E-book
Bezpłatnie
Znaki

Bezpłatny fragment - Znaki

Objętość:
141 str.
ISBN:
978-83-8221-250-1

Pobierz bezpłatnie

MORZE LEGEND I PRAWDY
Julianna Idziak

Dla prababci Rutki i dziadka Jurka.

Dziękuję Wam za to, że nigdy we mnie nie zwątpiliście i zawsze byliście ze mnie dumni.

Miasto portowe Sobalt zawdzięczało swoją nazwę zamieszkującemu zatokę potworowi. Kronikarze nie byli zgodni, co do powodu, dla którego pierwsi osadnicy zadecydowali o tak specyficznej nazwie dla swojego miejsca zamieszkania. Niektórzy uważali, że sobaltanie chcieli wkupić się w łaski monstrum, od którego zależały ich wyprawy morskie. Inni historycy skłaniali się ku teorii, jakoby był to wyraz szacunku. Jeszcze inni twierdzili, iż to forma ochrony przed gniewem bestii, bo przecież nie mogłaby wystąpić przeciwko samej sobie. Ale byli też tacy, którzy głosili pogląd, iż nazwa nie ma żadnego bezpośredniego związku z morskim potworem. A jaka była prawda? Sam Czas mógł to tylko wiedzieć.

Z resztą dla samych mieszkańców Sobaltu geneza nazwy ich miasta nie miała większego znaczenia. Niewielu z nich wierzyło w istnienie potwora, a jeszcze mniej przejmowało się jego domniemaną działalnością. Dużo ważniejszy był dla niech Festiwal Sztormów, podczas którego przez miasto przechodził ogromny, szmaciany ślimak rodem z marynarskich legend. Tak naprawdę znaczenie miało to, że podczas święta można było zarobić, bo zyskująca na popularności parada z roku na rok przyciągała coraz więcej ciekawskich.

Pierwotnie Festiwal Sztormów był skromniejszym wydarzeniem, w czasie którego mieszkańcy świętowali zakończenie sezonu burz oraz składali cześć Tytanowi Goskowi. Ale były to tak odległe wydarzenia, że można było o nich przeczytać tylko w księgach. I to nie we wszystkich, ponieważ historie o Tytanach, Pierwotnych i Zdolnościach zdawały się być wypierane.

Parada w Sobalcie była żywym dowodem na to, jak dało się nagiąć dawne obrzędy i przemienić je w źródło dochodu. A Sobaltanie zdawali się być mistrzami w tej materii. Nie dość, że wykorzystali legendę potwora z głębin Morza Goskańskiego, to jeszcze od kilku lat na ulicach pojawiali się przystojni młodzieńcy i piękne panny przebrani za legendarny lud Morzeczników — Magów, których nie widziano na tych ziemiach od lat.

Każdy sposób na zarobienie miedziaka był dobry. Czy to przez obłudę, czy nawet przez zdzierstwo. Na szczęście nie wszyscy uliczni handlarze posuwali się do takich skrajności. Na Mokrym Targu wciąż można było kupić lokalne wyroby za przyzwoite pieniądze, a z rybakami nadal dało się wytargować przystępne ceny. O ile ktoś wiedział, gdzie szukać.

Nie było chyba mieszkańca, który nie miałby jakiejś korzyści z masowo przybywających turystów. Nawet Dama Lipan, znana ze swojej niechęci do tłumów, czerpała niemałe zyski z Festiwalu Sztormów.

Lipan, jako najbardziej wpływowa kobieta w mieście — a może nawet jego najbardziej wpływowy mieszkaniec — po niemal tygodniowej zabawie odnotowywała znaczny przypływ złotniaków w swoich sakiewkach. Skoro nawet ubogie pospólstwo chętnie odwiedzało Sobalt, to również to samo musieli czynić zamożni handlarze, arystokraci, a czasami nawet władcy. A w mieście portowym nie było bardziej luksusowego miejsca wypoczynku niż Tęczowe Kamienice Damy Lipan.

Włości kobiety były tak prestiżowe, że każdy, kto chciał zaistnieć — czy to na dworze, czy w świecie pieniądza — musiał zostać zaproszony lub przynajmniej zaakceptowany przez Damę Lipan. Bez tego, nieważne jak zdolnym, inteligentnym czy bogatym się było — tylko ona — ta niewielkiego wzrostu kobieta o kruczoczarnych włosach i z błyskiem w oku — mogła pomóc rozwinąć karierę. Lub doszczętnie ją zniszczyć.

Na pierwszy rzut oka nie sprawiała wrażenia aż tak wpływowego człowieka. Nikt tak naprawdę nie znał jej wieku, lecz jej dziewczęce lata bezpowrotnie minęły. Czarne jak noc włosy zawsze były zaplecione w skomplikowane, wręcz fantazyjne fryzury. Ale to tyle, jeżeli chodzi o ekstrawagancję. Czasami podkreślała szafirowość swoich oczu kolorowymi pigmentami, albo różowiła mocno zarysowane kości policzkowe lub pełne usta. Nosiła skromną, ale zdobną biżuterię, zaś jej kreacje nigdy nie były skandalizujące. Zbytnio.

Może jej stroje na to nie wskazywały, lecz Dama Lipan była nieprzeciętną kobietą. Wyznawała zasadę, że żeby przeżyć w świecie pieniądza trzeba zachowywać się jak dama, myśleć jak bankier i pić jak marynarz. Dlatego zwykle trudno było ją zaskoczyć. Zwykle — bo miewała potknięcia, lecz zawsze zachowywała zimną krew.

Tak samo było niemalże rok temu.

Wszyscy wiedzieli, że Dama Lipan miała swoje dziwne rytuały, od których rozpoczynała każdy dzień. Co prawda tylko jej najbardziej zaufani służący znali szczegóły, ale zawistniejsi sobaltanie twierdzili, że jej sukces to sprawka zakazanych i niemoralnych ceremoniałów. Mimo to jeszcze nikt nigdy nie spróbował przerwać jednego z jej porannych obrządków.

I nawet gdy tamtego poranka Igna zakłóciła jej codzienny harmonogram, Dama Lipan i tak kazała kontynuować masaż. Kiedy wychudzona, przemarznięta i posiniaczona dziewczynka została przyłapana przez kucharkę na kradzieży, wieść prędko dotarła do kobiety. Ta bez chwili wahania postanowiła wezwać do siebie młodą złodziejkę.

Tamtego dnia przerażona Igna weszła do pięknie pachnącego pokoju. Dopiero podczas kolejnych wizyt w prywatnych komnatach Damy Lipan zdała sobie sprawę z panującego tam przepychu. Za pierwszym razem za bardzo bała się kary, by zwrócić uwagę jak bardzo jej zniszczone, śmierdzące ubranie nie pasuje do drogich tkanin i cennych obrazów.

Dama Lipan przyjęła Ignę podczas porannego masażu egzotycznymi olejkami. Chociaż to Lipan była naga, a dziewczynka miała na sobie ubranie, to właśnie Igna czuła się niezwykle niekomfortowo.

Kobieta bez dłuższych wstępów zapytała o powód kradzieży, wymusiła na Ignie opowiedzenie tragicznej historii jej rodziny, a na koniec wezwała kucharkę z powrotem do komnaty i kazała zatrudnić Ignę. I pod żadnym pozorem o nic nie pytać, co dziewczyna przyjęła z ogromną ulgą. Lipan zrobiła to, nawet na chwilę nie przerywając porannego obrządku. Dopiero kilka godzin później, gdy emocje Igny opadły, a ona sama leżała czysta w wygodnym łóżku, zdała sobie sprawę, że przecież świadkiem ich intymnej rozmowy był mężczyzna, który sprawiał wrażenie dziwnie nieobecnego.

Podczas kolejnych miesięcy Igna każdego dnia odwdzięczała się swojej pracodawczyni za wspaniałomyślność, którą kobieta okazała jej tego upalnego dnia. Odtąd bowiem dziewczyna wykonywała z pozoru prostą, lecz niezwykle ważną robotę.

Dama Lipan była znana ze swoich licznych posiadłości. Najbardziej respektowanym z jej wielu interesów były Tęczowe Kamienice, gdzie każdego dnia gościły małżeństwa, rodziny, arystokracja, a czasem nawet władcy. Każdy, kto miał wystarczającą ilość gotówki i nie szukał skandalu, zatrzymywał się właśnie tam. Kamienice znajdowały się właściwie w sercu Sobaltu; Błękitna na rynku, Karmazynowa dwie ulice dalej, a reszta porozrzucana była w odległości nie dłuższej niż kwadrans drogi od ratusza.

Najbardziej kontrowersyjną stroną biznesu prowadzonego przez Damę Lipan był Ognisty Ptak. Znajdujący się dużo bliżej portu, ale pozostający w obrębie murów miasta budynek mieścił na parterze kasyno, a na piętrach — dom uciech. Pracodawczyni Igny uważała, że „damie nie przystoi używać takich słów poza sypialnią”, lecz Igna — tak jak reszta biedoty — nazywała Ognistego Ptaka po prostu burdelem.

Jednak zdecydowanie nie był to typowy burdel, a Dama Lipan nie była typową burdelmamą.

Pracujący w Ognistym Ptaku ludzie często mieli podobne historie do Igny — wyrzuceni lub zmuszeni uciekać z domów szukali lepszego życia. Ale wszyscy byli od niej dużo starsi. Lipan może i prowadziła mniej lub bardziej szemrane interesy, lecz żaden z jej podwładnych nie był źle traktowany. Wszyscy dostawali pensję i mogli odejść w każdej chwili, lecz chyba najważniejsze było to, że Dama Lipan dbała o swoich pracowników. Zapewniała im dach nad głową, dostęp do medyków oraz edukację. Gdyby nie konieczność rozkładania nóg i dogadzania nie zawsze przyjemnym osobnikom, do Damy Lipan zgłaszałyby się tłumy dzieciaków, dla których życie okazało się niesprawiedliwe.

Igna nie mogła powiedzieć, że czuła się spokojna o swoją przyszłość. Nie chciała co prawda zarabiać poprzez łóżko, lecz tym samym jej pensja była dużo niższa od pracowników Ognistego Ptaka. Igna nieraz zastanawiała się, co skłoniło jej nieustępliwą pracodawczynię do zatrudnienia brudnej, posiniaczonej złodziejki. Aż przyszedł i ten dzień, kiedy sama Dama Lipan wyjawiła jej swoje pobudki.

Po kolejnej dobie usługiwania zamożnym i wysoko postawionym, Igna jak zwykle stawiła się u Damy Lipan, by zdać jej relację z zasłyszanych rozmów. W tym tygodniu dziewczyna pracowała w Turkusowej Kamienicy, w następnym miała się przenieść do Fuksjowej. Najmniej lubiła pracę w Ognistym Ptaku, lecz w ciągu piętnastu lat życia na tej ziemi nauczyła się odcinać się od jego nieprzyjemnych aspektów.

— Mów, moja myszko, czego się dzisiaj dowiedziałaś?

Jak zwykle Dama Lipan przyjęła Ignę w nocnym odzieniu. Jej czarne włosy falami opadały na szczupłe, blade ramiona. Co ciekawe, kiedy Igna przychodziła do swojej pracodawczyni z porcją informacji o gościach i intrygujących plotkach krążących po mieście, Dama Lipan nigdy nie zajmowała się niczym innym.

Tym razem było inaczej. Kobieta oczywiście słuchała swojego młodego szpiega, kilka razy dopytała o szczegóły, ale wzrok miała utkwiony w zagadkowym liście.

Po skończonym raporcie Igna miała wrócić do swojego pokoju, dlatego wielce zaskoczyło ją polecenie Damy Lipan.

— Zaczekaj — rzekła biorąc do ręki pióro i czysty pergamin.

Niepokój w Ignie narastał wraz z przedłużającą się ciszą. Lipan dopiero po chwili powiedziała:

— Zapewne nieraz zastanawiałaś się, dlaczego cię zatrudniłam. Nie jesteś moim jedynym szpiegiem i zdecydowanie nie jesteś najlepszym. — Zmierzyła wzrokiem chustę zakrywającą rude włosy Igny.

Igna puściła tę uwagę mimo uszu. Dama Lipan mówiła dalej:

— Masz jednak coś, czego żaden z moich pracowników nie ma. Masz rodzeństwo.

Igna głośno wciągnęła powietrze. Zdawała sobie sprawę, że rodzina była jej słabością i zaczęła się obawiać dokąd zmierza opowieść jej pracodawczyni.

— Nie martw się, moja myszko. Twoje rodzeństwo jest bezpieczne. Nigdy nie zrobiłabym krzywdy dziecku. — W uśmiechu Damy Lipan było coś, czego Igna nie potrafiła rozpoznać.

Kobieta wzięła do ręki ukończony list i zaczęła się w niego wpatrywać. W prywatnych pokojach były same, a na ściany w kolorze burgundowym padały ich cienie. W końcu Dama Lipan przerwała trwającą kilka minut ciszę:

— Ja również mam brata. Co prawda nie mam okazji widywać go tak często, jak ty widujesz Pinna, ale lepsze to niż dwadzieścia lat bez znaku życia.

Dzięki miesiącom spędzonym w Tęczowych Kamienicach Igna nauczyła się czytać emocje z nieznacznych gestów i drobnych szczegółów w mimice. W końcu od humoru gości zależała jej pensja, a co za tym idzie — przyszłość rodzeństwa. Dlatego opanowała zdolność odczytywania nastrojów do perfekcji. A przynajmniej tak jej się wydawało, bo w tym momencie z twarzy Damy Lipan nie mogła wyczytać nic.

Kobieta odwróciła wzrok od trzymanego w dłoniach listu. Igna zdążyła się zorientować, że z kimkolwiek Dama Lipan ostatnio korespondowała, musiał to być ktoś niezwykle ważny. Każda z wiadomości wręczana Ignie była pieczętowana dwukrotnie, ale dziewczyna nawet nie pomyślała o tym, że ich adresatem mógł być członek rodziny Lipan.

— Na pewno jesteś ciekawa, jaki to ma związek z twoim zatrudnieniem.

Nieśmiało przytaknęła.

— Otóż — zaczęła Dama Lipan, składając i pieczętując zapisany pergamin. — Ponad trzydzieści lat temu, gdy byłam kilkuletnim brzdącem, mój brat ukradł pewnemu wojownikowi pajdę chleba i kawałek sera. Teraz wydaje mi się to śmiesznie małym obiadem, lecz wtedy była to dla nas prawdziwa uczta. Następnego dnia zrobił to samo. Muszę tu zaznaczyć, że mój brat nie jest idiotą, ale sama dobrze wiesz, że desperacja odbiera ludziom zdroworozsądkowe myślenie. Dlatego nie dziwota, że został złapany na gorącym uczynku. Ale to, co uczynił tamten wojownik zaważyło na naszych losach.

Dama Lipan przerwała pieczętowanie listu i spojrzała na okno. Na zewnątrz panowały najczarniejsze ciemności, lecz Ignie zdawało się, że kobieta widzi w nich coś zupełnie innego.

Po chwili kontynuowała swoją opowieść.

— Tamten wojownik poprosił mojego brata o podanie powodu, dlaczego tak mały dzieciak łamał prawo. A następnie kazał się zaprowadzić do rudery, która była naszym domem. Matki jak zwykle nie było. Pracowała jako praczka, dlatego całe dnie spędzała nad rzeką. Zimą, gdy niewielu było stać na pranie, rozkładała nogi przed co lepszą ofertą. Ojca nigdy nie poznałam, podobno zmarł na zarazę. Ale dla tamtego wojownika to nie miało znaczenia. Dla niego liczył się kodeks, a on nakazywał spłacać swoje długi. Równowaga musiała zostać zachowana. To była nasza pierwsza lekcja. Drugą było wybranie między obowiązkiem i rodziną.

— Czy można w ogóle dokonać takiego wyboru? — zapytała Igna, gdy w komnacie po raz kolejny zapadła cisza.

— Ja wybrałam obowiązek. Kazałam bratu spłacić dług, wypełnić obowiązek i nie wracać dopóki tego nie zrobi.

Igna, nie takiej odpowiedzi się spodziewała. Domyślała się, że ta opowieść nie będzie przyjemna, lecz nie oczekiwała takiej bezwzględności wobec własnego brata, w którego słowa Dama Lipan wczytywała się przecież jakby było to przesłanie samych Pierwotnych.

— Kilka lat temu, gdy odnowiłam kontakt z bratem, przyrzekłam sobie, że i ja kiedyś spłacę dług. Gdyby nie ten wojownik ani ja, ani mój brat nie wyrwalibyśmy się z tej zapadłej dziury. Do cholery, prawdopodobnie już dawno byśmy nie żyli.

Dama Lipan nie musiała nic więcej mówić. Igna doskonale rozumiała, co kryło się między słowami. Ale jeszcze nie potrafiła zadecydować, czy była kobiecie wdzięczna, czy po prostu wściekła. Na razie piętnastolatka miała ochotę schować się pod kocem i w ciszy przeanalizować tę dziwną rozmowę.

— Czy to wszystko, pani?

— Prawie — odparła. Wstając oddała Ignie zapieczętowany podwójnie list.

Dziewczyna wiedziała, że następnego ranka — tak jak przez ostatnie tygodnie — będzie musiała oddać list czekającemu na rynku posłańcowi. Jak zwykle nie wymienią ani słowa, bo takie instrukcje wydała jej za pierwszym razem pracodawczyni. Mimo że nie wiedziała gdzie mieszka brat Damy Lipan, teraz przynajmniej znała adresata.

— Zanim wyjdziesz mam jeszcze jedną sprawę. — Dama Lipan skierowała się w stronę stojącej pod oknem toaletki. — Podczas Festiwalu Sztormów odwiedzi mnie bratanica. Jesteście w podobnym wieku, dlatego będziecie dzielić pokój. Od lat jej nie widziałam, ale brat twierdzi, że jest nieśmiała. Liczę, że się nią zajmiesz.

Piętnastolatka przytaknęła bez słowa. Teraz wszystko nabierało większego sensu — zabezpieczane listy, tajemniczy brat, nikomu nieznana bratanica i częstsza zaduma na twarzy Damy Lipan. To nie wróżyło niczego dobrego. Ale na razie Igna postanowiła nie zaprzątać sobie tym głowy. Miała dużo poważniejsze problemy do rozwiązania.

Wychodząc z pokoju o ścianach w kolorze burgundu, Igna pomyślała o swoim rodzeństwie. O buńczucznym uśmiechu Pinna i ufnych oczach Tissii. O okrzykach radości, gdy przychodziła w odwiedziny. Ale i o wychudzonych ciałkach i zapadniętych policzkach. Igna wiedziała, że dla nich zrobi wszystko. Dlatego musiała wiedzieć, czy Dama Lipan rzeczywiście nie wykorzysta wiedzy o nich przeciw niej.

— Pani, czy mogę zadać pytanie?

Kobieta siedziała już przed lustrem i zaplatała czarne włosy w warkocz. Nie odwracając się, skinęła głową.

Igna wzięła głęboki wdech. Powtarzając jak mantrę, że robi to dla dobra Tissii i Pinna, zapytała:

— Czy zostałam tu zatrudniona z powodu mojego rodzeństwa?

Dama Lipan przerwała układnie warkocza. Ich spojrzenia spotkały się w lustrze.

— Igno, kilka miesięcy temu ujrzałam zdeterminowaną dziewczynę, która postawiona przed wyborem, wybrała rodzinę. Pamiętaj o tym.

Igna życzyła swojej pracodawczyni dobrej nocy i wyszła na korytarz. Mijając piękne obrazy i niezwykłe rzeźby, postanowiła nigdy więcej nie zwątpić w Damę Lipan.

***

Od tamtej rozmowy minął ponad tydzień, a po tajemniczej bratanicy ani widu, ani słychu. Od rozpoczęcia Festiwalu Sztormów Igna każdego dnia wyczekiwała przyjazdu nieśmiałej dziewczynki. Codziennie budziła się z cichą nadzieją, że to właśnie dzisiaj pozna bratanicę Damy Lipan. Jednak to wciąż nie następowało. Dziewczyna nieraz zastanawiała się, czy tamtego wieczora się nie przesłyszała. Albo Dama Lipan coś pokręciła, ale była to bardzo wątpliwa opcja.

Igna z westchnieniem ruszyła na obchód miasta.

Mieszkając w takim miejscu jak Sobalt, można było szybko przyzwyczaić się do tłumów i różnych, czasami bardzo ekstrawaganckich osobników odwiedzających portowe miasto. Ale mimo wszystko nie można było porównywać przeciętnego dnia w Sobalcie z Festiwalem Sztormów. Bowiem wtedy nie tylko samo miasto się zmieniało, ale również odwiedzające je osoby.

Do Sobaltu ruszali niemalże wszyscy mieszkańcy pobliskich wiosek, miast i krain, a im ktoś był zamożniejszy, tym z dalszych zakątków kontynentu przybywał. Zdarzało się nawet, że przypływali także żeglarze zza Morza Goskańskiego. Usłyszawszy o dziwnej zabawie, wiedzeni ciekawością, przybywali dla szmacianego ślimaka Sobalta, który przez tydzień paradował przez miasto.

W trakcie Festiwalu przemiana zachodziła również w wyglądzie samego miasta. Odległość od rynku determinowała wartość budynku, dlatego nie dziwota, że najpiękniej przystrojone kamienice znajdowały się w centrum. Idealnie pomalowane, z masą różnych zdobień, których nazw Igna nigdy nie poznała, stanowiły tę ozdobną część Sobaltu.

Jednak to nie ta była według Igny tą prawdziwie piękną.

Im dalej od rynku, tym budynki stawały się prostsze, praktyczniejsze, aż w końcu porządek i harmonia zanikały, oddając miejsca totalnemu chaosowi. Największy bałagan panował w okolicach portu, gdzie mury dawno zostały zburzone, aby mogły powstać nowe miejsca zamieszkania. Wszystkie budynki, a przynajmniej spora ich część, miały kamienną lub ceglaną podstawę, lecz kolejne piętra często były prowizorycznymi nadbudówkami z drewna, gdzie latem panował zaduch nie do wytrzymania, a zimą — nieznośny mróz. O bieżącej wodzie, którą Igna poznała dopiero u Damy Lipan, większość mieszkańców nawet nie marzyła.

Jednak to w tych szalonych, zwykle niezbyt bezpiecznych budynkach portowych był pewien urok, którego zdaniem Igny brakowało schludnym kamienicom w murach miasta. Być może powodem były fantazyjne kształty, widok żyjących tam ludzi, a może po prostu sentyment. Igna w porcie czuła się jak w innym mieście. Jak w brudnym, niebezpiecznym, ale jednak — domu.

Lecz do portu planowała zajrzeć na samym końcu. A stamtąd chciała pójść do Pinna i Tissii.

W południe dotarła na Mokry Targ. Nie było to jedyne miejsce w Sobalcie z kramami, lecz to właśnie tu można było znaleźć niemalże wszystko — od biżuterii przez tkaniny aż po świeże ryby i warzywa. Dopisująca od kilku dni pogoda wyciągnęła na brukowane ulice prawie wszystkich mieszkańców. A przynajmniej tak wydawało się Ignie, która musiała dziś lawirować między pięknie ubranymi bogaczami, krzyczącymi handlarzami i bawiącymi się dziećmi. Przynajmniej w takim zgiełku miała większe szanse.

Kilka razy w tygodniu, w zależności od woli Damy Lipan, Igna obchodziła miasto w poszukiwaniu najciekawszych plotek. Miała nadzieję na kilka nowych skandalicznych opowieści o ekscesach pijanych arystokratów, które przekazałaby swojej pracodawczyni, a ta w przyszłości mogłaby wykorzystać te informacje do swoich celów. Za jej radą dziewczyna nigdy nie szła dwa razy tą samą drogą. Skoro Igna mogła być szpiegiem, to Czas tylko wiedział kto jeszcze nim był.

Podczas ostatnich miesięcy, dzięki pracy u Damy Lipan, Igna poznała coś, co miało większą wartość niż pieniądze, szlachetne kamienie czy piękne tkaniny. Odkryła, że wiedza otwiera wiele drzwi, a wiedza na temat błędów i słabości twoich przeciwników jest kluczem do niejednego sukcesu.

Dlatego od niedawna Igna miała jeszcze jeden, bardziej osobisty cel. Chciała się dowiedzieć, czy ktokolwiek słyszał o tajemniczej bratanicy Damy Lipan. Nie liczyła na wiele, bo podczas Festiwalu Sztormów do miasta mogło przybyć wiele nieśmiałych dziewczynek, ale Igna sądziła, że ktoś z rodziny Lipan na pewno nie przejdzie przez mury miasta niedostrzeżony.

Niestety mocno się przeliczyła. Co prawda podsłuchała dwie handlarki, wymieniające uwagi na temat pewnego młodego lorda, który wdał się w bójkę z Gwardzistami, ale o tajemniczej bratanicy nie mówił nikt. Mimo to Igna się nie załamywała; miała jeszcze parę asów w rękawie.

Przed pójściem na rynek kupiła, jak zawsze pyszną zupę rybną oraz kilka jabłek i garść truskawek dla rodzeństwa. Owoce schowała do prostej, ale bardzo wytrzymałej torby, którą kupiła za pierwszą wypłatę od Damy Lipan. Nie miała za wiele — dwie pary butów, płaszcz, trzy sukienki, chusta, pończochy, bielizna i koszula nocna były całym jej dobytkiem — lecz to właśnie zwykła, materiałowa torba była jej największym skarbem. Prawdopodobnie dlatego, że Igna sama na nią zapracowała.

Wchodząc na rynek, skłoniła się Sique — zagranicznej skrzypaczce, która każdego dnia grała dla relaksujących się w herbaciarniach bogaczy. Niska, kształtna kobieta o kręconych włosach była najcenniejszym źródłem plotek dotyczących arystokracji i urzędników Sobaltu. Centrum miasta było miejscem spotkań bogaczy i ludzi władzy, tak samo jak Mokry Targ był takim miejscem dla handlarzy, rzemieślników i innych średnio zamożnych.

W trakcie pory obiadowej, gdy większość klientów udawała się do domów na posiłek, również Sique miała chwilę przerwy. Wtedy zwykle podchodziła do niej Igna i za miedziaka lub dwa słuchała o wybrykach niektórych arystokratów. W związku z Festiwalem Sztormów młodszemu pokoleniu wydawało się, że uda mu się wtopić w tłum i zabawić bez wiedzy rodziców. Może i niektórym udawało się zabawić, ale w Sobalcie, gdzie bogacza z łatwością dało się wypatrzeć z tłumu, nic nie pozostawało na długo tajemnicą.

Sique i tym razem nie zawiodła. Opowiedziała o pewnej damie, która o świcie wyrzuciła kochankę męża z łóżka (dlaczego dopiero nad ranem zorientowała się o zdradzie męża — tego kobieta nie wiedziała, ale podzieliła się z Igną swoimi domysłami) i potwierdziła bójkę nastoletniego lorda z Gwardzistami.

Igna już miała zapytać o bratanicę Damy Lipan, gdy coś ją powstrzymało. Dziewczyna zorientowała się, że skoro pracodawczyni opowiedziała jej o swojej rodzinie w sekrecie, a Sique za pieniądze przekazywała informacje, nieśmiała dziewczynka z domu Lipan mogłaby znaleźć się w niebezpieczeństwie.

Igna podziękowała Sique i przez następne kilka godzin kręciła się po rynku. Późnym popołudniem na plac zaczęli się schodzić przebrani za lud Morzeczników młodzi ludzie, którzy za niedługo mieli wyruszyć wraz ze szmacianym ślimakiem Sobaltem spod ratusza na paradę. Widząc wzbierający tłum niewiele starszych od niej chłopców i dziewczyn imitujących wodnych Magów, Igna postanowiła skierować się w stronę Krzywej Bramy.

Kiedy Pinn był wrzeszczącym brzdącem, a o Tissii nikt jeszcze nie myślał, mała Igna podsłuchała opowieści pewnego podchmielonego marynarza, który w bardzo barwny sposób opisywał historię powstania bramy i dlaczego była krzywa.

Gdy Sobalt był jeszcze tak małym miasteczkiem, że znajdowała się w nim tylko jedna karczma, upiło się w niej dwóch murarzy. Jeden przed drugim przechwalali się swoimi budowlami, lecz niestety na słowach się nie skończyło. Zaangażowanych w konflikt było więcej, gdyż część obecnych w karczmie poparła jednego, a druga — drugiego murarza. Byli o krok od pobicia się, aż zdenerwowany karczmarz nakazał udowodnić murarzom ich umiejętności — mieli zbudować bramę wjazdową do portu. Jak to pijani, nie zastanawiając się nad absurdalnością tego zadania, przystali na jego propozycję. Podobno budowali całą noc, a poranny widok przysporzył mieszkańcom więcej śmiechu niż złości. I wiele, wiele lat później stał się spójną częścią miasta.

Czy to wydarzyło się naprawdę, tego Igna nie wiedziała. Lecz w każdej historii jest ziarno prawdy. A wnioskując po dziwnym kształcie budowli, pod którą właśnie przechodziła, ktokolwiek ją zbudował, musiał być po kilku kieliszkach. O ile nie kilkunastu.

Było już późno, za parę godzin miało zmierzchać, więc Igna porzuciła pomysł podpytania kilku rybaków i marynarzy — którzy, chociaż nie wypływali już na Morze Goskańskie z powodu swojego wieku lub innych dolegliwości, wciąż uważali wodę za swój dom — i udała się prosto do Gubrena.

Dziewczyna nie była pewna z czego utrzymuje się siwy kuternoga o niewyparzonej gębie, który całymi dniami przesiadywał w marinie, oglądając statki i głośno wyrażając swoje niezadowolenie z pracy młodszych marynarzy. Często używając przy tym niewyszukanych słów. Pomimo wielu oczywistych wad, Igna bardzo za nim przepadała. Nie dość, że Gubren zawsze znał najciekawsze plotki, to jeszcze zabawiał ją śmiesznymi historyjkami. W końcu to od niego usłyszała o Krzywej Bramie. I chociaż wtedy miał jeszcze obie nogi, a na ląd schodził tylko dla kolejnego kieliszka bimbru, to malutka Igna była tak samo zafascynowana doświadczonym przez życie marynarzem, jak dziś.

Na przywitanie, jak zwykle, zrugał ją za spóźnienie (nigdy nie umawiali się na konkretną godzinę, ale starzec pomijał ten szczegół), zażądał przekąski i zaczął swoje opowieści. Dwie z nich wiązały się z pijackimi bójkami, o których Dama Lipan na pewno nie słyszała, ale perypetie biedoty nie miały znaczenia dla jej interesów. Dopiero trzecia z historii zaintrygowała Ignę. Wczorajszej nocy Gwardia przeszukiwała całe miasto, bo jakieś książątko, baroniątko czy inne paniczątko wyrwało się armii opiekunek i zabawiło w turystę.

— Nie dziwię się dzieciakowi — stwierdził Gubren. — Jakby nade mną wisiały cały czas stare, spróchniałe matrony, też bym uciekł. Ale było z tego cholernie dużo kłopotów, psia mać. Młody powędrował do portu i przez to te ciule z Gwardii przez całą noc przeszukiwali domy.

— Jak to? — zdziwiła się Igna. Jeżeli Gwardia prowadziła poszukiwania zaginionego młodego arystokraty, to na pewno zapukałaby do drzwi Damy Lipan. A tej nocy Igna spała spokojnie.

— Rusz głową, dziewczyno. Malucha nie było przez kilka godzin, aż w końcu znaleźli go w porcie. Samego. A potem zaczęli nas przeszukiwać, psia mać. Jest Festiwal Sztormów, do miasta zjechało pełno ludzi, w tym ci ważni. Wielkie miasto, cholernie dużo ludzi. Pomyśl jak łatwo wyszukać w tłumie takie paniczątko, porwać je i zażądać pieniędzy. Małego znaleźli w najbiedniejszej części, gdzie co drugi zabije dla złamanego miedziaka. Gwardia doszła do prostych wniosków.

Igna wiedziała, że Gubren miał jej jeszcze coś do powiedzenia, ale — jak zdążyła się zorientować — starzec lubił dramatyczne pauzy i podniosłe przemowy. Chociaż trudno było o dramatyzm czy patetyzm w przystani, gdzie ciągle kręciły się setki wchodzących i wychodzących z dokujących statków tragarzy, kupców i cała masa ludzi, którzy mieli do załatwienia interesy w porcie.

Gubren wsparł się obiema rękami na swojej lasce i zapatrzył się na morze. Ignie zdawało się, że na jego pełnej zmarszczek twarzy pojawiło się jeszcze więcej bruzd.

— Wojny wybuchały z głupszych powodów niż zaginięcie jakiegoś książęcia. Zwykle chodzi o złotniaki, czasami o zranioną dumę. Gdyby następna wojna była przez jakąś rodzinę, byłby to przynajmniej dobry powód. Pół wieku temu tym baranom u władzy udało się dogadać i przestali się napieprzać jak niewyżyte chłystki. Ale coś wisi w powietrzu, moje stare kości mi to mówią. Jeszcze nie teraz, może za kilka lat, lecz w końcu coś pieprznie. W naturze niektórych ludzi jest pokój i harmonia, a innych — zabijanie i chaos. Na tym polega równowaga tego świata. Na razie mamy jakiś tam pokój, ale to nie może trwać za długo. Ponad pięćdziesiąt lat bez wojen na kontynencie. O tym nawet moja kochana matula nie marzyła podczas Wielkiej Wojny.

Igna głośno wciągnęła powietrze. Była dzieckiem pokoju, ale nawet ona wiedziała o Wielkiej Wojnie, która pogrążyła cały kontynent w trwającym kilka lat konflikcie i która pochłonęła więcej żyć niż jakikolwiek inny spór. W końcu to właśnie w Sobalcie zwaśnione kraje doszły do porozumienia i podpisały ugodę. A Igna niemalże codziennie mijała tablicę upamiętniającą Traktat Sobalcki.

Jej wzrok spoczął na prawym nadgarstku staruszka. Gubren miał tam paskudną bliznę, której nabawił się podczas Wielkiej Wojny. Nigdy nie zdradził jej szczegółów, ale Ignie zdawało się, że między okropnymi bliznami jest jakiś znak. Być może pozostałość po tatuażu.

— Koniec końców nic się paniczątku nie stało — rzekł po chwili starzec. — Co prawda coś tam słyszałem, że jakieś dzieciaki zabrali do sierocińca, bo rodzice czy ktokolwiek, kto się nimi zajmował byli pijani w sztok. Ale i tak za miesiąc czy dwa wrócą do tych pijaków. Nie wszyscy mają tyle szczęścia, co ty.

— To nie było szczęście — odburknęła Igna. — Tylko dzięki Damie Lipan udało mi się zabrać Pinna i Tissię. Gdyby nie ona, moje rodzeństwo mogłoby przeżyć to, co ja.

Gubren spojrzał na nią współczującym wzrokiem. Za murami nie było tajemnic — prędzej czy później ktoś poznawał twój sekret — a o ślicznej, rudowłosej dziewczynce, którą pewnego dnia zatrudniła najbogatsza rodzina w Sobalcie, wiedzieli wszyscy. Wszystko to, co stało się później, również trafiło do wiadomości ogółu.

Jej towarzysz nic więcej nie powiedział. Igna odczekała kilka chwil, nim odważyła się przemówić ponownie.

— Słyszałam o pewnej dziewczynce, która ma się zjawić na Festiwal Sztormów. Chyba ma czarne włosy, podobno nieśmiała.

— To tyle? — zapytał starzec, gdy zapadła cisza. — Cholernie szczegółowy opis żeś mi podała, psia mać. Co to za dziewczynka?

Igna zawahała się tylko na sekundę. Gubrenowi można było ufać. Kuternoga był zgorzkniały i niekoniecznie przyjemny w obyciu, ale nigdy nie dał jej powodu do zwątpienia.

— Bratanica Damy Lipan miała przyjechać na Festiwal Sztormów. Mam się nią zająć, ale jeszcze się nie pojawiła.

— I ten babsztyl kazał ci wypytać za murami?

Dziewczyna odwróciła wzrok i patrząc na statki, odrzekła:

— Nie, to był mój pomysł. Dama Lipan o niczym nie wie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.

Pobierz bezpłatnie