Dotyk
Nie wszystko, co milczy,
zasługuje na szacunek. Żadna rysa
na szkle nie tłumaczy bliskości znaczeń.
Zakochałam się
w braku twoich marzeń,
w milczeniu czasu, który niczego się
nie spodziewa.
Naszkicowałam ci osobisty uśmiech,
taki pasujący do dzisiejszego płaszcza.
Pogrążam się w myślach,
na jakie nie liczyłam.
Nawet ból jest tym, na co wiernie czekamy.
Przemieszcza się szklany oddech,
dotyk szyty na miarę.
Mój smutek nie mieści się
w czterech ścianach. Radość osiada
na rzęsach, tłumaczy się z miłości.
Zazdroszczę światom,
tak boleśnie dopasowanym.
Twoja łza
Która łza jeszcze do niedawna należała
do ciebie? Jaki oddech, sprzedany
nierozsądnie, pasuje dziś do płuc?
Od kiedy twoje kroki są
tak bogate w prawdę? A może to zegar
przestał ufać własnym wskazówkom?
Zaczarowana prostota
powstaje z martwych; nie brakuje mnie
tutejszym wątpliwościom.
Sumienie podkrada porzucone serca.
Nawet naleciałości po bezkresie
stają się rokroczną wymówką.
Może to kompletna porażka
pozbawia wyrzutów?
Klękam, przede mną całe życie,
resztka świata.
Nawet pobożny sezon, doszczętnie
przejaskrawiony, kończy się o stałej porze.
W głębi ciała
Każda rana, nawet ta niezauważona, roi się
od marzeń. Każdy wstęp donikąd
prowadzi poza ścieżki uwielbienia;
nawet ciało, odziane w oddech,
jest dziś bezsennym alibi.
Pora, żeby wyleczyć się z przeszłości —
z pragnień, o jakie prosiłam każdego poranka,
każdej nieokrzesanej nocy.
Wciąż wymagam zbyt wiele światła,
zbyt wiele czasu, aby upokorzyć duszę.
Być może jestem życzeniem,
co spełnia się tylko raz.
Może przypominam życie,
które nie doczeka się kresu. W głębi ciała
drży ukojenie — tak górnolotne,
że gubię się w przyszłości.
Czy to kalendarz, czy to przepaść — wszystko
kojarzy się jednoznacznie.
Do zmysłów
Gdzieś pod sklepieniem zalęgło się życzenie —
ciało wymaga specjalnej opieki.
Tam, gdzie spać chadzają zmarli,
kruszy się horyzont.
Być może jestem stracona, tego nie wie
nawet przypadkowo napotkany sen.
Czuję, jak ulatnia się
niedokończony pocałunek, sumiennie podarty.
Kto wie, czy wzejdzie we mnie
świeży księżyc? Może bezkształtne ciało
odpoczywa u progu raju?
Chciałam być myślą, która nie spełni się
jako słowo; chciałam stanowić przepaść,
w jakiej giną najwrażliwsi.
Wiem, że ocknęła się we mnie burza, huragan,
który nie ujarzmi dziecięcych snów.
Ocknę się jako niedokończona modlitwa,
jako kaprys wieczności. Nauczę się
żyć od nowa. Zrozumiem, którędy do zmysłów.
Barykady ludzkości
Nie potrafię oddzielić marzeń od bólu.
Nie wiem, która z dróg wiedzie za margines.
Zbyt łapczywe są kroki
na delikatnej skórze snu — nawet krew,
choć przyzwoita, karmi się
cudzym szczęściem.
Przemieszcza się we mnie jutro,
takie jak sprzed minionej wieczności;
kolejny dzień, co nie zgaśnie,
zanim nie przeliteruję własnego imienia.
Być może jestem
bezdźwięczną odpowiedzią na smutek.
Podobno wszystkie wspomnienia wiodą
ku przyszłości; nawet te, które dawno
się przeterminowały.
Usiłuję zatrzeć granicę między ciałem
a proroctwem — nie umiem schwytać czasu
we własne usta. Błagam cię, zbuduj mi
domek z kart. Wznieś zamek z piasku.
Każde z tych wierzeń prowadzi
na barykady ludzkości.
Uchylone okno
Marzenia, którym nie zależy
na kłamstwu światła.
Pragnienia, jakie kolidują z przypadkowo
napotkanym ciałem.
Łączą się we mnie wyrzuty — czy bezsens
czasu prowadzi za granicę wszechrzeczy?
Łza dogoniła łzę, dźwięczy
pusta przypowieść.
Może jestem stworzeniem, co czeka
na przyszłość zbyt nachalnie?
Zatrzaskuję za sobą
niespójną rzeczywistość — od dawna szukam
cię po tej stronie życia. Zasypiam,
choć okno pozostaje kusząco uchylone.
Odchodzę, choć jutro naprzykrza się
melancholii. To tylko garść westchnienia,
bezkształtne oczekiwanie na coś,
co nigdy nie wróci.
Wymarła ostatnia krynica samotności.
Miłość złorzeczy pamięci.
To chyba wczoraj, nic ponadto.
Siedlisko cieni
Namalowałam ci świat, rodem ze snu.
Wzniosłam pałac milczenia,
aby Bóg zasypiał w nogach łóżka.
Odchodzę, choć życie odmawia
posłuszeństwa. Usiłuję odnaleźć
światło w siedlisku cieni.
To tylko zbyt pochopny rozkaz,
nic więcej; martwe są również łzy.
Oddech należy do kogoś jeszcze,
do kogoś, kto domaga się pragnień.
Podejdź, przedstaw mi
swoją rzeczywistość. Czy znów obudzę się
w przypadkowym ciele?
Czułość, zadedykowana nadmiarowi,
nie przypadła do gustu zmysłom.
Słyszę coś na kształt samotności,
coś, co do bólu kojarzy się
z przypływem. Może to prawda,
zbyt jałowa, stoi u wrót tęsknoty?
Przeklinam przeszłość,
złorzeczę pamięci, nie rozumiem miłości.
Nasycić kamienie
I cóż, że światło gromadzi się
pod powiekami, skoro nie rozumiem
ani jednego słowa?
Cóż, że jestem jaskrawa jak pierwsze słońce,
nawracająca noc?
Wszystko, co moje, ugrzęzło
w połowie myśli. To, co sprzedane,
od dziś towarzyszy zaniechanym łzom.
Może jeszcze uda mi się
zostać człowiekiem.
Może pogodzę się z Bogiem. Na przeszkodzie
stoi tylko twoja krew.
Nie, już nie płaczę; smutek zbyt wiele
ode mnie wymagał. Przypominam
do złudzenia twoje powietrze.
Koliduję ze światłem, jakie odnalazło mnie
po niewłaściwej stronie snu.
Nie nasycę sobą kamieni. Nie nakarmię
duszą straconych. Objawię się niby los,
niby dotyk łaskawszy od pocałunku.
Odrobina iluzji
Zatańczę na twój rozkaz. Przypatrzę się
prawdzie, której wciąż brak tęsknoty.
Naszkicuję cień,
aby niebo mogło zasnąć.
Próbuję dosięgnąć wzrokiem raju —
tutejszy ból jest bez znaczenia.
Czy zdołam nakarmić sobą bliskość?
Czy uda mi się odnaleźć
w rzeczywistości odrobinę iluzji?
To nie mógł być przypadek — moje ciało
faktycznie należy do kogoś innego.
Wciąż się uczę, jak iść
pomimo marzeń; pomimo życia,
które nie pamięta własnego końca.
Pora przyswoić sobie samotność, zrozumieć,
że nawet strach zasługuje
na krztynę czasu. Uganiam się
za przeszłością; nawet lata,
co żywią się nostalgią,
dziś przypominają zaległą obietnicę.
Nie zapalaj nocy — daj szansę porankowi.
Na swoją kolej
Nie zapalaj kolejnej świecy —
o tej porze zaczyna się jasność. Nie udawaj,
że myśli chodzą tymi samymi ścieżkami
co ból — samotność
jest sprawą wielce przykrą.
Przymykam okno, uchylam drzwi — serce
jest gotowe do drogi.
Przymierzam ten sam oddech, niedopasowany
do płuc; nawet ucieleśnione pragnienia
wiedzą, że los zna inne imię.
Może nauczę się być tak jak wiatr —
niepostrzeżenie, z pewną rezerwą,
żeby ciało nie sprzeciwiało się ziemi.
Możliwe, że wróci sen, który przyniósł
mi przyszłość; powróci pustka,
dla jakiej mogłabym żyć w nieskończoność.
Nauczę się kochać ciszę, wielbić
nadąsany uśmiech. Nawet litość,
choć przeklęta, czeka na swoją kolej.
Za bezsenność
Przebyłam zbyt wiele dróg, aby uwierzyć
w czystość twoich łez.
Pokonałam dostatecznie wiele myśli,
żeby stanąć na granicy jutra.
Być może uwierzę w światło,
kiedy twoje ciało spocznie w moich dłoniach.
Słowotwórstwo, choć nieprzekonane
do własnych racji, dziś jest
tylko papierowym wspomnieniem ognia.
Przybędę, choć posklejały mi się
wszystkie zmysły. Powrócę,
mimo że ktoś przegryzł księżyc.
Może stanę się ofiarą,
na jaką nikt nie waży się zasługiwać?
Pęka linia życia, dość napięta od kilku lat;
może ocknę się z tej rzeczywistości.
Nie jestem tym złudzeniem,
dla którego mogłam zawzięcie kochać.
Nawet czas, choć zabiegany,
dopasowuje się do serca.
Kocham cię za bezsenność, jakiej tak skąpisz.
Prosto w ciało
Pominęłam zbyt wiele serdecznych ran,
aby ponownie uwierzyć w rzeczywistość.
Urodziłam się na kolejną próbę,
z szansą, aby zacząć wszystko w połowie.
Nie utraciłam niewinności, czas
czeka uparcie, jak postawię definitywny krok.
Objawiam się niby gwiazda,
która boleśnie krwawi, wyrzeka się
srebrzystych pocałunków.
Być może jestem tym człowiekiem,
co spodziewał się odrobiny naiwności;
jaki czasem zasługuje na szacunek.
Zatracam się w sobie po wierzchołek
góry lodowej — tak, aby nakarmić
wszystkie pragnienia.
Błąkam się od ściany do okna, szukając
chwili własnego wytchnienia,
paru zaprzedanych spojrzeń
prosto w ciało.
Poklask
Nie widzę cię, ukrytego za kotarą światła.
Nie widzę słów, których się nie wyrzekasz.
Być może stałam się zabawką
w twoich myślach — marionetką,
jaka potrzebuje wspomnień,
aby nadal być.
Gdzieś pod kopułą błąka się okrzyk —
nieme wołanie o życie,
którego nie odróżniam od winy.
Ciało jest czasem bardzo pożyteczne;
ciekawsze od łez, które ugrzęzły
w połowie drogi.
Po co mi bramy, skoro nigdy
nie przekroczę ich progu? Po co wspomnienia,
umierające na nadmiar czasu?
Pragnęłam zobaczyć w tobie coś jeszcze —
bardzo się pomyliłam.
Nawet skóra, krzywo pozszywana, jest za mała,
aby przynieść ciepło. Nawet ogień,
który pożera łzy, dziś nie czeka na poklask.
Moje serce wstało o tej samej porze.
Nie cierpię szeptu, który broni się
przed smutkiem.
Przyozdobić myśli
Jak wytłumaczyć ci mój przedwczorajszy sen?
Jakimi słowami przyozdobić myśli,
żeby czas nie był stracony?
Być może spodziewam się czegoś więcej —
o wiele więcej od pragnień,
którymi karmię umysł.
Płynie przeze mnie rzeka bez brzegów,
pod prąd; niesie pamięć,
która odeszła na wymyśloną śmierć.
Nawet wieczór, choć nagi,
dzisiaj jest tylko czczym uśmiechem.
Los? Gdzie szukać losu,
kiedy wszystkie sklepy są zamknięte?
Być może nasycę sobą przyszłość —
tak, by kłaniała się aniołom.
Wtulam łzy w twoje serce; nawet dusza
jest dziś nieskazitelnie czysta.
Nawet żal, choć pochopny,
nie stanowi pretekstu, aby boleśnie kochać.
Pragnęłam udowodnić, że wystarczy
jeden smutek, aby wskrzesić świat,
jedno leciwe uderzenie trwającej chwili.
Zardzewiałe kraty
Wierzyłam w życie zbyt mocno.
Ufałam sercu, które znalazło własny korytarz.
Donosiłam wciąż na własne kłamstwo,
na sumienie, co broniło się wyrzutami.
Rozkwitały wszystkie myśli,
słowa mijały się w pośpiechu —
nie byłam tym samym kamieniem,
co przed rokiem.
Proszę, nie zbliżaj się do mojego jutra —
do łez, na jakie nikt nie zasługuje.
To, co porzuciłam, jest jedynie
otwartym oknem,
szczerzącym zardzewiałe kraty.
Tam, skąd jestem, pochodzą
najpiękniejsze sny; tam objawia się
w pełnej krasie pustka, wiodąca w stronę obłędu.
Nie nasycę sobą czarnych szyb,
kubek kakao stygnie za szybko; może za karę
wzniosę jeszcze jeden domek z kart?
W ramach rekompensaty
wskrzeszę ból, do jakiego wstyd się przyznać?
Wysypisko ciał
Mało, mało jest snu w tutejszym świecie!
Tak niewiele słów pozostało
w chwili, która nie dobiegnie końca!
Leciwe są twoje łzy, zagubione
w kosmosie; umierają wspomnienia,
porzucone na pobliskim wysypisku ciał.
Tęskniłam zbyt ulotnie, żeby dopasować
serce do oddechu — nawet ból
sprawia wrażenie łaskawszego.
Rozkochana w tutejszym świecie,
zadurzona w myślach nie do pary, krążę
między kolejnymi orbitami,
pomiędzy pocałunkami, które nigdy nie istniały.
Czy to dotyk, czy to zmierzch — nic
nie kończy się na literę „a”.
Wiesz, moje serce wciąż odpoczywa
po tej podróży krajoznawczej.
Mój smutek wciąż dokucza łzom.
Może stanę się przypadkiem,
jakiego należy się wstydzić? A może…
może zwyczajnie zasnę, aby cię zobaczyć?
Odbijam się od ścian — miękkość
poranka nie ma znaczenia, najmniejszego.
Popełnić życie
Za ciasna jest przedwczorajsza myśl.
Czuję słowa, które okazały się
zbyt wątłe, by dobrowolnie uwierzyć.
Pęknięcia na ścieżce
są dowodem, że nawet ślady mogą
okazać się za duże.
Łzy wsiąkają w szybę, czas prosi
o więcej przyszłości.
Być może obudzę się bez obawy,
że niebo ucieknie spod stóp;
że piekło, choć przyznane każdemu,
może być zbyt marnym alibi.
Słyszę wciąż o twojej obecności —
nawet łzy są dziś nie do pary.
Stoję na dachu własnej głowy — cisza
nie sprzyja cudzoziemcom.
Zdania nie łączą się w historię, którą pragnie
opowiedzieć moje ciało.
Przysparzam miłości samych problemów;
nawet samotności brak odwagi.
Brakuje śladów Twoich palców
na cienkiej skórze serca — przed momentem
popełniłam kolejne życie.
Pretekst, aby być
Zrozumiałam: sen prowadzi donikąd.
Tam, gdzie marzenia chodzą spać
wyłącznie parami.
Moja przyszłość mieści się
w pustej szklance; to wszystko jest wymówką
praworządnego. Stanowię epokę,
która powraca mimo straconych słów.
Jutro, okropnie rozwarstwione,
to tylko pretekst, aby być. Nie słychać
skowytu marzeń — przegrały
ten obopólny maraton.
Wyobraziłam sobie inną, obcą drogę;
nieznane horyzonty, którym tak do twarzy
ze słońcem. Zliczam łzy,
gubię się w kalkulacjach.
Oddaję bez wyrzutów sumienia
zeszły poranek.
Przeciskam się przez ten zrujnowany korytarz,
szukam odrobiny świeżego czasu.
Nie umiem istnieć, póki żyje we mnie
twój dotyk, podarty pocałunek prosto w sen.
Zaufałam pamięci
Rozpasana, rozochocona nocy! Czy jesteś,
aby przyglądać się
moim nieporadnym krokom ku przyszłości?
A może wróciłaś, żeby zobaczyć,
jak wiele łez ubyło, zanim odszukałam czas?
Nie stanowię wyjątku. Ciało przeciska się
przez zbyt wąski tunel; na końcu
czeka Pan z chlebem i solą.
Zbliżasz się na wyciągnięcie serca,
choć wiesz, że oddałam się ciszy.
Nawet znamiona, bardzo pobożne, mylą się
ze znakami na niebie.
Ujednolicony wieczór, tak niechętny,
aby zacząć od początku, dziś sunie
naprzód niby niedokończony poemat, wiersz,
jakiemu skradziono puentę.
Być może odszukam cię pośród
wschodzących malin; tam, gdzie ostatnio
widziano życie. Przybliżam się,
czuję pobliskie wołanie losu.
Losu, który utraciłam, zanim zaufałam pamięci.
Podatna na życie
Stosy przepalonych żarówek.
Płomienie świec, które nie gasną
mimo gorących próśb.
Jestem tu, aby marzyć o wieczności —
o czymś, na co nikt nie zasługuje.
Zbliżam się do samotności,
do horyzontu, co majaczy
gdzieś w oddali.
Czarną drogą toczy się nienazwana epoka —
wystarczająco dosadna,
aby podać rękę wspomnieniu.
Jestem spalonym jutrem,
światłem, które zrodziło się zbyt wcześnie.
Zakochałam się
w twoim lustrzanym odbiciu,
wystarczająco pobliskim, aby odejść
bez pojednania.
Ktoś doprawił oddech płucom,
sercu straconemu na wstępie.
Moje usta opowiadają kolejną historię —
tym razem zbyt podatną na życie.
Dzisiejsze łzy są zbyt przyziemne; źródło
duszy wyschło.
Może to kolejny przystanek.
Jeszcze jedna kartka
usunięta z kalendarza.
Przeterminowane
Zbyt wyrozumiała. Zbyt podatna na serca innych.
Czy to wieczność, czy sumienie
kojarzy się z naleciałościami bólu?
Zbrzydła mi poprzednia epoka, kolejne lata
przedstawiają się w pełnej krasie.
Nie rozumiem ciszy,
jej kaprysów. Na skórze osiadają
twoje pocałunki — od dawna przeterminowane.
Nawet ciało nie walczy już
z duchem. Zrozumiałam: czas nie zależy
od nas, to my zależymy od czasu.
Zbliżam się do twoich ran,
powielam błędy z przyszłości.
Zatańczę, jeśli rozbrzmi milczenie.
Rodzę się, choć mam tylko jedną próbę.
Odchodzę, choć spazmatyczne jutro
błaga u progu.
Zlituj się nad moimi gwiazdami,
upadłymi bez wyrzutów.
Przychodzę, aby wręczyć ci
odrobinę zrozumienia. Krztynę krzywdy,
aby była punktem odniesienia,
alibi zbyt namiętnym, aby zapomnieć.
Przymus istnienia
Istnieję, by nieść potęgę ciszy.
Jestem, aby regularnie wspominać wieczność.
Być może stałam się podobna do bólu —
każdy skrawek ciała
kojarzy się z grzechem.
Rozpościeram serce, lecz nikt
mnie nie zaprasza. Myśli ściśle przylegają
do głowy — zawstydziły się
nawet nieżyczliwe pragnienia.
Nie ma znaczenia, które ze słów
jest prawdziwe — liczy się tylko pretekst,
aby odnaleźć wieczór.
Rozkładasz przede mną mapę
ciała; jesteś iskierką,
którą zapaliła wieczna noc.
Może to przypadek, że świat natknął się
na moje serce. Tak bardzo trudno było
czekać, zanim oddech przyniesie kolejne kłamstwo.
Wrze we mnie przymus istnienia;
kruszeje skała, która skrywała czule moje łzy.
Łzy, które nie mają dość siły,
aby mnie nasycić.
Czysta strona
Ciężko przekrzyczeć czas, gdy kończy się przyszłość.
Tak trudno oswoić ze światem,
kiedy jedyne, co mamy, to łzy.
Nie idź naprzód — każdy krok rozpoczyna
nowy rozdział.
Nie sądzę, żebym tu jeszcze była.
Boję się twojej tęsknoty — świeży etap
przynosi osobne wzruszenie.
Sen rozpościera nade mną usta — bezczas,
jaki trudno zrozumieć.