji równie solidnej co jej szwajcarski akcent, siedziała naprzeciwko dr. Tomása Herrera Ruiza, meksykańskiego etologa, który spędził dekadę na obserwacji zachowań naczelnych w lasach deszczowych Chiapas, oraz dr Anny Kowalskiej-Brennan, polsko-irlandzkiej specjalistki od kognitywistyki porównawczej, która miała za sobą głośną publikację w „Nature” na temat empatii u krukowatych. Trójka naukowców dyskutowała o odwiecznym problemie nauk o zachowaniu zwierząt: o tak zwanej „luce epistemicznej”, czyli przepaści między tym, co obserwujemy z zewnątrz, a tym, co zwierzę przeżywa od wewnątrz.

„Problem polega na tym”, powiedziała mi dr Schäfer podczas naszej pierwszej rozmowy telefonicznej, „że możemy mierzyć poziom kortyzolu u konia, możemy badać aktywność jego układu nerwowego, możemy analizować jego zachowanie z precyzją do ułamka sekundy. Ale to wszystko daje nam obraz z pozycji trzeciej osoby. A my chcieliśmy czegoś, co choćby w przybliżeniu da nam wgląd pierwszoosobowy. Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę, że człowiek nigdy nie będzie koniem. Ale pomyśleliśmy: a gdyby tak wystawić ludzi na te same warunki fizyczne, w jakich żyją konie, i potem bardzo uważnie wysłuchać, co mają do powiedzenia? Nie jako konie, bo nimi nie są, ale jako istoty, które doświadczyły czegoś analogicznego?”

Dr Herrera Ruiz ujął to prościej: „Chcieliśmy wiedzieć, co się stanie z ludzkim umysłem, kiedy go wsadzisz do końskiego życia.”

Pomysł był prowokacyjny, ale miał solidne podstawy teoretyczne. Opierał się na koncepcji „ucieleśnionego poznania” (embodied cognition), zgodnie z którą nasze stany psychiczne nie są abstrakcyjnymi operacjami umysłu, lecz wyrastają z fizycznego ciała i jego interakcji ze środowiskiem. Jeśli zmienisz ciału warunki — jeśli każesz mu pracować jak koń, spać jak koń, jeść jak koń — zmienisz też w pewnym stopniu umysł, który w tym ciele rezyduje. Nie zamienisz człowieka w konia, ale być może zbliżysz ludzkie doświadczenie wystarczająco blisko do końskiego, by wyciągnąć pewne ostrożne wnioski.

Komisja etyczna Uniwersytetu w Zurychu potrzebowała czternastu miesięcy, dwóch dodatkowych posiedzeń i jednego bardzo długiego listu wyjaśniającego, zanim zatwierdziła protokół badawczy. „Myślę, że najbardziej oburzył ich punkt o sianie”, przyznała dr Kowalska-Brennan z ledwo skrywanym uśmiechem. „Musieliśmy dostarczyć ekspertyzę dietetyczną potwierdzającą, że krótkoterminowe spożywanie siana i owsa nie stanowi zagrożenia dla ludzkiego zdrowia. To był moment, w którym zdałam sobie sprawę, że naprawdę to robimy.”


Nabór ochotników odbył się wiosną 2022 roku. Ogłoszenie, opublikowane w kilku językach na portalach akademickich i w mediach społecznościowych, brzmiało mniej więcej tak: „Międzynarodowy zespół naukowy poszukuje zdrowych ochotników (18–55 lat) do udziału w tygodniowym eksperymencie dotyczącym psychologii porównawczej. Uczestnicy będą żyli w warunkach zbliżonych do warunków bytowania koni roboczych, włącznie z pracą fizyczną, dietą i warunkami noclegowymi. Wynagrodzenie: 3000 euro plus pełne badania lekarskie przed i po eksperymencie.”

Zgłosiło się sto czterdzieści siedem osób. Po wstępnej selekcji medycznej i psychologicznej, obejmującej między innymi testy wytrzymałości fizycznej, ocenę stabilności emocjonalnej i — co fascynujące — kwestionariusz mierzący „otwartość na doświadczenie” w modelu Wielkiej Piątki, wybrano dwunastu uczestników. Sześć kobiet i sześciu mężczyzn, w wieku od dwudziestu trzech do pięćdziesięciu dwóch lat, reprezentujących siedem narodowości i zawody od studenta fizjoterapii po emerytowaną nauczycielkę.

Poznałem ich wszystkich, choć z oczywistych względów posługuję się tutaj pseudonimami. Byli wśród nich: Marcus, trzydziestodwuletni stolarz z Hamburga, który zgłosił się „z czystej ciekawości i dlatego, że żona powiedziała, że nie dam rady”; Elena, czterdziestodwuletnia trenerka fitness z Barcelony, jedyna uczestniczka z doświadczeniem jeździeckim; Piotr, dwudziestoośmioletni doktorant socjologii z Krakowa, który traktował eksperyment jako „autoetnografię somatyczną” i prowadził w tajemnicy (za zgodą badaczy, należy dodać) szczegółowy dziennik; Amara, trzydziestosześcioletnia pielęgniarka z Nairobi, która wyjaśniła swoją motywację jednym zdaniem: „Mój dziadek orał pole z wołami. Chciałam zrozumieć, jak to jest być po drugiej stronie jarzma”; oraz ósemka innych, równie interesujących postaci, których historie będą się przewijać przez ten rozdział jak końska grzywa na wietrze — metafora, za którą z góry przepraszam.


Eksperyment przeprowadzono na farmie doświadczalnej w kantonie Berno, otoczonej łagodnymi wzgórzami i pastwiskami, na których pasło się stado jedenastu koni zimnokrwistych — potężnych, spokojnych zwierząt rasy franche-montagne, tradycyjnie używanych w Szwajcarii do pracy w polu i w lesie. Farma była wyposażona w stajnię na dwadzieścia cztery stanowiska, z których dwanaście zajmowały konie, a dwanaście przeznaczono dla ludzkich uczestników. Pomiędzy stanowiskami nie było ścianek działowych — ludzie i konie spali obok siebie, oddzieleni jedynie niskimi drewnianymi przegrodami, pozwalającymi na wzajemny kontakt wzrokowy, słuchowy i, jak się okazało, węchowy.

„Zapach stajni w pierwszą noc był tak intensywny, że myślałem, iż zwymiotuję”, relacjonował Piotr w swoim dzienniku. „W trzecią noc przestałem go zauważać. W piątą noc, kiedy wyszedłem do latryny i stałem przez chwilę na dworze, świeże powietrze wydało mi się dziwnie jałowe, jakby czegoś w nim brakowało.”

Ale zanim dotrzemy do nocy, musimy porozmawiać o dniach. Bo to w ciągu dnia rozgrywała się istota eksperymentu.

Każdego ranka, o piątej trzydzieści — godzinie, o której konie robocze tradycyjnie rozpoczynają dzień — budzono uczestników dźwiękiem dzwonka. Po porannym posiłku, składającym się z owsa namoczonego w wodzie, siana lucerny i marchwi (dieta opracowana we współpracy z dr. Felixem Grünwaldem, gastroenterologiem z Berno, który zapewnił, że „przy odpowiednim nawodnieniu i suplementacji witaminowej tydzień na takiej diecie jest mniej szkodliwy, niż tydzień na typowej amerykańskiej diecie fastfoodowej”), uczestnicy przechodzili do głównego punktu programu: orki.

Specjalnie skonstruowane uprzęże, zaprojektowane przez inżyniera biomechanika i siodlarza, pozwalały uczestnikom ciągnąć lekkie, jednosieczne pługi po wyznaczonym polu o powierzchni dwóch hektarów. Uprzęże składały się z szelek barkowych, pasa piersiowego, skórzanych pasów biegnących wzdłuż boków ciała i zakończonych postronkami przypiętymi do dyszla pługa. Uczestnicy pracowali na czworakach — co było oczywiście fizycznie niemożliwe do utrzymania przez dwanaście godzin, więc protokół pozwalał na naprzemienne okresy ciągnięcia w pozycji wyprostowanej (z uprzężą na barkach) i w pozycji pochylonej (z uprzężą na piersi i biodrach). Co godzinę przewidziano dziesięciominutową przerwę na wodę. Co trzy godziny — przerwę trzydziestominutową na sianoposiłek.

Chcę być tutaj absolutnie precyzyjny: pługi były znacznie lżejsze od tych ciągniętych przez prawdziwe konie. Były obciążone tak, by wymagały od człowieka wysiłku porównywalnego, proporcjonalnie do masy ciała, z wysiłkiem konia ciągnącego standardowy pług. Dr Herrera Ruiz tłumaczył to tak: „Koń waży sześć, siedem razy więcej niż człowiek, więc pług dla naszych uczestników był odpowiednio lżejszy. Chodziło o to, by odczuwali porównywalny poziom obciążenia fizjologicznego, nie o to, by ich zabić.” Niemniej wysiłek był ogromny. Uczestnicy pracowali dwanaście godzin dziennie, od szóstej rano do szóstej wieczorem, z przerwami. Przez siedem dni.


Pierwszy dzień był, jak to ujęła Elena, „brutalnym przebudzeniem”. I to dosłownie.

„Budzik o piątej trzydzieści — to jeszcze bym przeżyła, wstaję wcześnie. Ale ten owies… Boże, ten owies”, opowiadała mi podczas naszej rozmowy, cztery miesiące po eksperymencie. „Wiesz, ja jestem trenerką fitness, jem różne dziwne rzeczy, proteinowe koktajle o smaku, którego nikt przy zdrowych zmysłach by nie wypił. Ale mokry, surowy owies o piątej czterdzieści pięć rano to jest inna kategoria egzystencjalna. Ma taką konsystencję… jak mokry karton zmieszany z trawą. Siano lucerny jest lepsze, niż myślisz — ma słodkawy smak, trochę jak herbata ziołowa, ale musisz je żuć bardzo, bardzo długo. Marchew była wybawieniem. Marchew była gwiazdą każdego posiłku. Rozumiem teraz, dlaczego konie kochają marchew.”

Piotr, socjolog-autoetnograf, poświęcił diecie trzy strony swojego dziennika. Jego obserwacje są fascynujące z tego względu, że od trzeciego dnia zaczął dostrzegać zmianę w swoim stosunku do jedzenia. „Przestałem myśleć o jedzeniu jako o przyjemności i zacząłem myśleć o nim jako o paliwie. To nie jest metafora — to dosłowna zmiana percepcji. Kiedy po trzech godzinach ciągnięcia pługa dostajesz naręcz siana, nie oceniasz go estetycznie. Nie zastanawiasz się nad smakiem. Jesz, bo twoje ciało krzyczy o kalorie. I właśnie wtedy pomyślałem: a może koń roboczy też tak ma? Może koń nie „lubi” albo „nie lubi” siana. Może koń po prostu JE, i cała ludzka aparatura oceny smakowej jest czymś, co nakładamy na zwierzęce doświadczenie, bo nie potrafimy sobie wyobrazić jedzenia bez opinii.”

Ta obserwacja, nawiasem mówiąc, koresponduje z tym, co wiemy o neurologii koni. Konie mają znacznie mniej kubków smakowych niż ludzie — około dwudziestu pięciu tysięcy w porównaniu z naszymi dziesięcioma tysiącami (choć, co ciekawe, wciąż więcej niż psy, które mają ich zaledwie tysiąc siedemset). Sugerowałoby to, że percepcja smaku u koni jest bogatszą paletą niż u psów, ale uboższą niż u ludzi. Co to jednak dokładnie oznacza w kategoriach subiektywnego doświadczenia — tego nie wie nikt. I być może nie dowiemy się nigdy, co jest jedną z najbardziej frustrujących i jednocześnie najpiękniejszych prawd o świecie.


Ale przejdźmy do sedna, czyli do pracy. Do orki. Do dwunastu godzin ciągnięcia pługa pod szwajcarskim niebem, które w pierwszych dniach eksperymentu było bezlitośnie błękitne i upalne, a w ostatnich — równie bezlitośnie szare i deszczowe.

Marcus, stolarz z Hamburga, człowiek o przedramionach jak uda przeciętnej osoby i doświadczeniu w ciężkiej pracy fizycznej, powiedział mi coś, co utkwiło mi w pamięci jak drzazga w palcu:

„Pierwsze dwie godziny są okropne. Trzecia i czwarta godzina są gorsze. Piąta godzina jest nie do zniesienia. A potem — i to jest ta dziwna część — szósta godzina jest lepsza niż piąta. I siódma jest lepsza niż szósta. I od mniej więcej ósmej godziny wchodzisz w taki stan… nie wiem, jak to nazwać… taki stan bezmyślności? Nie, to złe słowo. Raczej… stan bycia samym ruchem. Nie myślisz o tym, że ciągniesz. Nie myślisz o tym, że boli. Nie myślisz w ogóle. Po prostu ciągniesz. I wtedy, przysięgam ci, przez chwilę wydaje ci się, że rozumiesz, jak to jest być koniem.”

Kiedy relacjonowałem tę wypowiedź dr Schäfer, pokiwała głową z wyraźnym zadowoleniem. „To jest dokładnie to, co przewidywaliśmy na podstawie badań nad stanami przepływu — flow states — i nad tak zwaną transmarginalnąhabituacją. Kiedy organizm jest poddawany długotrwałemu, monotonnemu wysiłkowi, po pewnym czasie korowa aktywność mózgu się zmienia. Aktywność kory przedczołowej — odpowiedzialnej za planowanie, refleksję, wewnętrzny monolog — spada. Zwiększa się aktywność struktur podkorowych. Człowiek zaczyna funkcjonować w trybie, który można by niefachowo nazwać „automatycznym”, a fachowo — dominacją przetwarzania podkorowego nad korowym. I to jest interesujące, bo konie — i w ogóle większość zwierząt pozaprymatycznych — mają proporcjonalnie mniejszą korę przedczołową niż ludzie. Więc można spekulować — ostrożnie, bardzo ostrożnie — że ten stan, którego doświadcza Marcus po ósmej godzinie orki, jest pod pewnymi względami zbliżony do normalnego trybu funkcjonowania końskiego mózgu.”

Ostrożnie. Bardzo ostrożnie. Te zastrzeżenia powtarzały się w moich rozmowach z naukowcami jak refren. I słusznie. Bo analogia ma swoje granice, i dr Herrera Ruiz był pierwszym, który je wskazywał. „Człowiek, który ciągnie pług przez osiem godzin i wpada w trans, nie staje się koniem. On staje się zmęczonym człowiekiem w transie. Ale pewne elementy tego doświadczenia — redukcja wewnętrznego monologu, dominacja sensoryki nad refleksją, zakotwiczenie w teraźniejszości — te elementy mogą mieć coś wspólnego ze zwierzęcym doświadczeniem. To jest nasza hipoteza. Nie twierdzenie, hipoteza.”


Noce w stajni stanowiły osobny rozdział — zarówno dosłownie (w raporcie końcowym zajmują czterdzieści stron), jak i metaforycznie. Uczestnicy spali na grubych warstwach słomy, przykryci jedynie końskimi derkami — prostokątnymi narzutami, które zakłada się koniom na grzbiet dla ochrony przed chłodem. Obok nich, w sąsiednich stanowiskach, stały i spały prawdziwe konie.

Tu powinienem wyjaśnić, że konie śpią inaczej niż ludzie — i to w sposób, który dla ludzkich uczestników okazał się jednym z najbardziej zaskakujących elementów eksperymentu. Dorosły koń śpi średnio od dwóch i pół do trzech godzin na dobę, z czego jedynie trzydzieści do sześćdziesięciu minut spędza leżąc (faza REM wymaga u koni pozycji leżącej, co jest o tyle problematyczne, że leżące zbyt długo konie mogą doświadczyć zaburzeń krążenia spowodowanych własną masą ciała). Przez resztę czasu koń pozostaje w pozycji stojącej, drzemiąc dzięki unikalnemu mechanizmowi zwanemu „aparatem podporowym” (stay apparatus) — systemowi ścięgien i więzadeł, który pozwala zablokować stawy kończyn i stać bez wysiłku mięśniowego. Ewolucyjny sens tego rozwiązania jest prosty: koń, który leży, jest koniem łatwym do zjedzenia.

Uczestnicy eksperymentu nie mieli, rzecz jasna, końskiego aparatu podporowego, więc spali leżąc. Ale stajnia nie pozwalała im spać po ludzku.

„To jest jak nocleg w fabryce”, pisał Piotr trzeciej nocy. „Konie nie śpią cicho. One sapią, parskają, tupią kopytami, trącają się, gryzą drewno przegród, piją wodę — a picie wody przez konia to jest naprawdę GŁOŚNY dźwięk. I śmierdzą. Znaczy, ja też już śmierdzę, ale one śmierdzą bardziej i inaczej. Ale najdziwniejsza rzecz jest taka: w czwartą noc obudziłem się o trzeciej w nocy i klacz z sąsiedniego boksu — ta duża, gniadosza, którą nazywam sobie w myślach Grażyną — Grażyna stała i patrzyła na mnie. I ja patrzyłem na nią. I w tym spojrzeniu było coś… nie wiem, coś jak rozpoznanie. Jakby ona wiedziała, że ja tu jestem, i akceptowała to. I poczułem się — to brzmi absurdalnie, wiem — poczułem się bezpiecznie. Bezpieczniej niż w moim mieszkaniu w Krakowie.”

Amara, pielęgniarka z Nairobi, opisała podobne doświadczenie, ale wzbogaciła je o perspektywę, której nikomu innemu w grupie nie mogło przypisać: „W Kenii, skąd pochodzę, relacja między człowiekiem a zwierzęciem roboczym jest inna niż w Europie. Europejczycy albo romantyzują zwierzęta, albo je uprzedmiotawiają. U nas — u nas jest coś pomiędzy, coś, co bym nazwała partnerstwem z hierarchią. Mój dziadek rozmawiał ze swoimi wołami. Nie w sensie dosłownym, choć tak, mówił do nich. Ale przede wszystkim rozmawiał ciałem — napięciem postronków, rytmem kroków, kierunkiem spojrzenia. I te woły odpowiadały. I tutaj, w tej stajni, zaczęłam rozumieć, o czym mój dziadek mówił, kiedy twierdził, że wół „myśli bokami”. Bo kiedy leżysz obok konia i czujesz jego ciepło, słyszysz bicie jego serca — a koń ma naprawdę wolne bicie serca, jakieś trzydzieści, czterdzieści uderzeń na minutę, moje było ze sześćdziesiąt — kiedy tego doświadczasz, zaczynasz rozumieć, że to zwierzę żyje w swoim ciele w sposób totalny. Całe jest ciałem. My, ludzie, jesteśmy głową na ciele. Koń jest ciałem z głową.”

Dr Kowalska-Brennan, kiedy usłyszała tę wypowiedź po raz pierwszy, odłożyła długopis i powiedziała: „To jest najlepsza definicja końskiej fenomenologii, jaką kiedykolwiek słyszałam, i pochodziła od pielęgniarki z Nairobi, a nie od profesora filozofii z Oxfordu. To chyba coś mówi o ograniczeniach naszej dyscypliny.”


Czwarty dzień eksperymentu — środowy — okazał się punktem zwrotnym. W raportach badawczych figuruje jako „dzień kryzysu”. Trzech uczestników — w tym Marcus, który do tej pory wykazywał się nadludzką wręcz wytrzymałością — doświadczyło tego, co zespół medyczny zakwalifikował jako „ostre załamanie psychofizyczne”. Marcus płakał. Nie dyskretnie, nie cicho — płakał głośno, rykiem, klęcząc w uprzęży na zaoranym polu, z twarzą brudną od ziemi i łez.

„Nie potrafiłem powiedzieć, dlaczego płaczę”, opowiadał mi później, już spokojny, z dystansem, jaki dają cztery miesiące i trzy wizyty u terapeuty. „To nie był konkretny ból. Bolało mnie wszystko — plecy, ramiona, kolana, dłonie, kark — ale to nie ból był powodem. To było coś innego. Jakby… jakby nagle zdałem sobie sprawę z tego, co to oznacza — być zaprzężonym. Być narzędziem. Przez trzy dni byłem w trybie przetrwania, nie myślałem, po prostu ciągnąłem. A w czwarty dzień myślenie wróciło i myślenie powiedziało mi: ty ciągniesz pług. Jesteś zaprzęgnięty. Nie masz wyboru. I wiem, wiem, że miałem wybór — mogłem zrezygnować w każdej chwili, nikt mnie nie zmuszał. Ale w tamtym momencie ta wiedza nie pomagała. Bo moje ciało nie miało wyboru. Moje ciało było w uprzęży. I to ciało płakało.”

Ten fragment wymaga kontekstu naukowego. Dr Schäfer wyjaśniła mi, że reakcja Marcusa — i dwóch pozostałych uczestników, którzy doświadczyli podobnych epizodów — wpisuje się w dobrze opisany fenomen znany w psychologii stresu jako „przełamanie dysocjacji” (dissociation breakdown). W warunkach ekstremalnego, powtarzalnego wysiłku fizycznego umysł często stosuje strategię dysocjacyjną — odcina się od ciała, przestaje rejestrować ból i zmęczenie, wchodzi w tryb „automatycznego pilota”. To ten sam mechanizm, który pozwala żołnierzom funkcjonować w walce lub maratończykom biec po trzydziestym kilometrze. Ale dysocjacja nie jest stanem stabilnym. Po pewnym czasie — u różnych osób po różnym czasie — bariera pęka i tłumione doświadczenia wracają z pełną siłą. Jak tama, która puszcza.

„I to jest niezwykle ważne”, podkreślała dr Schäfer z naciskiem, którego nie sposób oddać na piśmie, „bo to stawia pytanie: czy konie doświadczają czegoś analogicznego? Czy koń roboczy też stosuje dysocjację? I jeśli tak — czy kiedykolwiek doświadcza jej przełamania? Wiemy, że konie mogą wykazywać zachowania stereotypowe — kiwanie się, gryzienie żłobu, tkanie — które interpretujemy jako objawy chronicznego stresu. Ale czy za tymi zachowaniami kryje się coś w rodzaju końskiego „płaczu Marcusa”? Tego nie wiemy. I być może właśnie to jest najważniejszy wniosek z naszego eksperymentu: nie odpowiedź, lecz pogłębione pytanie.”


Piąty, szósty i siódmy dzień eksperymentu przyniosły coś, czego zespół badawczy nie przewidział i co stało się przedmiotem osobnej publikacji w „Journal of Comparative Psychology” — artykułu, który wzbudził falę dyskusji, kilka entuzjastycznych recenzji i jedną szczególnie zjadliwą polemikę profesora z Cambridge, ale o tym za chwilę.

Otóż pod koniec tygodnia, kiedy ciała uczestników były już tak zmęczone, że każdy ruch wymagał świadomego wysiłku woli, a jednocześnie tak przyzwyczajone do rutyny, że wykonywały ją niemal mechanicznie, kilkoro uczestników zaczęło spontanicznie nawiązywać fizyczny kontakt z końmi w stajni. Nie chodziło o głaskanie czy przytulanie — gesty, które byłyby typowo ludzkie i intencjonalne. Chodziło o coś bardziej subtelnego. Uczestnicy zaczęli opierać się o konie. Stać obok nich, ramię przy boku, oddychając w tym samym rytmie. Dotykać ich boków otwartą dłonią i po prostu tak trwać.

Elena, trenerka fitness, która jako jedyna miała doświadczenie jeździeckie, powiedziała, że to, co zaobserwowała u swoich współuczestników, było czymś, co jeźdźcy nazywają feel — tym nieuchwytnym, cielesnym porozumieniem między człowiekiem a koniem, którego nie da się nauczyć z podręcznika. „Ale jest różnica”, dodała. „Jako jeźdźczyni szukam feel, żeby lepiej jeździć. Tutaj ludzie szukali feel, żeby… nie wiem, żeby mniej cierpieć? Żeby poczuć, że nie są sami w tym cierpieniu?”

A konie? Jak reagowały konie?

Dr Herrera Ruiz, etolog, spędził cały tydzień na obserwacji zachowań końskiej jedenastki, kodując każdy ruch, każde parsknięcie, każde ułożenie uszu według systemu etogramu, który opracował specjalnie na potrzeby eksperymentu. Jego obserwacje były jednoznaczne: konie wykazywały wyraźną zmianę zachowania w odpowiedzi na obecność ludzi w stajni. W pierwszych dwóch dniach były niespokojne — częstsze parsknięcia, cofnięte uszy, więcej ruchów głową. Od trzeciego dnia zaczęły się uspokajać. Od piątego dnia trzy konie zaczęły aktywnie poszukiwać kontaktu z ludzkimi sąsiadami — wyciągały szyje ponad przegrodami, trącały nosem, stały odwrócone bokiem, by maksymalizować powierzchnię kontaktu.

„Konie są zwierzętami stadnymi”, wyjaśniał dr Herrera Ruiz. „Ich układ nerwowy jest ewolucyjnie zaprojektowany do koregulacji — do synchronizacji stanów fizjologicznych z innymi członkami stada. Tętno, oddech, napięcie mięśniowe — wszystko to u koni podlega wzajemnej regulacji społecznej. I to, co zaobserwowaliśmy w piątym, szóstym i siódmym dniu, wyglądało jak włączenie ludzkich uczestników do końskiego systemu koregulacji. Konie zaczęły traktować ludzi nie jako zagrożenie, nie jako element obojętny, ale jako — i tu muszę być bardzo ostrożny w doborze słów — jako członków stada.”

Profesor Richard Hallsworth z Cambridge, w swojej polemice opublikowanej w tym samym numerze „Journal of Comparative Psychology”, nazwał ten wniosek „antropomorficzną fantazją wynikającą z niereprezentatywnej próby i emocjonalnego zaangażowania badaczy”. Dr Kowalska-Brennan odpowiedziała mu z uprzejmością, pod którą wyczuwało się temperaturę białego żaru: „Profesor Hallsworth ma oczywiście rację, że nasza próba jest mała, a nasze wnioski prowizoryczne. Ale zarzut antropomorfizmu jest w tym kontekście osobliwy, bo celem naszego eksperymentu nie było przypisywanie koniom ludzkich cech, lecz zbadanie, co dzieje się z ludźmi w końskich warunkach. To, że wyniki okazały się ciekawsze, niż profesor Hallsworth by sobie życzył, nie jest argumentem metodologicznym.”


Siódmego dnia, ostatniego dnia eksperymentu, uczestnicy po raz ostatni założyli uprzęże i po raz ostatni wyszli na pole. Był to piątek, szesnasty czerwca 2022 roku. Padał drobny deszcz. Ziemia była miękka i ciężka. Pługi szły trudniej niż zwykle.

O szóstej wieczorem, kiedy zabrzmiał dzwonek oznaczający koniec pracy, stało się coś, czego żadna kamera — a było ich osiem, rozmieszczonych na polu i w stajni — nie zarejestrowała w sposób oddający pełnię momentu. Dwunastu ludzi zdjęło uprzęże, położyło je na ziemi i stało w deszczu, nie ruszając się, przez prawie trzy minuty. Nikt nie mówił. Nikt nie krzyczał z radości, nie przybijał piątek, nie biegł pod prysznic. Stali.

„Nie chciałam zdejmować uprzęży”, powiedziała mi Amara, i w jej głosie było coś, co rozpoznaję jako autentyczne zdumienie nawet po miesiącach od tamtej rozmowy. „To brzmi szalenie, prawda? Przez tydzień marzyłam, żeby ją zdjąć, żeby to się skończyło, żeby zjeść normalne jedzenie i spać w normalnym łóżku. A kiedy przyszedł ten moment, poczułam… pustkę. Jakby moje ciało nie wiedziało, co z sobą zrobić bez tego ciężaru. Przez tydzień byłam czymś — byłam ciągnącą. A teraz nie byłam niczym. I pomyślałam: Boże, a co czuje koń, którego wyprzęgają po raz ostatni? Koń, który orał całe życie i nagle jest stary i niepotrzebny? Czy czuje taką samą pustkę?”

Na to pytanie nauka nie ma odpowiedzi. Ale samo pytanie — zadane przez kobietę w brudnej koszulce, stojącą boso w błocie szwajcarskiego pola, z odciskami uprzęży na ramionach i łzami na policzkach — jest, moim zdaniem, warte więcej niż niejedna odpowiedź.


Sesje debriefingowe, czyli wywiady z uczestnikami przeprowadzone w ciągu trzech dni po zakończeniu eksperymentu, trwały łącznie czterdzieści siedem godzin i wygenerowały ponad czterysta stron transkrypcji. Pełna analiza tych materiałów zajęła zespołowi osiem miesięcy i zaowocowała trzema publikacjami naukowymi. Nie jestem w stanie streścić ich w jednym rozdziale — ale mogę wskazać trzy wnioski, które uważam za najważniejsze i które najczęściej pojawiały się w relacjach uczestników.

Po pierwsze: monotonia. Wszyscy dwunastu uczestników, bez wyjątku, wskazali monotonię jako dominujące doświadczenie tygodnia. Nie ból, nie głód, nie niewygodę — monotonię. Powtarzalność tego samego ruchu, tego samego widoku, tego samego smaku, tej samej drogi od stajni do pola i z powrotem. Elena powiedziała: „Gdybym miała jednym słowem opisać życie konia roboczego, powiedziałabym: powtórzenie. Nieskończone, nieubłagane powtórzenie.” Dr Schäfer skomentowała to tak: „To jest coś, o czym w dyskusjach o dobrostanie zwierząt mówi się za mało. Dużo dyskutujemy o bólu, o głodzie, o strachu. Ale monotonia — chroniczna, nieprzerywana monotonia — to może być forma cierpienia, której nie potrafimy zmierzyć, bo nie zostawia śladów w ciele. Zostawia ślady w umyśle. I pytanie, czy koń jest zdolny do cierpienia z powodu monotonii, jest pytaniem otwartym, ale nasi uczestnicy dali nam powody, by je traktować poważnie.”

Po drugie: ciało jako wiedza. Kilkoro uczestników — zwłaszcza Piotr, Amara i, zaskakująco, Marcus, stolarz, który nie miał żadnego tła akademickiego — mówiło o doświadczeniu, które Piotr nazwał „somatyczną epistemologią”, a Marcus, prościej, „mądrością mięśni”. Chodziło o odkrycie, że ich ciała wiedzą rzeczy, których ich umysły nie wiedzą. Że ramiona wiedzą, kiedy skręcić. Że stopy wiedzą, jak trafić w bruzdę. Że plecy wiedzą, jak rozłożyć ciężar. Bez myślenia. Bez decyzji. „I wtedy zrozumiałem”, powiedział Marcus, „dlaczego stary koń orze lepiej niż młody. To nie jest kwestia siły. To jest kwestia tego, że jego ciało pamięta każdą bruzdę, jaką w życiu wyorał. Jego ciało jest mapą pól.”

Po trzecie — i to jest wniosek, który osobiście uważam za najgłębszy, choć zarazem najtrudniejszy do wyjaśnienia w kategoriach naukowych — kilkoro uczestników mówiło o doświadczeniu, które można by opisać jako „utratę tożsamości narracyjnej”. W normalnym życiu, tłumaczył Piotr, mamy historię. Jesteśmy kimś, zmierzamy dokądś, nasze działania mają sens wpisany w narrację. „Ale po trzech dniach ciągnięcia pługa nie masz historii. Nie jesteś nikim. Nie zmierzasz donikąd. Jesteś ruchem, który trwa. I to jest przerażające i wyzwalające jednocześnie. Przerażające, bo czujesz, że tracisz siebie. Wyzwalające, bo „siebie”, którego tracisz, i tak było iluzją. Konstruktem korowym, jak powiedziałaby dr Schäfer.” Spojrzał na mnie i dodał: „Myślę, że koń nie ma takiej iluzji. I myślę, że to nie jest brak. To jest wolność od brzemienia, którego koń nigdy nie musiał nosić.”


Kończąc ten rozdział, chcę wrócić do stajni. Do szóstej nocy, piątkowej, przedostatniej. Kiedy kamery na podczerwień zarejestrowały scenę, którą dr Herrera Ruiz opisał jako „najbardziej niezwykłą rzecz, jaką widziałem w trzydziestu latach pracy ze zwierzętami.”

O drugiej trzynaście w nocy klacz o hodowlanym numerze CH-749, ta sama, którą Piotr nazywał Grażyną, opuściła się na kolana, a potem położyła na boku w swoim stanowisku. Konie robią to rzadko i na krótko — jak wspominałem, pozycja leżąca jest ryzykowna dla zwierzęcia o takiej masie ciała. Grażyna leżała. Po drugiej stronie niskiej przegrody leżał Piotr, odwrócony do niej plecami. Kamera zarejestrowała, jak oddech konia i oddech człowieka stopniowo się synchronizują. Dwanaście oddechów na minutę. Potem dziesięć. Potem osiem. Klacz wyciągnęła szyję i oparła głowę — tę wielką, ciężką, piękną głowę — na drewnianej przegrodzie, kilkanaście centymetrów od karku śpiącego mężczyzny. I tak leżeli przez dwadzieścia trzy minuty, oddychając razem w ciemności szwajcarskiej stajni, człowiek i koń, dwoje zmęczonych zwierząt, które na chwilę znalazły w sobie nawzajem to, czego szukały: obecność.

Piotr nie wiedział o tym aż do momentu, gdy pokazano mu nagranie. Kiedy je zobaczył, nie powiedział nic przez długą chwilę. A potem powiedział jedno zdanie, które — jak sądzę — równie dobrze mogłoby być mottem całego projektu „Animalia Cognita”:

„Więc jednak nie byłem sam.”

Rozdział 2: Wilk

Czyli o tym, jak dwunastu cywilizowanych ludzi wysłano na fińską tundrę i kazano im żyć w watahach, jeść surową dziczyzną i spać przy minus piętnastu, a oni zamiast zbuntować się przeciwko naukowcom, zbuntowali się przeciwko sobie nawzajem


Thomas Hobbes napisał kiedyś, że życie w stanie natury jest „samotne, biedne, paskudne, brutalne i krótkie”. Hobbes nigdy nie widział wilka. Gdyby widział — gdyby naprawdę poobserwował watahę Canis lupus przez kilka tygodni, nie przez lunetę filozoficznej spekulacji, lecz gołym okiem, z bliska, z ryzykiem odmrożenia nosa i utraty złudzeń — musiałby przyznać, że pomylił się co do co najmniej trzech z pięciu przymiotników. Życie wilka jest bowiem wiele rzeczy, ale samotne nie jest prawie nigdy, biedne bywa tylko zimą, a krótkie — cóż, to zależy od tego, czy mamy na myśli krótkie w porównaniu z czym. Paskudne i brutalne? Tu Hobbes miałby pewne argumenty. Ale nawet paskudztwo i brutalność wilczego życia mają w sobie porządek, logikę i — ośmielę się napisać — elegancję, których angielski filozof nie był w stanie sobie wyobrazić, siedząc w swoim gabinecie i dedukując naturę z przesłanek.

Wilk fascynuje ludzkość od zarania dziejów, i to fascynacją podszytą strachem tak głębokim, że wniknął w struktury naszych bajek, przysłów i koszmarów sennych. Czerwony Kapturek. Wilkołak. Wilk w owczej skórze. Wilk stepowy Hermanna Hessego. W samej tylko tradycji europejskiej wilk występuje w kilkuset idiomach i frazeologizmach, niemal zawsze jako wcielenie tego, co dzikie, okrutne, nieprzewidywalne i wrogie. A jednocześnie — i tu paradoks staje się wręcz komicznie oczywisty — to właśnie wilk, Canis lupus, jest przodkiem stworzenia, które śpi w naszych łóżkach, liże nas po twarzy i przynosi nam piłeczkę. Pies domowy, Canis lupus familiaris, jest udomowionym wilkiem. Każdy labrador, każdy chihuahua, każdy mops o oczach tak wybałuszonych, że budzi wątpliwości co do miłosierdzia hodowców — wszyscy oni noszą w sobie wilczy genom, wilczą architekturę mózgu i, jak twierdzą niektórzy etolodzy, resztki wilczej duszy, cokolwiek by to miało znaczyć.

Kiedy zespół „Animalia Cognita” ogłosił, że drugi eksperyment w cyklu będzie dotyczył wilków, reakcje były przewidywalne i rozłożyły się dokładnie według linii, jakich można było oczekiwać. Obrońcy praw zwierząt zaprotestowali (przedwcześnie, jak się okazało, bo protokół był zatwierdzony przez trzy niezależne komisje etyczne). Media tabloidowe odtrąbiły nagłówki w stylu „Szaleni naukowcy każą ludziom żyć jak wilki” — co było akurat dość trafnym streszczeniem, choć brakowało niuansów. Środowisko akademickie podzieliło się na tych, którzy uważali projekt za przełomowy, i tych, którzy uważali go za kosztowną fanaberię. Profesor Hallsworth z Cambridge, nasz stary znajomy z pierwszego rozdziału, opublikował na Twitterze jednozdaniowy komentarz: „Czekam z niecierpliwością na rozdział o dżdżownicach.” Otrzymał cztery tysiące polubień.


Miejsce eksperymentu wybrano z chirurgiczną precyzją. Biologiczna stacja badawcza Kaamanen, położona trzysta dwadzieścia kilometrów na północ od Rovaniemi, w fińskiej Laponii, na szerokości geograficznej, na której w grudniu słońce nie wschodzi przez sześć tygodni, a w czerwcu nie zachodzi w ogóle. Eksperyment zaplanowano na początek marca — kompromis między arktycznym mrokiem a arktycznym światłem, pora roku, w której temperatury wahają się od minus pięciu do minus dwudziestu pięciu stopni Celsjusza w zależności od kaprysu wiatru, dzień trwa około dziesięciu godzin, a krajobraz wygląda jak czarno-biała fotografia, na której ktoś zapomniał dołożyć kolorów.

Stacja dysponowała dwudziestohektarowym ogrodzonym terenem leśno-tundrowym, na którym od 2018 roku żyła wataha sześciu wilków euroazjatyckich w ramach długoterminowego programu badawczego prowadzonego przez fiński instytut zasobów naturalnych, Luke (Luonnonvarakeskus). Wilki nie były dzikie w ścisłym sensie tego słowa — urodziły się w niewoli, przywykły do obecności ludzi w stopniu wystarczającym, by nie traktować ich automatycznie jako zagrożenia, ale zachowały pełną gamę zachowań gatunkowych, włącznie z hierarchią watahy, polowaniami kooperatywnymi (na króliki i zające, które regularnie wprowadzano na teren zagrody) oraz terytorialnością.

Watahę stanowiły: para alfa — samiec imieniem Ukko (sześćdziesiąt dwa kilogramy, siedem lat, reputacja spokojnego despoty) i samica Aino (czterdzieści osiem kilogramów, sześć lat, według opiekunów „mądrzejsza od połowy kadry naukowej stacji”); trzyletni samiec Väinö, który pełnił funkcję beta i próbował udawać, że jest alfą, gdy Ukko nie patrzył; dwuletnia samica Ilmatar, cichą i obserwująca, o której jeden z opiekunów powiedział „ona wie więcej, niż pokazuje”; oraz dwójka rocznych osobników, brat i siostra, Ahti i Mielikki, którzy zajmowali najniższą pozycję w hierarchii i demonstrowali to z taką regularnością, że stali się żywą ilustracją podręcznikowej definicji submisji.

Do tej watahy mieli dołączyć ludzie.


Dwunastu nowych ochotników wyłoniono z puli trzystu dziesięciu zgłoszeń — ponad dwukrotnie więcej niż w przypadku eksperymentu końskiego, co dr Kowalska-Brennan skomentowała z charakterystycznym dla siebie suchym humorem: „Ciągnięcie pługa nikogo nie ekscytuje. Ale powiedzcie ludziom, że mogą żyć z wilkami, a nagle wszyscy są Jack London.” Selekcja była znacznie surowsza niż poprzednio. Oprócz standardowych testów zdrowotnych i psychologicznych kandydaci musieli przejść badanie reakcji na stres termiczny (kąpiel w wodzie o temperaturze czterech stopni, pięć minut), test tolerancji pokarmowej (konsumpcja surowego mięsa jagnięcego) oraz, co najbardziej kontrowersyjne, ocenę reakcji na konfrontację ze zwierzęciem drapieżnym. Ten ostatni test polegał na wejściu do zagrody z pojedynczym dorosłym wilkiem — nie z watahy docelowej — i pozostaniu tam przez dziesięć minut bez żadnych instrukcji poza „proszę się nie ruszać gwałtownie”.

„Szukaliśmy ludzi, którzy nie zareagują ani paniką, ani brawurą”, wyjaśniał dr Herrera Ruiz. „Panikę rozumiem — wilk to duży drapieżnik, strach jest naturalny. Ale brawura jest gorsza, bo brawura w towarzystwie wilka to recepta na katastrofę. Wilk rozpoznaje fałszywy sygnał dominacji natychmiast i może na niego zareagować agresją. Szukaliśmy ludzi, którzy potrafią być spokojnie obecni. Ludzi, którzy umieją nie robić nic.”

Spośród dwunastu wybranych — ponownie sześć kobiet i sześciu mężczyzn — przedstawię tych, którzy odegrali najistotniejszą rolę w wydarzeniach nadchodzącego tygodnia.

Był Sven, czterdziestoczteroletni strażak z Göteborga, zbudowany jak niedźwiedź i obdarzony spokojem, który prawdopodobnie ocalił mu życie podczas pożaru hali magazynowej w 2019 roku (poważne oparzenia lewego ramienia, trzy miesiące rehabilitacji, powrót do służby). Sven miał doświadczenie survivalowe — spędzał urlopy na samotnych wyprawach w norweskie góry — i wyjaśnił swoją motywację zdaniem, które mogłoby figurować na plakacie rekrutacyjnym: „Chcę wiedzieć, jak wygląda świat z drugiej strony strachu.”

Była Yuki, dwudziestodziewięcioletnia japońska studentka zoologii z Uniwersytetu Hokkaido, która pisała pracę magisterską o wilkach japońskich (Canis lupus hodophilax) — gatunku wymarłym w 1905 roku, co oznaczało, że jej obiekt badań istniał wyłącznie w archiwach, kościach i legendach ludu Ainu. „Całe życie studiuję zwierzę, którego nigdy nie spotkam”, powiedziała mi z uśmiechem, w którym była równa miara radości i smutku. „To jest moja szansa, żeby choć trochę zrozumieć, co straciłam. Co straciliśmy.”

Był Daniel, trzydziestoośmioletni nauczyciel wychowania fizycznego z Manchesteru, szczupły i żylasty, o twarzy, która wyglądała, jakby była wielokrotnie złamana i wielokrotnie poskładana (boks, jak się okazało, w młodości). Daniel był najgłośniejszą osobą w grupie — nie w sensie krzyku, lecz w sensie obecności. Kiedy wchodził do pokoju, ludzie automatycznie się do niego odwracali. Ta cecha, jak się później okazało, miała dla przebiegu eksperymentu znaczenie większe, niż ktokolwiek przewidywał.

Była Katariina, pięćdziesięcioletnia fińska leśniczka z Inari, jedyna uczestniczka, dla której arktyczne warunki były codziennością, nie egzotyką. Katariina zgłosiła się, bo — jak wyjaśniła z fińską lakonicznością — „żyję obok wilków od trzydziestu lat. Pora żyć z nimi.”

I był Rashid, dwudziestopięcioletni syryjski uchodźca, który od 2016 roku mieszkał w Finlandii, pracował jako kucharz w restauracji w Tampere i mówił płynnie po fińsku z akcentem, który, jak sam twierdził, „brzmi jak wilk próbujący mówić po ludzku”. Rashid nigdy wcześniej nie widział wilka na żywo. Nigdy nie spał na mrozie. Nigdy nie jadł surowego mięsa. Zapytany, dlaczego się zgłosił, powiedział: „Bo uciekłem z Syrii, mieszkałem w obozie, spałem na ziemi, jadłem co popadnie. Ludzie myślą, że to mnie kwalifikuje. Ale ja się zgłosiłem z innego powodu. Zgłosiłem się, bo w obozie nauczyłem się jednej rzeczy: że przeżywa się tylko w grupie. I chcę sprawdzić, czy wilki wiedzą to samo.”


Warunki eksperymentu były następujące. Przez siedem dni — od poniedziałku do niedzieli, od piątego do jedenastego marca 2023 roku — uczestnicy mieli żyć na ogrodzonym terenie leśno-tundrowym, w bezpośrednim sąsiedztwie watahy wilków. Nie mieli namiotów, śpiworów (zastąpionych grubymi skórzanymi i futrzanymi pokryciami, których technologia nawiązywała do tradycji lapońskiej), sztucznych źródeł ciepła ani gotowanego jedzenia. Ich dieta składała się z surowego mięsa — głównie jagnięcego i jelenia, dostarczanego dwa razy dziennie przez zespół logistyczny — uzupełnionego śniegiem jako źródłem wody. Mieli jeść rękami, bez sztućców, siedząc lub kucając na ziemi. Mieli spać pod gołym niebem, gromadząc się w grupy dla zachowania ciepła — dokładnie tak, jak robią to wilki, które podczas snu układają się w ciasne skupiska, z młodszymi i słabszymi osobnikami w środku, a starszymi i silniejszymi na obrzeżach.

Kluczowy element protokołu stanowił całkowity zakaz mowy. Przez cały tydzień uczestnicy nie mogli komunikować się werbalnie. Mogli używać gestów, mimiki, dotyku, postawy ciała — wszystkiego, co etolodzy klasyfikują jako komunikację niewerbalną — ale nie mogli wypowiedzieć ani jednego słowa. Zakaz ten budził największe kontrowersje w komisji etycznej. Dr Schäfer argumentowała za nim tak: „Wilki nie mają języka w ludzkim sensie. Mają bogaty repertuar komunikacyjny — wokalizacje, postawa ciała, mimika, pozycja ogona, ułożenie uszu — ale nie mają składni, nie mają gramatyki, nie mają możliwości konstruowania zdań o przeszłości lub przyszłości. Jeśli chcemy choć w przybliżeniu doświadczyć wilczego trybu społecznego, musimy wyłączyć narzędzie, które fundamentalnie odróżnia naszą socjalność od wilczej: mowę.”

Komisja etyczna zgodziła się pod warunkiem, że każdy uczestnik będzie nosił przy sobie gwizdek alarmowy, którego użycie natychmiast przerywa eksperyment dla danej osoby, oraz że na terenie zagrody będzie stale obecny minimum jeden członek zespołu weterynaryjno-medycznego z bronią usypiającą na wypadek agresji ze strony wilków.

Żadna z tych zabezpieczeń nie została ostatecznie użyta. Ale były momenty, kiedy ich użycie wisiało na włosku.


Poniedziałek piątego marca, godzina ósma rano. Temperatura: minus dwanaście stopni. Wiatr: umiarkowany, północno-wschodni. Dwunastu ludzi w grubych, ciemnych ubraniach z naturalnych materiałów (żadnej syntetyki — wilki reagują na zapach sztucznych tkanin) stoi w milczeniu przy bramie zagrody. Za bramą, w odległości około stu pięćdziesięciu metrów, między niskimi brzozami pokrytymi szronem, widać dwie szare sylwetki. To Väinö i Ilmatar, wysłani — jak wyjaśnił fiński opiekun wilków, Juhani Mäkinen — na „rekonesans”. „Alfa nigdy nie wychodzi pierwszy”, powiedział Juhani z uśmiechem człowieka, który spędził dwadzieścia lat na obserwacji zwierząt i już dawno przestał się dziwić ich mądrości. „Alfa wysyła kogoś. Sprawdza. Dopiero potem decyduje.”

Brama się otworzyła. Ludzie weszli.

Pierwsza godzina upłynęła na tym, co dr Herrera Ruiz nazwał później „choreografią wzajemnej oceny”. Ludzie stali w luźnej grupie. Wilki krążyły w odległości pięćdziesięciu do stu metrów, ani nie zbliżając się, ani nie oddalając. Obserwowały. Ludzie obserwowali wilki. Wilki obserwowały ludzi obserwujących wilki. Było to doświadczenie tak intensywnie nieruchome, tak pełne napięcia ukrytego pod pozorem spokoju, że Yuki porównała je później do japońskiej ceremonii herbacianej — „każdy gest jest ważny, każdy brak gestu jest jeszcze ważniejszy”.

Pierwszego dnia wilki nie podeszły bliżej niż na trzydzieści metrów. Uczestnicy zbudowali — bez słów, posługując się wyłącznie gestykulacją i przykładem — prowizoryczne leże z gałęzi świerkowych, wyściełane mchem i suchymi liśćmi. Pracowali razem, ale bez koordynacji, jaką umożliwia język. I tu zaczęły się pojawiać pierwsze pęknięcia.

Daniel, nauczyciel z Manchesteru, instynktownie przejął rolę przywódczą. Wskazywał palcem, kiwał głową, gestykulował z energią, która w normalnych okolicznościach byłaby charyzmatyczna, ale w warunkach zakazu mowy stała się czymś innym — stała się dominacją. Sven, strażak ze Szwecji, reagował na Daniela z widocznym napięciem: barki do przodu, szczęka zaciśnięta, spojrzenie, które u wilka oznaczałoby wyzwanie. Między dwoma mężczyznami, już pierwszego dnia, zarysował się konflikt, który nie miał słów, by się wyrazić — i dlatego wyrażał się ciałem.

„To było jak oglądanie interakcji wilczych przez lustro”, powiedział mi dr Herrera Ruiz, który obserwował scenę z ukrytej kabiny na skraju zagrody. „Daniel zachowywał się jak samozwańczy alfa — robił się duży, zajmował przestrzeń, inicjował działania. Sven zachowywał się jak beta kwestionujący alfę — nie konfrontował się otwarcie, ale odmawiał sygnałów submisji. Nie odwracał wzroku, nie obniżał postawy, nie robił się mniejszy. W watasze wilków taki układ prowadzi do jednego z dwóch scenariuszy: albo beta ustępuje, albo dochodzi do konfrontacji. Pytanie brzmiało: co się stanie u ludzi, którym odebrano możliwość negocjowania słowami?”


Odpowiedź przyszła trzeciego dnia, ale zanim do niej dojdziemy, muszę opowiedzieć o mięsie.

Surowe mięso. Dwa razy dziennie, rano i wieczorem, na teren zagrody wrzucano — dosłownie wrzucano, bez ceremonii, bez talerzy, bez serwetek — porcje surowej jagnięciny i dziczyzny, pocięte na kawałki wielkości pięści. Mięso lądowało na śniegu. Ludzie mieli je podnieść i zjeść. Rękami. Na mrozie.

Pierwsza kolacja — bo tak trzeba ją chyba nazwać, choć słowo to sugeruje pewną cywilizacyjną otoczkę, która była tu kompletnie nieobecna — była dla większości uczestników doświadczeniem granicznym. Nie dlatego, że surowe mięso jest obiektywnie obrzydliwe — wiele kultur, od japońskiej sashimi po etiopską kitfo, spożywa surowe mięso jako przysmak. Problem polegał na kontekście. Zimne, krwawe kawałki mięsa na białym śniegu, jedzone brudnymi rękami, w milczeniu, w mroku nadchodzącego arktycznego wieczoru, w obecności sześciu wilków, które obserwowały całą scenę z odległości, która stopniowo, dzień po dniu, malała.

Rashid, kucharz z Tampere, człowiek, który w swoim zawodowym życiu traktował jedzenie jako sztukę, napisał w swoim post-eksperymentalnym raporcie: „Pierwszego wieczoru patrzyłem na ten kawałek mięsa na śniegu i myślałem: jestem kucharzem. Przyrządzam jedzenie z miłością. Układam je na talerzach, dekoruję, podaję ludziom z uśmiechem. A teraz siedzę na czworakach na zamarzniętej ziemi i wgryzam się w surową jagnięcinę, a krew cieknie mi po brodzie, i dwadzieścia metrów dalej stoi wilk i robi dokładnie to samo. I wtedy poczułem coś, czego się nie spodziewałem: poczułem wdzięczność. Nie dla naukowców, nie dla eksperymentu. Wdzięczność dla mięsa. Dla zwierzęcia, które umarło, żebym ja żył. Nie myślałem tego — CZUŁEM to. Całym ciałem. I pomyślałem: czy wilk czuje to samo, kiedy je? Czy wilk jest wdzięczny?”

Dr Kowalska-Brennan, kiedy przeczytała tę relację, długo milczała. Wreszcie powiedziała: „To pytanie — czy wilk jest wdzięczny — brzmi naiwnie, ale jest w istocie głęboko naukowe. Wdzięczność zakłada rozpoznanie, że ktoś inny coś dla ciebie zrobił. Czy wilk rozpoznaje, że ofiara „zrobiła coś” dla niego, umierając? Prawdopodobnie nie w ten sposób. Ale czy wilk doświadcza czegoś w momencie jedzenia — czegoś, co nie jest tylko zaspokojeniem głodu, lecz czymś bogatszym, może jakąś formą satysfakcji, może fizjologiczną nagrodą, która jest zwierzęcym odpowiednikiem wdzięczności? Nie możemy tego wykluczyć. System dopaminergiczny wilka jest strukturalnie podobny do naszego. Kiedy wilk je, jego mózg zalewa się dopaminą, tak jak nasz. Czy subiektywne odczucie, które temu towarzyszy, jest wdzięcznością? Nie wiemy. Ale Rashid, jedząc surowe mięso na śniegu, doświadczył czegoś, co każe mu zadać to pytanie — i to jest wartość tego eksperymentu.”

Od drugiego dnia większość uczestników zauważyła, że surowe mięso na mrozie ma pewną zaletę, której się nie spodziewali: jest niezwykle sycące. Białko i tłuszcz zwierzęcy, spożywane bez obróbki termicznej, dostarczają kalorii w formie, którą organizm przetwarza powoli i efektywnie. Katariina, fińska leśniczka, wytłumaczyła mi to z perspektywy kogoś, kto rozumiał tę logikę intuicyjnie: „Laponczycy jedli surowe mięso renifera przez tysiące lat. Gotowanie jest luksusem. Na arktycznym mrozie liczy się gęstość kaloryczna. Surowy tłuszcz renifera albo foki to paliwo rakietowe dla ciała. I wilk to wie. Wilk nie gotuje, bo nie musi. Jego ciało jest zaprojektowane do ekstrakcji wszystkiego, co potrzebne, z surowego mięsa. Nasze ciała są mniej wydajne, ale po trzech dniach zauważyłam, że mój żołądek się przyzwyczaił. Nie czułam się najedziona tak jak po fińskim obiedzie — byłam głodna prawie cały czas, taki tępy głód w tle — ale funkcjonowałam. Ciało się adaptuje.”


Trzeci dzień. Środa. Temperatura spadła do minus dwudziestu jeden stopni w nocy i minus piętnastu w ciągu dnia. Wiatr się wzmagał.

To był dzień, w którym dwie rzeczy stały się jednocześnie: wilki po raz pierwszy podeszły do ludzi na odległość mniejszą niż dziesięć metrów, i Daniel ze Svenem weszli w otwarty konflikt.

Zacznę od wilków, bo to jest piękniejsza historia.

Podczas porannego posiłku — kawałki jelenia rzucone na śnieg o siódmej rano, w mrocznym, przedświcie arktycznego brzasku — samica Ilmatar, ta cicha, obserwująca dwulatka, odłączyła się od reszty watahy i podeszła do miejsca, gdzie jedli ludzie. Nie podeszła do jedzenia — podeszła do Yuki. Japońska studentka siedziała na ziemi, trzymając kawałek mięsa w obu dłoniach i gryząc go z koncentracją, która, jak mi potem powiedziała, wynikała z faktu, że zmarzł na kość i trzeba go było odgryzać jak lód. Ilmatar stanęła trzy metry od niej i po prostu patrzyła.

Yuki podniosła wzrok. Wilczyca i kobieta patrzyły na siebie. Żadna się nie ruszyła. Trwało to, według zapisu z kamery, cztery minuty i dwanaście sekund — czas, który w normalnych okolicznościach jest niczym, ale w kontekście interakcji z dzikim drapieżnikiem na otwartej przestrzeni arktycznej tundry rozciąga się w subiektywną wieczność.

A potem Ilmatar zrobiła coś, co dr Herrera Ruiz odtwarzał mi na wideo trzykrotnie, za każdym razem z takim samym wyrazem niedowierzania na twarzy. Wilczyca położyła się. Nie skuliła się, nie przygotowała do skoku — położyła się na śniegu, na brzuchu, z wyciągniętymi przednimi łapami i głową opartą na łapach, w pozycji, która w etologii wilczej oznacza jedną z dwóch rzeczy: relaks albo zaproszenie do zabawy. Biorąc pod uwagę kontekst — obecność obcego gatunku, niska temperatura, pora karmienia — dr Herrera Ruiz skłaniał się ku interpretacji, że Ilmatar komunikowała coś trzeciego: akceptację.

„To nie było zaproszenie. To nie był relaks. To była deklaracja: „nie jesteś zagrożeniem”. W języku wilczym to jest ogromne oświadczenie. Wilk, który się kładzie w obecności nieznanego osobnika, mówi: ufam ci na tyle, żeby odsłonić brzuch. To nie jest gest, który wilk robi pochopnie. I to, że Ilmatar skierowała go do Yuki — do najcichszej, najspokojniejszej uczestniczki w grupie, do osoby, która przez trzy dni nie zrobiła ani jednego gwałtownego ruchu — mówi nam coś bardzo ważnego o tym, jak wilki czytają ludzkie zachowanie.”

Co Yuki czuła w tamtym momencie? Zapytałem ją o to wprost, cztery miesiące później, w kawiarni w Helsinkach, gdzie piła zieloną herbatę i nosiła szalik z motywem wilczych śladów, który, jak powiedziała, kupiła jako „pamiątkę po najważniejszym tygodniu mojego życia”.

„Czułam”, powiedziała powoli, ważąc każde słowo tak, jak ważyłoby się złoto, „że jestem widziana. Nie obserwowana — widziana. Jest różnica. Obserwować to patrzeć z dystansu, katalogować, analizować. Widzieć to patrzeć z… uznaniem? Nie, to za dużo. Z uwagą. Tak. Z uwagą, która mówi: wiem, że tu jesteś. I to mi wystarczy.”

Zamilkła na chwilę, a potem dodała coś, co zapisałem dosłownie: „W Japonii mamy pojęcie ma — przestrzeni między rzeczami, która jest równie ważna jak same rzeczy. Cisza między dźwiękami, która nadaje muzyce sens. I to, co było między mną a Ilmatar tego ranka — ta trzymetrowa odległość, ta cisza, ten śnieg — to było ma. To była przestrzeń, w której mogliśmy się spotkać, nie naruszając granic.”


A teraz o tym, co mniej piękne.

Daniel i Sven. Trzeci dzień. Popołudnie.

Konflikt narastał od poniedziałku, ale bez słów rósł w ciemności, jak ropień pod skórą. Daniel gestykulował, wskazywał, organizował — gdzie spać, jak ułożyć gałęzie, kto ma iść po śnieg do stopienia. Sven odmawiał. Nie agresywnie — po prostu nie reagował na gesty Daniela. Robił swoje. Budował własne leże, chodził po śnieg, kiedy chciał, jadł, gdzie chciał. Między nimi rosła napięta pustka — brak słów, które mogłyby tę pustkę zapełnić negocjacją, wyjaśnieniem, kompromisem.

W środę po południu, kiedy grupa próbowała zbudować większe, wspólne leże — temperatura w nocy miała spaść poniżej minus dwudziestu i spanie w rozproszeniu stawało się niebezpieczne — Daniel podszedł do Svena i gestem wskazał mu miejsce na obrzeżu. Gestem, który w każdej kulturze ludzkiej jest czytelny: TY — TAM.

Sven nie poszedł tam. Sven stanął naprzeciwko Daniela, wyprostowany, z rękami luźno wzdłuż ciała, i patrzył mu w oczy. Nie mrugając. Nie cofając się. Nie robiąc się mniejszy. W watahach wilczych takie zachowanie ma jedną nazwę: challenge. Wyzwanie. I ma zwykle jedno rozwiązanie: konfrontację fizyczną lub kapitulację jednej ze stron.

Dr Herrera Ruiz, obserwujący scenę z kabiny, chwycił za krótkofalówkę. Zespół medyczny stanął w gotowości. Na ekranach monitorów widać było, że wataha wilków — dotąd rozłożona leniwie po drugiej stronie polany — również obserwuje, z uszami postawionymi do przodu i ciałami naprężonymi w tej specyficznej wilczej postawie, która oznacza maksymalną uwagę.

Daniel zrobił krok do przodu. Sven nie cofnął się. Daniel zrobił drugi krok. Odległość między nimi zmniejszyła się do pół metra. Mogli czuć nawzajem swój oddech — chmury pary wodnej w mroźnym powietrzu mieszały się ze sobą jak kłęby dymu.

I wtedy Daniel zrobił coś, czego nikt nie przewidział: odwrócił wzrok.

Nie dramatycznie. Nie ze wstydem. Po prostu powoli, świadomie przeniósł spojrzenie z oczu Svena na punkt gdzieś za jego ramieniem, a potem odwrócił się bokiem. W etologii wilczej to jest sygnał deeskalacji. Sygnał, który mówi: wycofuję się z konfrontacji, ale nie z pozycji. Kompromis, nie kapitulacja.

Sven stał jeszcze przez chwilę, a potem skinął głową — gest tak subtelny, że kamery ledwo go zarejestrowały — i poszedł budować leże. Daniel poszedł za nim. Pracowali razem, ramię w ramię, w milczeniu, które teraz miało inną jakość niż wcześniej. Wcześniej milczenie było wymuszone — regułą eksperymentu. Teraz milczenie było wybrane — językiem porozumienia.

„To był moment, w którym zrozumiałem coś o władzy, czego żaden podręcznik socjologii mi nie powiedział”, opowiadał mi Daniel miesiące później, w pubie w Manchesterze, przy piwie, które — jak sam zauważył — było pierwszym piwem, którego smak naprawdę docenił po tygodniu na surowym mięsie i śniegu. „Władza bez słów jest inna niż władza ze słowami. Ze słowami możesz argumentować, manipulować, przekonywać. Możesz udawać, że twoja władza jest czymś innym niż jest — że jest „przywództwem”, „organizacją”, „troską o grupę”. Bez słów te zasłony znikają. Zostaje gołe ciało: kto jest większy, kto jest spokojniejszy, kto bardziej wytrzyma napięcie. I to jest wilczy sposób. Wilk nie argumentuje. Wilk jest. I ja tam, na tej polanie, kiedy Sven stał przede mną i patrzył mi w oczy, zrozumiałem, że jestem Väinö — tym samcem beta, który udaje alfę, kiedy prawdziwy alfa nie patrzy. Sven był alfą. Nie dlatego, że był silniejszy — choć był — ale dlatego, że był spokojniejszy. A spokój, jak się okazuje, jest walutą, w której wilki rozliczają hierarchię.”


Od czwartego dnia hierarchia w ludzkiej grupie ustabilizowała się — i, co fascynujące, jej struktura zaczęła wykazywać uderzające podobieństwa do struktury wilczej watahy. Sven, strażak, zajął pozycję, którą dr Herrera Ruiz bez wahania nazwał „pozycją alfa” — nie dlatego, że dominował, lecz dlatego, że reszta grupy zaczęła kierować na niego spojrzenia przed podjęciem decyzji. Kto patrzy na kogo — to jest, jak się okazuje, jeden z najbardziej wiarygodnych wskaźników hierarchii zarówno u wilków, jak i u ludzi. Wilki w watasze nieustannie monitorują wzrokiem osobnika alfa. Ludzie w grupie eksperymentalnej zaczęli robić to samo ze Svenem — i robili to nieświadomie, co potwierdziły dane eye-trackingowe z kamer zamontowanych w okularach, które nosili niektórzy uczestnicy.

Daniel, nauczyciel, wylądował na pozycji beta — i, co warto podkreślić, wyraźnie się w niej odnalazł. „To było wyzwalające”, powiedział mi, i w jego głosie nie było ironii. „Całe moje dorosłe życie byłem liderem — w klasie, na boisku, w związkach. Nikt mnie nie pytał, czy chcę. Pasowałem do formy, więc mnie do niej wciśnięto. A tutaj, bez słów, bez oczekiwań, moje ciało powiedziało prawdę: że jestem dobrym Väinö. Że potrafię być drugim i czuć się z tym dobrze.”

Yuki i Katariina zajęły pozycje, które dr Kowalska-Brennan opisała jako „ciche centrum” — nie liderki, nie podwładne, lecz filary spokoju, do których reszta grupy zwracała się w momentach niepewności. Rashid, ku własnemu zaskoczeniu, stał się kimś w rodzaju mediatora — osobą, która poruszała się między podgrupami, dotykała ramion, nawiązywała kontakt wzrokowy z tymi, którzy wyglądali na zmarginalizowanych. „W obozie dla uchodźców byłem taki sam”, powiedział mi. „Nie byłem przywódcą. Byłem klejem.”


Piąta i szósta noc były najtrudniejsze — i to nie z powodu wilków, lecz z powodu zimna.

Minus dwadzieścia trzy stopnie piątej nocy. Minus dwadzieścia sześć szóstej nocy. Wiatr, który wciskał się pod futrzane pokrycia jak lodowy nóż. Ludzie leżeli w ciasnym skupisku — dwanaście ciał splecionych ze sobą jak jeden organizm, twarzami ku środkowi, plecami do wiatru. Ci na obrzeżach dygotali. Ci w środku mogli spać — krótkimi, niespokojnymi odcinkami, przerywanymi dreszczami tych, którzy leżeli obok.

I tu stało się coś, co dr Herrera Ruiz nazywa „momentem konwergencji”. Piątej nocy, około trzeciej nad ranem, wataha wilków — która do tej pory spała w odległości kilkudziesięciu metrów od ludzkiej grupy — przesunęła się bliżej. Nie z ciekawości i nie z agresji. Z zimna. Wilki, które normalne warunki arktyczne znoszą bez problemu dzięki futrze o izolacyjności przewyższającej najlepsze ludzkie śpiwory, podczas ekstremalnych mrozów również układają się w ciasne skupiska. I tamtej nocy wilcze skupisko przesunęło się na odległość niecałych pięciu metrów od ludzkiego.

Katariina, która jako jedyna nie spała — arktyczny mróz był jej żywiołem, a bezsenność, jak wyznała, towarzyszyła jej od lat — obserwowała, jak Ukko, samiec alfa, prowadzi watahę wolnym krokiem w kierunku ludzi, zatrzymuje się, nasłuchuje, potem prowadzi dalej. Położyli się w konfiguracji lustrzanego odbicia ludzkiej grupy: młodsze osobniki w środku, starsze na obrzeżach. Dwie grupy — ludzka i wilcza — leżały teraz równolegle, oddzielone pięcioma metrami mroźnego powietrza, oddychając wspólny oddech.

„Widziałam, jak para z ich pysków miesza się z parą z naszych ust”, powiedziała mi Katariina, i w jej głosie — głosie praktycznej, rzeczowej fińskiej leśniczki, nie skłonnej do sentymentów — słyszałem coś, co ośmielę się nazwać zachwytem. „Nasze oddechy łączyły się w powietrzu. I pomyślałam: jak dawno temu to musiało się zdarzyć po raz pierwszy. Piętnaście tysięcy lat temu, może dwadzieścia, kiedy jacyś ludzie i jakieś wilki spali wystarczająco blisko siebie, żeby ich oddechy się zmieszały. I to był początek. Początek psa. Początek najdłuższej przyjaźni w historii. I my to powtórzyliśmy. Nie celowo, nie z planu — z zimna. Bo zimno jest starsze niż plany.”


Siódmy dzień. Niedziela. Ostatni dzień. Temperatura łaskawsza — zaledwie minus jedenaście. Słońce, po dniach szarości, wybiło się zza chmur i zalało tundrę światłem tak ostrym, że śnieg lśnił jak kryształ, a cienie na śniegu były granatowe.

Wilki tego ranka — może wyczuwając, że coś się zmienia, bo wilki, jak dowodzą badania neurobiologa Gregory’ego Bernsa, są niezwykle wrażliwe na zmiany w rutynie — zachowywały się inaczej. Ukko, alfa, który przez sześć dni utrzymywał dystans wygodnej kontroli, podszedł do ludzkiego obozowiska. Stanął dziesięć metrów dalej i zawył.

Wycie wilka — Canis lupus potrafi wyć na częstotliwościach od stu pięćdziesięciu do siedmiuset osiemdziesięciu herców, z modulacjami, które nadają każdemu wyciu unikalny „podpis akustyczny” — jest dźwiękiem, który aktywuje u ludzi reakcję limbiczną o sile porównywalnej z reakcją na krzyk dziecka. Ewolucja wdrukowana w nasz układ nerwowy odpowiedź na ten dźwięk: uwaga, drapieżnik. Ale w kontekście siódmego dnia, po tygodniu współistnienia, po nocach spędzonych w odległości kilku metrów, wycie Ukko miało inny rezonans.

„To nie był alarm”, powiedział Sven. „To nie było ostrzeżenie. To było… nie wiem, jak to powiedzieć po ludzku. To było ogłoszenie. Jakby mówił: to jest mój teren. To jest moje stado. I wy jesteście częścią tego.”

Nie jestem w stanie zweryfikować tej interpretacji naukowo i dr Schäfer byłaby pierwsza, która wskazałaby na ryzyko antropomorfizacji. Ale warto odnotować, że w badaniach nad komunikacją wokalną wilków, prowadzonych przez Friederike Range i Zsófię Virányi z Uniwersytetu Wiedeńskiego, wykazano, iż wycie pełni funkcję nie tylko terytorialną, ale również afiliacyjną — wzmacnia więzi wewnątrz watahy, synchronizuje stany emocjonalne, potwierdza przynależność. Ukko mógł więc robić dokładnie to, co sugerował Sven: włączać ludzi — choćby chwilowo, choćby częściowo — w swoją definicję „my”.

Godzinę później, kiedy ludzie po raz ostatni jedli surowe mięso na śniegu, Mielikki — roczna samica, omega watahy, najniższa w hierarchii — podeszła do Rashida i lizała go w dłoń. Krótko, szybko, jakby ukradkiem. A potem odwróciła się i uciekła do watahy, tracąc po drodze godność, potykając się o własne łapy i wzbudzając u Ahti, swojego brata, reakcję, którą trudno opisać inaczej niż „rozbawienie” — choć etolodzy wolą termin „pobudzenie socjalne”.

Rashid nie poruszył się przez chwilę. Potem podniósł dłoń, tę liźniętą, i przyłożył ją do serca. Gest tak ludzki, tak nasycony kulturowym znaczeniem, że powinien być obcy w tym kontekście — a jednak był w nim coś, co przekraczało kulturę. Był w nim szacunek jednego głodnego zwierzęcia dla drugiego.


Sesje debriefingowe — przeprowadzone w ciepłym, dobrze oświetlonym pomieszczeniu stacji badawczej, przy kawie, herbacie i normalnym jedzeniu, z przywróconym prawem do mowy — trwały trzy dni i były, według dr Kowalskiej-Brennan, „najbardziej emocjonalnie intensywnymi wywiadami, jakie kiedykolwiek przeprowadzałam.”

Pierwszą rzeczą, którą zrobili uczestnicy, kiedy pozwolono im mówić, było milczenie. Nie dlatego, że nie mieli nic do powiedzenia. Dlatego, że mowa — po tygodniu bez niej — wydawała się obca, natrętna, nadmiarowa.

„Słowa mi przeszkadzały”, powiedziała Yuki. „Pierwszy raz w życiu poczułam, że język jest… hałasem. Że kiedy mówię, coś tracę. Jakby słowa były ekranem między mną a światem. Przez tydzień nie miałam tego ekranu i widziałam wyraźniej. Czułam wyraźniej. Rozumiałam — ciałem, nie głową — co robi druga osoba, co czuje, czego chce. I kiedy wrócił język, ten bezpośredni kanał się zamknął. Nie od razu, nie do końca, ale zaczął się zamykać. I pomyślałam: wilk żyje po drugiej stronie tego ekranu. Wilk nigdy nie ma słów, które stoją między nim a światem. Wilk jest na świecie w sposób, którego my, ludzie, nie potrafimy sobie nawet wyobrazić, bo nawet wtedy, kiedy próbujemy, robimy to za pomocą słów.”

To spostrzeżenie — że język, będąc naszym największym narzędziem, jest jednocześnie naszą największą barierą wobec bezpośredniego doświadczenia — nie jest nowe. Filozofowie od Wittgensteina po Derridę pisali o „więzieniu języka”. Ale jest różnica między przeczytaniem o tym w książce a doświadczeniem tego na własnej skórze, na arktycznym mrozie, w towarzystwie wilków. Yuki nie cytowała filozofów. Yuki mówiła z pozycji kogoś, kto przez tydzień żył bez słów i odkrył, że po drugiej stronie milczenia jest coś, co ma własną mądrość.

Daniel, nauczyciel, mówił głównie o hierarchii. O tym, jak szybko i jak nieuchronnie wyłoniła się struktura władzy w grupie ludzi pozbawionych mowy. „Myślałem, że hierarchia jest produktem kultury. Że to jest coś, co negocjujemy słowami — tytuły, zasady, umowy społeczne. Ale tam, na tej tundrzе, hierarchia wyłoniła się w ciągu godzin. Bez słów. Bez negocjacji. Ciała same się poukładały. I to mnie przeraziło i jednocześnie uspokoiło. Przeraziło, bo to oznacza, że hierarchia jest w nas głębiej, niż myślałem — jest biologiczna, nie kulturowa. Uspokoiło, bo to oznacza, że nie muszę za nią odpowiadać. Nie muszę się czuć winny, że automatycznie próbowałem dominować. To nie ja to robiłem — to moje ciało. Moje wilcze ciało.”

Sven mówił o zimnie. Nie o tym, jak było zimno — bo było — ale o tym, co zimno robi z pojęciem jednostki. „W cieple możesz być sam. W cieple możesz być indywidualistą. Na minus dwadzieścia pięć nie możesz. Na minus dwadzieścia pięć musisz się przyłożyć do drugiego ciała, bo inaczej umrzesz. I to jest tak proste, tak brutalne, tak piękne, że prawie płakałem. Bo zrozumiałem, dlaczego wilki żyją w watahach. Nie dlatego, że wolą. Nie dlatego, że są „społeczne” — to brzmi jak artykuł z magazynu psychologicznego. Wilki żyją w watahach, bo same zamarzną. I to jest najstarsza prawda o społeczeństwie, jaką znam: zaczęło się od zimna.”


Profesor Hallsworth z Cambridge — no bo oczywiście — opublikował kolejną polemikę, tym razem w „Animal Cognition”, w której zarzucił projektowi „romantyczną wizję wilka jako szlachetnego dzikusa” i wskazał, że „wyciąganie wniosków o psychologii wilka z doświadczeń ludzi, którzy udawali wilki, jest metodologicznie równie uzasadnione, jak wyciąganie wniosków o psychologii ryb z doświadczeń ludzi, którzy siedzieli w wannie.”

Dr Herrera Ruiz, odpowiadając na tę krytykę, napisał zdanie, które — jak podejrzewam — zostanie kiedyś wyryte na jego nagrobku: „Profesor Hallsworth ma rację, że nasi uczestnicy nie byli wilkami. Ale nie byli też w wannie. Byli na fińskiej tundrze, przy minus dwudziestu pięciu, jedząc surowe mięso i śpiąc obok prawdziwych wilków. I jeśli profesor Hallsworth uważa, że to doświadczenie nie generuje żadnej wiedzy o relacji między gatunkami, to zapraszam go do następnej edycji eksperymentu. Rozmiar futrzanej derki dobierzemy indywidualnie.”

Nie mam potwierdzenia, czy profesor Hallsworth odpowiedział na to zaproszenie.


Kończę ten rozdział obrazem, który nie wymaga komentarza naukowego, bo jest starszy niż nauka.

Ostatniego dnia, kiedy uczestnicy opuszczali zagrodę — szli powoli, w milczeniu, choć mieli już prawo mówić — Ukko, samiec alfa, stanął na skraju polany i patrzył, jak odchodzą. Stał nieruchomo, z podniesioną głową, z uszami do przodu, z ogonem w pozycji horyzontalnej — pozycji, która w etologii wilczej oznacza uwagę bez agresji. Patrzył, jak dwanaście ludzkich sylwetek maleje na tle białej tundry.

Kiedy ostatnia sylwetka zniknęła za bramą zagrody, Ukko odwrócił się i wrócił do watahy.

Nie zawył.

Być może nie było potrzeby.

Rozdział 3: Delfin

Czyli o tym, jak dziesięcioro dorosłych ludzi wsadzono do basenu z delfinami na tydzień, kazano im jeść sardynki, spać na materacach wodnych i słuchać kliknięć, a oni odkryli, że woda zmienia wszystko — włącznie z tym, kim myśleliśmy, że jesteśmy


Istnieje pewien gatunek intelektualnego oszustwa, na które wszyscy się nabieramy, i polega on na tym, że kiedy słyszymy słowo „delfin”, natychmiast czujemy się dobrze. Delfin uśmiecha się — choć ten „uśmiech” to anatomiczna cecha budowy pyska, nieodmienna jak rysa na tynku, obecna zarówno wtedy, gdy delfin jest zadowolony, jak i wtedy, gdy umiera. Delfin jest inteligentny — co jest prawdą, ale prawdą tak często powtarzaną i tak słabo rozumianą, że stała się niemal bezznaczeniowa, jak hasło reklamowe powtórzone tysiąc razy do momentu, w którym nikt już nie pamięta, co reklamowało. Delfin jest przyjacielski — co jest projekcją tak monumentalnych rozmiarów, że zasługuje na osobny podrozdział, i ten podrozdział nadejdzie.

Delfin butlonosy (Tursiops truncatus) to zwierzę o masie ciała od stu pięćdziesięciu do sześciuset kilogramów, długości do czterech metrów, z mózgiem ważącym średnio tysiąc siedemset gramów — a zatem cięższym od ludzkiego, który waży około tysiąca czterystu — i wyposażonym w korę nową (neocortex) o powierzchni przekraczającej ludzką o piętnaście procent. Ma więcej fałdów korowych niż człowiek. Ma więcej neuronów wrzecionowatych (von Economo neurons) w korze przedczołowej niż jakikolwiek inny ssak poza człowiekiem i wielkimi małpami — neuronów, które wiążemy z samoświadomością, empatią i złożonymi emocjami społecznymi. Przechodzi test lustra — rozpoznaje swoje odbicie jako siebie, co w świecie zwierzęcym potrafi jeszcze garstka gatunków: szympansy, orangutany, słonie, sroki i, według jednego kontrowersyjnego badania, pewna szczególnie utalentowana wrona. Delfin ma imię — nie w sensie, w jakim my nadajemy psom imiona, lecz w głębszym sensie: każdy delfin butlonosy posiada unikalny sygnał gwizdowy (signature whistle), który pełni funkcję identyfikatora, i inne delfiny używają tego sygnału, by go przywołać. Innymi słowy: delfiny nazywają siebie nawzajem.

A jednak, mimo tych wszystkich cudownych cech, a może właśnie z ich powodu, delfin pozostaje jednym z najgorzej rozumianych zwierząt na Ziemi. Bo nasza fascynacja delfinem jest tak gęsta, tak nasączona antropomorfizmem, tak podszyta desperackim pragnieniem, by znaleźć w oceanie inteligentnego towarzysza, że przesłania nam to, czym delfin naprawdę jest. A czym delfin naprawdę jest? Drapieżnikiem. Ssakiem, który wtórnie wrócił do wody i w ciągu pięćdziesięciu milionów lat ewolucji przebudował swoje ciało i umysł w sposób tak radykalny, że porównywanie go z nami jest jak porównywanie samolotu z łodzią podwodną na tej podstawie, że oba się poruszają.

„Delfin nie jest podwodnym człowiekiem”, powiedziała mi dr Kowalska-Brennan podczas naszego trzeciego spotkania, kiedy planowano właśnie eksperyment delfiński. „Delfin jest czymś znacznie dziwniejszym i znacznie ciekawszym. Jest ssakiem, który myśli dźwiękiem.”


Myśli dźwiękiem. Zatrzymajmy się przy tym sformułowaniu, bo jest kluczowe dla zrozumienia tego, co wydarzyło się w basenie na Krecie.

Delfiny butlonosy posługują się echolokacją — systemem nawigacyjnym i percepcyjnym opartym na emisji ultradźwiękowych kliknięć (clicks) o częstotliwości od dwudziestu do stu trzydziestu kiloherców, emitowanych ze struktury tłuszczowej w czole zwanej melonem, i odczytywaniu echa, które wraca po odbiciu od obiektów w wodzie. System ten pozwala delfinom „widzieć” pod wodą bez udziału wzroku — określać kształt, wielkość, gęstość, odległość i ruch obiektów z precyzją, która przewyższa najlepsze sonary wojskowe. Delfin potrafi echolokacyjnie odróżnić piłkę golfową od piłeczki pingpongowej z odległości piętnastu metrów. Potrafi wykryć rybę ukrytą pod piaskiem na dnie. Potrafi — i to jest fakt, który nie przestaje mnie zadziwiać — „zobaczyć” wnętrze ciała innego zwierzęcia: echolokacja pozwala delfinom wykrywać ciążę u samic, choroby u ryb i, jak sugerują pewne anegdotyczne doniesienia, guzy nowotworowe u ludzi.

Ale echolokacja to nie tylko narzędzie nawigacyjne. To tryb percepcji. Kiedy delfin emituje kliknięcia i odbiera echo, jego mózg konstruuje trójwymiarową „mapę dźwiękową” otoczenia — obraz świata zbudowany nie ze światła, lecz z dźwięku. A ponieważ dźwięk w wodzie rozchodzi się czterokrotnie szybciej niż w powietrzu i przenika przez tkanki miękkie, echolokacyjny obraz świata jest fundamentalnie inny od wizualnego. Jest bardziej objętościowy, mniej powierzchniowy. Bardziej przenikliwy, mniej ograniczony perspektywą. Delfin nie widzi świata — delfin słyszy jego kształty.

Jak to jest? Jak to jest myśleć echolokacją?

To pytanie postawił w 1974 roku filozof Thomas Nagel w swoim słynnym eseju „Jak to jest być nietoperzem?” (What is it like to be a bat?), argumentując, że subiektywne doświadczenie echolokacji jest tak fundamentalnie odmienne od ludzkiego doświadczenia wzrokowego, że możemy być w zasadzie niezdolni do jego zrozumienia. Nagel miał prawdopodobnie rację. Ale zespół „Animalia Cognita” nie zamierzał zrozumieć echolokacji — zamierzał zmusić ludzkie ciała do czegoś, co choćby w ułamku procenta mogło dać pojęcie o tym, jak to jest żyć w świecie zbudowanym z echa.


Miejsce eksperymentu: Centrum Badań Morskich w Heraklionie na Krecie, połączone z ośrodkiem rehabilitacji delfinów, dysponujące basenem o wymiarach pięćdziesiąt na trzydzieści metrów i głębokości od dwóch do sześciu metrów, z dostępem do wody morskiej pompowanej bezpośrednio z Morza Śródziemnego. W basenie żyła trójka delfinów butlonosych: dwunastoletnia samica Ariadne, ośmioletni samiec Posejdon i ich sześcioletnia córka Kalypso. Trójka ta — poinformowano mnie z naciskiem — nie była delfinami cyrkowymi ani terapeutycznymi. Były to zwierzęta, które trafiły do ośrodka po wyplątaniu z sieci rybackich (Ariadne, 2014, uszkodzony płat ogonowy), po osieroceniu (Posejdon, znaleziony jako młode przy martwej matce u wybrzeży Peloponezu) i urodzeniu w niewoli (Kalypso). Nie wykonywały sztuczek. Nie nosiły ludzi na grzbietach. Prowadziły życie na tyle zbliżone do naturalnego, na ile pozwalały warunki basenu — polowały na ryby wprowadzane do basenu, utrzymywały złożone relacje społeczne i komunikowały się ze sobą za pomocą repertuaru gwizdów, kliknięć i burszt impulsowych (burst-pulse sounds), który dr Alexis Papadopoulos, resident expert ośrodka, badał od ośmiu lat bez poczucia, że zbliża się do jego pełnego zrozumienia.

„Każdego roku odkrywam nowy typ wokalizacji, którego wcześniej nie zarejestrowałem”, powiedział mi dr Papadopoulos podczas spaceru wzdłuż krawędzi basenu, gestykulując rękami, których opalone przedramiona nosiły ślady niezliczonych godzin spędzonych pod wodą. „To nie jest tak, że delfiny mają skończony repertuar i trzeba go tylko skatalogować. To jest tak, jakby delfiny ciągle wymyślały nowe słowa. Albo raczej — jakby to, co my słyszymy jako „repertuar”, było jedynie wierzchołkiem góry lodowej, a pod spodem było coś, czego nasze uszy i nasze mikrofony nie chwytają.”

Do tego basenu mieli wejść ludzie. I w nim zostać na tydzień.


Dziesięcioro ochotników — tym razem zespół zdecydował się na mniejszą grupę, argumentując, że basen, choć duży, nie pomieści więcej ludzi bez naruszenia terytorialnego komfortu delfinów — wyłoniono z puli dwustu osiemdziesięciu zgłoszeń po selekcji, która obejmowała, oprócz standardowych testów psychologicznych i medycznych, trzy dodatkowe wymogi: umiejętność pływania na poziomie zaawansowanym, brak klaustrofobii i — co może brzmieć dziwnie — brak doświadczenia w nurkowaniu z delfinami. Dr Schäfer wyjaśniła ten ostatni wymóg tak: „Ludzie, którzy nurkują z delfinami dla przyjemności lub w ramach delfinoterapii, mają już zestaw przekonań i oczekiwań. Chcieliśmy ludzi bez bagażu. Ludzi, którzy wejdą do wody bez scenariusza.”

Przedstawiam kluczowych uczestników.

Leila, trzydziestotrzyletnia irańska inżynier środowiska z Rotterdamu, pływaczka amatorska, która w dzieciństwie w Teheranie marzyła o morzu, którego nigdy nie widziała, aż do ucieczki do Holandii w wieku szesnastu lat. Zapytana o motywację, odpowiedziała: „Woda jest moją ojczyzną zastępczą. Chcę sprawdzić, czy może być ojczyzną prawdziwą.”

Clément, czterdziestojednoletni francuski muzykolog i kompozytor muzyki elektroakustycznej, specjalizujący się w tak zwanej „muzyce konkretnej” — gatunku, w którym dźwięki nagrane z otoczenia stają się materiałem kompozycji. Clément nie potrafił sprawnie pływać do momentu, w którym przeczytał o eksperymencie; wziął intensywny kurs i zdał egzamin kwalifikacyjny „z wynikiem najniższym z dopuszczalnych”, jak ujął to z francuskim brakiem fałszywej skromności. Zgłosił się, bo chciał usłyszeć, jak brzmi świat pod wodą, „nie przez mikrofon, lecz przez ciało.”

Ngozi, dwudziestosześcioletnia nigeryjska studentka neurobiologii z University College London, jedyna uczestniczka z formalnym wykształceniem w zakresie nauk o mózgu, która, jak się okazało, miała zaskakującą fobie: bała się ryb. Nie wody, nie głębokości, nie delfinów — ryb. „To irracjonalne”, przyznała z rozbrajającą szczerością. „Wiem, że sardynka nie może mi nic zrobić. Ale kiedy widzę jej oko, dostaję gęsiej skórki.” To miało znaczenie, bo jej dieta przez cały tydzień składała się z surowych ryb.

Takeshi, pięćdziesięciodwuletni japoński rybak z Okinawy, który spędził trzydzieści lat na morzu i widział więcej delfinów niż większość delfinologów. Jego motywacja była prosta i — jak wszystko, co mówił — pozbawiona ozdobników: „Delfiny kradną mi ryby z sieci od trzydziestu lat. Chcę wiedzieć, dlaczego akurat moje.”

Oscar, trzydziestoośmioletni głuchy — od urodzenia — szwedzki grafik z Malmö, posługujący się szwedzkim językiem migowym. Jego udział w eksperymencie budził w zespole początkowo wątpliwości (jak komunikować się z osobą, która nie słyszy, w eksperymencie dotyczącym percepcji dźwięku?), ale dr Kowalska-Brennan nalegała na jego włączenie z powodu, który okazał się proroczo trafny: „Oscar żyje w świecie bez dźwięku. Delfin żyje w świecie zbudowanym z dźwięku. Chcę wiedzieć, co się stanie, kiedy te dwa światy się spotkają.”

Oraz — a jest to osoba, która odegrała w tym rozdziale rolę centralną, choć sama pewnie by się z tą oceną nie zgodziła — Sofia, czterdziestoletnia hiszpańska psychoterapeutka z Walencji, specjalizująca się w terapii somatycznej i oddechowej, kobieta o tak spokojnej obecności, że kiedy weszła do pomieszczenia, w którym przeprowadzałem wywiad, zmierzyłem odruchowo swoje tętno i odkryłem, że spadło o pięć uderzeń na minutę.


Warunki eksperymentu różniły się od poprzednich w sposób fundamentalny, bo środowisko wodne jest dla ludzkiego ciała nie tyle niekomfortowe, co ontologicznie obce. Człowiek na lądzie — nawet ciągnący pług, nawet śpiący na mrozie — jest na swoim terenie ewolucyjnym. Człowiek w wodzie jest intruzem, gościem, tymczasowym rezydentem w medium, które go nie potrzebuje i nie wspiera.

Przez siedem dni — od poniedziałku do niedzieli, szesnastego do dwudziestego drugiego października 2023 roku — uczestnicy mieli spędzać w wodzie minimum szesnaście godzin na dobę. Spali na specjalnie zaprojektowanych pływających materacach — płaskich, stabilnych platformach z zamkniętą celką piankową, pokrytych neoprenowym obiciem, przywiązanych liną do boi, by nie dryfowały. Leżeli na nich na plecach, z ciałem częściowo zanurzonym (materac utrzymywał na powierzchni tułów i głowę, ale ramiona i nogi zwisały do wody). Jedli surowe ryby — sardynki, makrele, małe kalmary — podawane im w plastikowych pojemnikach wprost do basenu. Pili odsalaną wodę morską z butelek. Nie mieli ręczników, suchych ubrań ani możliwości wyjścia z basenu poza dwugodzinnym dziennym oknem „lądowym” (od czternastej do szesnastej), przeznaczonym na badania medyczne, konsultacje z zespołem i — co nie zostało zapisane w protokole, ale stało się rytuałem — na siedzenie na ciepłym betonie i patrzenie w niebo z wyrazem twarzy, który można opisać jedynie jako „egzystencjalną wdzięczność za suchość.”

Kluczowym elementem eksperymentu było wyposażenie akustyczne. Każdy uczestnik nosił na głowie lekki, wodoodporny zestaw słuchawkowy podłączony do systemu hydrofonów rozmieszczonych w basenie. System ten przekształcał ultradźwiękowe kliknięcia echolokacyjne delfinów — normalnie niesłyszalne dla ludzkiego ucha — w dźwięki z zakresu ludzkiego słuchu, obniżając ich częstotliwość o dwie do trzech oktaw. Uczestnicy mogli więc „słyszeć” echolokację — nie tak, jak słyszą ją delfiny, oczywiście, ale w formie przetworzonej, ludzkiej, będącej dźwiękowym odpowiednikiem patrzenia na świat przez okulary, które zmieniają kolory: obraz jest zdeformowany, ale daje pojęcie o strukturze.

„To był moment, w którym zrozumiałem, że ten eksperyment jest genialny”, powiedział mi Clément, muzykolog, z entuzjazmem, który sprawił, że jego francuskie „r” drgało jeszcze mocniej niż zwykle. „Nie chodziło o to, żebyśmy słyszeli jak delfiny — to jest niemożliwe. Chodziło o to, żebyśmy doświadczyli świata, w którym dźwięk jest informacją. W którym każdy klik mówi ci coś o tym, co jest wokół ciebie. W którym uszy zastępują oczy.”

Oscar, głuchy grafik, oczywiście nie mógł korzystać z zestawu słuchawkowego. Zamiast tego wyposażono go w kamizelkę wibracyjną — urządzenie, które przekształcało echolokacyjne kliknięcia delfinów w wibracje wyczuwalne na skórze. Każde kliknięcie stawało się pulsem, każda seria kliknięć — wzorem wibracyjnym, którego intensywność i częstotliwość odpowiadały kierunkowi i odległości delfina. Oscar miał więc „słyszeć” echolokację ciałem, nie uszami. I to — jak się okazało — zmieniło wszystko.


Pierwszy dzień w wodzie.

Poniedziałek, szesnasty października, godzina siódma rano. Temperatura powietrza: dwadzieścia dwa stopnie. Temperatura wody: dwadzieścia trzy stopnie — ciepła, ale nie gorąca, śródziemnomorska woda o przejrzystości pozwalającej widzieć dno basenu na głębokości czterech metrów. Dziesięcioro ludzi w jednoczęściowych strojach kąpielowych z neoprenu (grubość dwa milimetry — wystarczająco cienkie, by czuć wodę, wystarczająco grube, by nie wyziębić się w nocy) zsunęło się z krawędzi basenu do wody.

Delfiny nie było widać.

„To było pierwsze zaskoczenie”, relacjonowała Leila, irańska inżynier. „Myślałam, że będą na nas czekać. Że podpłyną, obwąchają, zrobią te swoje słynne piruety. Nic z tego. Basен wyglądał pusto. Woda, ściany, my. Przez pierwszą godzinę pływaliśmy w kółko i czuliśmy się jak idioci — dziesięcioro dorosłych ludzi w basenie bez delfinów.”

Dr Papadopoulos, obserwujący z pomieszczenia kontrolnego, nie był zaskoczony. „Ariadne jest ostrożna. Ona nie podchodzi do nowych rzeczy — ona pozwala nowym rzeczom podejść do siebie. Wiedziałem, że trójka jest schowana w głębszej części basenu, przy dnie, obserwując. I wiedziałem, że Ariadne każe im czekać, aż sama zdecyduje, że jest bezpiecznie.”

Ariadne zdecydowała około jedenastej. Uczestnicy — zmęczeni pływaniem, część z nich wiszących na pływających materacach, część dryfujących na plecach z twarzami ku niebu — nagle usłyszeli w słuchawkach dźwięk, który Clément opisał potem jako „najbardziej obce i jednocześnie najbardziej znajome, co kiedykolwiek słyszałem.” Seria kliknięć — szybkich, staccatowych, przenikliwych — nadchodząca z głębi basenu, jak kroки kogoś, kto idzie po korytarzu w twoim kierunku, ale nie wiesz, czy z wizytą, czy z nożem.

Oscar, w swojej kamizelce wibracyjnej, poczuł to jako serię szybkich pulsów na lewym boku. Odwrócił głowę w lewo. I zobaczył ją.

Ariadne wynurzyła się trzy metry od niego — wolno, łagodnie, z gracją, która byłaby oskarżana o pretensjonalność, gdyby nie była całkowicie naturalna. Jej szary, lśniący grzbiet przebił powierzchnię wody jak grzbiet góry wyłaniającej się z oceanu w zwolnionym tempie. Wydmuchała powietrze z otworu oddechowego — gwałtowny, krótki wydech, który brzmi jak kaszlnięcie olbrzyma — i wzięła oddech. Potem zanurzyła się ponownie. I wtedy, pod wodą, skierowała na Oscara wiązkę echolokacyjną.

Oscar poczuł to całym ciałem. Kamizelka wibracyjna eksplodowała serią pulsów — nie chaotycznych, lecz ustrukturyzowanych, ze zmienną częstotliwością i intensywnością, jak gdyby ktoś grał na jego klatce piersiowej na instrumencie, którego istnienia nie podejrzewał. Delfin skanował go. Echolokacyjne kliknięcia przenikały przez wodę, przez neopren, przez skórę, przez tkankę tłuszczową i mięśniową, odbijały się od kości i narządów wewnętrznych i wracały do delfina niosąc informację o kształcie, gęstości i strukturze ludzkiego ciała.

„To było jak bycie prześwietlonym”, napisał Oscar w swoim raporcie, który — ponieważ był głuchy — składał wyłącznie na piśmie, w niezwykle precyzyjnym, oszczędnym języku, który naprowadził mnie na myśl, że ludzie pozbawieni jednego zmysłu rozwijają wyjątkową wrażliwość na inne formy ekspresji. „Ale nie jak RTG, które jest zimne i mechaniczne. To było jak bycie poznanym. Jakby ktoś czytał moją anatomię jak książkę. I ta książka nie miała tajemnic — delfin widział moje serce, moje płuca, mój żołądek. Wiedział o mnie więcej niż ja sam. I nie miałem na to żadnego wpływu.”

Dr Schäfer, kiedy omawialiśmy to doświadczenie, podniosła palec — gest, który u niej oznaczał, że zaraz powie coś ważnego. „To jest kluczowa asymetria, która odróżnia delfini eksperyment od końskiego i wilczego. Koń i wilk postrzegają ludzi przede wszystkim wzrokiem i węchem — zmysłami, które dają obraz powierzchniowy. Delfin postrzega echolokacyjnie — i echolokacja daje obraz głębinowy, przenikliwy, intymny. Delfin, który skanuje twoje ciało, wie, czy twoje serce bije szybko czy wolno. Wie, czy masz w żołądku jedzenie. Wie — teoretycznie — czy jesteś chory. To jest poziom intymności percepcyjnej, na który ludzie nie są przygotowani, bo w naszym świecie nikt nas nie widzi w ten sposób. Nikt nie patrzy nam do wnętrza. A delfin — delfin nie potrafi nie patrzeć.”


Drugie dobę w wodzie były, zdaniem większości uczestników, najgorsze — nie z powodu delfinów, lecz z powodu wody. Ludzkie ciało, nawet ciało dobrego pływaka, nie jest przystosowane do szesnastogodzinnego zanurzenia. Skóra marszczy się, mięknie, staje się przeczulona na dotyk — stan znany w dermatologii jako maceracja. Uszy, narażone na ciągły kontakt z wodą, zaczynają boleć — nie ostro, lecz tępo, uporczywie, jak ból zęba, który nie chce się zdecydować, czy jest prawdziwy. Oczy, mimo okularów pływackich, pieką od soli. Mięśnie — przede wszystkim mięśnie karku, barków i nóg — bolą od ciągłego ruchu wymuszanego przez wodne środowisko, gdzie nawet „stanie w miejscu” wymaga pracy.

Ale najgorsza, jak się okazało, była utrata punktu odniesienia.

Takeshi, rybak z Okinawy, który spędził na morzu więcej godzin niż na lądzie, wyraził to z prostotą, jakiej pozazdrościłby mu niejeden fenomenolog: „Na łodzi jesteś NAD wodą. W wodzie jesteś W wodzie. To jest inna pozycja w świecie. Na łodzi masz pod sobą coś stałego. W wodzie nie masz nic stałego. Wszystko się rusza — ty się ruszasz, woda się rusza, dno się rusza, ściany się ruszają. I po dwóch dniach twój mózg się poddaje. Przestaje szukać stałości. I wtedy zaczyna się coś dziwnego — zaczynasz czuć się częścią wody. Nie pływasz W wodzie. Pływasz Z wodą. I to jest, myślę, jak delfin.”

Dr Herrera Ruiz potwierdził, że ta obserwacja — utrata poczucia granicy między ciałem a medium — pojawiła się u ośmiorga z dziesięciorga uczestników, zwykle między drugą a trzecią dobą. W raportach końcowych figuruje jako „efekt dyfuzji somatycznej” (somatic diffusion effect) i jest opisywana jako subiektywne poczucie, że granica skóry staje się przepuszczalna — że ciało „rozpływa się” w wodzie, nie tracąc formy, lecz tracąc twardość. „To jest oczywiście iluzja”, zastrzegł dr Herrera Ruiz. „Ciało nie rozpływa się. Ale percepcja granicy ciała jest plastyczna i zależy od informacji sensorycznej. Na lądzie skóra jest wyraźną granicą: po jednej stronie jest powietrze, po drugiej ciało, kontrast jest jednoznaczny. W wodzie kontrast jest mniejszy — woda ma temperaturę zbliżoną do ciała, ma gęstość zbliżoną do tkanek miękkich, wywiera ciśnienie na całą powierzchnię skóry jednocześnie. Mózg zaczyna tracić pewność, gdzie ciało się kończy, a świat zaczyna. I to jest fascynujące, bo delfin — który żyje w wodzie od urodzenia do śmierci — prawdopodobnie nigdy nie miał tej pewności. Dla delfina granica między ciałem a oceanem może być kategorią, która po prostu nie istnieje.”


Trzeciego dnia delfiny zaczęły się bawić z ludźmi. I tu muszę się zatrzymać, by obalić mit, który jest tak głęboko zakorzeniony w popkulturze, że jego usunięcie wymaga czegoś na kształt chirurgii memowej.

Delfiny nie są miłe.

Delfiny są fascynujące, złożone, inteligentne i zdolne do zachowań, które z ludzkiej perspektywy wyglądają na miłe. Ale etologia delfinów obejmuje również: morderstwa noworodków (infantycyd jest udokumentowany u delfinów butlonosych wielokrotnie), agresję seksualną wobec samic (grupy samców tworzą koalicje, które izolują samice i wymuszają kopulację), ataki na morświny (delfiny butlonosy regularnie zabijają morświny, prawdopodobnie nie dla pożywienia, lecz z powodów, których do końca nie rozumiemy), a także przypadki torturowania ryb i mniejszych zwierząt morskich w sposób, który trudno opisać inaczej niż „dla zabawy” — choć termin „zabawa” w tym kontekście nabiera zabarwienia, od którego robi się nieswojo.

Mówię o tym nie po to, by zdemonizować delfiny — to byłby odwrotny błąd od ich idealizacji — lecz po to, by podkreślić, że ludzie, którzy weszli do basenu z Ariadne, Posejdonem i Kalypso, weszli do świata złożonego, nieprzewidywalnego i potencjalnie niebezpiecznego. I że „zabawa”, jaką delfiny zainicjowały trzeciego dnia, nie była delfiniim odpowiednikiem rzucania piłeczki w parku.

Zaczęło się od Kalypso, sześcioletniej córki Ariadne i Posejdona, która — według dr Papadopoulosa — „ma osobowość nastolatki: jest ciekawska, impulsywna, znudzona wszystkim i stale szuka rozrywki.” Kalypso podpłynęła do Sofii, psychoterapeutki z Walencji, i trąciła ją nosem w łydkę. Sofia zamarła. Kalypso trąciła ponownie, mocniej. Sofia — instynktownie, bez namysłu — wyciągnęła rękę pod wodę i dotknęła delfina.

To był punkt zero.

„Jej skóra”, powiedziała mi Sofia, i na jej twarzy pojawił się wyraz, który widziałem dotąd tylko u ludzi opisujących doświadczenia mistyczne lub narodziny dziecka, „jej skóra nie jest tym, czego się spodziewasz. Wyobrażasz sobie, że będzie śliska, jak ryba. Ale nie. Jest gładka jak jedwab napięty na bęben. I ciepła — cieplejsza niż woda, cieplejsza niż moja ręka. I pod tą skórą czujesz mięśnie — potężne, ciasno upakowane, wibrujące. I czujesz, jak ona oddycha — jak jej ciało rozszerza się i kurczy pod twoimi palcami. I w tym momencie, przysięgam ci, poczułam, że ta istota jest bardziej żywa niż ja. Że w niej jest więcej życia na centymetr kwadratowy ciała niż we mnie. I to mnie przeraziło i zachwyciło jednocześnie.”

Kalypso, po tym pierwszym dotyku, zaczęła krążyć wokół Sofii, coraz bliżej, coraz szybciej, emitując serie kliknięć, które w słuchawkach brzmiały jak deszcz na blaszanym dachu. A potem zrobiła coś, co dr Papadopoulos widział dotąd tylko między delfinami: podpłynęła pod Sofię, odwróciła się brzuchem do góry i przesunęła się pod nią na całej długości ciała — od stóp do głowy — ocierając swoim brzuchem o jej brzuch.

W etologii delfinów ten gest — bliski kontakt brzuszny — jest zachowaniem afiliacyjnym o wysokiej intensywności. Delfiny robią to ze sobą w kontekstach, które badacze interpretują jako wyrażanie więzi, uspokajanie po konflikcie lub po prostu przyjemność fizyczną. To, że Kalypso wykonała ten gest wobec człowieka — i to wobec człowieka, którego znała od trzech dni — było, zdaniem dr Papadopoulosa, „albo dowodem niezwykłej otwartości Kalypso, albo dowodem, że delfiny są jeszcze dziwniejsze, niż myślimy. Albo jedno i drugie.”


Sen na wodzie. Tu muszę poświęcić osobny fragment, bo sen na wodzie okazał się doświadczeniem tak odmiennym od snu na lądzie, że kilkoro uczestników opisało go jako „zmianę stanu świadomości porównywalną z psychodelikami” — co jest porównaniem, które dr Schäfer przyjęła z mieszaniną satysfakcji i niepokoju, bo psychodeliki nie znajdowały się w protokole badawczym.

Człowiek leżący na pływającym materacu w ciemnym (światła gaszono o dwudziestej drugiej), ciepłym basenie doświadcza czegoś, co w literaturze sensorycznej nazywa się „deprywacją sensoryczną o umiarkowanej intensywności” — nie tak ekstremalną jak w komorze deprywacyjnej (float tank), gdzie odcina się wszelkie bodźce, ale wystarczającą, by umysł zaczął robić dziwne rzeczy. Wzrok jest ograniczony do ciemności. Słuch jest zdominowany przez plusk wody, odgłosy oddechów delfinów i — przez słuchawki — odległe kliknięcia echolokacyjne, które w nocy stawały się rzadsze, ale nie milkły nigdy. Dotyk jest zdominowany przez wszechobecną wodę, która kołysze, obejmuje, podtrzymuje.

„Nie mogłam zasnąć pierwszej nocy”, relacjonowała Ngozi, neurobiolog z UCL, ta od fobii rybnej. „Leżałam na materacu, woda kołysała mnie jak kołyska, i myślałam: jestem na oceanie. Nie jestem na oceanie — jestem w basenie na Krecie. Ale mój mózg mówił: ocean. I kiedy wreszcie zasnęłam — musiało być koło drugiej w nocy — śniłam, że jestem pod wodą. Nie że tonę, nie. Że oddycham pod wodą. Że to jest normalne. Że tak zawsze było. I kiedy się obudziłam, przez kilka sekund nie wiedziałam, czy jestem na powierzchni, czy pod nią. I to było przerażające i piękne, i dokładnie to samo powiedzieli mi trzej inni uczestnicy, zanim zdążyłam im powiedzieć o swoim doświadczeniu.”

Dr Schäfer miała na to wyjaśnienie — jak zwykle — ale wyjaśnienie, które było jednocześnie pogłębieniem tajemnicy. „Mózg ludzki w warunkach deprywacji sensorycznej zaczyna generować doświadczenia wewnętrznie — halucynacje, intensywne sny, stany hipnagogiczne. To jest dobrze opisane. Ale tu jest dodatkowy element: woda. Woda jest medium, z którego wyłoniliśmy się ewolucyjnie — nie jako ludzie, lecz jako kręgowce. Każdy z nas spędził dziewięć miesięcy w płynie owodniowym. Nasza krew ma skład mineralny uderzająco podobny do wody morskiej. I jest hipoteza — kontrowersyjna, ale nie bezzasadna — że głęboko w naszym mózgu istnieją ślady pamięci wodnego istnienia. Że woda aktywuje coś archaicznego, przedludzkiego, może nawet przedssakowego. Nie twierdzę, że nasi uczestnicy „pamiętali” bycie rybą. Twierdzę, że ich mózgi, zanurzone w wodzie, w ciemności, w kołysaniu, mogły przełączyć się na tryb przetwarzania, który jest ewolucyjnie starszy niż tryb lądowy.”

Clément, muzykolog, spędzał noce z uszami zanurzonymi w wodzie — zdejmował słuchawki i słuchał basenu bezpośrednio. Czwartej nocy obudził się z napisanym na ręce (miał wodoodporny marker) słowem, którego nie pamiętał, żeby napisał: „CHORALE.” Kiedy mu je pokazano rano, patrzył na nie przez chwilę, a potem powiedział: „Tak. Kliknięcia. W nocy, kiedy delfiny klikają wolno i rzadko, to brzmi jak chorał. Jak gregoriański chorał śpiewany pod wodą przez mnichów, którzy zamiast płuc mają ocean.”


Piąty dzień przyniósł przełom w relacji między Oscarem — głuchym grafikiem — a Posejdonem, samcem delfina. I to jest historia, którą muszę opowiedzieć bardzo ostrożnie, bo łatwo ją zbanalizować, a banalność byłaby tu największą krzywdą.

Oscar, pozbawiony słuchu od urodzenia, żył w świecie, w którym dźwięk nie istniał. Nie doświadczał go, nie brakło mu go, nie wyobrażał sobie go — dźwięk był dla niego kategorią abstrakcyjną, jak czwarty wymiar: wiedział, że istnieje, ale nie miał do niego dostępu eksperymentalnego. Jego kamizelka wibracyjna tłumaczyła echolokację delfinów na dotyk — ale dotyk nie jest dźwiękiem, tak jak braille nie jest czytaniem „oczami na palcach”, lecz czymś zupełnie innym, własnym trybem percepcji.

Piątego dnia Posejdon — samiec, zwykle najspokojniejszy z trójki, trzymający się na uboczu, obserwujący — podpłynął do Oscara i skierował na niego serię echolokacyjnych kliknięć o niezwykłej intensywności. Kamizelka Oscara zawirowała — pulsy były tak silne, że Oscar poczuł je nie tylko na torsie, ale i w klatce piersiowej, w brzuchu, w kościach. Posejdon klikał i klikał, zmieniając częstotliwość, intensywność, rytm — jakby szukał czegoś, jakby skanował Oscara raz za razem i nie mógł zrozumieć tego, co „widzi.”

Dr Papadopoulos, oglądając tę scenę z kabiny kontrolnej, miał teorię. „Posejdon skanował Oscara i otrzymywał echo, które nie zgadzało się z echem od innych ludzi. Nie wiem, co dokładnie różniło się — może struktura kości czaszki Oscara, który nie miał rozwiniętych pewnych elementów ucha wewnętrznego, dawała inny obraz echolokacyjny. Może napięcie mięśniowe Oscara było inne, bo głuche osoby mają inaczej rozwiniętą propriocepcję. A może — i to jest spekulacja — Posejdon echolokacyjnie „widział,” że Oscar nie reaguje na dźwięk, i to go fascynowało. Jakby spotkał istotę, która nie działa jak inne istoty.”

Oscar tego nie słyszał. Ale czuł. I zrobił coś, czego nikt mu nie kazał, czego nikt nie zaplanował, co wyrosło z instynktu głębszego niż protokół badawczy: zaczął odpowiadać.

Nie dźwiękiem — nie mógł. Ciałem. Zaczął stukać dłonią w wodę — rytmicznie, celowo, z częstotliwością, która naśladowała wzór wibracji, jakie odbierał z kamizelki. Stuk-stuk-stuk-pauza-stuk-stuk. I Posejdon — i tu dr Papadopoulos musiał przewinąć nagranie trzykrotnie, żeby uwierzyć — Posejdon zmienił wzór swoich kliknięć tak, by odpowiadał rytmowi stukania Oscara.

Dwóch „głuchych” — jeden biologicznie, drugi ekologicznie, bo delfin w ludzkim świecie jest równie głuchy na nasze słowa, jak Oscar na ich kliknięcia — nawiązało kontakt. Nie przez dźwięk. Nie przez język. Przez rytm. Przez wibrację, która jest starsza niż dźwięk, starsza niż uszy, starsza niż woda: przez puls materii, który jest jedynym językiem naprawdę uniwersalnym.

„Płakałem”, napisał Oscar w swoim raporcie. „Nie dlatego, że byłem smutny. Dlatego, że przez czterdzieści lat nikt nie próbował mówić do mnie w moim języku. Ludzie mówią, a ja nie słyszę. Posejdon nie mówił. Posejdon pukał. I ja pukałem. I to wystarczyło.”


Szósty dzień. Sobota. Dzień sardynek.

Muszę napisać o sardynkach, bo sardynki były Waterloo tego eksperymentu — punktem, w którym cywilizacyjne tamy pękały z hukiem słyszalnym, jak podejrzewam, aż w gabinecie profesora Hallswortha w Cambridge.

Surowe sardynki to nie jest to samo co sushi. Sushi jest kunsztem — ryba filetowana, oczyszczona, ułożona na ryżu jak klejnot na poduszce. Surowa sardynka z basenu to jest mała, mokra, śliczna ryba o martwych oczach i otwartej gębie, którą musisz wziąć do ust i przegryźć, czując pod zębami chrupanie kręgosłupa i trzask pęcherza pławnego, a w ustach erupcję smaku, który jest jednocześnie morski, metaliczny, tłusty i — jak to ujęła Leila — „tak intensywnie rybny, że redefiniuje twoje rozumienie słowa „ryba.””

Ngozi, ta od fobii rybnej, miała z sardynkami relację, która zasługuje na osobną monografię psychoterapeutyczną. Pierwszego dnia odmówiła jedzenia. Drugiego dnia zjadła jedną sardynkę, wymiotując natychmiast potem. Trzeciego dnia zjadła trzy sardynki i nie wymiotowała. Piątego dnia jadła sardynki obiema rękami, patrząc im w martwe oczy z wyrazem twarzy, który oscylował między odrazą a czymś, co wyglądało na… szacunek?

„To jest fobia ekspozycyjna w wersji ekstremalnej”, wyjaśniła mi, śmiejąc się do własnej diagnozy. „W normalnej terapii terapeuta pokazuje ci zdjęcie pająka, potem plastikowego pająka, potem prawdziwego pająka za szybą, potem prawdziwego pająka na stole. Tu nie było stopniowania. Tu było: oto sardynka, zjedz ją albo głoduj. I wybrałam sardynkę. I wiesz, co jest zabawne? Pod koniec tygodnia złapałam się na tym, że wybieram sardynki większe. Że mi smakują. Że moja fobia — która towarzyszyła mi od dzieciństwa, od momentu, kiedy mój brat wrzucił mi żywą rybę do wanny — po prostu odeszła. Nie powoli, nie stopniowo. Odeszła, bo nie miała już sensu. Bo kiedy żyjesz w wodzie z delfinami i jesz surowe ryby na śniadanie, obiad i kolację, fobia ryb jest luksusem, na który nie stać cię metabolicznie.”

A delfiny? Jak delfiny reagowały na ludzi jedzących ryby?

Z fascynacją. A może z czymś bardziej praktycznym.

Takeshi, rybak, zaobserwował to pierwszy. „Kiedy jedliśmy ryby, delfiny podpływały bliżej. Nie żebrały — to nie to. Patrzyły. I Kalypso, ta mała, robiła coś, co rybacy znają: polowała na resztki. Kiedy ktoś upuścił sardynkę do wody, Kalypso była tam w ułamku sekundy. I wtedy zrozumiałem — one nie widzą w nas partnerów, nie widzą w nas przyjaciół. One widzą w nas okazję. Widzą w nas tych niezdarnych rybożerców, którzy upuszczają jedzenie. I to jest uczciwe. To jest bardziej uczciwe niż ta cała mitologia o delfinach-przyjaciołach-człowieka. Delfin jest pragmatyczny. Delfin ma swoje potrzeby. I jeśli obecność ludzi w basenie oznacza więcej darmowych sardynek, to delfin jest za obecnością ludzi w basenie. To nie jest przyjaźń. To jest biznes.”

Dr Herrera Ruiz, choć docenił surowy realizm Takeshiego, miał nieco bardziej zniuansowaną opinię. „Takeshi ma rację, że nie powinniśmy romantyzować. Ale redukcja relacji delfin-człowiek do „biznesu” jest takim samym uproszczeniem jak redukcja jej do „przyjaźni.” To, co zaobserwowaliśmy, było bliższe temu, co w ekologii behawioralnej nazywamy mutualism — wzajemnie korzystną interakcją, w której obie strony coś zyskują, ale żadna nie musi tego „rozumieć” w kategoriach intencjonalnych. Delfiny zyskiwały sardynki i stymulację społeczną. Ludzie zyskiwali… cóż, to właśnie próbowaliśmy ustalić.”


Co ludzie zyskiwali, stało się jaśniejsze siódmego dnia — i w tygodniach po zakończeniu eksperymentu.

Siódmego dnia, niedzieli, kiedy uczestnicy mieli opuścić basen po raz ostatni, stało się coś, co nie powinno mnie już zaskakiwać po rozdziałach o koniach i wilkach, a jednak zaskakiwało. Nie chcieli wychodzić.

„Woda stała się domem”, powiedziała Sofia, psychoterapeutka. „Nie lubianym miejscem, nie komfortowym środowiskiem — domem. Miejscem, w którym czujesz się sobą. I kiedy kazano nam wyjść, poczułam coś fizycznego — coś jak ból w klatce piersiowej, jak żal, jak tęsknotę za czymś, co jeszcze trwa. I pomyślałam: czy delfin, którego łapie się z oceanu i wsadza do basenu, czuje to samo, tylko w drugą stronę? Czy delfin tęskni za oceanem tak, jak ja teraz tęsknię za basenem?”

Takeshi wyszedł z basenu jako ostatni. Stał na krawędzi, z wodą skapującą z ciała na ciepły beton, i patrzył na powierzchnię basenu, na której widać było trzy grzbiety krążące leniwie w porannym słońcu. „Trzydzieści lat na morzu”, powiedział, nie do mnie, nie do nikogo, raczej do siebie i do wody. „Trzydzieści lat patrzyłem na delfiny z łodzi. Z góry. One były tam, ja byłem tu. Tydzień w wodzie i teraz ja jestem tam, a łódź jest tu. I nie chcę wracać na łódź.” Zamilkł na chwilę. „Ale wrócę. Bo jestem człowiekiem, nie delfinem. A człowiek wraca na łódź.”


Sesje debriefingowe trwały cztery dni — dzień dłużej niż w przypadku poprzednich eksperymentów, bo, jak zauważyła dr Kowalska-Brennan, „uczestnicy mieli więcej do powiedzenia i jednocześnie większą trudność w powiedzeniu tego.” Woda, jak się okazało, zostawia ślad nie tylko na skórze.

Trzy kluczowe wnioski z sesji debriefingowych:

Po pierwsze — i to potwierdziło dziewięcioro z dziesięciorga uczestników — doświadczenie życia w wodzie zmieniło ich percepcję granic ciała w sposób trwały. Trwały nie w sensie permanentnym — efekt stopniowo słabł w ciągu tygodni po eksperymencie — ale trwały w sensie, że czegoś się dowiedzieli o sobie, czego nie da się odwiedzieć, oduczyć, zapomnieć. „Wiem teraz, że moje ciało jest bardziej wodą niż ciałem stałym”, powiedziała Leila. „Sześćdziesiąt procent wody — znałam tę cyfrę. Ale teraz ją czuję. I kiedy biorę prysznic, nie czuję, że woda pada na mnie. Czuję, że woda pada na wodę.”

Po drugie — doświadczenie echolokacji, nawet w przetworzonej formie, zmieniło stosunek uczestników do dźwięku. Clément, muzykolog, wrócił z Krety i napisał kompozycję zatytułowaną „Truncatus” — dwudziestominutowy utwór na hydrophone i syntezator, oparty na nagraniach kliknięć Ariadne — który został wykonany na festiwalu muzyki elektroakustycznej w Lyonie i wywołał owację na stojąco oraz jedną recenzję w „Le Monde”, która zawierała zdanie: „To muzyka, która brzmi, jakby ją skomponowała woda.” Clément, pokazując mi tę recenzję, uśmiechnął się i powiedział: „Nie skomponowała jej woda. Skomponowała ją Ariadne. Ja byłem tylko sekretarzem.”

Po trzecie — i to jest wniosek, który dr Schäfer uważa za najważniejszy z całego projektu „Animalia Cognita” do tej pory — doświadczenie Oscara, głuchego grafika, otworzyło nową perspektywę na komunikację międzygatunkową. Oscar, który nie mógł słyszeć delfinów, nawiązał z nimi kontakt głębszy niż wielu słyszących uczestników. Nie pomimo głuchoty, lecz — jak argumentuje dr Schäfer — dzięki niej. „Oscar nie miał akustycznych oczekiwań”, wyjaśniała. „Nie czekał na dźwięki, które rozpoznaje. Był otwarty na wibracje, na rytm, na dotyk — na kanały, które słyszący ludzie ignorują, bo są zaślepieni dominacją słuchu. I delfiny to wyczuły. Posejdon komunikował się z Oscarem inaczej niż z innymi — więcej kontaktu fizycznego, więcej skanowania echolokacyjnego, więcej… uwagi. Jakby Posejdon rozpoznał w Oscarze kogoś, kto słucha inaczej. I jakby to inaczej było bliższe delfinowemu.”

Oscar, zapytany, co wyniósł z eksperymentu, napisał odpowiedź, którą przytaczam w całości: „Przez czterdzieści lat myślałem, że głuchota jest brakiem. Że czegoś mi brakuje, czego inni mają. Po tygodniu z delfinami myślę, że głuchota jest innością. Że moje ciało słucha innym kanałem. Nie gorszym — innym. Posejdon nie słyszy tak jak ludzie. Posejdon słyszy tak jak Posejdon. Ja słyszę tak jak Oscar. I przez chwilę, na pięć minut piątego dnia, kiedy stukałem w wodę, a on stukał z powrotem, nasze dwa sposoby słyszenia spotkały się. I był to najpiękniejszy dźwięk, jakiego nigdy nie usłyszałem.”


Profesor Hallsworth z Cambridge tym razem nie opublikował polemiki. Opublikował tweetа: „Muszę przyznać, że historia głuchego grafika i delfina jest poruszająca. Nadal uważam metodologię za wątpliwą. Ale jestem poruszony.”

Dr Kowalska-Brennan, kiedy jej to pokazano, powiedziała: „Wysyłam mu zaproszenie do rozdziału czwartego.”


Kończę ten rozdział pod wodą.

Szóstej nocy, przedostatniej, kamery podwodne zarejestrowały scenę, której żaden z uczestników nie widział, bo spali na materacach na powierzchni. Pod nimi, w głębi basenu, w ciemności rozświetlanej jedynie zielonkawą poświatą lamp awaryjnych, trójka delfinów krążyła powoli pod pływającymi ciałami ludzi. Krążyła i emitowała kliknięcia — ciche, wolne, regularne, jak bicie serca wyrażone w dźwięku. Dr Papadopoulos, przeglądając nagrania następnego dnia, zauważył coś, co początkowo uznał za artefakt — ale po trzykrotnej analizie potwierdził.

Kliknięcia były zsynchronizowane z oddechami śpiących ludzi.

Delfiny skanowały śpiących ludzi i synchronizowały swoje kliknięcia z rytmem ich oddechów. Nie z jednym oddechem — z wszystkimi dziesięcioma. Jakoś — i dr Papadopoulos nie potrafi wyjaśnić jak — trzy delfiny koordynowały swoje emisje echolokacyjne w taki sposób, by każde kliknięcie odpowiadało wydechowi jednego ze śpiących ludzi. Jakby je kołysały. Jakby je pilnowały. Jakby liczyły ich oddechy w ciemności, upewniając się — ale to jest już moja interpretacja, nie naukowa, nie weryfikowalna, ludzka — upewniając się, że wszyscy jeszcze oddychają.

Delfiny nie śpią tak jak my. Ich mózg śpi połówkowo — jedna półkula zasypia, druga czuwa, potem się zamieniają. Delfin nigdy nie jest całkowicie nieświadomy. Nigdy nie odpływa w ciemność totalną. Zawsze jest w nim część, która czuwa. Która liczy. Która pamięta, że trzeba oddychać — bo delfin, w przeciwieństwie do nas, nie oddycha automatycznie. Każdy oddech delfina jest decyzją.

I tamtej nocy ta czuwająca część trzech delfinich umysłów liczyła ludzkie oddechy.

Być może z ciekawości.

Być może z praktycznych powodów, których nie rozumiemy.

Być może — ale tego nie dowiemy się nigdy — z czegoś, co po delfinowemu nazywa się troską.

Rozdział 4: Mrówka

Czyli o tym, jak dwudziestu ludzi zakopano w ziemi, odebrano im imiona, kazano im nosić ciężary w ciemności przez osiemnaście godzin dziennie, a oni zamiast zwariować, zaczęli myśleć razem — i to ich przeraziło bardziej niż ciemność


Zanim napiszę cokolwiek innego, muszę zmierzyć się z problemem skali.

W trzech poprzednich rozdziałach pisałem o zwierzętach, które — jakkolwiek odmienne od nas — były przynajmniej porównywalnych rozmiarów. Koń waży pół tony, wilk czterdzieści kilogramów, delfin trzysta. To są istoty, na które można spojrzeć, z którymi można nawiązać kontakt wzrokowy, których obecność wypełnia przestrzeń w sposób, który ludzki umysł potrafi ogarnąć. Ale mrówka? Mrówka waży od jednego do dwóch miligramów. Jej mózg zawiera około dwustu pięćdziesięciu tysięcy neuronów — dla porównania: ludzki mózg ma ich osiemdziesiąt sześć miliardów, co oznacza, że stosunek neuronalny między nami a mrówką jest mniej więcej taki, jak stosunek ludności Ziemi do populacji małego walijskiego miasteczka. Mrówka ma oczy złożone, które widzą świat jako mozaikę rozmytych plam. Ma czułki, które odbierają feromony z precyzją porównywalną z ludzkim wzrokiem, ale w medium chemicznym, nie optycznym. Żyje od kilku tygodni do kilku miesięcy — chyba że jest królową, w którym to przypadku może żyć trzydzieści lat, co czyni ją jednym z najdłużej żyjących owadów na Ziemi i prawdopodobnie najbardziej zblazowaną istotą w historii ewolucji.

Mrówka, pojedyncza mrówka, jest — powiedzmy to sobie wprost — głupia. Nie głupia w potocznym sensie, nie w sensie obraźliwym, lecz w ścisłym sensie kognitywistycznym: jej mózg nie ma wystarczającej pojemności obliczeniowej, by wykonywać złożone operacje poznawcze. Pojedyncza mrówka nie planuje. Nie przewiduje. Nie uczy się w sposób, który uznalibyśmy za inteligentny. Porusza się po świecie w sposób, który z ludzkiej perspektywy wygląda na chaotyczny — biega, skręca, cofa się, wpada na przeszkody, wraca, próbuje ponownie. Gdyby pojedynczą mrówkę poddać testowi IQ — co jest oczywiście absurdem metodologicznym, ale służy jako ilustracja — wypadłaby gorzej niż termostat.

A jednak.

A jednak kolonia mrówek jest jednym z najbardziej zaawansowanych systemów organizacyjnych w przyrodzie. Kolonia gatunku Atta cephalotes — mrówek grzybiarzy z Ameryki Środkowej — liczy do ośmiu milionów osobników, prowadzi rolnictwo (hoduje grzyby na podłożu z przeżutych liści), utrzymuje system wentylacji gniazda o złożoności porównywalnej z ludzkim wieżowcem, prowadzi wojny, zawiera sojusze, zarządza odpadami, dzieli pracę na kasty tak wyspecjalizowane, że poszczególne morfotypy różnią się masą ciała trzysta razy, i robi to wszystko bez centralnego dowodzenia, bez planowania, bez komunikacji werbalnej i bez czegokolwiek, co moglibyśmy nazwać świadomością w ludzkim sensie tego słowa.

Jak? Jak z dwustu pięćdziesięciu tysięcy neuronów na osobnika powstaje system zdolny do tego, do czego osiem milionów mózgów ludzkich byłoby niezdolne? Odpowiedź brzmi: emergencja. Złożone zachowanie koloni wyłania się z prostych reguł zachowania jednostek, tak jak fala wyłania się z ruchów pojedynczych cząsteczek wody, choć żadna cząsteczka nie wie, co to fala. Mrówka nie wie, co robi kolonia. Mrówka reaguje na bodźce chemiczne — feromony — emitowane przez inne mrówki, i ta reakcja, pomnożona miliony razy, tworzy wzór, który z zewnątrz wygląda na inteligentny, planowy, celowy. Ale żaden z tych przymiotników nie opisuje tego, co dzieje się na poziomie jednostki. Na poziomie jednostki nie ma inteligencji. Na poziomie jednostki jest chemia.

I tu dochodzimy do pytania, które legło u podstaw czwartego eksperymentu „Animalia Cognita” — pytania tak niepokojącego, że kiedy dr Schäfer postawiła je po raz pierwszy na zebraniu zespołu, dr Herrera Ruiz podobno wylał kawę na spodnie, a dr Kowalska-Brennan poprosiła o dziesięć minut przerwy na przemyślenie. Pytanie brzmiało: co stanie się z ludzkim poczuciem tożsamości, kiedy wyeliminujemy indywidualność?

Nie ograniczymy. Nie stłumimy. Wyeliminujemy.


Koncepcja eksperymentu mrówczego była, w porównaniu z poprzednimi, jednocześnie prostsza logistycznie i bardziej ekstremalna psychologicznie. Nie chodziło o ciężką pracę fizyczną (choć i tej nie brakowało), nie o zimno, nie o wodę. Chodziło o to, by stworzyć warunki, w których ludzka indywidualność — imię, twarz, osobista przestrzeń, prywatność, autonomia decyzyjna — zostanie systematycznie, metodycznie, naukowo odebrana. Nie jako kara. Nie jako tortury. Jako symulacja.

Bo mrówka nie ma indywidualności. Mrówka robotnica — a kolonia to w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach robotnice — nie ma imienia, nie ma twarzy, nie ma osobistej przestrzeni, nie ma prywatności i nie ma autonomii decyzyjnej. Mrówka jest funkcją. Jest nośnikiem, kopaczem, żołnierzem, opiekunką larw, zbieraczką, śmieciarzem — ale nigdy nie jest sobą w sensie, w jakim ludzie rozumieją bycie sobą. W kolonii mrówek nie ma „ja.” Jest „my” — ale „my” tak totalne, tak pozbawione wewnętrznej dyferencjacji, że nawet słowo „my” jest nieadekwatne, bo „my” zakłada zbiór „ja”, a tu nie ma żadnego „ja,” z którego można by zbudować zbiór. Jest organizm. Superorganizm. Kolonia jako jedno ciało o milionach nóg.

„To był najtrudniejszy eksperyment do zaprojektowania”, przyznała mi dr Kowalska-Brennan, i w jej głosie — zwykle pewnym, ironicznym, kontrolowanym — słyszałem coś, co brzmiało jak echo wątpliwości. „W przypadku konia symulowaliśmy warunki fizyczne. W przypadku wilka — warunki społeczne. W przypadku delfina — warunki sensoryczne. Ale mrówka? Mrówka to jest pytanie o to, czy ludzki umysł potrafi porzucić to, co uważa za swoją istotę — poczucie bycia kimś — i nadal funkcjonować. I jeśli potrafi, to czym jest w tym momencie? Nadal człowiekiem? Czymś innym? I czy to „coś innego” ma jakikolwiek związek z tym, czym jest mrówka?”

Komisja etyczna potrzebowała dziewiętnastu miesięcy. Dziewiętnastu. Więcej niż rok i pół. Odbyły się cztery dodatkowe posiedzenia, dwie konsultacje z ekspertami zewnętrznymi z dziedziny psychiatrii i jedna — co mnie osobiście rozbawiło, choć rozumiem powagę sytuacji — konsultacja z filozofem analitycznym, specjalistą od problemu tożsamości osobowej, który po przeczytaniu protokołu miał powiedzieć: „To jest najbardziej interesujący eksperyment myślowy, jaki kiedykolwiek widziałem, z tą różnicą, że nie jest eksperymentem myślowym.” Ostatecznie komisja zatwierdziła protokół pod warunkiem obecności dwóch psychiatrów na miejscu przez cały czas trwania eksperymentu oraz prawa każdego uczestnika do natychmiastowego wycofania się poprzez wypowiedzenie ustalonego hasła bezpieczeństwa. Hasło brzmiało „ja.” Co, biorąc pod uwagę cel eksperymentu, było albo subtelnym żartem komisji, albo jej nieświadomym komentarzem filozoficznym.


Miejsce: podziemna instalacja badawcza zbudowana specjalnie na potrzeby eksperymentu na terenie dawnej kopalni wapienia w pobliżu Maastricht w Holandii. Wybór lokalizacji nie był przypadkowy — tunele kopalniane, o stałej temperaturze piętnastu stopni Celsjusza, stałej wilgotności osiemdziesięciu pięciu procent i absolutnej ciemności, stanowiły idealne środowisko do symulacji podziemnego gniazda mrówczego. Istniejące tunele rozbudowano i przebudowano, tworząc sieć korytarzy o łącznej długości czterystu dwudziestu metrów, z wysokością sufitu wahającą się od stu osiemdziesięciu centymetrów (korytarze główne) do siedemdziesięciu centymetrów (korytarze boczne, przez które trzeba było się czołgać). Tunele łączyły się w systemie, który, gdyby spojrzeć na niego z góry — czego uczestnicy nigdy nie mogli zrobić, bo byli w nim — przypominał gniazdo mrówcze: centralną komorę, korytarze odchodzące promieniście, mniejsze komory na obrzeżach.

Ciemność była absolutna. Nie w przenośni. Dosłownie absolutna. W tunelach nie było żadnego źródła światła. Żadnego. Uczestnicy nie mieli latarek, telefonów, zegarków z podświetleniem, zapałek. Przez siedem dni żyli w ciemności tak całkowitej, że — jak wyjaśnił mi dr Felix Grünwald, który prowadził monitoring medyczny — po dwudziestu minutach adaptacji ludzkie oko zaczyna „produkować” własne obrazy: fosforyzujące plamy, geometryczne wzory, a u osób podatnych — pełne halucynacje wizualne. To zjawisko, znane jako „szum siatkówki” lub „efekt Eigengrau” (z niemieckiego: „własna szarość”), jest odpowiedzią zdesperowanego mózgu na brak informacji wzrokowej. Mózg, pozbawiony danych z oczu, zaczyna produkować dane własne. W normalnych okolicznościach jest to ciekawostka neurofizjologiczna. W kontekście tygodnia w absolutnej ciemności pod ziemią staje się potencjalnym zagrożeniem psychiatrycznym.

Dwudziestu uczestników — tym razem zespół zdecydował się na większą grupę, bo „kolonia składająca się z dziesięciu osobników nie jest kolonią, lecz komitetem, a my nie chcieliśmy komitetu”, jak ujął to dr Herrera Ruiz — wyłoniono z puli czterystu dwudziestu zgłoszeń. Selekcja obejmowała, oprócz standardowych testów, dodatkowe kryteria: brak klaustrofobii (potwierdzony testami w komorze ciśnieniowej), brak skłonności do stanów dysocjacyjnych (ocena psychiatryczna), doświadczenie w pracy zespołowej pod presją (preferowani byli strażacy, ratownicy, członkowie ekip górniczych) i — co mogło brzmieć paradoksalnie, ale było starannie uzasadnione — wysoki poziom indywidualnej tożsamości i poczucia autonomii. „Nie chcieliśmy ludzi, którzy łatwo się podporządkowują”, wyjaśniła dr Schäfer. „Chcieliśmy ludzi o silnym „ja”, bo tylko wtedy utrata tego „ja” będzie miała empiryczną wagę.”


Pozwólcie, że zamiast opisywać wszystkich dwudziestu uczestników, przedstawię sześcioro tych, których głosy dominują w tym rozdziale — i jedno słowo wyjaśnienia, dlaczego „głosy” to w tym przypadku termin wymagający cudzysłowu.

Bo uczestnicy eksperymentu mrówczego nie mieli imion.

Było to częścią protokołu. Przed wejściem do tuneli każdemu uczestnikowi odebrano imię i nadano numer — od jedynki do dwudziestki. Numerów nie wypisano na ubraniach, nie wytatuowano na skórze i nie nadrukowano na opaskach, bo w absolutnej ciemności żaden wizualny identyfikator nie miałby sensu. Numery były czysto administracyjne — używali ich badacze w swoich notatkach, ale uczestnicy nie mieli obowiązku ani możliwości identyfikowania się nawzajem. W ciemności, ubrani w identyczne kombinezony z grubego płótna, bez makijażu, bez fryzur, bez okularów, bez zegarków, bez niczego, co odróżnia jednego człowieka od drugiego na poziomie wizualnym — byli, przynajmniej w zamierzeniu, nie do odróżnienia.

Mówię „w zamierzeniu”, bo oczywiście ludzie odróżniają się także głosem, zapachem, sposobem poruszania się, dotykiem dłoni. I te różnice okazały się kluczowe. Ale o tym za chwilę.

Osoby, których relacje cytuję najczęściej — i którym na potrzeby tej książki przywracam pseudonimy, bo pisanie o „Numerze 7” przez trzydzieści stron byłoby nie do zniesienia zarówno dla mnie, jak i dla czytelnika:

Hanna, czterdziestotrzyletnia niemiecka ratowniczka górnicza z Gelsenkirchen, jedyna uczestniczka z doświadczeniem w pracy pod ziemią. Kobieta o głosie tak niskim i spokojnym, że w ciemności tuneli stała się punktem orientacyjnym — ludzie podążali za jej głosem jak za latarnią, co było ironiczne, biorąc pod uwagę, że zakaz używania imion oznaczał, że nie mogli powiedzieć „idźmy za Hanną”, lecz jedynie „idźmy za tym głosem.”

Tomáš, trzydziestopięcioletni czeski programista z Pragi, człowiek o umyśle tak analitycznym, że w swoim post-eksperymentalnym raporcie opracował matematyczny model zachowań grupowych, który wykazywał — jak twierdził z zadowoleniem graniczącym z euforią — „korelację ze standardowym modelem poszukiwania pokarmu u Lasius niger na poziomie r=0.73.”

Adaeze, dwudziestodziewięcioletnia nigeryjska psycholożka kliniczna z Johannesburga, która zgłosiła się do eksperymentu dzień po obronie pracy doktorskiej na temat — i tu życie demonstruje swoje zamiłowanie do ironii — wpływu izolacji społecznej na poczucie tożsamości.

Ibrahim, czterdziestoośmioletni egipski górnik, od piętnastu lat pracujący w kopalniach fosforanów na Synaju. Człowiek, który na pytanie „czy boisz się ciemności?” odpowiedział: „Ciemność jest moim narzędziem pracy. Nie boję się młotka.”

Rosa, trzydziestojednoletnia argentyńska tancerka współczesna z Buenos Aires, która jako jedyna uczestniczka nie miała żadnego doświadczenia zawodowego związanego z sytuacjami ekstremalnymi. Zapytana o motywację, odpowiedziała: „Taniec jest ruchem ciała w przestrzeni. Chcę wiedzieć, czym jest ruch ciała bez przestrzeni.”

I wreszcie — person, która stała się centralną postacią tej historii, choć zajęło mi wiele tygodni i kilka rozmów z dr Schäfer, zanim zrozumiałem dlaczego — Jean-Pierre, pięćdziesięcioczteroletni belgijski ksiądz katolicki z Liège, duszpasterz więzienny, który spędził dwadzieścia lat na odwiedzaniu ludzi w celach i który powiedział mi, jedynym zdaniem, które zapamiętałem dosłownie z naszej pierwszej rozmowy: „Cela jest miejscem, gdzie człowiek spotyka się ze sobą. Chcę zobaczyć, co się stanie, kiedy nie będzie komu się spotkać.”


Warunki eksperymentu.

Przez siedem dni — od poniedziałku do niedzieli, od piątego do jedenastego lutego 2024 roku — dwudziestu uczestników żyło w podziemnej sieci tuneli, w absolutnej ciemności, w warunkach zaprojektowanych tak, by symulować życie kolonii mrówczej w czterech kluczowych wymiarach.

Wymiar pierwszy: ciemność. Jak już wspomniałem — absolutna, totalna, nieprzerwana ciemność przez sto sześćdziesiąt osiem godzin. Jedynym wyjątkiem było czerwone światło chemiczne, które zapalano na trzy minuty w przypadku alarmu medycznego. Przez cały tydzień nie zapalono go ani razu.

Wymiar drugi: ciasnota. Tunele główne, o wysokości stu osiemdziesięciu centymetrów, pozwalały na stanie w lekkim przygięciu, ale nie na wyprostowanie się. Tunele boczne, o wysokości siedemdziesięciu centymetrów, wymagały czołgania się. Komora centralna — największa przestrzeń w systemie — miała wymiary cztery na sześć metrów i wysokość sufit dwóch metrów. W tej komorze dwadzieścia osób mieściło się, ale nie wygodnie. Każdy uczestnik dysponował teoretycznie przestrzenią osobistą o powierzchni jednego i dwóch dziesiątych metra kwadratowego, co odpowiada mniej więcej powierzchni pojedynczego łóżka szpitalnego. Ale ponieważ ludzie się ruszali, pracowali, jedli i spali w tym samym miejscu, a robili to w ciemności — faktyczna przestrzeń osobista oscylowała wokół zera.

Wymiar trzeci: praca. Uczestnicy mieli „pracować” przez osiemnaście godzin na dobę, z sześciogodzinną przerwą na sen (mrówki robotnice śpią w krótkich, kilkuminutowych drzemkach rozłożonych na całą dobę, co daje łącznie trzy do czterech godzin snu; protokół zdwoił tę liczbę ze względów bezpieczeństwa). Praca polegała na przenoszeniu ciężarów — kamiennych bloków o masie od pięciu do piętnastu kilogramów — z jednej komory do drugiej, przez ciasne tunele, na czworakach lub na kolanach, w ciemności. Bloki były oznakowane fakturowo — różne powierzchnie, różne kształty — a ich docelowe lokalizacje wskazywane były za pomocą sygnałów dotykowych wyrzeźbionych na ścianach tuneli: nacięcia, występy, rowki. Uczestnicy musieli nauczyć się systemu nawigacji opartego wyłącznie na dotyku — tak jak mrówki nawigują wyłącznie za pomocą feromonów i dotyku czułków.

Wymiar czwarty, najważniejszy: eliminacja indywidualności. Brak imion. Brak światła, które pozwoliłoby zobaczyć twarze. Identyczne kombinezony. Zakaz rozmów o sobie — o swoim życiu, swojej przeszłości, swojej tożsamości. Uczestnicy mogli komunikować się werbalnie, ale wyłącznie w sprawach dotyczących bieżącej pracy: „blok tu,” „tunel zablokowany,” „pomoc potrzebna.” Żadnych osobistych historii. Żadnych imion. Żadnego „ja.”

Dieta: pasta z gotowanej soczewicy, ryżu i warzyw — bezsmakowa, pożywna, jednolita. Identyczna porcja dla każdego, podawana trzy razy na dobę w identycznych metalowych miskach, odnajdywanych po omacku w ciemności. Brak przypraw, brak urozmaicenia, brak wyboru. „Mrówka nie wybiera, co je”, wyjaśnił dr Herrera Ruiz. „Mrówka je to, co kolonia jej dostarcza. I wszyscy jedzą to samo.”


Poniedziałek, piąty lutego. Godzina dziesiąta rano — choć w tunelach pojęcie „rano” straciło sens zanim ostatni uczestnik przeszedł przez stalowe drzwi wejściowe. Drzwi zamknięto za nimi z metalicznym szczęknięciem, które, jak mi potem powiedziała Hanna, „brzmiało jak zamknięcie trumny — i tak, wiem, że to dramatyczne porównanie, ale spróbuj stać w całkowitej ciemności i usłyszeć zamykające się za tobą stalowe drzwi, a potem mi powiedz, że nie pomyślałeś o trumnie.”

Pierwsze trzy godziny były chaosem.

Dwudziestu ludzi w absolutnej ciemności, w nieznanej przestrzeni, bez latarki, bez mapy, bez lidera. Protokół zabraniał wyznaczania lidera — „kolonia mrówek nie ma lidera; ma królową, ale królowa nie wydaje rozkazów, lecz jaja” (dr Kowalska-Brennan) — ale zabranianie ludziom wybierania lidera jest jak zabranianie wodzie spływania w dół: można ogłosić zakaz, ale fizyka społeczna ma swoje prawa.

W ciągu pierwszych dziewięćdziesięciu minut wyłoniły się trzy centra organizacyjne. Ibrahim, górnik, zaczął systematycznie badać ściany tuneli dotykiem, mapując przestrzeń i komunikując wyniki krótkim, rzeczowymi zwrotami: „tu zakręt w lewo,” „sufit spada,” „tu komora, cztery kroki na sześć.” Hanna, ratowniczka, zaczęła organizować ludzi w podgrupy — nie werbalnie, bo nie mogła użyć imion, lecz fizycznie: dotykała ramion, kierowała ciała, ustawiała ludzi w szeregi. Tomáš, programista, stał nieruchomo przez dwadzieścia minut, po czym ogłosił — głosem, w którym słychać było akademicką precyzję i ledwo tłumioną panikę — „Musimy ustalić system komunikacji dotykowej. Jedno stuknięcie w ramię oznacza „idź za mną,” dwa stuknięcia oznaczają „stój,” trzy stuknięcia oznaczają „niebezpieczeństwo.” Kto się zgadza, niech stuknа mnie raz.”

Nie odpowiedział mu nikt. Nie dlatego, że się nie zgadzali. Dlatego, że nie wiedzieli, gdzie stoi.

Ta anegdota — Tomáš, wzywający do głosowania dotykowego, stojący samotnie w ciemności, nieskuteczny jak demokrata w pustce — stała się wśród zespołu badawczego przykładem czegoś, co dr Schäfer nazwała „paradoksem organizacji emergentnej.” Ludzie, przyzwyczajeni do organizowania się odgórnie — przez lidera, przez zasady, przez głosowanie — nie potrafili spontanicznie przejść na organizację oddolną, emergentną, mrówczą. „Mrówka nie głosuje nad systemem feromonowym,” powiedziała dr Schäfer. „Mrówka go używa, bo on jest. System wyłania się z interakcji, nie z projektu. A ludzie, nawet w ciemności, nawet pozbawieni imion, próbują najpierw zaprojektować system, a potem go użyć. To jest nasza siła i nasza słabość. I w tunelach zobaczyliśmy, jak ta siła staje się słabością.”

Organizacja emergentna wyłoniła się sama — ale potrzebowała na to dwunastu godzin, a nie dwunastu minut. Przez pierwszą dobę ludzie zderzali się ze sobą w ciemnościach, gubili się w tunelach, tracili orientację, kucali pod ścianami i czekali, aż ktoś ich znajdzie. Trzy osoby miały ataki paniki w ciągu pierwszych sześciu godzin — krótkie, kontrolowane przez zespół psychiatryczny monitorujący audio, ale intensywne. Jedna osoba — Numer 14, kobieta, lat trzydzieści sześć, księgowa z Manchesteru — użyła hasła bezpieczeństwa po dziewięciu godzinach i opuściła tunel. „Nie ciemność mnie złamała,” powiedziała potem badaczom. „Złamało mnie to, że nie widziałam własnych rąk. Nie mogłam udowodnić sobie, że istnieję.”

Zostało dziewiętnastu.


Drugiego dnia — choć „dnia” w tunelach nie było, więc będę używał tego terminu umownie, na oznaczenie dwudziestoczterogodzinnych cykli mierzonych przez zewnętrzny zespół — zaczęło się coś, czego nikt nie potrafił potem opisać jednym słowem, choć wielu próbowało. Hanna powiedziała „zsynchronizowanie.” Tomáš powiedział „konwergencja.” Rosa powiedziała „taniec.” Jean-Pierre powiedział „komunia.” Ibrahim powiedział „praca” i wzruszył ramionami, jakby inne określenia były fanaberiami ludzi niezaznajomionych z codziennością wydobywczą.

To, co się stało, wyglądało — a raczej brzmiało, bo nikt nie widział — mniej więcej tak: ludzie zaczęli się poruszać razem. Nie w sensie marszu, nie w sensie choreografii. W sensie synchronizacji, która wyłoniła się z powtórzenia. Po osiemnastu godzinach noszenia kamieni przez ciemne tunele ciała nauczyły się rytmu — rytmu kroków, rytmu oddechów, rytmu podnoszenia i kładzenia ciężarów. I kiedy dwa ciała pracowały obok siebie w wąskim tunelu, ich rytmy zaczynały się wyrównywać. Nie intencjonalnie — automatycznie. Jak wahadła zegarów Huygensa, które — i tu pozwolę sobie na dygresję, która jest zarazem metaforą — gdy stoją na tej samej półce, spontanicznie synchronizują swoje wahadła dzięki mikroskopijnym wibracjom przenoszonym przez drewno.

Do końca drugiego dnia dziewiętnastu ludzi poruszało się w tunelach w sposób, który, gdyby go zobrazować na diagramie — a zespół badawczy to zrobił, dzięki czujnikom ruchu zamontowanym w kombinezonach — wyglądał uderzająco podobnie do diagramu ruchu mrówek w korytarzach gniazda. Nie identycznie — ludzie nadal zderzali się ze sobą, nadal się gubili, nadal byli w porównaniu z mrówkami skandalicznie niezdarnymi operatorami ciemnych korytarzy — ale wzór był rozpoznawalny. Strumienie ciał poruszających się w jednym kierunku. Węzły, w których strumienie się krzyżowały i czasowo spiętrzały, po czym rozwiązywały się. Cykliczne pętle — ciało wychodzące z komory centralnej z kamieniem, niosące go tunelem do komory docelowej, wracające pustymi rękami po kolejny kamień. Pętle, które powtarzały się z regularnością hipnotyczną.

Tomáš, programista, zidentyfikował ten wzór po stronie matematycznej, kiedy po eksperymencie dostał do wglądu dane z czujników. „To jest algorytm mrówczy” — powiedział z podnieceniem, które sprawiło, że jego czeski akcent stał się niemal nieczytelny. „Ant Colony Optimization. Dokładnie ten sam algorytm, który stosujemy w informatyce do rozwiązywania problemów optymalizacyjnych — znajdowania najkrótszych tras, alokacji zasobów, routingu sieciowego. My, dziewiętnastu ludzi w ciemnych tunelach, spontanicznie wygenerowaliśmy algorytm, który programiści muszą celowo kodować. I zrobiliśmy to bez wiedzy, bez intencji, bez kalkulacji. Nasze ciała to zrobiły. Nasze ciała stały się mrówkami.”

Dr Herrera Ruiz, choć zachwycony danymi Tomáša, ostrzegał przed zbyt szybkimi wnioskami. „To, że ludzki ruch w ciemnych tunelach przypomina wzory mrówcze, nie oznacza, że ludzie myśleli jak mrówki. Oznacza, że pewne optymalne rozwiązania problemu transportu w ograniczonej przestrzeni są uniwersalne — niezależne od gatunku. Mrówki na to wpadły ewolucją. Ludzie na to wpadli ciałem. Rezultat jest podobny, ale procesy są fundamentalnie różne.”


Ale — i tu dochodzimy do sedna tego rozdziału, do momentu, który dr Kowalska-Brennan nazwała „najważniejszym odkryciem projektu” i o którym profesor Hallsworth z Cambridge nie napisał nic, co interpretuję albo jako milczący szacunek, albo jako bezprecedensowy brak słów — od trzeciego dnia zaczęło się coś, czego różnice procesowe nie potrafią wyjaśnić.

Ludzie zaczęli tracić poczucie indywidualnej tożsamości.

Nie dramatycznie. Nie nagle. Nie w sposób, który wymagałby interwencji psychiatrycznej (choć psychiatrzy byli w gotowości i trzykrotnie przeprowadzali zdalne konsultacje audio z uczestnikami wykazującymi podwyższony poziom dezorientacji). Stopniowo. Cicho. Jak zapominanie snu po przebudzeniu — wiedzieli, że coś było, ale nie potrafili już sięgnąć po szczegóły.

Adaeze, psycholożka z Johannesburga, opisała to w swoim raporcie z precyzją, jakiej można oczekiwać od kogoś, kto napisała doktorat o tożsamości: „Trzeciego dnia — nie wiem, czy to był dzień, nie wiem, która godzina — niosłam kamień przez tunel i nagle zdałam sobie sprawę, że nie pamiętam, jak mam na imię. Nie w sensie amnezji — gdyby ktoś zapytał, odpowiedziałabym. Ale nikt nie pytał. Od dwóch dni nikt nie użył mojego imienia i nikt nie użył swojego. I w ciemności, w tunelu, z kamieniem w rękach, moje imię stało się… zbędne. Niepotrzebne. Jak ubranie, które nosisz z przyzwyczajenia, choć jest za gorące. Mogłam je zdjąć i nic się nie zmieniło. Nadal niosłam kamień. Nadal oddychałam. Nadal czułam ścianę pod łokciem i czyjąś stopę pod kolanem. Nie potrzebowałam imienia, żeby to wszystko robić. I ta niepotrzebność była… ulga? Nie. Silniejsze niż ulga. Uwolnienie.”

Jean-Pierre, ksiądz, mówił o tym samym doświadczeniu innym językiem, ale — i to mnie uderzyło — prowadzącym do tego samego miejsca: „W mojej tradycji duchowej jest pojęcie kenosis — uniżenia, ogołocenia, wyzbycia się siebie. Chrystus ogołocił się z boskości, przyjmując formę sługi. Mnisi pustynni ogałacali się z pragnień, siedząc w celach. Ja tam, w tym tunelu, ogołociłem się z imienia i odkryłem coś, czego dwadzieścia lat duszpasterstwa mi nie dało: doświadczenie nie-ja. Nie pustki — bo pustka jest brakiem czegoś. To było raczej wypełnienie czymś innym. Jakby przestrzeń, którą zajmowało moje „ja,” została wypełniona przez… nas. Przez ruch. Przez oddech. Przez kamienie. Przez tę cholerną pastę z soczewicy. Jakbym się rozpuścił nie w nicości, lecz w kolektywności.”

Czy to doświadczenie miało cokolwiek wspólnego z „doświadczeniem” mrówki?

Dr Schäfer, zapytana o to wprost, odpowiedziała z ostrożnością, która była jednocześnie odwagą: „Mrówka prawdopodobnie nie doświadcza „utraty tożsamości,” bo najprawdopodobniej nigdy nie miała tożsamości do stracenia. Mrówka nie ma poczucia „ja,” które mogłoby się rozpuścić. Mrówka jest od początku i na zawsze tym, czym nasi uczestnicy stawali się stopniowo: elementem większej całości, pozbawionym indywidualnej narracji. Więc nie — nie sądzę, że nasi uczestnicy doświadczyli tego samego, co mrówka. Ale sądzę, że doświadczyli czegoś, co jest ludzkim echem czegoś mrówczego. Jakby spojrzeli w lustro, w którym nie było ich twarzy — i zobaczyli zarys czegoś, co jest po drugiej stronie indywidualności. Czegoś bardzo starego. Czegoś, co było przed nami — ewolucyjnie — i co może nadal w nas rezydować, głęboko pod warstwami kory nowej, pod językiem, pod imieniem, pod historią.”


Czwarty i piąty dzień przyniosły fenomen, który w końcowym raporcie opisano terminem „spontaniczna specjalizacja kastowa” — i który, choć brzmi sucho w żargonie naukowym, był w rzeczywistości jednym z najbardziej zadziwiających zjawisk, jakie kiedykolwiek zaobserwowano w badaniach nad zachowaniem grupowym ludzi.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 63.9