Moim Wnukom
Rozalce, Zosi, Tymkowi, Nikodemowi i Jasiowi —
by oczy mieli uważne i rozumne
Część pierwsza
Wiersze i zwierszowane małe prozy
na ten czas
gdy Heraklit płakał
życie i tak się sączyło wolniej niż oskoła
dziś zewsząd słychać że gna
tydzień za tygodniem to już błyskawica
miesiąc za miesiącem w tańcu
cyfry lat przeskakują w liczniku
a niektórzy szemrzą skrycie
że On robi to złośliwie
za wygasły
zimny żar popiołu wiary
tylko ci co kochają w tęsknocie
albo już dawno kochać przestali
mówią jak ten czas się wlecze
jak ten nudziarz sepleni bez składu
gdy oni bez nadziei w gardle
rozglądają się ślepo na rogach
Skala
Ze wszystkich innych największy mój podziw
wzbudzają zawsze tylko ludzkie sprawy —
lubię ich barwność od bieli do czerni,
gdy biorę między kciuk i wskazujący,
kulka po kulce, z przymrużeniem oka,
patrząc pod słońce.
Sprawy nieludzkie są jak łyżka dziegciu
albo ubytek miodu z beczek wielu,
lub zwyczajnie: brak — jakieś marne zero
tam, gdzie człek roił Eden obfitości.
Znów biorę między kciuk i wskazujący,
patrząc pod gwiazdy.
Przez trudy droga do nadludzkich rzeczy —
tylko przez trudy, bo szczypta talentu
do posypania głów złotym popiołem
zawodzi tak jak i liść laurowy.
Drży tajemny wzór, budzą się upiory:
zawiść, nie zawiść…
Oby nie zawisnąć.
Spacer
— Czemu wybrałeś tato kamienistą drogę?
Wiesz, że sprawia mi ból.
— Świat po prostu cię uczy,
rzucając pod stopy kamieni do bólu,
że jest życie i że jest cierpienie.
— Życie i cierpienie…?
— Tak, dziecko, cierpienie i śmierć.
— A początek, tato, jak to z tym początkiem?
Czego o początku uczy nas ten świat?
— Wciąż czegoś nowego:
że było tak kiedyś,
że jeszcze go nie było
i stanie się kiedyś tak,
że znowu go nie będzie…
Tyle że nie wiemy co to
tak naprawdę znaczy.
— Bo jak się przebywa taką krótką chwilę:
okamgnienie, błysk, trzask…
— Właśnie, to czasu byłoby wiecznie za mało,
żeby z dwa-razy-dwa
sięgnąć teorii względności,
a potem wyżej i dalej, i głębiej…
Na szczęście potrafimy się spotkać,
by drugi raz już nie szukać
klucza do otwartych drzwi.
Ślady
Jak to się dzieje, no powiedz, jakim
cudem przechodzisz obok a wtedy
nasze przemijania to gasną,
to rozgwieżdżają niebo?
Obce niebo nad światem.
A ten świat i ten świt
zaraz w rosie…
I jeszcze powiedz, jeśli nadal masz
nieodjętą mowę o niepojętym wszechświecie,
gdzie, w którym zakątku
skryje się ten brak wzajemny,
głucha pustka po tobie,
zimna pustka po mnie?
A że tu byliśmy, bywamy i jesteśmy jakoś,
uparcie pachnie ślad niezapominajki,
drży jeszcze niezmącone
oczko w naszym lesie,
jąka się kos,
co tak umiał nas kiedyś zachwycać…
Trzeba iść
Strudzony wędrowiec wyznał kiedyś chłopcu
prawdę o życiu, by sens jakiś miało:
„Pamiętaj, mój drogi, człowiek jest nomadą,
więc oczy miej łakome, uważne, rozumne,
bo tylko to, co ujrzą, do końca jest twoje.
To najszczęśliwsze chwile są,
gdy nocą możesz z gwiaździstym
niebem snuć rozmowy,
o tym, co było, jest i co nadchodzi.
O wszystkim! I wszędzie!
Bo gdziekolwiek wstrzyma
bieg swój karawana,
rozgwieżdżone oko patrzy.
Nie bój się tych spojrzeń!
To w ciszy źrenicy Wszechświata
rozpoznasz kim jesteś, turysto
i na Cyprze, w Chorwacji,
w Bieszczadach i w Rzymie,
dokąd ponoć wszystkie drogi wiodą,
skądkolwiek podążysz.
Tylko idź, kochany, tylko idź!”
Z prochu gwiazd
Rozumieć tę opowieść pisaną alfabetem
równań niemieszczących się na tablicach
Einsteina i Boga bawiących się plątaniną
sznurów dowodów porozciąganych między
szczytami metafizycznych gór
i profesorskich katedr.
Przypomnieć sobie ten miniony ogień słońc
i usłyszeć ich pieśń: „tyś jest tlenem z mego tlenu,
z wapnia mojego twoje kości, a żelazo…”
Żelazo niesione nurtem krwi jest rdzą po supernowej
sprzed miliardów lat.
Zrozumieć, że nie z prochu Ziemi i nie dla prochu
ale wraz z nią rozsypani w pędzącej przestrzeni
alfabetem pierwiastków, spiralami DNA
nie opowiadamy historii lecz ją powtarzamy
świadomi końca.
Usłyszeć w sobie te pradawne głosy —
o dziwnym lęku, rodzeniu, przetrwaniu.
Zobaczyć w snach obrazy nie wiadomo skąd:
ciemną wodę, nagie światło, rozkoszne iskanie…
Nie wspomnienia to, lecz echo
i drżenie genomów.
Neander
Może było i tak — wiemy o tym co nieco —
no a reszta to mgły, to domysły i mgły.
Może zbliżała się zima,
gdy on wciąż zalękniony,
coraz rzadziej zasypiał
z tlącą się ledwie bezimienną nadzieją,
która go tuląc ożywiała nieszczerze
i szczerze w sobie dusiła
nienazwane lęki.
Komuś kiedyś się uda odczytać z jego kości
więcej niż sam wiedział o sobie nieszczęsny.
Obca kraina dziś dopiero znana
użyczy mu swej nazwy, by miał jakieś imię.
Nie ukryje się prawda o tych kilku zdradach,
których mu wolno lub nie wolno było
się dopuścić z napotkaną i zdobytą obcą…
albo i to że na koniec coś twarde i tępe
rozłupało mu czaszkę jak orzech,
jeszcze nieznany wtedy jako włoski.
Trzy zatoki
Pieśń pierwsza
Zawsze się wpływa do pierwszej niepewnie —
kto może w tym czasie wiedzieć co to będzie?
Ciekawość — pierwszy krok.
To tak jak na plaży niewinnie z wiaderkiem —
maluszek zastawia stawik na koluszki.
Odważne zostają.
Płochliwie jednak w przeczuciu gorszego:
że to tam jest piekło, a na pewno nie raj —
inne odpływają.
Requiem w takich chwilach zawodzi Żałoba
i Lacrimosę wylewa rzewnie łzawy chór:
„Nie zaznają dzieciństwa”.
Nie zaznają miłości. Zaś piękne, kapryśne,
w pogoni za szczęściem — te z głębin zatoki
ubarwiają świat.
Podziwu godny jest ich głód rozwoju,
szybkość dorastania i bezczelność miary
przerośniętej znienacka.
Pieśń druga
Wpłynąć do drugiej zatoki — marzenie
dzieciństwa w barwach pragnienia wolności,
młodego szczęścia w gwarze i słońcu.
Kropla po kropli chłonąc tajemnice,
staje w szeregu świadomy swoich cnót
odebrać powołanie do najświętszych zadań.
Co tu za gwar, ruch, radość życia, szczęście!
Nie ma żadnych przeszkód, przylądków,
falochronów, sztormów —
dorosłość się należy jak zet po igreku.
Pieśń trzecia
Flauta. Nikt nigdzie się nie spieszy.
Zwiotczałe płótna żagli.
Tłoczno jedynie wokół przylądka
zwanego Naiwnym.
Z drugiej zatoki płynie się ku niemu
jakby po nagrodę
po wielu latach pracy, służby, lojalności.
Niektórzy są zdziwieni, że koniec jest tak bliski.
Wprawdzie po całym wybrzeżu
z gracją przechadza się Śmierć,
nikt jej jednak nie bierze śmiertelnie poważnie.
Nawet — rzekłbym — jej urok bawi i podnieca.
Ona zaś nigdy nic nie robi na niby,
nawet jeśli — jak mówią — „ktoś przedwcześnie
posłany w głębiny”.
W zatoce trzeciej każdy pokornieje — mój Boże!
W kolejce z bezdechem, odkąd zmienił się prąd.
Nikt tu nie zawodzi, nie szuka dawnych Mocy,
toż jasne że na wykup niemało by miał,
albo i przeciwnie: bez grosza przy duszy…
Bez duszy.
Syzyf żujący podpłomyki
O Syzyfie z troską pomyśl,
jak o ozdrowieńcu.
Głaz tyle razy wtoczony
okrutnym wyrokiem
i tyle razy spadający z grzmotem
powinien choć trochę się zużyć,
obłupać, obtłuc i zwietrzeć,
jak to w ogóle mają skały w zwyczaju.
Lecz wyliczyli znawcy rzeczy,
że głaz istotnie zużywa się trochę,
nie bardziej jednak niż ciało Syzyfa.
Oba zużycia się więc równoważą,
quod errat demonstrandum.
Niejeden ze znajomych Syzyfów skorzystał
z bożej łaski zmielonej
w odpowiednich proporcjach
z własną siłą woli.
O, jak żują w zadumie, ci anachoreci,
mdłe podpłomyki nadziei,
że przytroczony do zbocza głaz
już się nie urwie i nie zniweczy ciszy.
Przysiądź, jeśli chcesz, tęskno mu do ludzi,
choć swoje już wie i nie potrzebuje rady.
Tylko uważaj, widzisz ten błysk w oku?
To pycha konwertyty, to pewność posłańca.
Cierpiętnice
Trzysta lat temu,
czyli jakby trzy twoje, Mamo, życia wstecz,
być może nasza prababka w kwiecie wieku
zestarzała się z dnia na dzień po tym,
co zrobił jej dworski karbowy za byle co.
Że na przykład nie dożęła sierpem żyta
tyle ile trzeba
albo spojrzała hardo
czy odcięła się niewyparzonym językiem.
A potem, za jakieś ćwierć wieku jej córka,
roniąc w polu dziecko,
którym gwałtem obdarzył ją żołdak,
omal się nie wykrwawiła w rozmokłej bruździe
kapuściska, gdzie opluta przez sąsiadki i krewne
— praprzodkinie obrończyń daru życia —
znalazła ratunek w rękach pustelnicy,
która szczęściem uniknęła stosu.
I zawsze tak. Cierpiętnice. Zawsze. Do dziś.
Choć wyrywają życiu kłak po kłaku szczęście,
co stokroć bardziej należy się im,
nie tym
skończonym
Mimo wszystko nocą
odgarniają niesforne kosmyki
i znów
wybaczają
Memoria
Na chryzantemy, na płomyki wzruszeń,
na poranne mgieł leniwe rozścielenie,
myśli jeszcze żywych długi szereg kładzie
pamięci smugę tak klasycznie piękną,
jak w Prado, La Scali, Stonehenge czy Uffizi.
Cmentarzy pustka, gdy wiatr powiał srodze,
przynosi ulgę i oddech sumieniu,
które zamknęło Ziemi swojej wieko,
by z gwiazd hel i wodór smakować łapczywie,
jak w Pergamonie, Luwrze, Pompidou.
Dziś „z prochu jesteś” i „memento mori”
brzmi jak wrzucona w czerń świata przenośnia;
to co z ziem rzadkich droższe ponad złoto,
a wszystko z gwiazd przed milionami lat
wygasłych,
by wciąż świeciły w Orsay, Metropolitan, Tokio.
Pierwsza moja kapitulacja
Pamiętam jak dziś:
stałem przed portalem.
Był początek nowego,
a ja po staremu
puszczałem kółka z dymu melancholii.
Miałem — bez aluzji — trzydzieści trzy lata
i właśnie mi się psuła
górna lewa dwójka.
Lecz patrząc na to swoje
w szklanych drzwiach odbicie,
przekomarzałem się z sobą,
że już się nie opłaci,
że leczyć zęba nie warto,
że jakoś się z dziurą doczłapię do końca.
Była to jednak tylko krótka chwila,
jedna z tych, co zatruwa ochotę na życie,
gdy sto lat niejednemu się może przeturlać
jak piłka po plaży z wiatrem po omacku.
Dla siebie
Zatrzymać siebie dla siebie —
tego zechce, ktokolwiek pierwszy
w czterech ścianach nieba zamieszka
i osamotniony rwał będzie z twarzy
swoją maskę smutku,
gdy zabraknie kogoś,
kto jak nikt ciepłe dłonie
miał
i błyszczące oczy.
Oczy pełne życia.
Dłonie łaski pełne.
Żywioły
Moja obecność ma ten sam
Ciężar muśnięcia dłonią dłoni, co
Wtedy — pamiętasz — gdy mi cię przywiał wiatr,
Niewymarzonego chłopca nie wiadomo skąd.
Wciąż mam ten snop samowiedzy suchy jak
Twój błysk w oku, by ukryć chytrze czasu haust,
Przejrzany zamiar. I wiem, że wciąż zostaje
Po mnie w tobie ciepło bez połysku,
Jakby ogień dopalał się na łące wśród
Bezbrzeżnych mgieł jesiennych, słodko.
Wystarczy że umiesz jeszcze chwytać światło
Jak świetliki ulatujące z mojego snu,
W którym wszystko było: i ty, i cała ta jawa
Pomieszanych żywiołów,
Które chichotem tak śmiesznie czasem
Starasz się ujarzmić.
Coraz śmieszniej
Chyba…
O przyjazności raczej, nie o przyjaźni
Dopóki pamięć o tobie nie spłynie
milionem kropli przejrzystych po szybie:
dopóki brzmieć będą w uszach słowa,
którymi rozpraszałeś mroki ludzkich lęków,
dopóki nie zniknie spośród gwiazd twój uśmiech
zawieszony by trwał, gdy wszystko inne sczeźnie,
dopóki książek twoich sarkofagi
otwierać się będą czułym ciepłem dłoni,
dopóty będziesz,
nawet gdy w proch się prochy twe obrócą,
aż szyba istnień wyschnie
pod ostatnim tchnieniem Słońca.