E-book
34.13
drukowana A5
45.32
drukowana A5
Kolorowa
70.55
Żołnierze jak wszyscy

Bezpłatny fragment - Żołnierze jak wszyscy


Objętość:
235 str.
ISBN:
978-83-8189-779-2
E-book
za 34.13
drukowana A5
za 45.32
drukowana A5
Kolorowa
za 70.55

Debiut ten dedykuję wszystkim, którzy wspierali mnie i wierzyli w sens tej pracy.

I Zaciąg i szkolenie

Któż jest w stanie przewidzieć co dla człowieka szykuje kapryśny los, albo też kto może wyobrazić sobie choćby ułamek tego co wyłoni się z zawieruchy dziejowej?

Żeby zrozumieć w pełni tę opowieść, ciałem i umysłem musimy się przenieść w mroźną listopadową noc. Świat był skąpany w mroku, i choć dookoła panowała cisza, tak tej nocy w sercach dzielnych Łotyszy tliła się długo skrywana nadzieja na wolność. 18 listopada 1918 roku daleko nad Dźwiną widać było trzy wątłe gwiazdy, zawieszone na wschodniej stronie firmamentu. Nagle tuż pod nim zapłonął jasny snop światła; oto wstało słońce, które swoim blaskiem w jednej chwili swym blaskiem objęło Liwonię, Łatgalię oraz Kurlandię i Semigalię. Wraz ze wstającym dniem narodziła się łotewska niepodległość, a ten twardy lud Północy po raz pierwszy w swej prastarej historii doczekał się własnego państwa. Taki był skutek odwiecznej rywalizacji wschodu z zachodem; gdy cztery lata wcześniej świat stanął w ogniu Wielkiej Wojny nikt nie był w stanie sobie uzmysłowić, że doprowadzi ona do upadku imperium niemieckiego i rosyjskiego, a już na pewno nikt nie przypuszczał, że wówczas spod ruin tych tworów światło wolności ujrzą Polacy, Litwini, Estończycy i rzecz jasna Łotysze.

Koniec Wielkiej Wojny był zaiste prawdziwym końcem XIX wieku. Upadł ostatecznie ład wiedeński, a na jego zgliszczach swój byt tworzyły narody, które po latach ciemiężenia doczekały swobody. Jednakże ten czas sprzyjał nie tylko upadkowi dawnej polityki. Wraz z nią załamał się ład moralny, zniknęły jakiekolwiek zahamowania przed zbrodnią i gwałtem. Wybiły ścieki Petersburga i Moskwy, piekło na świat wydało swe najstraszniejsze, najobrzydliwsze z mowy i wyglądu dzieci — bolszewików.

Czerwone upiory we krwi utopiły swoich panów i zawładnęły Rosją. Jednakże było im mało, bowiem ich chorą ambicją było upodlenie i stłamszenie całego świata. Na drodze stanęły im jedynie niedawno powstałe państewka Europy środkowej i wschodniej. I bez tego miały mnóstwo problemów, bowiem stały wobec problemu zagospodarowania pustki, która pozostała po dawnych imperiach. Ledwo dobrnęły do wyczekiwanej wolności, kolejne wyzwanie już na nie czekało: tę wolność należało obronić. Gdy więc mocarstwa zachodu upokarzającymi traktatami gięło karki przegranych, rachityczne republiki Polski, Łotwy i Estonii stanęły naprzeciw bolszewickiej nawale — i odparły ją, zapewniając sobie i reszcie Europy wątły pokój, który nie mógł jednak trwać wiecznie.

Upokorzona Rosja Radziecka została odparta, jednak nigdy nie wybaczyła zwycięzcom wojen lat 1919 — 1920. Czyhała na sposobność aby zgnieść swoich wrogów i krwawo zemścić się na tych, którzy mieli dość odwagi aby podeptać bezbożne sztandary bolszewików.

Mijały lata. W niepodległych państwach urodziło się pierwsze pokolenie ludzi, którzy nie zaznali żywotu pod obcą władzą. Młodzi ludzie wychowywali się i dorastali w atmosferze wielkiej radości, ale i obowiązku jakim było zachowanie wolności, o którą pod obcymi sztandarami walczyli ich rodzice, dziadkowie i dalsi przodkowie.

Europa zaś wrzała. Upokorzone Niemcy zostały zawładnięte rewizjonistycznymi wizjami Hitlera. Nie sposób im się dziwić, bowiem gorycz porażki domagała się rewanżu. We Włoszech narodził się faszyzm, który był odpowiedzią na kryzys, który zżerał od środka Italię. Była to fatalna ironia losu, że kraj będący w obozie zwycięzców Wielkiej Wojny wycierpiał zniszczenia i straty ludzkie, teraz był biedny i słaby. Podobne hasła znajdowały coraz większy posłuch na całym Starym Kontynencie.

W środku tego tygla leżała maleńka Łotwa. Wspólnym wysiłkiem całego narodu budowała swój byt w tych niepewnych i niebezpiecznych czasach. Gdy wschód coraz śmielej zapowiadał rychłe rozprawienie się z młodym państewkiem, zachód milczał; uwagę mocarstw pochłaniał Hitler, któremu z roku na rok przyzwalano na coraz więcej.

Wszystkie kraje leżące między III Rzeszą a Związkiem Radzieckim znalazły się w potrzasku…

W 1939 roku upadła Polska, rozdarta między Niemców i Rosjan. Rok później bolszewicy ośmielili się naruszyć naszą wolność, zachód zaś milczał. Nastał dla nas czas cierpienia. Tysiące moich rodaków zostało wywiezionych daleko na wschód, skąd mieli nigdy nie powrócić. Masy ludzkie wywlekane ze swoich domów rychło kończyły życie w katowniach NKWD, które sowieci instalowali jak Łotwa długa i szeroka. Młodzi, wychowani w duchu patriotyzmu, głębokiego szacunku do wolności i niepodległości nie mogli na to spokojnie przystawać. Czekali na sposobność do odegrania się. Coraz więcej unikało przymusowej służby w Armii Czerwonej, mnóstwo ukrywało się po lasach, gdzie zresztą rodziła się partyzantka. Ale wszystko to jedynie wzmagało terror.

Wybawienie przyszło nieoczekiwanie 22 czerwca 1941 roku. Hitlerowska Rzesza zaatakowała bolszewików, którzy ponosili klęskę za klęską. W kilka tygodni później niemieckie czołgi przekroczyły rogatki Rygi, a niedługo potem pogoniły czerwonych z naszej ziemi. Po tym co przeżyliśmy przez rok władzy radzieckiej, nie można nie zrozumieć tego, że żołnierzy niemieckich witaliśmy jak długo wyczekiwanych wybawców.

Zapłonęła nadzieja na odzyskanie wolności, jednakże Niemcy trzymali ją w ryzach. Tym niemniej stało się jasne, że to u ich boku możemy wywalczyć sobie przyszły byt. Wszystko było lepsze niż powrót czerwonych.

Niemcy to rozumieli. Potrzebowali nas, my zaś potrzebowaliśmy ich. W tak trudnych warunkach zrodził się ten przymusowy sojusz. Lata mijały, nadzieja nasza była silna. I w tym miejscu życie wypchnęło mnie na scenę dziejową. Każdy człowiek ma do odegrania swoją rolę, moja zaś i moich rodaków była szczególnie wymagająca.


W 1944 roku pokonanie Rosjan i stworzenie wolnej Łotwy przy pomocy Niemców wydawało się nam jeszcze jak najbardziej realne; silne poczucie konieczności wspólnej walki stwarzała zręcznie niemiecka propaganda — i nie będę ukrywał, że w wielu przypadkach trafiała na bardzo podatny grunt. Łotysze marzyli o wywalczeniu niezależnego i bezpiecznego państwa Niebawem mieliśmy się przekonać jak wysoką cenę przyjdzie nam zapłacić za te marzenia…

Nie wszyscy z nas byli ochotnikami; już wcześniej, w 1943 roku sytuacja III Rzeszy na frontach wojny światowej stawała się coraz to gorsza. Doszło więc do tego, że oprócz zaciągu dobrowolnego, zaczęto sięgać po rekruta.

Ja jednak zgłosiłem się na ochotnika, choć bardzo późno. Miało to miejsce w styczniu 1944 roku, miałem wówczas dwadzieścia jeden lat. Do tej pory uniknąłem powołania. Sporo moich kolegów trafiło już do różnych formacji, czy to wojskowych czy też pomocniczych, a ja jak dotąd nie zostałem temu poddany. Podejrzewałem, że to wynik zabiegów mojego ojca, który wolał, by jego jedyny syn pobierał nauki na uniwersytecie w Rydze, co do tej pory czyniłem, choć bez większej ochoty a co za tym idzie, bez sukcesów. Odkąd zdałem maturę, odbijałem się po wydziałach filologii, historii, bawiłem się trochę w dziennikarstwo. Ale poza pisaniem wszystko inne mnie nużyło: czułem się jakobym był przeznaczony do czegoś wspanialszego. Pochodziłem z domu o tradycjach pielęgnowania nauk humanistycznych, fakt, ale uniwersytet mnie przytłaczał. Żyłem marzeniami i ideałami, chciałem wnieść swój wkład w dorobek ludzkości. Dokonać czegoś niezwykłego. Doprowadzałem tym do szału moich rodziców; głowa w chmurach może zaprowadzić do wymarzonej wielkości, ale często wiąże się z fatalnymi wynikami i ocenami, na każdym stopniu edukacji.

Wisiało nade mną widmo ostatecznej relegacji z uczelni, czułem, że przy kolejnym potknięciu ojciec już nie uchroni mnie przed wezwaniem do służby, które każdego dnia dostawało coraz więcej młodych. Miałem wrażenie, że i dla mnie jest to nieuchronne. Tymczasem pewnego dnia śpiesząc gdzieś jedną z ryskich ulic, napotkałem jego — dumnego łotewskiego żołnierza, o pięknych rycerskich rysach, w mundurze niemieckim, z charakterystycznymi runami SS na kołnierzu, ale z łotewską flagą na rękawie. Patrzył na mnie swoim przeszywającym wzrokiem, ale nic nie mówił — jak to postacie na plakatach werbunkowych. Ale biła z tej postaci powaga, a słowa widniejące pod nią głosiły hasła o poświęceniu, walce o ocalenie Ojczyzny — no, takie tam bzdety jakie zwykle pisze si na takich plakatach. Ale problem polega na tym, że działają one niezwykle skutecznie na wszelakich młodych wariatów, zwłaszcza na ideowców i marzycieli. Podjąłem decyzję, ostateczną i nieodwołalną. W sposób typowy dla młodych ludzi — nie zastanawiając się nad nią długo.

Wydawało mi się, że w ten sposób otrzymam lepszy przydział niż do policji albo jednostki budowlanej. I nie ukrywam, że zaciąg do SS przynajmniej na początku dał mi poczucie pewnego rodzaju wyróżnienia; my byliśmy tymi, którzy ocalą Łotwę i całą Europę przed najazdem bolszewików — taki obraz łotewskich i innych żołnierzy SS budowała niemiecka propaganda. Ku mojemu zdziwieniu, poparli mnie w tym poglądzie rodzice.

Spora część rekrutów była jednak zwykłymi poborowymi — dostali wezwanie na stawienie się przed komisją wojskową i nie mieli możliwości odmówić, bo wiązało się to z dotkliwymi karami. Tym bardziej czułem się na swój sposób wyjątkowy, jakbym działał poza schematami.

Tak więc początkach stycznia 1944 roku stawiłem się w punkcie werbunkowym w stolicy Łotwy — w moim rodzinnym mieście, w Rydze. Po zgłoszeniu i przejściu przez komisję lekarską dostałem pisemne polecenie by po tygodniu stawić się w starych ryskich koszarach. Miałem zaopatrzyć się w zapasową bieliznę, tygodniowy zapas suchego prowiantu oraz środki higieny osobistej. Mimo wojennych trudności z aprowizacją, udało mi się wszystko to zgromadzić bez większych problemów. W wyznaczonym dniu pożegnałem się czule z rodzicami — nie próbowali mnie zatrzymywać, byli nawet w jakiś sposób szczęśliwi, uważali tę służbę za realizację patriotycznych wartości.

Dumy nie krył mój ojciec — weteran Wielkiej Wojny, a następnie walk o niepodległość i granice. Zaczynał w armii rosyjskiej, służył w pułkach strzelców łotewskich i z frontu przywiózł dwa Krzyże Świętego Jerzego. Po rewolucji 1917 roku zdezerterował ze swojego pułku (ten bowiem w większości przeszedł na stronę czerwonych); przez pewien czas błąkał się po dawnym imperium carów, które powoli staczało się w otchłań wojny domowej. Ostatecznie jednak wrócił do domu w Rydze, tam zaś po pewnym czasie zaciągnął się do organizującej się armii łotewskiej. Razem z Polakami bił bolszewików pod Dyneburgiem, zaliczył też epizody w brutalnych walkach z Bałtycką Landeswehrą — w efekcie tego krzywo patrzył na Niemców, również po 22 czerwca 1941 roku. Niemniej jednak moją służbę w Waffen-SS postrzegał jako kontynuację rodzinnej tradycji walki o niepodległość.

Stawiłem się więc na miejscu zbiórki, gdzie po sprawdzeniu obecności rekrutów i ich wyposażenia uformowano nas w kolumnę i zaprowadzono na obszerny plac znajdujący się w pewnej odległości od koszar. Znajdowały się tam samochody ciężarowe, na które nas załadowano a następnie zawieziono do ośrodka szkoleniowego w miejscowości Cekule, w niedalekiej odległości od Rygi. Zwożono tak poborowych z niemal całej Łotwy. Po przyjeździe i rozładunku wszyscy przyszli żołnierze zostali zgromadzeni na placu apelowym, gdzie powitał nas krótko komendant ośrodka. Następnie dzielono nas w kompanie i przydzielano do poszczególnych baraków. Były to podłużne drewniane domki, stawiane na murowanych fundamentach, dzielone na izby — każdą zajmowała jedna drużyna. Wyposażenie pomieszczenia składało się na odpowiednią ilość łóżek piętrowych, szafek koszarowych i metalowego piecyka.

W czasie przydzielania do pododdziału spotkała mnie ogromna niespodzianka. Razem ze mną w drużynie znalazł się mój przyjaciel z lat szkolnych, Toms Sauers! Spotkaniu temu towarzyszyła niewypowiedziana radość. Mimo, że znaliśmy się od dawna, dopiero wspólne szkolenie i przeżycia na froncie miały prawdziwie ugruntować naszą przyjaźń…

Poza barakami mieszkalnymi, w obozie znajdowały się dwa lub trzy duże murowane budynki służące jako łaźnia oraz parę pomniejszych latryn. Murowane były też budynki zajmowane przez administrację oraz kwatery oficerów i podoficerów. Oczywiście bardzo ważny był budynek kuchni i stołówki. Część, gdzie mieściła się kuchnia oraz magazyn żywności była także murowana, natomiast stołówka zbudowana była z drewna. Było to bardzo obszerne pomieszczenie wyposażone w długie stoły i ławki. Oficerowie i podoficerowie jadali razem z szeregowymi.

Gdy zapadły pierwsze decyzje o przydziałach każda drużyna została wysyłana do magazynu celem zdeponowania ubrań cywilnych i pobrania mundurów. Taka „wymiana odzieży” zajmowała dość dużo czasu, bowiem trzeba przyznać, że intendenci skrupulatnie podchodzili do swojej pracy i starali się dobrać nam ekwipunek możliwie dopasowany. Każdy z nas otrzymał więc parę skórzanych trzewików, wełnianych skarpet, brezentowych „spinaczy” na kostkę, dwie bawełniane koszule, podkoszulek, sukienne spodnie i kurtkę, sukienną furażerkę albo czapkę polową (ja dostałem czapkę), płaszcz oraz oczywiście pas z klamrą, na której widniała nasza dewiza — Meine Ehre heißt Treue, Moim honorem jest wierność. Dla nas liczyła się wierność wobec naszej ojczyzny. Z czasem to hasło nabrało drugiego znaczenia — front pokazał nam jak ważna była wierność wobec naszych towarzyszy. Honor był wartością najwyższą, wyznacznikiem sensu naszego bytu. Nawet gdy już było wiadomo, że wojna jest przegrana, my staliśmy u boku naszych sojuszników, do samego końca. Taka była cena przysięgi.

W początkowym okresie szkolenia mundury były pozbawione jakichkolwiek naszywek — patek, naramienników etc. Naramienniki i patki na kołnierz mieliśmy dostać dopiero na koniec szkolenia, niejako na znak jego ukończenia. Natomiast niemal od razu na mundurach zaczęły pojawiać się naszywki w barwach łotewskich. W pierwszych dniach części z nowo przybyłych rekrutów wydano „tarcze” produkcji lokalnej oraz niewielkie ilości naszywek produkcji niemieckiej. Bardzo łatwo było je odróżnić — te produkowane na miejscu różniły się kształtem, szczegółami wykonania i materiałami wykorzystanymi do ich stworzenia. Czasem były szyte ręcznie, czasem widać było robotę maszynową lub naszywkę w całości wydrukowaną na materiale. Niektóre były zaopatrzone w napis „Latvija” na górnej części — ale nie zawsze, tu również nie było żadnej reguły.

Tymczasem naszywki niemieckie były jednakowe w swojej formie: haftowane maszynowo na regularnych kawałkach czarnego sukna, prostokątne o zaokrąglonej dolnej krawędzi. Po przekątnej, od prawego rogu w dół, do lewego boku biegł biały pas, który w połączeniu z czerwonym tłem dawał wrażenie łotewskiej flagi (choć taki układ był wspólnym mianownikiem dla wszystkich tych tarczek). Natomiast w lewym górnym rogu haftowano maszynowo napis „Latvija”. Co do naszywania tego elementu, też nie było jednej reguły — część nosiła tarczki na rękawie lewym, część zaś na prawym.

Bardzo rzucała się w oczy różnorodność wydawanego nam umundurowania, przynajmniej podczas okresu szkoleniowego. Dość łatwo można było na przykład zauważyć, że wydawano nam różne modele kurtek, różniące się szczegółami wykonania. Ponadto nietrudno było odnieść wrażenie, że niektórzy dostali mundury mocno już zużyte. Ja osobiście miałem szczęście, udało mi się dostać zupełnie nową kurtkę mundurową.

Moja kurtka była jednak nieco za duża. Poradziłem sobie jednak z tym problemem; pewnego razu odniosłem kontuzję kolana na ćwiczeniach w terenie i musiałem być hospitalizowany. W obozie nie było wówczas jeszcze odpowiednio wykwalifikowanego lekarza, toteż zostałem odesłany do Rygi, do specjalisty. Ten zalecił tygodniową rekonwalescencję, którą mogłem spędzić w domu rodzinnym. W tym czasie zdołałem odwiedzić znajomego krawca, który zajął się moim mundurem. Skrócił odrobinę rękawy i korpus (w tym celu musiał odpruć i ponownie naszyć dolne kieszenie, tylko nieco wyżej) oraz wytaliował kurtkę. Dzięki tym poprawkom zyskała ona wizualnie oraz jej noszenie stało się wygodniejsze. W późniejszym okresie straciłem ją — została zniszczona w boju i dostałem nową, kurtkę, choć na szczęście lepiej już dopasowaną.

Mijały kolejne tygodnie przepełnione żołnierską edukacją. W tym czasie codziennie poza niedzielą trwały szkolenia przygotowujące nas do służby frontowej. Na początku przeszliśmy przyśpieszony kurs niemieckiej musztry. Były to żmudne i wyczerpujące zajęcia. Dopiero gdy do perfekcji opanowaliśmy równe maszerowanie i wszystko co związane z płynnym poruszaniem się po placu apelowym, przystąpiliśmy do dalszej nauki. Rzecz jasna dużą część czasu poświęcano na uczenie nas języka niemieckiego, a konkretnie absolutnych jego podstaw, mających umożliwić nam funkcjonowanie w niemieckiej armii. Było to o tyle ważne, że nie każdy mówił w tym języku w wystarczającym stopniu. Dla części więc była to okazja do poznania języka niemieckiego od podstaw, dla innych dobra okazja do szlifowania nabytych już umiejętności. Niemniej jednak osoby słabiej nim władające stanowiły mniejszość; należy pamiętać, że przecież nasza Łotwa od zawsze znajdowała się pod dużym wpływem tego języka a Niemcy stanowili przecież ważną i liczną mniejszość.

Osobiście nie miałem z niemieckim żadnych problemów. W domu rzecz jasna mówiło się po łotewsku, jednakże ojciec miał wśród swoich przodków Niemców bałtyckich i zależało mu abym znał mowę jego przodków. Ciekawą figurą był mój ojciec — z jednej strony pielęgnował pamięć o swoich przodkach, z drugiej za młodu prał Freikorpsy aż miło, i wcale nie pałał do Niemców sympatią gdy w 1941 roku pogonili Iwana z Łotwy. Widać gdzieś po drodze obudził się w nim łotewski patriota. Sam natomiast posługiwał się niemieckim bardzo biegle, podobnie zresztą jak matka. Od małego rodzice uczyli mnie mowy Goethego. Gdy podrosłem i poszedłem do szkoły, znacznie wyprzedzałem swoich rówieśników pod tym względem. Zawsze miałem bardzo dobre oceny z niemieckiego.

Każdy dzień rozpoczynał się porannym apelem i krótką rozgrzewką fizyczną. Dopiero potem otrzymywaliśmy skromne śniadanie. Następnie aż do popołudnia czas wypełniały rozmaite zajęcia: ćwiczenia ogólnorozwojowe, nudne ćwiczenia z musztry na placu apelowym, a ponadto zajęcia bardziej umysłowe: nauka niemieckiego rzemiosła wojennego. Zaznajomiono nas z obsługą różnego rodzaju uzbrojenia, podstawami taktyki i współdziałania w grupach. Kiedy instruktorzy uznali, że wystarczająca jest nasza wiedza teoretyczna, zaczęła się najciekawsza część szkolenia: zajęcia praktyczne. Na początek broń: namacalnie poznaliśmy różne aspekty jej działania i obsługi, odbyły się również pierwsze próby na strzelnicy. Co ambitniejsi z rekrutów prześcigali się w osiąganiu coraz to lepszych wyników.

Następnie odbywaliśmy mnóstwo ćwiczeń polowych. Szlifowaliśmy różne warianty poruszania się w terenie, toczyliśmy zaaranżowane starcia mające realnie pokazać nam to, czego możemy się spodziewać na polu bitwy. Każdego dnia inny rekrut otrzymywał nową rolę: codziennie inny z nas miał okazję objęcia komendy nad ćwiczebnym oddziałem i sprawdzenia swojej wiedzy w praktyce. Każdorazowo oceniali nas instruktorzy. Oczywiście i na mnie nadeszła pora. Sprawdziłem się na stanowisku komendanta, jednak bez wybitnych czy oszałamiających rezultatów.

Wszystko to odbywało się w okolicy oddalonej od obozu o kilkanaście kilometrów. Codziennie pokonywaliśmy pieszo duże dystansy, zawsze obciążeni pełnym ekwipunkiem. Nie było taryfy ulgowej dla nikogo. Późnym popołudniem wracaliśmy do Cekule, gdzie czekał na nas posiłek. Po nim do wieczora zazwyczaj odbywały się kolejne lekcje.

Wyjątki stanowiły niedziele, które były wolne. Wszyscy starali się też zdobyć przepustki na sobotni wieczór, aby już wówczas zakosztować wolności. Gdy tylko nadarzała się okazja, wybieraliśmy się do niedalekiej Rygi, gdzie chodziliśmy do kina lub napić się w jednej z wielu tamtejszych knajp. Niektórzy przy okazji nawiązywali przelotne znajomości z napotkanymi dziewczętami.

Pod koniec szkolenia nastąpiła uroczystość przysięgi. Zgromadzono wszystkich na placu apelowym i w obecności oficerów powtórzyliśmy słowa przysięgi:


Przysięgam Ci, Adolfie Hitlerze,

jako wodzowi i kanclerzowi Rzeszy Niemieckiej wierność i odwagę. Przyrzekam Tobie i wyznaczonym przez ciebie przełożonym, wierność do śmierci. Tak mi dopomóż Bóg.


Słowa te wywoływały pewien zgrzyt, bowiem ogromna większość nas w nosie miała Adolfa Hitlera i jego Rzeszę. Oczywiście, że chętnie wszyscy przysięgali by wierność państwu łotewskiemu, kłopot jednak w tym, że na ten moment takowe nie istniało oficjalnie. Tyle, że mogło zaistnieć wolne po pokonaniu czerwonej zarazy i ta świadomość była wyznacznikiem naszego etosu: walczymy w obcym mundurze, przysięgamy wierność przywódcy obcego państwa, ale w tej chwili to nasza jedyna deska ratunku — kompromis na jaki naród łotewski musi pójść, jeśli chce uratować swoją spuściznę i zapewnić sobie byt w przyszłości.

Po przysiędze jasne było, że nasza bytność w jednostce szkoleniowo-uzupełniającej dobiega końca. Niektórych kierowano do służby instruktorskiej dla nowych rekrutów, którzy w cekule pojawiali się regularnie, w momencie gdy kolejna partia nowych żołnierzy ruszała na front. Inni zaś byli kierowani na rozmaite kursy i nauki uzupełniające. Przykładowo, ja i Toms odbyliśmy szkolenie z zakresu likwidowania wrogich czołgów. Ta wiedza okazała się cenna i ratowała nas potem w ciężkich momentach.

Nadszedł kwiecień, zima ostatecznie ustąpiła wiośnie. Ten odwieczny cykl nabrał znaczenia symbolicznego — byliśmy gotowi do walki i lada dzień należało spodziewać się odesłania do docelowych jednostek. Nie pomyliłem się ani trochę w tych przewidywaniach. Pewnego razu podczas wieczornego apelu dostaliśmy rozkazy: pojutrze wymarsz na front! Cóż za niesamowita chwila. Z jednej strony wielu na to czekało, jednakże i na tych padł blady strach. Do tej pory o froncie czytaliśmy w gazetach albo oglądaliśmy go na pompatycznych kronikach filmowych. Widzieliśmy uśmiechniętych żołnierzy, ruszających do ataku na nowoczesnych pojazdach, ze wsparciem samolotów, artylerii dalekiego zasięgu. Te obrazy robił na nas piorunujące wrażenie. Ale czy to wygląda tak naprawdę?

Następny dzień był wolny. Rano skierowano nas do magazynów po wydanie odpowiedniego sprzętu. Dostaliśmy cały niezbędny ekwipunek. Szczególną uwagę przykuły płócienne bluzy pokryte z dwóch stron kamuflażem, zakładane przez głowę. Byłem jednym ze szczęściarzy, którym się taka trafiła. Oprócz tego każdy dostał płachtę namiotową, również pokrytą kamuflażem, a niektórzy specjalne pokrowce na hełmy. Oprócz tego oczywiście plecaki, koce, przybory do jedzenia, konserwacji broni — słowem wszystko, co było nam potrzebne na froncie.

Popołudniu pojechaliśmy sporą grupą na ostatnią przepustkę do Rygi, aby poszaleć przed odjazdem. Przy okazji odwiedziłem rodziców, obiecałem oczywiście, że będę na siebie uważał i, że nie będę niepotrzebnie zgrywał bohatera ani też nie będę tchórzył. Matka żegnała mnie zapłakana, ojciec z kamienną twarzą, niemniej podkreślali, że są dumni z powodu obranej przeze mnie drogi.

Potem dołączyłem do kolegów i zrobiliśmy wyprawę po knajpach i pijalniach jakie znajdowały się w centrum łotewskiej stolicy. Po kilku godzinach tej alkoholowej pielgrzymki wszyscy ledwo trzymali się na nogach. Późną nocą udaliśmy się na stację kolejową (cud, że nikt nie wpadł pod pociąg!), podjechaliśmy ostatnim pociągiem do Salaspils, a pozostałe kilka kilometrów pokonaliśmy pieszo, zataczając się, odbijając od przydrożnych drzew i wpadając parę razy do rowów. Na szczęście wartownicy na bramie obozu nie czynili nam nieprzyjemności z powodu naszego późnego powrotu i stanu ciężkiego upojenia alkoholowego.

Wymarsz zarządzono dopiero na godzinę pierwszą po południu, więc zdołaliśmy choć trochę pospać. Mimo to wielu z nas cierpiało bóle głowy i niezbyt przyjemne atrakcje żołądkowe. Nie było dla nikogo taryfy ulgowej, toteż o wyznaczonej godzinie stawiliśmy się na placu apelowym w pełnym rynsztunku. Komendant wygłosił mowę pożegnalną, ale muszę szczerze przyznać, że nic z niej nie pamiętałem… podobnie jak wielu moich kolegów.

Nastąpiła chwila opuszczenia poligonu w Cekule. Nim to nastąpiło wydano nam jeszcze broń (ale na razie bez amunicji) i pieszo ruszyliśmy do Salaspils, gdzie załadowaliśmy się do pociągów. Ruszaliśmy na wschód, wgłąb Rosji — nasza Dywizja toczyła od miesięcy walki w okolicach miasta Ostrow.

II Front

Do pokonania mieliśmy około trzystu kilometrów. Podróż wojskowym transportem była niezapomnianym przeżyciem; wszyscy w napięciu oczekiwali końca trasy i rzucenia się w wir prawdziwej służby! Jednakże pierwsze atrakcje czekały nas jeszcze w trasie. Gdy przekroczyliśmy granicę łotewsko-rosyjską, od razu odczuliśmy działalność partyzantów. Kiedy pociąg przetaczał się przez zalesione okolice, nie raz można było usłyszeć świst kuli i głuche uderzenie pocisku w grubą ścianę wagonu. Te zaczepki były niegroźne, ale przypominały o stałym niebezpieczeństwie jakie na nas czyhało. Bardziej dotkliwą niedogodnością były sabotaże dróg żelaznych. Katastrofalne w skutkach były ataki minowe na przejeżdżające transporty kolejowe. Aby je złagodzić, przed każdą wojskową lokomotywą jechała pusta platforma lub też dwie. Ich prozaiczna rola polegała na aktywowaniu ewentualnej miny i przyjęciu na siebie mocy eksplozji. To nas na szczęście ominęło, tym niemniej kilka razy skład zatrzymywał się gdyż konieczne było reperowanie niszczonych torowisk. Wówczas okazywało się, że wspomniane platformy przewożą zazwyczaj zapasowe fragmenty szyn, podkłady kolejowe i wszelakie narzędzia umożliwiające naprawy. Mimo to robota była ciężka i żmudna, pochłaniała mnóstwo sił i czasu.

Gdy pociąg dotarł w okolice Ostrowa niezwłocznie rozpoczęliśmy wyładunek sprzętu i ludzi. Mała stacja kolejowa, która była punktem przeładunkowym w drodze na front była obrazem nędzy i rozpaczy. Budynek stacji stanowiły już tylko ściany, w dodatku całe czarne od sadzy. Na środku frontowej ściany znajdowała się biała, drewniana tablica z nazwą miejscowości — jednakże nie dało się z jej nic odczytać, bowiem połowa była spalona. Dookoła walały się rozbite cegły i wypalone belki, stanowiące niegdyś konstrukcję dachu. W pobliżu znajdowały się jeszcze inne budynki, magazyny i warsztaty a w odległości kilkuset metrów widać było zabudowania wioski. W oczy rzucała się jeszcze duża drewniana tablica, na której wymalowano wielki czarny napis „Nach Front” i strzałkę oznaczającą kierunek. Kawałek dalej stał kolejny znak, przykład frontowego poczucia humoru. Niemieckie hasło „Wilkommen Am Arsch der Welt” dość dobrze oddawało realia otaczającego nas krajobrazu. Faktycznie, istny Anus Mundi.

Jeden z oficerów, Untersturmführer będący zapewne jednym z dowódców naszego transportu zapytał któregoś z napotkanych kolejarzy o komendanturę; ta znajdowała się w jednym z mniej zniszczonych pomieszczeń budynku. Ustuf poszedł więc zameldować się u dowódcy i poprosić o dalsze instrukcje. Wrócił po kilkunastu minutach i oznajmił nam, że nim ruszymy w dalszą drogę musimy zaczekać na ciężarówki, które zawiozą nas na front. W tej chwili nie było wolnych pojazdów. Komendant stacji nakazał nam ulokować się w jednym z magazynów i czekać.

Czekaliśmy więc. Na stację przybyliśmy wczesnym popołudniem i do wieczora nic się nie zmieniło. Od czasu do czasu nad głowami przelatywały jakieś samoloty; wzbudzało to nasze przerażenie. Niewielkie grupki naszych, które rozłożyły się na zewnątrz zerkały nerwowo w górę. Zauważył to jakiś przechodzący akurat podoficer Wehrmachtu. Przystanął, uśmiechnął się kpiąco i zagadał do nas.

— Co chłopaki, nowi?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 34.13
drukowana A5
za 45.32
drukowana A5
Kolorowa
za 70.55