E-book
4.82
drukowana A5
43.12
Zostać do rana

Bezpłatny fragment - Zostać do rana

Czas na wyczerpaniu cz. I


Objętość:
283 str.
ISBN:
978-83-8126-230-9
E-book
za 4.82
drukowana A5
za 43.12

Zostać do Rana

Uważajcie, bo zarówno marzenia, jak i koszmary lubią się spełniać… Tylko w ostatecznym rozrachunku, które z nich okaże się gorsze…?

2016

ISBN 978-83-8126-230-9

© Copyright by BDB

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części niniejszej publikacji jest zabronione bez pisemnej zgody autora. Zabrania się jej publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży.

1. Dobre złego początki…

…, czyli mała próba.

Wstałem rano mając złe przeczucia. Spojrzałem nieprzytomnie na budzik i po chwili doszło do mnie, że jest już dziewiąta. Oznaczało to wolny weekend, czyli rzadkie chwile, kiedy mogłem zwlec się z łóżka nieco później niż zwykle. Odgarnąłem kołdrę i z ciężkim westchnieniem wstałem. Czas zacząć kolejny dzień. Odsłoniłem grube czarne zasłony i przytłoczyła mnie radość kolejnego pieprzonego dnia. Słońce grzało mimo tak wczesnej godziny, a po ulicy chodzili ludzie szczerzący się do siebie samych po otrzymaniu choćby nikłej dawki promieniowania. To jest najlepszy dowód na szkodliwość słońca — zamienia ludzi w bandę idiotów. Rozejrzałem się po pokoju. Mój wzrok zatrzymał się na lustrze.

Wpatrując się tępo w swoją własną sylwetkę rozważałem przez chwilę, kiedy stałem się cynicznym chamem, po czym szybko przypomniałem sobie powód. Miał długie włosy, niecałe dwa metry wzrostu i był cholernie przystojny. Ale był kimś w rodzaju ducha, który pojawiał się raz, może dwa razy do roku. Zrobienie z siebie dwa razy do roku męskiej dziwki, w zamian za posiadanie choćby złudzenia, że On do mnie należy, było stosunkowo niewielką ceną. Szybko wciągnąłem na siebie spodnie, które leżały na fotelu pod ścianą i poszedłem się ogolić. Podczas całej porannej toalety głuchy szum wody wdzierał mi się w uszy. Zastanowiło mnie, dlaczego właściwie zwracam na to uwagę, skoro nawet nie mam kaca. Schodząc na dół wciąż miałem w głowie ten głuchy szum, a w około panowała cisza.

— Igor! — krzyknąłem, ale nie doczekałem się odpowiedzi. „To dziwne…” przemknęło mi przez myśl. O tej porze zawsze wracał już z biegania. Wisiało nade mną jakieś dziwne widmo, które kazało mi przejść się po wszystkich pokojach, sprawdzając dokładnie każdy zakamarek. Igora nigdzie nie było. Ani jego, ani jego rzeczy. Za to na stole w kuchni wypisany był niezmywalnym flamastrem wielki napis „Mam dość, radź sobie sam!”.

Wyglądało na to, że nasza ostatnia kłótnia utkwiła mu w pamięci, ale kto by się tego spodziewał? Z Igorem spotykaliśmy się już ponad dwa lata, od pół roku pomieszkując razem. Wiedział, kim jestem wiążąc się ze mną. Był sportowcem, z wyglądu przeciętny, ale niesamowicie wyćwiczony. Przywykł dość prędko do mojego sarkazmu, do moich stałych komentarzy i kpiny. Widziały gały, co brały, jak to zwykło się mówić. Fizycznie byłby w stanie rozłożyć mnie na łopatki w niewiele ponad minutę, ale psychicznie było z nim już trochę gorzej. Być może nasz wspólny znajomy miał rację, gdy mówił żebym przystopował. Igor był wytrzymały na ból, stres i rywalizację, co zajęło mu lata ciężkiej pracy nad sobą. Emocjonalnie był jednak kupką nieszczęścia. Faktycznie nazwanie go „Zbędną ciotą” mogło być lekkim przegięciem. Był wiecznie rozdarty pomiędzy tym, jaki był, a tym, jakim chcieli widzieć go inni i jakim on sam chciał siebie widzieć. Być może zbyt często porównywałem Igora do Niego, sądząc, że każdy jest w stanie udźwignąć krytykę.

Niestety nie każdy jest na tyle elastyczny, by porzucić mrzonki i nie próbować na siłę reperować swojej psychiki pozostawiając ją samą sobie, by mogła wypaczyć się w sposób na daną chwilę dla niej samej wygodny. Ja sam byłem kiedyś mało elastyczny. Jednak moment, w którym drugi raz obudziłem się w pustym łóżku zamiast u boku faceta wydającego mi się wtedy ideałem, był chyba przełomem. Dziś nie wyobrażam sobie siebie z tamtego okresu. Latałem od baru do baru jak kot ze sraczką, topiąc smutki i wylewając łzy na czyim popadnie ramieniu.

Zanim zdążyłem stoczyć się całkiem On pojawił się jeszcze raz, po czym zniknął na dłuższy czas. Postawiło mnie to do pionu. Jego drwiący wzrok, który przeszywał mnie, gdy leżałem pod ścianą i próbowałem pierwszy raz w życiu powiedzieć mu, że go kocham, pozostał ze mną na długo. Młodość jest głupia i naiwna, ale życie bardzo szybko leczy z tej choroby. Wystarczył jeden wieczór i słowa „Miłość? Lecz się idioto”, żeby przywołać mnie do porządku. Całą tamtą noc spędziłem w jakimś zaułku oparty o ścianę baru, do którego On wszedł z jakimś facetem. Do ziemi przykuwała mnie kpina, z jaką zniszczył mój ówczesny świat. Miał jednak rację. To nie jest świat, w którym możemy beztrosko hasać po łąkach głosząc hasła wolnej miłości. Zwrot światopoglądu o sto osiemdziesiąt stopni znacznie poprawił jakość mojego życia.

Mimo, że miałem po drodze kilka przygodnych „związków”, ostatecznie znalazłem sobie faceta na stałe i przestałem przejmować się pierdołami. Jednak, od kiedy byłem z Igorem, z Nim spotkałem się jakieś dwa razy. Nie ważne jak wiele razy powtarzałem sobie, że zdradziłem mężczyznę, który deklarował, że chce zostać ze mną na zawsze, to i tak nie mogłem poczuć wyrzutów sumienia. Powinienem czuć się spaczony, ale nawet to mi dobrze nie wyszło. W skrócie, w łóżku Igor był dobry, ale przy Nim wypadał raczej przeciętnie. Prawdopodobnie udowadniam swoim przykładem, iż stereotyp, że geje chcą tylko seksu i przyjemności fizycznej jest prawdą. Przykre, ale w moim przypadku chyba jednak prawdziwe.

Jeszcze raz zerknąłem na stół. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu doszedłem do wniosku, że ten napis wygląda całkiem estetycznie i zostawiłem to w spokoju, nawet nie próbując go zmywać. Przeszukałem szuflady w poszukiwaniu zapałek i znalazłszy je na dnie jednej z nich, odpaliłem papierosa. Dawno nie pamiętałem tak spokojnego poranka. Siedziałem sam w kuchni, nad świeżo zrobioną kawą i z fajką w ręku. Na około mnie panowała cisza. Dopiero zaczynałem zdawać sobie sprawę, że to złe przeczucie, z którym się obudziłem to właśnie ten moment, w którym się teraz znajduję. Siedzę sam w pustym domu nad kubkiem kawy. Znowu. Nie wiem, który to już raz, ale teraz jest nieco inaczej. Nie mogę wciąż powiedzieć, że mi szkoda, nie mogę powiedzieć, że będę za nim tęsknił. Ja po prostu znowu będę sam ze swoja ciszą. Przez chwilę poczułem się jak idiota. Jak ten młokos płaczący sam do siebie pod ścianą baru. Cokolwiek mnie opętało, nie chciało tak szybko puścić.

Zgasiłem więc papierosa, wypiłem kawę jednym łykiem i znalazłszy jakąś koszulkę, w pośpiechu ubrałem się i wyszedłem z domu. Na dobrą sprawę nie wiedziałem nawet, dokąd idę. Po chwili szwendania się bez celu wróciłem do domu. Znów zerkając na stół, przeszło mi przez myśl, że prawdopodobnie nigdy nie zatęsknię za Igorem. Jego obecność była swego rodzaju przyzwyczajeniem, formą nawyku, który człowiek nabywa w trakcie życia, ale, z którym może rozstać bez najmniejszych oporów. Zastanowiło mnie to, jak ja wciąż mogę patrzeć sobie w oczy, jednak dalej nie miałem z tym żadnych problemów.

Dzień upłynął mi leniwie. Przyszedł czas na noc. Czarną, pochmurną noc. Idealną na polowanie. Wyszedłem więc do baru. Piwo, noc, tłum. Coś, co tkwi tylko w takich miejscach. Zabawne, że wśród całego tłumu ludzi potrafiłem od razu wyłapać jedyne usta, na które miałem teraz ochotę. Zostałem w końcu rzucony, więc miałem prawo do chwili zapomnienia. Podszedłem do Niego i szepnąłem Mu na ucho „U mnie, teraz.” Po czym spojrzałem na Niego z lekko pijanym pożądaniem. Znów wabił mnie jego kpiący uśmieszek. Wyszliśmy obaj i po niespełna piętnastu minutach, całowałem go za zamkniętymi drzwiami własnego domu. Tylko On potrafił tak całować. Sprawa była raczej prosta. Obaj pragnęliśmy się wzajemnie. Między nami była niewytłumaczalna chemia, która wybuchała jak bomba, gdy tylko dochodziło do zbliżenia. Nie myliliśmy już seksu z miłością, więc czułość nie wyznaczała nam zbędnych granic. Bez nieporozumień, obaj oczekiwaliśmy tylko namiętności. Alkohol zatarł nam granice, które i tak zazwyczaj były dość płynne. Poczułem jego dłonie na swoich pośladkach. Zaczynała się zabawa.

Skończyło się to pierwszym porankiem w życiu, kiedy obudziłem się mając jego obok siebie. Czułem się skołowany. Resztki alkoholu jeszcze szumiały mi w głowie. Pierwszy raz mogłem mu się bez pośpiechu przyjrzeć w świetle dnia. Gdy spał wyglądał niesamowicie spokojnie. Miał duże, miękkie, wyraźnie zarysowane usta, prosty zgrabny nos, duże oczy z niesamowicie długimi rzęsami. O ile się nie mylę były koloru piwnego. Po dłuższym wpatrywaniu się zauważyłem, że ma niewielki pieprzyk na prawej powiece i słabo widoczną, podłużną bliznę, która schodziła w dół wzdłuż klatki piersiowej od lewego ramienia. Był raczej dobrze zbudowany, umięśniony, jednak bez przesadnej muskulatury. Przymknąłem oczy i zdałem sobie sprawę, że jestem w stanie odtworzyć każdy centymetr jego ciała z pamięci. Otworzyłem je ponownie. Nadal spał obok, nie był już tylko jedną z moich fantazji ani wyimaginowanym obrazem. Był. Czułem ciepło jego ciała i widziałem jak kołdra lekko podnosi się i opada na jego nagim ciele wraz z każdym oddechem. Kosmyki włosów wymykające się z luźnego kitka okalały jego twarz. Całość obrazu była wręcz nierealna. Ocknąłem się z tego letargu i wstałem, po cichu schodząc na dół. Usiadłem nad dużym kubkiem kawy i w milczeniu gapiłem się w blat stołu. Nic nie miało ani sensu, ani znaczenia. Co więcej nie odczuwałem potrzeby nadania ich czemu lub komukolwiek.

Minęło trochę czasu, bo nim wypiłem kawę zdążyła ona wystygnąć. Wylałem ją do zlewu i już nieco bardziej przytomny, zrobiłem kolejną. Stojąc oparty o blat z kubkiem kawy w ręku, patrzyłem przed siebie. Wtedy zobaczyłem jego w drzwiach kuchni. Zaspany, ze zmierzwionymi włosami, w samych bokserkach. Wyglądał jak zjawisko nadnaturalne. Pierwszy raz w życiu miałem okazję go takiego oglądać. Podszedł do mnie, bez słowa zabrał mi kubek z kawą i usiadł do stołu. Zrobiłem sobie więc kolejną i usiadłem naprzeciwko niego, nie bardzo wiedząc, co teraz robić.

— Masz fajki? — zapytał, na co ja skinąłem głową w stronę blatu kuchennego. Wstał i przeszukawszy szuflady w poszukiwaniu zapałek, odpalił papierosa podając mi drugiego. Siedzieliśmy w milczeniu, bo w końcu, o czym mielibyśmy rozmawiać? Wiedziałem, że zaraz ubierze się i zniknie z mojego życia, po czym pojawi się znów za jakiś czas.

— To co masz na śniadanie? — Jego głos przerwał ciszę. Kompletnie się tego nie spodziewałem. Wzruszając ramionami, wstałem i podszedłem do lodówki, przeszukując jej zakamarki w poszukiwaniu czegoś, co można by było szybko zrobić. Kompletnie nie miałem natchnienia na gotowanie czegoś bardziej skomplikowanego.

— Może być jajecznica? — zapytałem, patrząc na niego ponad ramieniem.

— Może być — przytaknął leniwie i siedząc z papierosem w zębach, obserwował uważnie każdy mój ruch. Usilnie starałem się tym jednak nie przejmować.

Wbiłem na patelnię wszystkie jajka, jakie mi zostały i po chwili znów milczeliśmy, tym razem dla odmiany jedząc. Faktycznie nie miałem pojęcia, jakie niby moglibyśmy mieć wspólne tematy, ale z drugiej strony, to milczenie mi do niego kompletnie nie pasowało.

— Widzę, że miałeś ostatnio ciekawe scenki rodzinne? — Spojrzał drwiąco na napis na stole, na co przewróciłem oczami.

— Tak, wczorajsze arcydzieło. Nie kpij, bo chłopak się przejął — odpowiedziałem w podobnym tonie, nie mogąc jednak ukryć rozbawienia w głosie.

— Czyli zdecydowałeś się na stały związek… — zauważył przytomnie, unosząc znacząco brew, ale wzruszyłem ramionami niedbale.

— Tak. Byłem w nim pół roku temu i półtora roku temu też. — Znacząco podkreśliłem daty celując w niego widelcem.

— Który z nas jest lepszy? — W jego głosie było słychać autentyczną ciekawość.

— Gdybyś był gorszy, to bym go z tobą zdradzał? — odpowiedziałem pytaniem na pytanie i jak gdyby nigdy nic, wróciłem do jedzenia.

— Podoba mi się twoje podejście. — Uśmiechnął się. Nie mogłem go rozpracować. Była to ironia, a może tylko satysfakcja? — Tak czy inaczej, jesteś teraz wolny.


— To miało być pytanie czy stwierdzenie? — rzuciłem, nie wiedząc, do czego dąży.


— Wszystko mi jedno. Co ty na to, żebym tu u ciebie trochę pomieszkał? — zapytał kompletnie nieskrępowany, a mi odjęło mowę. Zanim pozbierałem zęby z posadzki zdążył się roześmiać. — O kurwa, gdybyś widział swoją minę.


— Co ja na to… — wydukałem, po czym poczułem napływającą falę irytacji. — Mam cię przygarnąć pod dach i siedzieć, i patrzeć, jak sprowadzasz sobie facetów, a w międzyczasie harować od rana do nocy?


— Oho, zrobiłeś się niebezpiecznie poirytowany. — Uśmiechnął się znowu, tym razem ze stuprocentową satysfakcją. Robił to celowo. — Słuchaj, co powiesz na taki układ. Masz mnie do dyspozycji, ale mogę u ciebie mieszkać? — powiedział spokojnie i muszę przyznać, że zaskoczył mnie kompletnie.


— Nie czujesz się z tym jak dziwka? — zapytałem z ironicznym pół uśmieszkiem.


— Nie — zaśmiał się i pokręcił głową. — Ja idę na taki układ tylko dlatego, że mam na to ochotę. Nie sprzedaję się. Po prostu jesteś dobry w łóżku i masz całkiem przyjemne lokum. No, Tobiasz, moja oferta nie będzie trwała długo, decyduj się.


— Stoi. Rób, co chcesz — odpowiedziałem od razu, czując, że wygrałem los na loterii. Miałem go dla siebie, chociaż na chwilę. W odpowiedzi wstał, pochylił się i zaczął mnie całować. Długo i namiętnie. Po czym wyprostował się i wychodząc w kuchni powiedział:


— Skoro tak stawiasz sprawę… Całujesz też niezgorzej. Idę pod prysznic. Pospiesz się, to zdążysz do mnie dołączyć zanim skończę — rzucając zadowolony półuśmiech, ostentacyjnie poprawił bokserki. Będąc już na schodach krzyknął jeszcze do osłupiałego mnie, wciąż siedzącego przy stole:


— Tylko nie traktuj tego jak związek! — Po czym zawrócił się, wsadził głowę do kuchni, wyszczerzył zęby i dodał. — Żeby nie było wątpliwości, Michał jestem, bo przez ostatnie pięć lat chyba się nie przedstawiłem.


Zdębiałem. Kompletnie nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Nie pozostało mi nic innego jak grzecznie pomaszerować prosto pod prysznic. Zdecydowanie zapowiadały się ciekawe tygodnie.

2. Wiem, na co się piszę…

…, czyli, co się dzieje, kiedy próbuję nie myśleć.

Za dnia studiowałem, wieczorami i w weekendy pracowałem w kawiarni, a noce należały od tamtego momentu do Niego. Prawdą jest, że chodziłem nieco niewyspany, ale był to raczej marny powód do zaprzestania naszej małej działalności. Tak upłynął miesiąc. Miałem kolejny wolny weekend, co oznaczało możliwość odespania wszystkich nocy, które upłynęły nam na ćwiczeniach rekreacyjnych. Było niemal południe, a ja leżałem w pustym łóżku. Znów byłem sam i chłonąłem ciszę. Za każdym razem, gdy Michał wychodził z domu zastanawiałem się czy jeszcze w ogóle wróci. Czułem się jakby obecna sytuacja umacniała stare paranoje i pogłębiała tkwiące gdzieś w środku poczucie, że miłość jest dla głupców i może zniknąć za każdym razem, gdy tylko On przekracza próg.

Prawda była taka, że najbardziej byłem przyzwyczajony do widoku jego pleców. Nie tylko jego. Gdy tylko zajdzie taka potrzeba bądź chociażby sposobność, każdy jest w stanie odwrócić się do ciebie plecami. Najczęstszym widokiem jest widok człowieka odchodzącego. Nie mogłem jednak narzekać, w tym wszystkim również ja miałem swój udział. Za każdym pieprzonym razem, gdy tylko próbowali karmić mnie bajkami o miłości i legendami o wspólnym życiu, widzieli moje plecy. Przyzwyczaiłem się do odchodzenia, jednak tym razem miałem do tego mieszany stosunek. Kolejne odejście Michała będzie ostatnim. Są rzeczy, których nie trzeba wypowiadać, a które czuje się i wie z racji siły rzeczy i niemożności bytu. Z racji naszych słabości i ograniczeń, które co rusz podcinają nam skrzydła i każą latać nad oceanem, w którym zbyt łatwo jest zatonąć.

Bałem się, że jego ostatnie odejście może zrujnować mój ład. Jednak taki układ, jak każdy inny, miał swoje zalety. Gdy każde z nas może swobodnie odejść, to żadna strona nie cierpi. Gdy relacja opiera się tylko na namiętności, ocierającej się wręcz o czyste pożądanie, odarte z całej psychospołecznej otoczki, nie istnieje pojęcie zdrady. Jak można zdradzić kogoś, z kim nie jest się związanym? Jak można zdradzić kogoś, kto zwyczajnie nie współistnieje z tobą na równym poziomie? To tak jakby dźgać ducha dzidą i czekać na reakcje. On jest duchem. Jego cielesność jest tylko czarą spełnienia, ale On sam jest nieuchwytny. Człowiek, w którym nikt nie dopatrzył się ani grama duszy, człowiek istniejący po to, by być, nie dla samego sensu istnienia. Czasem widziałem w nim siebie. Widziałem z nim tę część mojego „ja”, którą chciałem odseparować, jako masę czy raczej formę wypełniającą pustkę mojego ciała. Była to od dawna jedyna część, którą traciłem, usilnie próbując się jej złapać. Wpajając sobie nową, elastyczną moralność wyzbywałem się jednocześnie celu moich dążeń. Pieprzone paradoksy, których nie można obejść. Tak czy owak czułem, że zaczynam mu się nudzić. Jedno i to samo ciało, które zna się na pamięć, powtarzane skrupulatnie brajlem, co noc… Jak długo On mógł to znosić? Jak długo jego mogło to podniecać? Niedługo.

Pozwoliłem sobie samemu na chwilę słabości. Leżąc w łóżku, w pustym domu, wiedziałem, że nikt mnie nie usłyszy. „Kurwa” krzyknąłem na całe gardło. „Mógłbym z nim być...” Powiedziałem to na głos. Sam przeraziłem się własnych słów. Moja pogarda, ironia… Wszystko znikało, gdy w grę wchodził Michał. Znów czułem się jak kurwa. Sprzedałem mu siebie, wiedząc doskonale, czym to grozi. To jak podpisanie cyrografu. Widzisz, że jest ci wydzierana własna wola, a mimo to błądzisz oczami za celem dawnych pragnień. Nie posiadając już ani ułamka sprawnie funkcjonującej świadomości, brniesz w bagno własnych nieprzemyślanych poczynań, z czego obudzisz się z poczuciem, że spieprzyłeś sobie życie. Jednak na samych przemyśleniach to życie się nie kończy. Trzeba było wstać i robić swoje. Ja w tym momencie miałem do zrobienia obiad. Proza życia robi z każdym z nas, co jej się żywnie podoba. Jak bardzo byś nie był przygwożdżony do dna własnej beznadziejności i tak musisz wstać, i ciągnąć dalej swój wózek z podłą formą życia zwaną codziennością. Nie jesteśmy w stanie od tego uciec, więc brniemy w to wszystko. Nie miałem siły ani ochoty na ubieranie się, golenie czy robienie czegokolwiek innego, więc zaraz po odgarnięciu kołdry poczłapałem do kuchni. Właśnie kończyłem przyrządzać coś, co wyszło podobnie do gulaszu, chociaż w oryginale wcale miało nim nie być. W smaku wyszło jednak niezgorsze, więc domniemana lub właściwa konsystencja nie miała znaczenia. Jak na zawołanie, niczym huragan, wpadł do domu Michał. W pośpiechu zdjął kurtkę, którą rzucił niedbale na jedno z krzeseł, po czym, nie zdejmując butów, wszedł do kuchni i zaczął myszkować po garach. Burza rozwianych, lekko kręconych włosów i szeroki uśmiech przemieszczały się po pomieszczeniu w zatrważającym tempie.


– A butów zdjąć to nie łaska? – rzuciłem tylko.


– Co ty dzisiaj jesteś taki kolczasty? Zluzuj trochę. – Usłyszałem w odpowiedzi. – W ogóle, czemu dalej jesteś nieubrany?


– A co ciebie to obchodzi? – odburknąłem.


– Ło ho, widzę, że wstałeś lewą nogą. Mi tam to pasuje, będzie mniej do zdejmowania. – Uśmiechnął się z przekąsem. – To co, szybki numerek przed obiadem?


– Nie. Zdejmij w końcu te buty, bo potem ja muszę latać z mopem i to sprzątać. Idź zajmij się sobą albo bierz talerz i obiad sobie nałóż. – Nie miałem ochoty na cokolwiek, a tym bardziej na jego gierki. Michał jednak nic sobie z tego nie robił. Wzruszył ramionami, ściągnął trampki, rzucił je w kąt i podszedł do mnie, próbując mimo wszystko dobrać mi się do bokserek.


– No weź, nie bądź taki… – szepnął mi zachęcająco do ucha i mrucząc jak kot, oplótł mnie ramionami. Robił ze mną, co chciał. Nie mogłem tak długo. Teraz seks, wieczorem alkohol i seks, a chwilę później, a może nawet i w międzyczasie, On zniknie. Tak długo jak był tym drugim, „z doskoku", nie przeszkadzało mi to, ale teraz, gdy mam tylko jego pod bokiem, zaczęło mi to ciążyć. Strzepnąłem więc z siebie jego ręce i wyszedłem do salonu. Musiałem się uspokoić. Michał jednak poszedł za mną i niczym niezrażony powtórzył ostatnią czynność. Ponownie wyzwoliłem się z uścisku i odsunąłem się.


– No co z tobą dzisiaj? – Podszedł do mnie jeszcze raz i złapał mnie za ramię. Próbowałem odtrącić jego rękę ponownie, ale tym razem uścisk był już mocniejszy. Chwyciłem go za nadgarstek i zdjąłem jego rękę z mojego ramienia. Początkowo się zdziwił, jednak szybko po raz kolejny złapał mnie za dłoń. Zaczęliśmy się szamotać i przepychać w jedną i w drugą stronę po pokoju, potykając się po drodze o meble. W końcu pchnął mnie tak mocno, że obaj upadliśmy na podłogę i jeszcze przez chwilę tarzaliśmy tam i z powrotem. Nie miałem pojęcia, że jest tak silny. W życiu bym go o to nie posądził. Przygniótł mnie do ziemi i mimo moich prób oswobodzenia się, trzymał mnie coraz mocniej. Czułem jego palce zaciskające się wokół moich nadgarstków i wbijające się coraz głębiej. Dotychczas znałem tylko ich ciepło i delikatny dotyk. Dziś były zimne i nieprzyjemne, zdumiewały siłą. Jedną nogą przytrzymywał przy ziemi moje biodro, a drugą wciskał mi w przeciwległe udo. Na jego twarzy odmalował się przebiegły uśmieszek i dało się wyraźnie zauważyć błysk satysfakcji w jego oku. Było jasne, że przegrałem tę bitwę. Pochylił się i zaczął mnie całować. Mimo moich protestów nacierał coraz bardziej. Bezprecedensowo wepchnął mi język w usta. Nie miałem szans na ucieczkę ani możliwości odmowy. Trwaliśmy tak chwilę, jednak w pewnym momencie Michał uśmiechnął się, wyraźnie zadowolony z siebie i puścił moje ręce, nadal na mnie siedząc. Byłem zbyt zdezorientowany by zareagować na oswobodzenie moich rąk. Przejechał mi delikatnie dłonią po policzku i zatrzymał ją na moich wargach. Zamarł na chwilę, a jego uśmiech stał się jakby cieplejszy. Trwało to jednak krótką chwilę. Nagle wstał, jak gdyby nigdy nic, poprawił koszulkę i skierował swoje kroki w stronę kuchni.


– To co mamy na ten obiad? – rzucił tylko przez ramię. Tak, jak gdyby nic się nie stało. – Aha, właśnie! – Zatrzymał się i odwrócił w moją stronę. – Jutro wyjeżdżam – powiedziawszy to ruszył do kuchni. Podniosłem się na łokciach, wciąż leżąc na dywanie. Byłem skołowany. Słyszałem głuchy brzęk garnków i talerzy dobiegający z kuchni i próbowałem przy ich akompaniamencie przeanalizować to, co właśnie się stało. Tego wszystkiego było już za wiele. Ostatnie zdanie przelało czarę goryczy. Nie wytrzymałem i wpadłem jak oparzony do pomieszczenia, w którym znajdował się Michał.


– Co to wszystko ma kurwa znaczyć?! – krzyknąłem, na co on spojrzał się na mnie z bezbrzeżnym zdziwieniem i zastygł z widelcem w połowie drogi. Po chwili westchnął, odłożył sztućce i oparłszy się łokciami o stół, oparł brodę na splecionych dłoniach.


– Ale o co ci chodzi? – odparł ze stoickim spokojem.


– O co mi chodzi? Kpisz teraz, żartujesz czy co robisz? – prychnąłem.


– Nie. Uspokój się, usiądź i powiedz, co masz do powiedzenia. – Jego spokojny, ale lekko zniecierpliwiony ton głosu działał mi jeszcze bardziej na nerwy. Czułem, że zaraz mogę go uderzyć.


– Nagle stałeś się taki niedomyślny! Najpierw zachowujesz się w ten sposób, a potem oświadczasz ot tak, że jutro znowu znikasz! I co?! I to jest nic?! – W odpowiedzi tylko westchnął ciężko i przeciągle. Spojrzał się na mnie zrezygnowany, po czym wzruszył ramionami.


— Słuchaj… Tobiasz, uspokój się. Mówiłem ci na wstępie, że to chwilowe i żebyś nie traktował tego jak związek. Zawsze znikam, dobrze o tym wiesz. — Tu jego rezygnacja przemieniała się w lekką irytację. — Jeżeli ci to nie pasuje, to trzeba było nie pisać się na taki układ. Nie żałuję niczego, co zrobiłem, taki jestem. Masz prosty wybór albo będziesz to znosił, albo mnie unikał. Reszta należy do ciebie. — Zaniemówiłem. Wszystkie słowa uwięzły mi w gardle. Na przemian otwierałem i zamykałem usta. Nie mogłem znaleźć ujścia dla całego mojego gniewu i frustracji. Uderzyłem pięścią w stół, krzyknąłem „kurwa” i wyszedłem. Chwilę kręciłem się po salonie, nie mogąc się uspokoić, po czym poszedłem na górę i założywszy pierwsze lepsze spodnie, które leżały pod ręką zacząłem rozglądać się za jakąś koszulką. Gdy tylko ją znalazłem założyłem ją, potem jakieś buty i wyszedłem z domu głośno trzaskając drzwiami.

Wchodząc do środka i czując przyjemne ciepło własnego, przytulnego mieszkania zorientowałem się, że dziś nie zjadłem jeszcze kompletnie nic. Poszedłem do kuchni i zacząłem nakładać sobie obiad. Zjadłem w ciszy i podchodząc do zlewu, żeby pozmywać zauważyłem, że jak zwykle zostawił w zlewie brudne naczynia. Westchnąłem z rezygnacją i pozmywałem po nas obu. Jednak coś mnie tknęło i rozejrzałem się wokoło. Jego kurtki nie było tam, gdzie ją zostawił. Zacząłem nerwowo chodzić po pokojach, począwszy od salonu, na sypialni skończywszy. Wszystkie jego rzeczy zniknęły. Przyśpieszył wyjazd lub po prostu dziś będzie spał gdzie indziej. Dla zabicia czasu włączyłem muzykę i zacząłem przeglądać notatki na studia. Dziś nie miałem odwagi wyjść do klubu. Jeżeli bym go tam spotkał, nie wiedziałbym, jak się zachować. Nie było opcji, żebym przeprosił, a rozmowa albo seks nie wchodziły już w grę. Czekała mnie leniwa wolna niedziela oraz pół wolnej soboty. Wreszcie mogłem puszczać muzykę na cały regulator i nie przejmować się zdaniem innych. Słodkie brzmienia rocka odbijało się od ścian, szyb i mebli. Moje antidotum na wszystko.

3. Każda decyzja…

…ma swoje konsekwencje i przyczyny.

Po dwóch leniwych dniach i trzech wypełnionych na przemian studiami i pracą, zaległem w łóżku zmęczony i kiepsko myślący o czymkolwiek. Zasnąłem niemal od razu, jednak około czwartej nad ranem obudził mnie telefon. W pierwszej chwili wymamrotałem tylko „pieprzony budzik" i chciałem iść spać dalej, ale coś mnie tknęło i zorientowałem się, że jest to połączenie przychodzące, a nie ustawiony wcześniej alarm. Zirytowałem się, że ktoś jest na tyle nienormalny, aby wydzwaniać o tej porze, a w dodatku nie znałem tego numeru. Poirytowany nieco całą sytuacją, odebrałem połączenie.


– Halo? – wymamrotałem zaspany.


– Dzień dobry… To znaczy… Dobry wieczór. Przepraszam, że dzwonię o takiej porze, ale powinien wiedzieć Pan od razu. – Te słowa mnie zaintrygowały i rozbudziły do pewnego stopnia. – Nazywam się doktor Alina Bieleńska, dzwonię ze Szpitala Specjalistycznego w Wejherowie. Został Pan podany jako jedyna rodzina pana Michała Wolskiego.


– Michała? Co się stało? Co z nim?! – Automatycznie rozbudziłem się na dobre, a przed oczami stanęły mi najgorsze możliwe scenariusze.


– Proszę się uspokoić, jego życiu nie zagraża bezpośrednie niebezpieczeństwo. Miał wypadek. Leży u nas na oddziale. Moim obowiązkiem jest pana poinformować – odpowiedziała pani doktor spokojnie i rzeczowo, ale nie ukoiło to moich nerwów nawet w najmniejszym stopniu.


– Czy mogę przyjechać teraz? Muszę go zobaczyć. Muszę na własne oczy się przekonać, że nic mu nie jest. – Zacząłem się coraz bardziej nakręcać.


– Radziłabym Panu raczej przyjechać w godzinach odwiedzin – odparła lekarka.


– Pani doktor, nie wytrzymam do rana. Jeżeli jego stan nagle ulegnie pogorszeniu? Co wtedy?!


– Dobrze, proszę przyjechać i na recepcji powiedzieć, że szuka Pan mnie, wtedy Pana pokierują dalej. Naprawdę, spokojnie. Jego stan jest stabilny.


– Dziękuję bardzo, będę jak najszybciej się da. Do widzenia – rzuciłem w pośpiechu.


– Dobrze, do widzenia. – Rozłączyłem się, szybko zadzwoniłem po taksówkę i ubrałem się w cokolwiek, co znalazłem w szafie. Wypadłem z domu jak oszalały, nerwowo rozglądając się za zamówionym pojazdem, a gdy wreszcie podjechał, wsiadłem do niego czym prędzej i popędzając co chwila taksówkarza, ruszyłem do szpitala. Nie jestem pewien, jaki banknot dałem taksówkarzowi, ale nie chciał mnie zatrzymać, więc prawdopodobnie było aż nadto.


Do budynku praktycznie wbiegłem, nieomal taranując stróża nocnego.


– Ja do pani doktor… yy … Bielskiej? – wydyszałem pomiędzy jednym a drugim oddechem.


– Bieleńskiej, miał pan na myśli zapewne? – Zapytany pokiwał głową w zamyśleniu.


– Tak, tak, dokładnie. Kazała się o nią pytać. – Czekałem zniecierpliwiony.


– Ach tak… – Z jakiegoś powodu ruchy tego stróża były niezwykle powolne. – Winda na prawo, trzecie piętro i korytarz na wprost. Pani doktor będzie w pokoju lekarskim.


– Dziękuję panu bardzo. – Ukłoniłem się szybko i pobiegłem we wskazanym kierunku. Po chwili siedziałem w gabinecie pani doktor. Była kobietą około trzydziestego roku życia. Energiczna, chociaż z widocznymi oznakami przemęczenia, które jednak ani na moment nie przytępiało jej świdrującego wzroku.


– Dobrze, więc… Pański… brat, jak mniemam…? – zapytała, przyglądając mi się uważnie.


– O matko, a co wpisał w karcie? – Uniosłem brwi i mimo zaistniałej sytuacji, prychnąłem rozbawiony, mając świadomość, że Michał był zdolny do wszelkich dziwactw.


– Pan Wolski wpisał Pana w rubryce „Mąż/Żona", jednak, jak sądzę, nie zwrócił uwagi na nazwy rubryk. Dostał silne środki przeciwbólowe i mogło to nieco przytępić jego percepcje. – Na jej słowa uśmiechnąłem się odruchowo.


– To jest bardzo w jego stylu… Proszę nie zwracać uwagi na takie rzeczy – odpowiedziałem natychmiast.


– Dobrze, więc przejdźmy do rzeczy. Pan Wolski był ofiarą w wypadku samochodowym. Na szczęście samochód nie jechał zbyt szybko i po drodze zahaczył również o barierki, więc na nich skupiła się cała siła uderzenia. Pański brat przechodził akurat chodnikiem. Zwykły pech. Kierowca stracił przytomność i wjechał w barierki, a razem z nimi na chodnik. Pan Wolski nie zdążył się odsunąć. Ma lekkie wstrząśnienie mózgu, złamaną kość ramienną w prawej ręce i prawą nogę w trzech miejscach. Poza tym, musimy jeszcze dokładnie go poobserwować, ponieważ część zmian i objawów może pojawić się z opóźnieniem. Na szczęście krwotoki szybko zostały zatamowane. Płuca oraz serce są w dobrym stanie. Ma sporo siniaków, kilka szwów… Proszę się jednak nie martwić na zapas, jego stan jest dobry. Mogło to się skończyć o wiele gorzej.


– Rozumiem, dziękuję bardzo. Czy mógłbym go zobaczyć? – Spojrzałem na nią z nadzieją.


– Tak, tak, proszę bardzo. Uprzedzam, że teraz śpi. Jest na naprawdę silnych lekach przeciwbólowych. Potrzebuje teraz przede wszystkim odpoczynku.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.82
drukowana A5
za 43.12