1. Siedemnaście minut
NINA
Nina minęła bramę za pierwszym razem. Nawigacja kazała skręcić między magazyn z blachy a ciemny budynek hurtowni, ale zobaczyła tylko kałużę rozciągniętą przez całą szerokość wjazdu. Dopiero kiedy zawróciła, reflektory oświetliły tablicę z numerem telefonu i napisem POMOC DROGOWA. Pod spodem, drobniejszymi literami, ktoś dopisał: WJAZD CAŁĄ DOBĘ.
Było za kwadrans pierwsza. Przyjechała wcześniej, żeby przed spotkaniem obejrzeć bazę bez właściciela zaglądającego jej przez ramię. Podczas rozmowy telefonicznej Konrad zapewniał, że pokaże jej wszystko. Słyszała takie zapewnienia przy każdym nowym zleceniu; zwykle towarzyszyła im starannie wybrana trasa zwiedzania.
Zaparkowała pod ogrodzeniem i wyłączyła silnik. Deszcz bębnił o dach. Przez chwilę patrzyła na dwie lawety stojące przed warsztatem, na światło nad otwartą bramą hali i na rząd opon przykrytych płachtą. Trzeci samochód, według grafiku, powinien właśnie wracać. Przez następne sześć tygodni miała sprawdzić, dlaczego ta niewielka firma coraz gorzej wywiązuje się ze zleceń operatora assistance. Od jej raportu zależało przedłużenie kontraktu.
W dokumentach znalazła sporo opóźnień i potrąceń. W korespondencji — równie dużo wyjaśnień, że rozliczenia nie odzwierciedlają rzeczywistej pracy. Teraz zamierzała zobaczyć, jak ta praca wygląda.
Wysiadła prosto w wodę. Zimno wlało jej się do botka, zanim zdążyła cofnąć stopę.
— Świetnie — mruknęła, podciągając torbę pod pachę.
Drzwi niskiej przybudówki otworzyły się, gdy omijała kałużę przy warsztacie. Kobieta w okularach wychyliła się spod daszku.
— Pani Nina? Proszę tędy, przy ścianie jest sucho. Daria, rozmawiałyśmy wczoraj.
Przytrzymała drzwi i cofnęła się, robiąc jej miejsce. W środku było duszno od grzejnika ustawionego tuż przy wejściu. Pachniało kawą, mokrymi kurtkami i odgrzewanym obiadem. Dwa biurka stały pod kątem, tak blisko siebie, że odsunięcie jednego krzesła blokowało drugie. Przy ścianie wciśnięto stół, nad nim szafkę z kubkami. Na mikrofalówce wisiała kartka: RYBĘ JEMY W DOMU. Niżej ktoś dopisał ołówkiem: W SWOIM.
— Konrad zaraz będzie. Kawy? — Daria zdjęła z krzesła polar i przerzuciła go przez oparcie.
— Na razie dziękuję. Mogę tu usiąść?
— Oczywiście. Tylko ten segregator…
Zabrała go z biurka, przycisnęła do piersi i rozejrzała się za wolnym miejscem. W końcu położyła na parapecie. Nina usiadła, osuszając podeszwę o wycieraczkę. Daria była młodszą siostrą Konrada, współwłaścicielką firmy i dyspozytorką. W krótkich mailach sprawiała wrażenie osoby, która zawsze wiedziała, gdzie czego szukać. Tutaj co chwilę musiała coś przesuwać, żeby dostać się do myszy.
Na jednym z monitorów otwarta była mapa. Nina spojrzała na nią, kiedy Daria wyciszała powiadomienie w telefonie. Dwa znaczniki pokrywały się z adresem bazy, trzeci znajdował się kawałek dalej, przy drodze prowadzącej do miasta. Obok niego widniał zielony napis DOSTĘPNY.
— Konrad wraca tą trójką? — zapytała, wskazując ekran.
Daria zerknęła przez ramię.
— Tak, już kończy. Powinien zdążyć.
Nina chciała zapytać o znaczenie statusu, ale telefon na biurku zadzwonił. Daria przysunęła go do siebie, wcisnęła przycisk i pochyliła się nad notatnikiem.
— No, jesteś?… Dobrze, to niech wejdzie do nas. Zadzwonię do syna. Tylko weź z kabiny te dokumenty, ostatnio szukaliśmy ich pół dnia.
Po rozłączeniu wybrała następny numer. Nina wyjęła notes. Słyszała, jak Daria tłumaczy komuś, że matka jest w drodze do bazy razem z uszkodzonym autem i że może tutaj zaczekać. Nie musiała się domyślać, czy laweta jedzie pusta.
Kiedy dyspozytorka skończyła rozmowę, Nina znów wskazała zielony napis.
— Ten status oznacza, że można mu przydzielić następny wyjazd?
— Tak. Niedługo będzie tutaj.
— Ale jeszcze wiezie samochód?
Daria położyła telefon ekranem do blatu.
— Musi go tylko rozładować. Zwykle trwa to chwilę.
Nina przesunęła notes bliżej siebie. Nie zapisała niczego od razu. Daria spojrzała na otwartą stronę, potem na zegar nad drzwiami.
— To nasz trzeci powrót tej nocy — dodała. — Trudno przewidzieć wszystko co do minuty.
— Rozumiem. Chcę się tylko zorientować, od kiedy centrala traktuje samochód jako wolny.
Daria podciągnęła rękaw bluzy i kliknęła w znacznik. Rozwinęło się okno z godziną ostatniej zmiany. Nina przepisała ją do notesu.
O pierwszej telefon zadzwonił ponownie. Daria odebrała, a po kilku słowach wyprostowała się na krześle.
— Nie, na dwadzieścia minut nie zdążymy. Konrad jeszcze nie wrócił… To przekażcie mu czterdzieści. Tak, widzę zlecenie. Ale macie mu zmienić czas, bo potem znowu dostaniemy reklamację.
Słuchała przez chwilę, wodząc końcem długopisu po brzegu biurka.
— Nie będę się teraz z tobą kłócić. Zadzwoń do klienta, dobrze?
Odłożyła telefon i westchnęła. Nina poczekała, aż wpisze coś do formularza.
— To zlecenie przyszło dlatego, że Konrad był już oznaczony jako dostępny?
— Najwyraźniej tak.
— A kto wcześniej zmienił status?
Daria przez moment przyglądała się ekranowi.
— Ja. Na jego telefon. Powiedział, że kończy i będzie za kilkanaście minut.
Nie brzmiała już tak swobodnie jak przy powitaniu. Nina zamknęła długopis, żeby przestał klikać jej między palcami.
— Będę potrzebowała zapisu takich zmian z ostatnich trzech miesięcy. Da się go pobrać z programu?
— Pewnie trzeba poprosić administratora. Mamy zestawienia, ale nie wiem, czy będzie w nich dokładnie to, czego pani szuka.
— Jutro sprawdzimy. Zależy mi na godzinach i na tym, czy status zmienia program, czy ktoś z biura.
Daria odsunęła krzesło. Przez chwilę Nina myślała, że usłyszy kolejne wyjaśnienie. Kobieta podeszła jednak do czajnika i nalała wody.
— Ten system potrafi pokazać, że auto jest wolne, choć kierowca nadal pracuje — powiedziała, patrząc na wskaźnik. — Pisaliśmy o tym. Konrad pewnie pani pokaże maile.
— Chętnie je zobaczę.
Na szybie przesunęło się światło. Daria natychmiast spojrzała w stronę placu.
Laweta wjechała przez bramę z małym srebrnym samochodem na platformie. Kierowca zaparkował przy warsztacie, wysiadł i obszedł kabinę. Starsza kobieta ostrożnie wychyliła nogi ze stopnia. Konrad przytrzymał jej drzwi, drugą rękę podając dopiero wtedy, gdy sama jej poszukała.
Nina wstała, żeby lepiej widzieć przez zaparowaną szybę. Daria już wychodziła na zewnątrz.
— Zapraszam do środka. Syn wie, gdzie pani czeka. Zaraz zrobię herbatę.
Kobieta minęła Ninę, ściskając torebkę pod pachą. Na rękawie płaszcza miała smugę błota. W drzwiach obejrzała się jeszcze na Konrada, który pokazał jej uniesiony kciuk, a potem wrócił do lawety po dokumenty.
Nina zerknęła na zegarek. 1:17.
Wyszedł z kabiny i dopiero wtedy zauważył, że na niego czeka. Miał krótkie, mokre włosy i rozpiętą pod szyją odblaskową kurtkę. Zatrzymał się przed daszkiem, strzepując wodę z dłoni.
— Nina? Przepraszam, miałem być przed panią.
Wyciągnął rękę. Uścisnęła ją, czując na palcach chłód jego skóry.
— Mieliśmy zacząć o pierwszej. Daria mówiła, że pan wraca, więc poczekałam.
— Trochę mi zeszło z tą panią. Syn zamówił odbiór auta, ale nie ustalili między sobą, jak wróci matka. Na miejscu okazało się, że nie ma po nią kto przyjechać.
Otarł czoło mankietem i spojrzał za jej ramię, do biura. Kobieta siedziała już przy stole.
— Przywiozłem ją tutaj. Nie zostawię jej przy drodze, zwłaszcza w taką pogodę.
— Dobrze, że ma gdzie zaczekać. Ale dostał pan następne zlecenie, zanim skończył poprzednie.
Konrad zerknął na siostrę. Daria podawała herbatę i nie podniosła wzroku.
— Wiem. Już do niego jadę.
— Chciałabym potem zrozumieć, dlaczego zgłasza pan gotowość, kiedy na platformie wciąż jest auto.
Zapiął kurtkę. Przez chwilę Nina słyszała tylko deszcz spływający z daszku na beton.
— Bo zwykle zdążam — odpowiedział. — Dzisiaj nie zdążyłem. Porozmawiamy, ale teraz muszę to zrzucić. Może pani pojechać ze mną, jeśli nadal chce pani obejrzeć nocną zmianę.
— Po to przyjechałam.
Wskazał szafkę przy wejściu.
— Daria da pani kamizelkę. Przy załadunku proszę zostać przy kabinie. Pokażę pani, gdzie można stanąć.
Odszedł w stronę lawety. Nina obserwowała, jak rozpina mocowania. Wykonywał te ruchy szybko, bez szukania pasów i narzędzi; raz tylko wyprostował plecy i na moment zatrzymał dłoń na karku.
Daria podała jej kamizelkę i odsunęła krzesło, żeby mogła przejść.
— Pierwsza noc jest najgorsza — rzuciła.
— Dla mnie czy dla was?
Dyspozytorka uśmiechnęła się niechętnie.
— Jeszcze nie wiem.
Przy stole starsza kobieta podniosła głowę.
— Proszę mu przeze mnie nie robić kłopotów. Widziałam, że patrzyła pani na zegarek.
Nina przystanęła. Konrad na zewnątrz sprowadzał samochód z platformy, powoli, z głową zwróconą w stronę lustra.
— Nie chodzi o panią — odparła. — Proszę spokojnie wypić herbatę.
Nie miała ochoty tłumaczyć obcej, zdenerwowanej kobiecie, za co odpowiada. Poprawiła kamizelkę i wyszła.
W kabinie było cieplej, niż się spodziewała. Pachniało mokrą tapicerką i kawą. Pod fotelem pasażera leżał zwinięty pas, w uchwycie tkwił kubek ze startym nadrukiem. Konrad zabrał z siedzenia rękawice i wskazał butelkę wody przy drzwiach.
— Ta jest zamknięta. Może się pani przydać, na stację nie zawsze jest czas.
— Dziękuję. Gdzie jedziemy?
Podał adres, jednocześnie sprawdzając lusterko. Za bramą skręcił na mokrą drogę. Wycieraczki chodziły na najwyższym biegu, a Nina trzymała torbę między nogami, żeby nie przesuwała się przy zakrętach.
Przez pierwsze kilka minut rozmawiali tylko o trasie. Dopiero na czerwonym świetle Konrad oparł dłonie niżej na kierownicy.
— Daria mówiła pani o naszych zgłoszeniach do centrali?
— Wspomniała. Przeczytam je jutro.
— To proszę przeczytać, zanim zacznie pani liczyć same spóźnienia. Z tego biurka w centrali wszystko wygląda prościej.
Nina odwróciła głowę w jego stronę.
— Gdybym miała policzyć tylko to, co już jest w tabelach, nie musiałabym tu przyjeżdżać. Ale potrzebuję też waszych wyjaśnień. Nie odgadnę ich z tych maili.
Światło zmieniło się na zielone. Konrad ruszył, przez chwilę jeszcze milcząc.
— Dobrze. Tylko proszę pytać po kolei. Pod koniec nocy gorzej mi idzie myślenie.
Nina wsunęła notes do torby. Po drugiej stronie szyby przesuwały się zamknięte sklepy i puste przystanki. Teraz, gdy nie stał naprzeciw niej na placu, widziała wyraźnie jego zmęczenie: zaczerwienione oczy, nieruchomą szczękę i sposób, w jaki przy każdym postoju prostował palce.
Na stację dotarli o 1:49, dwadzieścia dziewięć minut po terminie przekazanym klientowi. Mężczyzna czekał pod wiatą z telefonem w ręku. Konrad zaparkował obok niego i sięgnął po kurtkę.
— Przepraszam, że musiał pan tyle czekać — powiedział, wysiadając.
Nina została przez moment w kabinie. Za szybą klient energicznie pokazywał ekran telefonu, Konrad słuchał. Potem obaj podeszli do samochodu.
Wyjęła notes, zapisała godzinę przyjazdu i wysiadła w deszcz.
2. Saldo
KONRAD
Kiedy wrócili do bazy, niebo nad hurtownią zaczynało szarzeć. Konrad zaparkował tyłem do warsztatu i przez chwilę siedział bez ruchu, z dłonią na kluczyku. Nina odpinała pas. Jej włosy wyschły i sterczały przy skroniach, a na kolanie miała okruszki po bułce kupionej w całodobowej piekarni.
Przez noc zaliczyli trzy wyjazdy. Nie narzekała ani na zimno, ani na czekanie. Przy ostatnim zleceniu przyniosła mu rękawice, które zostawił na siedzeniu, potem stanęła dokładnie tam, gdzie prosił. Miał nadzieję, że będzie mógł zbyć ją ogólnikami. Po sześciu godzinach wiedział już, że to nie przejdzie.
— Torba — przypomniał, kiedy otworzyła drzwi.
— Pamiętam. Sprawdzam tylko, czy nie ma tu następnej kałuży.
Uśmiechnął się pod nosem. Po chwili sam wysiadł i od razu poczuł ból między łopatkami.
W biurze czekał Krzysztof. Zajął stół pod szafką z kubkami; rozłożył na nim kalkulator, plik faktur i otwartą kopertę. Był ich wspólnikiem, ale najchętniej spędzał czas w warsztacie, z dala od rozliczeń. Jeżeli siedział tutaj o tej porze, musiało chodzić o coś pilnego.
— Przypomnienie z leasingu — powiedział, unosząc kopertę. — Musimy dzisiaj porozmawiać.
Konrad poczuł irytację. Nina zdejmowała właśnie kamizelkę, nie musiał więc pytać, czy usłyszała.
— Widziałem maila. Zajmę się tym, jak wstanę.
— Dlatego przyjechałem przed siódmą, żeby cię złapać, zanim znowu pojedziesz w trasę.
Krzysztof przesunął kopertę na jego stronę stołu. Daria wyjęła z mikrofalówki zimny talerz i zrobiła Ninie miejsce.
— Siadaj, zaraz wyłączę ten grzejnik. Tu się nie da oddychać.
Przeszły na „ty” w nocy, kiedy Konrad odpinał pasy przy ostatnim samochodzie. Z nim Nina nadal rozmawiała oficjalnie. Nie wiedział, dlaczego to zauważył.
Usiadł naprzeciwko niej i przeczytał wezwanie. Zaległość nie była jeszcze duża, ale do końca tygodnia miały zejść wypłaty i faktura za paliwo. Trzecią lawetę wzięli półtora roku temu, pod większy rejon obiecany przez operatora. Sam wtedy szukał samochodu, objechał z Krzysztofem pół Polski i wrócił przekonany, że wreszcie robią krok do przodu. Teraz pamiętał głównie wysokość raty.
— Nie musimy omawiać tego przy pani — powiedział, odkładając pismo. — Chyba że leasing też wchodzi do przeglądu.
Nina rozgrzewała dłonie o kubek.
— Potrzebuję informacji o kosztach i płatnościach, bo bez nich trudno ocenić, jak pracuje firma. Ale nie muszę być przy każdej waszej rozmowie. Możemy się umówić na dokumenty, które mi udostępnicie.
Krzysztof spojrzał na nią z większą uwagą.
— Operator będzie znał wszystkie nasze koszty?
— W raporcie znajdzie to, co jest potrzebne do oceny współpracy. Zakres udostępnienia danych mamy zapisany w umowie. Mogę go jeszcze raz przesłać, żebyśmy nie mieli wątpliwości.
Konrad oparł się na krześle. Cieszył się, że nie zaczęła z miejsca zaglądać mu do koperty. Jednocześnie nie potrafił przestać myśleć o tym, że pod koniec tych sześciu tygodni mogła po prostu zalecić centrali, żeby znalazła inną firmę.
— A jeżeli stwierdzi pani, że już się nie nadajemy? — zapytał. — Co wtedy?
— Napiszę, co nie działa i czy da się to zmienić. Decyzję podejmie operator.
— Łatwo tak powiedzieć.
— Nie twierdzę, że to będzie dla was łatwe.
Powiedziała to bez urazy. Konrad spuścił wzrok na stół. Pomiędzy kubkami leżał rachunek za śniadanie; Nina zdążyła zapłacić za swoją bułkę, zanim zaproponował, że firma stawia.
Daria otworzyła laptop.
— Pokażę ci potrącenia. Tylko od sierpnia dostaliśmy…
— Daria, może po śnie — przerwała jej Nina. — Teraz bardziej przyda mi się krótki opis tego, co robicie ze statusami. W nocy nie było na to czasu.
Konrad spojrzał na siostrę. Wpatrywała się w ekran.
— Zmieniamy, kiedy kierowca zadzwoni — zaczął. — Powinien zgłosić gotowość po rozładunku. Czasem zgłasza wcześniej, żeby centrala wiedziała, że za chwilę można mu dać robotę.
— Tylko że centrala nie widzi „za chwilę”, a „teraz”.
— Wiem. Dlatego prosiliśmy o dodatkowy status. Takie przygotowanie do wyjazdu. Nie zrobili go.
Nina zaznaczyła coś w notesie.
— A dlaczego nie czekacie do końca rozładunku?
Krzysztof odsunął kalkulator.
— Bo za brak dostępności też tracimy pieniądze.
— To chcę zobaczyć w rozliczeniach. Osobno te sytuacje, kiedy program zmienił status sam, osobno wasze zmiany. Inaczej wszystko nam się wymiesza.
Konrad przez chwilę patrzył na jej rękę. Pisała szybko i drobno, a kiedy się zastanawiała, zatrzymywała długopis tuż nad kartką.
— Wyślę pani to, co mamy. Daria dołączy korespondencję z centralą.
— I grafiki — dodała. — Z rzeczywistymi zmianami, nie tylko tymi zaplanowanymi.
To zdanie zostało z nim, chociaż Nina już pytała o terminy rozmów z pracownikami. Zajrzał w stronę szafki nad biurkiem. Drzwiczki były niedomknięte. Wciśnięto tam segregatory, zapas papieru i stary niebieski zeszyt.
Daria dotknęła jego rękawa.
— Pyta, kiedy masz następną zmianę.
Konrad wrócił wzrokiem do stołu.
— Wieczorem. Do tej pory odeśpię.
— A od której pan dzisiaj pracował?
— Wczoraj po południu wyjechałem awaryjnie. Potem już zostałem.
Krzysztof nie skomentował, ale pokręcił głową. Robił to od tygodni. Konrad napił się zimnej kawy i poczuł, że nie ma ochoty na następną rozmowę o zmęczeniu, zwłaszcza przy Ninie.
Na szczęście zaczęła zbierać rzeczy.
— Odezwę się po południu. Dokumenty mogą poczekać do jutra, niczego nie przygotowujcie teraz zamiast snu.
Odprowadził ją do drzwi. Wiatr zelżał; przy ogrodzeniu kilku robotników przechodziło w stronę hurtowni. Nad dachami wisiało jasne, brudne niebo.
— Daleko pani jedzie? — zapytał. — Jest pani senna?
— Trochę, ale nie zasypiam. Zatrzymam się, gdyby było gorzej. A pan?
Wskazał zadaszone schody przy bocznej ścianie warsztatu.
— Mieszkam na górze. Trzydzieści osiem stopni i łóżko.
— Liczył pan?
— Po takiej nocy czuję każdy.
Tym razem się uśmiechnęła. Poprawiła torbę na ramieniu i ruszyła do samochodu, ale po kilku krokach obejrzała się jeszcze.
— Ta pani z pierwszego auta bardzo się bała, że przez nią będzie pan miał kłopoty. Dobrze, że ją pan tutaj przywiózł.
Nie zdążył odpowiedzieć. Nina już omijała wodę przy bramie, ostrożnie wybierając suchsze miejsca.
Kiedy wszedł z powrotem do biura, Krzysztof rozmawiał przez telefon. Daria czekała przy schodach z kluczami w dłoni.
— W środę mam rozmowę o pracę — powiedziała. — Chciałam ci powiedzieć wcześniej, ale znowu wyjechałeś.
Konrad zatrzymał się na dolnym stopniu.
— Jaką pracę?
— W logistyce. Firma w Gdańsku. Na razie przez internet, więc potrzebuję wolnego popołudnia.
Przez otwarte drzwi słyszał głos Krzysztofa i szuranie krzesła. Popatrzył na siostrę, na jej zbyt dużą bluzę i podkrążone oczy. Powinien był spytać, co to za stanowisko. Zamiast tego usłyszał własny głos:
— Daria, właśnie teraz?
Zacisnęła klucze w dłoni.
— Szukam od kilku miesięcy. Zawsze jest coś, przez co nie wypada o tym mówić.
— Mogłaś mnie uprzedzić. Musimy ustalić, kto przejmie dyspozycję.
— Jeszcze mnie nie zatrudnili. Na razie idę na rozmowę.
— Ale jeżeli cię zatrudnią…
— To będę chciała pojechać — skończyła za niego. — I wtedy usiądziemy z Krzysztofem, i to ustalimy. Nie dzisiaj na schodach.
Minęła go, nie podnosząc głosu. Zatrzymał ją dopiero przy drzwiach.
— Środę wezmę. Tylko napisz mi godziny.
Skinęła głową. Gdy wyszła, stał jeszcze przez chwilę na dole, trzymając poręcz.
Na górze zdjął buty i odkręcił wodę pod prysznicem. Zanim się rozebrał, otworzył bank w telefonie. Miał do zrobienia jeszcze jeden przelew, z prywatnego konta. Nazwisko odbiorcy było zapisane w odbiorcach zaufanych.
Wojciech.
Sprawdził kwotę, zatwierdził płatność i odłożył telefon na pralkę. W łazience robiło się już parno. Chciał wreszcie położyć się spać, ale przez długi czas słyszał w głowie Darię mówiącą, że szuka od kilku miesięcy.
3. Za dnia
NINA
W pokoju Jagody zasłony nie dochodziły do siebie. Przez szczelinę wpadał wąski pasek światła, który po południu przesuwał się po poduszce prosto na twarz Niny. Od tygodni zamierzała kupić klamrę albo chociaż spiąć je agrafką. Zwykle przypominała sobie o tym właśnie wtedy, gdy miała ochotę pospać jeszcze godzinę.
Telefon dzwonił na podłodze, obok łóżka. Sięgnęła po niego na oślep.
— Obudziłam cię? — zapytała Ewa.
— Już nie śpię.
Usiadła, odgarniając włosy. Było po trzynastej. Za ścianą Jagoda przesuwała garnki, coś spadło i zadźwięczało o kafelki.
— Chciałam zapytać, jak pierwsza noc. Dzwonił operator, interesuje go, kiedy będą jakieś wstępne wnioski.
Nina oparła plecy o chłodną ścianę.
— Na wnioski za wcześnie. Widziałam jedną zmianę. Na pewno zgłaszają gotowość aut przed rozładunkiem, sami to robią. Ale twierdzą też, że część błędnych statusów nadaje program. Potrzebuję zapisów, żeby to rozdzielić.
— Dostaniesz je?
— Obiecali. Mają jeszcze problemy z płatnościami, a Konrad bierze za dużo zmian. Chcę porozmawiać z pozostałymi kierowcami.
Ewa przez chwilę coś pisała. Nina słyszała stukanie klawiatury, znajome z ich poprzednich projektów.
— Przekażę, żeby dali ci pracować. Nie wyjeżdżaj tylko z nimi na każdą noc. Musisz mieć kiedy przejrzeć dane.
— Wiem, dzisiaj podjadę na krótko do biura.
— I Nina… Po tym projekcie chciałabym wrócić do naszej rozmowy o styczniu. Nadal jesteś zainteresowana stałą współpracą?
Na krześle wisiały ubrania przygotowane przed nocnym wyjazdem. Obok stała walizka, od niedawna pusta. Nina popatrzyła na nią i potarła odciśnięty na policzku szew poduszki.
Jeszcze miesiąc temu od razu poprosiłaby o warunki. Kilka lat pracy na kontraktach zmęczyło ją bardziej, niż lubiła przyznawać. Ciągłe ustalanie terminów, przerwy pomiędzy fakturami, telefon włączony wieczorami, bo ważny klient akurat wtedy miał czas. Stała kwota na koncie była bardzo kusząca.
— Jestem. Ale najpierw skończmy to zlecenie, dobrze?
— W porządku. Odezwij się, gdyby czegoś brakowało.
Po rozmowie Nina posiedziała jeszcze na łóżku. Z kuchni dobiegło pukanie łyżką o brzeg garnka.
— Herbatę robisz czy remont? — zawołała.
Jagoda zajrzała przez uchylone drzwi.
— Odgrzewam zupę. Miałaś spać do czternastej, co się stało?
— Ewa zadzwoniła.
— To niech ci załatwi wolne po nocce. Ja swoją przespałam i nadal nienawidzę ludzi.
Miała spodnie od piżamy w śliwki i krzywo spięte włosy. Pracowała w szpitalu dziecięcym; wracała czasem z dyżuru tak milcząca, że Nina przestała pytać od progu, jak minęła noc. Dzisiaj Jagoda przyniosła jej herbatę i bez zaproszenia usiadła na końcu materaca.
— Wstawaj, zanim zasnę z talerzem. I opowiesz mi, jak było.
Nina odsunęła kołdrę. Pod stopami zaszeleścił paragon z piekarni.
— Przelew za pokój zrobiłam wczoraj — przypomniała, schylając się po papier.
Jagoda popatrzyła na nią znad kubka.
— Widziałam. Naprawdę nie musisz mi co miesiąc meldować. Nie spóźniasz się.
— Wolę, żebyś wiedziała.
— Wiem. A zupa stygnie.
Poszła do kuchni. Nina została jeszcze chwilę, patrząc na mały pokój. Na półce stały dwie książki i krem do rąk, pod biurkiem pudło z dokumentami. Jagoda wynajmowała jej go od końca sierpnia. Przez pierwsze dni Nina żyła z walizki, przekonana, że to tylko na chwilę, chociaż nie umiała powiedzieć, co miałoby się później zmienić. Pewnego popołudnia wróciła i znalazła pusty wieszak w szafie. Jagoda przesunęła swoje kurtki do przedpokoju, nie komentując tego ani słowem.
Przy jedzeniu zapytała o Pawła.
— Był telefon od rzeczoznawcy?
— Ma przyjść w czwartek. Pojadę tam.
Nina zamieszała zupę. W starym mieszkaniu została większość jej książek i bluzka, której nie mogła znaleźć od rozwieszania prania ostatniego wspólnego weekendu. Wszystko tam pamiętała. Nie tęskniła jednak za powrotami po pracy, kiedy każde siadało ze swoim ekranem i oboje pytali z przyzwyczajenia, jak minął dzień.
— Potrzebujesz, żebym z tobą pojechała? — Jagoda odstawiła talerz.
— Nie. Musimy to załatwić sami. Zresztą chyba łatwiej mi będzie, kiedy Paweł też tam będzie.
— No dobrze. Daj znać, jak wrócisz.
Po śniadaniu Nina usiadła przy kuchennym stole z laptopem. W pokoju biurko było za małe, żeby rozłożyć notes obok komputera. Przesunęła cukiernicę, podłączyła ładowarkę i zaczęła spisywać nocne obserwacje. Przy opisie statusów zatrzymała się na nazwie jednego z pól.
Znała ją.
Przejrzała przesłaną wcześniej specyfikację systemu, potem otworzyła archiwum projektów. Półtora roku temu pracowała przy modelu dostępności dla tego samego operatora. Projekt miał inną nazwę, dotyczył pilotażu, a po oddaniu opracowania Nina przeszła do następnego klienta. Nie zajmowała się wdrożeniem.
Odnalazła folder i zaczęła porównywać schematy. Miejsce postoju, średni czas obsługi, przewidywana gotowość — kolejne pola układały się w znajomą całość. W załączniku dotyczącym pustych powrotów znalazła własną uwagę: za mało danych, by wiarygodnie przewidzieć, kiedy kierowca może dostać następne zadanie. Pamiętała, że mówili o kontroli po wdrożeniu.
Nie pamiętała, kto miał ją przeprowadzić.
Nina przestała słyszeć Jagodę w drugim pokoju. Otwierała następne wersje pliku, sprawdzała daty, przeszukiwała korespondencję. Jej zastrzeżenie zostało w załączniku, ale w końcowym podsumowaniu zajmowało jedno zdanie. Pod dokumentem widniało również jej nazwisko.
Zadzwoniła do Ewy.
— Potrzebuję materiałów z pilotażu dostępności, tego sprzed półtora roku. Wszystkich wersji po odbiorze.
— Co znalazłaś?
— Ten sam układ statusów. Możliwe, że system u Konrada jest rozwinięciem naszego modelu. Chcę sprawdzić, co z niego wykorzystali.
Ewa zamilkła.
— Wyślę, co mamy w archiwum. Nie wyciągaj jeszcze wniosków, bo operator mógł to przebudować.
— Właśnie dlatego dzwonię.
Po rozłączeniu Nina wpatrywała się w ekran tak długo, aż przygasł. Kiedy odezwał się telefon, była pewna, że to Ewa. Na wyświetlaczu pojawił się jednak ojciec.
— Jadłaś coś? — usłyszała.
— Zupę. Tato, jestem trochę zajęta.
— To tylko zapytam: mama Jagody mówiła, że po nocach jeździsz lawetami. Co to za pomysł?
Nina przetarła oczy. Matki zawsze zdążały przekazać sobie informacje szybciej, niż ona znalazła dogodną chwilę na telefon.
— Sprawdzam firmę pomocy drogowej. Muszę zobaczyć, jak pracują. Nic mi nie jest.
— Ale jeździsz z obcymi ludźmi. Wiesz w ogóle, kto tam pracuje?
— Sprawdzę to w ramach zlecenia — odparła, odrobinę ostrzej, niż zamierzała. — Nie mogę za każdym razem tłumaczyć ci przez telefon, że umiem wykonywać własną pracę.
Ojciec odchrząknął. Po drugiej stronie zadzwoniły naczynia. Pewnie właśnie kończył obiad, jak co dzień o tej samej porze.
— Przecież tylko pytam. Przyjedziesz w niedzielę?
Nina spojrzała na swoją zimną herbatę. Powinna była odebrać później, gdy nie siedziała nad tym nieszczęsnym załącznikiem.
— Przyjadę. Zadzwonię wcześniej i powiem, o której.
— Z Pawłem?
Zacisnęła palce na uchwycie kubka. Mówiła mu przecież. Wiedział, że od sierpnia mieszka u Jagody. A jednak najwyraźniej nadal zostawiał w niedzielnym planie miejsce dla człowieka, którego polubił i którego nie chciał stracić przy stole.
— Sama, tato.
— A, dobrze. To kupię mniej ziemniaków.
Nie miała siły niczego dodawać. Pożegnali się, a ona odłożyła telefon i zasłoniła dłonią twarz. Łzy przyszły tak nagle, że pierwsza spadła prosto na otwarty notes.
Wytarła ją rękawem. Była zła na siebie, na ojca, na tę zwyczajną miskę ziemniaków, w której brak jednej porcji oznaczał koniec sześciu wspólnych lat.
Kiedy się uspokoiła, wróciła do dokumentu. Jej podpis nadal tkwił na dole strony. Przypomniała sobie, z jaką pewnością pytała w nocy o status lawety.
Zapisała numer wersji. Potem cofnęła się do pierwszego załącznika i zaczęła czytać od początku.
4. Stan zastany
KONRAD
W czwartek od rana w warsztacie pachniało rozgrzaną gumą. Ołeksij wymieniał uszczelkę przy jednej z bram, Krzysztof co chwilę wołał, żeby ktoś przytrzymał skrzydło, a Konrad próbował skończyć naprawę zamka w dostawczaku, nie wchodząc nikomu pod nogi.
Usłyszał kroki przy wejściu i odruchowo podniósł głowę. Nina stała za żółtą linią na posadzce. Miała ciężkie buty na grubej podeszwie, dżinsy i krótszą kurtkę niż pierwszej nocy. Pod pachą niosła karton.
— Tym razem nie zamierzam wracać z wodą w butach — powiedziała, zauważając, na co patrzy.
— Dobra decyzja. U nas zwykle jest albo mokro, albo brudno.
Odłożył narzędzie i wytarł ręce. Nina podała mu karton, żeby zapiąć torbę.
— Toner. Daria pisała, że drukarka nie działa. Byłam obok sklepu, to odebrałam zamówienie.
— Szkoda, przez chwilę myślałem, że ciasto.
— Toner przyda się bardziej.
Daria wychyliła się z biura.
— Nie słuchaj go. Od rana wszystkich pyta, czy przynieśli coś do jedzenia. Chodź, pokażę ci tę naszą drukarkę, zanim Krzysztof wystawi ją za bramę.
Nina odebrała pudełko i poszła za nią. Konrad wrócił do zamka. Z tej strony hali widział przez otwarte drzwi, jak obie pochylają się nad urządzeniem, jak Daria odsuwa tacę i wyciąga spod niej zgniecioną kartkę. Nina coś powiedziała, a siostra się roześmiała.
Przez pierwszą noc Konrad miał ją za sztywną i nieprzystępną. Najwyraźniej potrafiła być swobodna, gdy nie rozmawiała z nim.
Basia wróciła z trasy koło dziesiątej. Zatrzasnęła drzwi samochodu, zabrała termos i weszła do warsztatu, otrzepując buty przy progu. Miała pięćdziesiąt dwa lata, krótko ścięte włosy i talent do natychmiastowego rozpoznawania pracy, którą ktoś zamierzał przerzucić na nią pod koniec zmiany.
Nina wyszła z notesem.
— Ma pani teraz pół godziny? Chciałabym zapytać o wyjazdy.
— W godzinach pracy bardzo chętnie. I mów mi Basia, bo od „pani” zaraz poczuję się jeszcze starsza.
Poszły do małego pomieszczenia za biurem, gdzie przechowywali dokumenty. Kiedyś miała tam powstać osobna dyspozytornia, ale skończyło się na stole i regałach. Konrad słyszał urywki rozmowy przez uchylone drzwi: nocne zmiany, dodatkowe kursy, odpoczynek.
— Ja odmawiam — mówiła Basia. — Mam wizytę u córki, to jadę do córki. Olek chce dorobić, przy małym dziecku każda złotówka się liczy. A Konrad bierze wszystko, co zostanie. Potem chodzi taki, jak go pani widziała… jak go widziałaś pierwszego dnia.
Konrad wsunął szufladę z kluczami odrobinę za mocno. Ołeksij spojrzał na niego spod uniesionej bramy.
— Domknij drzwi, jak nie chcesz słuchać.
— Pracuję.
— Właśnie widzę. Ten zamek zaraz będzie zrobiony na śmierć.
Konrad odsunął się od samochodu. Dopiero wtedy zauważył, że od kilku minut obraca tę samą śrubę w palcach.
W południe Daria przywiozła garnek zupy od matki. Jedli przy stole w biurze, zmieniając się co kilkanaście minut. Konrad usiadł, gdy Basia już wstawała, a Nina przysuwała jej miskę bliżej Krzysztofa, żeby zwolnić miejsce.
Rozmowa zeszła na klientów. Krzysztof opowiadał o mężczyźnie, który zamówił lawetę na wielopoziomowy parking, ale nie potrafił znaleźć własnego samochodu.
— Trzy razy mu mówiłem: niech pan zostanie przy windzie. Schodzę, jego nie ma. Dzwonię, a on znowu na innym piętrze.
— Znaleźliście w końcu? — Nina przechyliła miskę, zbierając resztę zupy.
— Po czterdziestu minutach. Postawił auto w drugiej części budynku.
— To przynajmniej wiedział, kiedy zadzwonić po pomoc.
Basia parsknęła, zakręcając termos. Konrad też się uśmiechnął. Nina otarła usta serwetką; przy nadgarstku miała niewielką plamkę toneru, której najwyraźniej nie zauważyła. Pomyślał o tym, żeby jej powiedzieć, ale w tej samej chwili na plac wjechał Kamil.
Jego SUV zatrzymał się w poprzek wjazdu do warsztatu. Konrad wstał, zanim tamten wysiadł.
Znali się od lat. Kamil prowadził większą firmę i zawsze wiedział, komu kończy się umowa, kto szuka kierowcy i kto zalega z ratą. Konrad nie lubił ani jego uśmiechu, ani tego, że czasem opłacało się go słuchać.
— Zajmę ci pięć minut — powiedział Kamil, chowając telefon. — Słyszałem, że możecie pozbywać się trzeciej lawety.
— Od kogo słyszałeś?
— Ludzie gadają. Nie ma się co obrażać, po prostu pytam.
Obszedł auto, przyglądając się platformie. Nie dotykał go, lecz robił to z taką swobodą, jakby cenę już uzgodnili.
— Nie wystawiłem jej na sprzedaż — odparł Konrad. — I przestaw samochód, blokujesz bramę.
Kamil wyjął kluczyki, ale nie ruszył się z miejsca.
— Mam zlecenia, do których by pasowała. Mogę zapłacić szybko. Przy waszych potrąceniach pewnie przydałaby się gotówka.
Konrad zacisnął szczękę. Z tyłu skrzypnęły drzwi biura. Nina niosła pusty garnek do samochodu Darii i zwolniła przy nich.
— Pani robi ten audyt? — zagadnął Kamil. — To pewnie niedługo się dowiemy, czy mam przyjeżdżać po lawetę.
— Nie sprzedaję panu niczego — przerwał mu Konrad. — Przestaw auto i jedź.
Nina stanęła z garnkiem przy biodrze. Kamil popatrzył najpierw na nią, potem na Konrada. Przez sekundę jego twarz straciła uprzejmy wyraz.
— Oferta będzie w mailu. Rozmawiajmy o pieniądzach, nie o tym, czy mnie lubisz.
Wsiadł do SUV-a. Konrad odsunął się dopiero, gdy usłyszał silnik. Za późno zauważył, jak mocno zaciska dłonie.
Nina zaniosła garnek, zamknęła bagażnik i podeszła do niego.
— Rozważacie sprzedaż? — zapytała. — Krzysztof wspominał, że trzecia rata sporo was kosztuje.
— Rozważamy różne rzeczy. Nie chcę podejmować decyzji dlatego, że Kamil przyjedzie i zacznie straszyć końcem firmy.
— Warto policzyć oba warianty. Z autem i bez niego.
Skinął głową, ale myślami był już gdzie indziej. Kamil znał nie tylko stan ich finansów. Wiedział o wyroku, o dawnej pracy, o tym, z czego Konrad wyszedł osiem lat wcześniej. Jeśli uzna, że warto o tym wspomnieć konsultantce, zrobi to od niechcenia, w pół zdania.
Nina ruszyła do biura. Konrad zawołał ją, zanim zamknęła drzwi.
— Jutro ma pani jechać ze mną. Proszę przyjść chwilę wcześniej. Chciałbym najpierw o czymś powiedzieć.
Zatrzymała się.
— To może teraz?
Z wnętrza biura dobiegł dzwonek. Daria przechodziła za szybą z dokumentami, Ołeksij wołał z warsztatu, że potrzebuje drugiej pary rąk.
— Jutro. Bez tego wszystkiego — wskazał halę.
Nina przyjrzała mu się uważniej.
— Dobrze. Będę wcześniej.
Kiedy zniknęła za drzwiami, Konrad wrócił do warsztatu. Ołeksij podał mu rękawice, tym razem bez żartu. Stanęli po przeciwnych stronach bramy i wspólnie unieśli skrzydło.
5. Przed wyjazdem
NINA
W piątek przyjechała przed dwudziestą drugą. Na placu panował większy ruch niż poprzednim razem: klient odbierał samochód z warsztatu, Daria pokazywała mu dokumenty, a za uchyloną bramą hali ktoś sprzątał podłogę. Konrad czekał przy lawecie. Nie ruszył w jej stronę, tylko odstawił kubek na schodek kabiny i wyjął ręce z kieszeni.
Nina zamknęła samochód. Przez cały dzień zastanawiała się, co chciał powiedzieć. Podejrzewała następne zaległości, kłopot z którymś kierowcą albo coś, czego Krzysztof nie zdążył jej wyjaśnić. Teraz, gdy zobaczyła, jak Konrad czeka, zrobiło jej się nieswojo.
— Daria wie, żeby przez chwilę nas nie wołać — powiedział. — Możemy tu?
Skinęła głową. Stali pod ścianą warsztatu, osłonięci od wiatru. Nad nimi buczała stara lampa, a pod jej światłem wirowały drobne krople deszczu.
Konrad przez chwilę patrzył na kubek.
— Byłem karany za pobicie. Odsiedziałem czternaście miesięcy. Wyszedłem osiem lat temu.
Nina wsunęła dłoń głębiej w kieszeń kurtki. Nie odpowiedziała od razu. Za jego plecami Daria zamykała bramę po ostatnim kliencie; metal przesuwał się z chrobotem po prowadnicy.
— Dlaczego mówi mi pan o tym teraz?
— Bo mamy jeździć razem. Powinienem powiedzieć wcześniej. — Podniósł na nią wzrok. — I dlatego, że Kamil o tym wie. Wolałem, żeby usłyszała to pani ode mnie.
Wczorajszą rozmowę przy SUV-ie zobaczyła teraz inaczej. Tamten krótki grymas, napięte dłonie Konrada. Zatrzymała się jednak przed dopowiadaniem reszty.
— Co się wydarzyło?
Konrad odetchnął przez nos.
— Pracowałem przy odbieraniu aut od ludzi, którzy mieli długi. Nie wszystko robiliśmy tak, jak powinniśmy. Był jeden człowiek, nie chciał oddać samochodu. Wdałem się z nim w kłótnię. Potem go uderzyłem. Kilka razy.
Mówił wolniej niż zwykle. Kiedy spojrzał w stronę bramy, Nina zobaczyła wyraźnie mokrą skórę przy jego skroni.
— Upadł i złamał rękę — dodał. — Zostały mu problemy z dłonią.
— On pana zaatakował?
— Nie. Byłem wściekły, że nie mogę tego załatwić. Tyle.
Nina zacisnęła palce na kluczach w kieszeni. Człowiek, który kilka dni wcześniej podał starszej kobiecie rękę przy wysiadaniu, opowiadał teraz, że pobił kogoś, ponieważ nie dostał tego, czego chciał. Nie potrafiła łatwo złożyć tych obrazów.
— Kontaktuje się pan z nim?
— Przez prawników. Spłacam ugodę. Nie spotykamy się prywatnie.
Sprężarka w hali ucichła. Konrad przestąpił z nogi na nogę, ale nie podszedł bliżej.
— Może pani jechać z Basią albo zostać w biurze. Nie musi pani decydować teraz. Powiem Darii, żeby zmieniła plan.
Popatrzyła na kabinę. Dotąd jazda z nim nie budziła w niej lęku. Bywał nieprzyjemny, poirytowany, jednak ani razu nie próbował jej przestraszyć. To wciąż było zaledwie kilka spotkań.
— Dzisiaj pojadę — powiedziała w końcu. — Ale będę o to jeszcze pytać. Nie obiecuję, że przestanę myśleć o tej rozmowie, kiedy wsiądę.
— Nie oczekuję tego.
Zabrał kubek ze stopnia i wylał kawę do odpływu. Nina poczekała przy samochodzie, aż wróci z biura z kartą zlecenia. Wsiadając, posłała Darii krótkie spojrzenie. Kobieta patrzyła na brata; jej twarz była poważna.
Pierwsza klientka czekała pod blokiem, przy małym aucie wciśniętym między dostawczaka a wysoki krawężnik. W oknach nad parkingiem paliły się pojedyncze światła. Kobieta wyszła im naprzeciw, zapinając płaszcz na piżamowej bluzie.
— Ja bardzo przepraszam, nie wiedziałam, że tu jest tak mało miejsca. Rano ktoś znowu stanął obok. Muszę zaraz do pracy, a samochód nawet nie drgnie.
Konrad obejrzał podjazd, potem poprosił ją o kluczyki.
— Najpierw sprawdzę akumulator. Może nie trzeba będzie w ogóle ruszać auta. Proszę tylko odsunąć się za ten słupek.
Nina stała przy kabinie. Patrzyła, jak podnosi maskę, świeci latarką i rozkłada przewody. Klientka mówiła bez przerwy; usprawiedliwiała się, że nie zna się na samochodach, że mąż kiedyś pilnował takich rzeczy, że mechanik twierdził miesiąc temu, iż wszystko jest dobrze.
Konrad nie uciszał jej. Poprosił tylko, żeby usiadła za kierownicą i spróbowała uruchomić silnik na jego znak. Kiedy auto wreszcie zapaliło, kobieta z ulgi aż oparła czoło o kierownicę.
Nina odwróciła wzrok. Nie chciała robić z każdego cierpliwego gestu Konrada dowodu w sprawie, o której prawie nic nie wiedziała. Zapięła kurtkę wyżej i wróciła do kabiny, kiedy dał jej znak.
Po następnym wyjeździe zatrzymali się na stacji. W środku było jasno, niemal rażąco. Dwie osoby w roboczych ubraniach czekały przy ekspresie, pracownica wykładała na półkę kanapki. Nina kupiła herbatę i coś do jedzenia. Konrad przyniósł samą kawę.
— Nie chce pan kanapki? — zapytała, siadając przy wysokim blacie. — Od wyjazdu nic pan nie jadł.
— Zjadłem przed zmianą. Jajka, chleb, pomidora. Daria pilnowała, więc może pani sprawdzić.
Powiedział to z bladym uśmiechem. Nina rozwinęła papier, odkładając go tak, żeby nie dotykał mokrego kubka.
— O jedzenie jeszcze jej nie wypytuję.
— To dobrze. Zaczęłaby opowiadać od dzieciństwa.
Za szybą przejechała ciężarówka. Światło z jej reflektorów przesunęło się po blacie i dłoniach Konrada. Na kostkach miał zadrapania. Nina spojrzała na nie, zanim zdążyła się powstrzymać.
Zauważył.
— Od pasów — powiedział, cofając rękę pod blat.
Zrobiło jej się gorąco.
— Nie musimy sprawdzać w ten sposób każdego ruchu. Po prostu potrzebuję chwili.
— Jasne. Nie wiedziałem, co powiedzieć.
Nina przełknęła kęs i odłożyła kanapkę. Lubiła go dotąd za to, że nie próbował być miły na siłę. Teraz sama przyłapała się na szukaniu takiej odpowiedzi, która nie zabrzmiałaby zbyt ostro.
— Jest jeszcze coś w tej historii, czego mi pan nie powiedział? Coś ważnego, nie każdy szczegół sprawy.
Konrad spojrzał na nią znad kubka.
— Nie pominąłem tego, co zrobiłem. Jeżeli chce pani zobaczyć dokumenty, mogę je pokazać. To nie była bójka dwóch równych sobie ludzi.
Nina skinęła głową. Doceniała tę odpowiedź, chociaż nie przyniosła jej ulgi.
Przez kilka minut jedli i pili w ciszy. Potem zapytał, czy pracowała już wcześniej w tak małej firmie. Opowiedziała o zakładzie, w którym jedyne wolne biurko stało obok pakowarki, i o tym, jak przez tydzień wracała z pracy z włosami pachnącymi prażoną kawą. Konrad słuchał, opierając łokieć o blat. Powoli przestawała czuć, że każde zdanie jest egzaminem.
— Możemy mówić sobie po imieniu? — zaproponowała przed wyjściem. — Z Darią już tak rozmawiam, a z panem od godziny siedzę nad kanapką i robi się niezręcznie.
— Konrad — powiedział, podając jej kurtkę.
— Nina. I mogę sama włożyć rękaw, nie zemdlałam jeszcze po nocy.
Uśmiechnął się, puszczając materiał. Wyszli na zewnątrz, gdzie od razu uderzył ich chłód.
Nad ranem Daria czekała przed biurem z telefonem przy uchu. Na widok brata uniosła kciuk. Konrad podszedł do niej, zanim Nina zdążyła wyjąć torbę z kabiny. Siostra zaczęła coś opowiadać, gestykulując wolną ręką, a on rozluźnił ramiona.
Przy własnym samochodzie Nina odczytała wiadomość od Pawła. Rzeczoznawca musiał przełożyć wizytę na poniedziałek. Paweł pytał, czy termin jej odpowiada, i dopisał, że w mieszkaniu została jeszcze jej niebieska bluzka.
Odpisała od razu, konkretnie, uprzejmie. Dopiero zamykając rozmowę, obejrzała się w stronę biura.
Konrad nadal słuchał Darii. Śmiał się teraz, oparty o framugę, z głową przechyloną ku siostrze. Nina przyglądała mu się dłużej, niż zamierzała.
6. Ziemniaki
KONRAD
Fred usłyszał go jeszcze na klatce. Pazury zastukały po panelach, potem coś głucho uderzyło o drzwi. Matka odsunęła zasuwę, trzymając w drugiej ręce obieraczkę.
— Nie wpuszczaj go na schody, dopiero wróciliśmy. I zdejmij buty, bo wszędzie mi nanosicie tego błota.
Konrad wcisnął się do przedpokoju. Pies napierał na jego nogi całym ciężarem, więc schylił się i podrapał go za uchem. Fred miał siwy pysk i uważał, że każda wizyta powinna zaczynać się od kilku minut poświęconych wyłącznie jemu.
Z kuchni dobiegł głos Darii.
— Jak się położysz na podłodze, już stamtąd nie wstaniesz. Obiad zaraz będzie.
Siedziała przy oknie w swetrze, którego Konrad nie znał, z rozpuszczonymi włosami. Na stole leżał jej telefon, odwrócony ekranem do dołu. Przez chwilę nie pasowała mu do obrazu siostry, którą codziennie zastawał w biurze z długopisem za uchem.
— Dobrze wyglądasz — powiedział, siadając.
— Bo się wyspałam. Polecam.
Matka postawiła przed nimi ziemniaki i mięso. Z kuchennego okna widać było balkon sąsiadów i anteny na dachu następnego bloku. Konrad znał każdy odprysk na parapecie, wzór ceraty i szufladę, która zacinała się, jeśli wsunęło się ją zbyt szybko. Ojciec od rozwodu przychodził tu rzadko. Przy stole zostały trzy miejsca, chociaż krzesła wciąż były cztery.
Przez pierwsze minuty słuchał opowieści o sąsiadce zastawiającej klatkę doniczkami. Matka pokazywała widelcem, jak niewiele miejsca zostało przy schodach. Daria śmiała się, a Konrad chciał, żeby jeszcze chwilę rozmawiały o czymś tak zwyczajnym.
Siostra w końcu odłożyła widelec.
— W piątek mam drugi etap. Muszę pojechać do Gdańska. Chcą się spotkać na miejscu.
Matka od razu się uśmiechnęła.
— To świetnie. Wiedziałam, że do ciebie oddzwonią.
Konrad spojrzał na nią.
— Wiedziałaś o tej rekrutacji?
— Daria opowiadała mi po pierwszej rozmowie. Weź mięsa, bo wystygnie.
Nałożył sobie kawałek, chociaż stracił apetyt. Daria patrzyła prosto na niego.
— Jeżeli się dogadamy, zaczęłabym od stycznia. Jest czas na znalezienie kogoś. Mogę przeszkolić tę osobę, wszystko opisać.
— A udziały? Też zamierzasz zostawić?
— Chcę je rozliczyć. Nie podejmiemy tej decyzji przy obiedzie.
— Próbuję zrozumieć, jak ty to widzisz.
— Na razie widzę rozmowę w piątek. Potem będę wiedziała więcej.
Fred wsunął nos pod stół. Konrad odsunął jego łeb kolanem, z większą irytacją, niż zasłużył na to pies.
— Daria, wiesz, co się teraz dzieje. Ledwo układamy zmiany, operator nas sprawdza. Jak ty znikniesz…
— Nie znikam. Mówię ci dwa miesiące wcześniej.
Matka zatrzymała dłoń na uchwycie garnka. Daria usiadła prościej.
— W zeszłym tygodniu miałam wyjść na urodziny do koleżanki. Pamiętasz? — zapytała. — Zostałam do dziesiątej. W sierpniu wróciłam z urlopu dzień wcześniej, bo Rafał zachorował. Potem była awaria programu, potem problem z wypłatami. Zawsze coś jest.
— Wszyscy zostajemy dłużej.
— Ale nie do wszystkich dzwonisz, jak nie możesz znaleźć rachunku albo przypomnieć sobie kodu do alarmu. I nie wszyscy mają po pracy czuć się winni, że brat siedzi sam w biurze.
Konrad chciał zaprzeczyć. Otworzył usta, ale przypomniał sobie poprzednią sobotę, kiedy zadzwonił do niej tylko na chwilę, a skończyło się na godzinie szukania dokumentów przez telefon.
— Przecież płacimy ci za pracę.
Daria zaśmiała się krótko i odsunęła talerz.
— Za etat. Spróbuj znaleźć kogoś za te pieniądze, kto będzie odbierał na chorobowym, pamiętał wszystkie terminy i jeszcze przywoził wam obiad. Części rzeczy nie robię dlatego, że jestem dyspozytorką. Robię, bo jesteś moim bratem. I jestem już zmęczona.
Matka postawiła garnek na podkładce.
— Poczekajcie. Zjedzcie, zanim zaczniecie się przekrzykiwać.
— Ja się nie przekrzykuję — rzucił Konrad.
— Słyszę, jak mówisz.
Wstał i wyszedł na balkon. Fred próbował przecisnąć się za nim, ale zamknął drzwi. Na podwórku ktoś trzepał mały dywan. Każde uderzenie niosło się pomiędzy blokami. Konrad oparł dłonie na zimnej balustradzie i patrzył w dół, starając się nie wrócić do kuchni z następnym argumentem.
Matka wyszła po chwili, podając mu sweter.
— Narzuć. Jeszcze się przeziębisz.
Wziął go bez dyskusji. Stanęła obok, nie dotykając poręczy.
— Ona nie wyjeżdża przeciwko tobie — powiedziała.
— Wiem. Tylko nie mam pojęcia, jak bez niej to ułożymy.
— To jej tak powiedz. Przed chwilą mówiłeś, jakby chciała wam zrobić krzywdę.
Konrad naciągnął sweter na ramiona. Był ojca, stary, rozciągnięty przy szyi. Matka używała go do wychodzenia na balkon z praniem.
— Myślałem, że buduję coś dla nas. Że będzie miała swoją część, spokojną pracę.
— Ma swoją część. Spokojnej pracy na razie nie ma.
Nie znalazł odpowiedzi. Za szybą Daria pakowała resztki do pojemników, tak samo jak po każdym niedzielnym obiedzie. Pomyślał, że nawet teraz sprząta po ich kłótni.
Matka odsunęła się od balustrady.
— A ta Nina? Jak się z nią dogadujecie?
Spojrzał na nią niechętnie.
— Daria już zdążyła opowiedzieć?
— Mówiła, że jeździ z tobą i nie daje się zbyć. To dobrze. Ktoś musi.
— Powiedziałem jej o wyroku.
Matka spoważniała. Przez chwilę nasłuchiwała odgłosów z kuchni.
— Jak to przyjęła?
— Została. Pojechaliśmy razem na zmianę. Nie wiem, co sobie pomyślała.
Pokiwała głową i otworzyła drzwi balkonowe. Nie zaczęła zapewniać, że Nina na pewno go zrozumie. Konrad był jej za to wdzięczny, choć nie powiedział niczego na głos.
W kuchni usiadł naprzeciwko Darii.
— Wezmę piątek wieczorem. Z Krzysztofem ustalimy resztę. Jedź na tę rozmowę.
Daria zatrzymała rękę na pokrywce pojemnika.
— Nie musisz mnie puszczać, Konrad. Potrzebuję tylko dogadać grafik.
— Źle powiedziałem. Dogadamy go.
Przez moment patrzyła na niego ostrożnie, potem podała mu zapakowane mięso.
— Dzięki. I nie jedz tego jutro o trzeciej w nocy nad klawiaturą.
Wziął pojemnik. Tym razem uśmiechnęli się oboje.
Po obiedzie zabrał Freda na spacer. Pies zatrzymywał się przy każdym drzewie, a Konrad nie miał do kogo oddzwonić i nigdzie nie musiał zdążyć. Gdy telefon zawibrował, od razu wyciągnął go z kieszeni.
Nina pytała o brakujący marcowy załącznik. Odpisał, że dzisiaj nie jest w bazie, ale sprawdzi rano.
Jasne, rano wystarczy. Miłego wolnego.
Schował telefon i pozwolił Fredowi jeszcze chwilę obwąchiwać mokre liście. Dopiero przy następnej ławce zorientował się, że nadal się uśmiecha.
7. Godziny niewidoczne
NINA
W poniedziałek Nina przesunęła krzesło do okna. Przy biurku w głębi pomieszczenia nie było zasięgu, a komputer co kilka minut przerywał pobieranie plików. Daria postawiła obok niej drugi monitor i kawałek tektury pod nogę stołu, żeby przestał się chwiać.
— Luksusów nie obiecywałam — powiedziała, prostując plecy. — Ale przedłużacz jest twój do końca świata.
Nina podziękowała i wróciła do otwartego przejazdu. Laweta zakończyła zlecenie pod Strykowem o 14:06. Cztery minuty później program zmienił status na dostępny. Samochód był już pusty, więc kierowca mógł przyjąć zadanie w pobliżu. Problem polegał na tym, że następne dostał po przeciwnej stronie Łodzi, z czasem dojazdu wyliczonym niemal tak, jakby czekał przy bazie.
Do samej bazy dotarł dopiero po czterdziestu siedmiu minutach. W historii statusów nie było nazwiska dyspozytora; zmianę uruchomiła automatyczna reguła. Nina powiększyła mapę, zestawiła ją z godzinami i sprawdziła wszystko jeszcze raz.
— Daria, możesz podejść?
Dyspozytorka stanęła za jej krzesłem z kanapką w dłoni.
— Tu nie ma waszej ręcznej zmiany — Nina wskazała wiersz. — Program zamknął obsługę i źle przewidział, skąd samochód pojedzie dalej. Macie zgłoszenie z tego dnia?
Daria odstawiła kanapkę na talerzyk.
— Musi być. Rafał dzwonił wtedy dwa razy, bo ktoś z centrali upierał się, że powinien być już na miejscu.
Usiadła przy drugim komputerze i zaczęła szukać maila. Przez chwilę słyszały tylko klawiatury i miarowy odgłos narzędzia z warsztatu.
— Proszę — powiedziała w końcu Daria. — Zrzut mapy, godziny, wszystko im wysłałam. Odpowiedzieli, że mamy pilnować aktualizacji statusów.
Nina przeczytała wiadomość. Wydrukowała ją i położyła obok trasy przejazdu.
— Będę potrzebowała takich przykładów więcej. Nie wybieraj tylko najgorszych, przejrzę cały okres.
Daria odwróciła głowę.
— Przecież nie zamierzam ci niczego układać pod wynik.
— Nie o to mi chodzi. — Nina odsunęła dłonie od klawiatury. — Przepraszam, źle to zabrzmiało. Chcę sprawdzić, jak często tak się dzieje, także kiedy wszystko poszło dobrze.
— To wyślę ci cały folder. Nazwy są beznadziejne, uprzedzam.
Nina zaczęła odpowiadać, ale w tej chwili przyszła wiadomość od Ewy. Dokumenty z dawnego pilotażu. Zapomniała o filiżance stojącej przy łokciu.
Przejrzała załączniki. Znalazła własne uwagi, kolejne poprawki, pytanie o dodatkowy pomiar pustych powrotów. W ostatecznej rekomendacji została ogólna potrzeba kontroli po wdrożeniu; bez konkretnej daty, bez wskazania, kto ma się nią zająć. W mailu zamykającym projekt podziękowała wszystkim za współpracę i potwierdziła zgodność podsumowania z ustaleniami.
Daria spytała o drukarkę. Nina nie dosłyszała.
— Potrzebujesz jej jeszcze? — powtórzyła.
— Nie, drukuj. Ja muszę wyjść na chwilę.
Na placu Konrad rozmawiał z Olkiem. Obok stała laweta z częściowo opuszczoną platformą. Nina poczekała przy ścianie, aż kierowca odszedł, i podała Konradowi wydruk.
— To ten piątkowy powrót ze Strykowa. Masz rację, tutaj program źle ustalił gotowość i dalszy dojazd. Zapis nie pochodzi od Darii.
Konrad przesunął palcem po linii czasu.
— Wreszcie. Teraz jeszcze niech ktoś w centrali to przeczyta.
Odetchnęła. Papier uginał się między nimi od wilgoci.
— Muszę powiedzieć ci coś jeszcze. Ten model… pracowałam przy jego wcześniejszej wersji.
Konrad znieruchomiał. Trzymał kartkę tak samo, ale przestał na nią patrzeć.
— Przy naszym programie?
— Przy pilotażu dla operatora. Półtora roku temu. Nie wiedziałam przed przyjazdem, że wykorzystali go w tym wdrożeniu. Dopiero rozpoznaję kolejne elementy.
— A problem z powrotami?
— Opisaliśmy go. Ja też. Ale podpisaliśmy podsumowanie, w którym późniejszą kontrolę zapisano za mało konkretnie. Nie dopilnowałam tego.
Konrad odwrócił się w stronę warsztatu, jakby ktoś go zawołał. Nikt nie wołał. Po chwili znów spojrzał na Ninę.
— Czyli przyjechałaś sprawdzać nas, a możliwe, że od miesięcy jeździmy według czegoś, co sama zatwierdziłaś.
— Dlatego ci mówię, zanim dowiemy się więcej. Zgłoszę to formalnie. Potrzebny jest ktoś, kto niezależnie sprawdzi moją część.
— Ewa wiedziała?
— Powiedziałam jej we wtorek, kiedy zaczęłam to podejrzewać. Dzisiaj dostałam dokumenty.
Stał naprzeciwko, wyraźnie zły. Nina miała ochotę wyjaśniać, że przy projekcie pracował cały zespół, że nie podejmowała decyzji wdrożeniowych, że w załączniku przecież ostrzegała. Wszystko to zamierzała opisać. Teraz nie chciała zasłaniać tym własnego podpisu.
— Pokaż mi to — powiedział w końcu.
— Część dokumentów mogę udostępnić od razu. Pozostałe trzeba uzgodnić z operatorem i Ewą.
Oddał jej wydruk. Nie pożegnali się. Konrad wrócił do platformy, a Nina chwilę stała przy ścianie, patrząc na mokry papier w dłoni.
* * *
Do starego mieszkania weszła własnym kluczem. Ten odruch zabolał bardziej, niż się spodziewała. Paweł był w kuchni, rzeczoznawca mierzył pokój. Na wieszaku przy drzwiach nadal wisiała ich wspólna torba na zakupy, zaciągnięta przy jednym uchu.
Przez pół godziny odpowiadali na pytania o remont i okna. Nina pokazywała potwierdzenia, Paweł szukał dokumentu od spółdzielni. Działali sprawnie, niemal bez porozumiewania się; przez lata ustalili, kto przechowuje które papiery.
Kiedy zostali sami, Paweł postawił na stole dwa kubki.
— Zrobiłem ci herbatę. Chyba nadal tę pijesz?
— Tak, dzięki.
Usiadła w swoim dawnym miejscu. Na parapecie brakowało jednej rośliny. Reszta stała zbyt daleko od światła, ale nie przesunęła ich, choć odruchowo wyciągnęła rękę.
— Możesz tu wrócić do sprzedaży — zaczął Paweł. — Nie musisz siedzieć u Jagody. Ja mogę przenieść biurko do małego pokoju.
Nina objęła kubek dłońmi.
— Nie chcę wracać. Nie chodzi o to, kto gdzie śpi.
Usiadł naprzeciwko i przez chwilę poprawiał zagięty róg podkładki.
— Myślałem, że jak trochę od siebie odpoczniemy, będzie łatwiej porozmawiać.
— Mieliśmy na to cały ostatni rok. Ja też czekałam, że coś się samo zmieni.
— Byliśmy zajęci. Nie kłóciliśmy się, więc nie wiedziałem, że jest aż tak źle.
Nie odpowiedziała od razu. Czuła pod palcami znajome pęknięcie w uchu kubka. Kiedyś co rano przypominała sobie, że powinna go wyrzucić.
— Właśnie to było trudne — powiedziała ciszej. — Że nic wielkiego się nie działo. Wracaliśmy, jedliśmy, każdy robił swoje. A ja coraz mniej chciałam ci opowiadać o czymkolwiek.
Paweł popatrzył na nią z bólem, którego nie potrafiła złagodzić.
— Jest ktoś?
W jej głowie pojawił się Konrad pod ścianą warsztatu, z wydrukiem w dłoni. Odstawiła herbatę.
— Odeszłam, zanim kogokolwiek poznałam. Nasze rozstanie nie ma z nim nic wspólnego, Paweł.
Pokiwał głową. Potem wstał, otworzył szafę w przedpokoju i przyniósł jej niebieską bluzkę.
— Została za ręcznikami. Nie wiem, jak tam trafiła.
Wzięła ją i przycisnęła do torby. Nie miał pretensji o kolejne pytania ani nie próbował zatrzymywać jej przy drzwiach. Przez to wychodziło się jeszcze trudniej.
U Jagody pachniało pomidorami i czosnkiem. Nina odłożyła bluzkę w pokoju i przyszła do kuchni pomóc przy kolacji. Opowiedziała o dawnym modelu, potem o spotkaniu z Pawłem.
Jagoda słuchała, mieszając sos. Wreszcie spytała o Konrada.
— Co powiedział, kiedy się dowiedział?
— Chciał dokumentów. Był zły.
— A ty się tym przejmujesz trochę bardziej niż przy innych klientach.
Nina przestała kroić pieczywo. Jagoda zerknęła na nią przez ramię.
— On był karany za pobicie — powiedziała Nina.
Łyżka zatrzymała się w garnku.
— Powiedział ci sam?
— W piątek. Nie udawał, że to drobiazg. Ale ja nadal nie wiem, co o tym myśleć.
Jagoda ściszyła gaz.
— A jak się przy nim czujesz?
— Dobrze. I właśnie to mnie niepokoi, bo prawie go nie znam.
— To się nie spiesz. Nie musisz dziś decydować, co z tego będzie. — Sięgnęła po talerze. — I mów mi, co się dzieje. Nie dopiero wtedy, gdy będzie źle.
Nina skinęła głową. Po kolacji napisała do Tomasza, z którym pracowała przy kilku trudniejszych projektach. Poprosiła go o rozmowę i niezależne sprawdzenie materiałów.
Odpowiedź przyszła prawie jednocześnie z wiadomością od Konrada. Przesłał stary mail do centrali, ten, którego szukała rano. Dopisał tylko, że Daria znalazła go w archiwum.
Podziękowała. Zanim odłożyła telefon, zaczęła jeszcze pisać pytanie, czy wrócił już do domu. Skasowała je i przez kilka minut obracała aparat w dłoniach.
8. Niepogoda
KONRAD
We wtorek deszcz zaczął padać przed południem i nie przestał do wieczora. Woda zbierała się przy zatkanym odpływie, wiatr szarpał płachtą na oponach. Najstarsza laweta stała w warsztacie bez sprawnego oświetlenia. Ołeksij rozłożył lampy na stole, ale części, które zamówił, miały przyjechać dopiero rano.
Zostały dwa auta i telefon, który dzwonił bez przerwy.
Konrad zobaczył Ninę, kiedy zamykał skrzynkę ze sprzętem. Szła przy ścianie z kapturem naciągniętym niemal na oczy. Pod kurtką ściskała papierową torbę.
— Jagoda zrobiła kanapki — powiedziała w biurze. — Dla mnie i, jak się okazuje, dla połowy firmy.
Daria zajrzała do środka.
— Powiedz jej, że od dziś jest moją ulubioną osobą.
Konrad wziął jedną kanapkę, odwinął papier. Od poniedziałkowej rozmowy zdążył przejrzeć część dokumentów Niny. Nadal miał do niej żal, choć wiedział, że nie może odpowiadać za każdą decyzję operatora. Było mu niewygodnie siedzieć z nią nad wyjaśnieniami, a godzinę później cieszyć się, że przyjechała.
— Dzisiaj możesz zostać w biurze — powiedział. — Będzie ciężka noc. Pewnie połowę czasu przesiedzimy na poboczu.
— Właśnie takie wyjazdy mam obejrzeć. Tylko nie każ mi stać na deszczu, kiedy nie trzeba.
Zapięła torbę i sięgnęła po kamizelkę. Nie wyglądała na osobę, którą trzeba będzie namawiać do odwrotu albo martwić się, że pójdzie nie tam, gdzie należy. Konrad ustąpił.
Pierwsze zgłoszenie poszło sprawnie. Przy drugim trafili pod złą bramę dużego magazynu. Ogrodzenie ciągnęło się wzdłuż drogi, za nim świeciły lampy na wysokich słupach. Klient zapewniał przez telefon, że stoi przy wjeździe. Konrad widział przed sobą tylko zapięty łańcuch i tablicę z nazwą firmy.
— Niech pan wyjdzie pod światło — powtórzył. — Nie widzę pana.
Z głośnika dobiegło trzaskanie i urwane wyjaśnienie. Konrad zacisnął palce na kierownicy.
Nina wyciągnęła rękę.
— Daj mi go na chwilę. Zatrzymaj się, bo zaraz miniesz miejsce, w którym można zawrócić.
Włączył awaryjne. Słuchał, jak pyta klienta o napis na portierni, o numery bram i o drogę, którą przyjechał. Nie przerywała, kiedy mężczyzna zaczynał się gubić, tylko wracała do jednego pytania.
Po kilku minutach kazała Konradowi objechać cały budynek. Przy bocznym wjeździe stał biały samochód, a obok niego człowiek machający telefonem.
— Nawigacja wszystkim pokazuje tamtą bramę — wyjaśnił, podchodząc do kabiny.
Konrad wysiadł, nie komentując. W drodze powrotnej spojrzał na Ninę.
— Sam bym się z nim jeszcze dziesięć minut kłócił o adres.
— Byłeś już zdenerwowany. Ja siedziałam obok i niczego nie musiałam prowadzić.
Miała mokry rękaw od opuszczonej szyby. Odwinęła mankiet i przyłożyła go do nawiewu. Konrad podkręcił ogrzewanie, zanim zdążyła poprosić.
Trzecie zlecenie dotyczyło stłuczki. Policja zatrzymała ich w pewnej odległości od samochodów; musieli poczekać na zabezpieczenie miejsca. Niebieskie światła odbijały się w mokrym asfalcie, deszcz rozpraszał je na szybie. Konrad wskazał Ninie osłonięte miejsce przy kabinie i poszedł porozmawiać z policjantem.
Kiedy wrócił, woda ściekała mu z kołnierza. Nina już grzebała w szafce za siedzeniem.
— Mówiłeś, że masz tu ręcznik. Ten szary jest czysty?
— Tak, daj.
Podała mu go, odsuwając się, żeby mógł usiąść. Kiedy odbierał ręcznik, dotknął jej palców. Przez sekundę nie cofnął ręki. Nina też się nie poruszyła. Dopiero sygnał telefonu sprawił, że oboje odwrócili głowy.