E-book
4.73
drukowana A5
27.99
Złoty popiół

Bezpłatny fragment - Złoty popiół

wiersze


Objętość:
96 str.
ISBN:
978-83-8455-628-3
E-book
za 4.73
drukowana A5
za 27.99

Moim Wnukom

Rozalce, Zosi, Tymkowi, Nikodemowi i Jasiowi —

by oczy mieli uważne i rozumne

Część pierwsza

Wiersze i zwierszowane małe prozy

na ten czas

gdy Heraklit płakał

życie i tak się sączyło wolniej niż oskoła

dziś zewsząd słychać że gna

tydzień za tygodniem to już błyskawica

miesiąc za miesiącem w tańcu

cyfry lat przeskakują w liczniku

a niektórzy szemrzą skrycie

że On robi to złośliwie

za wygasły

zimny żar popiołu wiary

tylko ci co kochają w tęsknocie

albo już dawno kochać przestali

mówią jak ten czas się wlecze

jak ten nudziarz sepleni bez składu

gdy oni bez nadziei w gardle

rozglądają się ślepo na rogach

Skala

Ze wszystkich innych największy mój podziw

wzbudzają zawsze tylko ludzkie sprawy —

lubię ich barwność od bieli do czerni,

gdy biorę między kciuk i wskazujący,

kulka po kulce, z przymrużeniem oka,

patrząc pod słońce.


Sprawy nieludzkie są jak łyżka dziegciu

albo ubytek miodu z beczek wielu,

lub zwyczajnie: brak — jakieś marne zero

tam, gdzie człek roił Eden obfitości.

Znów biorę między kciuk i wskazujący,

patrząc pod gwiazdy.


Przez trudy droga do nadludzkich rzeczy —

tylko przez trudy, bo szczypta talentu

do posypania głów złotym popiołem

zawodzi tak jak i liść laurowy.

Drży tajemny wzór, budzą się upiory:

zawiść, nie zawiść…

Oby nie zawisnąć.

Spacer

— Czemu wybrałeś tato kamienistą drogę?

Wiesz, że sprawia mi ból.

— Świat po prostu cię uczy,

rzucając pod stopy kamieni do bólu,

że jest życie i że jest cierpienie.

— Życie i cierpienie…?

— Tak, dziecko, cierpienie i śmierć.

— A początek, tato, jak to z tym początkiem?

Czego o początku uczy nas ten świat?

— Wciąż czegoś nowego:

że było tak kiedyś,

że jeszcze go nie było

i stanie się kiedyś tak,

że znowu go nie będzie…

Tyle że nie wiemy co to

tak naprawdę znaczy.

— Bo jak się przebywa taką krótką chwilę:

okamgnienie, błysk, trzask…

— Właśnie, to czasu byłoby wiecznie za mało,

żeby z dwa-razy-dwa

sięgnąć teorii względności,

a potem wyżej i dalej, i głębiej…


Na szczęście potrafimy się spotkać,

by drugi raz już nie szukać

klucza do otwartych drzwi.

Ślady

Jak to się dzieje, no powiedz, jakim

cudem przechodzisz obok a wtedy

nasze przemijania to gasną,

to rozgwieżdżają niebo?

Obce niebo nad światem.

A ten świat i ten świt

zaraz w rosie…


I jeszcze powiedz, jeśli nadal masz

nieodjętą mowę o niepojętym wszechświecie,

gdzie, w którym zakątku

skryje się ten brak wzajemny,

głucha pustka po tobie,

zimna pustka po mnie?


A że tu byliśmy, bywamy i jesteśmy jakoś,

uparcie pachnie ślad niezapominajki,

drży jeszcze niezmącone

oczko w naszym lesie,

jąka się kos,

co tak umiał nas kiedyś zachwycać…

Trzeba iść

Strudzony wędrowiec wyznał kiedyś chłopcu

prawdę o życiu, by sens jakiś miało:

„Pamiętaj, mój drogi, człowiek jest nomadą,

więc oczy miej łakome, uważne, rozumne,

bo tylko to, co ujrzą, do końca jest twoje.


To najszczęśliwsze chwile są,

gdy nocą możesz z gwiaździstym

niebem snuć rozmowy,

o tym, co było, jest i co nadchodzi.

O wszystkim! I wszędzie!

Bo gdziekolwiek wstrzyma

bieg swój karawana,

rozgwieżdżone oko patrzy.


Nie bój się tych spojrzeń!

To w ciszy źrenicy Wszechświata

rozpoznasz kim jesteś, turysto

i na Cyprze, w Chorwacji,

w Bieszczadach i w Rzymie,

dokąd ponoć wszystkie drogi wiodą,

skądkolwiek podążysz.

Tylko idź, kochany, tylko idź!”

Z prochu gwiazd

Rozumieć tę opowieść pisaną alfabetem

równań niemieszczących się na tablicach

Einsteina i Boga bawiących się plątaniną

sznurów dowodów porozciąganych między

szczytami metafizycznych gór

i profesorskich katedr.


Przypomnieć sobie ten miniony ogień słońc

i usłyszeć ich pieśń: „tyś jest tlenem z mego tlenu,

z wapnia mojego twoje kości, a żelazo…”

Żelazo niesione nurtem krwi jest rdzą po supernowej

sprzed miliardów lat.


Zrozumieć, że nie z prochu Ziemi i nie dla prochu

ale wraz z nią rozsypani w pędzącej przestrzeni

alfabetem pierwiastków, spiralami DNA

nie opowiadamy historii lecz ją powtarzamy

świadomi końca.


Usłyszeć w sobie te pradawne głosy —

o dziwnym lęku, rodzeniu, przetrwaniu.

Zobaczyć w snach obrazy nie wiadomo skąd:

ciemną wodę, nagie światło, rozkoszne iskanie…

Nie wspomnienia to, lecz echo

i drżenie genomów.

Neander

Może było i tak — wiemy o tym co nieco —

no a reszta to mgły, to domysły i mgły.

Może zbliżała się zima,

gdy on wciąż zalękniony,

coraz rzadziej zasypiał

z tlącą się ledwie bezimienną nadzieją,

która go tuląc ożywiała nieszczerze

i szczerze w sobie dusiła

nienazwane lęki.


Komuś kiedyś się uda odczytać z jego kości

więcej niż sam wiedział o sobie nieszczęsny.

Obca kraina dziś dopiero znana

użyczy mu swej nazwy, by miał jakieś imię.


Nie ukryje się prawda o tych kilku zdradach,

których mu wolno lub nie wolno było

się dopuścić z napotkaną i zdobytą obcą…

albo i to że na koniec coś twarde i tępe

rozłupało mu czaszkę jak orzech,

jeszcze nieznany wtedy jako włoski.

Trzy zatoki

Pieśń pierwsza

Zawsze się wpływa do pierwszej niepewnie —

kto może w tym czasie wiedzieć co to będzie?

Ciekawość — pierwszy krok.


To tak jak na plaży niewinnie z wiaderkiem —

maluszek zastawia stawik na koluszki.

Odważne zostają.


Płochliwie jednak w przeczuciu gorszego:

że to tam jest piekło, a na pewno nie raj —

inne odpływają.


Requiem w takich chwilach zawodzi Żałoba

Lacrimosę wylewa rzewnie łzawy chór:

„Nie zaznają dzieciństwa”.


Nie zaznają miłości. Zaś piękne, kapryśne,

w pogoni za szczęściem — te z głębin zatoki

ubarwiają świat.


Podziwu godny jest ich głód rozwoju,

szybkość dorastania i bezczelność miary

przerośniętej znienacka.

Pieśń druga

Wpłynąć do drugiej zatoki — marzenie

dzieciństwa w barwach pragnienia wolności,

młodego szczęścia w gwarze i słońcu.


Kropla po kropli chłonąc tajemnice,

staje w szeregu świadomy swoich cnót

odebrać powołanie do najświętszych zadań.


Co tu za gwar, ruch, radość życia, szczęście!

Nie ma żadnych przeszkód, przylądków,

falochronów, sztormów —

dorosłość się należy jak zet po igreku.

Pieśń trzecia

Flauta. Nikt nigdzie się nie spieszy.

Zwiotczałe płótna żagli.

Tłoczno jedynie wokół przylądka

zwanego Naiwnym.

Z drugiej zatoki płynie się ku niemu

jakby po nagrodę

po wielu latach pracy, służby, lojalności.


Niektórzy są zdziwieni, że koniec jest tak bliski.

Wprawdzie po całym wybrzeżu

z gracją przechadza się Śmierć,

nikt jej jednak nie bierze śmiertelnie poważnie.

Nawet — rzekłbym — jej urok bawi i podnieca.


Ona zaś nigdy nic nie robi na niby,

nawet jeśli — jak mówią — „ktoś przedwcześnie

posłany w głębiny”.

W zatoce trzeciej każdy pokornieje — mój Boże!

W kolejce z bezdechem, odkąd zmienił się prąd.


Nikt tu nie zawodzi, nie szuka dawnych Mocy,

toż jasne że na wykup niemało by miał,

albo i przeciwnie: bez grosza przy duszy…

Bez duszy.

Syzyf żujący podpłomyki

O Syzyfie z troską pomyśl,

jak o ozdrowieńcu.


Głaz tyle razy wtoczony

okrutnym wyrokiem

i tyle razy spadający z grzmotem

powinien choć trochę się zużyć,

obłupać, obtłuc i zwietrzeć,

jak to w ogóle mają skały w zwyczaju.

Lecz wyliczyli znawcy rzeczy,

że głaz istotnie zużywa się trochę,

nie bardziej jednak niż ciało Syzyfa.

Oba zużycia się więc równoważą,

quod errat demonstrandum.


Niejeden ze znajomych Syzyfów skorzystał

z bożej łaski zmielonej

w odpowiednich proporcjach

z własną siłą woli.

O, jak żują w zadumie, ci anachoreci,

mdłe podpłomyki nadziei,

że przytroczony do zbocza głaz

już się nie urwie i nie zniweczy ciszy.


Przysiądź, jeśli chcesz, tęskno mu do ludzi,

choć swoje już wie i nie potrzebuje rady.

Tylko uważaj, widzisz ten błysk w oku?

To pycha konwertyty, to pewność posłańca.

Cierpiętnice

Trzysta lat temu,

czyli jakby trzy twoje, Mamo, życia wstecz,

być może nasza prababka w kwiecie wieku

zestarzała się z dnia na dzień po tym,

co zrobił jej dworski karbowy za byle co.

Że na przykład nie dożęła sierpem żyta

tyle ile trzeba

albo spojrzała hardo

czy odcięła się niewyparzonym językiem.


A potem, za jakieś ćwierć wieku jej córka,

roniąc w polu dziecko,

którym gwałtem obdarzył ją żołdak,

omal się nie wykrwawiła w rozmokłej bruździe

kapuściska, gdzie opluta przez sąsiadki i krewne

— praprzodkinie obrończyń daru życia —

znalazła ratunek w rękach pustelnicy,

która szczęściem uniknęła stosu.


I zawsze tak. Cierpiętnice. Zawsze. Do dziś.

Choć wyrywają życiu kłak po kłaku szczęście,

co stokroć bardziej należy się im,

nie tym

skończonym

Mimo wszystko nocą

odgarniają niesforne kosmyki

i znów

wybaczają

Memoria

Na chryzantemy, na płomyki wzruszeń,

na poranne mgieł leniwe rozścielenie,

myśli jeszcze żywych długi szereg kładzie

pamięci smugę tak klasycznie piękną,

jak w Prado, La Scali, Stonehenge czy Uffizi.


Cmentarzy pustka, gdy wiatr powiał srodze,

przynosi ulgę i oddech sumieniu,

które zamknęło Ziemi swojej wieko,

by z gwiazd hel i wodór smakować łapczywie,

jak w Pergamonie, Luwrze, Pompidou.


Dziś „z prochu jesteś” i „memento mori”

brzmi jak wrzucona w czerń świata przenośnia;

to co z ziem rzadkich droższe ponad złoto,

a wszystko z gwiazd przed milionami lat

wygasłych,

by wciąż świeciły w Orsay, Metropolitan, Tokio.

Pierwsza moja kapitulacja

Pamiętam jak dziś:

stałem przed portalem.

Był początek nowego,

a ja po staremu

puszczałem kółka z dymu melancholii.


Miałem — bez aluzji — trzydzieści trzy lata

i właśnie mi się psuła

górna lewa dwójka.

Lecz patrząc na to swoje

w szklanych drzwiach odbicie,

przekomarzałem się z sobą,

że już się nie opłaci,

że leczyć zęba nie warto,

że jakoś się z dziurą doczłapię do końca.


Była to jednak tylko krótka chwila,

jedna z tych, co zatruwa ochotę na życie,

gdy sto lat niejednemu się może przeturlać

jak piłka po plaży z wiatrem po omacku.

Dla siebie

Zatrzymać siebie dla siebie —

tego zechce, ktokolwiek pierwszy

w czterech ścianach nieba zamieszka

i osamotniony rwał będzie z twarzy

swoją maskę smutku,

gdy zabraknie kogoś,

kto jak nikt ciepłe dłonie

miał

i błyszczące oczy.


Oczy pełne życia.

Dłonie łaski pełne.

Żywioły

Moja obecność ma ten sam

Ciężar muśnięcia dłonią dłoni, co

Wtedy — pamiętasz — gdy mi cię przywiał wiatr,

Niewymarzonego chłopca nie wiadomo skąd.


Wciąż mam ten snop samowiedzy suchy jak

Twój błysk w oku, by ukryć chytrze czasu haust,

Przejrzany zamiar. I wiem, że wciąż zostaje

Po mnie w tobie ciepło bez połysku,

Jakby ogień dopalał się na łące wśród

Bezbrzeżnych mgieł jesiennych, słodko.


Wystarczy że umiesz jeszcze chwytać światło

Jak świetliki ulatujące z mojego snu,

W którym wszystko było: i ty, i cała ta jawa

Pomieszanych żywiołów,

Które chichotem tak śmiesznie czasem

Starasz się ujarzmić.

Coraz śmieszniej

Chyba…

O przyjazności raczej, nie o przyjaźni

Dopóki pamięć o tobie nie spłynie

milionem kropli przejrzystych po szybie:

dopóki brzmieć będą w uszach słowa,

którymi rozpraszałeś mroki ludzkich lęków,

dopóki nie zniknie spośród gwiazd twój uśmiech

zawieszony by trwał, gdy wszystko inne sczeźnie,

dopóki książek twoich sarkofagi

otwierać się będą czułym ciepłem dłoni,

dopóty będziesz,

nawet gdy w proch się prochy twe obrócą,

aż szyba istnień wyschnie

pod ostatnim tchnieniem Słońca.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.73
drukowana A5
za 27.99