Rodzice którzy potrafią dać
Życie równie dobrze mogą je odebrać
Zostawiając po sobie całokształt
Przeszłości niczym nieszczęśliwy talizman,
który miał chronić, ale nie chronił nigdy…
Rozdział 1: Rozpad tożsamości
„Pajęcza sieć myśli doprowadza czasem do obłędu, gdy przeszłość pozostaje z Tobą na wieki”
~ Janusz Kostuch
Czas już nam zabrał wszystko i niczego nie zwróci. On potrafi zacierać ślady, mylić tropy, układać życie tak, żeby łatwiej było zapomnieć. Zapominać jednak da się tylko o tym, co doczesne. Miejsca, które znasz, przywołują burzę myśli i huragany wspomnień. Stoisz w oku cyklonu — chwilowy spokój, który udajesz, że możesz przedłużyć. Ale ten moment i tak mija bezszelestnie oraz bezlitośnie. Głowa się nie resetuje. Nie ma przycisku „zacznij od nowa”. Człowiek zostaje z tym wszystkim. Z czasem rośnie w nim tłum — wiele twarzy, wiele osobowości. Jakby mieszkał w nim cały blok. Doktor Jekyll i pan Hyde, i jeszcze paru innych. Wielorodzinny dom — przeklęty dom. Dzieci w nim nieproszone — nawet przez ciepły, letni wiatr. Bo ten wiatr to nie swoboda. To wiatr strachu — taki, który więzi lepiej niż mury. Nie ma krat, ale nie da się uciec. Mówiłem ludziom „Dzień dobry” z rzadkim u mnie uśmiechem i spojrzeniem wbitym gdzieś za rozmówcę. Ale naprawdę mnie tu nie było, pozostawałem nieobecny. Myśli o śmierci przychodziły nagle — jak neuron i impuls, który nie dotarł do celu. Zakrzywiają obraz świata. Przybijają cię do krzyża życia. A potem wyciągają gwoździe z ran, po których płynie krew. Nie czerwona, nie żywa, tylko lekko przezroczysta, zamazana. I znów cię przybijają po to, żebyś nigdy nie zapomniał bólu, strachu, strachu i paraliżu, który mrozi krew w żyłach.
To wszystko działo się tam, w głowie. A świat zewnętrzny wymaga od ciebie wszystkiego. Taktu, zrozumienia, uprzejmości. Masz rozumieć innych, słuchać wszystkich i dostosowywać się. A ty nie masz nawet wpływu na własne wspomnienia. Puzzle z dni — jak zdjęcia krajobrazów, które nigdy do siebie nie pasują. A ty je próbujesz ciągle układać na siłę, wbrew sobie i pod prąd. I próbujesz nie słyszeć tego głosu, który wraca nie raz i nie dwa, tylko tysiąc razy dziennie. To nie są myśli do wyrzucenia na złom. Nie da się ich odstawić na bok. Marskość przeszłości zalała wszystko. Ale to nie koniec. Ptaków z gniazd nikt nie wypędza. One same odlatują z nadzieją, że wrócą. I wracają. Budzą nas śpiewem. Bez końca. Bez oceny. W przeciwieństwie do ludzi. Bo ludzie potrafią milczeć aż po grób.
Rozdział 2: Strach i burze dzieciństwa
„Nie wypada uchodzić śmierci — tak mówią ci, którzy już odeszli na pustkowie wspomnień”
~ Janusz Kostuch
Niestety nie ma na tym świecie żadnych rycerzy z bajek, którzy mieliby więcej niż jedno życie. Każdy z nas przeżywał własne myśli samobójcze, choć na pierwszy rzut oka tego nie okazywał. Myślałem, że wszyscy musieli choć raz stanąć na krawędzi, by zastanowić się, jak zacząć kochać życie na nowo i jak wypowiedzieć słowa twierdzące, że nic się nie stało, choć w głębi duszy czuło się, że to nieprawda. Choroby chyliły się nad nami jak cienie, które chodziły po ludziach, i choć słyszeliśmy to wiele razy, trudno było nie zauważyć, że przyczyna i skutek już na zawsze odcisnęły swoje piętno na naszych duszach.
Kiedy zacząłem widzieć więcej, a wyobraźnia zaczęła podróżować w miejsca, które wydawały się poza naszym zasięgiem, wszystko się zmieniło. To właśnie wtedy poczułem, że coś we mnie zaczęło się zmieniać i doświadczyłem czegoś, czego wcześniej nie znałem. Byłem zjadany przez pchły i wszy, leżąc na łóżku, i w tamtym momencie starałem się odciąć od tego wszystkiego, by odczuwać jak najmniej, a najlepiej — nic nie czuć. Wznosiłem się ponad swoje ciało, patrząc w dół na wszystko, co było wokół mnie, jakby czarne węże i inne stworzenia wiły się i przenikały nawzajem. Starałem się tak dryfować ponad tym wszystkim, nie wracając do tych myśli, które mnie dręczyły. W tym stanie, wtedy, byłem szczęśliwszy niż kiedykolwiek wcześniej.
Z czasem zacząłem odczuwać lęk przed snem — bałem się zamknąć oczy, bo może nie wrócę już do rzeczywistości… Nawet, gdy na moment odpływałem w te odległe, niewypowiedziane miejsca, to rano, wstając i patrząc na materac, niczego nie dostrzegałem. Miejsce to jakby się schowało, a ja mówiłem do siebie, zamykając oczy jeszcze szerzej, próbując zatrzymać te wizje. Moje dłonie wędrowały od jednego pogryzionego miejsca na ciele do drugiego, jakby szukały czegoś, co mogło przynieść ulgę, choć tak naprawdę to tylko swędzenie. Jednak intensywność i ogrom miejsc, które mnie swędziały, budziły obsesję. Stałem się niewolnikiem własnego ciała i własnych myśli.
Ktoś jeszcze chrapał w pokoju, ale to już nie miało znaczenia. Nie czułem już nienawiści, która kiedyś mnie dręczyła. Pragnąłem zostać w wyobraźni, bo tam było mi lepiej. Każda noc stawała się swoistą podróżą w głębię mojego umysłu i miejsca, do których nikt inny nie miał dostępu. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy, że to właśnie te wycieczki będą nadawały sens mojemu życiu. Gdy przytłaczały mnie chwile, gdy wydawało się, że wszystko jest stracone, tylko w mojej wyobraźni znajdowałem schronienie i ścieżkę do świata, którego nikt nie mógł mi odebrać.
To właśnie był klucz do mojej codzienności — choć pełnej obcych ludzi, bo dom zawsze stawał się piekłem, a strach przed nim mnie paraliżował. Strach powodował niechęć do próby pokochania rodziców, gdyż ich gniew i przemoc zdawały się nie mieć końca. Gdy rodzice reagowali agresją, to świat, który mnie otaczał, stawał się tym, czego już nie chciałem poznawać. Ciemność, w której mogłem się schować, stawała się jedynym miejscem, w którym czułem się choć odrobinę bezpieczny. I choć ta ciemność była pełna bólu i niepokoju, była też moim schronieniem i azylem, w którym mogłem przynajmniej na chwilę odetchnąć od tego, co działo się na zewnątrz.
Rozdział 3: Zły dom — dzieci niechciane
„Zabawy na śmierć i życie bywają przypadkowe. Ale czasem są zamierzone od samego początku”
~ Janusz Kostuch
Wszyscy wokół domu zwanego „domem złym” starali się żyć normalnie. Albo przynajmniej udawali. Sąsiedzi żyli tak, jakby w tej małej chałupie nikt nie mieszkał, jakbyśmy wręcz pochodzili z innej planety i oddzielała nas od nich przezroczysta ściana — taka, przez którą wszystko widać, ale nikt nie chce jej dotknąć.
Przepędzano nas i unikano nas, jakbyśmy mieli trąd i roznosili jakąś zarazę — dżumę, cholerę, czarną ospę. A może faktycznie nie byliśmy „czyści”. W złym domu mieszkały świerzb i ospa, a ze stworzeń: wszy, pchły, pająki, szczypawki, korce. Drapaliśmy się do krwi. Rany nie chciały się goić. A jak już trochę zaschły, rozdrapywaliśmy je znów — odruchowo, bezwiednie.
Ojciec chorował na gruźlicę i zarażał nas wszystkich. Mieszkaliśmy w jednym pokoju, więc to było nieuniknione. Dzieciństwo spędziłem w szpitalach — wieczne choroby. Może dlatego zostałem — a raczej nie zostałem oddany lub sprzedany. Rzeczywistości nie da się oszukać — ona i tak wszystko weryfikuje. A prawda wypływa zawsze. Nawet z kamieniem u szyi.
Nie wiem, co byłoby lepsze — piekło czy niebo. Szpital chyba uratował mnie przed całkowitym oddzieleniem od matki, babci i ojca. Moi bracia… do dziś są dla mnie jak zagubione owce we mgle. A za tą mgłą czai się tylko śmierć.
Jestem synem pierworodnym, ale i tak były problemy z uznaniem mnie przez ojca. Tak to się kończyło, gdy robiło dzieci, kiedy urywał się film.
Ale o tym opowiem kiedy indziej — o melinach w latach siedemdziesiątych.
Zły dom był miejscem bez radości, ciepła czy miłości ojca i matki. Tylko sygnał SOS — cichy, stały, skierowany do mojej duszy. Ten dom był jak guz — jak glejak, który wchodzi do głowy i już z niej nie wychodzi.
Mogę to dziś powiedzieć otwarcie, bo dotarło do mnie jedno — nigdy więcej tam nie wrócę. Fizycznie — nigdy. Psychicznie? Trudniej. To jak tatuaż na duszy. Cyfra wypalona bólem. Wiecznie otwarta rana.
Znalazłem w końcu klucz. Klucz do odwagi, by o tym mówić. Zajęło mi to czterdzieści lat. Trudno spowiadać się przed samym sobą. Wracać tam, skąd się uciekło, i starać się zatrzeć każdy ślad. Ale te ślady są we mnie na zawsze.
Sąsiedzi żyli obok, lecz ogrodzeni płotami, zamknięci na klucze. Gdy coś się działo — nie reagowali. Pytali:
— Od kogo jesteś?
A potem mówili:
— Idź stąd. Nie wolno ci się z nim bawić.
Zakazywali dzieciom nawet podchodzenia do nas. Jakbyśmy mieli wyryte na czole: zły człowiek. Diabeł. Kostucha.
Jedyni, którzy się nie odwracali, to Monika i jej starsza siostra Barbara. Ich rodzina była inna. Może też mieli swoje problemy, ale mieli sumienie. Takie prawdziwe, wigilijne — jak opłatek, który czasem oczyszcza człowieka, choćby na chwilę.
Braliśmy od nich wodę ze studni. Jak nie było — rozpuszczaliśmy śnieg. Jedliśmy jabłka z ich sadu, agrest, śliwki. Czasem kradliśmy z głodu. Ale nie rzeczy — tylko to, co dawała natura, a więc pole, ogród i las.
Mieli wielką górę piachu. Nasza piaskownica. Tam się bawiliśmy. I to tam prawie wykrwawiłem się na śmierć.
Młodszy brat uniósł łopatę. Pokłóciliśmy się, a ja, biegnąc do niego, nadziałem się twarzą na metalowy szpadel. Kawałek nosa został odcięty. Krew lała się jak z kranu. Twarz i dłonie miałem całe czerwone. Próbowałem tamować krwawienie, ale nic nie działało. Chodziłem w amoku jak zombie przez dwie godziny.
W końcu trafiłem do sąsiadów — tych, z którymi bawiliśmy się „na śmierć i życie”. Podstawili wiadro z wodą, obmyli mnie, potem zawieźli na pogotowie.
Na izbie przyjęć ludzie byli w szoku. Wezwano milicję — myśleli, że ktoś mnie pobił. Potem opatrzono ranę, kazano wracać z matką do domu. Pytania i wyjaśnienia przyszły dopiero po dwóch dniach. Brat miał siedem lat, ale już traktowano go jak sprawcę.
Zimno tego dnia przenikało mnie do szpiku kości. Piaskownica i tamten zimowy wieczór są ze mną do dziś. I jeszcze coś — nienawiść. Pierwszy raz poczułem ją do bliskiej osoby — do brata. To była surowa, pierwotna emocja. Taka, która zostaje.
Później wciąż tam wracaliśmy. A sąsiedzi udawali, że nas nie znają. Może im to pasowało i byli zadowoleni.
Wróżby się spełniły. Zły dom w końcu się spalił. A my opuściliśmy Nowy Świat i wróciliśmy do starego.
Zamieszkaliśmy w „Starym dworze” — tak go nazywano, choć to raczej ponury dom z historią. Mówiło się, że pamięta jeszcze pierwszą wojnę. Może ktoś tam zginął.
Nowe miejsce. Nowa karta. Niby lepsza, ale… nie do końca.
Rozdział 4: Pierwsze zetknięcie ze śmiercią
„Burze i strach potrafią sparaliżować umysł, gdy grzmoty przypominają odgłosy wojny”
~ Janusz Kostuch
Tamtego lata nadciągnęła burza — i to niejedna. Z każdej strony zbiegały się czarne chmury, jakby nad naszymi głowami zderzyły się trzy żywioły naraz. Toczyły ze sobą wojnę — prawdziwą, niszczycielską, pełną grzmotów, błyskawic i wiatrów.
Pech, którego często mieliśmy, chciał, że akurat wybraliśmy się tego dnia do lasu w miejsce dość odległe od domów. Nasze lasy skrywały historie — rowy, okopy, echa wojny. Czuć tam było oddech przeszłości. Człowiek mógł sobie tylko wyobrażać, kto tu walczył, kto zginął i jak to wyglądało. W naszych głowach zawsze ginęli Niemcy — to był nasz przeciwnik w każdej dziecięcej wojnie.
Zabawy w gestapowców, w strzelaniny, w polowanie na szkopów były dla nas jak zdobycie szczytu. Robiliśmy prowizoryczne pistolety z drewna, szukaliśmy odpowiednich gałęzi jak rzeźbiarze. Jedne przypominały zwykłą broń, inne — fantastyczną jak z „Gwiezdnych wojen”. Nasiąknięci wojennymi opowieściami o Niemcach, nazistach i bohaterach, żyliśmy na tym wyobrażonym froncie.
Cierpienie w naszych okolicach miało inny wymiar niż w Auschwitz, ale też zostawiło ślady. W tych lasach stawiono pierwszy opór Niemcom — krwawy, lecz stłumiony błyskawicznie. Wielu zginęło. Nie byliśmy wtedy gotowi na żadną wojnę.
Gdy burze starły się nad naszymi głowami, każda z nich chciała dominować. Strach w nas rósł, a deszcz zaczął lać niemiłosiernie. Schowaliśmy się pod drzewami. Pień, do którego się przytuliłem, był zimny i szorstki. Twarz przyległa bokiem do kory, szczęka mi dygotała — ze strachu i chłodu. Góry mają to do siebie, że pogoda potrafi się zmienić w kilka minut. Rano wyszliśmy w słońcu…
Pioruny uderzały blisko. Świat trząsł się z każdym grzmotem. Zamykaliśmy oczy — już było nam wszystko jedno, co się stanie. Trwaliśmy w miejscu jak sparaliżowani. Żaden z nas nie chciał się ruszyć. Aż ktoś krzyknął: „Uciekajmy!”.
I wtedy ruszyliśmy — biegiem, na oślep, przez las, przez błoto. Pioruny wciąż waliły tuż obok. Tego dnia natura pokazała nam, ile jesteśmy warci. Nic. Tak jak dla niemieckiego nazisty inny człowiek nie znaczył nic — tak my wtedy nie znaczyliśmy nic dla tej burzy.
To było jak tsunami zła. Fala ognia, która nas pochłonęła. Śmierć. Tak, to słowo, które wciąż krążyło nad naszymi głowami. W okopach, w leśnych zakamarkach, w dziecięcych grach. A dziś? Dziś młodzi nie bawią się już w strzelanego. Nie zabijają Niemców w zabawie. Dla nich to inna epoka.
Pamiętam książki ze znakiem tygrysa — opowiadania o wojnie. Czytałem i przenosiłem się tam myślami. Do tamtych czasów. Dziś te obrazy są jak zawieszone nad naszym lasem — pełnym śladów po dawnych walkach. Kiedyś nie zdawaliśmy sobie sprawy, że bawimy się tam, gdzie kiedyś rozlewała się krew, w miejscu, w którym zostały kości, guziki, mundury i strzępy ludzkich historii.
Nie wiem, czy to wszystko nas ukształtowało. Ale pamiętam, że te pieśni, które śpiewaliśmy przy ognisku, brzmiały wtedy jak hymny i coś większego niż my.
Dziś myślę, że dzieci nie znają prawdziwego ryzyka. Nie rozumieją, czym jest strach, dopóki nie poczują go na własnej skórze. Dopóki całe ciało nie pokryje się gęsią skórką, a oczy nie będą błagać o koniec.
Tego dnia las nas uratował i jednocześnie nauczył. To był moment przejścia — z dziecięcego świata do świata dorosłych. Od tamtej pory — teoretycznie — nie mieliśmy się już czego bać.
Ale tylko teoretycznie.
Bo baliśmy się dalej i nigdy już nie wróciliśmy do tego lasu. Choćby rosły w nim najsłodsze maliny świata — został w naszej pamięci jako miejsce, gdzie nauczyliśmy się, czym jest prawdziwy strach, i że nie wszystko można przeżyć drugi raz.
Rozdział 5: Samotność przywiązana do stołu
„Świat oczami dziecka to przyzwyczajenie się do wszystkiego — nawet do beznadziei”
~ Janusz Kostuch
Świat oczami dziecka to przyzwyczajenie. To akceptacja — nawet beznadziejności. Dziecko nie ocenia, nie rozumie i nie filtruje. Akceptuje to, co widzi wokół — dobro i zło, codzienność i cierpienie. Przyswaja wszystko tak, jakby było oczywiste. Zwija się w kłębek, gdy płacze, nakrywa głowę kocem i udaje, że nikt go nie widzi, a świat przestaje istnieć. Zalewa się łzami godzinami. Szarpie nogą, gdy jest przywiązane do stołu — jak pies na krótkim łańcuchu. Akceptuje to, bo nie rozumie, że to krzywda. Myśli, że tak ma być.
Tego dnia nie było już nikogo w domu. Babcia wyszła, matka niby też — do pracy, siostra poszła do szkoły. Jasność sączyła się przez małe okna. Dzień budził się, jakby nigdy nic — jak co dzień. Ocknąłem się pod stołem. Znów to samo. Przez chwilę myślałem, że to tylko sen — ale niestety nie.
W domu nie było nikogo złego, tylko pod piecem paliło się delikatnie, jakby ogień grał jakąś muzykę. Płomień tańczył za płomieniem, przekrzykując się nawzajem. Wszyscy wyszli, a ja zostałem, jak zwykle, sam. Przywiązany do stołu za nogę. Raz za prawą, raz za lewą. I zawsze był to bardzo krótki sznurek.
Wierciłem się jak zwierzę, które wpadło w sidła. Zwierzę, które przemierzało las, swój świat — aż nagle zostało unieruchomione. Zwierzę potrafi odgryźć sobie nogę, żeby uciec. A ja? Gdzie miałem uciec, kiedy ból był silniejszy niż odwaga?
Trzask rozdarł ciszę. Iskra wyskoczyła z pieca jak światełko nadziei — ale po chwili zgasła. Zamknąłem oczy, żeby przenieść się tam, gdzie czułem się dobrze — do lasu.
Siedziałem po turecku, mając otwarte tylko oczy duszy. Wchłaniałem zapach natury. Słuchałem tysięcy dźwięków życia, które toczyło się w harmonii. Ptaki przekrzykiwały się nawzajem, zaznaczając swój teren, gdzie żerowały, budując gniazda dla potomstwa. Dzięcioł wściekle stukał długimi seriami, szukając larw w pniu drzewa. Co chwilę przestawał, rozglądając się nerwowo, czy nikt mu nie przeszkadza. I nikt nie przeszkadzał.
W wyobraźni byłem tuż obok. Myślami głaskałem jego pióra, błękitno–zielone i bardzo delikatne. Na górze i na dole toczyło się życie. Walka o przetrwanie — by być albo nie być. W lesie większy zjada mniejszego. Ale czasem mniejszy jest sprytniejszy — i przetrwa. Wśród ludzi panują podobne prawa.
Silniejszy wygrywa, a starszy ma rację. Rodzic ma rację — nawet ten, który się znęca, myśląc, że krzywdą wychowa dziecko na lepszego człowieka. Ale to nie działa, a zostawia tylko ślad w głowie.
Bo to, co złe, zostaje w nas — jak drugie oblicze. Sięgamy po nie nieświadomie, gdy życie przypomina nam o przeszłości. I łapiesz się na tym, nie idąc dalej.
Rozdział 6: Ojciec — cień dobra
„Ojciec to symbol siły i dobra — taki, jakim powinien być. Taki, którego prawie nigdy nie było…”
~ Janusz Kostuch
Ojciec Jan był, w gruncie rzeczy, dobrym człowiekiem. Nigdy mnie nie bił. Co najwyżej młodszemu bratu kilka razy się oberwało — ot, klaps na tyłek. Gdy coś przeskrobał, ojciec potrafił go unieść i dać kilka klapsów. Ale zdarzało się to rzadko — sam widziałem to może dwa razy.
Z czasem jednak ojciec coraz mocniej uciekał w alkohol. To zmieniało go nieodwracalnie — stawał się coraz bardziej obojętny, zarówno na swój los, jak i nasz. Pamiętam, jak jego matka — nasza babcia Stefania — przyjechała po raz pierwszy zobaczyć miejsce, w którym zamieszkał. Gdy zza ściany malin wyłonił się ten przeklęty dom, przeżegnała się i stanęła jak wryta. Jakby wróciła wspomnieniami do czasów okupacji — tej samej biedy, która i teraz uderzała z każdej strony. Od tamtej pory nigdy więcej nie postawiła stopy w tym domu, jakby nie chciała znów zaznać tego nastroju.
Babcia była osobą, o której nie potrafię powiedzieć złego słowa. Widziałem ją zaledwie kilka razy, a ostatni raz na mojej komunii. Wiem, że nie mogła zaakceptować tego, z kim jej syn się związał, i że dom „na kurzej łapce” stał się jego światem. Uśmiechała się często, ale coś w jej oczach mówiło, że przeszła znacznie więcej, niż dawała po sobie poznać. Jej uśmiech zapamiętałem najmocniej.
Czasem spotykaliśmy się u jej drugiego syna — w Rabce–Zdroju, na końcu ulicy Polnej, tuż pod górą Maciejową. Gdy przyjeżdżały ciocia z babcią, ojciec zabierał mnie i młodszego brata — jego oczko w głowie. Tam był inny świat: ciasta, cukierki, coca-cola, którą wtedy piliśmy po raz pierwszy w życiu. Dorośli zaczynali biesiady, a dzieci wyganiano na podwórko. Naprzeciwko był mały plac zabaw, a poniżej park. Dla nas to przygoda życia.
Z kuzynem Tomkiem zwiedzaliśmy ten park wzdłuż i wszerz. Plac zabaw, ścieżki rowerowe, wypożyczalnia rowerów, metalowa kula, na którą wspinaliśmy się, by spojrzeć na świat z góry — to wszystko miało w sobie magię. Pamiętam, że ciężko było stamtąd zejść. Strach nas paraliżował, ale to przyciągało jeszcze bardziej. To moje chwile szczęścia i zapomnienia. Zawsze bolał powrót do „potwornego domu”. Tamten świat był jak film — piękny i kolorowy, ale prędzej czy później pojawiały się napisy końcowe. I znów zostawały tylko zgliszcza, dramat oraz chłód.
Z czasem ojciec coraz częściej znikał. Uciekał, a ja miałem wrażenie, że specjalnie popełniał wykroczenia, by trafić za kratki. Może szukał spokoju, może uciekał przed ranami, które mu zadawała mama, bijąc czym popadnie. Był zamykany w więzieniach i na odwykach. Tam miała do niego ograniczony dostęp. Tam nie słyszał jej parszywych słów — tych, które rzucała przy nas, byśmy zapamiętali i znienawidzili go tak, jak ona.
Dlaczego? Do dziś nie wiem.
Zawsze mówiła, że „dla dzieci”, że „lepiej było je utopić”. Starszych oddała, nas — zostawiła przy sobie. Czemu? Może kochała go w pokrętny sposób. A może chciała mieć na niego haka. Może chciała, by wracał do tego piekła — by się nie wyrwał. Ale nie udało się. Słońce w końcu zgasło i pożegnał się z życiem na zawsze.
Wiem jedno — gdyby nie matka, potworny dom mógłby nigdy nie być tak potworny, a ojciec może by dziś żył.
Pamiętam go. Młodszy brat, którego już z nami nie ma, pamiętał go mniej. Ale pustka po nim zawsze we mnie była. Próbowałem ją czymś wypełnić — szukałem śladów jego obecności w innych ludziach. Matka, nie zdając sobie z tego sprawy, skrzywdziła jego, siebie i nas wszystkich. A nasze życie dopiero się zaczynało.
Rozdział 7: Płomienie prawdy
„Los rozdaje zarówno kary, jak i nagrody. Najtrudniejsze jest jednak zachowanie równowagi — i zrozumienie, czego tak naprawdę było więcej”
~ Janusz Kostuch
Los potrafi nagradzać i karać — i do dziś nie wiem, czy naprawdę tak ma być. Po latach bólu, cierpienia i chaosu w głowie trudno uwierzyć, że mogłoby mnie jeszcze spotkać coś lepszego. Może nie najlepszego, ale chociaż nieco innego.
Nasza matka do końca płaciła za to, co nam zrobiła. Największą karą dla niej okazało się to, że wszyscy od niej uciekli. Dosłownie — jak najdalej. Raz siostry zabrały ją do Grecji z nadzieją, że zmienią ją choć trochę, ale bardzo szybko przekonały się, że ludzie się nie zmieniają. A jeśli już — to tylko na gorsze. Narastała w niej jeszcze większa złość i nienawiść, jakby nie mogła znieść tego, że inni potrafią normalnie żyć. Ta próba naprawy była błędem.
Matkę się albo nienawidzi, albo się ją kocha; nie ma niczego pośrodku. Nie da się znaleźć równowagi między tymi uczuciami. Wróciła więc do swojego starego świata — z jeszcze większą nienawiścią wobec własnych dzieci. I na końcu została sama. Ona też odeszła. Śmierć nie pyta, czy ktoś zasłużył, nie spekuluje — po prostu przychodzi i bezwzględnie zabiera.
Kiedy dogorywała, baliśmy się ją odwiedzać. Jej brednie, szaleństwo i wyimaginowany świat — nie dało się tego znieść. Ten dom, który był naszym więzieniem, wrósł w nią aż po sufit. Był z nią do samego końca. Każdy z nas musiał poukładać swoje grzechy — od A do Z. Tego nie da się zrzucić na kogoś innego, wymazać czy rozgrzeszyć. Nawet jeśli do końca życia będziesz się modlić, to nie zwróci ci spokoju.
Los zatacza krąg co dwa pokolenia. Charakter, przekleństwa, traumy przechodzą na dzieci i wnuki. Myśl o tym, że ktoś mógłby odziedziczyć po niej to szaleństwo, była jak życie z tykającą bombą. Dobrze, że ten przeklęty dom spłonął. Płomienie prawdy zrobiły to, co trzeba. Zabrały go — i pomyśleliśmy, by tak już zostało, żeby nas nie straszył i pozostał tylko we wspomnieniach.
Ale on dalej w nas siedzi — i to codziennie. Myśli wracają, jakbyśmy znowu tam byli, traktowani gorzej niż psy. Wiązani łańcuchami do łóżek. Psy płaczą tak samo jak ludzie — i tak samo czują ból.
W moim domu nie ma zdjęć ani matki, ani ojca. Nie zasłużyli, żebym patrzył na nich codziennie, wychodząc do pracy. Nie zasłużyli na kwiaty, na znicze. A jednak co roku ktoś z nas tam idzie, choć niechętnie. Niektórzy w ogóle nie chodzą — i wcale się nie dziwię.
Każdy ma swoje spojrzenie, ale dla mnie grób to nie symbol pamięci. To miejsce wywołujące powroty wszystkich obrazów — te, których wolałbyś nigdy więcej nie oglądać. Zawieszasz się jak komputer i w jednej chwili wracasz do piekła.
Wszyscy mamy powody, żeby omijać to miejsce. Ale wszyscy też wiemy, że zło nie znika. Mówimy sobie różne rzeczy, żeby przetrwać, ale to zawsze wraca.
Gdyby istniało lekarstwo na zapomnienie, już dawno byśmy je połknęli. Możemy tylko próbować — odsuwać przeszłość za drzwi i modlić się, żeby nikt ich nie otworzył. Ale nikt nie chce przejąć tego ciężaru.
A mimo to próbujemy — bo wierzymy, że może któregoś dnia wstaniemy i tej przeszłości już nie będzie, a głowa się zresetuje. Ale nawet gdy ją zanurzasz w jeziorze wódki, ona wypływa z powrotem. Jakby była plastikową kulą, która nie tonie. To paradoks, przez który przeszedłem, lecz wyszedłem na drugi brzeg.
Ojciec nie dał rady, podobnie jak młodszy brat. Może już nie chcieli żyć. A może to życie samo ich puściło. Choć często jest piękne — to nie dla wszystkich.
Musiałem ich pochować. I nie życzę nikomu, żeby starszy musiał grzebać młodszych. To pieprzony paradoks. Ale życie dba o to, żebyś to dobrze zapamiętał.
To jezioro przeszłości — pełne wirów — wciąga szybciej, niż się wydaje. I zanim się zorientujesz, światło gaśnie, a ty idziesz na dno.
Rozdział 8: Cienie przeszłości
„Szaleństwa nie da się zatrzymać. Nawet jeśli tylko się bronisz, i tak jesteś bez szans”
~ Janusz Kostuch
Pamiętam, jak ojciec wrócił do domu po pracy. Był lekko podpity, może nawet trochę za bardzo. Dorywczo pracował przy produkcji cegieł w okolicy, czasami też na budowach lub u sprzedawcy warzyw w Chabówce, zwanego Miśkowcem. Sklep tam nadal istnieje, teraz to zwykły spożywczak. W tamtym dniu, jak zawsze zresztą, wybuchła wojna o pieniądze. Matka krzyczała, że ma dość, a oni zaczęli się szarpać. Byłem w domu i wtedy przeżyłem coś, czego nigdy nie zapomnę.
Mama wzięła wrzątek z pieca, babcia grzała wodę do mycia, i oblała ojcu całe plecy. W tym czasie ojciec starał się ją powstrzymać. Ogólnie nigdy jej nie uderzył. Ona jednak nie przestawała, aż cała para z jego oparzonych pleców nie przestała się unosić. Potem, gdy wyszedł z domu, ona za nim pobiegła, trzymając siekierę, którą schowała pod łóżkiem. On się bronił, odpychał ją, ale i tak siekiera utkwiła w jego ramieniu. Krew spłynęła po jego białej koszuli. Ojciec uwielbiał białe koszule, zawsze je nosił. Mówił o nich „białe żagle” — chyba zawsze chciał żyć gdzieś indziej, nad morzem.
Z opadłą głową i oparzeniami leżał na ziemi, a para wciąż unosiła się nad nim, jakby nie chciała się ulotnić. Patrzyłem na niego długo, nie rozumiałem, co się dzieje. Kury gdakały obok, a on leżał nieruchomo. Płakałem i to był pierwszy moment, kiedy poczułem w sobie prawdziwą nienawiść — nie tylko do matki, ale i do całej tej sytuacji. Wtedy zaczęło we mnie rosnąć poczucie bezsilności i wściekłości.
Z czasem zaczęło mi być coraz trudniej rozumieć, co się działo w naszej rodzinie. Może wcześniej bywało gorzej, ale wtedy zacząłem widzieć prawdę — to, co robiła matka, nie było normalne. Karała nas w sposób, który zostawia ślady na całe życie. Godziny klęczenia, a potem bicie, krzyki w stylu: „Wstawaj, gnoju!”. Ten przeraźliwy głos, który wywoływał u mnie drgawki, do dziś brzmi w moich uszach. Dzieci nie mają wyjścia, akceptują wszystko, co się dzieje, bo rodzic mówi, że tak ma być i to normalne. Dziś wiem, że to nienormalne.
W 1985 roku ojciec uległ wypadkowi. Wracał pijany z biesiady wraz z kolegami, a droga na Chyżne była nieoświetlona. Żuk, którym jechał, potrącił kogoś na środku drogi i nie zdążył wyhamować. Osoba zginęła na miejscu. To była noc, a ja pamiętam, jak mnie wezwali do szpitala, gdzie zobaczyłem go leżącego na stole, podłączonego do aparatury. Nic już nie dało się zrobić. Lekarze w Rabce chyba nawet nie wiedzieli, co robią. Mieliśmy go oglądać, pozszywanego jak Frankenstein. Pamiętam, jak zimne było jego ciało. Kazali mi pocałować go w czoło. Byłem dzieckiem, więc nie miałem wyboru.
Ojciec zmarł w tym samym roku. Tuż przed śmiercią urodziła mu się córka Natalia, której matka nadała imię po jego śmierci. Ludzie mówili, że nie bierze się ślubu tego samego dnia, którego chrzci się dziecko. Po ceremonii, wracając do domu, krowa wybiegła na drogę, niszcząc samochód, a cała sytuacja miała w sobie coś z typowego pecha. Zrozumiałem, że w życiu bardziej liczy się szczęście niż rozum.
Po jego śmierci życie w naszym domu się zmieniło, ale nie w sposób, jakiego oczekiwałem. Matka postanowiła spalić dom. Po szkole, na długiej przerwie, sąsiadka Monika powiedziała mi, że nasz dom się spalił. Zdziwiłem się, a gdy wróciłem na miejsce, gdzie dotychczas stał nasz dom, zastałem tylko komin, z którego unosił się dym. Nic już nie zostało i zniknęło wszystko, co znałem. Stałem tam, wstrząśnięty, i nie mogłem w to uwierzyć. Przez chwilę poczułem, że to koniec tego piekła, które było moim domem. Ale to, co się stało, nie zniknęło z mojej pamięci. To niewidzialna księga, którą teraz odczytuję przez całe życie.
Zostaliśmy bez domu. Gmina przydzieliła nam mieszkanie, ale bez ubikacji i bieżącej wody. Przetrwaliśmy, bo życie nie dawało nam wyboru. Nawet zaczęliśmy mieszkać z adoptowanym bratem, który próbował znaleźć u nas rodzinę, choć matka nie dawała mu szans. Ostatecznie przestał przychodzić. Matka go odpychała i nie miała dla niego grama uczuć.
Czasami trudno mi zrozumieć, co się wydarzyło w tym domu. Nauczyłem się, że nie wszystko, co się dzieje, ma sens. Błędy, które popełniliśmy, wracają do nas, niezależnie od tego, jak bardzo się staramy je wyprzeć. Pamięć jest nieubłagana, a ból z przeszłości nigdy nie znika całkowicie.
Każdy z nas niesie przez życie swój bagaż. Ja starałem się nie powtarzać błędów rodziców, ale wciąż czuję, jak ten cień nad nami wisi. Niezależnie od tego, co się stanie, walka z przeszłością trwa. Każdy dzień to nowa próba, ale czasem boję się, że przegram wewnętrzną walkę.
Rozdział 9: Przełom — gdy wszystko zaczęło się zmieniać
„Mówi się, że jabłko nie pada daleko od jabłoni — i rzeczywiście, dzięki grawitacji zawsze spada blisko ziemi, a więc i samego drzewa. Może więc to przysłowie ma nie tylko sens metaforyczny, ale i fizyczny — bo jabłko, tak jak człowiek, często zostaje blisko miejsca, z którego pochodzi”
~ Janusz Kostuch
Przenoszenie w dorosłość tego, co widziało się i przeżywało w dzieciństwie, to proces naturalny. Większość ludzi przenosi swoje traumy, schematy i zachowania — tylko nielicznym udaje się uciec od tego w pełni.
My także mogliśmy przenieść wszystko: ból, doświadczenia, wspomnienia. I niektórym to się udało — może nawet aż za bardzo. Patrząc dziś na nasze życie, trudno oprzeć się wrażeniu, że dominują w nim chaos, nieszczęście i brak kierunku.
Trzeba zadać sobie pytanie: dlaczego dziecko musi ponosić konsekwencje cudzych błędów? Przecież nikt z nas nie prosił się na świat. A jednak jesteśmy — i skoro już mamy dzieci i jesteśmy dorośli, to mamy też możliwość zmiany. Możemy ograniczyć wpływ przeszłości, nadać jej nowe ramy. Ale to nie takie proste. Bo nikt nie siedzi w drugiej osobie. Nikt nie wie, co ją boli i co się dzieje w jej głowie. A wszystko to przenosi się później na życie — nasze i innych.
Czasem snuje się teorie, że pewne rzeczy mogły się nie wydarzyć i mogło być inaczej. I każdy z nas niesie ten bagaż, próbując z nim walczyć w sposób mniej lub bardziej świadomy. Bo nawet jeśli nie jesteśmy jak nasi rodzice, to co z tego, skoro i tak robimy to samo? W dodatku często nawet nie zdając sobie z tego sprawy, bo się przyzwyczailiśmy i wydaje nam się, że tak jest dobrze.
Ludzka psychika jest krucha, ale można ją naprawić. Trzeba tylko zacząć odróżniać dobro od zła i wybrać stronę. Musimy wiedzieć, co jest właściwe, a co nie. Jednak to wymaga świadomości i siły.
Wszystko zaczyna się zawsze w dzieciństwie. To wtedy rodzice kształtują nasze spojrzenie na świat. A jeśli dzieciństwo było bolesne? Jedni nie wytrzymują — odbierają sobie życie jeszcze przed dwudziestką. Inni żyją dalej, lecz z raną, która otwiera się przy każdym nieostrożnym ruchu i przy każdej niewygodnej myśli.
Czasem próbujemy coś sobie wytłumaczyć i racjonalizować. Ale są rzeczy, których wyjaśnić się nie da. Są obrazy, które zostają z nami na zawsze i nie można ich wymazać z pamięci. Wrócą zawsze, kiedy masz chwilę słabości, depresję czy załamanie. I wtedy próbujesz jednym problemem zatuszować drugi.
Jedni sięgają po alkohol, inni — po narkotyki. Bo to jedyny sposób, by się na chwilę odciąć. Bo jakby się tak w to zagłębić naprawdę głęboko, to można nie wytrzymać. Sam pamiętam momenty, gdy patrzyłem na sznury. Myśli o śmierci nie były tylko myślami, ale walczyłem, choć nie miałem już siły.
Czasami jesteśmy jak rozbity dzban — da się go posklejać, ale pęknięcia zostają na zawsze. I tak właśnie widzę nas wszystkich po latach. Każdy z nas ma w sobie pęknięcia. Każdy jest „zryty”. Każdy nosi w sobie coś, czego nie da się wymazać.
Wychowani w domu pełnym zła — nasiąknięci bólem, niepewnością, lękiem. Szczęście w nieszczęściu? Trudno powiedzieć. To, co widziałeś, zostaje z tobą na zawsze. Wraca — choćby o trzeciej nad ranem, gdy budzisz się zlany potem.
Po latach patrzę na nas wszystkich i nie widzę nikogo, kto by wyszedł z tego cało. Każdy z nas boryka się z przeszłością i niesie ten balast. Czasem udajemy, że zapomnieliśmy, ale to samooszukiwanie. Gołym okiem widać, że to ciągle w nas siedzi — wciąż wypominamy sobie dawne błędy.
Siostra udaje, że wszystko gra. Znalazła swoje miejsce daleko stąd. Może nawet wymazała przeszłość. Może udało jej się ułożyć sobie lepsze życie — i dobrze. Jeśli komuś z nas należy się szczęście, to właśnie jej.
Brat Roman… nie da się o nim nie wspomnieć. Skrzywienie jego psychiki wykracza poza wszelkie granice. Rodzice zastępczy traktowali go jak parobka. Chcieli mieć kogoś na starość. Nie wiem, czy to było z potrzeby miłości, czy wygody, ale dla Romana to był zupełnie inny świat. Został oddany przez matkę po trzecim roku życia. To było niezrozumiałe i przerażające. Jak można oddać dziecko jak starą kurtkę?
A kiedy odwiedzał nas potem, już jako nastolatek, matka wyrzucała go z domu. Krzyczała: „Spierdalaj! Wracaj tam, skąd przyszedłeś!”. I w końcu przestał przychodzić. Zaczął nas nienawidzić. Co musiało się wtedy dziać w jego głowie, wiedział tylko on sam.
Dziś nie potrafimy być rodzeństwem. On przychodzi, chwali się, ile zarobił, co ma. Tak jakby próbował poczuć się lepszy, ale nie tędy droga.
Brat Stefan? Oddany w wieku trzech miesięcy. W latach siedemdziesiątych było „modne”, by Amerykanie adoptowali polskie dzieci. Tak trafił do Sybiraków mieszkających już w USA. Miał tam rodzinę i siostrę, także adoptowaną. Odnalazł się po latach. I gdy na niego spojrzałem, to jakbym zobaczył matkę. Ten sam wygląd, choroby i identyczne oczy. Spotkaliśmy się tylko raz, ale to wystarczyło.
Rozdział 10: Spektakl przemocy
„Gdy znasz tylko strach, staje się on lekarstwem, a to, co miało leczyć, budzi przerażenie. Gubisz się wtedy w labiryncie przymusów i rozkazów…”
~ Janusz Kostuch
Nic nie zaskakuje człowieka tak bardzo jak strach przed powrotem do domu, gdy dobrze wie, co tam na niego czeka. Zwlekasz, bo prawda jest taka, że nie chcesz wracać, ale nie masz dokąd pójść.
Obcy zawsze zostanie odepchnięty. Ludzie nie chcą dotykać cudzych problemów, jakby mieli zarazić się biedą, wszami czy ranami, które nigdy się nie goją. Najlepiej unikać zła, nie patrzeć w jego stronę. Tak jest łatwiej.
Może to, co próbowałem schować w oczach — ten gniew — był jednak widoczny. Wydawało mi się, że zniknął choć na chwilę, ale to złudzenie. Istniał zawsze, rozciągał się w dal bez końca.
Zdarzało się, że wpadałem w ten stan i byłem zimny jak lód; wzrok wbity w jeden punkt. Umarli mają lepiej — ktoś przynajmniej zamyka im oczy, a ich życie się kończy. Z kolei nasze oczy pozostają szeroko otwarte, a w tych oczach śmierć odbija się jak w lustrze. Jednak nikt nie zwraca na to uwagi, bo życie toczy się dalej, nawet jeśli człowiek od środka dawno już przestał prawdziwie żyć.
Tego dnia szedłem powoli. Modliłem się, żeby nie było już nocy i od razu nadszedł świt. Może gdybym przeszedł obok tego przeklętego domostwa… Ale dokąd miało pójść dziecko, jak nie do domu?
Ten dom był potworem. Wciągał do środka, wgryzał się w człowieka i wysysał z niego wszystko; krew, nadzieję i wolę życia. A mimo to każdego ranka znów trzeba było wstać.
W oknie migała świeczka. Słyszałem krzyki. Znów kłótnia. Tym razem o to, kiedy wróci ojciec. Matka już planowała nie wpuścić go do środka.
Starałem się odcinać od tej kakofonii, melodii nieszczęścia. Matka mówiła ciągle — a to do siebie, do nas i do babci, która przy piecu gotowała dla tak zwanych przez siebie „głodomorów”, czyli dzieci tych wszystkich jej byłych, teraźniejszych, z których każdego nazywała „wisielokiem” — jak to mawiała.
Jej słowa brzmiały pokracznie, jakby zrodzone w głębi obłędu skrzeczącego w jej głowie. Mieliśmy jej dość. Ten dom wżerał się w nas każdego dnia.
Chodziłem do szkoły, ale tam też nie byłem naprawdę obecny. Ciałem tak, ale duchem wędrowałem gdzie indziej. Lekcje nie wchodziły mi totalnie do głowy. Nawet bicie linijką po rękach i dziennikiem po głowie czy twarzy nie potrafiło mnie niczego „nauczyć”. To było wszystko, co umiał system– siłą wtłaczać wiedzę do głów dzieci.
Do połowy szóstej klasy działy się tam rzeczy, które dziś zakopałbym głęboko. Całe to gówno można by zwinąć w rolkę papieru toaletowego i spuścić w klozecie życia razem z brudem całego świata.
Gdy wracałem do domu, starałem się otwierać drzwi po cichu, ale zawsze skrzypiały. A to był tylko jeden pokój i nie dało się nie zauważyć, że ktoś wszedł.
Matka zrywała się natychmiast i sięgała po pasek. Zawsze miała go pod ręką. Przez chwilę miałem nadzieję, że może mnie nie zauważyła. Byłem niestety naiwny.
Rytuał zaczynał się jak zawsze: za to, że ojciec się spóźnia, że jej nie słucham. Za wszystko i za nic tak naprawdę. Głównie za jej własny los, że inni mają wszystko, a ona nic. Że przez nas nie ma niczego. Często mówiła, że powinna nas utopić. Gdy pas cięty uderzał w plecy czy uda, tylko szloch uciszał wściekłość.
Czasem wydawało mi się, że zły dom unosi się jakby w sprzeciwie do mnie. Że sam chcę ją powstrzymać. Jak w bajkach, gdy stare dęby przemawiają, ale to było tylko złudzenie.
Każdego przeklętego dnia gasło w domu światło, a zaczynało się piekło nocy. Jakby sam diabeł przychodził oglądać ten spektakl grozy. Wskazywał matkę palcem, a ona grała dalej. A my — aktorzy tej tragedii — tańczyliśmy jak przygrywało nam szaleństwo.
To nie był sen. To był nasz dom. Potworny dom. On istniał naprawdę.
Rozdział 11: Azyl w ogniu
„Coś może Cię przerażać do tego stopnia, że aż nie chcesz wracać do domu, ale wiesz, że musisz, bo inaczej czeka Cię kara”
~ Janusz Kostuch
Dom był dla nas czymś w rodzaju zła koniecznego. To miejsce, do którego nie chciało się wracać. Nie dało się już słuchać krzyków, przekleństw ani tego, co działo się tam na co dzień — bijatyk, znęcania się nad dziećmi i wzajemnego maltretowania. Mam na myśli przede wszystkim sytuacje, w których rodzic znęcał się nad dzieckiem, a w tle przewijały się latające talerze i garnki z gotującym się jedzeniem. Słyszało się też dźwięk rozbitych rzeczy, które lądowały na podłodze. Przede wszystkim jednak — ciągłe bicie. Znęcanie się fizyczne było na porządku dziennym. Gdy tylko matka mogła wyładować swoją złość, tłukła nas gorzej niż bezpańskie psy. Niezależnie od tego, czy zrobiliśmy coś dobrego, czy złego, w końcu i tak przyszła na nas kolej. Po prostu byliśmy pod ręką, a gniew musiał zostać na kimś wyładowany. Czasem trudno nawet zrozumieć, dlaczego to wszystko wymierzone było akurat w naszym kierunku.
Niektórzy twierdzą, że dom powinien być azylem — czymś, co daje poczucie bezpieczeństwa i sensu życia. U nas niestety było inaczej. Dom stał się piekłem, a niebem były tylko sny. Do dziś każdy z nas nosi to w sobie, żyjąc w cieniu tamtego okresu. Czasem życie, które prowadzimy, pozostawia wiele do życzenia, a czas zatacza koło.
I chociaż staramy się przed nim uciekać, wracamy do tego, co się zdarzyło. Często robimy to samo w mniejszym lub większym stopniu i w różny sposób. To jak bomba z opóźnionym zapłonem. Przez pewien czas walczysz, a potem przychodzi moment, gdy cała ta frustracja i bezsilność zaczyna cię dosłownie ściskać, jakby wielkie dłonie olbrzyma zaciskały gardło.
Bywały chwile, kiedy wydawało się, że jest trochę lepiej. Może nawet dostrzegaliśmy przebłyski miłości, choć przeczuwałem, że to wszystko i tak nas zniszczy. Trudno powiedzieć, czy ktokolwiek wtedy miał nadzieję na lepsze jutro, ale z perspektywy czasu widać, że to, co przeżyliśmy, nie było ani w dziesięciu procentach tym, czym powinno być.
Przede wszystkim trudno mi zrozumieć, jak można było tak odrzucić własne dzieci, jak można było je wymazać ze swojej pamięci. Myślę, że to wszystko działo się przy współudziale babci, która tak samo traktowała potomstwo — jakby nie istniało. Związane sznurkiem w taki sposób, by nie mogło uciec. Wszyscy wokół milczeli. Nikt nie słyszał krzyków, które odbijały się tylko w pustych przestrzeniach.
Dom, w którym dzieci były traktowane jak psy. Niewyobrażalne, ale tak to wyglądało. Nie ma szans, by ktoś z tego wyszedł bez szwanku. Zniszczenie psychiczne, które odbija się w człowieku od najmłodszych lat, kładzie się cieniem na całym jego życiu. Gdy stajesz się nastolatkiem, zaczynasz rozumieć, że brakuje sensu, a w głowie pojawiają się pytania o życie i o to, czy ma ono jakiekolwiek znaczenie. Niekiedy pojawiają się też myśli o samobójstwie, o ucieczce, o końcu tego wszystkiego. Miałem takie dylematy, ale z jakiegoś powodu chęć życia zawsze była silniejsza i zwyciężyła.
Nie było mi łatwo zrozumieć, dlaczego to się działo, a wszystko musiało wyglądać w taki właśnie sposób. Często nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak głęboko to wszystko w nas siedzi. Uciekaliśmy, szukając czegoś, czego w domu nigdy nie dostaliśmy, chcąc znaleźć inny dom, w którym zapanują spokój i akceptacja, ale ta podróż nigdy nie kończy się prawdziwą ucieczką. Chociaż próbujesz żyć normalnie, wiesz, że w każdej chwili to może wrócić.
Ciągle patrzysz na tę drogę, ale boisz się nią iść. Wiesz, że jak raz w nią wejdziesz, to możesz już nie wrócić. Możesz się zgubić w tym labiryncie, w którym nie ma wyjścia. Patrzyłem na mojego młodszego brata, który próbował, lecz nie miał szans wyjść z tego piekła. Myślę, że dotoczy się do końca swojego życia i że nie ma już nadziei. Każda próba ratowania go to walka z wiatrakami. Jest zniszczony psychicznie, nie ma już wyjścia.
Starszy brat został adoptowany, więc może jego życie potoczyło się inaczej. Chociaż trudno powiedzieć, co tak naprawdę się z nim dzieje, ponieważ nikt nie wie, co zostało w jego głowie. Jednak wiem, że on również przeżył coś, co zostawiło ślad na jego psychice.
Ostatecznie pozostaje mi tylko myśleć, że niektórzy z nas nie przeżyją tego wszystkiego. Inni nie będą w stanie nigdy naprawdę wyjść z tego piekła, które na nas czekało i wsiąkło w nasze umysły. I choć próbujemy jakoś żyć, każdy z nas na swój sposób, w końcu i tak wracamy do przeszłości. Czasem nie wiemy, jak się z tego wyrwać, ale musimy żyć dalej.