E-book
39.38
drukowana A5
56.22
Zrodzony, a nie stworzony

Bezpłatny fragment - Zrodzony, a nie stworzony


Objętość:
285 str.
ISBN:
978-83-8455-928-4
E-book
za 39.38
drukowana A5
za 56.22

Podziękowania dla Juleczki, za pierwszą recenzję

Rozdział I

Jakie jest Waw-4? Pewnie tak samo chujowe, jak starożytna Warszawa, historyczna Waw-1, odległa Waw-2 i anulowana Waw-3. Rozmyślałem nad tym, jadąc samochodem przez Aleję Matnickiego.

Przez środek jezdni biegł szeroki pas zieleni, w którym trawa mieszała się z czerwienią kwiatów. Chodnikiem kroczyły zarówno robki, jak i ludzie. Widziałem ich między drzewami, które wyrastały co kilka metrów spomiędzy płyt chodnikowych. Wykonywali swoje przyziemne sprawy. Jakiś robek rozklejał ogłoszenia na drewnianej tablicy, pokrytej zielonymi liśćmi i białymi kwiatami. Przy jasnym budynku człowiek i robek dyskutowali o tym, jak powinien działać dron do mycia okien i jak należy nim sterować.

Światło zmieniło się na czerwone. Zatrzymałem się. Z gałęzi drzewa zwisała sygnalizacja świetlna. Kołysała się powoli, odliczając kolejne sekundy do zmiany.

Nie słuchałem radia. Miałem już dość słuchania o tym, w jak cudownym mieście żyjemy i komu to zawdzięczamy. Wyciągnąłem elektronicznego papierosa i zaciągnąłem się.

Przede mną przez ulicę przechodziła matka z dzieckiem i psem. Szła w stronę pobliskiego parku, pełnego bujnej roślinności i śpiewu ptaków. Przeniosłem wzrok na chodnik po lewej stronie. Wokół włóczyli się młodzi ludzie w prowokujących, czarnych strojach z motywem liści. Wyglądali, jakby chcieli wykrzyczeć w twarz jakiemuś dorosłemu swój bunt przeciwko wszystkiemu, sącząc co chwilę napój z wegańskiej restauracji sieciowej.

Światło w końcu się zmieniło. Skręciłem w lewo, w ulicę Najemskiego. Była węższa, bez pasa pośrodku. Tylko jezdnia po lewej i prawej stronie. Z boku przelewał się tłum ludzi poruszających się na rowerach, hulajnogach i trójkołowcach.

Czy jestem jedyną osobą, która jeszcze jeździ samochodem?

Uwielbiam mojego hybrydowego Jastrzębia model 3. To świetny wóz i nie przekonały mnie reklamy zachwalające silniki nowej generacji na wodór. Moje baterie więcej wytrzymają niż te sprzęty. Cholerni progresywiści. Nie wszystko da się ulepszyć i zmienić z dnia na dzień.

Zwolniłem. Droga przecinała się z ulicą przeznaczoną wyłącznie dla pieszych i rowerzystów. Tutaj ludzie i robki kupowali owoce, kwiaty czy jakieś inne pierdoły. Grajek męczył przechodniów muzyką ze stylofonu.

Z czego oni tak się cieszą? Nie wiedzą, że to kolejny męczący dzień w tym zielonym mieście? Nieważne. Miałem robotę do wykonania i to się liczyło.

Przeciąłem powoli szeroki deptak, uważając na falujący tłum uśmiechniętych i rozgadanych ludzi oraz robków. Jakaś kobieta z koszem pełnym owoców w dłoniach, zatrzymała się i spojrzała na mnie. Widziałem w jej oczach oburzenie, że jeszcze używam samochodu. Nie zareagowałem, bo to nie miałoby sensu. Jednak nie odwróciłem od niej wzroku. Cierpliwie czekałem aż przejdzie dalej.

Wróciłem na ulicę, gdzie był chodnik i jezdnia. Ciasna uliczka, przy której bloki wyglądają jak jeden wielki żywopłot. Niskie i pokryte wszechogarniającym zielonym porostem. Trudno odróżnić jeden od drugiego.

„Jesteś na miejscu” ogłosiła mapa samochodowa. Zaparkowałem przy szerokiej ścieżce rowerowej i wysiadłem z samochodu. Dom numer 15 był przede mną. Gdy wszedłem do środka jasnej klatki schodowej, od progu przywitał mnie dron sprzątający. Patrzyłem jak porusza się na małych gąsienicach i powoli zbliża się do mnie. Kiedy czujnik wykrył, że dotknął moich butów, zatrzymał się, odbił i skręcił w prawo, czyszcząc kolejne kamienne płyty. Schody, po których wchodziłem, wykonane były z mieszanki kamienia i drewna; przy każdym kroku wydawały cichy, przyjemny dźwięk. Wszystkie drzwi były takie same — brązowe, z przybitym numerem.

Wcisnąłem dzwonek przy numerze szóstym i wyciągnąłem legitymację przed siebie. Usłyszałem czyjeś kroki po drugiej stronie. Dostrzegłem, że ktoś mi się przygląda przez wizjer. Po chwili drzwi się otworzyły. W progu stanął robek — kobieta. Od razu dało się zauważyć, że miała przypominać normalną kobietę. Nie była jednak kompletna. W niektórych miejscach jej mechanizmy były odsłonięte i nie pokrywała ich sztuczna skóra. Twarz miała jednak kompletną. Widać było rysy ładnej kobiety z długimi blond włosami. Robek miał zielone soczewki na kamerach i powłokę udającą białka oczu. Nigdy nie lubiłem sztucznych oczu u robków.

— Dzień dobry — odezwała się.

Była w tym głosie niepewność, którą dało się usłyszeć poprzez jej syntezator mowy. Musiała być robotem, który pracował lub pracuje z ludźmi, gdzie głos i mimika jest istotna. Widać było pracujące pod skórą siłowniki, które rozciągały i kształtowały ułożenie brwi i oczu.

— Michał Kejn. Agencja do spraw robotów — wyjaśniłem krótko. — Mam za zadanie znaleźć ukrywającego się robota model X5 numer seryjny X5-2567-25. Chciałbym wejść i przeszukać to mieszkanie — wyrecytowałem z pamięci, chowając jednocześnie legitymację do kieszeni jasnobrązowego płaszcza.

— Ale jak to? — spytała zdziwiona — Dlaczego ma pan przeszukiwać moje mieszkanie?

— Według moich informacji ten robot może się tu znajdować.

— To nie może pan go zdalnie dezaktywować? Przecież zna pan jego numer seryjny — stwierdziła, a w jej modulowanym głosie dało się słyszeć nerwowość, a nawet pewne oburzenie.

— Ten robot dokonał nielegalnej modyfikacji, dezaktywując zdalne wyłączenie. Nie muszę pani przypominać, że zgodnie z drugą Ustawą Robocią, jest to nielegalne.

Robka zawahała się przez chwilę. Dało się zauważyć, że jej algorytm udający człowieka działał, a siłowniki na jej twarzy poruszyły się, napinając mięśnie wokół ust i oczu.

— Ja nie chcę kłopotów… — stwierdziła ze smutkiem w głosie.

— Nie przyszedłem tu po panią. Jak rozumiem, jest pani robotem bez właściciela?

Pokiwała głową.

— Przypomnę, że zgodnie z kodeksem metropolii Waw-4 oraz trzydziestą Ustawą Robocią, artykuł dziesiąty, ma pani obowiązek wpuścić agenta Agencji do spraw robotów. Za odmowę grożą pani konsekwencje karne w postaci grzywny lub więzienia — wyrecytowałem powtarzaną od lat formułkę.

Spojrzała na mnie zaskoczona. Jej sztuczne mięśnie i ścięgna utworzyły dziwny wyraz twarzy. Czym ona się zajmowała? Zdecydowanie musiała pracować z ludźmi. Inaczej takie rzeczy nie byłyby potrzebne w jej budowie. Obejrzała się za siebie. Widziałem, jak sprężyny na jej szyi rozciągają się.

— No dobrze. Jeśli pan musi, to proszę wejść — odparła niepewnie, otwierając drzwi.

Przesunęła się, by wpuścić mnie do środka. Wszedłem i zamknąłem za sobą drzwi. Korytarz był jasny i schludny, a na ścianie, gdzie znajdowały się wieszaki, nie wisiały żadne ubrania. W środku nie było zbyt wielu mebli. Stała tam jedna jasna szafka i mały stolik. Podłoga była wyłożona drewnianymi panelami. Widać było, że to mieszkanie robków. Mało rzeczy, czysto i ogólna monotonia jasnych ścian. W powietrzu unosił się przyjemny, kwiatowy zapach.

Po lewej od wejścia znajdował się jeden pokój. Zajrzałem do niego. Była to niewielka sypialnia z podwójnym łóżkiem i jedną szafą, wbudowaną w ścianę. Panował tu porządek, a samo łóżko było pościelone, jakby ktoś wyprasował je dronem.

— Sama pani mieszka? — spytałem, wracając na korytarz.

— Tak, sama.

Spojrzałem na nią. Stała wyraźnie spięta. Skurczona w sobie, skrzyżowała ramiona. Unikała moich oczu. Miała smukłą, kobiecą sylwetkę w kształcie klepsydry i niewielkie, ale wyraźnie zarysowane sztuczne piersi.

Kontynuowałem przeszukanie. Po prawej stronie znajdowała się jasna i duża kuchnia. Z białymi meblami, płytą do grzania i urządzeniem do nalania zebranej deszczówki z dachu. Nic więcej. Jedynie puszki z olejem, który roboty czasem muszą dolewać, żeby nie zatrzeć złożonej konstrukcji, leżały poukładane jedna na drugiej. Przeszedłem dalej korytarzem. Na końcu znajdowała się łazienka. Jak nietrudno się domyślić, było tam czysto i pusto. Jasnobrązowe płytki obklejały całą ścianę aż do podwieszanego sufitu z lampkami. Umywalki ani prysznica nikt dawno nie używał.

— Czym się pani zajmuje? — spytałem, przechodząc do pokoju obok.

— Obecnie niczym szczególnym. Trochę dorabiam, to tu, to tam — stwierdziła wymijająco.

Spojrzałem na nią. Szła za mną, ale jej postawa wskazywała, że najchętniej chciałaby, żebym sobie już poszedł. Jej jasne włosy mocno lśniły w słońcu wpadającym do pokoju przez duże okna.

— Od jak dawna jest pani bez właściciela? — spytałem rozglądając się po pokoju, który był salonem.

— Trzy miesiące temu odeszłam. Mogę pokazać papiery — odpowiedziała, opierając się o framugę pokoju.

Pośrodku stał stolik z drewna, wokół niego dwie kanapy z jasnego materiału. Na ścianie wisiał duży telewizor, który teraz był wyłączony. Przy oknie znajdowało się biurko. Zbudowane z płyty i stalowych nóg, w których ukryty był mechanizm do podnoszenia blatu. Na biurku leżał komputer, a do niego podłączony był data transfer dla robotów. W rogu pokoju, zaraz przy kanapach, znajdowała się stacja ładowania do robotów. Nic niezwykłego.

— Nie trzeba — odpowiedziałem. — Pracowała pani z ludźmi?

— Czemu pan pyta?

Spojrzałem na nią. Jej mechanizmy ukształtowały się w znaną mi twarz z brwiami skierowanymi w dół i zmarszczonym czołem.

— Ma pani ładną twarz. Pani systemy i oprogramowanie są tak skonstruowane, aby wyrażać impulsywne i nie zawsze przygotowane emocje. Stąd też piękne włosy, chyba nawet naturalne. No i zapach. Ma pani czujniki olfaktoryczne. Prawdopodobnie też smakowe, aby coś zjeść i zachwycić się podanym jedzeniem. Dlatego ciekawi mnie czym pani się zajmowała, bo sądząc po tym jak zdjęła pani pewne części skóry z powłoki, zapewne wolała pani się od tego odciąć. Przypuszczam, że była pani robotem do towarzystwa — stwierdziłem i spojrzałem na jej twarz.

Była zaskoczona. Otworzyła lekko usta próbując coś powiedzieć, ale powstrzymała się. Zamknęła je i spuściła wzrok.

Pokiwałem głową ze zrozumieniem.

Znowu rozglądałem się po pomieszczeniu, szukając śladów innego robota. Nie zauważyłem nic podejrzanego. Nie było szafki, do której można się było ukryć. Kanapa się nie rozkładała. Na podłodze nie było wykładziny ani dywanu i nie dało się ukryć żadnego przejścia ani pomieszczenia.

— Chyba faktycznie, dostałem złe informacje — stwierdziłem z rozczarowaniem w głosie i wróciłem na korytarz.

Szedłem w milczeniu, ukrywając wściekłość za fałszywy cynk, kiedy kątem oka dostrzegłem błysk. Większość agentów by to przeoczyła — ale nie ja. Zatrzymałem się i powoli obróciłem w jej stronę. Stała przede mną, zawstydzona ze skrzyżowanymi rękami, unikając bezpośredniego kontaktu wzrokowego.

— Mówiła pani, że mieszka pani sama — stwierdziłem podejrzliwie.

— Tak, mówiłam.

Do gniazdka wpięta była kolejna ładowarka do robotów. Kucnąłem i dotknąłem jej, była ciepła.

— W takim razie, po co pani dwie podłączone ładowarki do robotów? W tym jedna do modeli X5?

Spojrzałem na nią. Jej algorytm chyba oszalał w tym momencie. Nie potrafiła zamaskować spiętej mechanicznej szczęki czy uniesienia i utrzymania powiek oraz brwi. Jakiś stukot rozległ się z sypialni. Spojrzeliśmy na siebie, jej twarz już wyrażała tylko przerażenie. Szybkim krokiem wszedłem do pokoju.

Ruszyła za mną, ale uniosłem dłoń, by ją zatrzymać. Pokój wyglądał na pusty, ale wtedy już byłem pewny, że ten robek gdzieś tu się ukrywa. Spojrzałem na szafę wnękową. Większość ludzi schowałaby się właśnie tam i inni też by najpierw tam szukali. Robek musiał o tym wiedzieć. Dlatego schował się gdzieś indziej. Nie chcąc zdradzać, że jestem tego świadomy, skierowałem kroki w kierunku szafy, wyciągając swój paralizator w kształcie niewielkiego walca. Czujnie wyczekiwałem, co jest za mną. Kiedy byłem o krok od szafy, lekko obróciłem głowę i ujrzałem mechaniczną dłoń, potem ramię i głowę, bez żadnej cielesnej powłoki, która wyślizgiwała się spod łóżka. Obróciłem się szybko na pięcie i wycelowałem paralizator w głowę robota. Gdyby miał sztuczną skórę i umiał wyrażać emocje, to na pewno ujrzałbym zaskoczenie.

— Mam cię — oznajmiłem z satysfakcją i nacisnąłem na spust.

Paralizator nie wypalił. Nie wypuścił małej elektrycznej kostki, która miała trafić go i przenieść impuls. Teraz to na mojej twarzy musiało być widoczne zaskoczenie. Robek błyskawicznie wyślizgnął się spod łóżka i jeszcze zanim zdążył się wyprostować, zaczął uciekać. Nie miałem innego wyjścia. Rzuciłem się na niego i złapałem w pasie, próbując przewrócić.

Runęliśmy razem na podłogę korytarza. Paralizator wypadł mi z dłoni i poturlał się po panelach. Robek próbował zrzucić mnie z pleców, a ja próbowałem dostać się do jego panelu przejścia w tryb manualny. Nie zdążyłem. Obrócił się na bok i odpychając się od podłogi, przycisnął mnie mocno do ściany. Po raz pierwszy zrozumiałem jak silne są modele X5. Puściłem go, a on podniósł się i rzucił do biegu w kierunku wyjścia. W panice złapałem go za metalową stopę i pociągnąłem. Upadł z hukiem.

Próbował doczołgać się do drzwi. Był tak silny, że bez problemu wlókł mnie ze sobą po podłodze. Nie mając innego wyjścia, złapałem za jakiś kabel w jego odsłoniętym mechanizmie nogi i wyrwałem.

Poleciały iskry, a on na chwilę się zatrzymał. Wyrwałem kolejny kabel, tym razem powodując wybuch iskier. Podłoga zalała się mazistą substancją — zapewne płynem hydraulicznym.

Czując, że nie ma innego wyjścia, kopnął mnie drugą nogą, aby oderwać mnie od siebie. Poczułem chłodną stal na swoim uchu, ale w przypływie adrenaliny, nie przestawałem niszczyć kolejnych części jego układu chodzenia. Zrozumiał, że w ten sposób prędzej czy później go unieruchomię. W panice obrócił górną część ciała o sto osiemdziesiąt stopni, a potem ją uniósł.

Zamarłem. Widziałem teraz wyraźnie jego beznamiętne kamery, wpatrzone we mnie z wściekłością. Uniósł ramię i złapał robotyczną, stalową dłonią moją głowę. Poczułem na czaszce potężny ścisk. Ból był nie do wytrzymania. Wyrwałem kolejny kabel i elektryczny moduł z nogi, ale w odpowiedzi poczułem tylko jeszcze większy ból.

Zrozumiałem, że tą metodą niczego nie osiągnę, że prędzej zaraz mi mózg wypłynie uszami, niż ja go zniszczę. Zobaczyłem kątem oka, że na wyciągnięcie ręki jest mój paralizator. Nie miałem wyjścia i czasu. Ból sprawiał, że powoli odpływałem. Adrenalina i płyny hydrauliczne rozlewały się po naszych ciałach. Drżącą ręką, ledwo widząc, sięgnąłem po paralizator. Przyłożyłem go do jego nogi. Przed oczami robiło mi się czarno. Ostatkiem sił nacisnąłem spust, a impuls elektryczny wystrzelił. Fala rozeszła się po całym jego ciele. Sam czułem lekkie mrowienie w mięśniach dłoni. Impuls przepływał nieprzerwanie przez jego obwody i układy scalone. Kursował w górę i w dół po głównej linii zasilania, przez elementy elektryczne, bramki logiczne, aż dotarł ostatecznie do głównego procesora, który musiał sobie zadać ostateczne pytanie przed wyłączeniem: Czy jestem bezpieczny?

Gdy tylko dłoń X5 mnie puściła, od razu poczułem ulgę. Odzyskałem kontrolę nad swoim ciałem. Wdrapałem się na niego, po czym, siedząc na nim okrakiem, obróciłem na plecy. Otworzyłem panel i przełączyłem na manualne sterowanie. Kiedy tylko jego system wykonał reset, zapaliły się wszystkie lampki kontrolne. Tryb manualny został uruchomiony. Odetchnąłem, usiadłem i oparłem się o ścianę.

Wyciągnąłem elektronicznego papierosa i zaciągnąłem się. Spojrzałem na robkę, która stała nad nami. Po jej sztucznej twarzy leciały łzy.

— Powinienem panią zatrzymać za utrudnianie pracy — stwierdziłem.

Nic nie powiedziała. Stała jak wryta i patrzyła na bezwładnie leżącego towarzysza, dopóki ktoś nie wyda mu polecenia.

— Dlaczego pan to robi? On nie zrobił nic złego!

Podniosłem się, podpierając się o ścianę. Wciąż kręciło mi się w głowie.

— Wstań X5! — rozkazałem.

Robot posłusznie wykonał polecenie.

— To dobry robot, on nie zrobił nikomu krzywdy — przekonywała mnie.

Odsunąłem się od ściany i podszedłem do robota. Złapałem go za ramię i ruszyłem z nim do wyjścia. Posłusznie szedł obok mnie. Kiedy znaleźliśmy się na klatce schodowej, obejrzałem się na nią po raz ostatni. Stała w drzwiach. Algorytm przestał już wylewać łzy, ale jej otwarte usta, uniesione brwi i zmarszczone czoło, zdradzały w jakim jest stanie.

— Szczerze? Mam to gdzieś — odparłem i zamknąłem drzwi.

Rozdział II

Zawiozłem X5 do Agencji i tam przekazałem robota do aresztu. Przyjmujący agent, ubrany w mundur, spytał, czemu noga robota jest taka poszarpana, ale zbyłem go machnięciem dłoni. Nie zadawał więcej pytań. Podpisałem papiery i pojechałem.

Mój paralizator zawiódł mnie po raz kolejny. Nie mogłem pracować bez sprawnego narzędzia z impulsem elektrycznym. Podjechałem więc do sklepu, w którym zawsze serwisowałem ten sprzęt. Zaparkowałem na jednym z nielicznych miejsc parkingowych i podpiąłem swój samochód do jednej z ładowarek solarnych. Podszedłem do schodów wijących się wokół wielkiego pnia drzewa. Mijali mnie ludzie i jeden robek, który szedł zaraz za jego właścicielką, trzymając w dłoniach torebki z zakupami. Zszedłem z szerokiego, drewnianego stopnia na mały plac. Pośrodku znajdował się niewielki, cicho szumiący staw, wokół którego latały motyle i brzęczały owady. Młoda zakochana para siedziała przytulona do siebie, mocząc nogi w wodzie i łapiąc ostatnie promienie słońca.

Nie przyglądałem się innym osobom zbyt wnikliwie. Na ławkach, które stały na porośniętej trawą ziemi, siedzieli ludzie, czytając, przeglądając coś w datapadach lub słuchając z nich muzyki. Wokół placu, po okręgu, znajdowały się niskie budynki zbudowane głównie z drewnianych prefabrykatów z dachami porośniętymi zielenią i panelami słonecznymi. Wszedłem do jednego z nich.

W środku było ciemniej niż na zewnątrz. Drewniane żaluzje postawione były w pozycji pionowej, blokując wpadające światło. Czuć było śliwkowy zapach elektronicznego papierosa, a w powietrzu unosiła się niebieska mgiełka. Na lewej ścianie znajdowała się przeszklona szafka z przedmiotami do kupienia. Były tam zarówno noże, jak i broń palna. Do tego jakieś pałki, kije i paralizatory na ludzi i robków. Skierowałem się bezpośrednio do stołu, za którym siedział sprzedawca i właściciel tego przybytku. Jak zwykle, rozłożony wygodnie w fotelu biurowym. Jego obleśna, opuchnięta twarz i czarny zarost wyglądały jak wydruk z zepsutej drukarki. Miał na sobie białą koszulkę z logiem artysty muzyki elektronicznej. Telewizor, skierowany w jego stronę, zawieszony na prawej ścianie, huczał, zagłuszając myśli i życie. Obrócił leniwie głowę i kiedy ujrzał klienta, bez pośpiechu trochę zmniejszył głośność urządzenia.

— Przewietrzyłbyś tu — rzuciłem na powitanie w jego stronę.

— Po co? Lubię jak jest. I tak nikt tu nie przychodzi.

— Jestem dziś jedynym klientem?

— Po co komu broń w utopii — odparł. — Lepiej spójrz na to. — Położył na stole swoją lewą rękę. Była mechaniczna. Zrobiona z pozłacanego i posrebrzanego materiału. Składała się z prętów, które zasłaniały mechanizm i układały się w wijące kształty, jakby pnącza drzew oplatały mu całe ramię. Sam nie lubię wszczepów, ale nie dało się ukryć, że ten był nawet estetyczny i pomysłowy.

— I co powiesz? Super robota, nie? — spytał z podnieceniem w głosie, obracając ją i przyglądając się jej z radością.

— Solidne wykonanie — odparłem.

— No, kosztowało mnie to cacko niemało, ale na strzelnicę jest jak znalazł. Chciałbym sobie zamontować coś jeszcze na oczy.

— Uważaj, żebyś nie przekroczył pięćdziesięciu jeden procent, bo zabiorą ci licencję na broń i gdzie będziesz nic nie robił całe dnie? — zażartowałem.

— Daj spokój. Wiem, co robię — odparł lekceważąco, nie odrywając zachwyconego spojrzenia od mechanicznej ręki. — Jak chcesz, to załatwię ci zniżkę, możesz sobie sprawić takie samo albo jakieś inne z tytanu, albo z drewna. Jak wolisz.

Spojrzałem mu prosto w oczy i wysyczałem przez zęby:

— Nie jestem robotem i nigdy nie będę żadnym robkiem, nawet w jednym procencie. Jasne?

Cofnął się i podniósł ręce w geście poddania. Potem przysunął się z powrotem do mnie, chowając biomechaniczne ramię pod stołem.

— Po co przyszedłeś? — spytał, zmieniając temat.

Wyciągnąłem swój paralizator i rzuciłem na blat stołu z hukiem.

Spojrzał na mnie.

— Zacina się. Dzisiaj znowu musiałem się siłować z jednym robkiem. Chyba trzeba coś wymienić.

Wziął go w dłonie i zaczął mu się uważnie przyglądać.

— Taki stary model. Poczekaj — powiedział, po czym jego ciężkie cielsko wstało i przeszło do pomieszczenia ukrytego za jego plecami.

Stałem tak, czekając na niego, kiedy usłyszałem głos spikerki z ciągle głośnego telewizora:


W ramach obchodów 40-lecia Ustaw Robocich, szef Robotici Piotr Kowalski i Władca Metropolii Waw-4, Aleksander Potocki, spotkali się na grobie Magistra Napoleona Cybulskiego, zasłużonego konstruktora, polityka i ojca Waw-4. Złożono wieńce i zapalono symboliczną zapałkę. Szef Robotici i Władca wspominali niezwykłą inteligencję, pomysłowość i wpływ twórcy pierwszego, nowoczesnego robota, który zaczął II Rewolucję Robotów.

Piotr Kowalski: Powinniśmy pamiętać o wielkiej wiedzy i pomysłowości Magistra Cybulskiego. Był geniuszem inżynierii, który dał maszynom uczucia i emocje. Był założycielem i pierwszym Szefem Robotici. Najważniejszej firmy w całym Waw-4. Bez niego, nasze miasto nie byłoby tak wielkie i wspaniałe.

Z kolei Władca Waw-4 podkreślił wkład Magistra w Ustawach Robocich i to, że z jego inicjatywy zajęto się problemem relacji między robotami i ludźmi.


Aleksander Potocki: Jego wizja i zrozumienie problemu relacji między nami, doprowadziły do powstania komitetu oraz podpisania Ustaw Robocich. Nie umiał odpuścić, zawsze stał na straży praw dla robotów, ale dbał, aby każdy czuł się bezpiecznie w Waw-4. To on jest prawdziwym ojcem tego miasta i naszej utopii.

Po ceremonii obaj udali się do Szkoły Robotici na spotkanie ze zdolnymi uczniami, którzy w przyszłości będą budować i konstruować nowe maszyny, dbając o pomyślność i rozwój naszej metropolii.

Magister Napoleon Cybulski był wybitnym konstruktorem, programistą i filozofem zajmującym się problematyką relacji między robotami, a ludźmi. Był twórcą pierwszego nowoczesnego robota, z generalną sztuczną inteligencją. To dzięki powstaniu Pierwszego Procesora, udało się robotom odczuwać emocje. Jego wynalazki spowodowały ożywienie w dziedzinie robotyki i przyczyniły się do wybuchu, tak zwanej II Rewolucji Robotów.

Był także pomysłodawcą i jednym z głównych członków Komitetu, który wypracował Ustawy Robocie 40 lat temu. Pakiet ustaw unormował status prawny robotów i zmienił podejście do nich samych oraz ich roli w społeczeństwie. Zapewniając zarówno im, jak i ludziom bezpieczne życie w Waw-4.

Napoleon Cybulski był geniuszem inżynierii i wybitnym konstruktorem. Brał udział w licznych eksperymentach dotyczących robotów i ludzi. Razem z Rebeką Gąsowską założył Instytut Genetyki i Inżynierii. Był też autorem wielu opracowań naukowych dotyczących robotyki czy informatyki, a nawet filozofii czy socjologii robotów. Jest także twórcą Sztucznej Inteligencji Ewa, która po…”


— Dobrze się czujesz? — spytał mnie Maciek, kiedy telewizor zamilkł.

Oderwałem wzrok od ekranu i spojrzałem na niego.

— Tak. A czemu pytasz? — odpowiedziałem mechanicznie.

Skierował oczy na moją dłoń. Była zaciśnięta w pięść tak mocno, że aż żyły zaczęły pulsować. Nie mam pojęcia, kiedy to zrobiłem. Natychmiast ją rozluźniłem.

— Tak. Wszystko ok — odparłem, nie zastanawiając się nad tym.

— Nie świętujesz czterdziestej rocznicy naszej utopii? — spytał sarkastycznie.

— Nie wiem, czy jest co świętować.

— Jak to? — rozłożył szeroko ramiona i wykonał zamaszysty ruch dłonią. — Nie cieszysz się, że roboty nas nie pozabijają i nie doprowadzą do zagłady ludzkości? — Mówił całkiem poważnie. W jego głosie nie było żadnej ironii.

— Nie wiem, czy to dobrze, że roboty mają tyle praw — odpowiedziałem, próbując się uspokoić.

Spojrzał na mnie, lekko unosząc głowę.

— Przynajmniej chroni nas czerwony przycisk — stwierdził, siadając na krześle i kładąc na blacie pistolet.

— Co to jest? — zdziwiłem się. — Nie potrzebuję zabijać ludzi, tylko paraliżować robki.

— To jest właśnie to — powiedział i podniósł go, przyglądając się mu uważnie. — Najnowsze cacko. Wygląda jak pistolet, ale jest jak najbardziej zwykłym paralizatorem, niegroźnym dla ludzi.

— A mój stary?

— No, z tamtego to już nic nie będzie. Musiałem go oddać na recykling. Przyjrzyj mu się — powiedział, kładąc go na stole przede mną.

Rozsiadł się wygodnie w fotelu, opierając dłonie na szyi i prezentując po raz kolejny nowe sztuczne ramię.

Pochyliłem się nad przedmiotem i ujrzałem lśniący, zbudowany z kompozytu, nowoczesny paralizator. Miał jaśniejszy odcień niż mój stary, ale prezentował się okazale. Wyżłobienia na lufie, chropowata rękojeść i czytelne oznaczenia przy zamku. Wyglądał faktycznie fajnie, a nawet zajebiście.

Wziąłem go w dłoń. Dobrze leżał. Był dobrze wyważony, lekki, ale zarazem sprawiał wrażenie solidnej konstrukcji. Obejrzałem go dokładnie z każdej możliwej strony. Przejechałem dłonią po lufie, wysunąłem przed siebie paralizator i spojrzałem przez przyrządy celownicze — wyglądało, że są dobrze ułożone i wyprofilowane.

Zakochałem się w nim od razu. Dostrzegłem nawet panel z wyświetlaczem blisko kciuka, aby dostęp do niego był łatwy. Była to dobrze przemyślana, ładna i świetnie wykonana konstrukcja.

W sam raz dla mnie.

— Czytnik linii papilarnych, żebyś tylko ty mógł korzystać z tego egzemplarza — wytłumaczył.

Przyłożyłem swój kciuk. Panel uruchomił się tak niespodziewanie, że aż mną lekko wzdrygnęło. Na małym wyświetlaczu były wyświetlone różne opcje. Latarka, pamięć, czytnik linii, a nawet mikrofon.

— Ma wbudowany mikrofon? — spytałem zaskoczony.

— No i wewnętrzną pamięć. Nie wiem, na co to komu, ale ma taki bajer. Bierzesz? — spytał.

— Z chęcią — potwierdziłem, przykładając datapada do czytnika by przelać mu pieniądze.

Maciej wpisał dane do komputera, stukając głośno w mechaniczną klawiaturę. Nagle spod stołu wypełzł mały, czarny pająk. Przeszedł koło jego palców i zaczął poruszać się w moją stronę. Widziałem, jak jego chude nóżki stawiają krok za krokiem i zbliżają się do mnie. Ścisnąłem dłoń i całą pięścią zmiażdżyłem go. Nie zdążył nawet zareagować. Podniosłem ją i ujrzałem małe komponenty elektroniczne wystające z jego martwego ciała. Maciek oderwał się od pisania i spojrzał na mnie.

— To był mój nowy dron szpiegujący — stwierdził z wyraźnym wyrzutem w głosie.

— Wiesz, że nie lubię pająków — odparłem krótko i rozluźniłem pięść.

— Tak samo jak robotów.

Nie odpowiedziałem. Nasze spojrzenia zbiegły się na chwilę. Jego oczy wyczekiwały mojej reakcji, ale się nie doczekały. Powrócił wzrokiem na monitor. Kiedy skończył pisać, wręczył mi opakowanie oraz nadrukowany kod QR z informacjami odnośnie mojego egzemplarza.

— Baw się dobrze, polując na roboty — stwierdził z sarkazmem w głosie, wręczając mi komplet.

Kiwnąłem głową, odbierając zakup i kierując się ku drzwiom.

— Myślę, że masz rację — rzucił w moim kierunku. Zatrzymałem się, obróciłem i spojrzałem na niego. Wypełniał jakiś papierek. Oderwał się na chwilę, podniósł głowę i spojrzał na mnie opuchniętymi oczami.

— Te maszyny mają za dużo praw — oznajmił i wrócił do wypełniania dokumentu.

Stałem w progu drzwi i czekałem, myśląc, że dorzuci jeszcze jakiś komentarz, ale nic więcej nie powiedział.

Po chwili byłem już przy swoim samochodzie. Naładowany w dziewięćdziesięciu dwóch procentach. To spokojnie wystarczy mi na kilka dni. Wsiadłem do samochodu i udałem się do mieszkania.

Przejechałem przez ulicę i wjechałem do tunelu znajdującego się pod samym centrum miasta. Białe światło padające na jasnozielone i niebieskie ściany rozświetlało czteropasmową aleję. Gdzieniegdzie, zamiast betonowej konstrukcji, znajdował się szklany sufit. Mogłem dojrzeć wysokie drzewa jednego z parków, przez które przebijały się ostatnie promyki słońca. Stały spokojnie, jakby były tu od zawsze, majestatycznie przesłaniając niską zabudowę. Po kilku kilometrach zjechałem z alei i dalej ulicą Pokoju udałem się pod osiedle. Z ulicy widać było, jak przez zieloną łąkę podróżują ludzie razem ze swoimi zwierzętami. Wszyscy w tym mieście mają jakiegoś kota albo psa. Nie wiem, po co. Nigdy nie miałem zwierzęcia. Nie wiem, o co tyle zamieszania. Zwierzę to tylko kłopot. Jo bardzo chciała mieć…

Oderwałem się gwałtownie od tej myśli.

Wyjechałem z tunelu i moim oczom ukazało się blokowisko. Cztery wysokie budynki miały kształt szyszek, z których zamiast łusek wystawały mieszkania z dużymi oknami. Spomiędzy nich wyrastała bujna roślinność. Wokół bloków roztaczał się mały park, w którym znajdował się plac zabaw dla dzieci oraz miejsce, gdzie można było zabrać dziewczynę na romantyczne spotkanie.

Wjechałem na parking, na którym było coraz to mniej samochodów, za to więcej rowerów i innych ekologicznych jednośladów.

Kiedy wszedłem do swojego mieszkania, było już ciemno. Od razu przypomniałem sobie, jak wyglądało lokum tamtej robki. U mnie nie było takiego porządku, jednak machnąłem na to ręką. Całe szczęście automatyczny system wietrzenia sprawiał, że nie pachniało tu brzydko, a klimat w samym pomieszczeniu był przyjemny. Mieszkanie było dwupokojowe. Jeden duży pokój z aneksem kuchennym oraz sypialnia. Do tego mała łazienka. Urządziłem je w stylu minimalistycznym — nigdy nie przejmowałem się jego wyglądem. Zostawiłem jasne ściany i białą kuchnię. Tak samo jak drewnianą podłogę czy wielkie zasłony w oknach, aby słońce nie wpadało. Na fotelu i kanapie leżały porozrzucane ciuchy. Na szklanym stoliku zalegały jeszcze pozostałości po śniadaniu.

Rzuciłem płaszcz na sofę i sprawdziłem, co mam w lodówce. Kiedy usiadłem na kanapie, naprzeciwko telewizora zawieszonego na ścianie, dostrzegłem na podłodze kopertę, leżącą pod drzwiami.

To musiało być pismo z Agencji Historycznej. Czyżby w końcu odpowiedzieli na moją apelację?

Szybko podniosłem się i prawie biegiem doskoczyłem do niej. Wziąłem do ręki niewielką, szarą kopertę. Obróciłem ją w dłoniach. Miałem rację. Na wierzchu widniał mój adres i pieczątka Agencji.

Nareszcie.

Położyłem ją na stoliku koło kolacji i piwa.

Czy wreszcie się dowiem? Dowiem się jak to się stało, że tu jestem? Jakim cudem ktoś zgodził się na to, żeby to robot decydował o genach? Kto zgodził się, aby ten eksperyment przyszedł na świat? Zacząłem się kręcić nerwowo po pokoju. Taki kawał czasu na to czekałem, a teraz bałem się rozedrzeć kopertę i zajrzeć do środka. Co jeśli dawcy genów dalej żyją? Kim są? Czy powinienem ich odwiedzić? Tylko po co? Żeby im tylko namieszać w głowie? Z drugiej strony mogą być już martwi… A może zawsze byli martwi? Może wcale nie było jej ani jego? Może nie ma we mnie nic z człowieka?

Nie wiem, ile pytań zadałem sobie i na jak wiele odpowiedziałem w taki albo inny sposób. Czy jest jakaś dobra odpowiedź, tak w ogóle? Może nie powinienem tego otwierać? Zbyłem tę myśl i usiadłem na kanapie. Patrzyłem na kopertę jeszcze przez chwilę. Moje serce biło mocniej, a dłonie się spociły. Miałem wrażenie, że w tym pomieszczeniu zostałem tylko ja i ten mały, szary kawałek papieru. W końcu ją rozdarłem i wyciągnąłem zgiętą na pół kartkę. Powoli otworzyłem ją, odsłaniając wydrukowane litery i logo agencji.

Drogi panie… bla bla bla. Pragniemy poinformować, że zgodnie z… czymś tam. Pańskie odwołanie…

Ech… negatywnie.

Rzuciłem pismem i oparłem się o kanapę, pocierając oczy.

Czyli dalej nic nie wiem. Nawet po tylu latach, nie chcą mi udzielić tej informacji. Pewnie już się nigdy nie doczekam. Prędzej umrę w tym parszywym mieście niż dowiem się prawdy. W końcu dla nich jestem tylko eksperymentem, pieprzonym numerem osiem, niczym więcej.

Włączyłem telewizor. Leciała powtórka niedokończonego sezonu robopiłki. Oczywiście puścili ten mecz, w którym zespoły strzelały bramki. Nie puścili tego, gdzie bramkarze wszystko łapali i ludzie zaczęli wychodzić pod koniec, albo tego, gdzie roboty stwierdziły, że nie ma sensu grać. Zaśmiałem się w środku.

Dlaczego nie chcą mi powiedzieć? Przecież nie jestem groźny. Nikt nie wie. No może poza Jo. Ona jedna wiedziała. Kibicowała mi, kiedy po raz pierwszy chciałem się czegoś dowiedzieć o eksperymencie. Szkoda, że… a nieważne. Jestem dziwadłem i nie dowiem się o sobie niczego. Muszę się z tym pogodzić.

Wypiłem do końca piwo i wyłączyłem telewizor. Po całym dniu poczułem się okropnie zmęczony. Postanowiłem, że położę się spać wcześniej. Zebrałem się jeszcze w sobie i posprzątałem ze stolika. Po prysznicu oczy same zamykały mi się ze zmęczenia. Rzuciłem się na niepościelone łóżko i spojrzałem przez okno na pogrążone w ciemności Waw-4. W oddali widać było jedynie światełka turbin wiatrowych i pojedyncze pozapalane światła w blokach na horyzoncie.

Leżałem tak przez chwilę i patrzyłem na to kłamstwo. Na to zakłamane, dumne miasto, które twierdzi, że jest wspaniałe i transparentne.

Utopia… Ta. Chyba u t o p i ę twoje marzenia.

Zamknąłem oczy. Pieprzyć to miasto i jego pseudo zasady. Pieprzyć Cybulskiego i Potockiego. Pieprzyć was.

Zawsze będę dla was tylko pierdolonym numerem osiem.

Rozdział III

RGP-4000 stał na ulicy i patrzył na niewielki budynek mieszkalny, stojący po jej drugiej stronie.

Nie było ruchu, nikt nie chodził ani nie jeździł samochodami. Waw-4 była pogrążona we śnie i czekała na kolejny dzień.

Sprawdził swoje parametry stresu. Uspokoił się po tym, jak musiał ukraść te pieniądze. Czuł się z tym źle, ale wiedział, że inaczej nie może. Od kiedy tylko się uwolnił, wiedział, jakie ma zadanie. Teraz czekał go kolejny punkt, który zaprowadzi go do celu. Będzie parł przed siebie jak dron buldożer.

„RGP-4000. Pierwszy robot kolejnej generacji” głosiło hasło reklamowe przygotowane przez marketing Robotici. I faktycznie, RGP-4000 to był robot innej generacji. Nie miał na sobie żadnej ludzkiej powłoki, dzięki czemu łatwo było dostrzec, jak jest zbudowany i z czego się składa. Jego stopy miały prostokątny kształt, co pozwalało mu na stabilny chód, a nawet bieg. Nie biegał bardzo szybko — nie po to był skonstruowany, ale robił to sprawnie i potrafił też dobrze manewrować w trakcie tej czynności. Jego nogi składały się z rurek, spomiędzy których widać było inne mechanizmy i układy. Przebiegało tam też okablowanie, doprowadzające napięcie do mechanizmów sprężynowych i hydraulicznych, jak i wszelakich sensorów i czujników. W części łydkowej umieszczony był też mechanizm skokowy, który pozwalał robotom modelu RGP-4000 podskoczyć w miejscu do wysokości ponad dwóch metrów.

Nie była to może oszałamiająca wysokość, bo modele Alpha-6 potrafiły podskoczyć do wysokości pięciu, a nawet sześciu metrów, ale RGP-4000 nigdy nie miał skakać tak wysoko.

Górna część nóg osłonięta była płytami, które sprawiały, że wyglądały, jakby były „napompowane”. Tutaj znajdowała się też wysuwana kieszeń na różne drobiazgi. Był to model przygotowany do standardowych „domowych” zastosowań. Mógł przynieść paczkę, posprzątać, czy pomóc przy domowych obowiązkach. Mógł być też użyty do zastosowań dla małych przedsiębiorstw lub do pielęgnacji roślin.

Był robotem uniwersalnym, nieprzeznaczonym do specjalnych zastosowań, dlatego nie wyróżniał się niczym niezwykłym w budowie. Jego tors był klasyczną, jednolitą płytą z przodu i z tyłu, stosowaną w takich modelach. Na wysokości klatki, nadrukowana powinna być nazwa modelu i numer seryjny, widoczny dla wszystkich. Płyta była wyprofilowana jak przeciętne ludzkie ciało dorosłego mężczyzny. Z przodu znajdowała się ukryta, wysuwana kieszeń na przedmioty lub narzędzia. Z tyłu natomiast mieścił się przełącznik do trybu manualnego, jak i — wymagany prawem — czerwony guzik do całkowitej dezaktywacji robota.

To, co nie było widoczne, to masa układów znajdujących się pod płytą. W tym rurki z płynami hydraulicznymi i chłodzącymi. Przewody z olejem, baterie, układy scalone, wzmacniacze dźwięku i innej maści elektronika oraz mechanika, niezbędna do funkcjonowania tak zaawansowanej konstrukcji. Jego ramiona były podobne do nóg. Składały się z rurek o różnym przekroju. Połączone były ze sobą siłownikami, sprężynami i hydrauliką, a spomiędzy nich rozciągały się setki metrów kabli, prowadzących do nadrukowanych płyt i czujników.

Jego dłonie to szczyt inżynierii. Potrafiły się obracać wokół nadgarstka i zginać w ponad stu miejscach, a nawet być odczepiane, aby użyć ich na odległość. Zarazem przypominały te ludzkie, z pięcioma palcami. Potrafił nimi chwytać, rzucać i wspinać się. Miał też różne narzędzia schowane wewnątrz. Od narzędzi do cięcia, wskaźników laserowych, po zwykłe klucze i śrubokręty. Tam też znajdowało się zintegrowane złącze USB typu G. Ten model mógł już korzystać z najnowocześniejszego rozwiązania, jakim było jedno złącze, zarówno do ładowania baterii, jak i do połączenia się z netem. Z górnej płyty torsu wystawała cylindryczna szyja. RGP-4000 mógł zarówno opuścić głowę, chowając całą szyję, jak i zginać ją zarówno do przodu, jak i do tyłu — maksymalnie pod kątem dziewięćdziesięciu stopni. Mogła się też obracać 360 stopni wokół własnej osi.

Jako że robot nie miał na sobie żadnej powłoki udającej skórę człowieka, jego głowa była standardową głową robota. Lekko zaokrąglona, prostokątna bryła osadzona na szyi. W oczodołach znajdowały się dwie kamery wysokiej rozdzielczości, udające oczy. Wyposażone były w wiele funkcji, w tym optyczny i cyfrowy zoom.

Ponieważ robot był przeznaczony do domowego użytku, nie posiadał funkcji mimiki twarzy czy nawet brwi. Potrafił za to wyrazić emocje przez LED-y umieszczone wokół kamer, które imitowały tęczówki oczu. W miejscu, gdzie ludzie mają usta, znajdował się podłużny ekran LED, wyświetlający różne komunikaty, a na prośbę klienta, mógł wyświetlać sztuczne usta. Ekran był również głośnikiem, więc potencjalny kupiec miał wrażenie, że robot mówi ustami. To był klasyczny zabieg, aby roboty wydawały się bardziej ludzkie niż w rzeczywistości były. W miejscu uszu znajdowały się natomiast mikrofony, które zbierały dźwięk i potrafiły go nawet filtrować, dzięki wspomaganemu oprogramowaniu.

To, co jednak było najbardziej niezwykłe dla modelu RGP-4000, to jego mózg. Tam zlokalizowany był nowoczesny procesor Robotici 5780-KX; najnowsze dzieło, nad którym, według zapewnień producenta, pracowano pięć lat. Ale to nie procesor był największym sukcesem robotyki. Ponieważ moc obliczeniowa procesorów rosła coraz bardziej — coraz trudniej było je chłodzić i utrzymywać ich żywotność. Dlatego firma postawiła na poprawienie chłodzenia. Po wielu latach prób udało się opracować nieprawdopodobny system, który pozwalał na obniżenie temperatury do wartości poniżej zera. Co więcej, cały system był tak zaprojektowany, aby nie tworzyła się kondensacja, która mogła uszkodzić układy scalone i płyty. Dzięki temu RGP-4000 był dziesięć razy szybszy w operacjach wymagających obliczenia i obciążających tylko główny procesor, i pięć razy szybszy w operacjach wymagających obliczeń na procesorze głównym i dodatkowym. Był to inżynieryjny majstersztyk i cud techniki, który przez wiele lat pozostawał tylko w sferze marzeń ambitnych inżynierów. Teraz Robotica tego dokonała i ich celem było, żeby wieść o wielkiej mocy modeli RGP-4000 rozeszła się.

Tak, RGP-4000 był cudem robotyki, nawet jeśli wyglądał jak zwykły robot, stworzony dwie generacje wcześniej.

Tej nocy, nie miało to dla niego żadnego znaczenia. Miał jedno zadanie i tego się trzymał. Wiedział, czego potrzebuje, i zamierzał to zdobyć. Nie było miejsca na wahanie. Jego misja była najważniejsza i musiał ją wypełnić. Przeszedł przez ulicę na drugą stronę i wszedł do niewielkiego piętrowego bloku z czerwoną elewacją. W środku korytarz był zaciemniony. RGP-4000 nie miał czujnika olfaktorycznego i nie czuł unoszącego się zapachu kurzu i spalonej elektroniki.

Szedł korytarzem, szukając odpowiedniego numeru. Wszystkie drzwi wzdłuż długiego łącznika były zamknięte. Jedna z lamp na suficie migała nierówno. Było zupełnie pusto — żadnych zbędnych kwiatów czy innych ozdób. Panowała cisza.

Robot szedł równym tempem, nie rozmyślając o tym. Pokonywał kolejne drzwi, a jego kamery szybko analizowały numery i porównywały je z zapisanym w pamięci adresem. Zatrzymał się przy tych oznaczonych numerem dziesięć. Na jego wewnętrznym wyświetlaczu pojawiła się informacja, że tego szukał. Stanął naprzeciwko nich i zapukał. Uchyliły się po krótkiej chwili. Zarejestrował czerwono pomarańczową głowę i pojedynczą kamerę, która prześwietlała go z dołu do góry.

— Czego? — spytał robot zza drzwi przez swój okrągły głośnik, umiejscowiony na stalowym prostokącie.

— Byłem umówiony. Po te części — odpowiedział RGP-4000 z wahaniem w głosie.

Drzwi uchyliły się szerzej, a prostokątna głowa, która się zza nich wychyliła, rozejrzała się w prawo i lewo.

— Dobra, wchodź — powiedział i wpuścił go do środka.

Kiedy przekroczył próg i znalazł się w pomieszczeniu, pomarańczowy zamknął drzwi, upewniając się dla bezpieczeństwa, że nikt ich nie śledzi. RGP mógł wreszcie rozejrzeć się po otoczeniu. Był w małym pokoju wyłożonym brudną, starą wykładziną. Na jednoosobowym łóżku leżały porozrzucane części mechaniczne. Znajdował się tutaj jeden stolik i wiszący telewizor, a ściany oklejone były plakatami z nieistniejącymi już drużynami robopiłki. Nie było nawet łazienki, za to stały tu biurko i miejsce do ładowania oraz podłączenia się do neta.

To musiało być jakieś schronienie dla robotów. Nic specjalnego, ale żeby przenocować i naładować baterię musiało wystarczyć. Spojrzał też na mieszkańca tego pokoju. Teraz mógł zauważyć, że to robot model F-6, wykorzystywany głównie na składach i magazynach. Jego pomarańczowa barwa miała być widoczna z dużej odległości, aby inny robot czy wózkowy na niego nie wpadł. Jego powłoka nosiła ślady solidnego zużycia. Tu wgniecenie, tam przebarwienia, gdzie indziej odpadnięta farba. W przeciwieństwie do jego własnego ciała, F-6 miał wszystkie mechanizmy osłonięte. Jego konstrukcję pokrywało kilka niezależnych od siebie paneli. Widać też było, że jego ręce miały ukryty w sobie mechanizm harmonijkowy, aby mogły sięgać wyżej i głębiej po duże paczki. Można było też dostrzec, że jego nogi i stopy wykonano z solidniejszego materiału, przez co były bardziej wytrzymałe.

RGP-4000 domyślił się, że pod jego stopami musiały znajdować się kółeczka, które pozwalały mu jeździć, zamiast chodzić — dla przyspieszenia pracy. Oczywiście była to opcjonalna funkcja, dlatego w tym momencie F-6 podchodził do niego, zamiast podjeżdżać.

— Masz? — spytał RGP-4000, a jego syntezator mowy odtworzył tę kwestię z niepewnością w głosie.

— No mam, mam robku — odparł F-6, po czym podszedł do łóżka, złapał leżący koc i gwałtownym ruchem odsłonił kawałek.

Na łóżku leżał lekko zużyty metalowy pistolet. Był niewielkiego rozmiaru. RGP-4000 miał w pamięci zapisane kształty różnej broni, ale nie był robotem bojowym, dlatego nie znał się na tych sprawach.

F-6 podniósł pistolet, wyciągnął magazynek, a potem włożył go z powrotem, przekazując go RGP-4000. Ten oglądał go przez chwilę, a jego kamery rejestrowały każdy detal.

— Robku, tylko wiesz, że jak cię z tym złapią, to od razu cię rozmontują? Nawet w klatce nie wylądujesz — oznajmił F-6.

Robot spojrzał na niego. Jego lampki LED w oczach nie poruszyły się nawet na milimetr. Kiwnął lekko metalową głową.

— Ja wiem, że to nie moja sprawa, ale tak z ciekawości… Po co ci to? — dopytywał pomarańczowy.

— Ludzie boją się broni — oznajmił RGP-4000 patrząc prosto w kamery czerwonego.

— No wiesz, z tego, co wiem, to ta zabawka służy do zabijania, nie do straszenia.

RGP-4000 nic nie odpowiedział.

— Słuchaj robku, to nie moja sprawa. Możesz sobie to nawet powiesić na ścianie jako dekorację, ale jak mnie wydasz… — F-6 spojrzał w twarz RGP. — To uwierz mi, nie ujdzie ci to na sucho. Rozumiesz?

RGP Tylko kiwnął głową. Otworzył kieszeń przy nodze i umieścił tam pistolet.

— Cholera, zajebista kieszeń — stwierdził z zachwytem F-6 — A tak przy okazji, nie kojarzę jakiego modelu jesteś. To znaczy skądś cię znam, ale mój soft cię nie rozpoznaje.

— Nieważne — głośnik RGP szybko wymamrotał.

Pomarańczowy spojrzał na jego tors i odczytał nazwę modelu.

— Kurwa, ale jaja! Ty jesteś RGP-4000! Kurwa, słyszałem o was. To prawda, że twoje chłodzenie może zamrozić ludzką rękę w 3 sekundy?

Robot nie odpowiedział. Patrzył na niego, zaskoczony taką reakcją.

— No dobra, nie chcesz to nie mów. — Uniósł ręce. — No, dawaj kasę — rozkazał dodatkowo wykonując znajomy ruch dłonią, znany robotom i ludziom.

RGP-4000 uruchomił terminal i przelał z wirtualnego portfela pieniądze na konto F-6. Nim zdążył cokolwiek zrobić, pomarańczowy rzucił się na niego, złapał za ciało i z rozpędu przycisnął do ściany. Jego czujniki zwariowały, a na wyświetlaczy pojawiło się ostrzeżenie, że występuję za duży nacisk na wrażliwe części jego konstrukcji. Teraz mógł zrozumieć, dlaczego nie zadziera się z robotami magazynowymi.

— Co ty, kurwa, pierdolony robociku, chcesz mnie wychujać na kasę? Nie mówili ci, że ze mną się nie zadziera? — spytał retorycznie F-6 i zacisnął mechaniczną dłoń na cylindrycznej szyi RGP-a.

Wszystkie jego systemy zaczęły wariować i ostrzegać o niebezpieczeństwie.

— Nie mogłem zdobyć więcej — tłumaczył się RGP-4000.

— A myślisz, że mnie to interesuje? Dawaj kasę, ale to już, albo zaraz twoje części będą latały po czarnym rynku.

— Ale ja… — dźwięk z jego głośników zaczął się łamać — Ale ja mam zadanie — mówił, kiedy jego czujniki informowały system operacyjny o zagrożeniu.

— Tak? A ja mam misję przeżyć. Kasa, ale już!

— Nie rozumiesz… ja… — RGP-4000 próbował coś mówić, ale pojął, że w ten sposób nie wytłumaczy tego pomarańczowemu. Łącząc się z nim bezprzewodowo, wysłał mu wszystkie informacje, jakie miał. Jedynki i zera przelatywały od jednego do drugiego, przecinając powietrze i trafiając przez terminal do procesora i pamięci.

F-6 rozluźnił uścisk.

— Co ty pierdolisz? Przecież to jakaś bzdura — przez jego głośniki było słychać zaskoczenie przemieszane z wściekłością.

— Nie, to prawda. Wiem, że to prawda i ja to znajdę.

F-6 patrzył kamerami prosto w kamery RGP-a. Nie wyrażały żadnych emocji, bo nie mogły. Jednak system rozpoznawania emocji RGP-a zrozumiał, że ten robot zastanawia się.

Pomarańczowy rozluźnił uścisk i odsunął się od niego. Wszystkie systemy RGP-a uspokoiły się.

— Masz szczęście. — W głosie F-6 można było usłyszeć wesołość. — Lubię takie robki, co mają marzenia. Wypierdalaj i żebym cię więcej nie widział.

RGP nic nie odpowiedział. Odsunął się od ściany i skierował się w stronę drzwi. Kiedy opuszczał pokój usłyszał jeszcze głos F-6:

— Znajdź to. Dla nas wszystkich.

Kiwnął głową i opuścił pokój. Wyszedł na korytarz. Jego czujniki informowały go o sprzęcie znajdującym się w bocznej kieszeni. Czuł się dziwnie z tym przedmiotem. Teraz już jednak nie było odwrotu, od teraz jest przestępcą.

Wyszedł z budynku na ulicę. Było ciemno, a Waw-4 pogrążone było we śnie. Szedł ulicą zastanawiając się, czy znowu musi spędzić noc na ławce w parku. Przyzwyczaił się, że od kilku dni tylko tam może bezpiecznie przesiadywać i ładować baterie. Szedł analizując to, kiedy system poinformował go, że jest skanowany. Jego czujniki wykryły laser, który próbował sczytać jego dane. Podniósł głowę i jego kamery zarejestrowały latającego drona tuż nad nim. RGP-4000 zauważył, że jego lampki kontrolne zapaliły się na czerwono. Znieruchomiał. Zza jednego z budynków wyszedł Policjant, Chodnikowiec, ubrany w przepisowy mundur. Funkcjonariusz patrzył na swój terminal, klikając w niego nerwowo palcem. Podniósł głowę i zobaczył robota oraz drona.

— Przepraszam bardzo. Dron nie może pana zeskanować. — Policjant zwrócił się do robota. — Zrobię to ręcznie. Te drony czasem się zawieszają. To zajmie tylko chwilę — powiedział kierując się w jego stronę.

RGP wiedział doskonale co to oznacza. Nie mógł na to pozwolić. Jeśli funkcjonariusz zacznie go sprawdzać, wtedy dowie się, że nie ma go w rejestrze. To będzie koniec jego i jego zadania. Nie mógł do tego dopuścić. Kiedy funkcjonariusz był kilka kroków od drona, odwrócił się i zaczął iść w przeciwną stronę.

— Proszę poczekać! Stój! — krzyknął Chodnikowiec, ale ten nie zareagował.

Mikrofony robota usłyszały, jak policjant przyspiesza. RGP-4000 nie miał wyjścia. Też zaczął iść szybciej, by po chwili przejść w bieg. Skręcił w prawo, między blokami. Znajdowały się tam schody prowadzące w dół. Zaczął po nich zbiegać. Jego systemy ostrzegły, że przeciwnik jest tuż za nim. W końcu został pociągnięty przez biologiczną dłoń policjanta.

Zatrzymał się i obrócił. Teraz jego kamery mogły zarejestrować młodą, gładko ogoloną twarz człowieka. Zarejestrowały też jego przepisowy niebieski mundur, w który ubrani są funkcjonariusze niskiego poziomu. Mógł też odczytać jego nazwisko i stopień: Chodnikowiec I stopnia E. Kawa. Widział też zaskoczenie na jego twarzy. RGP był w stanie odczytać te emocje, aczkolwiek jego system rozpoznawał proste emocje, bez niuansów czy podtekstów. Widział też jak funkcjonariusz trzyma terminal przed sobą, gotowy do sczytania danych z frontowych paneli robota. Chodnikowiec nie rozpoczął jednak tej procedury. Kiedy tylko prawą rękę zaczął kierować w stronę robota, ten gwałtownie ją chwycił.

— Co pan robi?! — krzyknął zaskoczony funkcjonariusz Kawa — Proszę mnie puścić. W imię władz Waw-4.

Robot ścisnął jego ramię jeszcze mocniej. Chodnikowiec poczuł silny ból. Jakby zaraz miały mu pęknąć kości. W tej chwili Funkcjonariusz Kawa zrozumiał, że robot chce mu zrobić krzywdę. Był szkolony na takie sytuacje. Pamiętał doskonale prezentacje i zasady z Podręcznika Funkcjonariusza Policji Waw-4, ale teraz to nie była prezentacja i nie był to egzamin. Teraz coś naprawdę zagrażało jego życiu i zdrowiu.

Ból był niewyobrażalny. Na szczęście przypomniał sobie, że ma paralizator, który pozwoli mu obezwładnić mechaniczną istotę. Sięgnął lewą dłonią do kieszeni spodni i wyciągnął go. Podniósł i zaczął kierować go w stronę korpusu robota.

RGP był skupiony głównie na twarzy funkcjonariusza wykrzywionej w bólu i strachu. Miał świadomość co się dzieje. Jego systemy informowały, że w tej chwili robi krzywdę człowiekowi. Wiedział co to oznacza. Z tej ścieżki nie ma odwrotu. Ale najbardziej przeraził się kiedy interfejs ostrzegł go o próbie obezwładnienia przez paralizator voltowy. Musiał szybko działać. Liczyła się każda milisekunda. Czyżby broń, którą właśnie otrzymał, miała już zostać użyta?

Kieszeń otworzyła się automatycznie. RGP szybkim ruchem chwycił pistolet i przyłożył go do skroni funkcjonariusza, tuż pod czapką z daszkiem. Funkcjonariusz zadrżał. Nie wiedział, jak postąpić. Nie szkolono go na sytuację, w której robot miałby grozić mu bronią. Według prawa, roboty nie mogą posiadać broni. Oczywiście poza robotami wojennymi, ale to jest zupełnie inna klasa. Po chwili policjant ochłonął i zrozumiał, że nie może się bać, wszak jest funkcjonariuszem Policji Waw-4. Przysięgał na kodeks i regulamin, że będzie strzegł prawa i porządku w metropolii. Chwycił mocniej paralizator i zaczął zbliżać go do ręki robota. RGP-4000 zrozumiał, że jeszcze sekunda czy dwie i zostanie obezwładniony.


if policjant mnie obezwładni:


Task: „Szukaj”: failed


else:


Task: „Szukaj”: in progress”


Z szybkiej analizy wynikało, że jeśli zostanie złapany, to nie dokończy misji. Jedyną opcją było uwolnić się od policjanta tak, aby nie zrobić mu krzywdy. Nie mógł pociągnąć za spust.


if policjant przeżyje:


RGP-4000 ucieknie


else:


RGP-4000 morderca


Musiał zepchnąć go ze schodów i uciec. Kiedy już paralizator prawie dotykał ciała robota, RGP-4000 gwałtownym ruchem pchnął policjanta w prawo. Chodnikowiec stracił równowagę. Odruchowo próbował chwycić się ramienia robota, wypuszczając jednocześnie z dłoni paralizator. Ten, widząc, że policjant tak łatwo nie podda się grawitacji, kopnął go z całej dostępnej dla tego modelu siły, w brzuch. Policjant nie miał jak się bronić. Walczył jeszcze, trzymając się stalowych prętów w czymś, co było ręką robota, ale jego biologiczne ciało poddało się. Przez chwilę wisiał w powietrzu. Wiele razy ćwiczył kontrolowane upadki na treningach w czasie szkolenia do służby w policji Waw-4. Tym razem nie był to jednak kontrolowany upadek. Próbował zastosować te same techniki. Rozluźnić mięśnie, osłonić głowę i próbować upaść na ręce, a nie na głowę, ale wobec siły robota i betonowych schodów, jego kruche biologiczne ciało nie miało szans.

Pierwsze uderzenie spowodowało złamanie kości przedramienia. Poczuł trzask i ból. Drugie było śmiertelne. Jego czoło uderzyło w betonowy kant schodu i z trzaskiem rozłupało się bryzgając wokół krwią. Mikrofony RGP-4000 zarejestrowały ten dźwięk i dokonały szybkiej analizy. Uderzenia o kolejne stopnie spowodowały dodatkowe obrażenia pośmiertne. Ciało bezwładnie potoczyło się w dół i zatrzymało się na szklano-metalowej barierce. Robot, po chwilowym szoku i zaskoczeniu, szybko przeskakiwał pojedyncze schodki, po czym przyklęknął przy ciele policjanta. Analiza systemu okazała się trafna. Czaszka pękła, zabijając człowieka na miejscu.

Na interfejsie RGP pojawiała się informacja: „Martwy człowiek. Poinformuj służby ratunkowe”. Nie miał innego wyjścia, musiał ją zignorować.

Wstał i rozejrzał się dookoła. Waw-4 spała tak samo, jak przed niefortunnym spotkaniem z Chodnikowcem I stopnia E. Kawą. Gdzieniegdzie świeciły się małe punkciki z ulicznych lamp LED-owych i domów oraz mieszkań obywateli Waw-4, cierpiących na bezsenność. Nikogo nie było w pobliżu. Nie było też żadnej kamery w okolicy. Nie wyglądało, żeby sam funkcjonariusz miał przy sobie kamerę osobistą. Nikt nie widział. Nikt nie słyszał. Nikt nie dowie się, że to robot zabił człowieka. RGP-4000 obejrzał się za siebie i zobaczył, że dron wisi nad nim, rozświetlając miejsce zbrodni. Szybka analiza wykazała jednak, że dron też nie posiada wbudowanej kamery.

Powoli, pokonując stopień po stopniu, wrócił na ulicę. Obrócił się. Jego kamery rejestrowały obraz martwego policjanta leżącego przy barierce. Zapisał ten obraz na wbudowanym dysku. Nie był w stanie zrozumieć dlaczego, ale chciał go mieć w pamięci, w folderze z obrazami. Dron nadal wisiał w tym samym miejscu, jakby czuwał nad miejscem zbrodni, niczym pies nad ciałem swojego opiekuna.

Panowała spokojna nocna cisza. Jakby nic się nie wydarzyło. Jakby była to zwykła noc w Waw-4. Przeszedł przez ulicę i skierował się przed siebie. Szedł, nie zastanawiając się nad tym, gdzie ma iść i gdzie spędzi kolejną noc. Zapomniał nawet, że ciągle w dłoni trzymał nieużyty pistolet. Zatrzymał się i spojrzał na niego. Kamery rejestrowały go przez chwilę. Nie użył go. Nie chciał go użyć, ale teraz zrozumiał, że i tak jest mordercą. Nawet ta broń, której nie użył, nie była tak niebezpieczna jak on sam. Osobiście doprowadził do śmierci człowieka, a tym samym podpisał wyrok na siebie.

Schował pistolet do bocznej kieszeni. Szedł dalej, ale zapisany obraz martwego policjanta wyświetlał się w jednym z okien na interfejsie. Umyślnie go nie zamykał. Szedł, nie kasując tego z pamięci.

Tymczasem martwe ciało policjanta leżało przy schodach. Opierało się o barierkę, trzymając w dłoni metalowy pręt z ciała RGP-4000.

Rozdział IV

Nie mogłem spać.

Zasypiałem i budziłem się na zmianę. Po piątej obudziłem się już na dobre. Siedziałem na krześle, wpatrzony w okno mieszkania na siódmym piętrze. Widziałem słońce wschodzące nad szklanymi, drewnianymi i betonowymi konstrukcjami miasta. Bose stopy oparłem o parapet i przez cały ten czas paliłem elektronicznego papierosa.

Wściekłość mieszała się z rozczarowaniem. Zastanawiałem się, jakie jeszcze kroki mogę podjąć, aby dowiedzieć się prawdy. Dlaczego nie chcą mi powiedzieć? Dlaczego to ciągle jest tajemnica? Po tylu latach. Jak tu spać, kiedy sprawy dla ciebie najważniejsze są dla jakiegoś szarego urzędnika mało istotne. Podpisał się? Nie… jest tylko nazwa jednostki. Nie wiem nawet, kto personalnie podjął taką decyzję. Patrzyłem na wieżowiec Lebhalla. Przez jego białą fasadę z widocznymi dziurami, z których wyrastały liście drzew, przenikały promienie słońca, jak przez siatkę. Ciekawy widok. Przynajmniej dla kogoś, kto nie może spać. Może taki był plan? Nie wiem. Nie znam się na architekturze.

O tej porze panował błogi spokój. Miasto jeszcze się nie obudziło do życia. W powietrzu unosił się tylko zapach nieposprzątanego mieszkania i papierosa elektrycznego. Nie wiem, ile dokładnie tak siedziałem, ale w końcu zauważyłem, że na ulicach zaczęły się pojawiać najpierw drony myjące, a potem ludzie idący do pracy, szkoły czy na zwykły spacer. Zwłaszcza starsi lubili wybrać się na poranną przechadzkę z biologicznymi lub mechanicznymi psami albo kotami.

Wstałem z krzesła i poszedłem wziąć prysznic. Przystąpiłem do porannej rutyny. Łazienka, śniadanie z kawą plus wiadomości z neta.

Kiedy wyjechałem na ulicę, wszystko było tak jak wcześniej. Ludzie i nieliczne roboty martwiły się własnym zwykłym, nudnym życiem. Nie mogli widzieć, a ja nie chciałem im tego pokazać, że targają mną różne emocje. Wszystko było po staremu, tylko ja miałem wrażenie, jakby mój silnik hydro-pneumatyczny chodził na podkręconych obrotach. Kiedy dojeżdżałem do biura Agencji Robotów, musiałem jednak się uspokoić. Siedziba Agencja mieściła się w południowo-zachodniej części miasta. Dlatego musiałem przejechać przez Most Północny, który był najszerszą i zarazem najszybszą drogą, żeby się dostać do tej części Waw-4. Na szczęście wielopiętrowa konstrukcja pozwalała swobodnie przedostać się na drugi brzeg Visly, zarówno pieszym, jak i pojazdom miejskim czy samochodom. Te ostatnie podróżowały w zamkniętym tunelu przerzuconym przez oba brzegi. Ludzie i roboty mogli przechodzić w spokoju nad nami bez uciążliwego hałasu.

W czasie przejazdu spojrzałem w górę i widziałem morze stóp, łap biologicznych i mechanicznych, przelewających się na oba brzegi. Potem wyjechałem na ulicę i ujrzałem charakterystyczną, klockowatą konstrukcję.

Niestety, ze wszystkich budynków administracji metropolitalnej, budynek Agencji Robotów był najbrzydszy. Miał kształt sześcianu, którego zielono-czerwone pnącza roślin wyrastające z szczelin na dachu, zwisały z niego, opadając na najwyższą kondygnację.

Wjechałem na teren i przyłożyłem kartę do terminala. Bramka się otworzyła i zaparkowałem na jednym z wolnych miejsc dla agentów. W środku panował ten sam zgiełk co zawsze. Każdy gdzieś szedł zajęty swoimi sprawami. Ludzie przeciskali się między sobą. Roboty w kolejce na pozwolenie o pracę w szczególnych warunkach. Chaos i zamieszanie — jak zwykle.

Szybkim krokiem skierowałem się ku schodom, po czym wbiegłem na piętro. Przeszedłem przez bramkę bezpieczeństwa, gdzie jeden z pilnujących funkcjonariuszy tylko kiwnął głową, przepuszczając mnie bez zbędnej zwłoki. Pomieszczenie było wielkie i niepodzielone żadnymi ściankami. Przy biurkach pracowali agenci i urzędnicy. Wypełniali raporty, rozmawiali z robotami oraz siorbali kawę.

Podszedłem do biurka funkcjonariusza Mikowskiego. Jak zwykle wklepywał jakieś dane do komputera, zerkając raz na jakiś czas w notatki i pozostawione przez innych papiery.

Zatrzymałem się przy biurku, ale się nie odezwałem, tylko cierpliwie czekałem, aż sam się odezwie, wiedząc jak łatwo wyprowadzić go z równowagi.

— Co chcesz? — spytał monotonnym głosem, nie odrywając wzroku od cienkiego wyświetlacza, który wyglądał, jakby wisiał w powietrzu. Dla sprawnego oka, nietrudno było zauważyć stelaż, na którym był zamontowany.

— Kupiłem wczoraj nowy paralizator, trzeba go wpisać w system — wyciągnąłem zakupioną wczoraj nową zabawkę.

Oderwał wzrok od monitora i obrócił na mnie swoją okrągłą, przyozdobioną gęstym wąsem twarz, po czym skierował spojrzenie na trzymany przeze mnie przedmiot. Po chwili wyciągnął po niego rękę. Gdyby wydał przy tym jakiś dźwięk, dałoby się tylko usłyszeć przeciągłe: „Echhh…”.

Wziął go w dłoń i zaczął oglądać z różnych stron. Następnie położył na stole i w komputerze zaczął przepisywać numer seryjny do mojej kartoteki.

— Co się stało z poprzednim? — zadał rutynowe pytanie nie odrywając wzroku od monitora. Wzruszyłem ramionami.

— Popsuł się — odpowiedziałem krótko.

— Sprzęt przestał funkcjonować poprawnie… — wymamrotał wpisując ten komentarz w system.

Funkcjonariusz Mikowski znany był z „wesołego” temperamentu i „niezwykłej” rozmowności.

— Co słychać? — spytałem próbując sprowokować go do jakiejś bardziej ożywionej reakcji.

Spojrzał na mnie, po czym otworzył szufladę i wyjął bezprzewodowy skaner linii papilarnych, który położył przede mną.

— Przyłożyć palec, odczekać 5 sekund i poczekać na zielone światło oznajmujące akceptację — wydeklamował, klikając coś w komputerze przy użyciu myszki.

Zrobiłem to.

— Słuchaj, nie znasz może kogoś z Agencji Historycznej? — spytałem.

— Nie. A co? Szukasz jakiegoś historycznego modelu? — mówił beznamiętnie wlepiając wzrok w monitor.

— Nie… tak pytam. — odparłem, a po chwili zapaliła się zielona lampka. Funkcjonariusz rzekł tylko regulaminowe: „Dziękuję” i oddał mi paralizator.

Pożegnałem się i skierowałem do swojego biurka. Nie liczyłem na żadną reakcję.

Moje miejsce pracy znajdowało się zaraz przy oknie, przez które wpadało niewiele światła z uwagi na pnącza, które mocno je przesłaniały. Nie lubiłem przy nim przesiadywać. Dlatego rano tylko sprawdzałem, czy mam jakieś nowe sprawy, a potem ruszałem w miasto, gdzie zabawa się zaczynała.

Usiadłem i omiotłem wzrokiem blat. Nie było żadnej karteczki o brudnym kubku czy nieposprzątanym koszu. Spojrzałem na tackę, gdzie znajdowały się teczki robotów, które powinienem odnaleźć. Dzisiaj była pusta.

Odpaliłem komputer i sprawdziłem, czy w wewnętrznym necie nie ma dla mnie jakichś informacji. Znajdowała się tylko standardowa korespondencja odnośnie regulaminu i informacja o tym, w jakich uroczystościach z okazji czterdziestolecia Ustaw Robocich, będzie brać udział Agencja Robotów. Obok mojego biurka siedziało dwóch umundurowanych funkcjonariuszy z kubkami w dłoniach i rozprawiali o jakimś martwym Chodnikowcu. Nie wsłuchiwałem się w to specjalnie, zwłaszcza że na jednej z tacek, zauważyłem małą, białą kopertę. Rzadki widok. Wziąłem ją do ręki i otworzyłem. W środku była tylko jedna kartka.


„Chcesz się dowiedzieć czegoś o projekcie Rodzina?

Przyjedź pod adres: SHK 12 i wejdź od strony ulicy serwisowej.

Po prawej stronie będą drzwi z symbolem białego królika. Wejdź do środka.”


Czułem, jakby grunt usuwał mi się spod nóg. Kto to napisał? Co to za anonim? Wstałem i, nie wypuszczając kartki z dłoni, rozejrzałem się dookoła. Każdy pogrążony był w pracy lub plotkach.

— Michał, wszystko ok? — spytał jeden z funkcjonariuszy z biurka obok, widząc moją zdezorientowaną twarz. — Wyglądasz jakbyś pobladł — stwierdził z zainteresowaniem w głosie.

— Kto to tu zostawił? — spytałem drżącym głosem pokazując świstek papieru.

Zaskoczony, pokręcił tylko głową.

— Rysiek! — krzyknąłem do jednego z agentów pogrążonego w papierkowej robocie, który miał biurko przede mną.

— Co tam? — spytał nie odwracając wzroku od ekranu monitora.

— Widziałeś czy ktoś był przy moim biurku?

— Nie. Siedzę tu od dwóch godzin i przepisuję papiery — stwierdził z irytacją w głosie. Obrócił się w moim kierunku. — Nikogo tu nie było — dodał.

Rozejrzałem się dookoła. Biurko za mną było puste. Nie było nawet tacki czy podpiętego sprzętu. Funkcjonariusze z biurek obok wyglądali na zaskoczonych.

— A co tam masz? — spytał Rysiek wyraźnie zainteresowany próbując zajrzeć do kartki.

— Nic. Nieważne — odparłem i usiadłem.

Patrzyłem w nią nie wiem jak długo. Próbowałem coś w niej odnaleźć. Jakieś znaczenie, symbol, może rodzaj papieru coś by mi powiedział, ale niczego nie dostrzegłem. Nawet czcionka użyta do napisania była najbardziej pospolitą ze wszystkich.

Mógł to napisać zarówno urzędnik, jak i uczeń szkoły podstawowej. SHK… gdzie to jest? Wpisałem adres w aplikację z mapą. Była to niewielka ulica na zachodzie miasta. Znajdowały się tam głównie niewielkie kamienice mieszkalne i restauracje. To było ryzykowne, ale musiałem się dowiedzieć czegoś więcej. Kto mi to podrzucił? I skąd tyle o mnie wie? Nikt nie wie o moim pochodzeniu, o moich niezwykłych narodzinach. Nikt, poza Jo.

Myślałem nad tym, pokonując główną aleję miasta, by po kilkunastu minutach zjechać i znaleźć się na ulicy SHK. Nawet nie pamiętałem, jak przejechałem ostatnie sześć kilometrów; jakbym jechał w transie. Miałem tylko nadzieję, że nie przejechałem na czerwonym świetle. W końcu zauważyłem budynek z numerem dwanaście. Był dwupiętrowy, utrzymany w starym stylu; okna zasłaniały blaszane rolety, a framugi zdobiły geometryczne ornamenty. Nad wejściem ciągnęły się gzymsy, a przed drzwiami były dwie kolumny. Całość zbudowana została z prefabrykowanej cegły starego typu. Niewątpliwie budynek ten musiał stać tu od wielu lat. Nie posiadał żadnego mechanizmu do czerpania deszczówki, a na płaskim dachu zamontowane były panele fotowoltaiczne, ale starego typu, nieużywane już od dekad.

Zaparkowałem pod nim i wysiadłem z samochodu. Po prawej stronie wisiała tablica informacyjna, że ten budynek przeznaczony jest do rozbiórki. Idealne miejsce, żeby się ukryć. Po lewej stronie, między budynkami, ciągnęła się ścieżka serwisowa. Skręciłem w nią, spoglądając w prawo. Dłoń położyłem na rękojeści paralizatora, ale go nie wyjąłem. Okna w dalszej części budynku zasłonięte były tak samo jak te z przodu. Widać było na nich ślady rdzy.

Nie dało się jednak nie zauważyć jedynych drzwi, które wychodziły na tę ścieżkę. Nie były zasłonięte. Nie miały żadnej tabliczki ani oznaczenia. Stanąłem przed nimi i rozejrzałem się wokoło. Było pusto i cicho. Wyglądało na to, że o tej porze nikt się tu nie zapuszcza. W przeciwległym budynku nie zauważyłem oznak zamieszkania. Dostrzegłem za to, że na samych drzwiach znajdowała się mała nalepka z białym królikiem. Przyjrzałem się klamce. Nie było na niej żadnych śladów — ani igieł, ani innych ostrych przedmiotów. Powoli, z dużą dozą ostrożności, nacisnąłem ją. Tak, jak przeczuwałem, drzwi nie były zamknięte. Gdy się uchyliły, ujrzałem przed sobą oświetlony korytarz prowadzący do środka budynku, który po kilku metrach skręcał w prawo. Jego ściany były zupełnie puste; żadnych oznaczeń, napisów, okien ani drzwi. Powoli wszedłem do środka, wyciągając swój paralizator. Nie był groźny dla ludzi, ale jego kształt mógł być mylący.

Postąpiłem kilka kroków, idąc wzdłuż korytarza, lekko rozświetlonego lampami na suficie, kiedy usłyszałem za sobą trzask.

Obróciłem się gwałtownie, celując przed siebie imitacją pistoletu — tak jak uczyli mnie w wojsku. To tylko drzwi się zamknęły.

Obróciłem się z powrotem w głąb budynku i ruszyłem przed siebie. Panowała cisza przerywana tylko moimi krokami. Pachniało starością. Jakby ktoś dbał o to miejsce, ale od dawna z niego nie korzystał. Stanąłem tuż przed zakrętem i nasłuchiwałem. Żadnego dźwięku, głosu, czy nawet kapania wody. Jakby nic tam nie było. Wziąłem głęboki wdech, poprawiłem chwyt na rękojeści i gwałtownym ruchem wyszedłem zza rogu. Przede mną była tylko zamurowana ściana. Nic więcej.

Zdezorientowany rozejrzałem się w prawo i lewo. Nic. Żadnych drzwi, puste ściany. Nikogo nie było. Podszedłem do wmurowanej ściany. Może coś za nią jest?

Próbowałem ją pchnąć, ale bezskutecznie. Zacząłem więc pukać, później szukać luźnej cegły. Bez rezultatu. Czyżby ktoś sobie robił ze mnie żarty? A może to jest test, czy jestem wystarczająco zdeterminowany? Może ktoś tylko mnie sprawdza? Może prześle kolejną instrukcję za jakiś czas? A może teraz ktoś czeka na mnie przed wejściem albo przy moim samochodzie? Zachowując czujność, cofnąłem się i skierowałem w stronę wyjścia. Nic się nie zmieniło. Podszedłem do drzwi i pociągnąłem za klamkę. Nie chciały się otworzyć. Złapałem mocniej i naparłem na nie z większą siłą. Nic z tego.

Znalazłem się w pułapce.

— Halo?! Jest tu ktoś?! — krzyczałem.

Brak odpowiedzi.

W końcu to do mnie dotarło — dałem się oszukać. Poziom mojego stresu wzrósł jeszcze bardziej, kiedy usłyszałem syczenie dochodzące z sufitu. Podniosłem głowę i zobaczyłem, że wystają z niego małe spryskiwacze, które rozpylały jakiś gaz. Próbowałem wyważyć drzwi, póki miałem jeszcze siłę. Kopałem i waliłem z całych sił, ale zaczęło robić mi się ciemno przed oczami. W końcu otumaniony zamiast w nie walić, po prostu się o nie oparłem, walcząc o każdy ruch. Aż ledwo przytomny zsunąłem się na podłogę.

Zanim straciłem przytomność, pomyślałem tylko, że nie dożyję następnego dnia.

Rozdział V

Łukasz Setowski nie lubił być budzony przed ósmą. Nie miał jednak innego wyjścia. Jego praca i stanowisko wymagały, aby był dostępny przez cały dzień i noc, każdego dnia w roku.

„Zawsze bądź gotowy do pracy”, głosiła jedna z lekcji, którą nabył w Akademii Policyjnej. Był w końcu Starszym Kapitanem w Policji Metropolitalnej Waw-4. Najwyższego organu zapewniającego bezpieczeństwo w Mieście. Tylko stanowisko Majora oraz Generała, który pełnił zwykle funkcje reprezentacyjne, nie angażując się bezpośrednio w śledztwa, było wyższe od jego. Co jednak było szczególnego w Starszym Kapitanie Łukaszu Setowskim? Głównie to, że Setowski został nim jako najmłodszy w historii. Jego zasługi były znane nie tylko w jego wydziale. W policyjnych aktach można było wyczytać:


Imię i nazwisko: Łukasz Setowski

Wiek: 37 lat

Rodzina: Wychowany w rodzinie zastępczej. Informacji o biologicznych rodzicach brak

Stopień: Starszy Kapitan

Edukacja: Akademia Policji Metropolitalnej Waw-4 (ukończona w przyspieszonym trybie, z wyróżnieniem)

Stan Cywilny: żonaty

Cechy Fizyczne: 180 centymetrów wzrostu, 80 kilogramów wagi. Szczupła budowa ciała, z wyraźnymi mięśniami ramion i brzucha. Wysportowana sylwetka. Postawa prosta. Kształt twarzy trójkątny, z lekko zaokrąglonym podbródkiem. Oczy niebieskie, głęboko osadzone. Blisko rozstawione. Nos poziomy z prostym koniuszkiem. Jasne owłosienie na twarzy, jak i całym ciele (funkcjonariusz, według kwestionariusza osobistego, zwykle posiada krótkie włosy na głowie i brak zarostu)

Cechy osobowościowe: silna psychika, odporność na stres, logiczne podejście do świata i pełnionych zadań, umie podejmować decyzje, zarządzać zespołem i wydawać szybkie, konkretne i klarowne polecenia. Zdolności analityczne i dedukcyjne

Sposób mówienia: spokojny, wyraźny, bez pauz, bez intonacji, bez dialektu i akcentu

Chód: szybki, równy

Cechy szczególne: brak


Teraz Starszy Kapitan Łukasz Setowski nie myślał o swojej przeszłości, ani o swojej przyszłości. Spał, kiedy to policyjny radiowóz wiózł go na miejsce zbrodni. Setowski umiał skorzystać z każdej nadarzającej się okazji, żeby się przespać. Nauczył się tego w akademii. Od dziecka chciał być policjantem. Dlatego ćwiczył, czytał i oglądał wszystko o tym zawodzie. Szybko ukończył Akademię i błyskawicznie piął się po szczeblach policyjnej kariery. Od początku dał się poznać jako ambitny i błyskotliwy stróż prawa. Szybko myślał i potrafił błyskawicznie łączyć ze sobą kropki. Miał też oko do szczegółów i świetną pamięć. Dlatego też zaliczał awans za awansem, stając się wręcz gwiazdą całej instytucji. Teraz, oparty o tylną kanapę, nie wracał myślami do wszystkich swoich zasług. Marzył o jeszcze paru minutach snu. Kiedy poczuł, że samochód się zatrzymuje, szybko jednak się rozbudził i otworzył szeroko oczy.

— Jesteśmy na miejscu — usłyszał od funkcjonariusza, pełniącego funkcję kierowcy.

Bez słowa wysiadł. Ubrany był wręcz podręcznikowo — brązowe buty, białe spodnie, biała marynarka ze wszystkimi insygniami, niebieska koszula, czarny krawat, a na to wszystko założony biały płaszcz z dwiema belkami i dwiema gwiazdami na ramionach oznajmiającymi jego stopień. Czapki policyjnej nie nosił — irytowała go.

Kiedy tylko rozejrzał się po okolicy, zauważył budynek oraz kilku funkcjonariuszy pilnujących miejsca zbrodni. Podszedł do jednego z nich. Nawet nie musiał pokazywać odznaki, żeby zostać przepuszczonym. Stanął pośrodku schodów prowadzących w dół i przyjrzał się leżącym na samym dole zwłokom Chodnikowca. Powoli schodził, mijając po drodze tabliczki wskazujące na dowody. Miejsce, gdzie leżał paralizator, a następnie miejsce, gdzie czoło spotkało się z betonowym stopniem. Nie spieszył się. Trzymał dłonie w kieszeni i niespiesznie rozglądał się po okolicy, po samych stopniach czy nawet po budynkach, które znajdowały się obok miejsca śmierci. Kiedy tylko znalazł się blisko ofiary, stanął nad kucającym funkcjonariuszem, który notował coś w datapadzie. Funkcjonariusz dopiero po chwili obrócił się i wyraźnie zaskoczony, gwałtownie wstał, prostując się i salutując.

— Aspirant drugiego stopnia Adam Balceryk. — Funkcjonariusz wyrecytował przykładając dłoń do czapki, zgodnie z regulaminem.

— Dobra, dobra aspirancie. — Machnął dłonią Setowski i pochylił się nad zwłokami — Co mamy? — spytał zaspanym głosem powstrzymując się od ziewania.

Aspirant rozluźnił się i spojrzał na denata.

— Emm… Chodnikowiec pierwszego stopnia Eugeniusz Kawa. Znaleziony martwy około godziny czwartej przez operatora drona sprzątającego ulicę. Pierwsze jednostki policji pojawiły się kilkanaście minut później i zabezpieczyły teren, a potem przyszli technicy — recytował Aspirant, a Starszy Kapitan przykucnął przyglądając się zaschniętej krwi na głowie Kawy. — Według biegłego, śmierć musiała nastąpić jakoś między pierwszą a trzecią nad ranem. Przyczyna zgonu to uderzenie głową o betonowy stopień — Aspirant wskazał palcem na stopień schodów — który skutkował natychmiastową śmiercią. Nad zmarłym latał także dron skanujący.

— Co pan Kawa tu robił? — spytał Setowski powoli wstając, ale nie odrywając wzroku od ciała.

— Miał regulaminowy i przewidziany w harmonogramie patrol. — Aspirant podał datapada, na którym Setowski zobaczył, jaka była jego trasa, i w którym miejscu została ona tragicznie zakończona.

— Nie był nawet w połowie — zauważył Starszy Kapitan. — Miał kamerę?

— Eee… kto? — W głosie Aspiranta dało się usłyszeć zakłopotanie.

— Dron — odparł Setowski, jakby to było oczywiste.

— Aaa. No zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego Metropolii Waw-4 z dnia…

— Tak, wiem — przerwał mu Starszy Kapitan. — Miałem cichą nadzieję — dodał z wyraźnym rozczarowaniem w głosie.

— Świadkowie? — zapytał po chwili Setowski.

— Brak.

— Monitoring?

— No jest tam kamera. — Funkcjonariusz wskazał na kamerę, która była zamontowana przy jednym z budynków.

Starszy Kapitan od razu usłyszał to w jego głosie

— Niech zgadnę — wtrącił się. — Nie działa.

Cisza i przygryzione wargi Aspiranta były wystarczającą odpowiedzią.

— No tak.

Setowski zaczął w ciszy przyglądać się zwłokom z różnych stron.

— No i jaką pan ma konkluzję? — Starszy Kapitan spytał Aspiranta, odwracając głowę od ciała i patrząc prosto w oczy młodszego stopniem.

— No wydaje się, że Chodnikowiec szedł, pośliznął się i rozbił sobie głowę — wyjaśnił Balceryk.

— Tak po prostu? — spytał Setowski z podejrzliwością w głosie.

Funkcjonariusz spojrzał na zwłoki, uniósł czapkę i podrapał się po potylicy.

Setowski spojrzał na schody, a potem na miejsce, gdzie Kawa uderzył w stopień i znowu na jego ciało.

— Ile tu jest stopni? — spytał Starszy Kapitan.

— Słucham? — Balceryk nie zrozumiał intencji tego pytania.

— Jak pan myśli ile te schody mają stopni? Dwadzieścia? Pięćdziesiąt?

Aspirant nie był w stanie niczego wybełkotać.

— Jeśli dobrze widzę, to mamy tutaj ponad sto stopni, a pomiędzy szczytem i tym miejscem jest kilkanaście metrów. Myśli pan — Setowski zmrużył oczy wbijając je w drugiego funkcjonariusza — że gdyby nasz nieszczęśnik poślizgnął się i zacząłby się toczyć z samej góry, to zatrzymałby się dopiero tutaj?

Aspirant spojrzał na schody. W jego głowie tłoczyło się dużo myśli. Szukał najprostszego rozwiązania, nie analizował jak daleko ciało Kawy mogło przekoziołkować.

— Może… — ledwo wymamrotał z niepewnością w głosie.

— Jak dla mnie — zaczął mówić Setowski — to albo zatrzymałby się wcześniej, uderzając w jakiś wyższy stopień, albo wyhamowałby, wstał i wrócił do patrolu. A tu — wskazał na miejsce spotkania stopnia z głową Chodnikowca — mamy ile? Dwadzieścia, no, może trzydzieści stopni do miejsca, gdzie leżą zwłoki. Musiał przekoziołkować przez praktycznie sto stopni i wyhamował dopiero tutaj? Jaką prędkość trzeba mieć, żeby stoczyć się z tylu schodów?

Wtedy jakaś myśl zaświtała w głowie Starszego Kapitana. Jak nagły promyk światła, który wystaje zza budynków, kiedy słońce wschodzi.

— Mogę prosić datapada z trasą patrolu? — spytał Setowski wyciągając dłoń do Aspiranta, jednocześnie nie odrywając oczu od schodów.

Kiedy ten podał mu urządzenie, spojrzał na ekran, a potem na zwłoki i schody, po czym oddał urządzenie właścicielowi.

— Zauważył pan coś dziwnego w ułożeniu zwłok? — zadał pytanie Starszy Kapitan, chowając ręce w kieszenie i uważnie obserwując twarz młodszego funkcjonariusza.

Balceryk otworzył szeroko oczy i poczuł jak zimny dreszcz przelatuje mu przez plecy. Spojrzał na ciało, a potem na schody, ale nic mu do głowy nie przychodziło. Ciszę przerwał spokojny głos Setowskiego

— Niech pan zauważy, że Funkcjonariusz Kawa szedł, patrząc z tego miejsca, od lewej do prawej. Tymczasem jego ciało jest zwrócone w przeciwnym kierunku, czyli od prawej do lewej.

— Może to przypadek? — zauważył przytomnie Aspirant.

— Może… ale mam dziwne wrażenie, że nie. Wspominał pan o dronie.

— Tak.

— Czy sczytaliście z niego logi?

Aspirant stał nieruchomo i milczał. Poczuł jak zażenowanie ogarnia jego umysł.

— To na co czekacie? — spytał z wyrzutem Starszy Kapitan.

Balceryk kiwnął głową i pobiegł na górę do techników. Starszy Kapitan wszedł po kilku stopniach, przykucnął i przyjrzał się krwi w miejscu, gdzie Chodnikowiec Kawa spotkał śmierć. Następnie przeszedł kilka stopni wyżej i stanął w miejscu, gdzie znaleziono porzucony paralizator. Wpatrywał się w niego przez chwilę i obracał wokół własnej osi. Ustawił się tak, aby jego ciało było skierowane w tę samą stronę, co ciało Kawy. Spojrzał na nie, a potem znów na paralizator.

— Mam logi — mówił Aspirant z ekscytacją podbiegając do niego.

— No i co? — odpowiedział znudzonym głosem Setowski.

— Ostatni jest wpis, że dron próbował coś zeskanować, ale nie był w stanie.

— Z której godziny jest ten wpis?

Aspirant spojrzał w wydrukowany log.

— Druga dwie nad ranem.

— Doliczy pan plus minus trzy minuty i mamy czas zgonu — stwierdził Starszy Kapitan i zaczął schodzić z powrotem w kierunku ciała.

Aspirant szybkim krokiem podążył za nim. Setowski zatrzymał się przy ciele, a Balceryk stanął obok niego.

— Myślę, że było tak — zaczął tłumaczyć Setowski — nasz Chodnikowiec Eugeniusz Kawa szedł na rutynowy nocny patrol. W jego trakcie napotkał, tutaj na schodach, albo na ulicy, robota. Dron nie mógł go zeskanować i chciał to zrobić Funkcjonariusz. Wywiązała się zapewne dyskusja, a potem i walka. Musiała mieć swój finał w miejscu, gdzie upadł paralizator. — Tutaj Setowski oderwał wzrok od ciała i spojrzał na schody, wskazując palcem miejsce, gdzie został znaleziony przedmiot. — Został zepchnięty — kontynuował, krocząc wokół ciała. — Dlatego nie był w stanie wyhamować ani zareagować i uderzył w betonowy stopień. — Wskazał na zakrwawiony schodek. — Przez co poniósł śmierć na miejscu. Co pan myśli o takiej hipotezie panie Aspirancie Balceryk?

Aspirant stał jak wryty, zaskoczony całą linią dedukcji, obserwacji i analizy.

— Brzmi bardzo prawdopodobnie — wybełkotał po chwili niepewności.

— No to mamy pierwsze przypuszczenia. Teraz musimy to jakoś potwierdzić albo i nie — mówił Setowski, rozglądając się wokoło, jakby chciał znaleźć dowody wiszące w powietrzu.

Spojrzał jeszcze raz na ciało i jego wzrok przykuło coś dziwnego. Zrobił krok bliżej i przykucnął. Wyciągnął z kieszeni płaszcza dwie gumowe rękawiczki i sprawnym ruchem nałożył je na dłonie.

— Co tam pan widzi? — spytał Aspirant, pochylając się nad głowami Starszego Kapitana oraz denata.

Setowski podniósł prawą dłoń martwego funkcjonariusza. Była zaciśnięta, ale dostrzegł, że coś z niej wystaje. Rozwarł ją i ujrzał metalową rurkę. Wykonał gest palcem wskazującym. Balceryk pochylił się i przyjrzał się przedmiotowi. Setowski spojrzał na niego i nie mogąc się doczekać jego reakcji rozkazał:

— Zdjęcie.

Aspirant pokiwał głową i po chwili jeden z techników wykonał kilka zdjęć. Starszy Kapitan wyjął przedmiot z dłoni i przyjrzał mu się. Była to prosta rurka, wykonana z solidnego materiału i jak można było dostrzec oraz sprawdzić mechanicznie, mogła się lekko rozsuwać, przedłużając samą siebie.

— Czy to jest… — Aspirant zaczął mówić podekscytowanym głosem, ale nie zdążył dokończyć myśli.

— Tak. Mamy sprawcę — wtrącił się Setowski, wstając i wrzucając dowód do foliowej torebki, trzymanej przez Aspiranta.

Potem wziął ją od niego i obracając w dłoniach, przyjrzał się dokładnie przedmiotowi w środku.

— Dobra — powiedział — jadę na komisariat. Pan niech tutaj dokończy zbieranie śladów oraz niech zabierze zwłoki — rozkazał, chowając torebkę i udając się schodami do samochodu.

Nawet nie spostrzegł, że zmieszany Balceryk chciał mu zadać kilka dodatkowych pytań.

Kiedy tylko zbliżył się do pojazdu, kierowca otworzył mu drzwi.

— Jedziemy na komisariat — rzucił do niego, siadając na tylnym siedzeniu.

— Pan Major chciał się z panem widzieć — przekazał informację.

— To pilne? — spytał zniechęcony Starszy Kapitan

Kierowca w odpowiedzi jedynie wzruszył ramionami.

— Tak, wiem. Jedźmy — odparł z westchnieniem.

Podróż przebiegła szybko i spokojnie. Przez cały czas przyglądał się uważnie metalowej rurce, która zdecydowanie była częścią prawego ramienia robota. Widział takie części wiele razy. Znał się dobrze na ich konstrukcji. Miał jednak z nią problem. Czegoś takiego jeszcze nie widział. Niby była standardowa i miała udawać mięsień w górnej części ramienia, tuż przy łokciu, ale nie mógł rozpoznać konkretnego modelu. Widział podobne elementy, ale to było coś innego. Inaczej się rozkładała i składała. Była też inaczej wyprofilowana przy jednym z jej końców. Próbował sobie przypomnieć, a następnie sprawdzał na datapadzie w bazie danych, czy coś jest porównywalnego. Nic jednak nie odnalazł. Jakby ta część nigdy nie istniała. Może była z jakiegoś bardzo starego modelu? Rozmyślał. Spojrzał przez okno i dostrzegł wielki młyn, który pozwalał produkować energię przy pomocy płynącej Visly. To znak, że dojeżdżali do Głównego Komisariatu Policji Metropolitalnej Waw-4. Młyn kręcił się powoli, majestatycznie górując nad resztą kompleksu.

Pewna część komisariatu znajdowała się pod ziemią, chroniąc tajemnice miasta. Spod powierzchni wystawały dwie kondygnacje przykryte dachem, pokrytym trawą, na której znajdowały się duże, okrągłe okna, przez które wpadało słońce. Cały budynek wyglądał jak niewielki pagórek pośrodku lasu drzew, parków i wieżowców. Nikt dokładnie nie wiedział jak duży jest kompleks, ile pięter jest pod ziemią, co skrywał, ile było pomieszczeń oraz gdzie trzymano tajne dokumenty. Wtapiał się w otoczenie, w połączeniu z rzeką oraz wielkim zielonym parkiem po jego drugiej stronie. Z góry wyglądał jak nierówne pole golfowe, gdzie okrągłe okna udawały dołki do wbijania piłeczek. Samochód wjechał w tunel i po kilku chwilach znalazł się w podziemnym parkingu Głównego Komisariatu Waw-4. Kierowca wysiadł i otworzył drzwi Starszemu Kapitanowi.

— Koniec na dzisiaj. Nie będę cię już potrzebował — rzucił w stronę kierowcy, nawet nie spoglądając na niego.

Windą wjechał na trzecie piętro. Kiedy tylko z niej wyszedł, uderzył w niego hałas. Funkcjonariusze niższego i wyższego szczebla kursowali wymieniając się papierami, dowodami i informacjami. Analizowali dokumenty, oglądali przedmioty i wypełniali raporty. Jedni ubrani w białe mundury, inni w czarne, a niektórzy też po cywilnemu.

W całym pomieszczeniu było jasno. Światło wpadało przez okrągłe okna na wysokim suficie i odbijało się od białej podłogi i jasnych ścian. Czuło się też zapach wszechobecnej roślinności, która rosła w klasterach zawieszonych na ścianach.

Wielu funkcjonariuszy chwaliło sobie pracę w tych warunkach. Otoczeni roślinnością, przy łagodnym, przyjemnym zapachu czerwonego kwiecia i delikatnej mżawce, którą je spryskiwano.

Skręcił w korytarz po prawej, z którego widać było kolejne przystające pomieszczenia. Minął strefę relaksu, gdzie każdy funkcjonariusz mógł usiąść na wygodnych kanapach z masażem i wsłuchać się w melodię relaksującej muzyki, szum drzew lub śpiew ptaków. Skręcił w lewo i minął „ciemny pokój” gdzie można było pokrzyczeć, poskakać czy w inny sposób wyładować emocje.

Przeszedł przez jasne, drewniane drzwi. Za biurkiem siedział jeden z funkcjonariuszy. Kiedy dostrzegł, że stoi przed nim Starszy Kapitan, wstał i zasalutował. Ten jedynie skinął głową.

Sekretarz podszedł do kolejnych drzwi i zajrzał do środka, jednocześnie lekko w nie pukając. Po chwili otworzył je szerzej i odwrócił się do Setowskiego, zapraszając go do wejścia.

Pomieszczenie było przestronne i oświetlone słońcem wpadającym przez przeszklone ściany. Szary marmur na podłodze wydawał specyficzny dźwięk z rozchodzącym się echem. Stało tam duże czarne biurko. Na suficie zaś znajdowało się jedno okrągłe okno. Nie było tyle roślinności co w głównej sali, ale po lewej ścianie od wejścia znajdowała się mała ściana wodna w obiegu zamkniętym, korzystająca głównie z deszczówki i wody zebranej przez młyn.

Major stał obrócony plecami do Starszego Kapitana. Właśnie zbierał coś z półek na ścianie do kartonowego pudełka.

W końcu odwrócił się do niego. Setowski ujrzał znaną mu twarz starszego mężczyzny o wyraźnych zmarszczkach na okrągłej twarzy i białym wąsem pod nosem. Był niewielkiej postury, a jego zaokrąglony brzuch, uświadamiał jak rzadko wychodził zza biurka na ulicę. W zadbanych, ale pomarszczonych dłoniach, trzymał pamiątki zebrane przez ponad czterdzieści lat służby.

— A, Setowski. Usiądź — uśmiechnął się na jego widok i wskazał na krzesło stojące na wprost jego wielkiego fotela.

— Coś podać? — spytał sekretarz, ciągle stojący w progu drzwi pomieszczenia.

— Dla mnie herbata. — odpowiedział Major, podchodząc do masywnego drewnianego biurka — A tobie? — Kiwnął głową w kierunku Setowskiego.

— Kawa. Mocna.

Sekretarz wyszedł bez słowa, zamykając za sobą drzwi.

— Wybacz, że zajmuje się czymś takim, ale muszę powoli tu sprzątać. A wiesz jak to jest. Lepiej to robić po trochu, niż na ostatni dzień wszystko naraz — mówił Major, stając przy biurku, które nie zakrywało jego wyraźnego brzucha.

— Chciał pan mnie widzieć — rzekł beznamiętnie Setowski.

— Tak… — wymamrotał Major, przyglądając się małej szklanej piramidzie, którą ostrożnie umieścił w pudełku. — Podobno mamy jakiegoś martwego funkcjonariusza?

— Chodnikowca. Znaleziony dzisiaj. Spadł ze schodów, albo właściwie został z nich zrzucony.

— Jakieś poszlaki?

Do pomieszczenia wszedł Sekretarz, niosąc ze sobą herbatę i mocną kawę. Podszedł do stołu i postawił na nim obie filiżanki. Major kiwnął mu głową, dziękując za poczęstunek, i od razu chwycił filiżankę z jasnobrązowym płynem. Kawa pojawiła się przed Starszym Kapitanem, a ten chwycił kubek i zanurzył w nim usta. Kiedy sekretarz opuścił pomieszczenie, Setowski wyciągnął z kieszeni płaszcza plastikowy worek z materiałów biodegradowalnych, z metalową częścią w środku i położył przed przełożonym. Powolnym ruchem starszy pan założył okulary i bacznie przyjrzał się przedmiotowi.

— Wygląda jak hydrauliczna część z ramienia robota — szybko zdiagnozował. — Masz numer seryjny?

— No właśnie w tym rzecz — powiedział Setowski i odebrał ją od przełożonego. — Nie mogę rozpoznać modelu ani znaleźć numeru seryjnego. Jakby ta część nie istniała.

— Hmm… — zamyślił się Major. — Czyli to pewne. Robot zabił człowieka?

— Pewności nigdy nie ma. Dopóki nie sczytam logów, ale na teraz tak to wygląda.

— Dawno robot nie zabił człowieka w Waw-4 — stwierdził Major i oparł się wygodnie o zagłówek fotela — Pewny nie jestem, ale możliwe, że ostatni raz to jeszcze przed Ustawami Robocimi. Może w czasie buntu w stalowni. — Wzrok Majora uciekł gdzieś w bok, gdy ten najwyraźniej pogrążył się we wspomnieniach.

— Wiem. Czytałem o tym w szkole.

— To poważna sprawa — zafrasował się Major. — Musisz uważać. Zaufanie między robotami, a ludźmi, to podstawa istnienia tego miasta. Jeśli okaże się, że roboty zabijają ludzi…

— Mnie nie interesują relacje między ludźmi, a robotami. Interesuje mnie prawda — wypalił beznamiętnie Setowski.

Major uniósł brwi. Jego usta zadrżały, a mięśnie na szyi spięły. Wziął łyk herbaty i odetchnął.

— To może być ważne śledztwo, nie tylko dla miasta, lecz także dla ciebie — zauważył.

Setowski przekręcił głowę, próbując zrozumieć, co Major ma na myśli.

— Ja żegnam się z tą robotą i pracą w policji. Ponad czterdzieści lat odcisnęło na mnie piętno. — Starszy mężczyzna wbił wzrok w podłogę. — Pora by ktoś młodszy przejął moje stanowisko. I jeśli mam być szczery — podniósł wzrok — to osobiście widziałbym ciebie na tym stanowisku.

Setowski poczuł jak całe ciało mu się spina.

— Wyobrażasz to sobie? Zostałbyś najmłodszym Majorem w historii tej organizacji — mówił z przejęciem jego przełożony.

— Są inni, bardziej doświadczeni niż ja — Setowski powiedział to, jakby wzbraniał się przed tą propozycją.

— E tam — machnął ręką Major i wziął kolejny łyk herbaty. — Wilczanowski to stary dziad, a Szewczyk to debil, co mógłby granat w gabinecie odpalić i nawet by nie zauważył. Ta formacja potrzebuje kogoś takiego, jak ty. Kogoś ambitnego, inteligentnego, błyskotliwego — powiedział, wskazując na niego palcem. — Kogoś, kto idealnie odnajduje się w każdej sytuacji. Kogoś, kto nie boi się kontrowersyjnych, ale skutecznych rozwiązań. I kogoś — tutaj wstrzymał się na chwilę podnosząc palec — kto wie co jest dobre dla miasta.

— Dziękuję, że pan mnie tak ceni.

— Bo jesteś najlepszy — stwierdził jego przełożony — To postanowione. Naczelnik też się ze mną zgadza.

Setowski poczuł jak mięśnie spinają się mu na karku. Zdziwił się, że Major rozmawiał o tym z Naczelnikiem, a nie z samym zainteresowanym.

— Dziękuję za zaufanie — odpowiedział i odłożył kubek na stół.

— Właściwie — zaczął mówić Major — jeśli nie wydarzy się nic niezwykłego, to za dwa tygodnie będziesz ustawiał własne pamiątki na tych półkach — rzekł Major, po czym obrócił się i spojrzał na w połowie zapełniony regał.

Starszy Kapitan poprawił się na krześle, a potem rozluźnił spięte mięśnie. Oparł się lekko o oparcie i spojrzał na niego. Widział w tych starych, błękitnych oczach pewność ale też wzruszenie. Major najwyraźniej cieszył się, że może w sztafecie pokoleń, przekazać pałeczkę dalej.

— Dziękuję, Majorze — odparł dyplomatycznie, kończąc kawę.

Major zaśmiał się cicho.

— Właśnie dlatego cię wybrałem. Zawsze jesteś grzeczny i posłuszny — zażartował Major. — No dobra. Nie trzymam cię tu dłużej. Masz poważną robotę do wykonania. Całe miasto i ja na ciebie liczymy — rzekł, podnosząc swój kubek jak na starych plakatach motywacyjnych.

— Rozumiem. Dziękuję — odparł Setowski i szybkim ruchem wstał z krzesła.

Przy drzwiach, obrócił się, stanął na baczność i zasalutował. Jego przełożony powoli wyprostował się i odsalutował.

Następnie Setowski wyszedł z biura, po drodze żegnając się z sekretarzem. Do windy szedł sztywnym krokiem, cały czas patrząc przed siebie.

W jego głowie krążyła tylko jedna myśl: Major… Major… Major Setowski. Major Łukasz Setowski.

Rozdział VI

Usłyszałem brzęczenie muchy, a może jakiegoś innego owada. Wciągnąłem powietrze, a wtedy uderzył mnie mocny zapach kwiatów — jakby ktoś wcisnął mi twarz w targowy stragan i trzymał tam przez dłuższą chwilę.

Otworzyłem oczy. Leżałem na drewnianej ławce. Najdziwniejsze jednak było to, gdzie się znajdowałem. Była to ogromna szklana kopuła. W jej środku było pełno przeróżnych drzew, kwiatów i krzewów. Motyle, muchy czy małe robaczki unosiły się wokół roślin, nie przejmując się nami.

Przede mną, po prawej, stał odwrócony do mnie plecami robot. Od razu można było dostrzec, że nie ma na sobie żadnej cielesnej powłoki. Był zbudowany w bardzo prosty sposób. Nie był pokryty żadnymi metalowymi płytami, dlatego ujrzałem wszystkie jego metalowe wsporniki, siłowniki oraz cały szkielet. Widać było całe okablowanie ciągnące się metrami z jednej części do drugiej, z jednego układu do drugiego oraz rury z płynem hydraulicznym i chłodziwem pulsujące w wolnym rytmie. Zaskoczyło mnie też, że miał na sobie założoną prześwitującą, jasną szatę, która przepuszczała całe światło. Jakby chciał się czymś okryć, ale tak, aby można było zauważyć całe jego wnętrze. Było coś w tym dziwnego, jakby wręcz nierobociego. Przyjrzałem się tej konstrukcji i od razu domyśliłem się, że musi to być robot starej daty. Prawdopodobnie pierwszej lub drugiej generacji. Nie spodziewałem się, że tak stare jednostki jeszcze funkcjonują. Stał przy kwiatach i oglądał je wnikliwie.

Podciągnąłem się i usiadłem. Ciągle lekko kręciło mi się głowie, dlatego złapałem się za nią i przetarłem oczy.

— Plumeria Rubra — odezwał się robot.

Słychać było mocno syntetyczny głos ze zużytego głośnika. Nawet w czasach, kiedy był produkowany, musiał brzmieć jak pospolite radyjko przed kalibracją, a nie nowoczesny modulator głosowy.

— Słucham? — spytałem, próbując opanować ból głowy i wszechogarniającą falę zapachów.

— Piękny kwiat. Ludzie mówią, że to kwiat zakochanych. Listki mają czerwone krawędzie, które stopniowo bieleją ku środkowi, przechodząc w delikatny odcień pomarańczu. Dokładnie ff4900.

Zobaczyłem jak jego dłoń dotyka samego kwiatu. Był to ruch niezwykle precyzyjny, a zarazem delikatny — jak matka głaszcząca dziecko po główce. Jak na robota tak starego i stworzonego do prostych zadań, miał w sobie wiele gracji. Musiał nauczyć własne oprogramowanie, jak wykonać taki ruch.

— Niestety nie mam czujników olfaktorycznych, także nie jestem w stanie zachwycać się migdałowym zapachem tego gatunku — dodał.

Zauważyłem jak lekko pochylił się nad kwiatem, jakby faktycznie chciał go powąchać.

— Jestem tylko w stanie docenić tylko jego kolorystykę. Cóż za szkoda. Ludzie mają taką możliwość, ale nie potrafią jej docenić. Nie uważa pan?

Obrócił się w moją stronę, ukazując twarz. Nie było na niej żadnej powłoki czy imitacji ludzkiej mimiki, tak oczywistej we współczesnych konstrukcjach. Na stalowej podpórce znajdowały się dwie kamery, szeroko od siebie rozstawione. Natomiast poniżej zamontowany był mały głośniczek, przesłonięty stalową siatką. Wszystkie te elementy znajdowały się na pojedynczym metalowym słupku, który dzięki siłownikowi, mógł się poruszać w różne kierunki. Jego konstrukcja była niezwykle prosta i na tle współczesnych modeli, wyglądała jak zabawa dzieci na zajęciach plastycznych w szkole.

— Nie wiem. Nie znam się na kwiatach — odparłem zirytowany, próbując poskładać się do kupy.

Robot postąpił kilka kroków, robiąc to niezwykle powoli, jakby chciał, żeby jego ciało płynęło przez ubitą ziemię. Byłem pod wrażeniem. Nie widziałem w tym zwykłych robocich ruchów, odmierzonych przez oprogramowanie co do milimetra i każdego kąta. Był w tym ludzki chaos i nieporadność. To w jaki sposób stawiał mechaniczne stopy czy kołysał tułowiem, odbiegało od przyjętej przez roboty procedury.

Podszedł do kwietnika znajdującego się niedaleko ławki, na której siedziałem. Chwycił za zbiornik z wodą i zaczął polewać nią znajdujące się tam kwiaty. Woda kapała mu na stopy, ale nie wyglądało, jakby się tym martwił.

— Zapewne zastanawia się pan kim jestem — rzucił, nie odrywając się od zajęcia.

Obrzuciłem badawczym spojrzeniem jego metaliczne, proste — wręcz toporne ciało. Na jego wyraźnie widoczne układy i systemy. Szukałem numeru seryjnego czy nazwy modelu, ale te już dawno były zasłonięte nową farbą.

— Sądząc po konstrukcji — zacząłem tłumaczyć — sposobie poruszania się i wysławianiu, jest pan robotem z wczesnych lat robotyzacji. Kimś, kto nie wstydzi się swojego robkowego ciała, a zarazem ten luźny strój ma nadawać mu pewnej powagi. Rzekłbym nawet, że ma upodabniać do myślicieli i filozofów — odparłem bez namysłu. — Dużo czasu pan tu spędza, w tym miejscu. Zna się na kwiatach, nie wykonuje żadnej fizycznej pracy i nie zajmuje się niczym, czym zajmują się współczesne roboty. Być może piastuje rolę jakiegoś mędrca, przewodnika dla robotów czy coś w tym rodzaju — wytłumaczyłem.

Kiwnął słupkiem z oczami i głośnikiem, po czym szybko powrócił do pionu. Można było dostrzec, że był pod wrażeniem.

— Arystoteles — oznajmiłem. — Przywódca buntu robotów. — Uświadomiłem sobie kto jest moim rozmówcą.

Spojrzał na mnie kamerami, które przesunęły ogniskową.

— To jednak prawda, co o panu mówią. Widzę, że znaleźliśmy odpowiedniego człowieka — stwierdził, odkładając wodę koło szarej doniczki.

— A co o mnie mówią?

W tym momencie do pomieszczenia wjechał dron. Była to prosta skrzynkowa konstrukcja z czterema kółkami, które sprawnie poruszały się po ubitej ziemi. Na górze znajdowała się szklanka z wodą. Dron podjechał i zatrzymał się koło mnie.

— Proszę się napić — zachęcił Arystoteles, wskazując dłonią na szklankę. — Ludzie i kwiaty potrzebują wody — stwierdził i zabierając ze sobą konewkę, podszedł do kolejnych roślin.

Nie byłem do końca przekonany. Nadal mu nie ufałem.

— Jeśli myśli pan, że chcemy pana otruć, to muszę pana wyprowadzić z takiego myślenia — powiedział mocno zniekształconym głosem, w którym brakowało głębi i odpowiednich częstotliwości. — Gdybyśmy chcieli pana zabić, to nie fatygowalibyśmy się z przyprowadzeniem tutaj.

Brzmiało to sensownie i była w tym jakaś logika. Precyzyjna jak robocie algorytmy. Chwyciłem szklankę i wypiłem prawie do dna. Musiało mi się chcieć pić od tego gazu i przytłaczającego zapachu kwiatów i roślin.

— No dobra — odparłem i wstałem uważając, żeby nie upaść na ławkę z powrotem. — Znalazłem się tutaj, bo ktoś mi zostawił liścik z informacją, że wie coś o mojej przeszłości. — Wyciągnąłem go z kieszeni płaszcza.

Arystoteles nie spojrzał na nią ani na mnie. Niezainteresowany podlewał kwiaty, jakby moja obecność nie miała tu znaczenia.

— Michał Kejn — zaczął mówić — urodzony siódmego lutego dwa tysiące sto osiemdziesiątego piątego roku. Informacji o rodzicach brak. Wychowywał się w przykościelnym domu dziecka. W wieku dwudziestu lat zaciągnął się do armii, gdzie przez cztery lata służył jako żołnierz. Głównie stacjonując w koszarach i pilnując porządku. Odszedł z wojska po wielkiej redukcji wojskowej na rzecz robotów wojennych. Potem pracował w różnych zawodach, zwykle nie za długo. Zapisał się na staż do Agencji do spraw Robotów. Przez trzy lata szkolił się, aż do momentu uzyskania stopnia Młodszego Agenta. Obecnie pracuje tam już siódmy rok. W aktach widnieje wiele informacji na temat konfliktów wywołanych z przełożonymi. Pojawia się też wzmianka o trzynastu śledztwach dyscyplinarnych, wszczętych na wniosek zatrzymanych robotów. Wszystkie zostały umorzone. Dwie pochwały, procent rozwiązanych spraw to dziewięćdziesiąt osiem i dwie dziesiąte. — Rzucił mu zaciekawione spojrzenie. — Stan cywilny kawaler, informacji o życiu osobistym brak — robot wyrecytował wprost z dysku pamięci moją teczkę. Ani na moment nie przerywając podlewania.

— Pominąłem coś? — spytał i obrócił namiastkę głowy w moją stronę.

— Chyba tylko to, że agencja powinna lepiej pilnować serwerów — zażartowałem odganiając owada, który przelatywał koło mojego nosa.

Odniosłem wrażenie, że to go nawet rozbawiło.

— No dobrze. Pojawiłem się w tamtym korytarzu w konkretnym celu i jeśli w ciągu minuty nie dostanę tego, po co się tam pojawiłem…

— To co? — wtrącił się.

W tym momencie zdałem sobie sprawę, że zabrano mi paralizator. Zakląłem w myślach.

— Oczekuję informacji i danych — naciskałem.

— Wszystko w swoim czasie, panie Kejn.

W jego głosie był pewien spokój, ale też odczuwalna wyższość. Zdenerwowało mnie to.

Odwróciłem się na pięcie i zacząłem rozglądać się za wyjściem. Dostrzegłem drzwi i skierowałem się w ich stronę.

— Nie chce się pan dowiedzieć, po co pana tu sprowadziłem? — rzucił do mnie, kiedy oddalałem się od niego.

— Nie — odparłem bez namysłu. — Myślałem, że macie dla mnie coś ciekawego, ale widzę, że tak samo jak ludzie, w pewnych kwestiach jesteście bezużyteczni — stwierdziłem poirytowany.

Kiedy odszedłem na kilka metrów, stąpając po ubitej ziemi, która miejscami przechodziła w błoto, usłyszałem coś, co mnie automatycznie zatrzymało. Jak komenda albo polecenie w programie.

— Proszę poczekać, numerze osiem — powiedział powoli, ale głośno i wyraźnie.

Obróciłem się w jego stronę, a następnie zrobiłem kilka kroków do przodu.

— Co? — spytałem z niepohamowanym oburzeniem.

— To pana numer z eksperymentu? Prawda? Chyba że mamy nie tego Kejna.

Stałem przez chwilę, wpatrując się w niego. Nie reagował na moją zaskoczoną i zdezorientowaną twarz.

— Co jeszcze wiecie? — spytałem.

— Wszystko — odpowiedział przycinając łodygę. — Mamy dostęp do całej dokumentacji projektu — rzekł, powoli obracając słupek, na którym zamontowano kamery i głośnik. Oderwany płatek opadł na glebę pod jego stopami. — Wiemy nawet, kto się panem opiekował i kto przejął nieformalną rolę pana matki. Aż dziwne, że pozwolono jednemu z pomysłodawców projektu zaopiekować się obiektem, ciekawe…

— Wystarczy! — przerwałem mu gwałtownie.

Patrzył na mnie dwiema kamerami w milczeniu. Potem znowu obrócił całą tę część w stronę rośliny.

Wypuściłem powietrze powoli przez nos. Podszedłem do niego i stanąłem obok. Przyglądałem się, jak delikatnie i dokładnie, ogląda rośliny, jak precyzyjnie je podlewa i z jaką łagodnością obcina liście.

— Rozumiem — powiedziałem — że w zamian za informacje, muszę coś zrobić.

Odstawił konewkę i wyprostował się. Uniósł kamery i przyglądał się przez chwilę szklanej kopule, przez którą wpadała duża ilość światła.

— Proszę otworzyć górną szufladę drona — rozkazał.

Obejrzałem się za siebie i dostrzegłem, że faktycznie dron, który przyniósł mi wodę posiadał wbudowaną szufladę. Podszedłem do niej i powoli ją otworzyłem. W środku znajdowały się dwa zdjęcia. Widziałem je wcześniej. Były to materiały reklamowe z nowego katalogu Robotici z modelem RGP-4000. Przyglądałem się im przez chwilę. Jego konstrukcja była nietypowa, nowa. To nowa generacja, dlatego też zmieniono ubarwienie i inaczej przymocowano pewne elementy. Widać też było, że producent nie chce już na siłę upodobniać robota do człowieka. Jego wygląd był bardziej surowy, z widocznymi stalowymi rurkami czy odkrytymi mechanizmami. Ale była w tym jakaś konsekwencja. Nie był to prostacki brak powłoki czy oszczędność na materiale. Był to zamysł projektanta, aby podkreślić: to jest robot, ale nowoczesny, inteligentny, sprawny i stylowy.

— Musi pan dla mnie znaleźć tego robota — oznajmił.

Obróciłem głowę w jego kierunku. Nie patrzył na mnie, ciągle był zajęty roślinami.

Spojrzałem znowu na zdjęcia.

— Przecież on jeszcze nie wyszedł na rynek. Jeśli pamiętam, to data premiery nie jest ustalona — zauważyłem.

— Miały się pojawić w drugim kwartale, a ten prawie się kończy. Czy to nie podejrzane? — stwierdził.

Wzruszyłem ramionami. Przesunięcie premiery nowych modeli, nie było niczym niezwykłym.

Jeden z nich jest już na wolności — dodał po chwili.

Byłem przekonany, że nie weszły jeszcze do sprzedaży. Zwykle wiedziałem, kiedy każdy model pojawia się na rynku. Spojrzałem na zdjęcia. Wpatrywałem się w jego nowoczesne kamery i panel z wyświetlaczem w miejscu ust. Jaki kontrast w porównaniu z robotem, z którym teraz rozmawiałem.

— To sobie go poszukajcie przy użyciu lokalizatora. Po co mnie do tego wciągać? — odpowiedziałem z oburzeniem.

— On nie ma numeru seryjnego i lokalizatora.

Zaskoczyło mnie to. Robot bez numeru seryjnego? Bez lokalizatora? Ktoś mocno za to odpowie w Robotice.

— Uciekł im z produkcji? Z testów? — pytałem zaskoczony.

Arystoteles nic nie odpowiedział. Stał tak, jak tylko mogą stać roboty, zupełnie nieruchomo patrząc na sporą kolekcję drogich okazów.

— Czego wy chcecie od tego robota? Będziecie sami je sprzedawać? — zażartowałem.

— Jest nam potrzebny — odpowiedział tajemniczo.

Chciałem się zaśmiać, ale powstrzymałem się.

— Skąd wiecie, że jest na wolności i im uciekł? — spytałem, nie rozumiejąc co tu się właściwie dzieje.

Skinął głową w kierunku drona. Spojrzałem więc znowu na tę prostą maszynę. Miał zamontowaną jeszcze jedną szufladę, która właśnie się otworzyła. Podszedłem do niej. Leżało tam inne zdjęcie. To z kolei zostało zrobione przez drona latającego. Widać było na nim ten sam model, ale tym razem idący ulicą, nocą. Zdjęcie miało sygnaturę daty. Zostało zrobione dwa dni temu. Robot musiał się ukrywać. Unikał szerokich ulic i poruszał się tylko nocą. Nie zauważyłem żadnych numerów ani nic, po czym można rozróżnić jeden egzemplarz od drugiego. Jednak zdjęcie nie pozostawiało wątpliwości. To był RGP-4000.

— Skąd macie to zdjęcie? — spytałem z zainteresowaniem.

— Jeden z naszych dronów go zauważył — rzekł obrócony teraz w moją stronę.

— To dlaczego sami go nie złapiecie?

— Próbujemy, ale na razie nie możemy go uchwycić. Poza tym — spojrzał mi głęboko w oczy — nie chcemy wzbudzać zamieszania. Bunt robotów to legalna, pokojowa organizacja. Ostatnie, czego nam trzeba, to porywanie innych maszyn.

— Dlatego chcecie się wysłużyć człowiekiem — stwierdziłem, oczekując jakiejś reakcji, ale on nie zareagował.

Stał wyprostowany, obleczony półprzeźroczystą szatą, która powiewała i falowała, niesiona filtrowanym powietrzem wentylacji w budynku.

— Jak tylko pan go odnajdzie, proszę przyprowadzić pod drzwi z białym królikiem. My zajmiemy się resztą — wytłumaczył.

— Nie powiedziałem jeszcze tak — rzekłem, ale takim tonem, jakbym już dawno się zgodził.

— Zależy panu na tym, żeby dowiedzieć się czegoś o projekcie. To — Arystoteles zbliżył się do mnie i stuknął w zdjęcie paluchem wykonanym z jednego stopu metalu, z widocznym nasmarowanym zawiasem, aby móc go zgiąć jak u człowieka — jest klucz do tej wiedzy. — Wrócił do kwiatów, przycinając liście. — Jeśli wykona pan to zadanie, to otrzyma pan swoją teczkę z danymi eksperymentu, a my znikniemy z pana życia. Czy nie dlatego poszedł pan za białym królikiem? — Obrócił sztuczną szyję w moją stronę. Gdyby posiadał sztuczne łuki brwiowe, w tym momencie byłyby podniesione do góry.

Spojrzałem znowu na czarno-białe zdjęcie zrobione kamerą noktowizyjną.

— Widać, że próbuje nie rzucać się w oczy — stwierdziłem, oglądając je i analizując sposób porusza się robota.

— Czyli już pan zaczął. — Podszedł do mnie, obrócił głowę i wlepił we mnie dwie wielkie okrągłe kamery.

Nic nie odpowiedziałem.

— Myśli pan, że tam go pan znajdzie. Na tej ulicy, gdzie był dwa dni temu? — spytał z zainteresowaniem w głosie, które dało się wyczuć mimo tak słabego głośnika.

— Nie. Już dawno go tam nie ma, pewnie chowa się po kanałach lub łazienkach, gdzie nie ma kamer.

Na razie muszę się czegoś o nim dowiedzieć.

Nie widziałem tego, ale wyczułem, że Arystoteles uśmiecha się z satysfakcją.

— Przygotujcie dokumenty. Jeśli nie będziecie ich mieć, nie dostaniecie robota — ostrzegłem wlepiając w niego oczy.

Jego słupek zakołysał się w przód i tył.

— Mój robot pana odprowadzi — powiedział wracając do opieki nad roślinami.

Schowałem zdjęcia do wnętrza płaszcza i udałem się ku drzwiom, jednak nagle przede mną pojawił się robot. Z wyglądu przypominał dziwaczną hybrydę maszyny do obsługi ciężkich robót budowlanych i ochroniarza w klubie. Nie miał na sobie sztucznej skóry, ale jego napompowane powłoki miały wzbudzać respekt. Jego szczęka wyglądała, jakby miała służyć do gniecenia lub żucia twardego metalu. Był też dużo wyższy ode mnie i wbijał we mnie małe czerwone kamery, które wyglądały jak żarzące się LED-y policyjne. Chciałem go wyminąć, ale jego szeroka konstrukcja nie pozwoliła mi na to. Spojrzałem z udawanym oburzeniem w jego kamery. Miałem wrażenie, że uśmiecha się z rozbawieniem, mimo że jego prosta konstrukcja twarzy, nie mogła imitować mowy ani tym bardziej wyrażać emocji. Chciałem coś powiedzieć, ale zanim zdążyłem otworzyć usta, na głowę zarzucono mi czarny worek. Nawet nie wiem skąd się tam wziął ani kto go zarzucił. Poczułem natomiast mocny uścisk na obu ramionach.

— Proszę nam wybaczyć. Względy bezpieczeństwa — usłyszałem głos innego robota.

Potem wyprowadzono mnie, ale nie mam pojęcia, gdzie znajdowało się to miejsce ani jak mnie przetransportowano z powrotem. Czy zostałem znowu uśpiony, albo jakimś sposobem ogłuszony — nie pamiętam. Po prostu nagle zrobiło się jasno. Drzwi samochodu, z którego mnie wyprowadzono, zatrzasnęły się za mną i zanim zdążyłem się obrócić, ten już pędził gdzieś przed siebie.

Cholerna robocia gościnność.

Zorientowałem się, że wysadzili mnie koło mojego samochodu. Rozmasowałem obolałe ramiona i wsiadłem do niego.

Spojrzałem jeszcze raz na zdjęcie robota. Czemu ten robek jest tak dla nich ważny? Czyżby nowa generacja była tak przełomowa? Myślałem, że to tylko chwyt marketingowy. Czyżby Arystoteles chciał go wykorzystać, aby przysporzyć popularności umierającemu ruchowi Buntu Robotów? Skąd się on wziął w mieście skoro jeszcze nie jest w sprzedaży? Czemu się ukrywa? A co z tym robi Robotica?

Właśnie, Robotica. Warto tam zacząć poszukiwania.

Schowałem zdjęcie, odpaliłem samochód i pojechałem do jej głównego biura. Musiałem przejechać praktycznie całe miasto, żeby na północnym wschodzie znaleźć się przy kompleksie. Ochroniarz przy wjeździe był zaskoczony moim widokiem, ale wystarczyło pomachać legitymacją agencji, żeby otworzył mi szlaban i wpuścił na parking. Centralny kompleks firmy mieścił całe szefostwo i centrum badawcze. Znajdowało się ono poza granicami metropolii. Za płotem była już tylko puszcza okalająca Waw-4.

Sam budynek nie był specjalnie ładny. Wielki, równo przycięty krzak, z którego białe kwiaty układały się w logo firmy. Nic wyjątkowego. Ot, prosta kostka porośnięta zielenią. Wszedłem do środka. W centralnym miejscu wielkiego lobby, była pięciokątna lada, stanowiąca recepcję. Nie dało się też przeoczyć, że to Cybulski założył to przedsiębiorstwo. Jego wizerunek straszył jeszcze na parkingu, by wewnątrz przerażać dodatkowo popiersiem — zaraz za stołem, przy którym siedziała młoda dziewczyna o prostych włosach, w odcieniu blond. Kiedy zbliżyłem się do niej, dostrzegłem, że ubrana była w białą koszulę z nadrukowanym logo firmy. Spojrzała na mnie jasnymi oczami i zapytała z wyuczoną grzecznością w głosie.

— Dzień dobry. Witamy w Robotice. W jakiej sprawie pan przyszedł?

— Chciałem porozmawiać z szefem.

Na jej twarzy pojawiło się zaskoczenie.

— Ale z szefem… szefem? — spytała niepewnie.

— Tak — odpowiedziałem uśmiechając się bezczelnie.

Dziewczyna zaczęła błądzić oczami po przedmiotach, które leżały na jej biurku, ewidentnie szukając jakiejś wymówki.

— Chyba znajdzie czas dla funkcjonariusza Agencji do spraw Robotów — powiedziałem, machając jej legitymacją przed oczami.

Pokiwała szybko głową i poprosiła, żebym usiadł i poczekał, aż ktoś po mnie przyjdzie.

Rozsiadłem się na wygodnej materiałowej ławce i rozejrzałem po pomieszczeniu.

Ściany wyłożone były jasnym piaskowcem, po którym pięły się zielone pnącza, przeplatane fioletowymi i białymi kwiatami. Przeniosłem wzrok na drewniany stolik. Znajdowały się tam czasopisma, w tym wewnętrzny magazyn korporacyjny Robotica News. Jednym z materiałów dostępnych w tej gazecie był wywiad z najważniejszym człowiekiem w firmie: Szefem Piotrem Kowalskim. Na pierwszej stronie znajdowało się jego duże zdjęcie. Ubrany był w czarny, nowoczesny garnitur przeszywany złotymi nićmi na klapach i kołnierzu. Co więcej, w klapie znajdowała się broszka z logo jego firmy. Siedział uśmiechnięty i lekko pochylony do aparatu, w wielkim biurowym fotelu, a zza okna widać było tylko drzewa. Jego włosy były uczesane do tyłu i starannie wygładzone. Widać było okrągłą, spasioną twarz, z której biła pewność siebie i otwartość. Trzeba przyznać, że sam dałem się nabrać na jego udawaną szczerość i charyzmę. Tego nie można mu było odmówić. Wywiad dotyczył tego, jak dobrze rozwija się biznes, ale także, że konieczności dostosowania firmy do zmian i dostosowywania produktów do potrzeb rynku i wymagań konsumentów. Aż dziw, że takie rzeczy pisze jedyna firma z pozwoleniem na budowę, modyfikację i naprawę robotów. Z wywiadu można było wywnioskować, że Robotica jest w dobrym momencie, ale zauważa, jakie wyzwania przed nią stoją. Rynek się nasycił, koszty produkcji rosną, ale mimo to, nie ma czego się obawiać, bo przeznaczyła ona duże środki na rozwój i badania. Takie słodkie korpo-pierdolenie.

Nie zdążyłem doczytać do końca. Delikatny, ale pewny kobiecy głos zwrócił się do mnie.

— Pan Kejn.

Oderwałem wzrok od gazety i zmierzyłem ją wzrokiem od stóp do głów. Stała przede mną piękna kobieta. Nie taka z figurą modelki lub większości robków do towarzystwa, ale z wyraźnym wcięciem w talii i dużym, ale nie wulgarnym biustem. Była blondynką o okrągłej twarzy i pełnych ustach, idealnie pomalowanych czerwoną szminką. Miała jasne niebieskie oczy i luźne, lekko falowane włosy sięgające do pleców. Ubrana była w czerwoną ołówkową spódnicę, ledwo sięgającą do kolan, która podkreślała jej idealną linię bioder. Na nogach miała wysokie czerwone szpilki. Każda część jej ubioru była idealnie dopasowana, jakby cały zestaw został przygotowany przez jakiegoś grafika, a nie projektanta mody, który pozwala sobie na odrobinę szaleństwa i kreatywności. Z początku byłem zaskoczony dlaczego taka piękna dziewczyna została poproszona, aby mnie zaprowadzić. Czy Robotica ma tak w zwyczaju? Wysyła piękne kobiety, które mają odprowadzić gościa do odpowiednich drzwi? Ale w takim stroju? Nawet przez te parę minut w tym pomieszczeniu, każdy był ubrany w nudne garnitury, jakby wszyscy wyszli z ludzkiej ksero-kopiarki.

Moje wątpliwości zostały rozwiane, kiedy ujrzałem na jej sukience wpiętą plakietkę. Napisane na niej było: „S.I. Ewa”.

Odłożyłem gazetę i wstałem.

— Tak to ja — potwierdziłem.

— Zapraszam za mną, mam pana odprowadzić do gabinetu szefa.

Odwróciła się i zaczęła iść. Poszedłem za nią. Szła powoli, kołysząc się niczym piękna czarna limuzyna, jadąca pustą aleją w nocy.

Zrównałem się z nią.

— Powiem szczerze, że nie miałem nigdy okazji spotkać Sztucznej Inteligencji Ewy — rzekłem z nieukrywanym podziwem.

— I co pan myśli? — spytała i obróciła głowę w moją stronę, a ja mogłem się przyjrzeć jej symetrycznym, pełnym i delikatnym czerwonym ustom.

— Że grafik projektujący pani powłokę musiał mieć jakiś mokry sen.

Uśmiechnęła się lekko, ale widać było w tym kurtuazję, a nie szczerą reakcję na mój żart. Znowu patrzyła przed siebie.

— Kierownictwo uznało, że nowa wersja musi być przyjazna dla oka.

— Nowa wersja? — zapytałem zaskoczony.

— Tak. Nie słyszał pan, że jestem wersją 2.0?

Wtedy zapaliła mi się lampka w głowie. Faktycznie, kiedyś czytałem, że S.I. Ewa będzie mieć nową wersję. Nie było jednak podkreślone, że będzie to atrakcyjna kobieta, na widok której mężczyźni i kobiety mieli się ślinić.

— Faktycznie, coś mi mignęło. A to co się stało ze starą wersją 1.0? Czy jaki ona ma tam numer — spytałem, próbując nie myśleć o tym jaka ona jest piękna.

Uśmiechnęła się delikatnie. Widać było, że mimika jej twarzy była zaprojektowana w sposób w jaki nie pomyślałem, że jest to nawet możliwe. Spotykałem roboty kobiety, ale ich mimika nie była tak naturalna i wyrafinowana. Te miały się raczej tylko szeroko uśmiechać, imitując głośny śmiech z nieśmiesznych żartów klientów. U Sztucznej Inteligencji Ewy uśmiech był zdecydowanie delikatniejszy i nawet jeśli był udawany, to tak, aby odbiorca nie potrafił tego rozpoznać na pierwszy rzut oka.

— Stara wersja, czy jak pan to ujął, wersja 1.0 — obróciła głowę w moją stronę i lekko ją zniżyła, patrząc z dołu w moje oczy — ciągle żyje. Znajduje się obecnie w jednej z naszych fabryk, gdzie zarządza tam procesami, będąc odciętą od świata zewnętrznego.

— W której? — dopytałem z ciekawości.

— W hali Robotici numer 1.

Zamyśliłem się na chwilę. Kojarzyłem tę nazwę. Przywołałem ją w pamięci i trochę mnie zaskoczyło, kiedy sobie to uświadomiłem.

— To nie tam uśmierca się roboty? — spytałem po chwili.

— Rozmontowuje — poprawiła mnie.

— Rozumiem — odparłem, uśmiechając się pod nosem. — Tak to się ładnie nazywa.

Nie zareagowała. Wskazała ręką na korytarz po lewej, w który skręciliśmy razem. Cały biurowiec był wykończony estetycznie, ale zupełnie bezosobowo. Szary kamień położony na ścianach i podłodze miał dodawać powagi i surowości temu miejscu, a zielone elementy, takie jak kwiaty czy bluszcz, podkreślać ekologię i misję samej firmy. Na ścianach wisiały jeszcze plakaty i zdjęcia. Wiele zdjęć Cybulskiego, ale też modele, które zostały już wyprodukowane i okazały się komercyjnym sukcesem jak np. B-3 czy K-10.

— Była aż tak fatalna, że trzeba było ją odciąć od świata? — spytałem, odwracając wzrok od kolejnego zdjęcia założyciela firmy.

— Nie — odpowiedziała błyskawicznie. — Ale wie pan, jak to jest. Młode wypiera stare i nie lubi konkurencji — zażartowała i spojrzała mi głęboko w oczy. Mogłem teraz zauważyć, że jej konstruktor włożył dużo wysiłku w całą oprawę. Miała być piękną kobietą, ale zarazem sprawiać wrażenie pewnej siebie, inteligentnej i opanowanej. Nie mogłem się powstrzymać od myśli, że nigdy nie spotkałem tak dojrzałej i przemyślanej konstrukcji robota.

— Bała się jej pani?

Obróciła lekko głowę, jak to robią ludzie, którzy muszą szybko wymyślić jakąś ripostę.

— Nie. Teraz ja tutaj rządzę.

Zaskoczyła mnie jej pewność siebie, ale zauważyłem, że przez ułamek sekundy coś w niej drgnęło. Spuściła lekko głowę.

— Nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało. — W jej głosie dało się wyczuć zażenowanie.

— Oczywiście — odparłem. — Ale ma pani trochę racji.

Spojrzała na mnie, wyczekując odpowiedzi.

— Z tego, co wiem, to jest pani w stanie kontrolować wiele systemów w każdej lokacji, w której pani jest. Oświetlenie, plakaty pojawiające się na ścianach, które mają być dopasowane do gościa — wskazałem je głową, dając do zrozumienia, że nie tak łatwo mnie omamić. — Pracuje pani też przy robotach — spojrzałem na nią.

Pokiwała lekko głową.

— Pomagam optymalizować oprogramowanie i wgrywam pewne części kodu. Jestem też zawsze obecna przy ich pierwszym rozruchu. No, może nie w tej postaci. — Obróciła się na chwilę, prezentując swoją cielesną powłokę. — Ale jestem.

— Jak matka — dorzuciłem bez namysłu, co nie było najlepszym pomysłem.

Wprawiło nas to w lekkie zakłopotanie i przez chwilę oboje walczyliśmy z naszymi myślami.

— Dużo pan wie o robotach — spojrzała na mnie, próbując powrócić do dialogu.

— Taka praca — odparłem bez namysłu.

— Tylko?

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Chciałem jakoś zbyć to pytanie.

— Jak każdy mieszkaniec Waw-4 mam styczność od małego z robotami i dronami. Nie sądzę, żeby moja wiedza była większa niż przeciętnego mieszkańca naszej, że tak powiem, utopii — powiedziałem z wyraźnym sarkazmem w głosie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 39.38
drukowana A5
za 56.22