E-book
4.73
drukowana A5
37.51
Znieczulenie ogólne

Bezpłatny fragment - Znieczulenie ogólne

Objętość:
183 str.
ISBN:
978-83-8440-599-4
E-book
za 4.73
drukowana A5
za 37.51

Dotyk

Nie wszystko, co milczy,

zasługuje na szacunek. Żadna rysa

na szkle nie tłumaczy bliskości znaczeń.


Zakochałam się

w braku twoich marzeń,

w milczeniu czasu, który niczego się

nie spodziewa.


Naszkicowałam ci osobisty uśmiech,

taki pasujący do dzisiejszego płaszcza.

Pogrążam się w myślach,

na jakie nie liczyłam.


Nawet ból jest tym, na co wiernie czekamy.

Przemieszcza się szklany oddech,

dotyk szyty na miarę.


Mój smutek nie mieści się

w czterech ścianach. Radość osiada

na rzęsach, tłumaczy się z miłości.


Zazdroszczę światom,

tak boleśnie dopasowanym.

Twoja łza

Która łza jeszcze do niedawna należała

do ciebie? Jaki oddech, sprzedany

nierozsądnie, pasuje dziś do płuc?


Od kiedy twoje kroki są

tak bogate w prawdę? A może to zegar

przestał ufać własnym wskazówkom?


Zaczarowana prostota

powstaje z martwych; nie brakuje mnie

tutejszym wątpliwościom.


Sumienie podkrada porzucone serca.

Nawet naleciałości po bezkresie

stają się rokroczną wymówką.


Może to kompletna porażka

pozbawia wyrzutów?

Klękam, przede mną całe życie,

resztka świata.


Nawet pobożny sezon, doszczętnie

przejaskrawiony, kończy się o stałej porze.

W głębi ciała

Każda rana, nawet ta niezauważona, roi się

od marzeń. Każdy wstęp donikąd

prowadzi poza ścieżki uwielbienia;

nawet ciało, odziane w oddech,

jest dziś bezsennym alibi.


Pora, żeby wyleczyć się z przeszłości —

z pragnień, o jakie prosiłam każdego poranka,

każdej nieokrzesanej nocy.


Wciąż wymagam zbyt wiele światła,

zbyt wiele czasu, aby upokorzyć duszę.

Być może jestem życzeniem,

co spełnia się tylko raz.


Może przypominam życie,

które nie doczeka się kresu. W głębi ciała

drży ukojenie — tak górnolotne,

że gubię się w przyszłości.


Czy to kalendarz, czy to przepaść — wszystko

kojarzy się jednoznacznie.

Do zmysłów

Gdzieś pod sklepieniem zalęgło się życzenie —

ciało wymaga specjalnej opieki.

Tam, gdzie spać chadzają zmarli,

kruszy się horyzont.


Być może jestem stracona, tego nie wie

nawet przypadkowo napotkany sen.

Czuję, jak ulatnia się

niedokończony pocałunek, sumiennie podarty.


Kto wie, czy wzejdzie we mnie

świeży księżyc? Może bezkształtne ciało

odpoczywa u progu raju?


Chciałam być myślą, która nie spełni się

jako słowo; chciałam stanowić przepaść,

w jakiej giną najwrażliwsi.

Wiem, że ocknęła się we mnie burza, huragan,

który nie ujarzmi dziecięcych snów.


Ocknę się jako niedokończona modlitwa,

jako kaprys wieczności. Nauczę się

żyć od nowa. Zrozumiem, którędy do zmysłów.

Barykady ludzkości

Nie potrafię oddzielić marzeń od bólu.

Nie wiem, która z dróg wiedzie za margines.

Zbyt łapczywe są kroki

na delikatnej skórze snu — nawet krew,

choć przyzwoita, karmi się

cudzym szczęściem.


Przemieszcza się we mnie jutro,

takie jak sprzed minionej wieczności;

kolejny dzień, co nie zgaśnie,

zanim nie przeliteruję własnego imienia.


Być może jestem

bezdźwięczną odpowiedzią na smutek.

Podobno wszystkie wspomnienia wiodą

ku przyszłości; nawet te, które dawno

się przeterminowały.


Usiłuję zatrzeć granicę między ciałem

a proroctwem — nie umiem schwytać czasu

we własne usta. Błagam cię, zbuduj mi

domek z kart. Wznieś zamek z piasku.


Każde z tych wierzeń prowadzi

na barykady ludzkości.

Uchylone okno

Marzenia, którym nie zależy

na kłamstwu światła.

Pragnienia, jakie kolidują z przypadkowo

napotkanym ciałem.


Łączą się we mnie wyrzuty — czy bezsens

czasu prowadzi za granicę wszechrzeczy?

Łza dogoniła łzę, dźwięczy

pusta przypowieść.

Może jestem stworzeniem, co czeka

na przyszłość zbyt nachalnie?


Zatrzaskuję za sobą

niespójną rzeczywistość — od dawna szukam

cię po tej stronie życia. Zasypiam,

choć okno pozostaje kusząco uchylone.


Odchodzę, choć jutro naprzykrza się

melancholii. To tylko garść westchnienia,

bezkształtne oczekiwanie na coś,

co nigdy nie wróci.


Wymarła ostatnia krynica samotności.

Miłość złorzeczy pamięci.

To chyba wczoraj, nic ponadto.

Siedlisko cieni

Namalowałam ci świat, rodem ze snu.

Wzniosłam pałac milczenia,

aby Bóg zasypiał w nogach łóżka.


Odchodzę, choć życie odmawia

posłuszeństwa. Usiłuję odnaleźć

światło w siedlisku cieni.


To tylko zbyt pochopny rozkaz,

nic więcej; martwe są również łzy.

Oddech należy do kogoś jeszcze,

do kogoś, kto domaga się pragnień.


Podejdź, przedstaw mi

swoją rzeczywistość. Czy znów obudzę się

w przypadkowym ciele?

Czułość, zadedykowana nadmiarowi,

nie przypadła do gustu zmysłom.


Słyszę coś na kształt samotności,

coś, co do bólu kojarzy się

z przypływem. Może to prawda,

zbyt jałowa, stoi u wrót tęsknoty?


Przeklinam przeszłość,

złorzeczę pamięci, nie rozumiem miłości.

Nasycić kamienie

I cóż, że światło gromadzi się

pod powiekami, skoro nie rozumiem

ani jednego słowa?

Cóż, że jestem jaskrawa jak pierwsze słońce,

nawracająca noc?


Wszystko, co moje, ugrzęzło

w połowie myśli. To, co sprzedane,

od dziś towarzyszy zaniechanym łzom.


Może jeszcze uda mi się

zostać człowiekiem.

Może pogodzę się z Bogiem. Na przeszkodzie

stoi tylko twoja krew.


Nie, już nie płaczę; smutek zbyt wiele

ode mnie wymagał. Przypominam

do złudzenia twoje powietrze.

Koliduję ze światłem, jakie odnalazło mnie

po niewłaściwej stronie snu.


Nie nasycę sobą kamieni. Nie nakarmię

duszą straconych. Objawię się niby los,

niby dotyk łaskawszy od pocałunku.

Odrobina iluzji

Zatańczę na twój rozkaz. Przypatrzę się

prawdzie, której wciąż brak tęsknoty.

Naszkicuję cień,

aby niebo mogło zasnąć.


Próbuję dosięgnąć wzrokiem raju —

tutejszy ból jest bez znaczenia.

Czy zdołam nakarmić sobą bliskość?

Czy uda mi się odnaleźć

w rzeczywistości odrobinę iluzji?


To nie mógł być przypadek — moje ciało

faktycznie należy do kogoś innego.

Wciąż się uczę, jak iść

pomimo marzeń; pomimo życia,

które nie pamięta własnego końca.


Pora przyswoić sobie samotność, zrozumieć,

że nawet strach zasługuje

na krztynę czasu. Uganiam się

za przeszłością; nawet lata,

co żywią się nostalgią,

dziś przypominają zaległą obietnicę.

Nie zapalaj nocy — daj szansę porankowi.

Na swoją kolej

Nie zapalaj kolejnej świecy —

o tej porze zaczyna się jasność. Nie udawaj,

że myśli chodzą tymi samymi ścieżkami

co ból — samotność

jest sprawą wielce przykrą.


Przymykam okno, uchylam drzwi — serce

jest gotowe do drogi.

Przymierzam ten sam oddech, niedopasowany

do płuc; nawet ucieleśnione pragnienia

wiedzą, że los zna inne imię.


Może nauczę się być tak jak wiatr —

niepostrzeżenie, z pewną rezerwą,

żeby ciało nie sprzeciwiało się ziemi.


Możliwe, że wróci sen, który przyniósł

mi przyszłość; powróci pustka,

dla jakiej mogłabym żyć w nieskończoność.


Nauczę się kochać ciszę, wielbić

nadąsany uśmiech. Nawet litość,

choć przeklęta, czeka na swoją kolej.

Za bezsenność

Przebyłam zbyt wiele dróg, aby uwierzyć

w czystość twoich łez.

Pokonałam dostatecznie wiele myśli,

żeby stanąć na granicy jutra.


Być może uwierzę w światło,

kiedy twoje ciało spocznie w moich dłoniach.

Słowotwórstwo, choć nieprzekonane

do własnych racji, dziś jest

tylko papierowym wspomnieniem ognia.


Przybędę, choć posklejały mi się

wszystkie zmysły. Powrócę,

mimo że ktoś przegryzł księżyc.


Może stanę się ofiarą,

na jaką nikt nie waży się zasługiwać?

Pęka linia życia, dość napięta od kilku lat;

może ocknę się z tej rzeczywistości.


Nie jestem tym złudzeniem,

dla którego mogłam zawzięcie kochać.

Nawet czas, choć zabiegany,

dopasowuje się do serca.


Kocham cię za bezsenność, jakiej tak skąpisz.

Prosto w ciało

Pominęłam zbyt wiele serdecznych ran,

aby ponownie uwierzyć w rzeczywistość.

Urodziłam się na kolejną próbę,

z szansą, aby zacząć wszystko w połowie.


Nie utraciłam niewinności, czas

czeka uparcie, jak postawię definitywny krok.

Objawiam się niby gwiazda,

która boleśnie krwawi, wyrzeka się

srebrzystych pocałunków.


Być może jestem tym człowiekiem,

co spodziewał się odrobiny naiwności;

jaki czasem zasługuje na szacunek.


Zatracam się w sobie po wierzchołek

góry lodowej — tak, aby nakarmić

wszystkie pragnienia.

Błąkam się od ściany do okna, szukając

chwili własnego wytchnienia,

paru zaprzedanych spojrzeń

prosto w ciało.

Poklask

Nie widzę cię, ukrytego za kotarą światła.

Nie widzę słów, których się nie wyrzekasz.

Być może stałam się zabawką

w twoich myślach — marionetką,

jaka potrzebuje wspomnień,

aby nadal być.


Gdzieś pod kopułą błąka się okrzyk —

nieme wołanie o życie,

którego nie odróżniam od winy.

Ciało jest czasem bardzo pożyteczne;

ciekawsze od łez, które ugrzęzły

w połowie drogi.


Po co mi bramy, skoro nigdy

nie przekroczę ich progu? Po co wspomnienia,

umierające na nadmiar czasu?

Pragnęłam zobaczyć w tobie coś jeszcze —

bardzo się pomyliłam.


Nawet skóra, krzywo pozszywana, jest za mała,

aby przynieść ciepło. Nawet ogień,

który pożera łzy, dziś nie czeka na poklask.


Moje serce wstało o tej samej porze.

Nie cierpię szeptu, który broni się

przed smutkiem.

Przyozdobić myśli

Jak wytłumaczyć ci mój przedwczorajszy sen?

Jakimi słowami przyozdobić myśli,

żeby czas nie był stracony?

Być może spodziewam się czegoś więcej —

o wiele więcej od pragnień,

którymi karmię umysł.


Płynie przeze mnie rzeka bez brzegów,

pod prąd; niesie pamięć,

która odeszła na wymyśloną śmierć.

Nawet wieczór, choć nagi,

dzisiaj jest tylko czczym uśmiechem.


Los? Gdzie szukać losu,

kiedy wszystkie sklepy są zamknięte?

Być może nasycę sobą przyszłość —

tak, by kłaniała się aniołom.

Wtulam łzy w twoje serce; nawet dusza

jest dziś nieskazitelnie czysta.


Nawet żal, choć pochopny,

nie stanowi pretekstu, aby boleśnie kochać.

Pragnęłam udowodnić, że wystarczy

jeden smutek, aby wskrzesić świat,

jedno leciwe uderzenie trwającej chwili.

Zardzewiałe kraty

Wierzyłam w życie zbyt mocno.

Ufałam sercu, które znalazło własny korytarz.

Donosiłam wciąż na własne kłamstwo,

na sumienie, co broniło się wyrzutami.


Rozkwitały wszystkie myśli,

słowa mijały się w pośpiechu —

nie byłam tym samym kamieniem,

co przed rokiem.


Proszę, nie zbliżaj się do mojego jutra —

do łez, na jakie nikt nie zasługuje.

To, co porzuciłam, jest jedynie

otwartym oknem,

szczerzącym zardzewiałe kraty.


Tam, skąd jestem, pochodzą

najpiękniejsze sny; tam objawia się

w pełnej krasie pustka, wiodąca w stronę obłędu.


Nie nasycę sobą czarnych szyb,

kubek kakao stygnie za szybko; może za karę

wzniosę jeszcze jeden domek z kart?


W ramach rekompensaty

wskrzeszę ból, do jakiego wstyd się przyznać?

Wysypisko ciał

Mało, mało jest snu w tutejszym świecie!

Tak niewiele słów pozostało

w chwili, która nie dobiegnie końca!


Leciwe są twoje łzy, zagubione

w kosmosie; umierają wspomnienia,

porzucone na pobliskim wysypisku ciał.


Tęskniłam zbyt ulotnie, żeby dopasować

serce do oddechu — nawet ból

sprawia wrażenie łaskawszego.


Rozkochana w tutejszym świecie,

zadurzona w myślach nie do pary, krążę

między kolejnymi orbitami,

pomiędzy pocałunkami, które nigdy nie istniały.


Czy to dotyk, czy to zmierzch — nic

nie kończy się na literę „a”.

Wiesz, moje serce wciąż odpoczywa

po tej podróży krajoznawczej.


Mój smutek wciąż dokucza łzom.

Może stanę się przypadkiem,

jakiego należy się wstydzić? A może…

może zwyczajnie zasnę, aby cię zobaczyć?


Odbijam się od ścian — miękkość

poranka nie ma znaczenia, najmniejszego.

Popełnić życie

Za ciasna jest przedwczorajsza myśl.

Czuję słowa, które okazały się

zbyt wątłe, by dobrowolnie uwierzyć.


Pęknięcia na ścieżce

są dowodem, że nawet ślady mogą

okazać się za duże.

Łzy wsiąkają w szybę, czas prosi

o więcej przyszłości.


Być może obudzę się bez obawy,

że niebo ucieknie spod stóp;

że piekło, choć przyznane każdemu,

może być zbyt marnym alibi.


Słyszę wciąż o twojej obecności —

nawet łzy są dziś nie do pary.

Stoję na dachu własnej głowy — cisza

nie sprzyja cudzoziemcom.


Zdania nie łączą się w historię, którą pragnie

opowiedzieć moje ciało.

Przysparzam miłości samych problemów;

nawet samotności brak odwagi.


Brakuje śladów Twoich palców

na cienkiej skórze serca — przed momentem

popełniłam kolejne życie.

Pretekst, aby być

Zrozumiałam: sen prowadzi donikąd.

Tam, gdzie marzenia chodzą spać

wyłącznie parami.


Moja przyszłość mieści się

w pustej szklance; to wszystko jest wymówką

praworządnego. Stanowię epokę,

która powraca mimo straconych słów.


Jutro, okropnie rozwarstwione,

to tylko pretekst, aby być. Nie słychać

skowytu marzeń — przegrały

ten obopólny maraton.


Wyobraziłam sobie inną, obcą drogę;

nieznane horyzonty, którym tak do twarzy

ze słońcem. Zliczam łzy,

gubię się w kalkulacjach.


Oddaję bez wyrzutów sumienia

zeszły poranek.

Przeciskam się przez ten zrujnowany korytarz,

szukam odrobiny świeżego czasu.


Nie umiem istnieć, póki żyje we mnie

twój dotyk, podarty pocałunek prosto w sen.

Zaufałam pamięci

Rozpasana, rozochocona nocy! Czy jesteś,

aby przyglądać się

moim nieporadnym krokom ku przyszłości?

A może wróciłaś, żeby zobaczyć,

jak wiele łez ubyło, zanim odszukałam czas?


Nie stanowię wyjątku. Ciało przeciska się

przez zbyt wąski tunel; na końcu

czeka Pan z chlebem i solą.


Zbliżasz się na wyciągnięcie serca,

choć wiesz, że oddałam się ciszy.

Nawet znamiona, bardzo pobożne, mylą się

ze znakami na niebie.


Ujednolicony wieczór, tak niechętny,

aby zacząć od początku, dziś sunie

naprzód niby niedokończony poemat, wiersz,

jakiemu skradziono puentę.


Być może odszukam cię pośród

wschodzących malin; tam, gdzie ostatnio

widziano życie. Przybliżam się,

czuję pobliskie wołanie losu.


Losu, który utraciłam, zanim zaufałam pamięci.

Podatna na życie

Stosy przepalonych żarówek.

Płomienie świec, które nie gasną

mimo gorących próśb.


Jestem tu, aby marzyć o wieczności —

o czymś, na co nikt nie zasługuje.

Zbliżam się do samotności,

do horyzontu, co majaczy

gdzieś w oddali.


Czarną drogą toczy się nienazwana epoka —

wystarczająco dosadna,

aby podać rękę wspomnieniu.


Jestem spalonym jutrem,

światłem, które zrodziło się zbyt wcześnie.

Zakochałam się

w twoim lustrzanym odbiciu,

wystarczająco pobliskim, aby odejść

bez pojednania.


Ktoś doprawił oddech płucom,

sercu straconemu na wstępie.

Moje usta opowiadają kolejną historię —

tym razem zbyt podatną na życie.


Dzisiejsze łzy są zbyt przyziemne; źródło

duszy wyschło.

Może to kolejny przystanek.

Jeszcze jedna kartka

usunięta z kalendarza.

Przeterminowane

Zbyt wyrozumiała. Zbyt podatna na serca innych.

Czy to wieczność, czy sumienie

kojarzy się z naleciałościami bólu?


Zbrzydła mi poprzednia epoka, kolejne lata

przedstawiają się w pełnej krasie.


Nie rozumiem ciszy,

jej kaprysów. Na skórze osiadają

twoje pocałunki — od dawna przeterminowane.


Nawet ciało nie walczy już

z duchem. Zrozumiałam: czas nie zależy

od nas, to my zależymy od czasu.


Zbliżam się do twoich ran,

powielam błędy z przyszłości.

Zatańczę, jeśli rozbrzmi milczenie.


Rodzę się, choć mam tylko jedną próbę.

Odchodzę, choć spazmatyczne jutro

błaga u progu.

Zlituj się nad moimi gwiazdami,

upadłymi bez wyrzutów.


Przychodzę, aby wręczyć ci

odrobinę zrozumienia. Krztynę krzywdy,

aby była punktem odniesienia,

alibi zbyt namiętnym, aby zapomnieć.

Przymus istnienia

Istnieję, by nieść potęgę ciszy.

Jestem, aby regularnie wspominać wieczność.

Być może stałam się podobna do bólu —

każdy skrawek ciała

kojarzy się z grzechem.


Rozpościeram serce, lecz nikt

mnie nie zaprasza. Myśli ściśle przylegają

do głowy — zawstydziły się

nawet nieżyczliwe pragnienia.


Nie ma znaczenia, które ze słów

jest prawdziwe — liczy się tylko pretekst,

aby odnaleźć wieczór.

Rozkładasz przede mną mapę

ciała; jesteś iskierką,

którą zapaliła wieczna noc.


Może to przypadek, że świat natknął się

na moje serce. Tak bardzo trudno było

czekać, zanim oddech przyniesie kolejne kłamstwo.


Wrze we mnie przymus istnienia;

kruszeje skała, która skrywała czule moje łzy.

Łzy, które nie mają dość siły,

aby mnie nasycić.

Czysta strona

Ciężko przekrzyczeć czas, gdy kończy się przyszłość.

Tak trudno oswoić ze światem,

kiedy jedyne, co mamy, to łzy.


Nie idź naprzód — każdy krok rozpoczyna

nowy rozdział.

Nie sądzę, żebym tu jeszcze była.

Boję się twojej tęsknoty — świeży etap

przynosi osobne wzruszenie.


Sen rozpościera nade mną usta — bezczas,

jaki trudno zrozumieć.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.73
drukowana A5
za 37.51